Spis treści

    Przedmowa
  1. Księga pierwsza
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
    7. Rozdział VII
    8. Rozdział VIII
  2. Księga druga
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
  3. Rozpacz kochanka
  4. Księga trzecia
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
    7. Rozdział VII
    8. Rozdział VIII
    9. Rozdział IX
    10. Rozdział X
    11. Rozdział XI
    12. Rozdział XII
    13. Rozdział XIII
  5. Księga czwarta
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
    7. Rozdział VII
    8. Rozdział VIII
    9. Rozdział IX
    10. Rozdział X
    11. Rozdział XI
    12. Rozdział XII
    13. Rozdział XIII
    14. Rozdział XIV
    15. Rozdział XV
    16. Rozdział XVI
    17. Rozdział XVII
    18. Rozdział XVIII
    19. Rozdział XIX
    20. Rozdział XX
    21. Rozdział XXI
    22. Rozdział XXII
    23. Rozdział XXIII
    24. Rozdział XXIV
  6. Księga piąta
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
    7. Rozdział VII
    8. Rozdział VIII
    9. Rozdział IX
    10. Rozdział X
    11. Rozdział XI
    12. Rozdział XII
    13. Rozdział XIII
    14. Rozdział XIV
    15. Rozdział XV
    16. Rozdział XVI
    17. Rozdział XVII
  7. Księga szósta
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
    7. Rozdział VII
    8. Rozdział VIII
    9. Rozdział IX
    10. Rozdział X
    11. Rozdział XI
    12. Rozdział XII
    13. Rozdział XIII
    14. Rozdział XIV
    15. Rozdział XV
  8. Księga siódma
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
    7. Rozdział VII
    8. Rozdział VIII
    9. Rozdział IX
    10. Rozdział X
    11. Rozdział XI
    12. Rozdział XII
    13. Rozdział XIII
    14. Rozdział XIV
    15. Rozdział XV
    16. Rozdział XVI
    17. Rozdział XVII
    18. Rozdział XVIII
    19. Rozdział XIX
    20. Rozdział XX
  9. Księga ósma
    1. Rozdział I
    2. Rozdział II
    3. Rozdział III
    4. Rozdział IV
    5. Rozdział V
    6. Rozdział VI
    7. Rozdział VII
    8. Rozdział VIII
    9. Rozdział IX
    10. Rozdział X
    11. Rozdział XI
    12. Rozdział XII
    13. Rozdział XIII
    14. Rozdział XIV
    15. Rozdział XV
    16. Rozdział XVI
    17. Rozdział XVII
    18. Rozdział XVIII
    19. Rozdział XIX
    20. Rozdział XX
    21. Rozdział XXI
  1. Ambicja: 1
  2. Anioł: 1
  3. Artysta: 1 2
  4. Bieda: 1 2
  5. Bijatyka: 1 2 3 4 5 6
  6. Bogactwo: 1 2 3 4 5 6
  7. Bóg: 1
  8. Brat: 1
  9. Broń: 1
  10. Chłop: 1 2 3 4 5 6 7
  11. Choroba: 1 2 3 4 5
  12. Ciało: 1 2 3
  13. Cierpienie: 1 2 3 4 5 6 7
  14. Cnota: 1 2 3
  15. Córka: 1 2 3 4
  16. Cud: 1
  17. Czary: 1 2 3 4 5 6 7 8
  18. Czas: 1 2
  19. Czyn: 1 2
  20. Czyściec: 1
  21. Dama: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21
  22. Danse macabre: 1 2 3 4
  23. Dar: 1 2 3
  24. Diabeł: 1 2 3
  25. Dobro: 1 2
  26. Drzewo: 1 2
  27. Dworzanin: 1
  28. Dwór: 1
  29. Dziecko: 1
  30. Dziewictwo: 1
  31. Głód: 1
  32. Głupiec: 1
  33. Gniew: 1
  34. Gospodarz: 1 2
  35. Gospodyni: 1 2
  36. Gra: 1
  37. Grób: 1
  38. Grzech: 1
  39. Grzeczność: 1 2
  40. Handel: 1
  41. Hańba: 1
  42. Historia: 1 2 3 4 5
  43. Honor: 1 2 3 4 5
  44. Imię: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  45. Interes: 1 2
  46. Jedzenie: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
  47. Kara: 1 2 3 4
  48. Karczma: 1 2 3 4 5
  49. Klęska: 1 2 3
  50. Kłamstwo: 1
  51. Kłótnia: 1
  52. Kobieta: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29
  53. Kobieta demoniczna: 1 2
  54. Kochanek: 1 2 3 4 5 6 7 8
  55. Kochanek romantyczny: 1 2 3 4
  56. Kolonializm: 1
  57. Koń: 1 2 3 4 5
  58. Korzyść: 1 2 3 4 5 6 7
  59. Kot: 1
  60. Krew: 1 2 3
  61. Król: 1 2
  62. Ksiądz: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  63. Książka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24
  64. Lek: 1
  65. Lekarz: 1 2
  66. List: 1
  67. Literat: 1 2 3 4 5
  68. Los: 1 2 3 4 5
  69. Lud: 1
  70. Małżeństwo: 1 2 3 4 5 6 7
  71. Marzenie: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  72. Maska: 1
  73. Matka: 1
  74. Matka Boska: 1
  75. Mądrość: 1
  76. Mąż: 1 2 3 4
  77. Mędrzec: 1
  78. Mężczyzna: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15
  79. Miłosierdzie: 1 2 3
  80. Miłość: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16
  81. Miłość platoniczna: 1 2
  82. Miłość romantyczna: 1
  83. Miłość tragiczna: 1
  84. Młodość: 1
  85. Modlitwa: 1 2
  86. Morze: 1
  87. Muzyka: 1
  88. Naród: 1
  89. Natura: 1 2 3
  90. Nauka: 1 2 3 4
  91. Niebezpieczeństwo: 1 2
  92. Niewola: 1 2
  93. Noc: 1 2 3 4
  94. Obcy: 1
  95. Obowiązek: 1
  96. Obraz świata: 1
  97. Obyczaje: 1 2 3 4 5 6
  98. Obywatel: 1
  99. Odwaga: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  100. Ofiara: 1
  101. Ogień: 1 2
  102. Ojciec: 1 2 3 4 5
  103. Ojczyzna: 1
  104. Oko: 1
  105. Okrucieństwo: 1 2 3
  106. Omen: 1 2 3
  107. Opieka: 1
  108. Otchłań: 1
  109. Pamięć: 1
  110. Pan: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
  111. Panna młoda: 1
  112. Piekło: 1
  113. Pieniądz: 1 2 3 4
  114. Piękno: 1
  115. Piraci: 1
  116. Piwnica: 1
  117. Plotka: 1 2
  118. Podróż: 1 2 3
  119. Podstęp: 1 2 3 4 5 6 7 8
  120. Poeta: 1 2 3
  121. Poezja: 1 2 3 4
  122. Pogrzeb: 1 2
  123. Pojedynek: 1 2 3 4 5 6
  124. Pokusa: 1
  125. Pokuta: 1 2 3
  126. Polityka: 1
  127. Polowanie: 1 2
  128. Porwanie: 1
  129. Potwór: 1
  130. Pozory: 1 2 3 4
  131. Pozycja społeczna: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15
  132. Pożądanie: 1 2 3
  133. Praca: 1 2 3 4
  134. Prawda: 1 2 3 4
  135. Prawo: 1 2 3
  136. Przebranie: 1 2 3
  137. Przemijanie: 1 2
  138. Przemoc: 1 2 3 4 5 6
  139. Przyjaźń: 1 2 3 4
  140. Przysięga: 1 2 3
  141. Ptak: 1
  142. Radość: 1
  143. Raj: 1
  144. Religia: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  145. Rozpacz: 1 2 3
  146. Rycerz: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88
  147. Salon: 1
  148. Samobójstwo: 1
  149. Samotnik: 1
  150. Sąd: 1 2 3 4 5 6 7
  151. Sen: 1 2 3 4 5
  152. Serce: 1 2
  153. Sędzia: 1
  154. Siła: 1
  155. Siostra: 1
  156. Skarb: 1
  157. Sława: 1 2 3 4 5 6 7 8
  158. Słońce: 1
  159. Słowo: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  160. Sługa: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40
  161. Smutek: 1
  162. Sprawiedliwość: 1 2 3 4 5 6 7
  163. Starość: 1 2 3
  164. Strach: 1 2 3 4
  165. Strój: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  166. Syn: 1
  167. Szaleniec: 1 2 3 4 5 6 7
  168. Szaleństwo: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  169. Szczęście: 1 2
  170. Szlachcic: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14
  171. Ślub: 1 2 3 4
  172. Śmiech: 1 2 3
  173. Śmierć: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
  174. Śpiew: 1
  175. Światło: 1
  176. Święty: 1 2
  177. Tchórzostwo: 1
  178. Teatr: 1 2 3 4 5
  179. Tożsamość: 1
  180. Trucizna: 1
  181. Trup: 1
  182. Ucieczka: 1 2
  183. Umiarkowanie: 1 2
  184. Upiór: 1
  185. Uroda: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  186. Urzędnik: 1
  187. Vanitas: 1 2
  188. Walka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
  189. Wesele: 1
  190. Wiara: 1 2 3 4
  191. Wiedza: 1
  192. Wierność: 1 2
  193. Wierzenia: 1
  194. Wieś: 1
  195. Więzienie: 1 2
  196. Więzień: 1 2 3 4 5
  197. Wina: 1
  198. Wino: 1 2
  199. Wizja: 1
  200. Władza: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21
  201. Własność: 1 2 3
  202. Wolność: 1 2 3 4
  203. Wróg: 1 2
  204. Wygnanie: 1
  205. Wyspa: 1
  206. Wzrok: 1 2 3
  207. Zabawa: 1 2 3 4 5 6 7 8
  208. Zabobony: 1 2
  209. Zapach: 1
  210. Zazdrość: 1
  211. Zbrodniarz: 1 2 3
  212. Zdrada: 1 2 3 4 5 6
  213. Zdrowie: 1 2
  214. Zemsta: 1 2 3 4 5
  215. Zło: 1 2
  216. Złodziej: 1 2
  217. Złoty wiek: 1
  218. Zwierzę: 1 2
  219. Zwierzęta: 1 2 3 4 5 6
  220. Żołnierz: 1 2
  221. Żona: 1 2 3 4 5 6

