1. Antysemityzm: 1
  2. Bóg: 1 2
  3. Bunt: 1
  4. Buntownik: 1
  5. Cień: 1
  6. Czas: 1
  7. Dzieciństwo: 1 2 3 4
  8. Dziecko: 1
  9. Dziedzictwo: 1 2 3
  10. Kondycja ludzka: 1 2 3
  11. Krzywda: 1
  12. Książka: 1 2 3
  13. Lustro: 1
  14. Łzy: 1 2 3
  15. Matka: 1 2
  16. Miłość niespełniona: 1
  17. Miłość platoniczna: 1
  18. Miłość romantyczna: 1
  19. Młodość: 1 2 3 4 5
  20. Modlitwa: 1
  21. Motyl: 1
  22. Narodziny: 1 2
  23. Natura: 1 2
  24. Noc: 1
  25. Ofiara: 1
  26. Ojciec: 1
  27. Rodzina: 1 2 3 4 5
  28. Rozum: 1
  29. Samobójstwo: 1
  30. Samotność: 1
  31. Starość: 1 2
  32. Strach: 1
  33. Stworzenie: 1 2
  34. Szkoła: 1 2 3 4 5
  35. Świt: 1
  36. Wiara: 1
  37. Ziarno: 1
  38. Zło: 1

Uwspółcześnienia

pisownia łączna / rozdzielna: bez troski > beztroski; jakgdyby > jak gdyby; niema > nie ma; nietylko > nie tylko; naoślep > na oślep; nato> na to; jaknajmniej > jak najmniej; jaknajdłużej > jak najdłużej; naprzykład > na przykład; przytem > przy tym; zamało > za mało; z po za > spoza; poco > po co; poraz > po raz; mamin synek> maminsynek; wogóle > w ogóle; z przed > sprzed; z pośród > spośród. Pisownia partykuły -że, -by: rzuć że > rzućże; któryby > który by.

pisownia wielką / małą literą: niemiec > Niemiec; indjanin > Indianin itp.

pisownia joty: gienjusz > geniusz; hygjeny > higieny, ironja > ironia; miljardem > miliardem; studjum > studium; telepatji > telepatii itp.

spółgłoski dźwięczne / bezdźwięczne: blizki > bliski, módz > móc, nizkie > niskie; ostrzydz > ostrzyc, z po za > spoza itp.

pisownia poszczególnych wyrazów: dwuch > dwóch; tłómaczy > tłumaczy; Monaco > Monako; regestrować > rejestrować; kurytarzach > korytarzach; tualety > toalety itp.

pisownia skrótów: i t. d. > itd.

fleksja: szybkiem > szybkim; którem > którym; uchylonemi > uchylonymi, dziwnem > dziwnym; niemi > nimi; swem > swym itp.

inne: 370-go > trzysta siedemdziesiątego

interpunkcja, np.: Matka jest tak dumna, jakgdyby bobo było jej własnym, nikomu uprzednio nieznanym wynalazkiem, który należy opatentować, opatrzyć numerem, i oddać dla dalszej eksploatacji amerykańskiemu konsorcjum kapitalistów. > Matka jest tak dumna, jakgdyby bobo było jej własnym, nikomu uprzednio nieznanym wynalazkiem, który należy opatentować, opatrzyć numerem, i oddać dla dalszej eksploatacji amerykańskiemu konsorcjum kapitalistów [usunięto przecinek przed i]; I będzie błyskawica i kropla dżdżu > I będzie błyskawica, i kropla dżdżu.; Jeszcze łuska ziarna nie nabrzmiała, ale i w ziarnie i w ziemi stało się wiele cudów, i wiele ich jeszcze będzie, zanim pierwszy zielony haczyk kiełka się pokaże… > Jeszcze łuska ziarna nie nabrzmiała, ale i w ziarnie, i w ziemi stało się wiele cudów, i wiele ich jeszcze będzie, zanim pierwszy zielony haczyk kiełka się pokaże…; Ciśnie gromady gór w potwornym nieładzie, kroplami rosy obciosa każdy załamek, jeszcze mchem przystroi, którego źdźbło żyje i cieszy się i wierzy. > Ciśnie gromady gór w potwornym nieładzie, kroplami rosy obciosa każdy załamek, jeszcze mchem przystroi, którego źdźbło żyje i cieszy się, i wierzy [dostawiono przecinek przed drugim i]; Bobo zawieszone w przestrzeni, jak gwiazda. > Bobo zawieszone w przestrzeni jak gwiazda; Istnieje tylko drobna iskierka bobowej myśli, iskra mocna, jak zawiązek pożaru. > Istnieje tylko drobna iskierka bobowej myśli, iskra mocna jak zawiązek pożaru; Z tobą nie można postępować, jak z człowiekiem > Z tobą nie można postępować jak z człowiekiem; będzie świszczało, jak bat > będzie świszczało jak bat [usunięto przecinek przed jak]; Nie wiedzą, czemu, ale dziś mniej się jakoś cieszą, niż zwykle. > Nie wiedzą, czemu, ale dziś mniej się jakoś cieszą niż zwykle [usunięto przecinek przed niż]; Dobry cień, to pierś piastunki: wielka chmura zakrywa cały horyzont, daje ciepło i koi głód > Dobry cień to pierś piastunki: wielka chmura zakrywa cały horyzont, daje ciepło i koi głód [usunięto przecinek przed to].

Kapłan — ból poślubia małą istotę ludzką z życiem. > Kapłan-ból poślubia małą istotę ludzką z życiem [zamieniono pauzę na łącznik]; Już gotują rumianki, już niosą z apteki — proszek troisty, a ciocia pyta się przez telefon: — Chłopiec czy dziewczynka?… [usunięto pauzę].

Nie przeszkadzaj, — mruczy ojciec > Nie przeszkadzaj — mruczy ojciec; Biedny bobuś, — żali sią matka, — od cymbałów ma wymyślają, ubliżają bobasiowi, znieważają; nikt bobasia nie szanuje. > Biedny bobuś — żali sią matka — od cymbałów ma wymyślają, ubliżają bobasiowi, znieważają; nikt bobasia nie szanuje [wyeliminowano zbieg przecinka oraz pauzy dialogowej, zastępując takie sekwencje samą pauzą].

Dlaczego to zrobił, sam z trudnością umiałby odpowiedzieć. — Na pierwszych ławkach posadził tych, którzy mieli nowe bluzy i czyste kołnierzyki. — Uległ ogólnemu prądowi, niech i tu nawet będzie wszystko wzorowo. > Dlaczego to zrobił, sam z trudnością umiałby odpowiedzieć. Na pierwszych ławkach posadził tych, którzy mieli nowe bluzy i czyste kołnierzyki. Uległ ogólnemu prądowi, niech i tu nawet będzie wszystko wzorowo [usunięto pauzy, które nie mają uzasadnienia w dzisiejszych normach pisowni].

Poprawiono błąd źródła: Widziałem ją w alejach > Widziałem ją w Alejach [w innym miejscu tekstu Aleje są wielką literą]; Czego bo niema w tych kilku wierszach > Czego to nie ma w tych kilku wierszach; Czem cała ludzkość, jeśli nasz planeta jeat tylko maleńkim punkcikiem? > Czem cała ludzkość, jeśli nasza planeta jeat tylko maleńkim punkcikiem?

Janusz KorczakBobo

Bobo

(Studium — powiastka)

1

Bobo jest już stare: ma dwa dolne i cztery górne zęby, waży dwadzieścia trzy funty i jest zdaniem matki najmądrzejszym z bobów całego świata. Ojciec twierdzi, że bobo jest głupie jak but.

2

Matka jest tak dumna, jak gdyby bobo było jej własnym, nikomu uprzednio nieznanym wynalazkiem, który należy opatentować, opatrzyć numerem i oddać dla dalszej eksploatacji amerykańskiemu konsorcjum kapitalistów. Miewały wprawdzie kobiety bobów; ale to jest zupełnie inne, znakomicie ulepszone, nie dające się naśladować i niepodobne do żadnego z istniejących bobów świata…

3

Bobo siedzi na kolanach ojca, ciągnie go za brodę, stara się pochwycić czytaną przez niego gazetę.

4

— Nie przeszkadzaj — mruczy ojciec, zmiatając bobowe ręce z gazety.

5

Bobo przechyla głowę i przygląda się ojcu ciekawie:

6

— Dobry cień nieruchomo pochylony nad plamą koloru mleka — co robi dobry cień?

7

Bobo się dziwi szeroko otwartymi oczami, lekko uchylonymi ustami i powolnym, zrównoważonym oddechem.

8

— Powiedz mi bobo — zapytuje wreszcie ojciec, odkładając gazetę — jaki jest twój pogląd na dzisiejszy układ stosunków politycznych?

9

Bobo pociąga za sznurek ojcowskich binokli[1] i odpowiedziawszy: „grr… mff… waua” — podskakuje z wielkiej uciechy.

10

— Ach bobo, bobo — mówi ojciec z żalem — ty o polityce nie masz najmniejszego wyobrażenia.

11

Bobo zaś, ściągnąwszy binokle, podnosi do góry rękę, i mówi tonem zdobywcy:

12

— O-o-o-o!

13

A matka zwraca się do ojca:

14

— Rzućże ten wstrętny papieros, bo dziecko poparzysz.

15

— Ach bobo, bobo — ciągnie gorzko ojciec — ty jesteś wielki, wielki cymbał.

16

Tu bobo zaczęło mruczeć i przeszło z rąk ojca do matki.

17

— Biedny bobuś — żali sią matka — od cymbałów mu wymyślają, ubliżają bobasiowi, znieważają; nikt bobasia nie szanuje.

18

Bobo nos kułakiem[2] wyciera.

19

— Biedny bobaś, nosek go swędzi. Tata w nos nadymił. Powiedz: „be tata” — pogroź mu na nosku.

20

Tu bobo mruknęło po raz drugi, tym razem już energiczniej — i matka wybiegła z nim śpiesznie do sąsiedniego pokoju.

21

Tak, tak — bobo jest stare.

22

Małe bobo o sześciu zębach i dwudziestu trzech funtach[3] wagi przeżyło już tak wiele, że przeszłość jego może stanowić temat do wielotomowej powieści.

23

Wielotomowej powieści o bobie nikt nie chciałby czytać. Niechby nie czytali? Ale powieści też nikt nie chciałby drukować.

24

Postanowiłem o bobie napisać tylko powiastkę.

25

Przyćmij[4] lampę i czytaj powoli cichym szeptem — bo mówić będę o tajemniczym i dziwów pełnym przedhistorycznym prastarym okresie życia bobowego.

*

26

StworzenieTak było już. Tak było, gdy Bóg dzielił światło od ciemności i zawieszał gwiazdy, każdą na swym miejscu i wiązał je niewidzialnymi nićmi wzajemnego ciążenia. Tak było, gdy światy rodziły się z chaosu.

27

Jeszcze się światy nie rodziły; istniała dopiero myśl ich stworzenia, czy też — myśli nawet nie było.

28

Błąkały się barwy i dźwięki, siły cieniami się ledwie znaczyły i dymem nikłym snuły uczucia, bezładnie pomieszane i rozproszone. A każdy ich okruch, krzyżując się, a obojętnie mijając z podobnym lub obcym sobie, żył sam dla siebie.

29

Nie, nie żył jeszcze, bo nie było życia, nie błąkał się, bo ruchu nie było. Toż nie było jeszcze przestrzeni ani czasu. Chwila równała się stuleciom, kilometr kurczył się, rozpadał, rozrastał w kilometrów setki i tysiące.

30

Nie było nic, jedna tylko istniałaby przyszłość, gdyby było pytanie albo przeczucie przyszłości.

31

A jednak…

32

Stworzenie, Narodziny, ZiarnoRozlegnie się mocny głos, który rozkaże rozproszonym atomom łączyć się i społem[5] budować, wyrzekając się siebie. I będzie błyskawica, i kropla dżdżu, i misterny kryształ — będzie bardzo dziwne: życie.

33

Czy i to już jest życiem, co rozproszonym atomom nie pozwala mijać się obojętnie, a wedle praw każe im się łączyć w mikrokonstelacje światów, które tylko przenikliwa myśl ludzka zamieszkiwać zdolna?

34

Będzie życie roślin od nikłej nici białej pleśni; a dęby rzucać będą ziarna, by z nich wyrośli synowie, gdy ciała ojców spróchnieją lub rozstrzaska konary ich piorun.

35

Będzie życie.

36

Będzie człowiek, który zapragnie odgadnąć tajemnicę życia — człowiek — dziwny twór.

37

Będzie…

38

Tymczasem pełna nieprzeczuwanych tajemnic a cudów mistyczna noc.

39

Będzie…

40

Bobo w błyskawicy poczęcia jest już wielkim cudem.

41

„Bobem” nazywam niemowlę, o którym piszę powiastkę.

*

42

Mówią, że boba nie ma jeszcze, że dopiero przyjdzie. Bobo nie figuruje w żadnej książce żadnej parafii, żadnego cyrkułu[6], nikt go nie widział, ani matka nawet — dopiero oczekują, a ono już dawno było i jest.

43

DziedzictwoJuż serce jego rozpoczęło pracę, która się nigdy nie skończy, którą serce boba przekaże sercu bobowego syna, wnuka i prawnuka, jak ją bobowemu przekazało serce dziada i pradziada.

44

Mówicie, że bobo którego jeszcze nie ma, liczy ileś tygodni czy miesięcy życia. Macie słuszność, a mylicie się. Ono jest samo dla siebie, nie zna waszego zegara ani kalendarza — bobo było zawsze i jest.

45

Nie tylko dlatego się mylicie.

46

Bobo nie ileś tam warunkowych miesięcy ludzkich żyje. Ono żyło już, rozproszone, zawieszone miliardem pyłów po szerokim świecie wówczas, gdy rozlegał się okrzyk: „zwalić Bastylię” — żyło, gdy lud szeroką falą płynął, by niewiernemu odebrać grób pokalany Chrystusa[7]; gdy wieńczono laurem skroń Sofoklesa[8]; gdy batogami smagani niewolnicy wznosili dumne grobowce faraonów, żyło jeszcze i jeszcze dawniej, gdy miało dziesięć tysięcy lat czekać na swe urodzenie.

47

Bobo żyło w mięśniu niedźwiedzia na dalekiej północy i w liściu wiecznie zielonej palmy upalnego południa.

48

Hej, co podróży odbyło bobo, zanim po raz pierwszy serce jego uderzyło.

49

Bobo było już dawno, najdawniej — żyło w plazmie leniwej ameby, istniało już w chaosie, z którego Bóg tworzył gwiazdy, rozwieszał je po niebie i umacniał niewidzialnymi nićmi wzajemnej zależności: układał gwiazdy w społeczeństwa gwiazd.

50

— Tik-tak, tik-tak — bije serce boba.

51

Głuchy, cichy, monotonny szmer i długi bez końca gościniec myśli…

52

Dla oczekiwanego boba szykują pieluszki.

*

53

NarodzinyBobo poczuło dotkliwy ból, doznało wielkiego przerażenia. Ból boba nie był naszym bólem świadomym, dojrzałym, doświadczonym, siwym, bólem ojcem i bratem. To pierwszy taki wielki ból.

54

Bobo doznało ciężkiego uczucia, podobnego do tych, gdy w śnie zmorowym[9] nagle jęczeć poczynasz; budzi cię mąż, matka lub żona i zapytuje: „czemu jęczałeś?” — a ty odpowiadasz: „nie jęczałem wcale” lub: „nie pamiętam, nie wiem”.

55

Gdy człowieka wśród czarnej nocy obca ręka chwyci za gardło, w obłędzie zduszenia nie ma obrazu pod powiekami, jest tylko czarny zdławiony krzyk w piersi.

56

Takim jest pierwszy oddech boba, taką jest ta jedna chwila — jedna, jak śmierć. Kapłan-ból poślubia małą istotę ludzką z życiem.

57

Bobo chwyciło płucami zimne powietrze i drżąc, poczyna żyć samodzielnie, na własną odpowiedzialność. Połóż palec na ustach i milcz, bo widzisz cud. Staraj się czynić jak najmniej, bo nie wiesz, bo nie rozumiesz — rzucisz w myśl swą jedną wątpliwość, a wyrośnie gęsty las pytań bez odpowiedzi i zagadnień. Bobowi zimno, bobowi straszno, źle…

58

Już gotują rumianki, już niosą z apteki proszek troisty[10], a ciocia pyta się przez telefon:

59

— Chłopiec czy dziewczynka?…

*

60

NocBobo ma dwa sny: jeden czarny i martwy, gdy nie dzieje się nic, drugi brunatny i cichy, gdy dzieje się coś…

61

Noc głęboka, daleko do świtu. Leżysz z otwartymi oczami i patrzysz. W sypialni twej są wszystkie przedmioty, ale do świtu, gdy wynurzać się poczną z topieli mroków, daleko…

62

Stoisz nad świeżo obsianą skibą. Jeszcze łuska ziarna nie nabrzmiała, ale i w ziarnie, i w ziemi stało się wiele cudów, i wiele ich jeszcze będzie, zanim pierwszy zielony haczyk kiełka się pokaże…

63

Bobo ma pod czaszką, w mózgu, dziwne motyle utkane z misternej przędzy, po której sunąć będą barwne obrazy, przenosząc się od stacji do stacji, splatając w rodziny i narody obrazów — myśli. Jeszcze przy przewodnikach i łącznikach nie ma kierowników — bobo koi rany walki o życie w godzinie urodzenia, i śpiąc, gotuje się do długiej, zaciętej walki o rozwiązanie otaczających je tajemnic, skąd płynie dobro i zło.

64

Brunatny sen bobowego czuwania jest dwojaki: jeden, gdy dzieje się coś brutalnie i źle, drugi — gdy łagodnie i mile. I bobo leży cicho lub krzyczy. Nie płacze, bo nie ma jeszcze łez.

*

65

Matka nachyliła się nad poduszką boba, już szuka w nim myśli rozumnej.

66

— Spójrz bobuś na matkę.

67

Bobo zwraca łysy łeb w stronę ust matki i poczyna ssać, szukając wargami piersi. — Bobo poczuło ciepło mowy matczynej, chce pić ustami miłość macierzyńską.

68

Innym razem, później nieco, padł na poduszkę ciepły strumień promieni słońca. Bobo poczęło szukać go i poruszać wargami, chciało pochwycić pierś słońca, chciało pić słońce.

69

Innym razem, znacznie później, gdy piastunka zanuciła kołysankę, bobo chciało ssać pieśń.

70

A matka już dziś szuka w nim myśli rozumnej…

71

Bobo nic jeszcze nie umie, nawet ssać nie umie: to śpieszy się, to ssie leniwie i sennie; zrobi pauzę długą, to poruszy głową niezgrabnie i pierś zgubi, i gniewa się, i boleje.

72

Tak niewprawnemu rzemieślnikowi wypadają z ręki narzędzia pracy, tak młodzian na pierwszym balu niezręcznie wymija pary, tak wreszcie niedoświadczony poeta z mozołem rymy dobiera.

73

Bobo ręką poruszyło, wyprężyło się, drgnęło — ma zdolność ruchów, nie ma w nich myśli.

74

Ale umie bobo trawić spożyty pokarm, wzrastać jego ceną, umie więcej niż najmisterniejsza maszyna, cud ręką ludzką stworzony, i mniej znacznie niż pisklę, które, ledwo wykluwszy się z jajka, biegnie za matką i już dziobie ziarno; mniej niż drobny owad, sunący rozważnie po listku leśnej rośliny.

*

75

Bobo leży w swym wózku syte, suche, zadowolone — ogarnia je cicha drzemota[11]. Bobo mruży powieki, unosi je z mozołem, marszcząc czoło i krzywiąc usta. Oczy boba zwracają się bezładnie w różne strony, nie umie patrzeć.

76

Bobo zwalcza ogarniającą je senność, jak przewodniczący nudnego zebrania, które się nad miarę przeciąga. A dokoła szmery, tony, szepty, dźwięki; a dokoła blaski, cienie, błyski, plamy, mgła dźwięków i mgła barw.

77

Świt, RozumI stała się nagle rzecz nadzwyczajna. Gałki oczne boba tak się przypadkowo ustawiły, że bobo przejrzało.

78

Widzi.

79

Szary świt narysował pierwsze niejasne kreski pysznego obrazu. Bobo zdziwiło się, ucieszyło, spłoszyło i zapragnęło wiedzieć.

80

Niegdyś, dawno bardzo, człowiek przez pierwszy niezgrabnie zbudowany teleskop posłał pytań pełne, a już dumne, już mniej korne spojrzenie ku gwiazdom. Przeżył chwilę ekstazy i wieki zawodów, walk, goryczy.

81

Pierwsze świadome: pragnę wiedzieć, pierwsze rozumne spojrzenie, pierwszy ból z powodu utraty tego, co posiadało, co nie było pokarmem, a jednak potrzebne, by żyć.

82

Bobo znów nie widzi, znów noc. I płakać zaczęło; a matka przywołała piastunkę, bo sądziła, że głodne.

83

Łzy, BuntOmyliła się: był to pierwszy płacz boba, nie że głodne, nie że pielucha zwinęła się w fałdę, a że utraciło nieznany świat, krzyk niecierpliwości, upadku po momencie dumnego wzlotu. Było piękne, a znikło — i nie ma. Krzyk, protest przeciw niemocy ducha.

84

Ale bobo poczęło ssać chciwie, głusząc ból duchowy, żal serdeczny po utraconym wątku cennej idei, popełniło tę samą omyłkę, co matka.

*

85

Nachyliła się ciocia nad wózkiem, wzrok jej spotkał się z poważnym, badawczym spojrzeniem boba.

86

— Śliczna dziecina — mówi ciocia do matki — krój ust ma twój, a oczy twojego męża.

87

Nachyliła się bardziej jeszcze, pocałowała bobo.

88

A ono drgnęło przestraszone.

89

Ciocia zawstydziła się pocałunku i strachu bobowego.

90

— Biedne maleństwo — mówi ciocia — twój umysł śpi jeszcze.

91

Umysł boba śpi?

92

Ależ żaden umysł ludzki w żadnym życia okresie nie czuwa tak czujnie, jak umysł bobowy. Gdyby umysł ludzki zawsze tak spał, miałby myśl niebosiężną, wszechświat zbladłby o swe tajemnice.

93

Umysł boba pracuje w ciszy o strasznej sile; a dziś niepodobne w nim do dnia wczorajszego.

94

Gdy staniesz w budynku maszyn na wszechświatowej wystawie, drżenie, huk i zawrotny bieg kół dech ci zapiera w piersi; a czymże to w porównaniu z pracą milionów motorów, kół i transmisji mózgu bobowego!

95

Bobo patrzy i myśli, myśli najbardziej tajemniczą i najżywszą mową, bez wyrazów — mową obrazów i ułamków obrazów, wspólną dla wszystkich bobów całego świata i wszystkich tworów żywych. Ono gromadzi i szereguje obrazy, zaludnia stacje duchowego telegrafu, tworzy materiał do pysznej budowli symbolicznej mowy ludzkiej, w której każdy obraz ma swój własny dźwięk i swą własną duszę, dobrą lub złą, ukochaną lub nienawistną.

96

Bobo smuci się, cieszy, dziwi, lęka, pyta i pragnie. Bobo wiąże już nikłe wspomnienia sprzed godziny ze snem dnia wczorajszego i splata ich tkaninę z nocą, gdy Bóg zwieszał gwiazdy na firmamencie. Bobo błyskawicą przebiega stulecia i tysiąclecia rozwoju myśli ludzkiej. Niezadługo prześcignie najzmyślniejsze zwierzę i chwiejne fizycznie, bezradne życiowo, umysłem bratać się pocznie z geniuszem rodu ludzkiego.

*

97

Porozmawiamy, bobo.

98

Słońce pada na twą głowinę drobną, wdzięczną.

99

Wzrok twój mówi, że jesteś już człowiekiem.

100

Biedne, jak mi cię żal.

101

Bo nie ma większego nieszczęścia, niż urodzić się człowiekiem.

102

Czemu, jeśli musiałoś[12] zbudzić się do życia, nie zostałoś kwiatem?

103

Czemu nie zrodziłoś się motylem?

104

Czemu nie pisklęciem leśnej śpiewaczki?

105

Im wyżej, tym smutniej…

106

Ludzie pragną wiedzieć.

107

Bobo, ile bólu w poszukiwaniu przyczyn, celów, drożyn, dróg.

108

Ile bólu…

109

Czy wierzysz bobo, że niegdyś?… Albo nie, czy sądzisz, że kiedyś?

110

Nie, nie.

111

Już nic — nic więcej nie powiem…

112

Marszczysz czoło?

113

Nie płacz, bobo. Przyjdą małe krzywdy, nie warto płakać. Przyjdą wielkie krzywdy, zapomniałeś płakać.

114

A pokolenia płyną, płyną…

115

Uśmiechasz się bobo, nie wierzysz? Masz słuszność. Tę drogę przejść trzeba samemu, nikomu nie należy wierzyć.

116

Masz słuszność…

*

117

Bobo zawieszone w przestrzeni jak gwiazda. Bobo samo dla siebie nie istnieje przecież; zadrapie się własnym ostrym pazurkiem i krzyczy. Ręce, nogi, głowa boba to dalekie lądy jego świadomości, odkrycia odległej przyszłości.

118

Istnieje tylko drobna iskierka bobowej myśli, iskra mocna jak zawiązek pożaru.

119

CieńBobo ma oczy szeroko otwarte, wodzi nimi i bada otaczające cienie. Nie dostrzega plam nieruchomych, ale są, które zmieniają kształt jak chmury.

120

Bobo jest gwiazdą, która bada zmienne kształty chmur.

121

Leży na wznak, a dokoła cienie: matka, piastunka — ciemne plamy na jasnym tle, unoszą się w przestrzeni gdzieś powyżej, poniżej, i giną w górze.

122

(Bobo będzie musiało, siedząc na ręce, przebudować pracowicie stworzony światopogląd).

123

Istnieją myśli, uczucia boba — bez porównań, bo bez wspomnień. Istnieje badawcza myśl.

124

Dokoła poruszają się chmury. Z powodzi chmur bobo wyodrębniło pamięcią jedną:

125

Cień, który najczęściej się ukazuje.

126

Cień, który nie zmienia kształtów, nie rozrasta się tak, że go nie ogarniesz wzrokiem.

127

Cień, za którym można wodzić oczami, bo nie znika nagle, jak wszystkie inne.

128

Cień bliski, bratni, który go nie opuszcza, z którym bobo czuje się mniej samotne — pierwszy nauczyciel boba: własne jego ręce.

129

Jak myśliwy, zanim pocznie strzelać do odległej zwierzyny, uczy się celować do uwieszonej na sznurku butelki, tak bobo celuje wzrokiem, uczy się chwytać w ruchu — własne swoje ręce.

130

Bobo w ciszy odbywa długie i mozolne studia: uczy się patrzeć, uczy się pamiętać, uczy się poznawać.

131

Nie wolno bobowi rąk krępować, bo mu one potrzebne.

*

132

CzasMijają wieki, wiele stuleci.

133

Mówię: wiele stuleci, bo godziny bobowego czuwania przeplatane godzinami snu, chwile wesołych uśmiechów i uniesień gniewu, rozpamiętywań cichych i burzliwych rozpaczy — godziny i chwile, które na tarczy zegara znaczą się bliskimi znakami, są dla boba okresami bez porównań, bez ściśle ustalonych w czasie wspomnień, nieskończenie długimi, zatartymi na szarej tablicy jego świadomości.

134

Wczorajsze wrażenie przeżywa bobo dziś we wspomnieniu mglistym obrazem, jak stuletni starzec — pierwsze lata dziecięctwa.

135

Minęło wiele stuleci, zanim bobo poczęło poznawać cienie dobre i złe. Dwa dobre cienie, które bobo już zna, dwie jego ręce.

136

Dobry cień to pierś piastunki: wielka chmura zakrywa cały horyzont, daje ciepło i koi głód.

137

Kiedy się budzi, leży cicho, patrzy ciekawie, wsłuchuje się czujnie, zwraca głowę w stronę każdego szmeru i każdej błyskawicy blasku.

138

Kiedy płacze, pokazują mu błyszczące przedmioty — grzechoczą, pukają, huśtają — i bobo znużone czuje się jak podróżny, który po wielu nieprzespanych nocach wpadł do kabaretu z obfitym, ciekawym programem i hałaśliwym towarzystwem: chciałoby się patrzeć i słuchać, a oczy ciężą ołowiem, a obrazy płyną po powierzchni świadomości jak szare chmury o zmierzchu.

*

139

Zapal dużo świateł i czytaj głośno, radośnie, tryumfująco…

140

Bobo jest już człowiekiem…

141

A stało się tak szybko i samorodnie.


142

Kto zbudził w bobie myśl, trzepocącą skrzydłami w pierwszym locie ponad łąką życia, barwną, gwarną, zasłuchaną w pieśń blasków wschodzącego słońca!

143

Myśli bobowa, jesteś jak zdroju powierzchnia, lekkim wiatrem mącona, drżąca obrazami pochylonych nad tobą serdecznych postaci.

144

Tyle gwiazd na niebie, przybyła jeszcze jedna.

145

Tyle drzew w borze, jeszcze jedna krzewina wykluła się z ziarna.

146

W chór ptactwa leśnego wplótł się jeszcze jeden maleńki naiwny głos śpiewaka…

147

NaturaNatura nie zna spoczynku, pchnięta do pracy potęgą niewidzialnej dłoni. Cudownie wyrzeźbiła małego człowieka mocą twórczego natchnienia. Natchnienie natury ma rozmach tytana i sumienność świętą. Ciśnie gromady gór w potwornym nieładzie, kroplami rosy obciosa każdy załamek, jeszcze mchem przystroi, którego źdźbło żyje i cieszy się, i wierzy.

148

Dzieło sztuki, mozolny twór pracy ludzkiej, łudząc wzrok, kłamie naturę. Uderz młotem w rzeźbę, będziesz miał tylko gruzy, skorupy, garnek rozbity. Pokraj mikrotomem[13] okruch pazurka lśniącego na końcu różowego paluszka bobowego, zobaczysz pod drobnowidzem[14] szereg nowych pięknych obrazów.

149

Gdyby w maleńkich nitkach bobowych żył nie płynęła krew, tocząc się przez rzeczki i rzeki do morza — serca, gdyby przez rzeki bobowych nerwów nie płynęły wrażenia do morza — mózgu, gdyby nie miało cudownej mocy wzrostu, byłoby jeszcze milionkroć bardziej skończone niż wszystkie dzieła martwej sztuki, rozwieszone w mrocznych salach cennego muzeum.

150

A ludzie zjeżdżają się z lądów świata, by je oglądać — popękane, spłowiałe, mozolnie wypocone w długich godzinach poprawek i przeróbek, skatalogowane, zachwalane i opatrzone ceną rynkową.

151

Ty bobo, nie masz ceny.

*

152

Dziecko, NaturaBobo jest dzikim człowiekiem, który już to i owo przeczuwa z otaczającego je świata, tłumacząc naiwnie związek wzajemny tajemniczych zjawisk.

153

Gdy bobo dawniej jeszcze leżało cicho z oczami utkwionymi w przestrzeń, nie rozglądając się, nie płacząc, nie żądając, regestrowało[15] wówczas nagromadzony w duszy materiał obrazów, wyodrębniając spośród cichego szeptu słów prapradziadowej mowy dźwięczne wyrazy własnego, osobistego życia.

154

I oto, stokrotnie gubiąc i znów chwytając wątek rozpraszających się i skupiających, połowicznych, całkowitych, wyraźnych bądź szarych obrazów, skleciło sobie chateńkę biedną, skromny szałasik pierwotnego światopoglądu. Bobo nie ustanie w pracy, dalej gromadzić będzie kosztowne granity, olbrzymie belki i żelazne przęsła pod budowę wielkich pałaców myśli, a chateńka dzikiego człowieka tylko na dziś, na jutro, bo myśl musi gdzieś spocząć, mieć domek mały, gdzie składać będzie mozolnie ciułane zapasy. Dopiero znacznie później, gdy mu się już szczęścić pocznie, bobo-bogacz będzie od razu łamało wielkie bryły marmuru; dziś zbiera pracowicie kamyczek do kamyczka, ziarenko piasku do ziarnka.

155

Bobo wierzy w istnienie złych i dobrych duchów, w niosące łaski lub zwiastujące klęski. Sądziło bobo, że wszystkie są jednako potężne, że wszystkie są widzialne, że nie ma nad nimi mocy. Teraz wie, że duch — ból jest niewidzialny i dobry duch — matka zwalczyć go nie umie — wie, że istnieje zaklęcie, które przywołuje dobre duchy.

156

Zaklęciem tym jest krzyk boba. I teraz bobo krzyczy świadomie, celowo, by dobre duchy przywołać, by czujnie pełniły swą służbę.

157

Drzwi, poza którymi niknie piastunka, są niebem, które uśmiechnięte daje łaskę słońca, zagniewane milczy lub miota pioruny.

158

Jak człowiek pierwotny wsłuchiwał się w poszum lasu, szmer rzeki, wycie wichru, by rozkazy bogów wyczytać, tak bobo słucha uważnie i bada znaczenie wydobywanych przez dobre duchy dźwięków.

159

Bobo wsłuchuje się uważnie w swe długie monologi i stara się pochwycić związek między nimi i ruchem własnych rąk.

160

Bobo przestało być obiektywnym obserwatorem, konstatującym obojętnie fakty, dziś pragnie zrozumieć, czy są one tworem złych, czy dobrych duchów, przyjaciół czy wrogów.

161

Gdy matka w kapeluszu nachyliła się nad kołyską boba, przestraszyło się, widząc, że dobry duch zmienił swój kształt. Widząc po raz pierwszy ruchliwą zabawkę, psa, kanarka w klatce, bobo, zanim nabierze zaufania, chce odgadnąć, czy dobry, czy zły duch się zjawił, i bada wzrokiem matkę wzrokiem zdumienia, pytania. Bobo ufa bezwzględnie swym dobrym duchom i wierzy w ich nieomylność.

*

162

Było to odkrycie olbrzymie, nadzwyczajne, epokowe, decydujące. Bobo nabrało pewności, że dwa cienie — ręce jego — są bezwzględnie posłuszne bobowej woli.

163

Już strasznie dawno bobo podejrzewało, że dwa bliskie cienie, dwa ukochane duchy dobre, mają jakiś specjalny wielki sens, są inne niż wszystkie pozostałe. Było to wówczas zaledwie niejasne przeczucie doniosłej prawdy.

164

Od świętej ekstazy w momencie pierwszego skoordynowanego spojrzenia, gdy wśród ciemności i jasności ujrzało bobo szare kontury otaczającego je świata, był to drugi dopiero moment tak ważny.