Tłumaczenie stanowi obszerny wybór z pełnego tekstu hiszpańskiego oryginału. W niniejszej publikacji dokonano uwspółcześnień językowych: Kisz- -> Kich-; Mansz- -> Manch-; Sansz- -> Sanch-; Rossy- -> Rosy-; chrześci- -> chrześcij-; tem -> tym; mem -> mym; swem -> swym; swojem -> swoim; mojem -> moim; niem -> nim; twem -> twym; -iem -> im (np. wszystkiem - wszystkim); -iemi -> imi; -em -> -ym (w wyrazach całem - całym, każdem - każdym, słusznem - słusznym, wlepionemi - wlepionymi, czem - czym, tem - tym, innem - innym, niczem - niczym, nierównemi - nierównymi); warya- -> waria-; przytym -> przy tym; nietylko -> nie tylko; odemnie -> ode mnie; niema -> nie ma; poezy- -> poezj-; coby -> co by; toby -> to by; przedewszystkiem -> przede wszystkim; ztąd -> stąd; biedz -> biec (i pochodne); poczym -> po czym; nade - oddzielenie (np. nadewszystko - nade wszystko; nademną - nade mną); by - oddzielenie w wyrazach typu: samemuby - samemu by; którymiby - którymi by; boby - bo by; nicby - nic by; walczyćby - walczyć by; pewnoby - pewno by; chybaby - chyba by; pieniędzyby nie trzeba - pieniędzy by nie trzeba; zanimby - zanim by; radby - rad by; znalezionoby - znaleziono by; bądź - oddzielenie w wyrazach typu: gdziekolwiekbądź, cobądź, kiedybądź blizko -> blisko (i pochodne); nizko -> nisko (i pochodne); zwycięzki -> zwycięski (i pochodne); tłómacz -> tłumacz (i pochodne); księz -> księs (w wyrazach: czarnoksięzki, księztwo), ya -> ia (w wyrazach: dyabeł - diabeł; kawalerya - kawaleria; Marya - Maria; medyatorów - mediatorów, historya - historia; Quitterya - Quitteria), ya -> ja (np. w wyrazach: licencyat - licencjat); yi -> ii (np. Quitteryi - Quitterii, materyi - materii, galeryi - galerii; galanteryi - galanterii), yi -> ji (np. Francyi - Francji; ambicyi - ambicji, pozycyi - pozycji; ambiyi - ambicji), yą -> ją (np. dystynkcyą - dystynkcją), yą -> ią (np. galanteryą - galanterią), yę -> ię (np. historyę - historię); yę - ję (np. kolacyę - kolację) yu -> iu (np. Owidyusz - Owidiusz) yo - io (np. seryo, maryonetki), na - oddzielenie spacją w wyrazach: napróżno, napowrót; nawpół; nakoniec; osieł - osioł.