165

Wszelkie wiekopomne odkrycia, natchnienia, które jak błyskawica otwierają niespodzianie niebo świadomości, poprzedza długa, żmudna, mozolna praca, często wielu, wielu pokoleń.

166

Z szeregu faktów, w których coś się kryje, pozornie dziwnych, pozornie rozproszonych, od siebie niezależnych, przypadkowych, a jednak czymś związanych, a jednak mających jakąś u dna ukrytą wspólność, nagle rodzi się żywa oślepiająca synteza w najskrytszych komórkach mózgu. Zawiłe fakty cichym ruchem, niezależnym od woli i świadomości, układają się w szeregi i kolumny i nagle powstaje nowy świat idei, taki logiczny i jasny, ze swymi słońcami, księżycami, plejadą cygańskich komet i drogą mleczną.

167

Bobo, które zaledwie dorównywa człowiekowi epoki kamiennej, już brata się z geniuszami rodu ludzkiego.

*

168

DzieciństwoKiedy dawniej dawano bobowi do ręki grzechotkę, chwytało ją mocno i przyglądało się zdziwione, bo ręka — dobry cień — zmieniła swój kształt. Grzechotka wydawała dźwięki, i bobo dziwiło się, że milczący dobry duch wydaje dźwięki.

169

Kiedy grzechotka wypadła mu z ręki, bobo dziwiło się, że dobry duch powrócił do swego dawnego kształtu i zamilkł.

170

Badania trwały nieskończenie długo, rozwiązanie wielkiej tajemnicy było tak odległe…

171

Ssąc własną piąstkę, bobo raz w raz[16] wyjmuje ją z ust, ogląda uważnie, marszczy brwi i tonie w skupieniu.

172

Chwyciwszy przedmiot, bobo niesie go do ust, znów ogląda uważnie, coraz bliższe prawdy, a jeszcze niepewne, jak gdyby zatrwożone śmiałością swej hipotezy.

173

Bobo dalekie jest jeszcze od zupełnej prawdy: nie wie, że jego ręce — to ono samo, ale wie, że są mu posłuszne, że nie ma potrzeby wywoływać ich zaklęciem krzyku, że są na jego rozkazy, zawsze obecne.

174

Bobo jest olśnione odkryciem, pieści się swą władzą, pierwszą własnością — pierwszym stopniem do niezależności, wyzwolenia, mocy.

175

— Aba, a, aa, ooo — gaworzy bobo, kierując ręce to w tę, to w ową stronę, wodząc za nimi wzrokiem, już pewne, że się nie myli.

176

Ogarnia je znużenie po wielkim wysiłku.

177

Nagle matka uśmiechnięta pochyliła się nad nim. I bobo roześmiało się głośno, serdecznie. Matka przemawia najczulszymi wyrazami, a bobo to wyciąga do niej ręce, to kładzie je do ust i ssie, i śmieje się.

178

Matka wyjęła mu rękę z ust, bobo przelękło się o losy swej nowej własności, krzyknęło głośno i boleśnie, zaprotestowało z taką siłą, że matka przybladła.

*

179

Wszyscy uśmiechają się do boba.

180

Starość, Dzieciństwo, DziedzictwoSądzę, że stary dąb, patrząc na śmieszny kształt małego dębczaka o drobnych listkach, uśmiecha się doń zielonymi konarami, a mały dębczak, bezpieczny, wesoły w cieniu ojcowskich konarów, szmerem cichym gaworzy do ojca. W wielkim cielsku starego dębu, w korze i korzeniach jego, tyle już martwych komórek, w żyłach starego dębu, krzepkiego jeszcze, soki krążą powoli, już jakby znużone; a mały dębczak pijąc krew macierzy ziemi, chwyta ją, pożywa i rośnie, rośnie, rośnie.

181

Zdaje mi się, że ptak każdy ma uśmiechy dla swych maleńkich, bo życzliwość dla przyszłych pokoleń jak mgła błękitna, pełna serdecznych drgnień, otacza wszystko, co wita jutro w jego drobnych, niedołężnych a rozkazujących poruszeniach.

182

Nawet poważne stare słońce — żywiciel, znajdzie uśmiech dla leśnej konwalii, a leśna konwalia odpowiada mu drżeniem białych płatków, wonią czystą.

183

Dziedzictwo, MatkaBobo odpowiada uśmiechem na uśmiech, nie dlatego, że go rozumie, nie że zna mowę serdeczną uśmiechu, ale dlatego, że tak było setki tysięcy lat, że dzień dzisiejszy tkliwie wita jutrzejszy poranek, a ten mu łagodnie odpowiada, że ten uśmiech płynie poprzez pokoleń tysiące i wiąże w jedną rodzinę braterstwa bielejące kości pogańskiego cmentarzyska z bobem, które płynąć będzie w przestworzach, bo ten uśmiech jest spoidłem ogniw w łańcuchu pokoleń.

184

Jak pierwszy oddech jest odruchem niezbędnie poprzedzającym świadome życie boba — bez tego nie byłoby życia, tak pierwszy uśmiech poprzedza myśl, bez niego nie byłoby myśli…

185

Uśmiecha się do ciebie matka, o bobo, nie ma żalu, że każdy dzień twego wzrostu jest dniem jej upadku, że każdy twój oddech, każde uderzenie tętna, jest krokiem naprzód dla ciebie, a krokiem wstecz dla niej.

*

186

Bobo teraz przeprowadza badania swe planowo i z tym większym zapałem. Duchy pojedyncze już zna, stara się teraz ich wzajemny do siebie stosunek zrozumieć.

187

Przygląda się obiadowi rodziców.

188

Dobre duchy odprawiają dziwne nabożeństwo. Bobo wodzi za ruchem ich rąk, uzbrojonych w widelce i noże, śledzi je od talerza aż do ust uważnie i cierpliwie. I dziwi się dużym zdziwieniem.

189

Trzy zdziwienia ma bobo: najmniejsze, powieki szeroko otwarte i uśmiech w oczach. Zdziwienie większe, usta uchylone, bobo zastyga w zdumieniu i patrzy, patrzy. Zdziwienie najwyższe to szybki oddech, niespokojne ruchy rąk i lęk w spojrzeniu.

190

— Biedny bobaś, daj mu trochę zupy — mówi ojciec do żony. — Tak na nas patrzy.

191

I bobowi badaczowi chcą wlać gwałtem zupę kwaśną, słoną, paskudną. Odwraca głowę, pluje, krzywi się, ręką odpycha.

192

Bobo dawno już przestało wierzyć w nieomylność dobrych duchów i konieczność ulegania im, przeciwnie, coraz podejrzliwiej się przygląda, zawsze czujne, zawsze gotowe do protestu, zaklęciem krzyku stara się kierować ich czynami.

193

Dobre duchy mają też swoje dziwactwa, należy bacznie obserwować każdy ich czyn, należy je wychowywać, by stały się zupełnie uległe bobowej woli.

194

Bobo ufało kiedyś dobrym cieniom i wiele razy z wyrzutem bolesnym spojrzało na matkę, zanim nabrało przeświadczenia, że jej ufać bezwzględnie nie należy.

195

Jedyne duchy nieomylne to ręce bobowe. Bobo dziś już rzadko, wyjątkowo tylko, nos sobie ręką zadrapie, i to wówczas, gdy w gniewie na chwilę równowagę umysłu utraci.

196

Bobo teraz żąda: każdy przedmiot musi obejrzeć rękami i ssaniem.

197

Rodzice mówią, że bobo się bawi.

198

Mały człowiek dziki zbyt poważną rozpoczął pracę, zbyt mało ma czasu, by trwonić go na zabawy, zbyt wiele otacza niebezpiecznych tajemnic, by lekkomyślnie igrać z nimi.

199

Kiedy leży w kołysce, pozornie bezczynnie, bada ręce, by się przekonać, czy nie mają jakichś ukrytych a ważnych właściwości, jaki jest ich wzajemny stosunek; rozmawia, mozolnie gimnastykuje struny głosowe, jak pianista przed ważnym koncertem odbywa długie i nużące próby.

200

Na przechadzce bada w skupieniu tłumy obojętnych ruchomych cieni, jest jak człowiek, który by odbywał podróż pierwszą między słońcami i planetami — nowe i piękne, ale jakże o rozrywkach myśleć, gdy wokoło tyle tajemniczych zagadnień.

201

Ulica z jej hałasem, ogród z zielenią, obce mieszkania i obce postacie, to lądy odległe, nieznane, zwiedzane w długich wieloletnich podróżach.

202

Bobo znużone zasypia i przez sen się niespokojnie porusza, bo widzi w sennym marzeniu ułamki obrazów, jak widziało je niedawno na jawie.

203

Zdobyło zaledwie kilka pewników, posiada wiele niesprawdzonych, przypuszczalnych prawd i tyle, tyle jeszcze zagadnień, które musi rozwiązać.

*

204

LustroBobowi pokazują obrazki, patrzy i nie rozumie. Ale patrzy ciekawie, jak na wszystko, co istnieje, a więc trzeba znać, dociec czym i do czego służy. Chce obrazki pochwycić i do ust włożyć.

205

Bobo wyciąga ręce i śmieje się do dzieci. Są to duchy dobre, służące dla nieznanych celów.

206

Bobo postawiono przy lustrze. Spojrzało na matkę, zdziwiło się swym najwyższym zdziwieniem i ukryło twarz na jej ramieniu, chroniąc się przed niebezpieczeństwem. Bobo rozumuje: z chwilą gdy nie widzi niebezpieczeństwa, przestaje ono istnieć.

207

Bobo znów w lustro spojrzało, ciekawość badacza przemogła obawę. I tu matka popełniła błąd: zabrała bobo. A przecież bobo długo musi patrzeć i myśleć, zanim coś zrozumie.

208

Bobo długo bawi się kolorowym jajkiem z drzewa i umie już je przekładać z jednej ręki do drugiej.

209

Teraz już nie ma potrzeby robić po stokroć to samo odkrycie, bo raz dokonane pamięta.

210

Bobo bada mowę dobrych duchów; kiedy matka raz gniewnie przemówiła do boba, zdziwiło się najwyższym zdziwieniem:

211

— To ważne, bardzo ważne, bardzo tajemnicze.

212

Niezadługo zamiast nużącego zaklęcia krzyku i zawodnego zaklęcia wyciągniętych rąk, zdobędzie bobo zaklęcie pierwszego wyrazu.

213

Niezadługo zrozumie, że między ruchomą piłką a dobrym duchem matką jest różnica życia…

214

Dobre duchy już dawno przestały być dlań cieniami na jasnym tle.

*

215

Matka ukazała się za szklaną szybą drzwi. Bobo wyciąga do niej ręce i uderza o szybę.

216

Znów tajemnica?

217

Cała kunsztownie i z takim wysiłkiem wzniesiona teoria o dobrych duchach i ich właściwościach nagle rozpadła się w gruzy.

218

Bobo zalało się łzami.

219

Ignorabimus[17]. Nie będziemy wiedzieli.

*

220

Kąpiąc się, bobo zrobiło odkrycie: prócz rąk posiada nogi — dwa odległe lądy.

221

A może kołdra, poduszka, łóżko całe też są bobem, znów poszukiwania mozolne, rewizja gruntowna zdobytych prawd, lekkomyślnie wysnutych przypuszczeń.

222

Ignorabimus. Ignorabimus.

*

223

Bobo stoi o własnych siłach.

224

Tryumfuje…

225

Bobo, bobo, z jaką przerażającą ufnością idziesz naprzeciw życiu…

Feralny tydzień

(Z życia szkolnego)

226

Węglarz zrobił zawód.

227

RodzinaTatuś bardzo się gniewał, że mama wszystko odkłada na ostatnią chwilę. Mama powiedziała, że jak tatuś nie wie, żeby nie mówił, bo węgle były zamówione już w czwartek. Tatuś powiedział; że w mieście, chwała Panu Bogu, niejeden jest tylko węglarz. Mama powiedziała, że wie o tym lepiej od tatusia, tylko że ten właśnie daje dobrą wagę. Tatuś powiedział, że mu groszowe oszczędności mamy stoją kością w gardle. Mama bardzo się obraziła. Niech tatuś sam gospodarstwo prowadzi; tatuś jest człowiek bezwzględny; mama miałaby też wiele do powiedzenia. A tatuś powiedział: — Już się zaczyna stara śpiewka — i wyszedł.

228

Działo się to w niedzielę, a w poniedziałek rano w mieszkaniu było zimno jak w psiarni.

229

Stasia już dwa razy budzili, raz mama, a drugi raz Ludwika. Stasio udaje, że śpi. Pod kołdrą ciepło, a w pokoju zimno i ciemno, na ulicy zimno i błotno, a w szkole…

230

— Pani kazała się spytać, czy Stasio wstał… Niech Stasio wstaje, bo późno… Stasio się spóźni do szkoły.

231

Ludwika pociąga za kołdrę.

232

— Zaraz.

233

— Zaraz to zaraz. Proszę wstać.

234

— Niech Ludwika sobie idzie.

235

Ach, jak on nienawidzi tej wstrętnej kuchary, która do wszystkiego się wtrąca.

236

— Dobrze, powiem pani. Niech sobie Stasio leży. — Stasio nienawidzi Ludwiki. Nienawidzi za to, że musi wstać, za to, że dziś poniedziałek, a w tygodniu nie ma święta, za to, że nauczyciel odda dziś dyktando, w którym Stasio zrobił dwa grube błędy, o których wie; a wreszcie za to, że dziś jest pierwsza geografia, z której go pewnie wyrwie, bo tylko sześciu zostało, którzy odpowiadali po razie.

237

— No co, wstaje? — rozlega się głos mamy ze stołowego pokoju.

238

Stasio siada w łóżku i pod kołdrą zaczyna się ubierać leniwie.

239

— Acha — mówi Ludwika z tryumfującym uśmiechem.

240

— Jak Ludwika nie pójdzie, to ja się nie będę ubierał.

241

— Ojoj, jaki to skromniutki — żeby się kto nie dowiedział.

242

„Żebyś zdechła” — myśli Stasio w najwyższej pasji.

*

243

Kondycja ludzkaSzary, posępny, gnuśny, poniedziałkowy ranek.

244

Szary, posępny i gnuśny jak żywot tej stokroćmilionowej rzeszy, czołgającej się w poszukiwaniu strawy i przyodziewka — w kółko od niedzieli do niedzieli, w kółko leniwie i bezmyślnie, w kółko, bez szczerego uśmiechu, bez barwnego dążenia, bez mocnego oddechu płaskiej piersi, bez leśnego „hop-hop”, które by pochwyciło i niosło w zieleni echo donośne.

245

Niedziela dała nudę i rozczarowanie, poniedziałkowy ranek zwiastuje sześć długich mętnych dni, zanim nadejdzie nowa niedziela z jej nudą i zniechęceniem. — Eh panowie, panowie — miliony dziatwy szkolnej wprzęgliście do swego kieratu, i kręcą się biedne dzieciska w kółko od niedzieli do niedzieli, i tępieją po latach udręki i milczącego bezsilnego protestu.

246

Idzie Stasiek z tornistrem na plecach i troską w sercu, stara się robić duże kroki, aby każdy krok odpowiadał jednej płycie trotuaru, uderza ręką w blaszane szyldy mijanych sklepów.

247

— Dzień dobry.

248

Podają sobie obojętnie ręce.

249

— Wiesz, byłem wczoraj w cyrku.

250

Wiśnicki zawsze się musi wszystkim chwalić.

251

— Wielkie rzeczy — pewnie na południowym.

252

I Stasio zbacza na stronę, aby wejść w kałużę.

253

Wiśnicki milknie, niemile dotknięty.

254

— Właśnie że byłem na wieczornym. A wreszcie to wszystko jedno.

255

— Jutro a nie dziś wszystko jedno. Po południu przedstawienia są dla dzieci.

256

— Właśnie, że nie, tylko że wolno wziąć jedno dziecko za darmo, a reszta wszystko to samo.

257

— Ale lwów po południu nie dają.

258

— A właśnie, że i lwów dawali.

259

— I wchodził do klatki?

260

— A wchodził.

261

— Jak kogo kochasz?

262

— Jak ojca kocham — i patrzy Stasiowi prosto w oczy.

263

— No to się złapałeś, bo byłeś po południu.

264

— Wcale się nie złapałem.

265

— A skąd wiesz, że wchodził do klatki?

266

— Skąd wiem, to wiem.

267

Idą obok siebie gniewni i milczący.

268

— Dzień dobry.

269

Czerwińskiego Stasio też nie lubi, bo kowal i głupi.

270

— Wiecie: w tej dykcie[18] nie zrobiłem ani jednego błędu.

271

— A jak napisałeś „pośliednieje”?[19] — pyta Wiśnicki.

272

— Fi, także mi sztuka.

273

Jest to właśnie jeden z dwóch grubych błędów Stasia.

274

Stasio odłącza się od nich, idzie brzegiem rynsztoka — na samym brzeżuszku, rozstawił ręce i utrzymuje równowagę. — Spogląda z ukosa na kolegów i myśli z niechęcią:

275

— Szczeniaki.

*

276

— Na miejsce. Dosyć.

277

Teraz kolej na Stasia.

278

Stasio szybko chowa zegarek. Trzy minuty do dzwonka.

279

Jeszcze zostało tylko dwóch, którzy odpowiadali po razie, a z siedmiu wyrwanych dzisiaj, aż cztery dwójki.

280

Ostatni wydawał[20] na M; na N nie ma nikogo, na O — jeden, a potem P. Jednym szybkim rzutem myśli obejmuje grozę sytuacji. „Prędzej, dzwonek, prędzej” — krzyczy myśl jego w strasznym, dzieciom tylko i obłąkanym znanym, przerażeniu. — „Boże, zmiłuj się”.

281

Nauczyciel postawił stopień, naprzód[21] w notesie, potem w dzienniku; przebiega wzrokiem listę, przewraca stronę notesu — Stasio jest tam na samej górze.

282

— Prechner.

283

Westchnął głęboko. „Boże miłosierny, dzięki Ci”. Serce jego kołacące jeszcze niespokojnie po doznanym wstrząśnieniu, przyklękło w kornej modlitwie.

284

Więc w sobotę będzie wydawał: nauczy się na pięć — przez całą dużą pauzę będzie powtarzał.

285

A Prechner powoli poprawia bluzę, bardzo powoli zamyka książkę, chrząka.

286

— Do tablicy — niecierpliwi się nauczyciel.

287

Wolno wysuwa się z ławki. I dzwonek. Nasamprzód jedno uderzenie ciche, przytłumione; to stróż bierze dzwonek do ręki; a potem cała fala głośnych, jędrnych, zbawczych uderzeń dzwonka.

288

Nauczyciel skinął ręką, odłożył pióro, zamknął dziennik i wyszedł.

289

Klasa huczy dziesiątkiem głosów. Stasio przyłącza się do grupy, gdzie Prechner opowiada, że nie miał książki w ręce, że nie odpowiedziałby ani słowa. Widać, że się nie chwali tylko, że naprawdę nie umiał. I nic dziwnego: odpowiadał już trzy razy. Nauczyciel chciał go złapać — to jasne.

290

Pierwsza pauza trwa krótko.

291

Na religii sąsiad daje Stasiowi obiecaną książkę. Stasio przegląda spis rozdziałów, trzymając książkę pod ławką, potem zrazu jakby niechcący, a potem uważniej przebiega treść pierwszego rozdziału; wreszcie kładzie książkę na ławkę, przykrywa do połowy religią, ciekawe.

292

— Co czytasz? — pyta kolega z tylnej ławki.

293

Stasio spogląda z niepokojem na księdza.

294

— Nie twoja rzecz; pilnuj swego nosa.

295

Godzina przemija szybko.

296

W serce Stasia wkrada się niepokój. Już posłowie donieśli, że Szparag przyniósł kajety[22], już dyżurny woła, żeby siadać na miejsca, już pedel[23] dwa razy uderzał kluczem w szybę oszklonych drzwi, aby uciszyć klasę. Uderzenia kluczem w szybę nauczył się od inspektora: małpuje.

297

Lekcja się zaczyna.

298

— Kogo nie ma w klasie?

299

Szparag przepisuje stopnie z notesu do dziennika. Uczniowie pierwszej ławki unoszą się, aby z ruchów pióra odgadnąć, ile kto dostał z dyktanda, pokazują na palcach.

300

— Dyżurny!

301

AntysemityzmObaj wyskakują po kajety: jeden żyd, drugi katolik; Szparag żydowi kajetów nie daje; boć to bądź co bądź czynność odpowiedzialna.

302

— O, mój kajet — dawaj.

303

— Poczekaj — po kolei.

304

— Przemyski.

305

— Dawaj.

306

Stasio nie ma odwagi spojrzeć. Przewraca kartkę po kartce: dwa, trzy, trzy, dwa, trzy, dwa, trzy, trzy — a teraz?

307

Rumieńce wystąpiły mu na policzki. Serce bije tak mocno, jak na geografii. Na pierwszej stronicy dwa małe błędy, raz podkreślone, trzeci — podkreślony falistą linią — i jeden z owych dwóch grubych błędów. Nie ma co patrzeć: dwójka.

308

— Ile?

309

— Odczep się.

310

Stasio przymyka oczy, przewraca kartkę i nakrywa bibułą. Bibułę odsuwa powoli. — Nie ma czerwonego atramentu, nie ma, nie ma, może choć z dwoma minusami? I oto fatalne zdanie. Sen czy jawa? Nie ma. Stasio gotów jest krzyknąć z radości: błąd jest — siedzi bestia — ale go Szparag nie zauważył. Śmiałym ruchem odkrywa stopień: trójka z minusem. Gdyby zauważył, byłaby dwójka. I Stasio doznaje bardzo złożonego uczucia: wdzięczności dla Szparaga, że nie zauważył błędu, i gniewu, że mu za jeden gruby błąd i dwa małe postawił tylko trójkę z minusem: przecież mógł czystą postawić.

311

— Widzisz? — pokazuje sąsiadowi.

312

Sąsiad powitał odkrycie życzliwym uśmiechem.

313

— A ty ile?

314

— Trzy plus.

315

Zaczęli porównywać błędy.

316

— Ciszej — upomina nauczyciel.

317

I zaczyna się poprawianie dyktanda, dziesiątki prawideł, powtarzanych dziesiątki, mało — setki razy. Stasio patrzy na trójkę z minusem i nie myśli o niczym: jego system nerwowy wyczerpał się do dna. Siedzi bezmyślnie i nawet się nie cieszy.

318

— Przemyski!

319

Stasio wstaje.

320

— Dlaczego? — pyta nauczyciel.

321

Stasio patrzy błagalnie na kolegów.

322

Priewoschodnaja stiepień[24] — brzęczą ze wszystkich stron klasy.

323

Priewoschodnaja stiepień — powtarza Stasio.

324

— Co priewoschodnaja stiepień? — pyta nauczyciel, biorąc za pióro.

325

Jat'[25] — podpowiada klasa zbyt głośno.

326

Jat' — powtarza Stasio.

327

— Trzeba uważać — mówi nauczyciel.

328

Uczeń z pierwszej ławki pokazuje mu na plecach dwa palce. Stasio sam przecież widzi: stoi i widzi, jak nauczyciel odszukuje jego kratkę w dzienniku i stawia powoli, i z rozmysłem wyraźną dwójkę.

329

Piorun z jasnego nieba…

*

330

Józio niecierpliwie oczekuje Stasia — sam mu drzwi otworzył i nie pozwalając zdjąć tornistra, zawołał:

331

— Chodź, to ci coś pokażę.

332

— Poczekaj, tylko zdejmę kalosze.

333

— No prędzej. Wiesz: w tym nowym sklepie dodają do każdego kajetu jedną ogromną pieczątkę albo sześć małych, i do wyboru. A do brulionu dodają łańcuszek.

334

— Jaki łańcuszek?

335

— Prawdziwy.

336

— Kłamiesz.

337

Józio jest bezgranicznie zadowolony, że udało mu się zainteresować starszego brata swoim wielkim odkryciem.

338

— O, widzisz: naklejka, bibuła, sześć pieczątek i stalka[26].

339

— Ta stalka nic niewarta.

340

— No to co? A pieczątki ładne?

341

— Tak sobie.

342

Józio czuje żal do Stasia: sądził, że go olśni, oszołomi, a tymczasem… Nie wie biedak, że Stasio ma dwójkę z ruskiego.

343

— Na obiad. Ludwika, zawołaj dzieci.

344

Zosia wpada do pokoju. Spóźniła się: była w kuchni, a chciała wiedzieć, co Stasio powie, zobaczywszy bibułę, sześć pieczątek, naklejkę i stalkę dodane do jednego zwyczajnego kajetu.

345

— No co? — pyta zaciekawiona.

346

— Stasio, Józio, Zosia na obiad. Ile razy trzeba was wołać?

347

Mama jest w złym humorze. Ta idiotka Ludwika znów oddała klucz od góry, a przecież wiedziała doskonale, że w środę ma być pranie. Mamę to nic nie obchodzi: niech sobie na nosie wiesza bieliznę, kiedy taka mądra. Mama już z nią dłużej nie może wytrzymać. Do latania ma rozum, a do roboty — zupełne cielę — i w dodatku leniwe. Od pierwszego może sobie szukać miejsca. I tatuś znów się spóźnił, a później będzie się krzywił. Niech się krzywi: mamę to nic a nic nie obchodzi.

348

Zosia nasłuchała się tego wszystkiego w kuchni. Zły humor mamy i jej się udzielił.

349

— Stasiu, nie kop się.

350

Stasio trącił ją nogą niechcący. Ale kiedy tak, to już naumyślnie ją kopnie.

351

— Mamo, Stasio się kopie.

352

— Wstydziłbyś się: taki stary chłop, a nie umie przy stole siedzieć.

353

I Stasiowi przychodzi do głowy, co by mama powiedziała, gdyby przy złym humorze wiedziała jeszcze o dwójce. Zamiast: „wstydziłbyś się”, byłoby: „Stasio, jak jeszcze raz ją ruszysz, to pójdziesz precz od stołu”. I to jakim głosem!

*

354

SzkołaTaka otrzymana w poniedziałek dwójka podobna jest do wielkiej muchy naprzykrzonej i do kleksu[27] na bibule. Jak mucha, brzęczy ona, plącze się w każdej myśli, przy każdej sposobności, i jak kleks na bibule, rozlewa się i rozrasta, coraz większa i większa, rośnie przez cały tydzień. Gdyby to można od razu powiedzieć mamie: „dostałem dwójkę”, i już się pozbyć. Tak byłoby lepiej: a przecież Stasio tak nie robi. I w sobotę nic nie mówi, chowa dziennik, aby nie psuć sobie niedzieli. „Nie dał dziennika, w poniedziałek odda”. Ale niedziela zepsuta i tak. Stasio już w niedzielę musi być spokojniejszy, już nie ośmieli się ani prosić o nic, ani uderzyć Józia albo Zosi; bo wie, że zawinił, i gdyby rodzice uważniej mu się przyjrzeli, toby mogli sami zauważyć, zamknie się w pokoju i niby się uczy, nie śmie czytać otwarcie pożyczonej książki.

355

Taka otrzymana w poniedziałek dwójka odbiera mu ochotę, odwagę, wiarę w siebie, chęć do pracy. Po co się uczyć, kiedy i tak ma już dwójkę, i nic go nie ocali od gniewu rodziców. Choćby mu się udało nawet dostać czwórkę, to dwójka zawsze ją zasłoni.

356

I Stasio wie dobrze, że jeśli w poniedziałek dostanie dwójkę, to nigdy się na jednej nie skończy; zawsze w takim tygodniu we wszystkim gorzej się wiedzie.

357

I kiedy we wtorek wyrwał go nauczyciel do tablicy, Stasio prawie był pewny, że dostanie dwójkę, z góry wiedział, że da mu właśnie takie zadanie, gdzie będzie dzielenie i mnożenie drobiej[28], i że się pomyli.

358

Wczoraj korepetytor znów mu tłumaczył, że jeżeli cztery pomnożyć przez pół, to będzie dwa, a jeżeli rozdzielić, to osiem. Była chwila, kiedy naprężył uwagę i zdawało mu się, że zaczyna rozumieć. Ale przyszło mu na myśl, że w takim razie, zamiast tej całej plątaniny, można zamiast dzielić — mnożyć i odwrotnie, i powiedział to korepetytorowi. Korepetytor zaczął krzyczeć, że arytmetykę mądrzejsi od niego ludzie wymyślili i że Stasio jest leń, że zamiast pomyśleć trochę, woli wynajdywać sposoby, żeby nie potrzeba było wcale myśleć, że arytmetyka jest głupstwo w porównaniu z algebrą, że jeżeli nie może zrozumieć głupiego mnożenia drobiej, to niech się lepiej pożegna z gimnazjum.

359

Stasio sam wie o tym. Raz podczas pauzy stanął we drzwiach piątej klasy i słuchał, jak jeden drugiemu objaśniał geometrię i rysował koła na tablicy. Stasio wrócił do swojej klasy i próbował narysować koło: wyszedł jakiś kulfon krzywy. I nic dziwnego: jak można bez kratek narysować równe koło i żeby było równiusieńkie, bo inaczej nic nie wyjdzie, a w kole trzeba narysować jeszcze z dziesięć rozmaitych linii i żeby wszystko dokładnie się schodziło. Stasio już wtedy zrozumiał, że nie skończy nigdy gimnazjum. Sam widok grubych książek, wypchanych tornistrów, odbierał mu całą odwagę. A egzamina[29]: w czwartej klasie z całych czterech klas: ile to samych wierszy tylko się nazbiera. A czy on pamięta choć jeden z tych wierszy, których się uczył przed dwoma laty?

360

Albo te drobi. Wczoraj była już chwila, kiedy zaczął rozumieć. I teraz, żeby mu dali się namyśleć, toby może zrobił. Bo jeżeli mu się zostało pięć siódmych pieniędzy i to było 35 rubli, to on wie, że musiał mieć więcej przedtem. Zaplątało go tylko, że chce dostać więcej i nagle ma dzielić. Sam korepetytor przestraszył go od razu tymi iksami. Iksów Stasio zupełnie nie rozumie.

361

Nie martwi go nawet ta dwójka. Do dzwonka zostało trzy kwadranse, może sobie przynajmniej spokojnie siedzieć, że go nie wyrwą. — Jedna czy dwie dwójki, wszystko jedno; tak czy tak, będzie mama krzyczała, a tatko będzie prawił morały:

362

— Ja pracuję ciężko, jesteś złym synem.

363

Wszystko mu jedno.

364

Stankiewicz robi zadanie, pisze, wyciera, plącze się, chce się wykręcić od dwójki. Stasio przygląda mu się obojętnie, nawet z pewnym zaciekawieniem, nawet z pewnym zadowoleniem: już przeżył to, co tamten ma dopiero przed sobą.

*

365

Godzina piąta. Muzyka.

366

Stasio nienawidzi muzyki. Geografii, drobiej i gramatyki uczą się wszyscy, których Stasio zna; bez tego nie można dostać promocji. Ale on jest nieszczęśliwszy od nich o całą muzykę.

367

Tatuś mówi, że muzyka to zawracanie głowy, a mama, że strata pieniędzy. A mimo to każą trzy razy na tydzień brzdąkać po godzinie z panią i codziennie samemu. A kiedy wieczorem uwolni się od lekcji, słyszy zaraz:

368

— Stasiu, idź grać.

369

Czasem Stasiowi żal nauczycielki: ona niewinna, że przychodzi, bo musi; a czasem na złość jej robi i pięć razy z rzędu bierze krzyżyk[30] po kasowniku[31]. Bo dlaczego się ciągle skarży na niego? A on ma przecież jeszcze gimnazjum!

370

I po co, kiedy mu wcale muzyka niepotrzebna?

371

Siedź i graj tu, jak masz dwie dwójki na ten tydzień, a jutro klasowe zadanie; wesoło, nie ma co mówić.

372

— Stasiu, uważaj.

373

— Ja uważam.

374

— Stasiu, dlaczego ty mnie tak męczysz?

375

Nauczycielka powiedziała to smutnym, łagodnym głosem. Stasio drgnął. Biedna. — Stasio z trudem powstrzymuje łzy.

376

— Teraz bez błędu zagrasz. No co — dobrze: bez błędu?

377

Stasio nie odpowiada.

378

I zagrał bez błędu.

*

379

Dzieciństwo, Strach, Szkoła„Dopiero dwa dni przeszły” — myśli Stasio, leżąc w łóżku. — Dopiero dwa dni, a co on już przeżył w tym tygodniu. Jeszcze środa, czwartek, piątek, sobota. Co go jeszcze czeka? Jutro klasówka; jeżeli nie zrobi zadania, będzie to już dwójka na przyszły tydzień, po tygodniu z dwiema dwójkami będzie znów tydzień z dwójką.

380

Boże, jak ciężko, jak strasznie.

381

Stasio patrzy na lampę przed obrazem i wzdycha.

382

Dlaczego Bóg, który jest Wszechmocny, nie pomoże mu w jego ciężkiej doli? Gdyby on, Stasio, był Bogiem… Ale grzech tak myśleć, a grzeszyć nie wolno w wilię[32] zadania. Gdyby tak móc wiedzieć, co będzie jutro, albo tylko, co będzie za godzinę. Można by tak łatwo być pierwszym uczniem. Stasio nie chce być pierwszym uczniem. Pierwszy uczeń zarozumiały i nikt go nie lubi. Ale chciałby mieć trójki, żeby móc się nie bać ciągle.

383

Zrobił dzisiaj pięć zadań z korepetytorem; żeby tak było jedno z tych właśnie. Byłaby już czwórka na przyszły tydzień — dzisiejsza dwójka byłaby pokryta.

384

Dwójki dzielą się na niebezpieczne i nie niebezpieczne. Idzie przecież o to, żeby na kwartał nie wypadła dwójka. Z ruskiego ma już cztery trójki i dwie dwójki. Więc go wyrwie jeszcze na poprawkę, nie jest znów taki straszny, tylko mu czasem fantazja do głowy przyjdzie. Z arytmetyki gorzej, ale też może się jeszcze poprawić.

385

Rodzina, SzkołaJacy szczęśliwi ci uczniowie, którzy dzienników wcale rodzicom nie pokazują — takich jest dwóch, o których Stasio wie. Nikt się nimi nie interesuje, nikt na nich nie krzyczy. Albo ci, którzy mieszkają na wsi i tylko na święta jeżdżą do domu. Rogalski jest drugoroczny, a ma własnego kuca w domu — i nic go nie obchodzi.

386

Tylko jemu, Stasiowi, zatruwają życie.

387

Taki żal czuje Stasio do tych wszystkich, którzy go dręczą.