Przy uwspółcześnieniu pozostawiono niektóre formy stosowane współcześnie rzadko lub wcale; kierowano się w tym względami estetycznymi i chęcią zachowania stylu utworu (np. wzniosłości stylu wypowiedzi tytułowego bohatera i gminnego sposobu wyrażania Sanchy). Wśród zachowanych wyrazów nieuwspółcześnionych znalazły się np. „znamienitość” czy „niewywczasy”.

Miguel de Cervantes SaavedraDon Kichot z La Manchy[1]tłum. Walenty Zakrzewski

Przedmowa

1

W wiekach średnich, w owej epoce, gdy baronowie, dumni a drapieżni niby zwierzęta dzikie, napadali z kryjówek swoich na przechodniów, by ich zrabować, rycerstwo było instytucją zbawienną, ludzką i szlachetną, gdyż miało zasługę rzeczywistą, broniąc skrzywdzonych, karząc bezprawia i stając się opiekunami wdów i sierot, słabych i uciskanych. Wówczas to i poezja rycerska spełniała posłannictwo zaszczytne, opiewając czyny bohaterów prawdziwe lub urojone, gdyż w ten sposób wszystkie natury szlachetniejsze do bohaterstwa pobudzała. Jakoż tak zwane księgi rycerskie (libros de caballeria) wszechwładnie wówczas panowały w literaturze europejskiej. Ale wkrótce chimera zajęła miejsce rzeczywistości; wyobraźnię truwerów[2] zaludnił świat cały czarownic, czarodziejów i olbrzymów, a miejsce idealnego kultu kobiety i miłości zajął mistycyzm uczucia, który uświęcił niemoralność. Bohaterowie romansów rycerskich posiadali wszystkie przymioty, a nadzwyczajne ich czyny przechodziły wszelką moc ludzką i wszelkie podobieństwa granice. Ta literatura fałszywa gorączkowała wszystkie umysły z krzywdą rozumu, moralności i smaku, sprowadzając rezultaty najopłakańsze. Moraliści, kaznodzieje i prawodawcy, rozumiejąc dobrze niebezpieczeństwo, szukali środków przeciw chorobie i usiłowaniami swoimi popularność ksiąg rycerskich podkopywali. Już w w. XV libros de caballeria zaczęły tracić dawne znaczenie. Pomyślność, którą za Karola X zdobył naród hiszpański, sława wojenna, odkrycie Ameryki, która otworzyła pole do nowych przygód, pozytywniejszych, niżeli opiewane w księgach rycerskich, stosunki Hiszpanów z innymi krajami, zwłaszcza z Włochami, gdzie już panowały nowe prądy, a wreszcie częste przygody rzeczywiste, których doświadczali jeńcy na ziemi nieprzyjacielskiej — oto główniejsze przyczyny stopniowego upadku ksiąg rycerskich. Nowemu życiu i zmianom obyczajów narodu odpowiadała bardziej nowa forma fikcji literackiej — nowela bądź to pasterska (novela pastoril), bądź tak zwana łotrowska (novela picaresca). Grunt więc do ewolucji był już należycie przygotowany i jedno tylko uderzenie potężne w zmurszałą budowę ksiąg rycerskich mogło ją zupełnie unicestwić. Dokonał tego Cervantes, znalazłszy lekarstwo na chorobę: — śmieszność; po Don Kichocie romans rycerski znikł zupełnie zarówno w Hiszpanii, jak w Europie.