388

Dlaczego, jak jemu się powiedzie, rodzice są dla niego dobrzy? Mama pozwala mu i czytać, i drażnić się z Józiem, i rano tak nie krzyczy, żeby wstał, i do grania go nie pędzi, a tatuś bierze do cyrku albo dorożką. A jak mu się nieszczęści, to wszyscy zaraz na niego. Przecież on umie to samo; bo oprócz pierwszych pięciu albo sześciu uczniów, reszta wszyscy żyją tak jak on. Jak go wyrwą z tego, co umie, dostaje dobry stopień, albo jak nauczyciel jest w dobrym humorze, albo jak mu się uda ściągnąć, albo jakiś inny przypadek. Jeżeli na przykład jutro będzie jedno z tych zadań, które dziś robił z korepetytorem, to dostanie czwórkę; i czy to będzie jego zasługa? Akurat tak się trafi.

389

Stasio umówi się z Goldszternem tak, że jak się weźmie za prawe ucho, to trzeba pomnożyć, a jak za lewe, rozdzielić. Stasio już niby rozumie, ale się boi ryzykować, bo może w ostatniej chwili pomylić się z przestrachu i w pośpiechu.

390

Raz Stasio dostał czwórkę z geografii; umiał akurat do jednego miejsca, a dalej nic a nic. I kiedy powiedział wszystko, co umiał, nauczyciel posadził go na miejsce i postawił czwórkę, a tak to by dostał dwójkę za to samo.

391

Tak będzie najlepiej: za prawe ucho — pomnożyć, a za lewe — rozdzielić. A jeżeli prędko zrobi, to niby pójdzie z papierem do kosza i rzuci mu kartkę. Potem Stasio opuści niby pióro, nachyli się i podniesie kartkę. Chociaż to niebezpieczne.

392

Dziwak jest ten arytmetyk: czasem tak pilnuje, że się ruszyć nie pozwoli, a czasem nic nie uważa i można robić, co się chce. I każdy z nich — jak chce, to zawsze może postawić dwójkę — oprócz pierwszego ucznia. Są tacy w klasie, których lubią, to żeby nie wiem co, nie postawi mu dwójki. A o lizuchach i tych, których rodzice dają łapówki, nie ma co mówić. Pawełkiewicz także nie mógł zrobić zadania — odpowiadał już z dziesięć minut, jak był dzwonek. A on co: „no, na drugi raz jeszcze się spytam”. I nie postawił stopnia.

393

A gdyby to był Stasio…

394

Stasio wzdycha.

395

— Boże, wielki i dobry Boże, daj, żebym jutro zrobił zadanie. Bo chcę przynajmniej w przyszłym tygodniu już nie mieć dwójki. — A on przynosi kajety po tygodniu, w środę — objaśnia Stasio Bogu porządki szkolne.

396

Dziwny spokój ogarnia Stasia. Oczy mu się mrużą, myśli się plączą, modlitwa miesza się z ostatnimi troskliwymi rozmyślaniami i Stasio zasypia, powtarzając:

397

— Prawe ucho — mnożenie, lewe — dzielenie.

*

398

Stasio zatrzymał się przed nowym sklepem. — Jutro albo nawet dziś jeszcze, kupi nowy kajet i obejrzy łańcuszki, które dodają do brulionów. Może zamiast łańcuszka można dostać maszynkę do temperowania ołówków albo dopłacić i wziąć scyzoryk? Tak, dzisiaj kupi Stasio nowy kajet i dowie się o wszystkim dokładnie.

399

Rozgląda się po ulicy: idą jeszcze malcy; to znaczy, że wcześnie.

400

I nagle przypomina sobie klasowe zadanie na pierwszej lekcji. Trzeba się spieszyć — umówić, rozmówić, porozumieć z kolegami — wymaga to zawsze kilkunastu minut. — Zrobi, czy nie zrobi?

401

— Jeżeli spotkam tę dziewczynkę w żałobie, to będzie dobrze.

402

Dziewczynka w żałobie chodzi na pensję, spotyka ją prawie codziennie. — Stasio czuje dla niej wiele sympatii i współczucia, pewien szacunek i odrobinę zazdrości Taka mała, pewnie z wstępnej klasy, i już w żałobie.

403

Raz Stasio, kiedy leżał w łóżka wieczorem, myślał sobie, że jest trochę starszy, na przykład w piątej klasie, że nie ma rodziców, a dziewczynka w żałobie jest sierotą i on ją wychowuje. Czytał gdzieś coś podobnego w książce dla młodzieży. — Gdyby się zwierzył któremu z kolegów, to zaraz by powiedzieli, że się w niej kocha i nazywaliby ją jego facetką. Stasio nawet przyjacielowi nic nigdy nie mówi, bo potem się z nim pokłóci albo co, i ten wszystko wypaple, i potem się śmieją.

404

Prawdziwego przyjaciela Stasio nie ma.

405

„Jeżeli ją spotkam, to zrobię zadanie” — myśli, i pragnie ją spotkać, rozgląda się, idzie wolniej, coraz wolniej.

406

I ze złym przeczuciem przestąpił próg szkoły.

407

Już na schodach krzyknął mu tryumfująco kolega:

408

— Chodź prędzej. Wiemy, które będzie zadanie.

409

W klasie nastrój świąteczny.

410

— Masz, przepisuj prędko.

411

Stasio wyrywa kartkę z brulionu.

412

— Prędzej!

413

Z uderzeniem drugiego dzwonka robota skończona.

414

— A skąd wiecie, że to akurat zadanie będzie?

415

Rzecz w tym, że nauczyciel przerabiał z klasą zadania na cztery diejstwia[33] i zrobił wszystkie po kolei od trzysta siedemdziesiątego do czterysta piątego, tylko jedno zadanie przepuścił. Naturalnie, że to jedno właśnie zostawił na dzisiejszą klasówkę.

416

Każda klasa i każdy uczeń z osobna skłonni są myśleć, że nauczyciel nimi się tylko zajmuje.

417

SzkołaNauczyciel o tym tylko myśli, jakby ich podejść, oszukać, złapać, zaszkodzić. Uczniowie nie pozostają mu dłużni. Klasa i nauczyciel to dwa nieprzyjacielskie obozy, walczące na śmierć i życie. — Jeżeli umiesz lekcję i chcesz wydawać, to kryj się, patrz często na zegarek, udawaj przestraszonego; jeżeli nie umiesz, udawaj, że chcesz odpowiadać, a na pewno nie wyrwie.

418

Ale trzeba umieć to robić tak, aby się udawało. Stasio nie umie…

419

Arytmetyk wszedł do klasy. Chwila niemego oczekiwania. Czterdzieści serc drży w niepewności. Nauczyciel odnotował nieobecnych, rozgląda się, widzi rozłożone kalety, uroczyste twarze dzieci i mówi niby od niechcenia:

420

— Ach tak: klasowe zadanie.

421

Rozejrzał się po katedrze. Dyżurny uniósł się, aby na pierwsze skinienie podać zadacznik[34]. Ale o zgrozo, nauczyciel wyjmuje z kieszeni od kamizelki jakiś kawałek papieru, coś napisał, zanotował i począł dyktować zadanie z głowy.

422

Oszukał. Wszystko było z góry uplanowane, jeszcze na wiele dni przed klasówką. Naumyślnie wtedy przepuścił jedno zadanie. Że tak jest właśnie, nikt ani na chwilę nie wątpi, Stasio pisze jak we śnie. Zapomniał poprosić Goldszterna, aby się pociągnął za ucho, dziewczynki w żałobie nie spotkał — zgubiony bezpowrotnie…

423

Zadanie trudne, a może i nie trudne, tylko klasa, zawiedziona w nadziejach, składa pokornie oręż. Pogrom zamiast oczekiwanego zwycięstwa, upadek zamiast tryumfu. Stasio widzi wokoło twarze zafrasowane. Prócz trzech czy czterech nieustraszonych reszta gryzie bezradnie pióra, marszczy brwi, szepcze trwożnie.

424

— Nie rozmawiać!

425

Stasio nie ma odwagi nawet przeczytać zadania, nie może zebrać rozpierzchłych myśli, ponad którymi góruje jedna: „Oszukał”.

426

W klasie powietrze staje się ciężkie od wyziewów wilgotnego obuwia. Minuty wloką się z miażdżącą powolnością.

427

— Zostało dwadzieścia minut — mówi nauczyciel.

428

Niektórzy wodzą suchymi piórami, byle nie zwracać na siebie uwagi nauczyciela, w nadziei, że w ostatniej chwili uda im się od kogoś przepisać; inni kreślą bezładnie, coraz przekreślając i zaczynając na nowo coraz śpieszniej i bezkrytyczniej; jeszcze inni tworzą jakieś fantastyczne kombinacje, z dziwnym uporem rzucają szeregi cyfr, nie zwracając uwagi na widoczne błędy — byle dojść do ostatniego działania.

429

Stasio nie należy do żadnej z tych trzech grup. Zrobił trzy działania, przy czwartym wypadło mu, że wódz stracił w drugiej bitwie siedemnaście i pięć dziewiątych żołnierza, więc przekreślił ostatnie działanie i czekał. Patrzy na nieruchome pióro sąsiada i mroczną twarz Goldszterna, i już z zupełną rezygnacją oczekuje dzwonka.

430

— No dosyć będzie już!

431

Niektórzy ociągają się jeszcze z podaniem kajetu. Stasio przykłada bibułę, choć stronica wyschła już dawno.

432

Trzech zrobiło zadanie, dwóch ściągnęło do połowy. Stasio postanawia powiedzieć w domu, że nie rozwiązał zadania, aby z góry uprzedzić o dwójce w przyszłym tygodniu.

*

433

— Nasz Stasio, proszę pana, nie zrobił zadania.

434

Korepetytor ma minę zakłopotaną. Stasio strasznie nie lubi, jak mama robi uwagi korepetytorowi. Bo co on winien?

435

— Tylko trzech zrobiło — wtrąca nieśmiało.

436

— Ty zawsze zapatrujesz się na nieuków i leniów — mówi mama. — Jeżeli trzech zrobiło, to ty mogłeś być czwartym, który zrobił.

437

— Jak było takie trudne — zaczyna Stasio, ale przypomina sobie dwie dwójki i milknie.

438

— Myśmy, proszę pani, przerabiali wczoraj zadania — mówi korepetytor, skubiąc górną wargę.

439

— Wczoraj to za mało, trzeba co dzień robić z nim zadania.

440

I mama wychodzi zagniewana.

441

Chwila przykrego milczenia.

442

— I cóż to było za zadanie? — pyta korepetytor.

443

Stasio nie pamięta. Niektórzy uczniowie zaraz na pauzie zaczęli się kłócić, kto dobrze zrobił i jak trzeba było robić, przerabiali je na tablicy, przepisywali na kartkach. I co im z tego mogło przyjść, kiedy i tak wszystko przepadło?

444

„Czy starego Indianina złapali i zabili, czy też udało mu się uciec?” — Stasio przed przyjściem korepetytora czytał. — Żeby to mama wiedziała!

445

— Jak to, godzinę siedziałeś nad zadaniem i nic nie pamiętasz?

446

„Żeby on się już wyniósł” — myśli Stasio i przypomina sobie, że to dziś środa i zaraz przyjdzie Niemka.

447

— Daj zadacznik.

448

— Jutro nie ma arytmetyki — broni się Stasio.

449

— Nie pytam się ciebie. Dawaj zadacznik.

450

I Stasio poczuł nagły przypływ zawziętego gniewu.

451

— Niech mi pan wytłumaczy, kiedy się mnoży i kiedy dzieli; tylko bez iksów.

452

I po upływie kilku minut rozumie wszystko, rozwiązuje szybko cztery zadania, przypomina sobie dzisiejszą klasówkę i ku własnemu zdumieniu przekonywa się, że była łatwa.

453

— I nie lepiej to było wczoraj uważać? — pyta z wyrzutem nauczyciel.

454

Stasio sam wie, że lepiej; ale dlaczego tylko trzech zrobiło?

455

Po lekcji bierze dziennik i zapisuje zadane lekcje na cały tydzień.

456

Czwartek: Niemiecki. Tłumaczenie § 23. Kaligrafia — w klasie. Ruski. Opowiadanie § 49. Religia § 58. Śpiewy. W klasie. — I czego tu się uczyć?

457

Chciał dziś nie czytać, tylko się uczyć; kiedy nie ma czego. — I wyjął swego Indianina z szuflady.

458

Na niemieckim był nieznośny. Nauczycielka chciała już iść na skargę. — Boże, co by to było!…

*

459

Uczniowie klas wyższych zadają sobie pytanie, skąd w gimnazjum wiedzą zawsze, kiedy ma przybyć na rewizję: inspektor szkół, pomocnik kuratora lub sam kurator.

460

A jednak wiedzą.

461

Niezwykły wygląd przybiera wówczas szkoła.

462

Dyżurni w niższych klasach otrzymują dyktaturę. Nie daj Boże, aby dyżurny poskarżył się, że ktoś nie chce podnieść papierka, narysował coś na tablicy lub w ogóle szumi. Pedlowie z odświętnymi minami chodzą po korytarzach: coś w rodzaju wzmocnionej ochrony — w powietrzu atmosfera napięcia — jakby w oczekiwaniu ataku czy oblężenia, czy sądów wojennych.

463

Malcy cieszą się powściągliwie: dla nich to rozmaitość w nieznośnie nudnym, jednostajnym życiu, coś pośredniego między galówką[35] a przeprowadzką. Dwa wrogie obozy, uczniowie i nauczyciele klas wyższych, łączą się na czas pewien dla zwalczenia wspólnego, silniejszego wroga. Cała szkoła żyje teraz jedną myślą, jednym uczuciem, które streszcza się w wyrazie:

464

— Władza!

465

Nawet ci, którzy mogliby się nie wzruszać, doznają pewnego dreszczyku: a nuż… a nuż niełaska, co wtedy?

466

— Czy u wszystkich są halstuki[36]? Czy wszyscy mają paski? Kto jest bez guzika? — Jeżeli kto ma jaką postronną książkę, niech odda. — Kto umie lekcję? — Powtórzyć chronologię!

467

Stuk kół o bruk uliczny. — Jedzie, nie jedzie, jedzie. — Nie. — Głowy zwracają się ku oknu.

468

— Uważać, nie rozglądać się — upomina nauczyciel głosem nad wyraz łagodnym.

469

— Jest. Teraz już jest.

470

Teraz pewnie woźny, przybrany w nową liberię z błyszczącymi guzami, stary Mikołajewski weteran, otwiera mu drzwi. Teraz pewnie dyrektor go spotyka — podaje mu rękę. Szmer.

471

Idzie przez korytarz. Wszedł do piątej klasy.

472

Nauczyciel kaligrafii poprzesadzał uczniów.

473

Dlaczego to zrobił, sam z trudnością umiałby odpowiedzieć. Na pierwszych ławkach posadził tych, którzy mieli nowe bluzy i czyste kołnierzyki. Uległ ogólnemu prądowi, niech i tu nawet będzie wszystko wzorowo.

474

I Stasio okazał się na pierwszej ławce.

475

Idzie. Był w piątej klasie na rosyjskim, w ósmej na historii, w trzeciej na arytmetyce, teraz wszedł do klasy Stasia podczas kaligrafii.

476

— Kaligrafia?

477

Odpowiedzią był niski ukłon.

478

— Siadajcie — zwrócił się do chłopców. — Nie przeszkadzajcie sobie. — Nauczycielowi podał rękę.

479

„Jezu, co orderów” — pomyślał Stasio.

480

— Raaz, dwaa — raaaz, dwaa — liczy pierwszy uczeń, a klasa w takt pisze.

481

— Okna otwieracie podczas pauzy?

482

Kurator od tego pytania zaczyna wizytację każdej klasy — w myśl zasady: mens sana in corpore sano[37].

483

— Raaaz, dwaaa — liczy, może zbyt głośno, pierwszy uczeń.

484

Postanowione było, aby liczył pierwszy albo drugi uczeń.

485

Kurator nachylił się nad kajetem Stasia.

486

— Wstań — rozkazał nauczyciel.

487

Stasio wstał.

488

— Źle trzymasz pióro. Pióro tak należy trzymać przy pisaniu. — Pan powinien zwracać surową uwagę na to, aby uczniowie prawidłowo trzymali pióra.

489

Miała to być ostatnia uwaga, po której dygnitarz chciał opuścić gmach szkolny, aby na pierwszą zdążyć do domu na śniadanie.

490

— Ja właśnie dlatego sadzam go na pierwszej ławce, że źle trzyma pióro — powiedział kaligraf.

491

Było to tylko pokorne usprawiedliwienie, władza wzięła to za zuchwalstwo. Odpowiedź można było uważać za: „pracuję sumiennie nad powierzoną mej pieczy dziatwą”, zarówno jak i: „wiem, jak należy trzymać pióro i bez pańskich uwag”. Słuchać i nie rozumować — zasadzie tej nauczyciel się sprzeniewierzył i otrzymał zasłużoną karę.

492

Kurator lekko się zarumienił i wskazując palcem na drugą i trzecią ławkę, powiedział twardo.

493

— Ci nie siedzą na pierwszej ławce, a palce obrzydliwie trzymają.

494

I spojrzawszy na zegarek, wyszedł bez pożegnania.

495

„Surową — obrzydliwie” — „strogoje[38]otwratitielno[39]”. — Stasio czuł zwisającą nad jego głową burzę.

496

Stuk kół wskazał, że władza odjechała.

497

— Osioł — huknął nauczyciel. — Bałwan! I jeszcze pcha się na pierwszą ławkę!

498

— Pan sam mnie posadził — mówi Stasio.

499

— Milczeć! — Na ostatniej ławce będziesz siedział na moich lekcjach. — Popamiętasz ty mnie. Marsz! — Łapy wam poobijam — zwrócił się już do całej klasy. — Bydło!

500

Stasio wziął kajet i pióro i poszedł na ostatnią ławkę.

501

Stasio, jak i cała klasa, pogardzają nauczycielem kaligrafii. — Daje tylko do trzeciej klasy, zostawić na drugi rok nie może; ale owo: „popamiętasz ty mnie”… A jak powie dyrektorowi, co wtedy? A nauczyciel w kratce — Przemyski — postawił cztery grube pałki: z przedmiotu, uwagi, pilności i sprawowania.

502

Koledzy patrzą na Stasia ze współczuciem: to, co jego spotkało, mogło spotkać każdego z nich. — Biedny Przemyski. — Podczas pauzy będą o nim mówili w uczitielskoj[40] — całe gimnazjum, wszyscy się dowiedzą — i będą się mścili.

503

„Co za straszny, straszny, straszny tydzień” — myśli Stasio.

504

— Pójdziemy razem, dobrze? — proponuje Kowalski.

505

— Wszystko mi jedno — odpowiada Stasio.

506

Kowalski nie czuje się urażonym szorstką odpowiedzią Stasia. Wie, że Przemyski go lubi, ale jest zły, bo ma zmartwienie.

507

— Daj, zapnę ci raniec[41] — mówi łagodnie.

508

Stasia rozbraja jego dobroć. Wychodzą razem na ulicę. Kowalski będzie go pocieszał i Stasio się rozerwie, zapomni. Co to ważnego: kaligrafia?

509

Przyczepił się do nich Malinowski. Dali mu odprawę, ale Malinowski nie ma ambicji i czepia się ich natrętnie.

510

— Idź sobie.

511

— Zabronisz mi chodzić po ulicy?

512

Zwalniają kroku — Malinowski toż samo.

513

— Dobrze, łaź za nami. — Ogon! — Pies. Chodź tu, na, na!

514

Malinowski wie, że w ten sposób chcą go się pozbyć, więc postanawia rozzłościć ich jeszcze bardziej.

515

— Przejdźmy na drugą stronę — proponuje Kowalski.

516

— Poczekajcie: ja jutro dyżurny, to się wam odpłacę — krzyczy w ślad Malinowski.

517

— Dobrze, odpłać!

518

Chwilę idą w milczeniu. Jakby tu zacząć, aby nie urazić przyjaciela?

519

— Słuchaj, Przemyski, przecież on ci nic nie może zrobić, czego ty się go boisz?

520

— Nie boję się wcale, tylko się będzie ciągle przyczepiał.

521

— A ja ci mówię, że za tydzień o wszystkim zapomni.

522

— A jakże, zapomni, jak ja będę siedział na ostatniej ławce.

523

— Toteż nie siadaj. Jak ci co powie, to mu powiesz, że jesteś blizoruki[42] — i już.

524

— A on pewnie już naszczekał na mnie.

525

— A ja ci mówię, że nie. On sam się boi dyrka.

526

— Więc po co mi cztery pałki postawił?

527

— Toteż go poproś, żeby przekreślił.

528

Stasio nie odpowiada. Bo oto naprzeciw idzie dziewczynka w żałobie. Zawsze chodzi po tamtej stronie ulicy, a dzisiaj po tej akurat. Opowiada coś koleżance i śmieją się. Może jej tylko babka umarła, bo inaczej jakżeby ona mogła się śmiać? Spojrzy na Stasia czy nie spojrzy? Spojrzała. Potem coś powiedziała koleżance, pewnie o Stasiu, bo obejrzały się i zaczęły się śmiać. Może poznała, że płakał? Choć on właściwie nie płakał, tylko łzy miał w oczach, a od tego oczy nie puchną.

529

— Co? — pyta Stasio.

530

— Poproś go, żeby przekreślił.

531

— Ja tam nie będę prosił.

532

— Co ci to szkodzi?

533

— Bo nie chcę. — Patrz jaka to świnia. Sam przecież mnie posadził, jemu powiedział, że naumyślnie, a potem wrzeszczy. — Jakbym go prosił.

534

Stasio uspakaja się pod wpływem rozmowy.

535

— Czy ta duża gwiazda, co miał przy orderach, to także order? — pyta kolegi.

536

— Chyba, że order.

537

— Czy jak on przychodzi do gimnazjum, to musi być w orderach?

538

— Eee, chyba nie — tylko tak, żeby się pochwalić.

539

— A może musi?

540

— A kto jemu może kazać?

541

Prawda; kto jemu może kazać — jemu, którego boi się nawet dyrektor?

542

— Dlaczego on wszedł do nas sam, a nie z dyrektorem?

543

— Dyrek chciał z nim iść, ale on nie chciał.

544

— Bo dyrek miał lekcję akurat w piątej klasie.

545

— A skąd wiesz?

546

— W szynelni[43] jeden uczeń mówił… A wiesz, że lepiej, że dyrka nie było?

547

— Pewnie, że lepiej. Jeszcze by co i jemu powiedział.

548

Żegnają się na rogu ulicy i rozchodzą.

549

Stasio wstępuje do nowego sklepu po kajet.

550

— Proszę mi pokazać te łańcuszki, co się dodaje do brulionu.

551

— O, proszę pana. Prawda, że ładny? Niech pan pociągnie, jak pan tylko chce; nie urwie się — taki mocny.

552

Stasio nie lubi, jak mu mówią: pan — bo mu się zdaje, że się z niego śmieją.

553

Bierze kajet i wychodzi.

554

I po co mu właściwie łańcuszek? Przecież nie będzie nosił zegarka na dwóch łańcuszkach…

*

555

Mama włożyła nową suknię, którą mamie krawcowa zepsuła, i były dwie poprawki. Krawcowa była w dodatku niegrzeczna. Mama nie będzie do niej więcej dawała ani jej nikomu rekomendować nie będzie.

556

RodzinaMama wybiera się z tatusiem na koncert, na który już nie było biletów, i tatuś ledwo dwa bilety dostał od przekupnia. Ciocia chciała, żeby i dla niej kupić, ale nie było. Ciocia ma dziką pretensję, a tatuś nie ma obowiązku kupować dla całego świata.

557

Ludwika ma pilnować, żeby Stasio grał na fortepianie i żeby dzieci o dziesiątej najpóźniej poszły spać. Jak nauczycielka muzyki powie, że Stasio znów nowej sztuczki nie umiał, to mama się z nim na serio rozprawi. — Dzieci mają nie hałasować i nie rysować podłogi; lampa żeby nie filowała[44], Stasio żeby się nie drażnił z Józiem, a Zosia jak ruszy co z toalety, to dostanie w skórę. — Nikomu nie otwierać nawet przez łańcuch, a Ludwika żeby się na krok nie ważyła ruszyć z mieszkania. — Czy Stasio umie lekcje?

558

Mama i tatuś wychodzą na cały wieczór — jest to wielkie święto dla dzieci. Nikt im nie przeszkadza w zabawie, czasem i Ludwika bierze udział w grze lub bajki opowiada. Józio i Zosia słuchają bajek z przejęciem, z namaszczeniem, a Stasio niby obojętnie, ale i on lubi słuchać. Najgłówniejsze to, że są sami i mogą robić, co chcą.

559

Mama włożyła rękawiczki, a tatusia nie ma. Dzieci kończą kolację. Zosia wbiła widelec w skórkę od chleba i wyciera talerz z resztek masła i okruchów kotleta.

560

— Patrz, szczotkę zrobiłam z chleba.

561

„Oślica” — myśli Stasio.

562

Józio także zrobił szczotkę z widelca i chleba.

563

— Już po mnie małpujesz — mówi Zosia.

564

Mama i dzieci niecierpliwią się.

565

„Żeby już sobie poszli” — myśli Stasio.

566

Zgrzyt klucza. Tatuś przyszedł.

567

— Tylko nikomu nie otwierać. Lampa żeby nie filowała. Ludwika niech nie wychodzi. Bądźcie grzeczni.

568

Dzieci zostały same. Nie wiedzą, czemu, ale dziś mniej się jakoś cieszą niż zwykle. Stasio jeden wie tylko, ale nie powie. Dzisiejsza awantura z kaligrafem i dwie dwójki. Niezrobionego zadania Stasio nie liczy, powiedział już mamie, że nie zrobił.

569

Józio przerysowuje obrazek z „Przyjaciela”, Stasio czyta kradzieże w kurierku[45] — to dobre na zwyczajny wieczór, ale nie, kiedy mamy nie ma. Zosia chce dać hasło do zabawy.

570

— Wiecie, że jak wejść do studni, to można w dzień widzieć gwiazdy.

571

— A jakże — zauważa ironicznie Józio.

572

— Nie: a jakże, bo pani mówiła.

573

— Twoja pani tyle wie, co zje.

574

— Żebyś ty wiedział tyle, co pani.

575

— Wszystkie baby nic nie wiedzą — mówi Józio, któremu udzielił się smutny nastrój Stasia.

576

— A mamusia także jest baba, to mamusia także nic nie wie. — Dobrze… dobrze…

577

Rozmowa się nie klei; Zosia się nie zraża.

578

— A jak patrzeć na błyskawicę, to się oślepnie.

579

— To ci także mówiła pani? — pyta Stasio, który już skończył drobne wiadomości w kurierku.

580

— Nie, to ja sama wiedziałam.

581

Do pokoju wchodzi Ludwika.

582

— Stasiu, pani powiedziała, żeby Stasio grał… Niech Stasio rzuci kuriera, bo tam nic mądrego nie ma dla Stasia.

583

— Jak Ludwika nie umie czytać, to Ludwika nie wie, czy mądre, czy głupie.

584

— Nie umiem, bo mnie nie uczyli — mówi Ludwika.

585

I Stasio żałuje, że jej tak powiedział. — Ludwika opowiadała im raz, kiedy mamy nie było, jak ją biła macocha, jak ją potem chciała wydać za mąż za starego, jak ona z domu uciekła i Stasio dał sobie słowo, że będzie dla niej dobry; nawet ją zaczął uczyć liter. Ale po co z nim zaczyna zawsze?

586

I teraz chciał powiedzieć, żeby usiadła, to jej przeczyta zbrodnię na Woli, potem Ludwika opowiedziałaby także zbrodnię i tak by się zaczął wieczór przyjemny. Ale dwie dwójki, kurator.

587

— Niech Stasio odda kuriera.

588

— Niech Ludwika puści, bo podrę.

589

— To niech Stasio puści.

590

— To dobrze: ja się ze Stasiem bić nie będę.

591

Ludwika ma myśl ukrytą: chce, żeby każde z dzieci coś zbroiło, żeby je potem zobowiązać do milczenia; a sama chce się wymknąć na pół godzinki do pralni, gdzie wieczorem bywa tak wesoło.

592

— A Zosia niech nic nie rusza.

593

— A właśnie, że ruszę.

594

— A ja mówię, że nie ruszysz.

595

Zosia wchodzi odważnie do ciemnej sypialni i wynosi flakon z wodą kolońską.

596

— No, o tym to już pani będzie wiedziała.

597

— No niech wie.

598

Józio jest złote dziecko. Teraz jest spokojna. Żadne z dzieci nie piśnie ani słówka. Może sobie wyjść swobodnie na godzinę.

599

Stasio odłożył gazetę, oparł się i patrzy na Józia:

600

„Maminsynek” — myśli o nim z zazdrością. — „Brata się powinno kochać. Czy ja go kocham?”

601

— Może zagramy w co? — decyduje się wreszcie Zosia. Józio patrzy pytająco na Stasia.

602

Stasio wyjmuje z szafy tom Słowackiego, bo Sienkiewicza mama dawno już pod klucz zamknęła. Stasio nie lubi wierszy. — Ojciec zadżumionych[46] — może to ciekawe.

603

Zosia patrzy na zegar. Już przeszło pół godziny — i nic.

604

— Powiem mamie, żeś wyjął książkę.

605

— A ja powiem mamie, że ruszałaś perfumy.

606

Józio kładzie się na kanapie.

607

Stasio czyta — czyta z wzrastającym zainteresowaniem.

608

I nagle przychodzi mu do głowy myśl dziwna: ten ojciec zadżumionych podobny jest do Stasia. — I na ojca zadżumionych, i na Stasia spada cały szereg nieszczęść, których końca nie widać. — Jeszcze się feralny tydzień nie skończył, jeszcze dwa dni. Kto wie, co dalej będzie? Może go wyrzucą albo co? — Tamtemu dzieci umierały, a on dostał dwójkę po dwójce. — I za co to, za co? Co złego zrobił ten ojciec, że mu umierały tak dzieci? — Biedny! — Stasio ma łzy w oczach. Józio siedzi na krześle i patrzy w światło lampy. Zosia patrzy gniewnie na Stasia: przez niego cały wieczór zepsuty — jakieś muchy ma w nosie dzisiaj — wykapany tatuś…

609

Nie ma nikogo z dorosłych, a w mieszkaniu tak cicho. Czemu dziś tak smutno, chociaż nie ma mamy?

610

Zło, KrzywdaOto krzywda się dzieje już nie Stasiowi tylko, ale Józiowi i Zosi także. Oto sen mroczny śni historia, że zły duch, zła siła legła u wrót izby szkolnej — zła, bo nie znosi śmiechu dzieci — zła, bo gdy taki wesoły i beztroski śmiech dzieci usłyszy, to jej krwią nabiegają oczy, leniwie głowę ku drzwiom zwróci — i warknie, i śmiech płoszy.

611

Biedne, bezradne — gdzież modlitwa za wasze szczęście płowe, gdzie pomoc? Zdziwione oczy wasze smutne. Może jawi się cud — rycerz o stu głowach, o stu po sto rąk czarnych w guzach i garbach, i bliznach od ciężkich narzędzi pracy — i dla wszystkich, i dla was lepsze jutro kupi.

612

Mroczny sen śni historia.

*

613

— Poczekaj, dam ja ci za wczorajsze — odgraża się Malinowski.

614

Malinowski jest dzisiaj dyżurnym. Stasio przypomina sobie wczorajszą kłótnię i niepokój wkrada mu się w serce. Malinowski i tak jest świnia i lizuch, a teraz jeszcze…

615

Po drugim dzwonku ktoś gwizdnął.

616

— Przemyski, dlaczego gwiżdżesz? — ryczy na cały głos Malinowski, wiedząc, że pedel chodzi po korytarzu.

617

— Kłamiesz: to nie ja gwiżdżę — broni się Stasio, choć wie, że jeśli dyżurny powie pedlowi, to na pewno uwierzy dyżurnemu. Stasio czuje swoje położenie bez wyjścia i bezsilny gniew w nim wzbiera.

618

W klasie ktoś gwizdnął po raz drugi.

619

— Znowu Przemyski? — wrzeszczy Malinowski i zapisuje Stasia na kartce.

620

Ale pedel nie słyszał; Stasio jest ocalony. Stasio pokaże temu świntuchowi, że go się nie boi.

621

— Masz, zapisuj sobie — i gwizdnął sam teraz.

622

I w progu ukazał się inspektor.

623

— Kto gwizdał?

624

— Przemyski — i podaje kartkę.

625

— Zostaniesz na dwie godziny po lekcjach.

626

Inspektor bierze kartkę od Malinowskiego i wchodzi do piątej klasy na lekcję.

627

— Po co ci było z nim zaczynać?

628

— Pilnuj swojego nosa.

629

A to się wiedzie temu Przemyskiemu — no! Stasio ma godzinę do namysłu. Inspektor zapisze do sztrafnego[47] dopiero na dużej pauzie. — Prosić, czy nie prosić?

630

— Idź poproś — namawiają koledzy. — Powiedz, że cała klasa widziała.

631

— Niech no ja będę dyżurnym — mówi jeden — to Malinowski dostanie za ciebie.

632

— Świnia, lizuch — bydlę.

633

Stasio czeka przed drzwiami piątej klasy, inspektor nigdy zaraz po dzwonku nie wychodzi, tylko dopiero w pięć minut. Obok Stasia wszyscy jego stronnicy w pogotowiu — to świadkowie; trochę z dala — reszta klasy.

634

— Co to znów za zbiegowisko? — pyta, wychodząc inspektor.

635

— No idź — pchają go koledzy.

636

— Proszę pana… — zaczyna Stasio.

637

Powie mu wszystko, od samiutkiego początku, wszystko, jak na spowiedzi, wszystko od poniedziałku. Przebaczy mu, musi mu przebaczyć — musi mu przebaczyć.

638

— Rozejść się! — Kartkę Malinowskiego inspektor trzyma w ręce.

639

— Proszę pana… ja…

640

Inspektor nie słyszy — idzie przez korytarz. Na wschodach[48] tłum ich rozdziela. Stasio przedziera się z jakimś dzikim uporem. Powie mu wszystko od samiutkiego początku, wszystko mu powie, od samego poniedziałku powie. — Przebaczy, na pewno przebaczy — nie napisze do sztrafnego. Na progu uczitielskoj zastępuje drogę.

641

— Proszę pana…

642

— Wiem, wiem…

643

— Proszę pana…

644

— Już nie będziesz więcej — prawda?

645

— Już nie będę.

646

— Jak nie będziesz, to bardzo dobrze, a dziś posiedzisz dwie godziny. Zrozumiałeś?

647

I znikł.

648

— No co?

649

— Idźcie do diabła!

650

Stasio wraca do klasy i wybucha gwałtownym płaczem.