2

Miguel de Cervantes Saavedra urodził się w Alcala de Henares r. 1547. O dzieciństwie jego to tylko wiemy, że był ukochanym uczniem słynnego humanisty Lopeza de Hoyos i że od najwcześniejszych lat życia miał szczególne zamiłowanie do poezji, spotęgowane jeszcze w małym chłopcu czytaniem romansów rycerskich. Pierwsza praca Cervantesa, epitafium na śmierć królowej Izabelli de Valois, napisane w formie sonetu, jest niejako posępnym wykładnikiem ciernistej drogi jego życia. W r. 1570 spotykamy poetę w Rzymie, gdzie, żądny poznania obcych krajów, wyjechał jako sekretarz kardynała Juliusza Aquavivy, który był w Madrycie z misją specjalną od Papieża. W roku następnym zaciągnął się jako ochotnik do wojska Świętej Ligi, mającego wojować z Turcją. Pełen wiary i zapału, okazał w walce odwagę nieustraszoną, a w bitwie pod Lepanto ciężko ranny, otrzymał od zwycięskiego Don Juana pochwałę razem z podwyżką żołdu. Jeszcze przed zabliźnieniem ran otrzymanych uczestniczył w zdobyciu Tunisu, do którego wszedł z markizem de Santa Cruz, a następnie do r. 1575 pełnił służbę we Włoszech. Wreszcie, zatęskniwszy za krajem, rodzicami i przyjaciółmi, Cervantes pospieszył na statku do Hiszpanii, lecz w drodze był przez korsarzy algierskich wzięty w niewolę.

3

Wódz ich, Mami, wnosząc ze znalezionych przy Cervantesie listów rekomendacyjnych Don Juana austriackiego do króla o wysokim stanowisku jeńca, okuł go w kajdany i trzymał w ciemnym więzieniu, pewny, że otrzyma wykup bogaty. Pomimo prób ucieczki, ponawianych nieustannie z odwagą bezprzykładną i pomysłowością prawdziwie romantyczną, musiał Cervantes spędzić w ciężkiej niewoli pięć lat rozpacznych najpiękniejszego wieku swego życia, pomimo, że bohaterstwem swoim nawet śród ciemięzców cześć budził. Wszelako poeta zachował w tej ciężkiej dobie spokój filozoficzny i pogodę ducha, ciesząc się nawet, że przeszedł szkołę „cierpliwości śród udręczeń”. Wszystkie męczarnie, jakie wycierpiał, wszystkie bóle tęsknoty za ojczyzną wytworzyły w jego duchu potężnym pierwsze zarody szczytnego malowidła wytrwałych zapasów człowieka z losem, nieustannej walki ze złymi, która jest treścią największego utworu Cervantesa. Usunąć z życia poety te pięć lat cierpień — mówi Benjumea[3] — jest to poderwać jeden z najgłówniejszych korzeni, które dostarczały życia, barwy i soków dla jego kreacji nieśmiertelnej. Wypadki w Algierze zaczynają tworzyć w szlachetnym sercu i poetycznej wyobraźni Cervantesa ową cudowną optykę, ów sposób obserwowania rzeczy i ludzi, obejmujący świat kontrastów nadzwyczajnych, jakie istnieją pomiędzy iluzjami poetycznymi a rzeczywistością smutną, między zuchwalstwem i wielkością pragnień a karlimi rozmiarami środków.

4

Wykupiony nareszcie w r. 1580 za sprawą siostry szlachetnej, która skromny swój posag złożyła na cel ten w ofierze, Cervantes, z powodu śmierci ojca, znalazł się w nędzy zupełnej razem z rodziną i to go zapewne skłoniło do wzięcia udziału w wyprawie wojennej Markiza de Santa Cruz do Portugalii w r. 1581. Po powrocie do kraju, zmuszony do pracy na chleb powszedni, zaczął pracować dla teatru, któremu oddał około trzydziestu sztuk dramatycznych. Komedie Cervantesa, pisane w kierunku narodowym, jak: Los tratos de Argel (Życie w Algierze), gdzie maluje smutny stan jeńców chrześcijańskich, a w niewolniku Saavedra przedstawia siebie, El gallardo Espańol (Zuch hiszpański), La Sultana, El Rufian dichoso (Faktor szczęśliwy) i inne, są w ogóle bardzo słabe i nie przedstawiają żywszego interesu[4]. O wiele wyżej stoi tragedia klasyczna tego pisarza La Numancia. Pomimo trudności przedmiotu, który przedstawia katastrofę miasta Numancji, autor stworzył dzieło nie wolne wprawdzie od usterek bardzo poważnych, ale utrzymane w tonie podniosłym, oraz pełne epizodów pięknych i natchnionych.

5

Najlepiej wszakże udały się Cervantesowi entremesses (międzyakty), pełne życia, humoru i plastyki. Takie komedyjki, jak: Los habladores (Gaduły), La election de los Alcades (Wybór sędziów), El viejo celoso (Stary zazdrośnik), La guarda cuidadosa (Straż czujna) i La cueva de Salamanca (Piwnica w Salamanca) będą miały zawsze swoją wartość.

6

W r. 1584 napisał Cervantes nowelę pasterską p. t. Galatea, utwór słaby, pełen wierszy lichych, przesady i komplikacji epizodów niczym ze sobą niepowiązanych.

7

Zniechęcony niepowodzeniem materialnym poeta, niedawno ożeniony z panienką biedną, musiał szukać zajęcia zyskowniejszego i teraz to właśnie rozpoczyna się dwudziestoletni okres jego życia, w którym Cervantes, zajęty interesami komisowymi, zdawał się być ofiarą najzupełniejszej martwoty ducha. A przecież w tej bezczynności pozornej umysł poety nie próżnuje. Rodzaj nowych zajęć daje mu sposobność studiowania ludzi w ich zwykłym życiu, przyjrzenia się charakterowi, obyczajom i występkom ludu, wniknięcia w zawikłany labirynt interesów drobnych, walk nędznych, ambicji niskich i poziomych sprężyn wszelkich uczuć. Te lat dwadzieścia uważnych studiów nad człowiekiem w wieku bystrej przenikliwości i poważnego nastroju ducha nie były czasem prześnionym, lecz ustawiczną działalnością, w której przed badawczym wzrokiem Cervantesa przesuwały się obrazy wszystkich instynktów i namiętności, wszystkich stron ujemnych i występków, nurtujących w łonie tego społeczeństwa, które później geniusz poety z takim mistrzostwem odtworzył. Wpośród tedy zajęć najprozaiczniejszych i „w milczeniu zapomnienia” (el en silencio del olvido), jak mawiał później, kształtował się utwór Cervantesa, który genialnością swoją miał światu całemu zaimponować.

8

Dostawszy się w r. 1597 do więzienia za sprzedanie, korzystne zresztą i zupełnie usprawiedliwione, partii zboża bez specjalnego upoważnienia władzy, rychło uwolniony, na próżno starał się u króla o właściwsze dla siebie stanowisko, aż wreszcie wyjechał do Walladolid, gdzie za sprawę, w której żadnego nie brał udziału, znów został aresztowany r. 1605.

9

W tym roku właśnie i w tymże mieście wyszła część pierwsza nieśmiertelnego Don Kichota, która w kilkunastu miesiącach miała pięć wydań. Pomimo tego, Cervantes, osiadłszy r. 1609 w Madrycie, żył tu w nędzy zupełnej. Roku 1613 wyszły Nowele przykładne (Novelas ejemplares). Bogata inwencja, oryginalność charakterów, różnobarwność sytuacji, wdzięk opowiadania, prawdziwe poczucie natury, delikatna analiza serca ludzkiego, język mistrzowski — oto strony wybitne tych utworów. Jest ich dwanaście: w jednych przeważa humor i satyra, w innych uczucie głębokie i poezja, wszystkie zaś dlatego noszą miano „przykładnych”. ponieważ w nich, podług słów autora, „nawet sceny miłosne są tak uczciwe i chrześcijańskie, że nie mogą rozbudzić złej myśli w czytelniku, gdyż w przeciwnym razie raczej bym (mówi autor) uciął sobie rękę, którą pisałem, niżeli pokazał je światu”.

10

W Licencjacie Szklanym (El Licenciado Vidriera) bohaterem jest młody człowiek wielce utalentowany, który przez szkodliwy napój miłosny uległ szczególnemu przywidzeniu, że jest szklany i przy każdym zetknięciu się z jakimś przedmiotem drżał z obawy. Poza tą manią posiadał umysł trzeźwy i bystry, a cały interes noweli spoczywa właśnie na dowcipnych i trafnych odpowiedziach, które daje tłumowi, ustawicznie otaczającemu licencjata. W odpowiedziach tych jest dużo ostrej krytyki przeciwko owoczesnym przesądom, zakorzenionym w życiu i w polityce. — Rozmowa dwu psów (Coloquio de los perros) jest nowelą pełną prawdy i gryzącego humoru, który zwraca się głównie przeciwko ówczesnym zabobonom, panującym wówczas we wszystkich warstwach społeczeństwa hiszpańskiego. Hiszpanka w Anglii (La espańola inglesa) jest historią młodej dziewczyny, porwanej z Kadyksu do Anglii i sprowadzonej następnie do Sewilli, gdzie po życiu burzliwym znajduje spoczynek i pociechę w skromnym domku.

11

W Kochanku wspaniałomyślnym (El amante liberal) autor odtwarza wypadki z własnego życia w Algierze. Zazdrosny Estramadurczyk (El geloso Ektrámeńo) Małżeństwo zwodnicze (El casamiento engańoso) i Ciotka mniemana (La Tia fingida) są nowelami o treści wydartej z życia andaluzyjskiego i noszą na sobie wszystkie cechy rdzennie miejscowe. Ostatnia nie odznacza się wcale „przykładnością”. Ten sam charakter mają nowele: Rincanete y Cartodillo oraz La Gitanilla (Cyganka). W pierwszej z nich autor przedstawia historię dwu młodych nicponiów, którzy zaprzyjaźnieni na wielkim gościńcu, porozumiewają się prędko i tworzą związek ku eksploatowaniu swoich talentów łotrowskich. Autor znakomicie scharakteryzował tu mieszaninę przewrotności i dewocji, praktyk pobożnych i czynów podłych, ten spokój sumienia w zbrodni, ową metodę w morderstwie i łupiestwach, która cechowała opisywanych bohaterów, przekonanych o swojej uczciwości. Cyganka jest obrazem świetnym, opartym na studiach z natury. Tyle uroku i poezji wlał Cervantes w swą bohaterkę, że kopiowali ją później różni poeci, nie wyłączając takich tytanów, jak Victor Hugo. Do „noweli przykładnych” należą jeszcze: Las dos doncellas (Dwie dziewczyny), La illustre Fregona (Słynna pomywaczka) i La Seńora Cornelia.