651

— Przemyski, wyjdź z klasy — woła z daleka Malinowski.

652

Stasio nie odpowiada. Malinowski nie śmie drugi raz powtórzyć rozkazu.

653

Do klasy wchodzi klasowy gospodarz: czy wszyscy wyszli, czy okna otwarte?

654

— A ty co? Aaa, Przemyski. — Źle, źle: wczoraj trzy pałki, dziś koza[49].

655

I za tych kilka obojętnych słów Stasio jest mu tak wdzięczny, jak za najwyższe dobrodziejstwo; nie ma już do niego żalu za poniedziałkową dwójkę. Pozwolił mu zostać w klasie, nie skrzyczał, nie wypędził.

*

656

Niemiec, stawiając Stasiowi stopień, pokiwał smutnie głową, cmoknął ustami, spojrzał na jego zapłakane oczy i postawił mu czwórkę z plusem — Stasio tylko na trójkę zasłużył — i to może z minusem.

657

— Cztery dostałeś.

658

— Dobrze.

659

Stasia nic już nie pocieszy — i tak wszystko stracone.

660

Szkoła się wyludniła. Tak głucho, pusto, strasznie. Tyle ławek, na ścianach mapy i Stasio sam. A tam za oknem, na ulicy, wszystko po dawnemu, jak gdyby się nic nie stało. Ludzie sobie chodzą jak gdyby nigdy nic. Tramwaj jedzie, chłopiec kuriery sprzedaje, niańka idzie z dwojgiem dzieci. Pan z podniesionym kołnierzem, dwaj studenci, pani z dzieckiem. Jacy oni wszyscy szczęśliwi. Tylko on jeden — jedniusieńki na całym świecie.

661

Inspektor teraz pewnie poszedł na obiad — i ani pomyśli o nim. Co go może Stasio obchodzić; kogo może Stasio obchodzić?

662

Jedno słowo: „przebaczam” albo: „pamiętaj, żeby to ostatni raz było” — i dlaczego nie powiedział?

663

Po co zaczynał z Malinowskim? — Prawda, że Malinowski przysiągł się na Boga, że mu nie daruje, ale przecież przysięga w złości się nie liczy — to chyba mały grzech. Ludwika jest bardzo nabożna, a ile razy przysięga się, że mamie powie, a potem nie mówi.

664

Ach, jak mu życie zbrzydło, jakby strasznie chciał umrzeć. Nie chorować, nie męczyć się, tylko tak od razu umrzeć.

665

Stasio opiera się na łokciu, patrzy nieruchomo w kąt klasy i myśli o tym, jakby on chciał umrzeć.

666

Na przykład ta mała w żałobie wpada pod konie. Stasio rzuca się, żeby ją uratować. Chwyta konia za uzdę, koń staje dęba, ale Stasio uzdy nie puszcza. Wtedy koń rzuca się w bok i uderza głową Stasia o latarnię, a potem dobija go kopytem. Niosą trupa do gimnazjum. Piszą o nim we wszystkich gazetach, nazywają go młodym bohaterem. Na pogrzebie jest całe gimnazjum: i dyrektor, i inspektor, i wszyscy uczniowie — mama, i tatuś, i ta, której uratował życie.

667

Ale Stasiowi żal młodego życia.

668

Nie, koń go nie zabija, tylko ciężko go rani. Stasio choruje bardzo długo, aż prawie do Bożego Narodzenia. Na dwa dni przed świętami przychodzi do szkoły blady z zawiązaną głową, żeby go mogli wyrwać jeszcze na poprawkę. I na drugi kwartał nie ma ani jednej dwójki, bo go łatwo słuchają. — Malinowski przychodzi go przeprosić i Stasio mu przebacza.

669

Boże Narodzenie — święta, choinka. Jakież to wszystko odlegle. — Cztery tygodnie. — Kiedy się to skończy?

670

Co mama powie, jak zobaczy dziennik?

671

— Pójdziesz do szewca. Z tobą nie można postępować jak z człowiekiem. Jeżeli mi weźmiesz jaką książkę do czytania, to ci łapy poprzetrącam. Ucz się! — będzie świszczało jak bat.

672

Wreszcie po paru dniach Stasio pójdzie przepraszać; odpowiedzą mu chłodno, opryskliwie:

673

— Dobrze, dobrze — zobaczymy.

674

A niezrobione zadanie, a jak w przyszłym tygodniu coś mu się nie powiedzie — to znów dwie dwójki.

675

Nie, tylko śmierć może go ocalić, nic więcej.

676

Stasio wrócił do domu głodny i wyczerpany bezcelową walką wewnętrzną, dwugodzinną gorączkową pracą myśli w samotności.

677

— Coraz lepiej Stasieczku: wczoraj zadanie, dziś koza.

678

— Nie wczoraj zadanie, tylko onegdaj.

679

Stasio chce, aby go mama zbiła: niech bije, niech wszyscy się nad nim znęcają aż do końca. Naumyślnie tak będzie odpowiadał.

680

— Zadanie onegdaj, no a koza także onegdaj?

681

— Niesprawiedliwie mnie wsadził.

682

— Ja wiem: ty zawsze masz na wszystko sto wykrętów.

683

— Nie mam wykrętów. A jak mama nie wie, to niech mama nie mówi.

684

Łzy, Matka, RodzinaStasio odłożył łyżkę, rzucił się na swoje łóżko i aż do przyjścia korepetytora leżał i płakał. Nie był to już spazmatyczny płacz obrażonej dumy, gniewu bezsilnego i buntu, płacz, którym wzbudził współczucie klasowego gospodarza, tak że go na pauzie nie wyrzucił z klasy, był to teraz płacz poddania i poczucia wielkiej krzywdy, gorzki płacz człowieka, który się zawiódł nawet na najbliższych mu — na ostatnich już.

685

I matka zrozumiała — dobre myśli podsunęło jej tym razem serce:

686

— Może naprawdę niesprawiedliwie? Stasio przecież nie kłamie. Doktór powiedział, że Stasio jest anemiczny. Stasio nie tknął obiadu i śniadanie przyniósł z powrotem. Jeszcze się rozchoruje i gorzej będzie. Stasio nie siedział jeszcze w żadnej klasie dwa lata.

687

Po lekcji z korepetytorem Stasio zjadł obiad, nie miał lekcji z Niemką, a wieczorem dostał już w łóżku nadziewaną długą czekoladkę.

*

688

Biedna mama, jaka ona dobra. Stasio odpowiadał niegrzecznie, a ona pozwoliła mu nie mieć lekcji z Niemką i dała mu nadziewaną czekoladkę. Biedna mama — mama także jest nieszczęśliwa, bo nic nie ma z życia: siedzi cały dzień w domu jak zaklęta, tatuś jest niewyrozumiały i bezwzględny, a jak mama kupi ładny materiał na suknię, to jej krawcowa spaskudzi.

689

A tatuś czy szczęśliwy? Także nie: męczy się, pracuje, teraz o grosz trudno, a jak się wybiera do teatru albo co, to mama mu robi scenę i zepsuje humor.

690

A Stasio zamiast się starać dobrze uczyć, zatruwa im chwile i wpędza do grobu.

691

Tak, tak. Wszystkiemu winien Stasio, bo jest leń, bo nie chce się uczyć.

692

Jutro sobota, jutro będzie na pewno wydawał z geografii; już w poniedziałek miał wydawać, a czy umie? Prawda, że może się nauczyć na dużej pauzie, bo zadano mało i łatwe, ale czy nie lepiej było dziś się nauczyć, a jutro powtórzyć tylko? Siedział dwie godziny w kozie; mógł nauczyć się pokazywać główne miasta w Azji, bo o to się pyta — a dlaczego tego nie zrobił, chociaż mapy wisiały na ścianie? Skorzystał z tej kozy i płaczu, żeby się tylko nie uczyć.

693

Ale teraz koniec: Stasio weźmie się do siebie.

694

— Jak Bozię najszczerzej kocham, będę się już uczył — postanawia Stasio.

695

Przysięgnie się, i to tak, że już będzie się musiał uczyć, bo inaczej popełniłby straszny grzech.

696

Klęka więc w łóżku i ponawia uroczyście przysięgę:

697

— Jak Ciebie kocham, o Panie nasz i Ojcze, jak Ciebie kocham, przenajświętsza Trójco, od jutra będę się uczył, będę czytał tylko w niedzielę…, i jeżeli będzie już zupełnie mało lekcji — dodaje przezornie — i już powtórzę wszystko, czego nie umiem dobrze, a co potrzebne.

698

Stasiowi trochę się strasznie zrobiło, że tak za jednym zamachem spalił za sobą mosty, ale tym silniej wierzy w moc swojej przysięgi.

699

Co dzień po sześć stronic geografii, po trzy paragrafy niemieckiego ze słówkami i to tak, żeby wiedzieć, co jest der, co die i co das[50], po jednej części mowy i po dziesięć zadań.

700

Trzysta zadań w ciągu jednego miesiąca!

701

Stasio czuje się bogaczem — tylko jeden miesiąc wytrzymać. I wytrzyma — teraz już musi, bo się związał przysięgą.

702

Gdyby już było jutro, gdyby tak można teraz w nocy wstać z łóżka i zrobić pierwszych dziesięć zadań albo od razu dwadzieścia — na dwa dni z góry.

703

I Stasio tak cudnie, pogodnie, tak spokojnie zasypia. I nazajutrz tak szybko i rześko zrywa się z łóżka, o dziesięć minut wcześniej niż zwykle wychodzi z domu, tak wesoło upływają mu pierwsze trzy lekcje, tak bez troski bawi się podczas pauzy w berka.

704

Nawet na geografii nie boi się ani trochę.

705

Dziś zrobi z korepetytorem dziesięć zadań, pierwsze paragrafy niemieckiego są łatwe, suszczestwitelnoje[51] umie prawie na pamięć — na poniedziałek mało lekcji, wszystko to machnie w dwie godziny, a wieczór będzie miał swobodny.

706

To samo jutro, pojutrze.

707

Nawet dziennik go nie przeraża. Przyrzeknie uroczyście, że się poprawi, powie, ze przysiągł, to mu mama musi uwierzyć.

708

Do dzwonka zostało pięć minut. Stasio składa książki, zapina tornister i już go nawet trochę wysunął z kasetki.

709

— Przemyski!

710

Stasio nie wierzy. Jak to? Od poniedziałku miał zacząć w szkole nowe życie, pełne zaszczytów i tryumfów — nowe i zupełnie niepodobne do dawnego — już… już za pięć minut miał się skończyć ten stary przeklęty tydzień — już nawet książka schowana — i nagle…

711

— Przemyski.

712

Stasio nie pamięta głównego miasta w Tybecie. Na pewno każe mu mówić główne miasta w prowincjach chińskich. Stasio jest odurzony — zmartwiały.

713

— Główne miasto w Persji — rzuca nauczyciel, spoglądając za zegarek.

714

O Persji Stasio wie, ale potem zapyta go o Chiny, a on zapomniał, jak się nazywa to miasto, gdzie mieszka dalajlama[52].

715

— Ja czekam — mówi nauczyciel.

716

I Stasio czeka. Owładnęło nim dziwne lenistwo myśli. Może dzwonek! I dlaczego go wyrwał?

717

— Teheran — podpowiada pierwsza ławka.

718

Zdrowy rozum nakazuje pleść byle co. Nauczyciel już nawet notes schował — i tak stopnia nie postawi.

719

— Teheran — krzyczy cała klasa.

720

— No? — pyta nauczyciel, udając, że nie słyszy podpowiadania.

721

Stasio milczy.

722

— Jakie jest główne miasto w Persji?

723

— Teheran — ryczy już głośno klasa.

724

Stasio wzrusza obojętnie ramionami. Nauczyciel leniwie wyciąga rękę po pióro.

725

W mowie potocznej nazywa się to, że Stasio się uparł.

Spowiedź motyla

1 kwiecień

726

Widziałem znów Zosię. Kocham ją na nowo. Ta nieszczęśliwa miłość i śmierć Najdroższej Babci uczyniły, że nie wiem, co się ze mną dzieje. Cierpię, ale nie bluźnię.

2 kwiecień

727

Wiktoria stawiała mi pasjans. Wyszło, że Zosia mnie kocha, lecz nie zostanie moją żoną, a ja będę nieszczęśliwy.

728

Teraz mam już zupełnie inne zamiary. Nauczę się mówić po hiszpańsku, po włosku etc., i będę podróżował. Wiem, że to się 100 razy zmieni.

729

Wtorek i środę miałem okropne. Krzyż mnie strasznie bolał i mimo to cierpiałem moralnie: śmierć Babci, nieszczęśliwa miłość trzecioklasisty… Lecz ja nie mogę długo rozpaczać. Śmiało podnoszę czoło, ażeby znów stanąć do walki.

730

Najlepiej, gdy jestem zajęty, ponieważ nie myślę o niczym prócz nauki. Może o niej (Z.) zapomnę, ale tymczasem kocham ją, nie mając najmniejszej nadziei posiąść. Za dwa lata ona będzie dorosłą panną, a ja (w najlepszym razie) piątoklasistą.

12 maj

731

Dawno nie pisałem.

732

Ach co się ze mną dzieje. Nie wiem, co to znaczy, czy to straszny sen.

733

Jak ja Ją kocham. Z każdą chwilą miłość moja rośnie. Co czuję, trudno wypowiedzieć, a napisać to już zupełnie niemożliwe.

734

Widziałem ją w Alejach. Ach, jaka była cudna. Łaziłem z początku z Wackiem i powiedziałem mu wszystko. Ach! jak teraz żałuję. Podły jęzor!

735

Zosiu moja! Ukłoniłem się z daleka, bo etykieta nie pozwala dojść, chociaż mogłem, bo się znamy. Zosiu droga! Z jaką rozkoszą przycisnąłbym Cię do mej zbolałej piersi. Czekam, co dalej będzie. Czy ja się dopiero teraz zapatruję na świat tak, jakim jest rzeczywiście?

736

Ciągłe zawody! Gdybym wiedział, że Ona mnie choć 1/100 część tak kocha, jak ja Ją. Ale nie zdaje mi się. Była zawsze tylko uprzejma, ale nie więcej.

737

Ach, jaki ja jestem głupi! Cóż to, chcę żeby mi okazała swą miłość. Wszak nie zdradziłem nawet przyjaźni ku niej bo jestem dobrze wychowany i wiem, czym jest cześć dziewczęcia.

738

Cierpię!!!

4 czerwiec

739

Mało piszę, bo egzamina[53].

740

Przed obiadem się uczę, a po obiedzie chodzę w Aleje.

741

Nie ma nadziei, żebyśmy razem wyjechali.

742

Bardzo się zawiodłem na dzienniku. Myślałem, że wszystkie myśli wyleję na papier, a tymczasem…

30 czerwiec

743

Już po egzaminach. Jestem uczniem czwartej klasy… czwartej klasy. Lecz cóż?… wszak przy niej jestem tym samym dzieciakiem. Gdy spojrzę w tę czarną przyszłość, to aż mnie strach bierze. Przypuśćmy, że mnie teraz kocha, lecz potem… Za dwa, trzy lata będzie dorosłą panną, a ja…

744

Albo zapomnę, albo przestanę istnieć dla siebie i oddam się ludzkości.

745

Albo się rozpiję!!!

6 lipiec

746

Rzadko i mało piszę, bo i cóż mam pisać? Cierpię i tęsknię tak samo.

747

„Dziś rok” — słowa te towarzyszą mi ciągle. Budzę się z nimi i z nimi zasypiam. Wiedziałem, że wakacje te będą dla mnie przykre, lecz nie przypuszczałem, że tak będę cierpiał. — Co ona robi? Czy myśli o mnie? Czy mnie kocha?

748

C-z-y k-o-c-h-a?

749

Podobno co 7 lat zmienia się cały organizm, sposób myślenia i wszystko. Co przyniosą mi owe 14 lat? Oczekuję z niecierpliwością, badam stan mojej duszy, aby się naocznie przekonać.

9 lipiec

750

Wczoraj po obiedzie byłem u p. Wandy! Powiedziałem, że się kocham, mówiła, że to przeminie, radziła pisać regularnie dziennik, że przyjemnie go czytać po paru latach. Ona pisze dziewięć lat, opisała wszystkie podróże.

751

Dziś śniła mi się Zosia. Ach, co za rozkoszna noc.

752

(Uwaga późniejsza: Pamiętam ten sen. Objęła mą szyję, jej ciemne włosy okryły mą twarz. Nie opisałem tego przed dwoma laty, bałem się, aby to nie było profanacją. Istota snu była namiętna, lecz namiętność była jeszcze tak czysta i dziewicza, jak myśli moje. To był sen na przełomie dzieciństwa i młodzieńczości).

11 lipiec

753

Wczoraj byliśmy na zabawie. Po linie chodził Paulo i dziewczę, pewnie Włoszka. Jestem tak zdenerwowany, że najmniejsza rzecz tak mnie irytuje, że już nie wiem. Tak mnie się jej żal zrobiło, że płakałem długo. Pewnie spadnie i zabije się albo będzie kaleką.

754

Z Helą pokłóciłem się tak, że jej nienawidzę, chociaż siostra. Wie o wszystkim, więc dlaczego nie daje mi pokoju? Prawie chciałem sobie życie odebrać, lecz imię Zofii mnie powstrzymało. Cierpię, cierpię, ale w skrytości, bo to ubliża memu męskiemu charakterowi. Może skargi przyniosłyby mi ulgę, lecz nie, ja chcę cierpieć w skrytości.

755

Nawet gdy się modlę, myślę o Niej.

25 lipiec

756

Wczoraj byliśmy u nich. Zdawało mi się, że to sen albo marzenie. Tak jestem przyzwyczajony do przyjemnych marzeń, że mi się wydawało, że to jest obrazowe marzenie. Na pożegnanie podała mi rękę, uścisnąłem ją (rękę) i byłbym z chęcią przycisnął do ust. Lecz to uściśnienie z mej strony było szczersze od tysiąca pocałunków, a to: „do widzenia Pani” dźwięczało jak skarga. Zdaje mi się, że gdym powiedział: „do widzenia Pani”, głos mój zadrżał.

757

Gdy pomyślę, że już nigdy nie będziemy tak rozmawiali, serce pęka mi z bólu. Te spacery wieczorami przy świetle księżyca — nigdy się to nie wróci! Nigdy!!!

758

Mama mnie dziś pytała, jakem się bawił. „Tak sobie” — odpowiedziałem. O ironio losu!…

8 sierpień

759

Zaprzyjaźniłem się z Frankiem W. To dziwne: mamy jednakowe zapatrywania się na rzeczy, jednakowe chęci i zamiary. Będę zbierał zbiory mineral. i mam zamiar urządzić zielnik.

760

Zosia wydaje mi się teraz czymś niedostępnym, urojonym. Chciałbym być poetą, literatem, śpiewakiem etc.

9 sierpień

761

Wczoraj z wujem Pawłem byliśmy w Wilanowie. W krótkości opiszę to uczucie, które mną owładnęło na widok królewskiej siedziby. Droga do Wilanowa przez pola jest bardzo przyjemna, lecz nie ma w niej nic godnego uwagi.

762

Wjazd do Wilanowa jest to ogromna brama wykuta z piaskowca. Dalej idzie kościół, a na dziedzińcu, otacz. kościół jest VIII ołtarzy. Park nie stracił nic na piękności. Cały Wilanów dziwnie jakoś poważnie nastraja. Zdaje się, że wszędzie przechadzają się duchy potężnych królów naszych. Przystąpmy do opisania wnętrza pałacu. Wszystko dziwnie jakoś zimne. Każdy sprzęt zdaje się przypominać lata dawne, minione, piękne lata potęgi i chwały.

763

Nie chce mi się pisać…

Koniec I kajetu.

26 sierpień

764

Rzadko teraz pisuję, bo nie mam co. W zeszłym roku och co ja bym napisał, ale w tym. Czytałem listy Sienkiewicza z Ameryki. Szczęśliwy. Gdy patrzę lub myślę o podróżnikach, tak im zazdroszczę. Być przyrodnikiem, podróżnikiem i poetą — ileż uczuć mieści się w tych słowach, jak harmonijnie brzmią dla mego ucha. Przyroda — ta największa tajemnica i zagadka — ma niewysłowiony urok. — Badać naturę, być pożytecznym ludziom, przynosić chlubę rodakom — oto szczytny cel życia. Tak żyć albo nie żyć wcale.

14 listopad

765

Nie pisałem tak długo nie dlatego, że nie miałem tematu, lecz że każdą wolną chwilę poświęcam stowarzyszeniu naturalistów-amatorów, które założyliśmy z Frankiem. Dzięki Frankowi została rozbudzona śpiąca iskra miłości dla przyrody. Cóż to za rozkosz obcować z przyrodą. Teraz już wiem, czym będę — będę przyrodnikiem.

766

Młodość, SamotnośćW ostatnich dopiero czasach rozbudził się we mnie duch dążności do wyższej idei, piękniejszych pociągów. Mam 14 lat. Stałem się człowiekiem — wiem, myślę. Tak jest: cogito, ergo sum[54].

767

Ach jak ciężkie było życie genialnych ludzi; ludzi którzy byli niezrozumiani; ludzi, którzy wiek swój rozumem wyprzedzili. Czuję, że jestem natchniony przez Opatrzność do zrobienia czegoś wielkiego, nieśmiertelnego. Jeżeli śmierć nie przetnie pasma mych dni, będę sławny. Będę!?!

768

Ludzie mnie nie rozumieją. Jedna, jedyna dusza na świecie zrozumiałaby mnie, a choćby nie zrozumiała, toby przynajmniej wysłuchała. Nie mam nikogo. — Dziwnym by się to każdemu wydawało. Mam rodziców, siostry, znajomych. O! nie, ja potrzebuję człowieka, z którym bym mógł porozmawiać, wynurzyć się. Zosia zdaje mi się, zrozumiałaby mnie. Dlaczego tak myślę, nie wiem. Lecz mimo woli serce me drga silniej na myśl o niej. Myśli często się przenoszą ku niej… ku jej osobie… kocham ją…

769

Nie mówię teraz o niczym poważniejszym z nikim. Zdania te mniej więcej krążą około: wydawałem z łaciny, proszę o kawałek chleba itp.

1 styczeń

770

I znów o rok przybliżyliśmy się do grobu. Znów przeszedł rok, a jego zastępca zasiadł na tronie i zaciekawia swą tajemn. Co nowego przyniesie — zapytuje każdy. Czy będzie lepszy od swego poprzednika? Lecz on nie odpowiada, a swym wymownym milczeniem zdaje się mówić: zobaczycie.

771

Będę pisywał teraz krótko, ale codziennie.

Poniedziałek 2 styczeń

772

O 9-ej wstałem. Rozmowa o camera obscura[55] Nauka. Obiad. Gra w fortecę. Pamiętnik chłopca Amicisa[56].

3 styczeń

773

„Pam. chł.” inaczej teraz rozumiem. Pożyczyłem rocznik: Romans i powieść[57]. Śliczne nowele. — Sankami na miasto. Była p. Maria i Ciocia.

4 styczeń

774

Czytałem. Za dziesięć dni szkoła. Po obiedzie posiedzenie przyr.-amat. Czytaliśmy Flammariona[58] o światach zamieszkałych.

14 styczeń

775

Pierwszy dzień sztuby. Mama leży, doktór powiedział, że nic groźnego. Wydawałem z franc. i dostałem 4.

15 styczeń

776

Chciałem zamienić naszą ławkę na ławkę Tomcz., bo nasza wysoka i niewygodna. Na to wszedł inspektor i zostawił nas w kozie. Pedagog! Osioł!

777

Wydawałem z greka, ale był dzwonek i nic nie postawił.

16 styczeń

778

Sierg. jest chory. Zamiast niego był dyrek, uczniowie b. źle odpowiadali. Było franc. opowiadanie: Cresus et Solon — ściągnąłem z kartki. Mam katar i ból głowy.

17 styczeń

779

Dziś posiedzenie odbyło się u mnie. Stefan czytał o różnicy między człowiekiem i małpą. Był pan Wiktor, zdaje mi się, że się kocha w Heli. Potem byłem u R. Janka dała mi parę arkuszy listowego papieru z widokami Krakowa i obiecała, że mi przywiezie brelok z trupią czaszką, o którym od 2 lat marzę.

18 styczeń

780

Dziś w szkole nic nadzwycz. nie wypadło. Z fr. ściągniętego opow. dostałem 4×. Wieczorem był p. Dol., już oddał swe miejsce Moskalom. Mówi, że gdy przyszedł do domu, to się wypłakał, co mu się od 20 lat nie zdarzyło. Pracował 23 lat na kolei, młodość tam w biurze stracił, a teraz ma taką nagrodę.

19 styczeń

781

Z ruskiego dostałem 4, z algebry 2. Do albumu zapisują mi się koledzy. Poz. sam się prosił, że chce się wpisać. „Zginęli Grecy, zginęli Rzymianie, lecz nasza przyjaźń na zawsze zostanie…” Taki lizus. Jak mi się wszyscy wpiszą, to jego kartkę wydrę.

20 styczeń

782

Z pieśni o wieszczym Oliegie[59] dostałem 4, z łaciny 3 i z niemca 2. Br. się do mnie uprzedził. Pobiłem się z Dąb., zdaje mu się, że jest drugim uczniem, to może się rządzić, bydlę takie. Wieczorem uczyłem się lekcji i czytałem „o kawał ziemi”.

783

W extemporalu[60] po „cum” napisałem respondit[61] zamiast respondisset[62]. Wściekły jestem.

21 styczeń

784

Przed obiadem pisałem odczyt o spirytyzmie i telepatii. Po obiedzie był Oleś i objaśnił mi drugi sposób robienia zadań z dwiema niewiadomymi. Była p. Chr., której syn skończył przyrodę i medycynę.

22 styczeń

785

Wydawałem z geometrii, postawił podobno 4. Z ext. dostałem 3, a Sz. który słowo w słowo ode mnie przepisał, dostał 4. Musiałem się ostrzyc, bo Rud. powiedział, że mnie do kozy wsadzi. Chciałbym jutro wydawać z historii, pewnie mnie wyrwie.

19 wrzesień

786

Młodość, Kondycja ludzkaOd stycznia nie pisałem. Teraz rzucam tych kilka słów dla utrwalenia najcięższych chyba chwil, jakie przeznaczono mi przeżyć na ziemi. Może dobrze, że w młodości zaznam goryczy, nabiorę doświadczenia, tego niezbędnego steru dla każdego chcącego w tym tułaczym życiu przybić do spokojnego portu. — Miłość — czyż ona istnieje? Jest tylko egzaltacja albo zmysły. Po co kocham, nienawidzę, śmieję się, płaczę — wszystko mija, ginie — radość, wesele. Sława? Czcze, nędzne, marne słowo. A geniusz to obłąkany.

787

Cały wolny czas poświęcam literaturze. Czy pośród tysiąca dróg, których się czepiałem, odszukałem już tę moją.

788

O! głowa gorąca, oczy bolą, w głowie szum. Pójdę jutro na cmentarz, na grób babci poproszę Ją o opiekę. Ach, ile tam pogrzebanych nadziei.

26 listopad

789

Miłość platonicznaWidziałem Zosię. Dawna miłość zamieniła się w szczerą przyjaźń i dziwną nieokreśloną tęsknotę po minionych czasach. Dziwnie mi czczo. Czy człowiek na to żyje tylko, aby kochać? Wiem, że póki kochałem, byłem szczęśliwy, choć miłość jest rozkosznie, cudnie pachnącą różą, a jednak kolce jej kłują aż do krwi.

790

„Szczęście to nadzieja i marzenia — nigdy rzeczywistość; im kto je wyżej postawił, tym mu lepiej, bo go nigdy nie dosięgnie i wiecznie spinać się, marzyć i spodziewać będzie” — mówi Kraszewski w Jasełce. Ja moje szczęście, mój ideał może zbyt wysoko postawiłem, może dlatego szczęśliwym być nie mogę. Pamiętam, jak w czasie egzaminów myślałem, że w wakacje tak wiele uczynię, pamiętam, jak w przeddzień egzaminu rysowałem plany o perpetuum mobile.[63] Pamiętam, jakem dnie całe trawił nad encyklopedią z 1763 roku i nad zbieraniem przysłów. Sto razy ogarniał mną sceptycyzm, niewiara, to znów chęci reformatorskie i inne mrzonki dziecinne. Porzuciłem przyrodę, aby się uczyć francuskiego i tak długo szukałem podręcznika, że mi się i uczyć odechciało. Przestrasza mnie ten brak wytrwałości. Chcę się nauczyć pokonywać swe „ja”, piję herbatę bez cukru, odzwyczaiłem się od gryzienia paznokci i od kłamstwa. Zawsze po gorączkowej działalności następuje lenistwo. Chcę je zmóc, nie mam sił. Dziwne. Czy zawsze i ze wszystkim tak bywa. „Słabość bywa popędliwą i namiętną; siła jest pogodną i wyrozumiałą”.

791

Muszę być silny!


Kocham, płaczę, cierpię, boleję.

Miotam się, burzę, buntuję, szaleję,

Nie mając nadziei, jednak mam… nadzieję;

28 listopad

795

Tematy do wierszy:

796

1. Kocham cię nie dla blasku oczów[64] i hebanu włosów i uśmiechu, ale dla umysłu i serca.

797

2. Czemu płaczesz, dziecię?

798

3. Śmierć na szpitalnym łożu.

799

4. Nemezys[65].

800

5. Nostalgia.

801

6. Niewolnik ucieka i przeszyty strzałą umiera z uśmiechem, bo na wolności.

802

Odpowiedź na mój „Fragment”.

803

„Drukowane nie będzie”.

804

Ani słowa zachęty. Zranić serce poety to dla nich — zdeptać motyla.

Koniec kajetu 2-go.

Zdania franc.:

805

rira bien qui rira le dernier[66]

806

a la guerre comme á la guerre[67]

807

les extrêmes se touchent[68]

808

qui vivra verra[69]

809

aprés moi le déluge[70]

810

hony soit qui mai y pense[71]

811

chevalier sans peur et reproche[72]

812

c’est pour moi du Grec[73]

813

entre amitie et amour il n’y a qu’un pied[74].

814

Okr. Piast I 965–1364. Okr. Jagiel. 1364–1522. Zygmunt (złoty) 1522–1621. (Jez. szk.) Makaron. IV (1621–1750).

815

1. Nie pożyczać pożycz. książek.

816

2. Nie żądaj od nikogo przysług, a wyświadczywszy komu, nie oczekuj wdzięczności.

817

3. Pracuj, udoskonalaj się, a nieszczęść i smutków nie doznasz.

818

4. Gdy masz wydać niepotrzebnie pieniądz, schowaj go na książkę.

819

5. Szanuj niewiastę i włos siwy itd.

3 grudzień

820

Sfinks Kraszewskiego. Od Ogniem i mieczem nie pamiętam tak potężnego wrażenia. Niedawno jeszcze, nie rozumiejąc Cię Mistrzu, mówiłem, że piszesz nudnie. O jakiż byłem głupi w chwili, gdym wygłaszał ten dziecinny, nieopatrzny, zuchwały, szalony pogląd. Kocham Cię, szanuję i wielbię. Sam jesteś Sfinksem, zagadką nierozwiązaną. Tyle umieć, tak wszystko znać — wszystko to pochłonął czarny grób.

821

Jaka znajomość duszy człowieka, gdy wierzy, nie wierzy i wraca znów do wiary. Mamy tu namiętną Włoszkę, kokietkę Francuzkę, Angielkę, wreszcie nabożną Polkę. Mamy zimnego dziwaka Anglika, Włochów, Żmudzina i Żyda. Mamy króla, jego ulubieńca, ludzi szlachetnych, nawet wariata. Jaki piękny obraz Warszawy z czasów Augustowskich, jaki wspaniały opis Rzymu. — O mistrzu, niech Cień Twój otacza mnie Swą Opieką.


822

Dziwny sen miałem 3–4 tygodnie temu; śniło mi się, żem się unosił i spadał, aż wreszcie spadłem i pofrunąć już nie mogłem. Może to przepowiednia przyszłości?

16 grudzień

823

Jestem tak wyczerpany, że zadaję sobie gwałt, kreśląc te kilka słów. Jestem ociężały, znużony, gnuśnieję — chyba nie ze starości. Nie mam chęci niczym się zająć, spałbym tylko ciągle.

824

Nie chcę żyć w prozie życia, jak inni, czy mi z tym dobrze? Sam nie wiem. Cel, do którego dążę, przyobleka się w coraz to nowe formy, a zawsze nieokreślone. Gdym chciał być przyrodnikiem, chciałem być i malarzem, i śpiewakiem, i wszystkim.

825

Nie mogę więcej pisać. Nie mam sił kompletnie ani się uczyć, ani czym zająć.

Niedziela

826

Marzyłem, że posyłam Nemezys na konkurs i dostaję nagrodę, ale nazwisko jest zapieczętowane. Proszę rodziców, żeby wzięli bilety. Nie chcą, ale ustępują. Sam idę za kulisy. Kurtyna się podnosi. Wychodzi dyrektor, rozdziera kopertę i czyta moje nazwisko. Orkiestra gra. Po sali rozlega się szept: „co to za jeden?”. Rodzice płaczą z radości, przypominają sobie, że coś im mówiłem, lecz nie wierzyli. Pierwszy akt przechodzi bez wrażenia. Po drugim wołają autora, i oto na scenę wychodzi drżący ze wzruszenia młodzieniec. Szmer podziwu i niedowierzania, potem sala drży od oklasków. Po trzecim akcie deszcz kwiatów, a on nieśmiały z ręką na sercu, z wzrokiem utkwionym w stronę rodziców. I pada w objęcia rodziców upojony, rozmarzony, szczęśliwy.

827

Mam cały plan dwóch pierwszych aktów, boję się jednak rozpocząć pracę, aby złudzenie, wiara, chwilowa w talent nie znikły. Stacho zaczyna mnie nudzić. Myślałem, ze on jest inny niż wszyscy, ale widzę, że to umysł śpiący, pojęcia w kolebce. Jak ja cierpię wskutek tej pogoni za niedoścignionym ideałem. Czy go dosięgnę, czy się złamię i padnę pod ciosem losu?

10 styczeń

828

Kocham kogoś, nie wiem kogo. W sercu panuje taka straszna pustka.

829

O Droga! O Luba! O Miła! Kocham Cię, choć Ciebie nie znam. Wiem, że istniejesz, wiem, że serce Twe bije w takt mego serca.

830

Wiem, że nie znając, również mnie przeczuwasz. Lecz gdzież jesteś, czemu się ukrywasz. W którą stronę mam zwrócić swe kroki, aby się z Tobą spotkać. Gdzie jesteś, najdroższa?

831

O Boże: utrzymaj Ją przy życiu, daj Jej szczęście, jeśli mnie go dać nie chcesz.

832

Jakże mi tęskno, smutno! Życie widzę tak bezbarwnym, tak ciemnym, że jest mi ono ciężarem.

833

Miałem kilka błogich chwil, lecz gdzież się one rozpierzchły? Tak mi smutno, tak pusto.

834

Niedawno jeszcze smutki osładzałem marzeniami, żyłem rojeniami. Dziś boję się moich myśli i marzeń, a życie bez marzeń — to śmierć.

15 styczeń

835

Miałem przeprawę z ojcem i mamą. Albo awantury, albo przycinki. Mam chwile, że wszystko mi brzydnie, lecz gdy sobie przypomnę, że wszyscy wielcy ludzie borykali się z losem, zapominam o smutnej rzeczywistości. Czytam teraz studium Chmielowskiego[75] o Kraszewskim. Widzę w sobie wiele podobieństwa do niego.

836

Gdym kochał Zosię, źle mi było, teraz znów źle mi, że jej kochać nie mogę. „Poeta musi kochać, aby móc tworzyć”. Żal jakiś, tęsknota, a w sercu pustka straszna, pustka nieokreślona, a taka bolesna. Czym jest jednak szczęście jednostki w tym tłumie ludzi, istot żyjących.

16 styczeń

837

Czuję konieczność kochania kogoś, gwarzenia i pocałunków. Czuję całą potęgę szczęścia domowego ogniska. Wracam z pracy zmęczony, w domu czeka mnie ukochana żona z pieszczotą i uśmiechem.

838

Przeraża mnie wielkość liczb, mil między planetami, ludzi na ziemi. Czym wobec tego jest jednostka, czym szczęście, życie pojedynczego człowieka, które ginie jak kropla w morzu? Nawet najwięksi są tak maluczcy. Czym cała ludzkość, jeśli nasza planeta jest tylko maleńkim punkcikiem?

16 styczeń

839

Dziś jestem w usposobieniu, że nie wierzę w swój talent. Nemezys nie ma żadnej przewodniej myśli, żadnego celu. Mama znajduje zadowolenie w rozprawianiu, co będzie, jak wygramy na loterii. To znaczy, że życie bez marzeń i nadziei byłoby niemożebne. Największy sceptyk i pesymista wierzy i ma nadzieję; może wstydzi się do tego przyznać, sam siebie okłamuje, wpajając w siebie zasadę, że nie wierzy. Chciałbym pojechać do Monte Carlo, aby napisać studium: Gracz.

18 styczeń

840

Chcę napisać wielkie studium: Dziecko, dla napisania którego będą skrzętnie zbierał materiał z siebie samego i kolegów. Obmyśliłem kwestionariusz:

841

I. Warunki wychowania:

842

1. kraj.

843

2. miejscowość (miasto, wieś).

844

3. otoczenie (rodzice, krewni).

845

II. Pogląd na świat i ludzi:

846

1. na — religię.

847

2. na — wszechświat.

848

3. na — ludzi (król, chłop).

849

III. Przewroty w myślach w chronologicznym porządku:

850

1. zamiary na przyszłość.

851

2. kolekcjonowanie (marek[76], roślin itp.).

852

3. okresy:

853

a) romantyczny.

854

b) patriotyczny.

855

c) filozoficzny.

856

Czy to nie jest równie trudne jak opisanie cywilizacji całego świata?

857

Chociaż to niebezpieczne, muszę opisać i wybuchy namiętności, którym od pół roku ulegam (polucje). Toż samo ma Franek. I on boi się instynktownie o przyszłą generację i czuje w sobie miłość ojcowską. Smutna jest ta walka człowieka z namiętnościami, a jednak psycholodzy dowodzą, że gdyby nie popęd płciowy, nie byłoby miłości, ani poezji, ani sztuk pięknych. Z pol. już by się można nawet pogodzić, gdyby nie sny lubieżne, które poniżają moją godność jako człowieka.

858

Br. już… Dopomógł mu stangret jego ojca. Żal mi go. I teraz przyjaźni się z T. i P. Śmiało mogę powiedzieć, że jest nad brzegiem przepaści. Chcę go wyratować, nie wiem jednak, jakie przedsięwziąć środki. Szkoda mi chłopca.

19 styczeń

859

Marzyłem, że zakładam pismo: „Debiut”, zasilane pracami tych, którzy w kurierach otrzymują odpowiedzi: „Nie do druku”. Wydaję numer okazowy i mam 10 000 prenumeratorów. Potem dodaję rysunki. Rozdmuchuję iskry talentu itd. Dziwna rzecz, z tych marzeń najwięcej zajmują mnie myśli, kiedy muszę zwalczać przeszkody.

860

Spotkałem znów Zosię na ulicy. Los zrządza, że gdy już zapominałem, częściej ją spotykam. Nie wiem, ja jej nie lubię, ja ją jeszcze kocham. Wszak lubię wiele osób, a ją kocham. Miłość przycichła, ale nie zamarła.

861

KsiążkaOjciec zabronił mi czytać, a ja bez książek nie mogę żyć. Książki zastępują mi towarzystwo, zabawy i szczęście domowe. Ach, gdyby to jak najprędzej wakacje.

20 styczeń

862

Modlitwa, BógRano dziś modliłem się, ale tak, jak się człowiek modlić powinien. Modliłem się, zdając sobie sprawę, co mówię, nie tyle słowami, ile myślą, duchem. Tylko taka modlitwa może człowieka pokrzepić, tylko taką być powinna modlitwa myślącej istoty. Inne zwą się „klepaniem”, a godne są dziada pod kościołem, dla którego jest ona rzemiosłem. Dziś nie dziwi mnie, że Bóg nie ma początku ani końca, gdyż widzę w Nim nieskończoną harmonię. Gwiazdy, wszechświat mówią mi o istnieniu Stwórcy, a nie ksiądz. Stworzyłem sobie nową wiarę, nie ma ona jeszcze określonego kierunku, lecz jest czysto duchową. Jest Bóg — mówi ona — jakim jest, na to umysł ludzki nie odpowie. Postępuj uczciwie i czyń dobrze, módl się nie dlatego, żeby Boga prosić, lecz aby o Nim nie zapomnieć, bo wszędzie go widzieć należy.

863

Po południu rozmawiałem z p. Wandą. Jedna ona mnie tylko rozumie, dodaje otuchy, nie każe się zniechęcać doznanymi zawodami. Chciałbym świat przeistoczyć, lecz to jest tak dziecinne, że wstydzę się tego. Panna Wanda nie może wyjść za mąż, bo nie ma posagu. Jakie to niskie tak frymarczyć swoją osobą. Nie mówię już o miłości, zgadzam się, że małżeństwo jest zbyt ważne, aby się powodować chwilowym, zmiennym często uczuciem, ale co jest wart człowiek, który się sprzedaje? Nawet zwierzęta idą za głosem uczucia. Czyżby człowiek był niekiedy niższy od zwierzęcia?

25 stycznia

864

Czytałem zakazaną (niecenzur.) książkę o przeniesieniu zwłok A. Mickiewicza[77] na Wawel. Kocham Polskę tak, że wszystko gotów jestem dla niej poświęcić. Powrót taty[78] był pierwszym wierszem, którego się uczyłem po Ojcze nasz. A teraz — Borodino[79]. Ale nie pleśniejemy pod jarzmem, przeciwnie, uszlachetniliśmy duch, więcej myślimy, gdy mówić nie wolno. — Adamie, niech Cię pocieszy myśl, że młodzież Polska kocha Ojczyznę i kocha Twe Wielkie Imię.

865

Znalazłem kwiatek zasuszony, który lat temu dwa blisko dostałem od Zosi. Marzyłem o Krakowie.

28 styczeń

866

Miewam często bóle w krzyżu, to znów zasypia mi ręka albo noga. Nie wiem, czy to ma jaki związek z pol. Muszę iść do doktora, gdyż czytałem, że pol. częstsze niż raz na miesiąc są chorobliwe. Jak mi wstyd iść do doktora, wszak już byłem dwa razy w lecznicy, ale uciekłem. Często śni mi się, że schodzę ze schodów, nagle się potykam, spadam na łóżko i budzę się.

867

Kl. już trzy razy. Jest na stancji u Tr. Kiedy był sam, wszedł do kuchni, i służąca powiedziała, że go nie puści. Posadziła go na kolanach, a potem upadł. — D. już także i także ze służącą. Ja czasem nad myślami nie mogę panować, ale czyny zawsze zgadzają się z wolą.

868

Dziwne mam teraz uczucie. Nie mam jeszcze dzieci, a już je kocham. Czuję w sobie moc i uczucie ojcowskie. Widziałem maleńką śliczną roczną dziewczynkę. Co to za szczęście mieć takie maleństwo, wpajać mu swe zasady, rozwijać i kształcić umysł. Mieć piękną, kochaną przez się żonę, dobre dzieci, po dniu spędzonym w pracy spoczywać na łonie rodziny. Często myślę teraz i zbieram materiały do mego dzieciństwa (patrz kajet: „wspomnienia”).

869

Widziałem wieczorem ślizgających się przy świetle smoły. Robiło to wrażenie jakiegoś piekielnego wspaniałego igrzyska.

29 styczeń

870

Onegdaj położyłem się o 1-ej, wczoraj toż samo. Chcę zmęczyć umysł, żeby mózg wyczerpany nie tworzył snów. Martwi mnie, że jestem przesądny. Kiedy widzę puste wiadra albo spotykam p..a[80], wierzę, że mi się nie powiedzie. Na stole układam palce: „tak, nie, tak, nie”. Na tyle się przezwyciężyłem, że nie pluję, jak spotkam p..a. Także mnie martwi moja chęć udawania, komedianctwo. Że niby w karnawale baluję, że otrzymuję listy od panien; kiedy niosłem kwiaty na imieniny p. Cecylii, chciałem kogoś spotkać, żeby widział. To takie śmieszne, dziecinne.

871

Gdym wracał z gimn., padał śnieg i topniał.

Jak śnieg ten czysty i biały

Ułożony w gwiazd kryształy

Spada na ziemię po to,

875

By zmienić się w błoto.

Tak dusza dziecinna,

Czysta i niewinna,

Spada na ziemię z Bożego łona

I kona.

880

Lecz nim zakończy swe życie,

Ile nacierpi się skrycie,

Ile łez jawnych wyleje,

Przechodząc życia koleje.

30 styczeń

884

O 6 rano miałem sen erotyczny, bardzo dziwny. Śniło mi się, że w gimnazjum spotykam na schodach Zosię. Chcę iść z nią razem, więc wbiegam do klasy po tornister. Wtem wchodzi ksiądz i zaczynają się śpiewy. Obok mnie siedzi Rubinson. Poskarżył się na mnie Sieg. i ten mnie wywołał, powiedział, że to dobre przekonanie, które napisał o mnie, przekreśli, i wykreślił z listy 2 i 3; a tam też stał dyrektor. Potem wchodzę do mieszkania pani Kl., a tam przy niańce stoi chłopiec, może siedmioletni i drugi, może 19-letni nago. Przez otwarte drzwi widzę jakieś panny w bluzkach. Już mam wyjść, ale ten 19-to letni mnie woła. Wtedy niańka opiera ręce na mym ramieniu i…

885

Czuję się zupełnie dobrze. Czytam Odyseję w tłum. Żukowskiego[81].

886

Tak mi żal ojca. I on pewnie w młodości roił, a dziś co z tego zostało. Myśl błąka się tylko około chleba. O Boże, pozwól mu dożyć starości, a mnie być mu podporą. Mama jest dobra, kocham ją bardzo, ale po co te ciągłe przycinki. Toż i Kraszewski „miał paskudny zwyczaj uczenia się tego, co mu dyktowała chęć, fantazja, a nie tego, co zadawali”.

887

Marzyłem, że jestem milionerem, który wszystko rozdał biednym, a sam umiera samotny na tapczanie. Płakałem.

6 luty

888

P. Józefa i żonę aresztowali, są w cyt.[82] Czy patriotyzm zasadza się na czytaniu zakazanych książek? Toż każdy prędzej czy później będzie za granicą i tam może czytać, co chce.

889

Dostałem dewizkę z trupią czaszką. Tu człowiek widzi namacalnie ten symbol, zdający się mówić:

890

Memento mori[83].

1 luty

891

Śniło mi się, że z greckiego dostałem 3, a dostałem 2.

892

Czy mniemanie, że człowiek pochodzi od zwierzęcia jest ateistyczne. Dopiero teraz zadałem sobie to pytanie. Jeżeli weźmiemy słowo ateista w literalnym znaczeniu, to jest: α — nie, ϑεός — Bóg. Więc twierdzenie to ateistyczne nie jest; bo obala tylko pierwsze rozdziały Starego Testamentu, a nie istnienie Boga. — Mówiliśmy z Markiem o tym, że jesteśmy na przełomie. Musi się znaleźć jaki reformator lub wypadek, który nada inny bieg ludzkości. Człowiek bez wiary istnieć nie może, a z istniejących żadna nie jest dostępna dla intelig. człowieka.

8 luty

893

Nie znam dokuczl. cierpienia jak katar. Wargi schną, oczy bolą, myśl leniwieje. Wczoraj skończyłem Pan Graba[84] — cudne.

11 luty

894

Wierzę, iż walc jest tańcem czarodziejskim. Wierzę, że przyjemnie jest balować. Daleki jestem jednak od zazdrości, bo wiem, że to się musi znudzić. — Dziwny był powrót do domu. Dzień już prawie. Biedni ludzie idą do pracy. Spałem od 7½ do 12.

17 luty

895

Wczoraj po raz pierwszy marzyłem, że Zosia jest moją żoną. Zawsze myślałem tylko o przeszkodach, które zwalczam. Trzy pokoje. Ja — znany literat. Chciałem spać w stołowym pokoju, ale potem przeniosłem łóżko, wyszedłem z sypialni, a kiedy ona się położyła, zgasiłem lampę i sam się po ciemku rozebrałem. Potem dłoń w dłoni, długo gwarzyliśmy. Rano obudziłem się, cichutko wyszedłem, napisałem nowelkę, a przy jej łóżku postawiłem hiacynt. Kiedy się obudziła, przeczytałem nowelę o naszym szczęściu. „To nie moja zasługa, rzekłem, tyś mnie ukochana, natchnęła, ja tylko pisałem”.

896

Czemu ja nie rycerz z średniowiecznych czasów, który dla uzyskania ręki „damy serca” odjechał od rodziny do gór, skał i lasów, by walczyć z orłami i „lwom targać paszczęki”.

1 marzec

897

Czytam, czytam, czytam.

898

Jedną książkę kończę, drugą zaczynam, pożyczam, zamieniam.

899

Myślę dużo o telepatii. Dziś poddałem Sierg. myśl, aby mnie wyrwał i udało mi się. Może to tylko przypadek, bo poprzednio próbowałem ze trzy razy, lecz nie udawało mi się. Trzeba będzie powtórzyć ten eksperyment.

900

Od p. Wandy wracałem z Helenką pod rękę. Głupie to, ale dumny byłem. Nie lubię wizyt, bo mi się zawsze zdaje, że się naprzykrzam. Wolę książki.

2 marzec

901

Dostałem lekcję za 5 rb.[85] miesięcznie. Pol. nie miewam, mam zupełny spokój. Cieszy mnie to ogromnie, aby jak najdłużej.

902

Czytałem We krwi[86] Zapolskiej[87]. Głnpia książka — sami wariaci. Nawet sprawozd. nie napisałem.

903

Trzeba się zająć historią literatury. Dante[88], Szyller[89], Szekspir[90]. Trzeba kształcić umysł, póki czas, a nie zajmować się tylko nauką szkolną, aby po 9 latach dostać patent na… nieuka. Wieczorem grałem z ojcem w 66 i naumyślnie psułem sobie 20 i 40, żeby przegrać, żeby mu choć tę przyjemność sprawić, że on taki biedny. Teraz sam wstydzę się tego, to było takie dziecinne.

3 marzec

904

Myśl przy mięsie:

905

Dopóty człowiek nie będzie wyższy od zwierzęcia, dopóki nie przestanie żywić się padliną. Budzi się dwóch ludzi: jeden, przyrodnik, mówi: mięso to materia, zawierająca posilne dla organizmu pierwiastki, lecz estetyk mówi: jaka różnica między mięsem zwierzęcia a człowieka. Zwierzęta to zwyciężone w walce o byt istoty, mówi moralista, bezbronne, więc zasługują na opiekę a nie na mord. Jak będę na własnym gospodarstwie, będę jaroszem.

906

Śniło mi się, że z greck. dostałem pałkę; nudzi mnie to, mam dosyć gimnazjum na jawie. Lecz wolę nawet takie sny niż tamte.

907

Jestem strasznie znużony. Zawsze kilka dni pracuję, potem parę odpoczywam.

4 marzec

908

Rano zawsze się spotykam z małą, może 13-letnią magazynierką. Szatynka i wielkie marzące, a takie łagodne i smutne piwne oczy. Codziennie 3–5 sekund patrzymy sobie w oczy. Jest między nami jakaś nić. I jam dla niej niezupełnie obojętny. Łączą mnie z nią marzenia. Byłem na cmentarzu. Gdym szedł przez biedne ulice, przyszło mi na myśl, że biedna dziewczyna łatwiej może upaść niż strzeżona panna bogatych rodziców, która nie podlega pokusom. Przyszedł mi na myśl temat do noweli, ale nigdy bym jej nie drukował. I tak dosyć mamy w literaturze brudów i zgnilizny a tak mało duchowego pokarmu. We krwi tak mnie zdenerwowało. Na krześle leżała chustka do nosa. Zdawało mi się, że to czaszka, że spod stołu wyjdzie jakiś potwór, aby mnie zniszczyć.

909

Mój smarkacz strasznie mnie dziś zirytował. O! nauczyciele i nauczycielki, jakże godni jesteście pożałowania. Ciężki i gorzki chleb. Trzeba wpychać te łuty[91] rozumu do zamkniętych głów. A ja jakim byłem? Teraz pokutuję.

5 marzec

910

Helenka pokłóciła się o gorset[92]. Woli żyć parę lat krócej, a porządnie wyglądać.

911

Jak dziwnie ludzie są zarozumiali. Na czym polega ich moralność. Czy mieć odkrytą twarz, czy co innego — czy to nie wszystko jedno. Z litością patrzą na dzikich którzy w wargi i nos wkłuwają deseczki i kości itd., a nasze damy noszą kolczyki. Albo nasze pojęcia estetyczne? Gdyby człowiek miał rogowy nos, a twarz porośniętą piórami, byłby w naszym pojęciu wstrętny. A ptak? Pies i koń są śliczne, chociaż mają długie pyski, ogony itd. Albo nasza moralność? Czy ptaki nie moralniej żyją? Tam nie ma ani gwałtów, ani rozbojów. Przeczuwam pol…

6 marzec

912

Miałem pol. Przeczułem ją, lecz była bez widzeń. Gdym szedł do gimn., szukałem mej małej oczyma. Gdy jej nie spotkałem, doznałem niepokoju. Czy może chora? Ale to śmieszne. Czym już tak przywykł patrzeć przez sekundę w te jej ciemne, głębokie oczęta?

913

Myślałem o Zosi. Była to chyba ostatnia miłość tak czysta, czy dziś umiałbym jeszcze tak kochać, nie wiem.

914

Przyrodę zupełnie zaniedbałem. Teraz ciągnie mnie filozofia i literatura. Och, zmienna młodości błądząca w mgle marzeń i złudzeń! Żukowski 7 lat pracował nad tłumaczeniem Odyssei. Och, takiej pracy nigdy bym się nie podjął. Nie miałbym cierpliwości. Na przyszły rok trzeba wskrzesić posiedzenia po zreformowaniu ich; mianowicie odczyty będą nie tylko przyrodnicze, ale filozoficzne i literackie.

7 marzec

915

Rano znów nie widziałem Anielki. (Gdyby się tak naprawdę nazywała, byłoby to dziwne). Szukałem jej wzrokiem, a gdy nie spotkałem, ogarnęło mnie jakby rozczarowanie.

916

„Pieniądze nie dają człowiekowi rzeczywistego szczęścia” — oto zdanie, które podyktowałem memu uczniowi, a na które postaram się odpowiedzieć, gdy będę miał czas. Czytałem krytykę Zoli[93]. Ma rację. Rzeczywiście za wiele mamy zgnilizny w literaturze. jeżeli jesteś pesymistą, nie zmuszaj, aby i w serce innych wkradł się jad zwątpienia. I tak ludzie za mało wierzą w możność i pożytek istnienia. Nie trzeba zapominać, że choć życie jest szkołą cierpień, to „są w nim takie słodkie chwile, za które wieki cierpieć warto”.

8 marzec

917

Czytam XX tom Sienkiewicza. Tematy niegodne takiego pisarza, który będzie nieśmiertelny, który stoi na czele i dzierży berło pisarzy współczesnych. „Kwiat lotosu”[94] wcielony w postać dziewicy, która wszystkiego się boi, szczególniej serca poety „gdzie i śniegi, i głębie morza, i pustki stepu”.

918

Anielki znów nie widziałem. Głupstwo, chwilowa egzaltacja, nie trzeba się jej poddawać. Gdy nie kochać się — przykro, pustka w sercu, brak celu i wątku do myśli, kochać się — bez sensu w mym wieku.

9 marzec

919

Dostałem pieniądze na wpis. Och, obym jak najprędzej stał się samodzielny, niezależny. Ileż ludzi w moim wieku już zarabiało na siebie, a ja ciągle jestem darmozjadem.

920

Anielkę (?!) znowu dziś spotkałem. Zawsze sama, dziwnie poważna i patrzy mi prosto w oczy, nie znając zapewne konwenansów światowych, zabraniających tego jak grzechu. Jest to nieszkodliwa sielanka, lecz w przyszłości muszę być ostrożny, gdyż moja przyszła miłość nie byłaby już ta święta, czysta, nietykalna, lecz burzliwa i namiętna.

921

Czy od dziś za rok będę w szóstej klasie?

10 marzec

922

Często śni mi się, że się huśtam, w ogóle, że jestem „nad poziomami”. Czy to znak jaki?

923

Dziwny miałem dziś sen. Żeśmy wynajęli mieszkanie na jakiejś ulicy. Jam pierwszy raz wszedł do jednego ciemnego pokoju. Byłem wysoko, wysoko aż do zawrotu głowy. Na dole migały latarnie, niebo było ciemne jak czarny aksamit, utkany złotymi gwiazdami. Był to jak płaszcz królewski, a na głowie tego wszechpotężnego monarchy była u czoła złota korona, księżyc. I doznałem uczucia: jakbym to kiedyś już widział we śnie. Wybiegłem do drugiego pokoju, gdzie śpią rodzice, lecz jakaś silna niewidzialna ręka mnie wstrzymuje. Wyrywam się i budzę… Powiedziałem sobie, że dziś wstanę o 7-ej, i o 10 minut przed 7-ą obudziłem się. Jest w człowieku silna wola, jakaś wyższa, nieznana dotychczas… Dziś Anielki nie widziałem, choć wyszedłem wcześniej, lecz nie dlatego, aby ją spotkać, tylko aby wpis zapłacić. A może? We wstępnej klasie jest jeden chłopaczek, takie ma ładne, ciemne oczy, podobne do jej.

924

Byłem u G. Poczęstowali mnie wódką. Przyszło mi na myśl, że wódka odbija się na spermatozoidach[95] i może odezwać się w potomkach. Podziękowałem, a potem żałowałem.

11 marzec

925

Wstaję codziennie o 7-ej, kładę się o 12-ej. Ogromnie mnie cieszy powrót wiosny. Temat do noweli z czasów tortur. Skazanego wrzucają do żelaznego pokoju, w którym jedna ściana jest na śrubie, ruchoma. I ściana ta wolno się przesuwa, na podłodze są kreski, i coraz ich mniej. Wreszcie ściana go tak przycisnęła, że bokiem tylko może stać. Opisać szczegółowo jego myśli.

926

Dziś jedna uczenica tak samo na mnie spojrzała jak Aniela. Gdybym ją codziennie spotykał, myśl moja ku niej by się zwróciła. Serce widocznie w tym wieku musi choć łudzić się, że jest czymś zapełnione.

927

Zacząłem czytać Fausta[96], ale zauważyłem, że to jeszcze nie dla mnie. Przykre mi jest to przekonanie. Ja bym już chciał wszystko móc. Czytałem Marię Malczewskiego[97] i dużo pięknych miejsc chciałbym wypisać.

928

Młodość, SamobójstwoNie chcę myśleć, że mogę nie dostać promocji. Może bym sobie odebrał życie. Szczególnie nęci mnie Wisła. Woda unosi martwe ciało daleko w nieznane kraje, aż zaryje się w miękki piasek i rozpływa. Wszystko z atomu powstaje. W bułce, którą spożywasz, może być perła Kleopatry, łza Chrystusa, proch Demostenesa[98] i ślina Ksantypy[99]. Okropna to odpowiedzialność spisywać wszystkie myśli. Gdyby to kto przeczytał, myślałby, że jestem obłąkanym. A może młodość jest naprawdę obłędem?

7 kwiecień

929

Święta i wizyty znudziły mnie. O ile Boże Narodz. jest milsze, i poetyczniejsze, nie polega na objadaniu się. W ogóle te święta mają tylko znaczenie dla tłumu. Bladzi, znużeni chorzy robotnicy zapominają o troskach codziennego życia. Dzieci cieszą się stolikami, wszystko je bawi, wszystko nowe i nieznane A jutro znów proza życia i ciężka krwawa walka o byt. Śmieszna jest rozmowa kobiet. Przeskakują z tematu na temat: z poezji na drożdże, z drożdży na poezję i znów na sługi. Był pan R. Mówi, że się Polska rozkłada, że wszystkie placówki zagarniają m. i Żydzi. Była śliczna trzyletnia Maniusia. Z jaką powagą mówiła, że Bozię męczyli, potem położyli do grobu, a dziś Bozia wstała (żeński rodzaj — sic!) i znowu żyje. D. ma 2 pornograficzne pocztówki, że też ludzie puszczają w świat takie brudy. Książka nieprzyzwoita może się obronić jakimś celem przynajmniej, ale to?… Dostał pokutę: trzy tygodnie po 4 litanie i obiecał poprawę. Ładna poprawa! Graliśmy w sekretarza. Dostałem: jakie są skutki sekretarza. Napisałem: „sekretarz czasem śmieszy, gdy złośliwością nie grzeszy, a czasem wzbudza gniew i ściąga piękną brew”. Dobrze, że się to już skończyło. Jaka ta Wanda zimna i nieprzystępna.

9 kwiecień

930

Trunki stanowczo mi zaszkodziły. Już było wszystko dobrze, a teraz znów. — Z mięsa jadłem dziś tylko maleńki kawałek cielęciny. Rzodkiewek ani musztardy też jeść nie będę. Podobno Michał Anioł[100] pryskał wodą na białą ścianę i z tych esów i floresów brał tematy do obrazów. Rozumiem myśli Herostrata[101]. On nie był bynajmniej wariatem. Co za cudowny temat do studium. Ten człowiek, palony żądzą wielkości, niczym niepohamowaną ambicją, widząc, że się nie wsławi, podpala świętokradzką ręką świątynię wiedzy; on nie miał wzniosłych uczuć ani patriotyzmu, a chce, aby imię jego choć ze wstrętem było powtarzane przez wieki. I dopiął tego. — Sława! — „Cały system planetarny, wszystkie gwiazdy — mówi Falb[102] — pochodzą z mgławicy (Przewroty we wszechświecie[103]). Kiedyś znów się połączą w jedną całość i znów się poodrywają nowe słońca”. Ale przecież astronomia to jedna wielka hipoteza, niemająca naukowego znaczenia. Tylko chemia rozwiąże zagadnienie bytu, i jej chcę poświęcić swą przyszłość.

10 kwiecień

931

Mam teraz trzy ulubione marzenia: 1. że podróżuję, zwiedzam Kraków, Wiedeń, Pragę, Peszt, Meran, Rzym, Neapol, Monako (Hazard — studium), Paryż (odkrywam wszystkie składniki komórki), Londyn, Monachium, Berlin. 2. że mieszkam w latarni morskiej, piszę przy wschodzie i krwawym zachodzie słońca, podczas burzy wśród spienionych fal; ratuję z rozbitego okrętu „ją” — i razem mieszkamy. 3. że znam 20 języków i jestem bibliotekarzem w Watykanie. 4. że jestem wodzem, wygłaszam mowy itp. Jakie to wszystko dziecinne i głupie, ale sprawia mi niewinne zadowolenie.

932

Boję się ciemności, boję się halucynacji, mniej wzrokowej, jak czuciowej: gdyby jakaś zimna koścista ręka nagle mnie pochwyciła, nie przeżyłbym tego. — Książki mnie denerwują niby, ale ja się nimi zasłaniam przed czymś gorszym. Jestem niby niedowiarkiem, że odrzucam obrzędy. Ale pozostała mi wiara w Boga i modlitwa. Bronię tego, gdyż bez nich żyć nie można. Człowiek nie może być tylko ślepym trafem. A co robią moi „wierzący” koledzy aż strach pomyśleć. — Mięsa dziś wcale nie jadłem, miałem o to awanturę, jakbym ja żądał dla siebie osobnej kuchni.

20 kwiecień (z kartek)

933

J. J. Kraszewski: Dola i niedola[104].

934

Z biedą człek tuli się w ciemność, jak zraniony zwierz, gdy ma zdechnąć. — Wiadomo, jaka to czasem gorzka potrawa ta prawda, tak święta i piękna, gdy ją inni jedzą, a tak przykra, gdy nam ją podają. Kobieta, która się nudzi, zdolna jest czasem popełnić największą zbrodnię i najstraszniejsze głupstwo. — Miłość i nadzieja cudownie odżywiają człowieka. — Pierwsza miłość przebacza, ostatnia nigdy (? nie rozumiem tego zdania). — Bezczynność jest matką miłości — mówi Owidiusz[105].

Mężny na śmierć ze wzgardą poziera,

Nędzarz jej pragnie, tchórz się jej wydziera[106].

Mickiewicz

Objawem wielkiej radości, podobnie jak wielkich boleści, jest milczenie lub łza.

Krechowiecki[107]

Nie trwożę się grobu, bo gdy moje kości legną w ziemi, to będę z nią razem, z moją kochaną, i rozpłynę się w drobne cząstki i żyć będę w liljach i koronach ich cichem życiem.[108]

Rojan[109], Maska

935

SzkołaGodzina trzecia. W klasie panuje gorące powietrze, którym oddycha 30 płuc, duszne, pełne trujących gazów. Nauczyciel zmęczony siedzi na katedrze. Uczeń jeden odpowiada, nauczyciel nie słucha, toteż bredzi 3 po 3. Uczniowie znudzeni sześciogodzinnym siedzeniem, twarze znużone, oczy zaspane. Lekki ból głowy; skurczone mięśnie wskutek braku ruchu wywołują zasypianie palcy u rąk i nóg. A za szybą wesoło świeci słońce. Wróble swobodnie bujają, a za miastem natura się budzi. Tam swoboda, tu przymus, więzienie, kajdany. Kiedy znów będzie in corpore sano mens sana? Biedni nauczyciele, cóż dziwnego, że są zdenerwowani, źli i niesprawiedliwi. My znosimy to jarzmo, marząc o chwili uwolnienia, a oni? Z rąk ich wychodzą pokolenia, rosną i mężnieją, a oni do końca życia skazani na wegetację. Przesadzałem wczoraj kwiaty i myłem, zdawało mi się, że mnie dziękują, całują i pieszczą rękę, która je uwalniała od zimowego kurzu. Czytam antropologię. Jak dziwne są prądy w tej nauce. Jedni wołają o czystość obyczajów, drudzy głosują za poligamią. Zapewne źle jest, gdy ludzie chorzy pozostawiają potomstwo, ale skazać chorych na bezdzietność — to jest tak samo, jak zrzucać słabe dzieci ze skały. Curr[110] zebrał dane o wieku, w którym dziewczęta australijskie stają się matkami, jest to w wieku lat 10–12. Chyba żadne zwierzę nie zna takiego pastwienia się samców. Często teraz boli mnie głowa.

21 kwiecień

Po co ty wschodzisz, trawko wesoła.

Po co ty gniazdko zwijasz ptaszyno.

Zima uśmierci kwiaty i zioła,

W jastrzębich szponach pisklęta zginą.

940

Młodość, Miłość niespełnionaCzy moje marzenia i nadzieje również wiatr zimowy zmrozi? Nie chodzę już teraz patrzeć na bramę domu, przez którą ona codziennie wchodzi i wychodzi: nie chodzę po ulicach, łudząc się, że ją może w tłumie ujrzę przelotnie, nie marzę o niej, nie modlę się o jej szczęście, lecz tęsknię i z żalem wspominam czasy, kiedy słyszałem jej głos i oddychałem tym samym powietrzem, co ona. Dziś role się zmienią; ona kończy już, a ja, który byłem wtedy niewinnym dzieckiem, wchodzę w najburzliwszą epokę życia.

941

Śniło mi się, że idę z Helenką przez Saski Ogród; pływały po sadzawce olbrzymie łabędzie, parę razy większe niż naprawdę, też z długimi szyjami. Jeden przewrócił się głową do wody i nie mógł mimo wysiłków się podnieść; ale drugi nadpłynął i podniósł go skrzydłem jak wiosłem. Pokazałem to Helence niby na dowód, że zwierzęta mają rozum. Dziwne, skąd się takie sny biorą.

942

Poddałem dziś niemcowi[111] myśl, aby wyrwał Gór. Trudne do uwierzenia, a jednak prawdziwe. Wyrobiłem sobie sławę medium, ale nie chcę robić często tych eksperymentów, bo mnie to nuży i wyczerpuje, a wówczas się nie udaje.

943

Jestem teraz zupełnie spokojny, nawet nad myślami panuję.

25 kwiecień

944

Dzień dzisiejszy rozpocząłem od umycia się od stóp do głów; powinienem to co dzień powtarzać, bo się pocę, co jest dowodem osłabienia. Chcę żyć, kochać i być szczęśliwym. Do lasu, do lasu, do pól i łąk, i do strumyka leśnego! Zanurzyć się i tak długo być pod wodą, aż zbraknie tchu. Potem biegać po piasku, położyć się na trawie na słońcu, zamknąć oczy i nie myśleć o niczym, o niczym, o niczym. A potem wypłakać się w ramionach ukochanej.

945

Tęsknię za egzaminami z dziecinną zgoła niecierpliwością, radością i niepokojem. Tęsknię do nocy bezsennych, spędzonych na gorączkowej nauce, kiedy myśl nie ma czasu błądzić, a serce tęsknić.