12

W r. 1614 wydał Cervantes Podróż na Parnas, dość słabą satyrę na ówczesnych poetów, a w roku następnym ukazała się druga część Don Kichota. — Ostatnia praca powieściowa Cervantesa, wykończona już na łożu śmierci, nosi tytuł Trabajos (przygody) de Persiles y Segismunda. Autor uważał ten utwór za najlepsze swe dzieło, a krytyka musi je uznać za najsłabsze. Poeta opowiada w tym romansie, pisanym na modłę grecką, historyę cierpień Perfilesa, syna monarchy islandzkiego, oraz Zygmunty, córki króla Frieslandu. Ta para kochanków odbywa pielgrzymkę po Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, a doświadczywszy tysiąca przygód nieszczęśliwych, wypadków rozbicia okrętu, rozłączeń i katastrof, dostaje się wreszcie do Rzymu, gdzie błogosławieństwo Kościoła ostatecznie kochanków połączyło. Nie brak i w tym dziele pięknych obrazów i świeżej, twórczej fantazji, ale pstrokacizna scen i wypadków nieujętych w ramy artystyczne, nuży czytelnika i zniechęca.

13

Żyjący w ciągłym niedostatku i zapomniany aż do śmierci, Cervantes umarł 23 kwietnia 1616 r. Całe jego życie było jednym pasmem zgryzot, borykań się z losem, zawodów i rozczarowań. Śmierć poety przebrzmiała niepostrzeżenie i nawet dziś nie wiadomo, gdzie się znajdują kości największego z pisarzy Hiszpanii. Potomność dopiero wynagrodziła sławą olbrzymią nieśmiertelnego twórcę Don Quijota, który to utwór w edycjach niezliczonych przeszedł do wszystkich literatur świata i jest ciągle przedmiotem sporów, krytycznych studiów i rozpraw. Ze wszystkich pisarzy Hiszpanii Cervantes jest dziś najwięcej wśród swoich komentowany i rozbierany, zwłaszcza od wyjścia pierwszej pracy krytycznej Navarrette'a, ogłoszonej w r. 1819 przez królewską akademię hiszpańską. W ostatnich czasach[5] zawiązało się nawet w Kadyksie, za sprawą Ramona Maineza, Towarzystwo Cervantesowe z czasopismem Cronica de los Cervantistas, które wyłącznie studia nad Cervantesem ogłasza.

14

Brylantem najczystszej wody w koronie zasług pisarskich Cervantesa jest El ingenioso hidalgo Don Quijote de la Mancha. — W całej literaturze naszej — mówi Garcia — nie ma ani jednej książki, która by się cieszyła taką popularnością. Od chwili wyjścia była ona podziwem swoich i obcych, była, a jest i ciągle, najpiękniejszym klejnotem naszego narodu i żyć będzie tak długo, dopóki przetrwa język hiszpański, którego jest skarbem nieocenionym. Aby dać pojęcie o popularności Don Kichota w kraju i zagranicą, wystarczy przytoczyć cyfrę wydań tego utworu. W Hiszpanii wydano go przeszło 400 razy, w Anglii przeszło 100, we Francji 169, we Włoszech blisko 100 razy i w tym stosunku, we wszystkich językach europejskich razem z górą tysiąc wydań. W języku polskim całkowite przekłady wyszły dwa: Podoskiego (1786) i Zakrzewskiego (1855). Ten ostatni właśnie, już dziś całkowicie wyczerpany, podajemy czytelnikom „Biblioteki”.

15

Nie wiadomo, kiedy Cervantes rozpoczął swoje arcydzieło, pomimo, że jak sam mówi: „zrodziło się ono w więzieniu”. (se engendro en una carcel), to tylko pewna, że ogłoszeniem części pierwszej (1605) poeta położył koniec dwudziestoletniemu okresowi milczenia, o którym wyżej wspominaliśmy.

16

Mało jest książek, które by tak często i tak różnorodnie były komentowane, a są całe zastępy krytyków, którzy szukając un sentido occulto (znaczenia ukrytego) w Don Kichocie, dochodzili w rozumowaniach swoich do absurdów. Do tych zaciekań dialektycznych dała głównie powód przypisywana Cervantesowi książka p. t. Buscapié, ogłoszona w r. 1858 przez Adolfa de Castro. Jest to jakby rodzaj klucza do zrozumienia ciemniejszych stron Don Kichota. Dopiero gdy nowsi krytycy, a zwłaszcza La Barrera, Gayangos oraz Vedia, udowodnili, że ów klucz mniemany jest prostym falsyfikatem, dawniejsze łamigłówki erudytów ustąpiły miejsca trzeźwiejszym na utwór poglądom.