946

Kondycja ludzkaPrzez podłogę przechodził karaluch. Nie zabiłem go. Dziwna rzecz, stanął, jakby oczekując na uderzenie. Przyszło mi na myśl, ze może w nim jest dusza zmarłego (metapsychoza[112]), potem, że może wiosna wywołała go z kryjówki. Lampa — to dla niego słońce. Może i robaki mają swoje nadzieje, jak ludzie. A czy człowiek nie jest drobny wobec olbrzymów, którzy może cały świat obserwują przez mikroskop? Gdyby tak mieć w lecie ze cztery lekcje, trzech uczniów i jedną uczennicę. Gdybym miał pieniądze, chodziłbym często do teatru.

947

Myślałem, że każdy człowiek powinien mieć dwa urzędy, jeden umysłowy, drugi fizyczny. Minister mógłby być krawcem, lekarz albo inżynier jedną albo dwie godziny byłby stolarzem. Przy fizycznej pracy mógłby myśleć, a nie byłoby też poniżającej godność specjalizacji.

27 kwiecień

948

Pol. nie osłabiła mnie. M. też ma p. Doktór kazał mu pić rumianek, powiedział, że to nie jest szkodliwe. Może ja to biorę zanadto tragicznie. — Byłem na odczycie: „Życie jako przedmiot badań naukowych”. Wracając, marzyłem, że mam odczyt „Wiara, nadzieja i miłość”, że mówię pięknie, że setki ócz widzę, utkwionych w siebie; dwie pensje[113] patrzą na mnie z zachwytem. Jestem próżny, i boli mnie to, ale któż nim nie jest? Może pod wpływem tego miałem sen, że jestem w gimnazjum, siedzę na katedrze, nagle wchodzi nauczyciel i patrzy na mnie. Taki wzrok tylko we śnie można widzieć: straszny, obłąkany, czarny. Tak patrzy tygrys, gdy gotuje się do skoku. Zacząłem jęczeć (głośno) i obudziłem się.

4 maj

949

Dużo studentów i robotników aresztowano. Francji wolno wielbić Joannę Dark[114] i Napoleona[115], tylko nam nic nie wolno. Soc.[116] do mnie więcej przemawia, bo chociaż teoretycznie jest przeciwpatriotyczny, ale w praktyce tak nie jest, zresztą jeżeli broni w Polsce lud od wyzysku, to przecież broni nie Chińczyków, tylko Polaków. Wakacje poświęcę studiom ekonomicznym. Zdaje mi się, że rozwijam się normalnie, pozostawiając je na koniec. Najprzód stosunek człowieka do natury, której jest wytworem, a potem ludzi do ludzi. Szanownemu uczniowi dałem dziś w skórę. Lekcji nie zrobił i hardo się stawiał. Kiedy go biłem i mocowałem się z nim, byłem pobudzony. Przyszło mi na myśl, czy między nauczycielami surowymi nie ma takich „ludzi zwierząt”, którym znęcanie się sprawia zadowolenie erotyczne. Myśl godna leniucha. Trzeba się serio wziąć do nauki, bo filozofowaniem egzaminów się nie zdaje.

11 maj

950

Ostatni raz byłem dziś w tornistrze. Gdyby człowiek miał możność przesuwania czasu bez możności cofania go — żyłby jedną chwilę, ciągle pragnąc być starszym.

951

Przechodziłem przez ogród. Siedzieli Ad. i Aniela. Zdaje się, że są obrażeni, że mimo zaproszenia nie byłem. Ledwo się odkłonili. Na razie rozgoryczyło to mnie, a teraz kpię sobie.

952

Rzodkiewek wcale nie jem, mięsa też b. mało. Stare krosty znikają, a nowe już się nie robią. Z czytaniem muszę się teraz kryć, książkę trzymam w otwartej szufladzie, którą za każdym skrzypnięciem drzwi zasuwam. Na lato może pojadę do Ojcowa.

953

Rozmawiałem z p. Aleksandrą. Miła i ładna, a wiekiem swym tak zręcznie manewruje, że wypowiedziane jej ustami 27 lat, wcale nie brzmi staropanieństwem. Biedna, gdy pracuje, nie myśli o niczym, lecz w czasie świąt czuje pustkę i widzi, czym jest przeznaczenie kobiety. Żałuje teraz, że gdy była młoda, przebierała w konkurentach. Zdaje się, że nie jest mi obojętną.

19 maj

954

Znów burza się zerwała. Poprzedzały ją bóle głowy. Ból szarpie, rwie, świdruje, łupie, tylna część głowy ciąży. Każdy krok nieznośnie uderza w mózg. To znów zawroty, że mało się nie przewrócę. Nie wiem, czy mam pisać, bo mnie to też denerwuje. Franciszka igra z ogniem. Wczoraj byliśmy sami, było pranie, chciałem napić się wody i uderzyłem się w rękę. Miała ręce zakasane i bluzkę rozpiętą, widać było szyję i nawet część piersi. Byłem niby spokojny, w każdym razie nie ja zacząłem, ona pierwsza powiedziała: „jak panicz złamie rękę, to żadna panna nie będzie p. chciała”. Et, bierz ją licho. Charakterystyczny był jej argument. że „przez okno mogą zobaczyć”. Lepiej się stało, bo ja nie umiałbym wyrzec się nawet nieprawego dziecięcia, bo co ono byłoby winne? W ogóle zauważyłem, że zaczynam być mężczyzną, już nawet na ulicy jedna dała mi znak. Och, z taką nigdy — lepiej śmierć. Piję dużo wody, by zgasić ogień, który wewnątrz mnie goreje. Gdy polewam zimną wodą płonące ciało, wtedy gdy nie mogę pochwycić z zimna oddechu, czuję silną emocję i przypływ energii do walki ze zmysłami i… egzaminami.

27 maj

955

Wczoraj wieczorem wyglądałem przez okno do 1-ej. Ten cichy szept nocy tak usposabia poetycznie; ma niewysłowiony urok, zwraca myśl ku przeszłości. Myślałem o egzaminach, właściwie o jednym. Jak to denerwuje… Wstałem o 6 m. 15, rano nie tak przyjemnie. Dzień jasny, noc ciemna, dzień wesoły, noc marząca, zadumana. Uczyłem się razem z Leonem. Czytałem swój dziennik sprzed dwóch lat, śmiałem się z tych fikcyjnych cierpień i katuszy miłości. Jak ja się zmieniłem.

8 czerwiec

956

Straszna noc. Położyłem się o 12, żeby mieć świeży umysł, próbowałem marzyć o latarni morskiej, ale umysł wymówił mi posłuszeństwo. Nie mogłem uleżeć na miejscu. Myśl, że przystąpię do egzaminu zdenerwowany, przerażała mnie. Wpadłem w malignę. Cały pokój napełnił się ludźmi jak na pogrzeb, rozmawiali ze współczuciem i szeptem. Rodzice płakali. Że nie spałem, dowodzi, że wiedziałem, że leżę w łóżku, że jutro egzamin, że sobie jeszcze życia nie odebrałem. Chociaż nie słyszałem, co mówią, bo mówili szeptem, wiedziałem, że mówią o mnie, że jestem bohaterem tego dramatu. Przez całą godzinę modliłem się. Wyciągnąłem dobre pytanie, ale pytał się z całego kursu, przeszło pół godziny. To było dziwne, w miarę jak gorzej odpowiadałem, robiło mi się wszystko jedno. Niech postawią, co chcą, byle mnie już puścili. Podczas tego wszedł dyrektor, energia we mnie wróciła. Sierg. coś mu szepnął do ucha. Pomyślałem: poczekaj sk. s. (dosłownie!) i zacząłem odpowiadać śmiało i dobrze. Spojrzał na mnie z nienawiścią, nasze spojrzenia, pełne zaciekłości, się skrzyżowały! Dwa razy dyrek mówił, że już dosyć, a on nic.

957

No, przeszło. Mam promę!

21 czerwiec

958

Nie było w mojej miłości ni wyznań, ni uniesień, lecz błogi smutek w rozkosznym chaosie. Nie kocham Zosi, jeno czuję dla niej bezgraniczną wdzięczność za to, że gdy będę borykał się z losem, gdy będę walczył z ukrytym w mej jaźni zwierzęciem, siła minionego uczucia, wspomnienie o chwilach „sielskich anielskich” będą mi tarczą ochronną od podłości.

959

Ogarnęła mnie kojąca apatia. Rano chodzę do Wisły, potem w Łazienkach albo nad Wisłą chodzę i patrzę na ludzi. Mam tom Asnyka[117], ale nie czytam. Myślę.

960

KsiążkaMoże rodzice mają słuszność? Chciałem sam się wychować i wychowałem się źle. To bezładne czytanie obaliło wiarę ślepą, zbudziło myśl w złym kierunku, nauczyło myśleć o tym, co niedostępne dla ludzkiego umysłu i wydarło mi szczęście. Marzenia, rozmyślania i idea wolności, to źli sprzymierzeńcy.

961

Panna Julia ostro skrytykowała moje nowele. Czuję, że ma słuszność. Zwykle prosi się o bezstronność sądu, a jednak żal mamy, gdy nam przykrą powiedzą prawdę. Nie chce się człowiek przyznać, ale w najskrytszym zakątku duszy jest chęć usłyszenia pochlebstwa.

962

Z Franciszką jestem chłodny i z daleka.

25 lipiec

963

Miłość romantycznaO, święta miłości. Z rozwartymi ramiony spotykam cię, jak dawno oczekiwaną starą przyjaciółkę. Oczekiwałem cię całą istotą, całą duszą moją. Nadeszłaś, aby mnie obronić, wznieść w krainę słodkich marzeń, snów, tęsknoty i… słodkich cierpień. O, czysty strumieniu! Znów czuję wartość życia, widzę, że człowiek nie jest tak niski, kiedy gore w nim ten święty znicz. Czy ta moja idylla w wagonie nie była tęsknotą za uczuciem? Przeklinałem życie, naukę i ludzi, za to, że zdarli z mych olśnionych źrenic zasłonę, przez którą widziałem ludzi rozumnymi, naturę mądrą, a kobietę — świętą i czystą. Bałem się, czy ta miłość będzie również czystą — płonne obawy, jam do innej niezdolny. Między mną a nią stoi cień tej pierwszej miłości, ale zamiast oddalać, zbliża. Bo ona podobna do Zosi jak dwie krople wody, tylko wzrok ma inny. Tamta poważny i myślący, ta — figlarny i słodki. I śmieje się głośno, a śmiech ten brzmi jak dzwonek kryształowy. Będę się modlił za obie, dwa imiona będę kreślił machinalnie. O miłości! Wielka jest twa potęga, uszczęśliwiasz i uszlachetniasz zarazem. Wybuchasz jak wulkan, jak źródło, długo i zazdrośnie strzeżone przez ziemię, skorupę zimną i obojętną. Szukałem cię, bo ta straszna pustka mnie mroziła.

Kto w miłości pieśń żałoby

Raz zanucił, wiecznie nuci;

Kto raz zabłądził na groby,

Już z nich na świat nie powróci.[118]

964

Mylisz się Wieszczu, oto śpiewam pieśń szczęścia, ja dziecię tęsknoty, oto na grobie zamarłych marzeń ujrzałem tęczę.

965

— Mnie najbardziej pociąga pustynia i morze — rzekłem.

966

— A mnie oaza i wyspa — powiedziała.

967

Dziwna jest. Raz zapatrzy się w łunę zachodzącego słońca, a wówczas taka podobna do Zosi, to znów roześmieje się i powiada:

968

— Czy pan umie flirtować?

969

— Nie, umiem marzyć.

970

Nazywam ją w myśli Satanellą.

971

Ojciec jej jest lekarzem, jaki to szczytny zawód. Może to pragnienie w niej życia i radości jest dziedzictwem ciągłej walki jej ojca ze śmiercią.

(w godzinę później)

972

Różnica między tym i tamtym uczuciem jest ta, że dziś analizuję więcej i… nie ufam… Satanelli.

1 sierpień

973

Zdradziła. Ten jeden wyraz starczy za tomy całe. — Trudno, chociaż nie jestem studentem, nie chcę odgrywać roli takiego „od biedy”, na drugim planie. — Podobno co rok urządza sobie „sezonowe miłości”. Życzę powodzenia. Powiem jej to przy okazji. Na szczęście, nie sam chodzę po polach i lasach: mam książki i wspomnienie. Teraz dopiero rozumiem, czemu zawdzięcza Szekspir swą nieśmiertelność. Dobrze, że stało się to prędko, że nie zdążyłaś zbyt głęboko wkraść się w me serce, więcej cierpi moja duma niż serce, panno Satanello. Nie, ja nie umiem flirtować, nie mam studenckiego munduru i nie mam roweru.

12 sierpień

974

Długo rozmawiałem dziś z panną Wandą o Nędznikach Wiktora Hugo[119], o wychowaniu dzieci, o przeznaczeniu człowieka i o przyjaźni.

975

Nie, mężczyzna nie może otworzyć przed kobietą całej swej duszy: Czy w ogóle istnieje przyjaźń, na czym polega jej istota? Wszak ja szukałem jej tak długo, tyle razy zdawało mi się, że już ją znalazłem i tyle razy smutny, rozczarowany mówiłem: „nie, to nie ten, o którym myślałem; on mnie nie rozumie”. Między kobietą i mężczyzną przyjaźń, a właściwie platoniczna miłość, dlatego może istnieć, że przyjaciółka odczuje to, co niedopowiedziane. Jeśli sam się nawet nie znasz, ona odgadnie intuicją. Jeśli nawet nie wyznasz niskich, brudnych popędów z woli nielitościwej natury — ona jeśli jest równą ci umysłem i sercem, zrozumie, ile walk przechodzisz i nie rzuci w ciebie kamieniem. Właściwie przyjaciółmi dzieci powinni być rodzice. Ojciec, RodzinaOjciec od najmłodszych lat powinien być powiernikiem wszystkich myśli i marzeń dziecka, a nie zbywać ich kpinami i lekceważeniem, lub oddawać płatnej służbie i nauczycielom. Czyja wina, że tak nie jest, że rodzice nie znają swych dzieci, że jak trafnie opisane to w Naturach zagadkowych Spilhagena[120], „dzieci są sierotami w domu własnych rodzicieli”.

976

Jak oni, dorośli, nie znają naszego wieku, dowodzi taka rozmowa:

977

— Chłopcy i dziewczęta to jak proch i ogień — mówi pani L. — Trzeba tak pilnować, na chwilę nie wolno zostawiać samych, bo nieszczęście gotowe.

978

Myli się szanowna pani. To zależy przede wszystkim, jacy chłopcy i jakie dziewczęta. A po drugie, dlaczego się pani śmiała przy tym? Jeśli żyjesz w tak smutnym przekonaniu i w takiej koncepcji wieku młodzieńczego, powinnaś była zapłakać.

979

Nie przeczę, że młodość ma swoje burze, ale jak bohatersko z nimi walczy. Z jednej strony przepotężny głos natury, rozzuchwalony jeszcze przez nieracjonalne wychowanie (miękkie łóżko, piwo, mięso, siedzący tryb życia), i brak ideałów, których sami musimy szukać często na bezdrożach i w niebezpieczeństwie — to wszystko, ta cała armia, świetnie uzbrojona i wyćwiczona — a z drugiej strony młodzież bezbronna, bez jednego sprzymierzeńca, tylko kierowana instynktem samozachowawczym. Gdybyśmy sami nie walczyli, aż nam tchu brak i żyły występują na czoło, tobyście nie upilnowali „prochu i ognia”. Oto co ci w twarz rzucam, czcigodna pani. Dobrze, że nowe pokolenie matek, takich jaką będzie panna Wanda w przyszłości, inne będzie miało zapatrywania.

15 sierpień

980

Czytam wyłącznie klasyków. Nudne powieścidła bez trwalszej wartości pozostawiam moim rywalom, bawidamkom, panom Sawuarym Wiwrowiczom[121] i ich adoratorkom.

981

On n'est jamais si heureux ni si mal heureux qu’on se l'imagine[122] — mówi La Rochefoucault[123] — i ma słuszność.

982

Flirt kwitnie wokoło. Ja staję z boku i obserwuję. Jest tu M., młodszy znacznie ode mnie. Niczym się nie krępuje. Całuje „panny” po rękach, przyciska je do siebie, dotyka, kładzie im głowę na kolana, a młodsze bierze na kolana i pieści w bardzo dwuznaczny sposób. Jest silnym brunetem, tym tłumaczę sobie, że jest tak nieposkromiony, a przy tym młodszy, więc prędzej mu się wybacza. Jednakże i ja byłem młodszy. Może miłość mnie obroniła.

983

Dużo myślę teraz o przeszłości, zbieram materiały do studium: „Dziecko”. Panna Wanda obiecała mi książkę Reformatorzy wychowania[124]. Spencer[125], Pestalozzi[126], Frebel[127] itp. Kiedyś i moje nazwisko znajdzie się w tym szeregu. Jak można Rousseau[128] nazywać wielkim wychowawcą, przecież on musi sam być ideałem moralności, inaczej nie może być wzorem.

984

Staram się dużo chodzić i pływać, aby zebrać hart, na nowe walki w niehigienicznych warunkach. Kant[129] 8 godzin pracował, 8 odpoczywał i 8 spał. Snów nie miewam teraz żadnych. Pol. miałem dwa czy trzy razy, gdybym był panną, miewałbym menses[130]. Bóg nie może być tak nielitościwy, żeby umyślnie zabijał twory Swoje — widocznie to głos natury. We francuskim robię postępy.

985

Z przeszłości

(Z cyklu „Dziecko”)

Motto: Voue qui ne savez pas, combien l'enfance est belle

Enfants. n’enviez point notre âge de douleurs,

Où le coeur tour à tour est esclave et rebelle,

Où le rire est souvent plus triste, que vos pleurs.[131]

W. Hugo

986

Młodość, Starość, Dzieciństwo, ŁzyMłodość jest piękna, ale nie najpiękniejsza. Natura rozdzieliła szczodrze swe powaby między wsze ery życia. Ma starość swe radości, ma młodość swe ciernie. Czemu ze łzą tęsknoty wspominają młodość? Bo przeszła i nie powróci.

987

I ja w zaraniu życia mam swoją przeszłość, którą ze łzą rozrzewnienia wspominam. Udziałem człowieka wiecznie tęsknić, wiecznie oczekiwać.

988

Wśród ciszy nocy wsłuchuję się w uderzenia serca, wpatruję w ciemność bezbrzeżną i płaczę. Czemu? Bo mi żal dzieciństwa, nieświadomości, niewinności, spokoju. Nic nie burzyło cichej powierzchni umysłu.

989

Dziś chciałbym wszystko objąć, wszystko wiedzieć — a to jest mrzonką niestety. Mnożą się zagadki, coraz więcej gromadzi się pytań, a to boli i upokarza.

990

Płaczę nad grobem swego dzieciństwa, jak nad grobem starca, który musiał umrzeć, bo wszyscy umrą, a jednak żal nam, bośmy go czcili i kochali.

991

Niech staną mi w pamięci uczucia, myśli, zdarzenia; a będę wśród nich, jak wśród starego, cichego cmentarza. Niech ujrzę jak w panoramie, siebie dzieckiem. Niech błogi spokój otuli mnie jak matka dziecię, matka, która zrosiwszy łzami bólu i radości.

Strzeże cię wiernie w twojej niemocy, słabości,

Śnieżne jej piersi sączą ci strumienie

Zgaduje każdy ruch twój, płacz i uśmiechnienie.

Niemcewicz[132]

992

(Może lepiej coś z Echo kołyski[133], bo Asnyk więcej pasuje w liryce do Wiktora Hugo?).

993

1.

994

Mam lat trzy albo cztery, chodzę jeszcze w sukience.

995

Dlaczego każą mi iść spać? Tak przyjemnie wieczorem się bawić. Nie chce się dziecku żegnać z zabawkami, jak młodemu z życiem. To też płakałem, gdy rozbierano mnie do snu: — Nie chcę, nie pójdę — protestowałem. Potem zapomnienie w łagodnym Morfeusza uścisku.

996

Razu pewnego — nie wiem, czemu fakt tak małej wagi tak głęboko utkwił mi w pamięci. Razu pewnego postanowiłem sam udać się na spoczynek. Zdjąłem sukienkę, zostałem w czerwonej włóczkowej spódniczce. Zawiesiłem ją na drucie od siatki — i nagle rozpłakałem się ku zdumieniu obecnych. Błogosławione łzy.

997

(Jałmużna, Babcia, Olszewski, marki, tramwaj itp.).

20 sierpień

998

Mademoiselle J. opowiadała mi o panu S., że się do niej przystawia. Kiedy raz zamykała okno, on stał i patrzał.

999

— Już od godziny panią obserwuję — powiada — widziałem, jak się pani rozbierała. Jaka pani ładna w koszuli. Ta co była przed panią, była mi przyjaciółką, a pani…

1000

Tak mówi ojciec rodziny do wychowawczyni własnych dzieci, ten który ma stać na straży czystości domowego ogniska. O nieszczęśni niewolnicy chuci. Biedne dziewczęta, z dala od ojczystej ziemi, na ile narażone są niebezpieczeństw, tu w tej Polsce, która słynęła z gościnności i rycerskości względem kobiet — niegdyś, ale widocznie już nie dziś. Może on tak rozumie gościnność, jak ci dzicy, którzy gościowi oddają żonę i córkę, i do dobrego tonu należy z tego korzystać.

1001

Wczoraj, przechodząc obok Satanelli (przydomek ten przyjął się, ku jej, zdaje się, zadowoleniu), powiedziałem do panny D. głośno:

1002

— Chodźmy do lasu flirtować. A Józio będzie nam parawanem.

1003

Flirtować, powiedziałem z ironicznym naciskiem.

1004

Wiem, że to było głupie, może to wpływ mojej Francuski, ja tak bardzo ulegam wpływom.

1005

W Warszawie zostaną mi moje lekcje. Ta idealna pani G., jednak umie się targować. Jakie to dia mnie wstrętne. Czy to nie hańba, żeby za spełnianie szczytnego posłannictwa, jakim jest rozwijanie ducha, budzenie myśli, aby za powtarzam wypełnianie obowiązku tylko, brać pieniądze? Ustrój kapitalistyczny musi runąć, tylko nie wiem w jaki sposób. Wakacje się kończą, a ja w naukach ekonomicznych nie posunąłem się ani o krok.

1006

Jeżeli kiedyś zginę, zabije mnie brak woli.

3 sierpień

1007

Znów w Warszawie. Zacząłem od Kościoła i Ojczyzny.

1008

Dla naszego nerwowego pokolenia zewnętrzne akcesoria mają duże znaczenie. Muzyka kościelna i śpiew w nieznanym języku mają wielki wpływ. Muzyka smutna, poważna, rzewna usypia rozum i krytycyzm, a serce czuje niepokój. Klęczenie zniża, korzy nasz duch, jesteśmy na kolanach mali, niezdolni do protestu ani rozumowania. Jesteśmy pod wpływem chwili, wierzymy ślepo, zabobonnie. Wiara rozumnie kierowana, może być hamulcem. Wierząc, że gdy zapalę papierosa, będę miał przykrość (zły stopień) wystrzegałem się tego, a choćby kilka chwil wiary bezgranicznej są ważne. Sformułowałbym to tak: każdy człowiek powinien mieć chwile buntu przeciw pętom wiary, chwile rozrzewnienia, chwile ekstazy i zupełną niezależność naukowego myślenia (astronomia, Kopernik, Darwin[134] — temat do pracy naukowej).

1009

Potem poszedłem do Łazienek do pomnika Jana Sobieskiego[135]. Jak wiele, wiele mówi ta dumna postać na pięknym rumaku. Gdzie ludzka wdzięczność, gdzie pamięć o krwi, którą płaciliśmy dań światu w walce krzyża z półksiężycem? Nie ma wdzięczności, tylko interes i egoizm, równie w życiu pojedyńczych ludzi jak narodów. Gdyby oni umieli czytać w tym dumnym obliczu króla, z jakim spokojem i pogardą i niemym wyrzutem patrzy hen za staw ku pałacowi, to by ten pomnik usunęli. A ten łańcuch żelazny, który opasa pomnik, czy to nie symbol. I smutnie powiewa stary jesion i nie śmie gałązka musnąć dumnej postaci tego, który nie znał niewoli.

A co niewola, nie wie Sparta wcale,

Bo niewolników jej córy nie rodzą.

Tyrteusz[136]

1010

Marzyłem o pieszej wycieczce przez Częstochowę na Wawel. Jeszcze się rok szkolny nie zaczął, a ja już marzę o wakacjach. Ubiegłe wakacje stanowczo mnie zawiodły. Jedna nowela napisana — to całe żniwo.

16 sierpień

1011

Gimnazjum, belferka, lekcje — jednym słowem kierat szkolny. Brak czasu do pisania. Do matematyki i klas. gospodarza mamy bardzo porządnego człowieka. Stacho zdał poprawkę, siedzimy razem. Ksiądz nowy, niemiły. Strzygłem się; jaki byłem ładny w lustrze, napisałem wiersz do swego odbicia w lustrze. Boję się tych drobnych licznych przykrości, których szkoła nie szczędzi, choć może tak lepiej dla mego znużonego umysłu. Powoli zamienię się w machinę, drobiazgi zaprzątną mój umysł, myśli przyjmą mniej gorączkowy kierunek. Zosia już skończyła, panna na wydaniu, czy jedzie na uniwersytet?

1012

Mod. mnie przeraża, jaki on zimny, bezwzględny. Można go śmiało postawić w rzędzie natur zagadkowych. Czy rzeczywiście zależy mu na tym, abyśmy znali grecki? Ja go znać będę, bo kocham Sofoklesa (Antygona), ale po co to innym?

1013

Robię studia nad mymi „chlebodawcami”.

1014

1. On intelig., ona zajęta kurzem i jajkami. Jaki może być łącznik między nimi? Ona nie jest powiernicą jego myśli, nie jest żoną jego uczuć i przeżyć, gospodyni — nie więcej. O jak bezbarwne życie takiego człowieka, który nie ma się przed kim wynurzyć w chwilach zapału ani poskarżyć w chwilach smutku. Ci ludzie związani dozgonnym węzłem obowiązku idą obok siebie, ale nie razem.

1015

Malec dość tępy.

1016

NB. Gdyby kobieta umiała być przyjaciółką męża, nie szukałby rozrywek w gronie kobiet, które mu szampanem zagłuszą myśl: „nie ma szczęścia”. Sam człowiek winien, że miast uśmiechu, na ustach gorycz gości. I z gorączką wychylają czarę rozkoszy zapiekłymi wargi. Dajcie złudzenie, dajcie zapomnienie — wołają. Ogarnia ich szał, upojenie chwilowe. I spadają w przepaść, straszną otchłań, ciemną próżnię zwątpienia i szału, a potem bladzi, wynędzniali i bezsilni, brocząc w błocie i kale, wołają poniewczasie: „Gdzie szczęście?”

1017

O P. napiszę innym razem.

1018

Czuję wielką potrzebę snu, może to echo snu zimowego niedźwiedzi. Marzę teraz o cichym szczęściu bez burz oklasków i sławy. Żona, dzieci. Widziałem Maniusię, jak ona urosła przez te cztery miesiące, śliczny wstępniaczek, marzy, aby być dyżurną, zrywa się przed szóstą, bo się spóźni. Słodka dziecina. Urośnie pod mym okiem, zmężnieje i… stracę ją z oczu…

20 sierpień

1019

Nawet kuriera nie czytam, nie marzę. Mam nawet nowy temat o Paryżu i suchotnicy, którą się opiekuję: ale nie ma ani wypukłości, ani barwności. Czyżby starość? Zaczynam wierzyć, iż gdyby nie pociąg płciowy, nie byłoby ani miłości, ani poezji, a przecież tak się przeciw tej myśli buntowałem.

10 październik

1020

Spać, spać, spać!

1021

Tyle marnuje się obserwacji, tyle cennego materiału.

1022

Wieczorem zacząłem myśleć o przeszłości i rozpłakałem się, płakałem z żalu po… młodości.

1023

Stałem w otwartym oknie, musiałem cofnąć się, żeby nie wyskoczyć.

1024

Prawdziwie nigdy nie cierpię, wszystko rozpływa się w jakiejś poetycznej tęsknocie i żalu.

1025

Pragnę kochać.

1026

On n'est jamais si heureux

1027

Uczę się źle.

1028

Spać — to moja dewiza.

1029

Wegetuję.

1030

A wszak to ja, nie kto inny, umiałem siedzieć nad książką do 1, 2 w nocy.

1031

Łzy…

1032

Kiedy leżę w łóżku, zdaje mi się, że jestem kotem małym w mufce futrzanej.

1033

On n’est jamais si heureux

1034

Dręczy mnie myśl, że u P. są ze mnie niezadowoleni, ale krępują się mi wymówić.

1035

Boję się ludzi.

1036

On n’est jamais…

1037

Miłość zapomniana, marzenia znikły.

1038

Co mnie czeka za lat 10, 20, 30?

1039

„Smutno mi Boże”[137].

1040

Tęsknię do Bożego Narodzenia!

1041

paźdz., listopad, grudnia.

1042

0,5 ” , ” ,0,5 ”

1043

2 miesiące.

17 październik

1044

Smutno, smutno, strasznie smutno żyć na świecie. Pustka i bezcelowość. Sam, sam, zawsze sam.

1045

Pannie Julii zwierzyłem się z mego stanu i teraz gorzko żałuję. Powiedziała, że to minie, a żegnając się, powiedziała z uśmiechem:

1046

— Bywaj zdrów, starcze.

1047

Więc i ona ma tylko kpiny dla mnie — ona?

1 styczeń

1048

Święta mnie pokrzepiły na umyśle i duchu. Postanawiając wznowić pamiętnik, muszę zadać pytanie, czy piszę dla siebie, czy — cha, cha? — dla świata. Piszę go dla siebie, inaczej musiałbym wiele zmienić i o wielu rzeczach zamilczeć.

1049

Otóż po senności, już nie pamiętam, czy nagle, znów przyszła namiętność. Warunki moje się pogorszyły, bo znużenie trwało jeszcze, jakby natura chciała uśpić czujność wroga, to jest moją, aby od razu powalić. Piszę o tym tak spokojnie i logicznie, bo pamiętnik mój ma znaczenie psychologiczne, i nie miejsce tu na egzaltację i wykrzykniki. Kiedy koń ponosi, nie czas bawić się w poezje, a kiedy wróg „pod samym miastem zatknął sztandary”[138] i uderza do szturmu, trzeba obliczyć szanse pro i contra. Bor. rozwiązuje tę sprawę dość prosto: „masz tremę”. Jest to wzięte z gwary aktorskiej, a życie to nie deski teatralne. Z Franią zaszło bardzo daleko, nie przeczuwa, że pozostaje jej tylko jedna droga: jak najśpieszniejsza ucieczka z tego domu, gdzie czeka ją hańba i zguba. Tak dalece nie jestem już panem swych czynów.

1050

Jedna miłość mogłaby mnie jeszcze zatrzymać nad brzegiem przepaści.

2 styczeń

1051

Dostałem list od p. Julii. O, jak mi drogi, jak kotwica dla okrętu w godzinie burzy.

1052

„Jak Panu tam idzie z lekcjami, ciszą i spoczynkiem, którego tak łaknie sterana twa dusza, młodzieńcze! — Rzuć te idee, rozejrzyj się po świecie, po sobie samym. Jesteś młody, zdrów, zdolny, dobry. Zużyj te siły, które tęsknią w każdym nerwie Twego organizmu, a nie imaj się pracy nad siły i wiek, bo jak mówi Sienkiewicz »myśl uleci jak ptak, a siły pójdą na marne«”.

1053

Gdybym taką kobietę miał blisko siebie, byłbym bezpieczny.

1054

Buntownik, Bóg, WiaraO Boże. Wierzę: nie mam sił ani mocy, aby rozumować. Wierzę. Nie chcę wnikać w istotę tej wiary. Wierzę. Niech każda myśl krytyczna opuści mnie. Wierzę. Chcę być sługą i niewolnikiem Twym, chcę być prochem i pyłem. Wierzę. Wierzę, że będziesz mnie bronił, o Boże. Sam nie chcę walczyć, bom drobny i słaby. Ty mnie obronisz. Wierzę.

1055

Ale pamiętaj, o Boże! Jeśli mnie opuścisz, sam stanę do walki na śmierć i życie, ale już nie bez Ciebie, jeno wbrew Tobie. Nie grożę, bom zbyt nikły i drobny. Grozi mój ból, który jest wielki i równy Tobie. Jeśli on przemówi, piekło zblednie a niebo zadrży w posadach.

1056

(Głupia, egzaltowana, bluźniercza modlitwa, ale jestem tak znużony. Idę spać).

20 styczeń

1057

Zmysły śpią, ale stoją czaty. Nie podejdzie mnie wróg, bo czujnej straży wydałem hasło: „ideał”. Na pierwszy odgłos pobudki zrywam się, wdziewam pancerz, chwytam miecz i spotykam wroga z podniesionym czołem. Pod moim orlim wzrokiem tchórzliwie opuszcza głowę.

1058

— Zbliż się. Zmierzmy się.

1059

On się cofa.

1060

Czuwam…

*

1061

Rozumiem już mój stan teraźniejszy. Nadchodzi pragnienie czystej miłości. Dawna miłość zapomniana, więc szukam ideału, a znaleźć go nie mogąc, codziennie kocham inną lub inne. Tęsknota zastąpiła mi miłość. Tęsknota rodzi miłość, a miłość tęsknotę, między tymi uczuciami istnieje bliska łączność. (Temat do studium).

1062

Drogę do szkoły mam przyjemną pełną oczekiwania i wzruszeń. Kocham dziesiątki najodrębniejszych typów.

1063

Spotykam córkę pułkownika, Rosjankę Mor. Imponuje mi jej postawa, chód elastyczny i mocny, energia rysów, śmiało zarysowane brwi.

1064

Widuję drugą: dzieweczka nieśmiała, niska, w żałobie, z tak łagodnym, dobrotliwym wyrazem twarzy i smutnymi oczami.

1065

Pierwszej ślę spojrzenie życzliwe, ale harde, drugiej — tkliwe i rzewne.

1066

Widuję trzecią: wesoła, brwi filuternie wzniesione w górę, wieczny uśmiech i wyzywające spojrzenie, na które odpowiadam spojrzeniem zaczepnym i koleżeńsko-wesołym. Hajduczek-Baśka[139].

1067

Widuję kuzynkę Władka. Ten czysty profil i wieczny grymas niezadowolenia i jakby znudzenia na prawie dziecinnej twarzyczce.