17

Bądź co bądź, jedni z krytyków twierdzą, że w Don Kichocie istnieje tendencja polityczna, a nawet i religijna, inni, że w utworze swoim autor chciał odzwierciedlić całą ludzkość; są tacy, którzy w nim widzą satyrę na przedsięwzięcia Karola V, inni zaś pół-biografię Cervantesa, a nawet zemstę jego na sąsiadów z Argamasili (gdzie poeta był uwięziony), a także szyderstwo, skierowane do księcia Mediny Sidonia lub Blanea de Paz, dominikanina, wroga poety. Nie koniec na tym. W Don Kichocie widziano wizerunek szlachty w owej epoce, a w Sancho Pansie — plebejuszów, a wreszcie utrzymywano, że Cervantes, wyprzedzając pojęciami epokę swoją, piętnował jej nadużycia, a zwłaszcza nietolerancję i despotyzm. Na domiar tego wszystkiego, D. Antonio de Morejon, lekarz Ferdynanda VII, w dziele bardzo poważnym, obejmującym całokształt historii medycyny hiszpańskiej, poświęca jeden cały ustęp Cervantesowi, który, jakoby w Don Kichocie ze szczególną precyzją opisał rodzaj szaleństwa zwanego powszechnie monomanią. Gdy na koniec w ekstazie nad Don Kichotem Mor de Fuentes nazwał Cervantesa el ilustrador del genero humano[6], wówczas podniosła się i reakcja, a między innymi uczony pisarz Valera nazwał zdanie powyższe niedorzecznością.

18

Czymże więc jest ów Don Kichot, który tyle wywołał sporów i który dotychczas nie stracił na wartości?… Romansem opowiadającym dzieje szlachcica z Manchy, który pod wpływem fantazji, rozkołysanej czytaniem ksiąg rycerskich, śpieszy w świat z giermkiem swoim, aby wśród tysiącznych przygód i niebezpieczeństw bronić niewinności, cnoty i prawa. Gdy jednakże ów maniak szlachetny, w egzaltacji z obłędem graniczącej, bierze zwykłe chaty za zamczyska, pospolite dziewki za księżniczki, wiatraki za olbrzymów, a barany za wojska; gdy żądny walk bohaterskich atakuje rzeszę bezbronną, a wyswobadza z kajdan galerników w mniemaniu, że są ofiarami niewinnymi — doświadczać musi całego szeregu przygód zarówno komicznych, jak dramatycznych, które składają się razem na wielce interesującą i różnobarwną treść Don Kichota. Czy cel, czy tendencja utworu jest trudna do odgadnięcia? Bynajmniej — w tym względzie własne słowa poety najmniejszej nie pozostawiają wątpliwości. W prologu Cervantes wyraźnie mówi, że pragnął tylko „obalić znaczenie i popularność, jaką zdobyły w świecie księgi rycerskie”, a przy zakończeniu części drugiej dodaje: że „miał jedyny zamiar obrzydzić ludziom urojone i niedorzeczne historie ksiąg rycerskich” (poner en aborrecimiento de los hombres las fing i das y disparatadas historias de los libros de caballerias).

19

Cervantes, pełen zapału poetyckiego i rycerskiego, żądny sławy, zdobytej na arenie czynów szlachetnych, mściciel skrzywdzonych i żarliwy obrońca nieszczęśliwych, w ciągu żywota pełnego cierni i rozczarowań patrzeć musiał na rzeczywistość, która marzeniom jego kłam najsmutniejszy zadawała. Wówczas rozum, dojrzały w ciężkim doświadczeniu, ukazując mu poziomą, nędzną stronę życia w przeciwieństwie do rojeń wspaniałych wyobraźni, widzącej wszystko w świetle zwodniczym, odarł z iluzji duszę poety i zmusił go do wypowiedzenia prawdy narodowi.

20

Gdy Hiszpania zasnęła w powodzi bajań błędnych rycerzów, Cervantes, uleczony z szaleństw, które kiedyś i on pochłaniał, zapragnął wiek swój ratować z manii niebezpiecznej. Parodiował on nie uczucia rycerskie, lecz tylko rodzaj literatury, opartej na chorobliwości i na fałszu, a będącej w owym czasie anachronizmem. W rycerzu z Manchy są tylko śmieszne jego czyny, ponieważ rzeczywistość marzeniom rycerza nie odpowiada; i stąd halucynacja, która mu każe przedmioty, niezgodne z wyrobionym o nich pojęciem, uważać za przekształcone przez czarodziejów, wskutek czego pada w ekstazie przed prostą dziewką, czcząc w niej piękną Dulcyneę, którą czarnoksiężnicy okradli z wdzięków nieporównanych. Lecz jeżeli czyny bohatera są śmieszne, charakter i uczucia jego budzą uznanie najzupełniejsze. Ma on wszystkie cnoty: dobroć, szlachetność, prawość, czystość i wierność, a nawet słowa jego, kiedy nie idzie o rycerstwo, są zawsze rozumne, wymowne i słuszne. Don Kichot więc jest postacią zupełnie sympatyczną i w każdym sercu budzi współczucie niekłamane.

21

Gdybyśmy jednak znaczenie romansu Cervantesa zredukowali jedynie tylko do satyry, wówczas niesłychana popularność tej książki nie dałaby się niczym usprawiedliwić. Don Kichot jako satyra, byłby dziś dla nas tak obojętny, jak owe księgi rycerskie, które ośmieszał.