1068

Dalej (ta teraz najbardziej zajęła moją wyobraźnię) — Żydówka, córa południa i wschodu. Mierzymy się wzrokiem, w którym przyciągają się dwa odmienne światy i dwie rasy, dalekie wiarą i historią, a bliskie prawami natury. Te oczy czarne, ciemne, płonące ogniem nieznanym. Ta dojrzewająca Venus[140] w pierwszej myśli lubieżnej. Te rzęsy, którymi przysłania czarne ócz[141] gwiazdy. O, gdy ona pokocha, pędzi na oślep, nie bacząc pod stopy, nie oderwie gorejących warg od ust tego, którego pokochała. Ja, zimny północny Słowianin, i ona, Róża szkarłatna w objęciach złotych promieni słońca. (Muszę poddać rewizji mój stosunek do Żydów, tego narodu-Sfinksa, zagadki). Ona marzy i ma godność, więc jak musi cierpieć, z jaką radością wysłuchałaby głosu pojednania, który by jej rzekł: „Siostro”.

1069

Te moje ideały mają po lat 15–16. Ale są i starsze (p. Julia, pani P. — ta piękna i zawsze smutna żona męża, który nie jest bez grzechu). Są i młodsze: dwie miłe jaskółki na korce, ta mała w płaszczyku w kraty, która się do mnie uśmiecha i pokazuje w uśmiechu ząbków perełki (czy to możliwe, żeby taki bąk znał już grę kokieterii). Madem. Jeanne przebaczyłem, może zbyt surowo ją sądziłem, może francuskie wychowanie pozwala na to, żeby przy mężczyźnie (toć jestem nim) wysypywać piasek z pantofli, poprawiać pończochę, opowiadać, że ją ktoś podpatrywał w koszuli i zapytywać naiwnie, co bym zrobił, gdybym z nią s. w jednym ł.

1070

Kiedy dziś na chłodno myślę o moim stosunku z Satanellą (dałem słowo honoru, że imię jej więcej się w pamiętniku nie powtórzy — dziecinada) — widzę, że to, że mnie zraniła, było rzeczą przypadku. Czyż dziw, że podlotkowi imponował student? Myślała, że zgodzę się ustąpić pierwsze miejsce starszemu, a sam będę się kontentował drugim. Nie wiedziała, że tylko w tramwaju ustępuje się je starszym, a nie w miłości.

1071

Ale do rzeczy:

1072

Między mymi „ideałami” są nie tylko przedstawiciele płci odmiennej, a to najlepszy dowód, że nie wchodzi tu w grę żądza, ale bardziej szlachetne uczucie.

1073

1. Nasz naucz. Mod. Obserwowałem go długo, bo 6 kwartałów. Jest to męczennik niewdzięcznej idei, greckiego języka. Pod tym wypukłym czołem, pod kasztanowymi włosami, ile myśli się kryje i ile zapału przebija przez te trupio blade policzki. Ten fanatyk Homera, gdy widzi zupełny brak zapału w klasie, gdzie chce budzić myśl śpiącą, widzi bezowocnymi swe trudy i cierpi. I za to go szanuję, jak szanuję Dostojewskiego[142] wbrew patriotycznym receptom i formułkom.

1074

2. Stacho. Jak nazwać to uczucie, jakie dla niego żywię. Nie jest to przyjaźń, gdyż przyjaźń to wyznania, a on by mnie nie zrozumiał (i to mnie na pewien czas zniechęciło). Tak, to miłość. Trzymanie jego ręki sprawia mi przyjemność, a on to wie i odczuwa. Gdy chodzimy w pauzę, obejmuję go i gadamy o niczym. To nie przyjaźń, ale miłość taka, jaką czuć można tylko dla dziewcząt. Bo też ile delikatności dziewczęcej w jego postaci, jego łagodnej twarzy i ruchach. Ma wadę serca. Klasa, nawet niektórzy nauczyciele (matematyk) nazywają go Anielcią. Widocznie miłość do tej samej płci spotyka się nie tylko u dziewcząt.

1075

I jeszcze jedno:

1076

Węglarz niósł na plecach kosz z węglami. Jeden węgiel mu wypadł. Podniosłem i podałem. Powiedział „dziękuję” takim łzawym głosem, że kamień by zapłakał. Z jaką rozkoszą pochwyciłbym tę biedną, czarną od węgla, spracowaną rękę i przycisnąłbym do ust, z jaką rozkoszą złożyłbym głowę na jego spoconej, nigdy niemytej i porośniętej włosami piersi i płakał nad jego dolą jak ten węgiel czarną i jak jego: „dziękuję” smutną, i jak przysługa, którą mu wyświadczyłem, drobną.

1077

Zaiste jak są różne spojrzenia: obojętne, przelotne, dyskretne, miłosne, ciekawe, ironiczne, dobrotliwe, zaczepne (ta mała), wstydliwe, odpychające, marzące, litosne itd. — tak są i różne pocałunki: od najczystszych jak tchnienie motyla do gorących jak wulkan, od godnych anioła do — szatana. (Spojrzenia i pocałunki — temat do studium).

1078

Teraz przyszło mi na myśl, że wszak Wedeking[143] dowiódł w przebudzeniu się wiosny wyższości uświadomienia w wychowaniu. Ponieważ i ja, i madem. Janina byliśmy uświadomieni, mogliśmy bez obawy ślizgać się nad zawrotną głębiną „pieśni bez słów”.

1079

Dziesięć stron zapisałem bez znużenia, a za ostatnie wypracowanie polskie dostałem trzy, chociaż bez zarzutu, bo krótkie.

1080

Więc moja senność i starcze niedołęstwo minęły, czy pod wpływem listu p. Julii? Czy aż taką jest potęga autosugestii?

23 styczeń

1081

Czytam mowy Cycerona[144] i Demostenesa, podziwiam strukturę, korzę się przed logiką rozumowania i zachwycam językiem. Ale ja inaczej przemawiałbym, gdybym widział ojczyznę w niebezpieczeństwie albo bronił człowieka przed śmiercią. W ogóle sądownictwo winno być zreformowane. Przed sędziami-poetami winien stać obrońca-marzyciel, a nie zimny, chłodny formalista przed urzędnikami. Sercem należy bronić, a nie paragrafami, na zasadach etyki karać, a nie kodeksu. Dziś okoliczności łagodzą winę, a one powinny zupełnie ją usunąć. Nie wolno karać ojca, że kradnie dla dzieci lub zabija tego, kto nastaje na cześć córki, albo broni swego honoru. Uderzenie w twarz to tylko zakłócenie publicznego spokoju, więc kara 3–5 rubli, a moim zdaniem to zabójstwo, za które karą kula w łeb. Chłopi płacą raty, a nie biorą kwitów, i wśród zimy wyrzuca się na śnieg 30 rodzin, bo nie ma na potwierdzenie papierków. Kto kłamie? — pytam się: chłopek nabożny, pracowity, nieśmiały czy bezczelny i bezbożny spekulant, czyja przysięga winna zaważyć na szali?

1082

A medycyna, która bogacza dla kaprysu wysyła na południe, a nędzarza „leczy” w suterynie pigułkami, choć miesiąc słońca powróci mu życie, da rodzinie pracownika, a dzieciom nie da wyrosnąć na prostytutki i złodziei? Jak sąd śmie karać te ofiary nędzy i ciemnoty?

1083

Zdawało mi się niedawno, że te dziewczyny (?), które tak nisko upadły, nie zasługują nawet na litość. Kraść, zabijać nawet, ale nie za pieniądze kupczyć uściskiem. Wszystkie zbrodnie ludzkie zna świat zwierzęcy i roślinny w imię walki o byt, dąb kradnie światło krzewinie, chwast zagłusza (zabija) kwiaty. Tylko ta zbrodnia jest udziałem człowieka, ba — kobiety! Ta plama przygniata cały ród kobiecy. Hańba, hańba — najokrutniejszy wyraz ludzkiego słownika — gorszy od niewoli.

1084

Zreformować świat to znaczy zreformować wychowanie…

1085

Zaczepił mnie jakiś człowiek, piłę miał przewieszoną przez ramię.

1086

— Czy pan nie wie o jakiej pracy?

1087

Dałem mu czterdzieści dwa grosze.

1088

— Niech się pan mnie nie brzydzi — powiedział, chciał pocałować w rękę, błogosławił.

1089

Prosił o pracę, dałem mu jałmużnę. Uciekałem jak z miejsca zbrodni. Ile ja niepotrzebnie wyrzuciłem pieniędzy. Póki istnieje nędza, nie mam prawa wydawać dla siebie. O nich muszę i powinienem myśleć przede wszystkim.

1090

Ha, ja mam myśleć o tych, o których Bóg nie myśli. A czy choroby dziedziczne nie są krwawym świadectwem przeciw Niemu?

1091

Mod. mówił o szkołach filozoficznych w Grecji. Szkoła cyników została zupełnie spaczona. Czy i soc. ulegnie temu losowi, jak przepowiadają niektórzy — czy rzeczywiście „świat jest przemianą zła wieczyście trwałą”, jak mówi Tetmajer, czy też pnąc się „naprzód i wyżej, przez szereg istnień padających marnie” — dąży do ideału, jak twierdzi Asnyk?

26 styczeń

1092

Już od dwóch dni jest mi dobrze. Doznaję jednak takiego uczucia, jakie mają ludzie bezgranicznie szczęśliwi: strachu, aby kto nie przerwał brutalnie tej ciszy, tego półmroku myśli i uczuć.

1093

Czytałem po francusku W kraju futer[145] Verne'a[146] i marzyłem, że tam jestem, pod biegunem.

1094

Po dniu uciążliwego pochodu leżę pod ciepłą derą. Budzą mnie.

1095

— Wstawaj pan. Białe niedźwiedzie.

1096

— Czy to raz pierwszy; jest też o co piekło robić?

1097

— Ależ jesteśmy zgubieni.

1098

— Bezpowrotnie?

1099

— Tak jest, nie ma ratunku.

1100

— Więc po coście mnie budzili? Może mam w galowym ubraniu stawić się na śniadanie panom niedźwiedziom?

1101

— Powtarzam: niebezpieczeństwo, twoja zimna krew jest potrzebna.

1102

Ubieram się.

1103

— Więc to nazywacie niebezpieczeństwem? Że niedźwiedzina leży, drżąc ze strachu?

1104

— Ale drzwi nie ma, może wejść.

1105

— Może, ale nie wchodzi.

1106

— Jest ich piętnaście.

1107

— Zrobię drzwi z pierwszego.

1108

Strzelam w powietrze.

1109

— Szaleńcze, zgubiłeś nas — mówią.

1110

Olbrzymi niedźwiedź idzie ku nam; w momencie, kiedy swym olbrzymim cielskiem zawalił wejście, pakuję mu kulę w oko.

1111

— Oto mamy drzwi tym lepsze, że w przyszłości posłużą nam za śniadanie.

1112

Dziecinne marzenia, tym lepiej.

*

1113

Widziałem pogrzeb wojskowy. Cudny marsz żałobny, żołnierze i koń w żałobie, który smutny, z łbem spuszczonym, powoli odprowadza swego pana na miejsce wiecznego spoczynku. Łzy miałem w oczach.

*

1114

Widziałem grających w karty. Policzki z niezdrowym rumieńcem, spokój udawany i ta głucha niechęć, przebijająca niby w żartach, a właściwie w docinkach — jakie to wstrętne.

*

1115

Przypomniałem sobie, że kiedyś, kiedy była u nas Zosia, do nogi od krzesła, na którym siedziała, przywiązałem nitkę, aby się nie pomięszało z innymi. Jaki ja byłem wtedy biedny. O, nie śmiejcie się z tych uczuć dziecinnych. Miłość jest zbyt szlachetnym uczuciem, by mogła być ośmieszona, zabawnymi są natomiast: pozowanie, sztuczna galanteria sztubacka, asystowanie pannom, małpowanie dorosłych, opowiadanie kolegom o swoich rzekomych romansach nawet z mężatkami — łgarstwa, komedianctwo.

1116

Ja sam przyłapuję się na tych rzeczach, na przykład raz wyskoczyłem z tramwaju, choć deszcz lał, żeby niby to „szybkim ruchem uspokoić wzburzone nerwy i aby deszcz ochłodził palące czoło”. Deszcz czoła nie ochłodził, bo mam czapkę z daszkiem, zabłociłem się po pas, co mnie bardziej jeszcze zirytowało i przyłapałem się na małpowaniu romansowych bohaterów, co mnie do reszty struło.

*

1117

Spotkałem Romana po pięciu latach niewidzenia. Mówiliśmy parę minut, a więcej patrzyliśmy na siebie, bo nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Pięć lat tylko, a co za zmiana.

1118

Temat do sztuki dramat pod tyt. Trzy fazy.

1119

Akt 1. On, zakochany zapaleniec, nie widzi w niej braków, nie myśli, iż miłość przejdzie, a potem będzie czegoś więcej żądał od żony.

1120

Akt 2. Widzi, że się pomylił. Ale musi zrobić ze siebie ofiarę… „dla dobra dzieci” (może ten tytuł lepszy?).

1121

Akt 3. W 20 lat po ślubie — oni starzy, a dzieci to samo przechodzą. Ich myśli.

1122

Oto szkielet utworu.

1123

Jak dziwnie wcale nie myślę o sławie.

*

1124

Życie składa się z tylu drobiazgów, że nie sposób pamiętać.

1125

Pani P. płacąc mi za miesiąc, rozmawiała ze mną. Rozumna i miła, a tak się czasem zimna wydaje. Powiedziała, że lepiej, że ludzie się maskują, bo inaczej wyszłaby na jaw brutalność natury ludzkiej (może męża miała na myśli?), że maskowanie się dowodzi dążenia do czegoś lepszego (czy zawsze). Na pożegnanie podała mi rękę, którą pocałowałem. Wyszedłem i zdawało mi się, że ją obraziłem, że może należało jakoś inaczej, chłodniej pocałować. Była to myśl przelotna i niedorzeczna, a jednak tydzień cały (z pauzami) dręczyłem się tym.

29 styczeń

1126

Muszę pisać.

1127

Ach, co ja czuję, co ja cierpię. Jestem znów sam w domu z Franią. Nie mam sił, żeby uciec. Namiętność owładnęła mną zupełnie. Czuję ją w każdym nerwie. Czuję ją wszędzie, a najbardziej w piersiach. Straszna pustka aż do bólu i płomień. Oddechu nie mogę pochwycić, serce wali jak młotem, po całym ciele jakieś niezdrowe ciepło, gorączka.

1128

Kiedy nas widzicie uśmiechniętych i rozbawionych na ulicy lub w towarz., powiadacie:

1129

— Szczęśliwa młodość.

1130

Ale spójrzcie w serce, co tam za burza szaleje, co tam za orkan. Widzicie nasz śmiech, słyszycie nasze żarty, nie widzicie łez, nie słyszycie jęku. Znacie nasze dumne marzenia, ale nie znacie tego pożądania spokoju, którego nie zna nasz wiek. Jeśli przychodzi cisza, to nie jest dobrotliwa cisza letniego dnia, ale cisza, która nagle zalega morze, przed pierwszym piorunem. Morze ciche, ale kapitan drży, bo widzi niebieskie chmury, które przewalają się po niebie. — Poskramiamy dziką bestię, ale z jakim wysiłkiem.

1131

— Proch i ogień.

1132

Jeżeli ta biedna dziewczyna, która tam siedzi w kuchni i nic nie przeczuwając, może ceruje moją bieliznę, ma być prochem — niech wie, że ja czuwam — ja ogień. Ten ojciec jej, który może poprawia teraz pług do wiosennych zasiewów, i matka, która tęskni za nią, mogą być spokojni: nie zhańbię im córki. Ta nędza, która wygnała ją z ojcowej izby do miasta, do cudzych, do obcych, jest łańcuchem, na którym teraz miotam się w samczej wściekłości.

1133

Boże, oto idziesz mi na pomoc. Nie wzywałem Cię, a wiem, że już dążysz. O, tego Ci nie zapomnę, Nie śpiesz się, już przeszło. Zamknę drzwi na klucz, uklęknę, biały anioł modlitwy skrzydłem swym mnie okryje, utuli.


1134

W godzinę później:

1135

Mam uczucie, że umyślnie przesadziłem i niebezpieczeństwo, i walkę z nim. Dziwny wiek, w którym dojrzałe myśli poplątane z dziecinnymi, a zupełnie uczciwe uczucia ubrane w obrzydliwą przesadę, wstrętną egzaltację i ohydną komedię.

1136

Czego to nie ma w tych kilku wierszach: morze, bestia, jęk, proch, piorun. Tyle hałasu niepotrzebnego, a w rezultacie pewnie będę miał polucję, bo już jej blisko dwa tygodnie nie miałem.

1137

Nie napisałem w dodatku i połowy tego, co mi się po głupim łbie kotłowało, widocznie sam już uważałem, że za wiele tego dobrego. Więc był tam i obłęd z nieodzownymi kratami, i jęk mego dziecka, które mnie przeklina, i społeczeństwa, które mnie na sąd wzywa. Myślałby kto, że nowy potop. A tymczasem wszystko to można zamknąć w jednym zdaniu:

1138

— Sztubak nie zrobił świństwa.

1139

Ma słuszność panna Julia: jestem dzieweczką, pieszczotką marzeń, a nie mężczyzną.

1140

Spalę do diabła ten błazeński pamiętnik, bo wpadnie jeszcze w czyje ręce.

1141

Tak by dobrze było, gdyby mnie kto wytargał za uszy, zwymyślał od smarkaczy i zasadził do geometrii, bo ten wulkan, ogień, kapitan okrętu i wódz może nie dostać promocji.

*

1142

Znów przesada. Pamiętnika nie spalę, wiem o tym doskonale, a gdybym spalił, popełniłbym kapitalne głupstwo.

1143

2. Jeżeli nawet jest przesada w tym, co pisałem, jest to jednak wewnętrzne przeżycie, za które nie ma racji targać za uszy.

1144

3. Nie jestem ani błaznem, ani smarkaczem, tylko bardzo inteligentnym młodzieńcem (w porównaniu z kolegami), trochę spaczonym przez brak pedagogicznego kierunku.

1145

Z ostateczności w ostateczność, brak równowagi — to cecha mego wieku.

1146

Słuszne natomiast jest, że trzeba się wziąć do nauki szkolnej, bo sam pan korepetytor może nie dostać promy, i będzie wstyd.

1147

Pójdę do doktora, może uzna że przy moim temperamencie naprawdę już czas, jak twierdzi wielu kolegów (M. P. L. B. ), że moja trema nie ma racji, bo bądź co bądź czuję się źle.

1148

— Wstyd mi?

1149

— Czego?

1150

— Wyśmieje?

1151

— Dowiedzie tym, że chociaż doktór, ale głupi: Pójdę do Ż.

2 luty

1152

Skazano — sdiełano[147].

1153

Byłem u doktora i… wierzę mu.

1154

Polucje nawet b. częste, nawet ze snami erotycznymi, nie są chorobą, nawet nie cierpieniem, tylko niedomaganiem. Należy się wystrzegać wszystkiego, co podnieca, więc alkoholu, nikotyny (papierosy) i marzeń, 80% prostytutek jest zarażonych. Płuca i serce mam zupełnie zdrowe. Wolę należy ćwiczyć i nie tragizować, gdy zawodzi. Napoleon, który świat cały zwyciężał, nie umiał nad sobą panować. Każde drobne zwycięstwo ułatwia większe, bo w mózgu wyżłabia się droga. Aby telefonować, trzeba założyć druty (to mu się mniej udało, bo jest telegraf bez drutu).

1155

Pieniędzy nie wziął, powiedział, że oddam, jak dorosnę. Kazał przynieść pamiętnik. Chciałbym zanieść: może powiedziałby, że widać z nich, że mam talent. Choć znów za parę życzliwych wyrazów oddać obcemu całą duszę, cały świat cierpień, bólów, marzeń i tęsknot. Gdyby ściśle określił termin: za tydzień, za dwa tygodnie, nie oparłbym się. Wstyd mi przyznać się, ale się zawiodłem. Miałem wrażenie, że się śpieszy, że nie ma czasu. Wiem, że jestem niesprawiedliwy, wymagający, niewdzięczny, a jednak… Dla mnie to była epoka, dla niego epizod. Dwa razy przerwał nam telefon, to znów go wywołano. Może wzywano go do konającego, gdy ja jestem zdrów. Egoizm ludzki nie zna granic: niczym go nie nasycisz.

1156

Może na takie uczuciowe zabarwienie tej wizyty wpłynęło i to, że mam przykrości w domu i na lekcjach.

1157

Precz z pogrzebowym marszem na strunach Bajronowskiej liry[148].

1158

Po co napisałem to zdanie? Bo mi się wydawało ładne. Muszę zwalczyć w sobie przede wszystkim tę pozę, tę komedię, która mnie do rozpaczy doprowadza.

1159

Na lekcji udaję roztargnionego, to znów przyciskam skronie, chociaż głowa rzadziej mnie teraz boli. Staram się być zaniedbany w ubraniu, to znów chciałbym mieć białe rękawiczki, to być pochylony, zgarbiony, to znów prosty i zwinny (podobno oficerowie noszą gorsety?).

1160

Więc walka:

1161

1. lenistwu (matematyka).

1162

2. pozowaniu.

1163

3. marzeniom i w ogóle uczuciowości (nastrojom).

1164

4. papierosom, piwu, musztardzie itd.

1165

Pisząc: „więc walka” — o mało co nie dodałem: „na śmierć i życie”. Pierwsze zwycięstwo?

5 luty

1166

Uczę się. Z algebry dostałem 4, pierwszy raz w życiu (z ustnego). To zagłębianie się w mistyczny świat cyfr sprawia mi zadowolenie.

1167

Wymówili mi lekcję u R., bo nie jestem dość energiczny. I tak ich miałem za wiele jak na koniec trzeciego kwartału. Co ja bym dawniej na ten temat wypisał tragicznych okrzyków, a teraz ot wiem, że „energicznym i rutynowanym z gwarancją korepet.” nie będę nigdy — zanadto wiele mam uczucia dla dzieci, żeby je tyranizować. Dziecku tak mało potrzeba, aby się czuło szczęśliwe: pieczątka, pudełko, karmelek. Wyciskać łzy z tych niewinnych oczu dla piątek, dla śmiesznych tryumfów, dla dogodzenia próżności rodziców i zyskania sławy „rutynowanego”, to barbarzyństwo. Minimum wysiłku dla maksimum rezultatu; byle dostał promocję — trzymałem się tej zasady, jak do tej pory z dobrym efektem: rozwijałem ich, lubią mnie, a w rezultacie: cenzura[149] bez dwójki…

1168

Marzenia to morfina duszy.

1169

Czy mam prawo przynajmniej do gorących spojrzeń i czarownych uśmiechów, do tych niewinnych w gruncie rzeczy miłostek przelotnych? Mania D. z matką wdową i bratem suchotnikiem — miłość czy współczucie? Czy pozwolić wyobraźni na marzenie o leczeniu suchot. A jeśli „od łyczka do rzemyczka”.

12 luty

1170

KsiążkaJakby na potwierdzenie tego, co mówił doktór, dowiedziałem się, że J. się zaraził. Straszne tam u nich piekło: a z tej racji mama zrobiła mi awanturę, że czytam książki. Gdzie tu logika? Bardzo szanuję Kazia, że modli się i nie czyta, ale Kazio to Kazio, a ja — to ja, i zdaje mi się, że gdyby nawet od książki można się było zarazić tryprem, to i tak byłoby już za późno, bo ja bez książki tak samo nie mogę żyć, jak bez chleba. Wbrew zwyczajowi odpowiadałem zupełnie spokojnie, nie uniosłem się, a rozumowałem, jakkolwiek rozmowy takie do przyjemnych nie należą. Kiedy mama powiedziała, że mój Pestalozzi i ta „cała zgraja Darwinów i Lassalów[150]” (groch z kapustą) to byli heretycy i rozpustnicy, odpowiedziałem tylko:

1171

— Nie znoszę, jeżeli się mówi o rzeczach, o których się nie ma pojęcia.

1172

Chociaż ja mam bezwzględną rację, pomimo to wieczorem rodziców (bo i ojcu się dostało przy okazji) przeproszę.

1173

Miałem dwa razy pol., pierwszą ze snem (ślizgawka, pokój turecki), drugą bez.

1174

Mam wściekły apetyt. Cały dzień tylko żarłbym chleb.

25 luty

1175

Okres senności po p.

1176

Awantura z Franią, że prasując, spaliła koszulę. Czy mógłbym pozostać neutralnym, gdybym był jej kochankiem?

1177

Lubię rysować, szczególniej pajęczynę: to życie ludzkie, poplątane jak labirynt.

1178

Jak niezbadanymi są te zmiany w usposob. człowieka: dziś pełen wiary, nadziei, radości; jutro — zwątpiały, nie wierzy ani w swe siły, ani zdolności, ani szczęście.

1179

Awantura z Mod., że za dużo zadaje. Poskarżyli się inspektorowi. Zadał to samo, co zwykle.

1180

— Dużo, dużo — zaczęli krzyczeć.

1181

— Czego dużo? — zapytał blady.

1182

— Słówek.

1183

Dzwonek.

1184

— Na jutro pierwsze trzy paragrafy z kursu trzeciej klasy. Ja z dziećmi Odyssei czytać nie będę — powiedział i trzasnął, wychodząc, drzwiami.

1185

Koledzy boją się, że będzie się mścił, myślę, że jest na to za dumny. Boli mnie, że zranili człowieka; jak to boli, gdy widzi się, że ludzie pomiatają ukochaną ideą.

25 luty

1186

Zdaje się, że mała P. kocha się we mnie. Raz w czasie lekcji otworzyła drzwi, zajrzała, lecz uciekła. Widocznie wstydziła się poczęstować mnie czekoladkami, którymi potem w przedpokoju poczęstował mnie Oleś. Wczoraj znów weszła, dygnęła z gracją i poprosiła o zrobienie zadania. Było dość łatwe. Zaczerwieniłem się, zrobiłem, wytłumaczyłem, tak słodko patrzała mi w oczy — i na „dziękuję” odpowiedziałem „proszę”. Tak mnie to zastało nieprzygotowanym, że dopiero na schodach przyszło mi na myśl, co powinien byłem powiedzieć:

1187

— Ależ proszę, jeżeli będzie pani coś miała, proszę się do mnie udać, a z najszczerszą chęcią dopomogę.

1188

Tak mnie zmieszał ten wdzięczny, pensjonarski dyg. Czegoś podobnego doznałem, kiedy w dzieciństwie powiedziano mi w sklepie: „pan”.

1189

Jeżeli podejrzenia moje są prawdziwe, ona teraz przeżywa to, co ja już przeżyłem: na szczęście czy niestety?

1190

Wieczorem płakałem, że nie ma jeszcze wiosny, kwiatów, zieleni.

11 marzec

1191

Prawie nowela.

1192

Ostatnie zadanie przed kwartałem decyduje o stopniu na cenzurze. Przepisać nie można, bo Argusowe[151] oczy nauczyciela wszystko dojrzą. Samemu trzeba się błąkać w mistycznym świecie formuł i cyfr. Gorączka nie pozwala panować nad myślami, trzeźwo rozumować. A spokój potrzebny do zimnych cyfr. Jedna drobna wątpliwość pozbawia równowagi, traci się grunt pod nogami, bo tu jeden błąd pociąga za sobą cały zastęp błędów — jak w życiu. Ile razy za drobny błąd, zrobiony przez nieuwagę, dostało się dwa, iluż to ludzi takiej dwójce zawdzięcza złamane życie. Czy dziw więc, że głowa płonie, oddech grzęźnie w piersi, a serce trzepoce się jak gołąb w klatce? Jedno zadanie na tydzień często napełnia trwogą dziesiątki młodzieży — o ironio — szczęśliwej młodzieży. W wilię mózg się wysila, aby przeczuć, co będzie, co powtórzyć, co może się przydać. Zrobię czy nie zrobię? To pióro kreśli ratunek albo wyrok śmierci — własne pióro. Wyrok zbrodniarza podlega rewizji w senacie, a wyrok nauczyciela, zależny od sympatii lub odwrotnie, od przelotnej myśli, chwilowej fantazji, przypalonego obiadu — jest nieodwołalny.

1193

Ostatnie zadanie. Nauczyciel zdwoił czujność. Po podyktowaniu tekstu — grób, cisza martwa. Kto podniesie głowę z nad zeszytu, ten spotka się z nieufnym a szyderczym wzrokiem nieubłaganego nauczyciela.

1194

A za oknem wiosna stanowi kontrast taki. Myśl rwie się w pole, w las, skowyczy za kąpielą w słońcu. I tylko te szyby pełne pyłu dzielą płuca nasze od najwyższej rozkoszy oddychania powietrzem budzącej się wiosny.

1195

Przenoszę wzrok ku tym 36 uczniom — niemym i nieruchomym, których więżą przemocą, gdy oni rwą się do… wiosny, do której ma prawo zwierzę, ptak, robak lichy, a którą nam zagrodziła potrójną kratą zabójcza cywilizacja.

1196

Ci uczniowie, związani teraz w jedną nierozdzielną całość wspólnego gwałtu, wspólnej niewoli-niedoli, czym będą za lat dziesięć, dwadzieścia?

1197

To zadanie tkwić będzie, jak „cierń w krwawej nodze”, w ich nerwach przez całe życie, a może i w ich dzieciach. Ta godzina spędzona tu w dusznej izbie, a nie w kryształowym wietrze wiosennym, jak ananke[152] zawiśnie na ich płucach.

1198

Minuty biegną, praca wre coraz goręcej, pot rosi czoło. Ostatnie wysiłki strudzonej myśli. Ile w takich chwilach popełnia się błędów przez nieuwagę.

1199

Nauczyciel chodzi spokojny, na chwilę nie spuszcza oka z klasy. Duma, poczucie obowiązku, sprawiedliwości nie pozwalają, aby ktoś ściągnął… ostatnie zadanie.

1200

Promień słońca skoczył filuternie do klasy, gdzie dojrzał młode twarze i zaczepił ucznia. Uczeń żachnął się niecierpliwie i usunął na bok. Promień zdziwił się, posmutniał, może rozgniewał i już do końca życia może unikać będzie chłopca, który go odtrącił.

1201

Biedne słońce, biedne dzieci.

1202

Kto winien, że światło prawdy wypowiedziało bój zacięty światłu słońca?


1203

Sekretarka powiedziała, że nie ma miejsca, że mają duży zapas nowel. Patrzała na mnie tak życzliwie, poczciwa! radziła się nie zrażać, bo „redaktor nawet tego prawie nie czytał, bo jest bardzo zajęty”. Ach wiem, im potrzebna firma, a nie dzieło sztuki, wreszcie redakcja ma „swoich”, którzy na obstalunek[153] zawsze napiszą to i tyle, ile potrzeba. Oczekiwanie mnie denerwowało, teraz już mi wszystko jedno.

1204

I tak nie będę literatem, tylko lekarzem. Literatura to słowa, a medycyna to czyny.

24 kwiecień

1205

Wstałem rano, przed piątą jeszcze, i poszedłem w pole. Wzrok mój, krępowany murami przez dziesięć miesięcy, pożądał takiego widnokręgu, gdzie by nic nie przeszkadzało biec w bezbrzeżną dal. I znalazł to, czego pożądał. Stanąłem w polu i objąłem przestrzeń, obramowaną ciemnym wałem lasów i stałem tak długo zapatrzony w ciszę, nieprzerwaną najcichszym szmerem.

1206

Nie myślałem o niczym duch spoczywał, tylko głos serca szeptał: „cudnie — cudnie; ani jednego człowieka”.

1207

Nagle myśl rzuciła pytanie:

1208

— Hej, młodzieńcze, który kochasz ludzi i życie pragniesz nieść im w ofierze, czemu radujesz się, że ich nie widzisz?

1209

Drgnąłem, zmieszałem się.

1210

— Czemu w rzeczy samej, czemu?

1211

A, odpowiadam.

1212

Gdy idę przez las, pieśń drzew kołysze mnie na swych falach i szepce tak dobre słowa, że ciszą przenika mą duszę znużoną. Las, drzewa, krzaki wraz ze mną snują złotą przędzę rojeń. Gdy idę przez pole, pieśń zboża, traw, kwiatów kołysze mnie na swych falach i szepce dobre słowa. Pola i łąki marzą wraz ze mną, wraz ze mną snują złotą przędzę rojeń.

1213

Wołam: o ideale jasny.

1214

Echo natury odpowiada: jasny.

1215

Wołam: miłości święta.

1216

Echo natury odpowiada: święta.

1217

Wołam: przyjaźni czysta.

1218

A echo mówi: czysta.

1219

Natura rozmawia ze mną, nie przeczy; ja wierzę jej słowom.

1220

A oto ludzie.

1221

Wołam: miłości bratnia.

1222

Echo świata odpowiada uśmiechem: nie ma jej, jest egoizm tylko.

1223

Wołam: ideale.

1224

A świat: nie ma, jest tylko tęsknota za nim.

1225

Wołam: o miłości.

1226

A świat: nie ma jej, są tylko żądze.

1227

Wołam: pocieszycielko nadziejo.

1228

A świat: matka głupich.

1229

Wołam: nie budźcie mnie, okrutni i bezlitośni.

1230

A świat: zbudź się, otwórz oczy.

1231

W imię czego budzicie mnie, bym cierpiał?

1232

— W imię prawdy.

1233

O, nie chcę waszej prawdy, bo mam własną, którą kocham, nie wydzierajcie mi jej.

1234

A teraz wiecie, dlaczego wolę słuchać głosu natury.

1235

Jeżeli taką jest twoja prawda, świecie, toś grzeszny, zły, skalany. Jeśli taką jest wasza prawda, ludzie, czemu zbieracie mi moją jasną, czystą, świętą.

1236

Więc chcesz, abym poszedł za twoją prawdę okrutną, o świecie? Nie, chodź raczej za moją prawdą

1237

„prawdą motyla”.

*

1238

MotylMotylem jestem.

1239

Upojony życiem, młodością, nie wiem jeszcze, dokąd się zwrócić, ale nie pójdę za wami.

1240

Nie pozwolę życiu zmiąć swych barwnych skrzydeł, nie pozwolę zniżyć swego lotu.

1241

Dawno już chciałem wyspowiadać się przed wami, lecz bałem się, że nie zrozumiecie, wstydziłem, że wyśmiejecie.

1242

O biedni, jeśli nic wam nie powie ta spowiedź motyla.

*

1243

Jeśli wiara w tryumf dobra jest snem, chcę spać. Życie mnie budzi, więc uciekam do szumu drzew, do szeptu strumienia, do woni łąk, do szmeru zbóż — uciekam.

1244

Tu na łonie natury chcę odżyć, zrzucić pył miasta z marzeń moich.

1245

Chcę odzyskać wiarę zachwianą. Chcę, by natura była lekarstwem, a lekarzem — Bóg.

1246

Rano szkoła, potem korepetycje i lekcje, przeplatana jedzeniem, snem i… marzeniami.

1247

Marzenia uchroniły mnie od letargu, zawdzięczam im życie.

1248

Ale widziałem, jak opuszczają mnie jasne moje duchy, duchy mojego życia, które nazywam życiem motyla, a wy nazywacie życiem niedojrzałego młokosa. Nie możemy się zrozumieć, bo wy nazywacie życiem to, co ja nazywam śmiercią.

*

1249

Patrzyłem długo na mrowisko. Ile cnót mają te drobne istotki.

1250

O, jakież to bolesne, że człowiek który kocha ludzkość, pragnąłby cnotami zwierząt uszlachetniać ludzi…

*

1251

OfiaraGdym przechodził przez kładkę, dostrzegłem tonącego robaczka. Widziałem, jak dopłynął do maleńkiej mielizny, jak znów stracił grunt, spłynął i zanurzył się i wypłynął.

1252

Czemu się szamoce ten drobny owadek? Czy drogie mu to drobniutkie życie, zewsząd zagrożone, które lada chwila może i musi utracić?

1253

A człowiek? — błysnęła mi nagle myśl.

1254

Aby robaczka wyratować, trzeba zejść z kładki i zamoczyć się po kostki — czy warto?

1255

I usłyszałem głos:

1256

— Jeżeli teraz nie zechcesz ponieść drobnej ofiary młodzieńcze, aby uratować robaka, to będąc dojrzałym, nie poniesiesz większej, aby uratować człowieka.

1257

Z jakim zadowoleniem patrzyłem, jak otrzepywał się, gładził i prostował skrzydełka na mej ręce.

1258

— Nie zobaczymy się więcej. Leć i bądź szczęśliwy.

*

1259

Kocham cię, Wisło szara, zarówno wtedy, gdy spokojnie i równo toczysz swe wody, poprzecinane mieliznami żółtego piasku, jak i wtedy, gdy zrywasz tamy i wały, znosisz mosty i grozisz ludziom, jak wtedy, gdy skuta lodowym pancerzem, biała śniegiem zamierasz, aby znów z pierwszym tchnieniem wiosny zbudzić się i szeptać prastare historie nieszczęsnego kraju od chwili, gdy Wanda spoczęła w twym łonie, bo ręki nie chciała dać obcemu.

1260

Wisło szara, nie zamieniłbym cię na dumną Tamizę ani zawrotną Niagarę, ani tajemniczą Zambezi, ani magiczny Ganges. Tamte, może stokroć piękniejsze, mówiłyby do mnie językiem, którego nie rozumiem.

1261

Wisło szara, kocham twe brzegi, porosłe krzywą wierzbiną, która przegląda się w twych nurtach, kocham twe piaski i gwiazdy, które kąpią się w twych wodach.

*

1262

Kocham nocy tajemniczą nieskończoność, wobec której czuję się małym robaczkiem, zagubionym w przestrzeni i czasie, a mając świadomość tego, korniej myślę, łagodniej pragnę, ciszej marzę.

1263

Błogosławię ludzkość w jej dążeniu do ideału.

*

1264

O, jak mi tu będzie dobrze.

1265

Oto piszę, patrząc na sosny, słuchając ich szmeru. A gdy zamknę okno, zgaszę świecę i położę się wreszcie, nie będzie mi migać światło latarni gazowej, ale gwiazdy i księżyc spoczną na mej głowie. Nie usłyszę turkotu dorożki lub krzyku pijaka, lub prostytutki i będę pił ukojenie i czerpał je, jako skarb cenny do Warszawy, na długie miesiące.

1266

Jutro znów wzrok mój bujać będzie po łąkach i polach, wznosić się na wierzchołki drzew, gubić w niezmierzonej jasności słońca.

27 czerwiec

1267

Poszliśmy plantem na spotkanie zachodu słońca.

1268

Nad nami chmury czarne, groźne, ponure, a na zachodzie niebo szkarłatem płonie: mieni się, krwawi, skrzy. Jasność niezwykła stanowi majestatyczny kontrast ze zwieszoną nad naszymi głowami chmurą. Natura zdaje się mówić nam dwom młodzieńcom pełnym wiary, siły, nadziei i miłości.

1269

Patrzcie, ten tor kolejowy, ginący w niepochwytnej dali, to droga waszego życia; chmura — smutki, troski, cierpienia, łzy wasze. Urocze w dali obrazy mamić was będą; ścigajcie je wzrokiem długo, jak najdłużej, nie straćcie ani jednej iskierki, póki płoną. A gdy zgaśnie ostatnia iskra, przenieście wzrok w głąb własnej duszy, i znów wszystkie je tam odnajdziecie.

1270

Zatrzymałem się, pochwyciłem go za ramię.

1271

— Patrz, jak pięknie.

1272

A gdy słów mi zbrakło, by słowami wyrazić, co widzę i czuję, on zaczął śpiewać.

1273

Przedziwna pieśń, zrozumiałem ją od początku do końca.

1274

Młodość, zapatrzona w zachód słońca. A więc siła i poczucie niemocy, a więc poryw i niepewność, więc szalona na nic niepomna odwaga i dziecięca obawa; więc bezprzykładna buta i korne poddanie, więc radość niemal obłąkana i łzawa tęsknota, bezgraniczna ufność i nieufność pełna obłędnego lęku; więc wiara i niewiara, miłość i nienawiść — tyle uczuć, ile jest obrazów we wszechświecie, a każdy obraz ma swą własną duszę.

1275

Toć człowiek mikrokosmos jest wszechświatem.

1276

Płynęła przedziwna pieśń z jego piersi młodej, a wyraziła to, czego słowami wyrazić nie umiałem. Jakże biedną jest mowa ludzka — czemu młodość nie ma własnej mowy, własnego słownika?

1277

Pieśń jego była odpowiedzią na mój okrzyk zachwytu.

1278

Więc zrozumiał, więc odczuł?

1279

Gdy skończył, mieliśmy łzy w oczach. Czemu nie można zamienić się łzami jak ślubną obrączką?

1280

Nie było ani przysiąg, ani pensjonarskich zwierzeń. Podałem mu rękę, uścisnęliśmy nasze dłonie, w milczeniu zespoliły się nasze dusze.

1281

Nie świece paliły się przed ołtarzem, a słońce; nie ręce kapłana nas błogosławiły, a niebo; nie orszak weselny pełne obłudy składał nam życzenia, a sosny, brzozy, dęby; nie zagrały organy, ręką kierowane człowieka, a wiatr nam grał, przedziwnie grał.

1282

Przejeżdżał pociąg. Usunęliśmy się z szyn i staliśmy blisko; tuż-tuż przed nami przemknął i znikł w kurzawie dymu.

1283

Krwawy kolor nieba przeszedł w różowy, potem złoty; niebieski kolor szarzał, barwa szara zmieniła się w czarną. I wił się już tylko wąski i jasny pasek.

1284

Mówiliśmy o muzyce i poezji, o doli i niedoli ludzi, o walce ze złem, o braterstwie ludów, o miłości bliźniego, o dniu jutrzejszym ludzkości.

1285

Przeżyłem najpiękniejszą godzinę swego życia, więc czemu chciałbym zapłakać?

Przypisy

[1]

binokle — rodzaj okularów noszonych w XIX w. i na początku XX. Trzymały się na nosie dzięki dodatkowemu elementowi łączącemu szkła. [przypis edytorski]

[2]

kułak — pięść. [przypis edytorski]

[3]

funt — jednostka wagi obowiązująca dawniej także w Polsce (350–560 g). [przypis edytorski]

[4]

przyćmić (daw.) — przygasić. [przypis edytorski]

[5]

społem (daw.) — razem. [przypis edytorski]

[6]

cyrkuł — tu: dzielnica miejska. Warszawa była podzielona na cyrkuły do 1915 r. [przypis edytorski]

[7]

gdy lud szeroką falą płynął, by niewiernemu odebrać grób pokalany Chrystusa — chodzi o krucjaty, czyli zbrojne wyprawy krzyżowe podejmowane od XI–XIII w. w celu odbicia muzułmanom miejsc świętych dla chrześcijan. [przypis edytorski]

[8]

Sofokles (496–406 p.n.e.) — wielki tragediopisarz gr., autor m.in. Antygony. [przypis edytorski]

[9]

sen zmorowy — sen przykry i dręczący. [przypis edytorski]

[10]

proszek troisty (med.) — preparat sporządzany według kodeksu aptecznego (Farmakopei) wykazujący łagodne działanie przeczyszczające, stosowany na problemy trawienne i kolki głównie u dzieci. [przypis edytorski]

[11]

drzemota (daw.) — chęć snu. [przypis edytorski]

[12]

musiałoś — 2 os. lp cz.przesz. r.n., forma bardzo rzadko używana. [przypis edytorski]

[13]

mikrotom — przyrząd laboratoryjny do cięcia materiału na bardzo cienkie skrawki, z których robi się preparaty mikroskopowe. [przypis edytorski]

[14]

drobnowidz (daw.) — mikroskop. [przypis edytorski]

[15]

regestrować (daw.) — rejestrować. [przypis edytorski]

[16]

raz w raz — raz za razem. [przypis edytorski]

[17]

ignorabimus (łac.) — 1 os. lm cz.przysz., nie będziemy wiedzieli, tu w znaczeniu: nie uda nam się dowiedzieć. [przypis edytorski]

[18]

dykta (daw. pot.) — tu: dyktando. [przypis edytorski]

[19]

pośliednieje (ros. последнее) — ostatnie. [przypis edytorski]

[20]

wydawać lekcję (daw.) — odpowiadać, recytować przed kimś zadany materiał lekcyjny. [przypis edytorski]

[21]

naprzód — najpierw. [przypis edytorski]

[22]

kajet (daw.) — zeszyt. [przypis edytorski]

[23]

pedel (daw.) — woźny. [przypis edytorski]

[24]

priewoschodnaja stiepień (ros. превосходная степень) — stopień najwyższy przymiotnika. [przypis edytorski]

[25]

Jat' (ros. Jać, Ѣ, ѣ) — litera starej cyrylicy, zlała się całkowicie z e. Jej obecność w ortografii XX w. wynikała z wpływu języka staro-cerkiewno-słowiańskiego, który był językiem liturgicznym. [przypis edytorski]

[26]

stalka (daw. pot.) — stalówka. [przypis edytorski]

[27]

kleksu — dziś popr.: kleksa. [przypis edytorski]

[28]

drobi, D lm drobiej (ros. дробь, дробей) — ułamek, ułamków. [przypis edytorski]

[29]

egzamina (daw.) — egzaminy. [przypis edytorski]

[30]

krzyżyk — znak w zapisie nutowym, podwyższa wysokość dźwięku o pół tonu. [przypis edytorski]

[31]

kasownik (muz.) — znak w zapisie nutowym, anuluje działanie innych znaków (krzyżyka lub bemola). [przypis edytorski]

[32]

wilia (daw.) — wigilia, dzień poprzedzający inny dzień. [przypis edytorski]

[33]

diejstwo (ros. действо) — sposób. [przypis edytorski]

[34]

zadacznik — zbiór zadań, od zadaczki (ros.), czyli zadania. [przypis edytorski]

[35]

galówka (pot.) — impreza galowa. [przypis edytorski]

[36]

halstuk, właśc. halsztuk — krawat wiązany wysoko pod brodą. [przypis edytorski]

[37]

mens sana in corpore sano (łac. przysł.) — w zdrowym ciele zdrowy duch. [przypis edytorski]

[38]

strogij, M. r.n. strogoje (ros. строгий, строгое) — surowy, rygorystyczny. [przypis edytorski]

[39]

otwratitielno (ros. отвратително) — obrzydliwie, wstrętnie. [przypis edytorski]

[40]

uczitielskoj (ros. учительской) — pokój nauczycielski. [przypis edytorski]

[41]

raniec (daw. reg.) — prostokątna torba na książki, tornister. [przypis edytorski]

[42]

blizoruki (ros. близорукий) — krótkowidz. [przypis edytorski]

[43]

szynelnia — szatnia; od słowa szynel (rosyjski wełniany płaszcz mundurowy). [przypis edytorski]

[44]

filować — kopcić. [przypis edytorski]

[45]

kurier — gazeta codzienna. [przypis edytorski]

[46]

Ojciec zadżumionych — poemat Juliusza Słowackiego. [przypis edytorski]

[47]

sztrafny — osoba wymierzająca karę (daw. sztraf). [przypis edytorski]

[48]

wschody (daw.) — schody. [przypis edytorski]

[49]

koza (daw.) — zarówno pomieszczenie w szkole, w którym zatrzymywano ucznia za karę, jak i kara polegająca na zatrzymaniu ucznia w szkole po lekcjach. [przypis edytorski]

[50]

der, die, das — niem. rodzajniki określone r.m., r.ż. i r.n. [przypis edytorski]

[51]

suszczestwitelnoje (ros. существительное) — rzeczownik. [przypis edytorski]

[52]

dalajlama — przedstawiciel jednej ze szkół buddyzmu tybetańskiego, według wiernych ma moc świadomego wybierania kolejnego wcielenia. Do 1950 r. kolejni dalajlamowie władali Tybetem. [przypis edytorski]

[53]

egzamina — dziś raczej w M. lm: egzaminy. [przypis edytorski]

[54]

cogito, ergo sum (łac.) — myślę, więc jestem! (maksyma Kartezjusza). [przypis edytorski]

[55]

camera obscura — prototyp aparatu fotograficznego: światłoszczelna skrzynka z otworkiem, rzutująca obraz na jedną ze ścian. [przypis edytorski]

[56]

De Amicis, Edmondo (1846–1908) — włoski pisarz, autor książek dla młodzieży. Polskie tłumaczenie książki: Pamiętnik chłopca: książka dla dzieci, przeł. z upoważ. aut. Marya z Siemiradzkich Obrąpalska, Kraków 1890. [przypis edytorski]

[57]

Romans i powieść — rocznik wydawany w Warszawie w latach 1909–1927, pod red. Józefa Jankowskiego. [przypis edytorski]

[58]

Flammarion, Camille (1842–1925) — fr. astronom. Po polsku jego książka o światach zamieszkałych ukazała się pod tytułem: Wielość światów zamieszkiwanych: studyjum w którem wykładają się warunki zamieszkalności ziem niebieskich, roztrząsane ze stanowiska astronomii, fizyjologii i filozofii naturalnej przez Kamille Flammariona, przeł. J. Waga, Warszawa 1868. [przypis edytorski]

[59]

pieśń o wieszczym OliegiePieśń o wieszczym Olegu Aleksandra Siergiejewicza Puszkina (1799–1837), rosyjskiego poety, dramaturga i prozaika, najwybitniejszego przedstawiciela romantyzmu rosyjskiego. [przypis edytorski]

[60]

extemporal (z łac.) — w pośpiechu; extemporalis: zrobiony lub powiedziany bez namysłu, nieprzygotowany. [przypis edytorski]

[61]

respondeo, respondere (łac.) — odpowiedzieć; respondit to czasownik w 3 os lp trybu oznajmującego. [przypis edytorski]

[62]

respondeo, respodere (łac.) — odpowiedzieć. Respondisset to czasownik w 3 os lp trybu warunkowego, którego wymagało zdanie złożone z „cum”. [przypis edytorski]

[63]

perpetuum mobile (łac.) — dosł. wiecznie się poruszające; hipotetyczne urządzenie, które raz wprawione w ruch funkcjonowałoby nieustannie. [przypis edytorski]

[64]

oczów (daw.) — oczu. [przypis edytorski]

[65]

Nemezys, właśc. Nemezis (mit. gr.) — bogini zemsty, sprawiedliwości i przeznaczenia; uosobienie gniewu bogów, ale stojąca ponad i poza władzą bogów olimpijskich; córka Nocy (gr. Nyks), strażniczka sprawiedliwości świata, wykonawczyni nieuniknionych praw. [przypis edytorski]

[66]

rira bien qui rira le dernier (fr.) — ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. [przypis edytorski]

[67]

a la guerre comme á la guerre (fr.) — na wojnie jak to na wojnie. [przypis edytorski]

[68]

les extrêmes se touchent (fr.) — przeciwieństwa się przyciągają. [przypis edytorski]

[69]

qui vivra verra (fr.) — kto pożyje, ten zobaczy (pożyjemy, zobaczymy). [przypis edytorski]

[70]

aprés moi le déluge (fr.) — po mnie już tylko potop. [przypis edytorski]

[71]

hony soit qui mai y pense (fr.) — hańba temu, kto widzi w tym coś nieprzystojnego. [przypis edytorski]

[72]

chevalier sans peur et reproche (fr.) — rycerz bez strachu i skazy. [przypis edytorski]

[73]

c’est pour moi du Grec (fr.) — dla mnie to greka (w znaczeniu: nic z tego nie rozumiem). [przypis edytorski]

[74]

entre amitie et amour il n’y a qu’un pied (fr.) — między przyjaźnią a miłością jeden krok. [przypis edytorski]

[75]

Chmielowski, Piotr (1848–1904) — krytyk i historyk literatury. Autor pracy pt.: Józef Ignacy Kraszewski. Zarys biograficzno-literacki, Kraków 1888. [przypis edytorski]

[76]

marka (daw.) — znaczek pocztowy. [przypis edytorski]

[77]

Mickiewicz, Adam (1798–1855) — wybitny poeta pol. romantyzmu, działacz i publicysta polit.; autor wierszy, ballad, powieści poetyckich, dramatu Dziady oraz epopei szlacheckiej Pan Tadeusz; był porównywany do Byrona i Goethego. Przeniesienie jego zwłok z cmentarza Montmerency w Paryżu na Wawel nastąpiło 4 lipca 1890 r. [przypis edytorski]

[78]

Powrót taty — ballada Adama Mickiewicza. [przypis edytorski]

[79]

Borodino — chodzi o bitwę pod Borodino (5–7 września 1812) stoczoną pomiędzy wojskami Napoleona Bonaparte i armią rosyjską, w wyniku której Napoleon otworzył sobie drogę do Moskwy. [przypis edytorski]

[80]

pop — duchowny w kościele prawosławnym. [przypis edytorski]

[81]

Żukowski, Wasilij Andriejewicz (1783–1852) — rosyjski poeta i tłumacz. Przetłumaczył Odyseję Homera na rosyjski w 1849 r. [przypis edytorski]

[82]

cytadela — twierdza warszawska, w której mieściły się koszary i więzienie polityczne (X Pawilon) w czasach zaboru rosyjskiego. [przypis edytorski]

[83]

memento mori (łac.) — pamiętaj o śmierci. [przypis edytorski]

[84]

Pan Graba — trzyczęściowa powieść Elizy Orzeszkowej (1841–1910) wydana w 1872 r. [przypis edytorski]

[85]

5 rb. — 5 rubli. [przypis edytorski]

[86]

We krwi — powieść Gabrieli Zapolskiej (1857–1921) wydana w 1891 r. [przypis edytorski]

[87]

Zapolska, Gabriela, właśc. Maria Gabriela Śnieżko-Błocka, z domu Korwin-Piotrowska (1857–1921) — pisarka, publicystka, także aktorka; zasłynęła z komedii demaskujących mieszczańską obłudę. [przypis edytorski]

[88]

Dante (1265–1321) — jeden z najwybitniejszych poetów włoskich, autor Boskiej komedii. [przypis edytorski]

[89]

Szyller, właśc. Friedrich von Schiller (1759–1805) — poeta, teoretyk sztuki, wraz z Goethem największy klasyk niemiecki. [przypis edytorski]

[90]

Szekspir, właśc. William Shakespeare (1564–1616) — angielski dramatopisarz, poeta i aktor. Uważany za jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej oraz reformatorów teatru. [przypis edytorski]

[91]

łut (daw.) — niewielka jednostka masy, tu przen.: nieco, odrobinę. [przypis edytorski]

[92]

gorset — daw. element ubioru, usztywniający i obciskający korpus, używany, aby podkreślić szczupłość talii kobiety. [przypis edytorski]

[93]

Zola, Émile (1840–1902) — francuski pisarz, główny teoretyk i przedstawiciel naturalizmu; opublikował 20-tomowy cykl powieści Rougon-Macquartowie, przedstawiający pełny obraz epoki (Nana, Germinal, Ziemia, Klęska). Autor najważniejszego artykułu krytycznoliterackiego przedstawiającego teorię oraz estetykę naturalizmu. [przypis edytorski]

[94]

Kwiat lotosu — chodzi o utwór Henryka Sienkiewicza Bądź błogosławiona! Legenda indyjska z 1894 r. [przypis edytorski]

[95]

spermatozoid (med.) — plemnik. [przypis edytorski]

[96]

Faust — cz. I wyd. 1808, cz. II wyd. pośmiertnie 1833; najważniejsze dzieło J. W. Goethego, uznawane za syntezę jego poglądów. Dramat został osnuty wokół zakładu Boga z Mefistofelesem o duszę tytułowego Fausta, który zgodził się oddać ją diabłu w zamian za przywrócenie młodości i umożliwienie ponownego życia w poszukiwaniu szczęścia. [przypis edytorski]

[97]

Malczewski, Antoni (1793–1826) — autor powieści poetyckiej Maria, poeta romantyczny tzw. szkoły ukraińskiej. [przypis edytorski]

[98]

Demostenes (384–322 p.n.e.) — słynny mówca gr., głośny zwłaszcza dzięki swym mowom przeciw królowi macedońskiemu Filipowi (tzw. filipiki). [przypis edytorski]

[99]

Ksantypa — żona Sokratesa, której późniejsze źródła przypisywały nieznośny charakter; pot.: zrzędliwa, kłótliwa kobieta. [przypis edytorski]

[100]

Michał Anioł (1475–1564) — jeden z najwybitniejszych włoskich malarzy, rzeźbiarzy i architektów epoki Odrodzenia. [przypis edytorski]

[101]

Herostrat, właśc. Herostrates — szewc, który w 356 p.n.e spalił wielką świątynię Artemidy w Efezie dla zapewnienia sobie nieśmiertelnej sławy. [przypis edytorski]

[102]

Falb, Rudolf (1838–1903) — zajmował się trzęsieniami ziemi, meteorologią, astronomią i językoznawstwem. Twórca teorii, że księżyc wpływa na podziemne ruchy lawy, co powoduje trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów, odrzuconej przez społeczność naukową jeszcze za jego życia. [przypis edytorski]

[103]

Przewroty we wszechświecie — polskie tłumaczenie książki Rudolfa Falba: Przewroty we wszechświecie, z 3 wyd. niem. przeł. W. P., Warszawa 1890. [przypis edytorski]

[104]

Dola i niedola. Powieść z ostatnich lat XVIII wieku — historyczna powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego (1812–1887), pisarza, publicysty, historyka, wydana w 1864 r. [przypis edytorski]

[105]

Owidiusz — Publius Ovidius Naso (43 p.n.e.–17 a. 18 r. n.e.), jeden z największych poetów rzymskich, twórca licznych elegii o tematyce miłosnej, Ars amatoria (Sztuka kochania) i poematu epickiego Metamorfozy (Przemiany). [przypis edytorski]

[106]

Mężny na śmierć ze wzgardą poziera, Nędzarz jej pragnie, tchórz się jej wydziera — cytat z Giaura Adama Mickiewicza. [przypis edytorski]

[107]

Krechowiecki, Adam (1850–1919) — polski pisarz, krytyk, redaktor. Twórca rozpraw naukowych o Kraszewskim i Mickiewiczu. [przypis edytorski]

[108]

Nie trwożę się grobu, bo gdy moje kości legną w ziemi, to będę z nią razem, z moją kochaną, i rozpłynę się w drobne cząstki i żyć będę w liljach i koronach ich cichem życiem — Odnaleziony cytat z Gazeta warszawska, 23 sierpnia 1892, nr 223 brzmi: „I choć mi już blizko do grobu, ja przed nim się nie trwożę, jak inni starzy, bo gdy moje kości legną w tej ziemi, toż będę z nią razem, z moją kochanką, i rozpłynę się w drobne cząstki i żyć dalej będę w liliach i koronach ich cichem życiem”. [przypis edytorski]

[109]

Rojan, właśc. Kazimierz Jan Rosinkiewicz, pseud. Rojan (1865–1940) — twórca książek dla dzieci i młodzieży. [przypis edytorski]

[110]

Curr, Edward Micklethwaite (1820–1889) — autor m.in. książki o Aborygenach, ich obyczajach i językach: The Australian Race: Its Origins, Languages, Customs (wyd. 1886). [przypis edytorski]

[111]

niemiec — tu: nauczyciel niemieckiego. [przypis edytorski]

[112]

metapsychoza, właśc. metempsychoza — reinkarnacja; pośmiertne powtórne wcielenie duszy w inne ciało. [przypis edytorski]

[113]

pensje — pensjonarki, uczennice pensji dla dziewcząt; osoby niedoświadczone, niewinne. [przypis edytorski]

[114]

Joanna Dark, właśc. Joanna d'Arc (1412–1431) — nazywana Dziewicą Orleańską, fr. bohaterka narodowa, katolicka święta, twierdziła, że prowadzi Francuzów do zwycięstwa natchniona przez Boga, spalona na stosie w wieku 19 lat. [przypis edytorski]

[115]

Napoleon, Bonaparte (1769–1821) — cesarz Francuzów w latach 1804–1814, król Włoch 1805–1814, twórca Księstwa Warszawskiego, wybitny wódz i polityk europejski; poniósł klęskę w trakcie wyprawy na Moskwę, pod Lipskiem i pod Waterloo, zmarł samotnie, wygnany na wyspę św. Heleny. [przypis edytorski]

[116]

socjalizm — ruch społeczny powstały w XIX w., głoszący hasła ładu społecznego opartego na zasadach wspólnoty, równości i racjonalnego zarządzania gospodarką. [przypis edytorski]

[117]

Asnyk, Adam (1838–1897) — czołowy poeta polskiego pozytywizmu. [przypis edytorski]

[118]

Kto w miłości pieśń żałoby Raz zanucił, wiecznie nuci; Kto raz zabłądził na groby, Już z nich na świat nie powróci — zmieniony cytat z Widowiska, I części Dziadów Adama Mickiewicza: „Kto w młodości pieśń żałoby/ Raz zanucił, wiecznie nuci;/ Kto młody odwiedza groby,/ Już z nich na świat nie powróci”. [przypis edytorski]

[119]

Hugo, Victor (1802–1885) — francuski pisarz, poeta, dramaturg i polityk, czołowy prozaik francuskiego romantyzmu, autor m. in. Nędzników. [przypis edytorski]

[120]

Spielhagen, Friedrich (1829–1911) — niem. pisarz, tłumacz, teoretyk literatury i rewolucjonista. [przypis edytorski]

[121]

Sawuary Wiwrowicz — od fr. savoir-vivre (znajomość życia) oznaczającego ogładę i znajomość reguł grzeczności. [przypis edytorski]

[122]

On n'est jamais si heureux ni si mal heureux qu’on se l'imagine — Och, nigdy nie jesteśmy ani tak szczęśliwi, ani tak nieszczęśliwi, jak nam się wydaje. [przypis edytorski]

[123]

La Rochefoucault, właśc. François de La Rochefoucauld (1613–1680) — fr. pisarz i filozof. [przypis edytorski]

[124]

Reformatorzy wychowania — Robert Hebert Quick (1831–1891), Reformatorzy wychowania: zasady wychowania nowoczesnego, przeł. z ang. J. Wł. Dawid, Warszawa 1896. [przypis edytorski]

[125]

Spencer, Herbert (1820–1903) — ang. filozof, biolog i antropolog, współtwórca socjologii; twórca ewolucjonizmu, systemu filoz. uznającego stopniowy rozwój za powszechną zasadę wszechświata, której podlega cały świat fizyczny, organizmy żywe, umysły, kultury i społeczeństwa; zasady etyczne uważał za podlegające zmianom, wytworzone w toku ustawicznie trwającej ewolucji; również naturalistycznie wyjaśniał powstanie i rozwój religii. [przypis edytorski]

[126]

Pestalozzi, Johann Heinrich (1746–1827) — szwajcarski pedagog i reformator edukacji, przedstawiciel romantyzmu, założyciel licznych instytucji edukacyjnych w Szwajcarii i autor licznych dzieł, w których wyłożył swoje przełomowe tezy na temat kształcenia. Za jego zasługę uznaje się niemal całkowitą likwidację analfabetyzmu w Szwajcarii w pierwszej poł. XIX w. [przypis edytorski]

[127]

Frebel, właśc. Friedrich Fröbel (1782–1852) — twórca systemu pedagogicznego, podkreślał specyficzne potrzeby dziecka i postulował edukację przedszkolną przez zabawę, śpiew i taniec, opracował też projekty zabawek edukacyjnych. [przypis edytorski]

[128]

Rousseau, Jean-Jacques — fr. pisarz, pedagog i filozof. Autor książki Emil, czyli o wychowaniu, w której głosił hasło powrotu do natury. [przypis edytorski]

[129]

Kant, Immanuel (1724–1804) — niemiecki filozof, profesor logiki i metafizyki na Uniwersytecie Królewieckim. Twórca filozofii krytycznej, która miała na celu wszechstronne rozważenie z perspektywy rozumu władzy poznania, w tym sfer takich jak religia, prawo i polityka, wcześniej nie poddawanych podobnej refleksji, oraz sam rozum. Kant zniósł rozziew między racjonalizmem i empiryzmem: wg niego do pełnego poznania potrzebny jest zarówno rozum, jak i doświadczenie, a jedno bez drugiego jest niemożliwe. [przypis edytorski]

[130]

menses (łac.) — menstruacja. [przypis edytorski]

[131]

Voue qui ne savez pas, combien l'enfance est belle Enfants. n’enviez point notre âge de douleurs, Où le coeur tour à tour est esclave et rebelle, Où le rire est souvent plus triste, que vos pleurs (fr.) — fragment wiersza W. Hugo A une jeune fille, który nie został przetłumaczony na język polski. [przypis edytorski]

[132]

Niemcewicz, Julian Ursyn (1757–1841) — poeta, powieściopisarz i dramaturg polskiego Oświecenia, poseł Sejmu Wielkiego. [przypis edytorski]

[133]

Echo kołyski — wiersz Adama Asnyka z 1868 r. mówiący o miłości macierzyńskiej i trudzie dorastania. [przypis edytorski]

[134]

Darwin, Charles Robert (1809–1882) — angielski przyrodnik, twórca teorii ewolucji biologicznej, zwanej darwinizmem, która tłumaczy przemiany ewolucyjne regulowane doborem naturalnym i walką o byt. Autor książek: Podróż na okręcie „Beagle” (1839), O powstawaniu gatunków (1859), O pochodzeniu człowieka i o doborze płciowym (1871). [przypis edytorski]

[135]

Jan III Sobieski (1629–1696) — król Polski od 1674. Brał udział w zwalczaniu powstania Chmielnickiego w 1648, w walkach z Tatarami, Szwecją, Moskwą i Turcją. Poprzez ślub z Marią Kazimierą zbliżył się do dworu. Po śmierci Michała Korybuta Wiśniowieckiego został wybrany na króla Polski. Rozbił wojska tureckie w bitwie pod Wiedniem. Wybitny wódz i mecenas sztuki. [przypis edytorski]

[136]

Tyrteusz a. Tyrtajos — żyjący w VII w. p.n.e. poeta grecki, jego poezje zagrzewały Spartan do walki; od jego imienia wywodzi się nazwa poezji tyrtejskiej, czyli poezji patriotycznej wzywającej do walki, oraz określenie: postawa tyrtejska, oznaczające gotowość oddania życia za ojczyznę. [przypis edytorski]

[137]

„Smutno mi Boże” — Juliusz Słowacki, Hymn o zachodzie słońca na morzu. [przypis edytorski]

[138]

„pod samym miastem zatknął sztandary” — z ballady o Alpuharze w Konradzie Wallenrodzie Mickiewicza. [przypis edytorski]

[139]

Hajduczek-Baśka — chodzi o postać z powieści Pan Wołodyjowski Henryka Sienkiewicza, ukochaną żonę głównego bohatera, energiczną i zadziorną. Hajduczek, zdr. od hajduk: potocznie nazywano tak piechurów w nadwornych wojskach polskich magnatów. [przypis edytorski]

[140]

Wenus (mit. rzym.) — bogini miłości i piękna. [przypis edytorski]

[141]

ócz (daw.) — dziś popr. forma D. l.mn: oczu. [przypis edytorski]

[142]

Dostojewski, Fiodor Michajłowicz (1821–1881) — rosyjski powieściopisarz, uznany za mistrza realistycznej i psychologicznej prozy. Dzieła: Zbrodnia i kara (1866), Idiota (1868), Biesy (1871–72), Bracia Karamazow (1879–80). [przypis edytorski]

[143]

Wedeking, Frank (1864–1918) — niemiecki dramatopisarz i poeta, uznany za prekursora ekspresjonizmu, który łączył z realizmem krytycznym; najbardziej popularna sztuka o satyrycznym zabarwieniu to Przebudzenie wiosny z 1891 roku. [przypis edytorski]

[144]

Cyceron — Marcus Tullius Cicero (106–43 p.n.e.), najwybitniejszy mówca rzymski, filozof, polityk, pisarz. [przypis edytorski]

[145]

W kraju futer — powieść Juliusza Gabriela Verne'a (1828–1905) Le Pays des fourrures z 1873 r. W Polsce znana pod dwoma tytułami: W krainie białych niedźwiedzi, tłum. Karolina Bobrowska, 1925 r., Wyspa błądząca, tłum. Elwira Korotyńska, 1931 r. [przypis edytorski]

[146]

Verne, Juliusz Gabriel (1828–1905) — francuski pisarz, dramaturg i działacz społeczny, uważany za jednego z prekursorów fantastyki naukowej. [przypis edytorski]

[147]

Skazano, sdiełano (ros. przysł.) — powiedziano, zrobiono. [przypis edytorski]

[148]

Bajronowska lira — twórczość podniosła, romantyczna, od nazwiska angielskiego poety romantycznego George'a Gordona Byrona (1788–1824). [przypis edytorski]

[149]

cenzura (daw.) — tu: świadectwo szkolne [przypis edytorski]

[150]

Lassal — chodzi o Ferdinanda Lassalle'a (1825–1864), niem. myśliciela, działacza socjalistycznego, rewolucjonistę. [przypis edytorski]

[151]

Argus (mit. gr.) — olbrzym o stu oczach. [przypis edytorski]

[152]

Ananke (mit. gr.) — bogini przeznaczenia i nieuchronnego losu. [przypis edytorski]

[153]

obstalunek — zamówienie, zlecenie wykonania czegoś. [przypis edytorski]

Zamknij
Proszę czekać…