22

Otóż poeta w dziele swym dotyka kwestii tworzących szereg problematów, które wypływają odwiecznie na powierzchnię wieków, stanowiąc interes[7] całej ludzkości, przedmiot zaciekań nieustannych, stałą materię filozofii. Stąd owa żywotność i nieśmiertelność Don Kichota. Tytaniczna walka człowieka z przeciwnościami życia i z urąganiem namiętności, szalejących we własnej jego piersi, była dotąd, a i będzie zawsze, najszczytniejszą treścią dla geniuszów. Lecz malować ten sam przedmiot, wywracając porządek jego i granice umiał tylko Cervantes, którego oryginalność zasadza się właśnie na owym żywiole subiektywnym, na owym indywidualnym pryzmacie, przez który spoglądał ten poeta na zawiłą treść życia ludzkiego. Treść ta jest przedstawiona w Don Kichocie zgodnie z wypadkami życia jego twórcy, który pomimo całej energii swego ducha i niepospolitych zalet umysłu, żadnego z pragnień swej duszy urzeczywistnić nie zdołał. Aby stworzyć takie arcydzieło, musiał poeta zamalgamować[8] najszczytniejszy idealizm z realizmem najbrutalniejszym, najczystszą kontemplację ducha z najbrudniejszym cynizmem namiętności, ułudę świetlanych iluzji z gorzkim doświadczeniem życia, gorące pragnienie dobra z dążnością skalaną do występków; musiał poeta bratać i kojarzyć nieustannie szczerość z obłudą, interes z abnegacją, chciwość z marnotrawstwem, czystość ze zmysłowością, odwagę z tchórzostwem, to jest wszystkie sprzeczności w walce, najskrajniejsze żywioły w opozycji; ponieważ z tego przeciwstawienia i z tej walki miał wytrysnąć komizm bez uszczerbku dla charakteru podniosłego przewodniej myśli. I w tym właśnie zestawieniu mistrzowskim żywiołów wrogich tkwi największy interes dzieła[9] i jego znaczenie wszechludzkie.

23

Przy boku najidealniejszego z ludzi postawił autor nieodstępnego towarzysza Sancho Pansę. Oba stają na krańcach przeciwległych natury i usposobień, oba nieustannie walczą z sobą, jak duch z materią, a przecież jeden bez drugiego żyć nie może. I kochają się, i kłócą, i szukają wzajem, jak gdyby każda z tych istot była integralną częścią drugiej; jest to malowidło najwierniejsze połączenia i walki dwu naturalnych, składowych żywiołów człowieka. Nie ma czytelnika — mówi Baret, który by w czynach i mowach Don Kichota i jego giermka nie odnalazł ścisłych objawów natury ludzkiej oraz wizerunku własnego życia dwu czynnikom ogólnym podległego: wyobraźni, która wyolbrzymia przedmioty, upiększa i barwi w pryzmacie złudzeń — i zdrowym zmysłom, które ograniczają wszystko do zwykłych granic, rozpraszają wszelkie iluzje, ukazując nam rzeczywistość zimną, nieubłaganą. Don Kichot interesuje nas przez egzaltację samą, to jest ową dążność idealną swego umysłu, a nade wszystko przez owe przygody najrozmaitsze, które w tym idealizmie mają swe źródło. Współczujemy żywo z tym marzycielem nieprzepartym, bo każdy z przeszłości dobrze pamięta analogiczny stan swego ducha, tę samą dążność, której ulegał, te same rozczarowania. Któż w życiu nie brał wiatraków za olbrzymów, to jest nie potęgował siłą wyobraźni przeróżnych kwestii, ludzi i rzeczy?!

24

Sancho budzi interes[10] jako przeciwieństwo krańcowe swego pana, przez trzeźwość swojej natury i przez prostotę swych zdrowych zmysłów. Symbolizuje on skutki tych przemian, jakie się w człowieku dokonywają, gdy czas i doświadczenie przekształci nasz umysł, zmuszając go do patrzenia z chłodem na to wszystko, co kiedyś pochłaniał z gorączką i entuzjazmem.

25

— Panie Don Kichocie — woła Sancho, widząc, jak pan jego w pełnym galopie Rosynanta rzuca się na stado baranów, przekonany, że to jest wojsko — wracaj pan, przez Boga, toż pan atakuje owce i barany. — Czytelnik, śmiejąc się, bieży myślą do owych czasów, gdy wyobraźnia zaludniała mu umysł wizjami już dzisiaj rozproszonymi. Któż kiedyś nie potrzebował — dodaje Baret — i komu nie przydałby się ów giermek Sancho z okrzykiem: dokąd biegniesz, panie?!… To malowidło w akcji, wyższe od tylu mniemanych analiz psychologicznych, ten obraz alegoryczny przeciwieństwa dwu władz zasadniczych życia ludzkiego, ta myśl głęboka, ukryta z takim wdziękiem pod przejrzystą zasłoną bajki, stanowi przyczynę główną olbrzymiej popularności Don Kichota.

26

Wszędzie tu widzimy człowieka ze wszystkimi jego sprzecznościami, z jego logiką chwiejną, z jego falowaniem ustawicznym pomiędzy prawdą a fałszem, rozumem a wyobraźnią, pomiędzy idealizmem a prozaizmem, między zapałem a rozwagą. Na tym właśnie polega niespożyta wartość utworu, gdyż tło jego — człowiek, nie zmienia się wcale, a historia o Don Kichocie powstała z obserwacji autora nad rdzeniem samej ludzkości.

27

Stąd też płynie i rzewność owej ironii, ów żywioł melancholijny, który u Cervantesa powstał z poglądu jego na dolę ludzką, z mieszaniny nicestwa i wielkości, będącej treścią naszej natury, z kontrastu między wielkością pragnień a ograniczonością środków człowieka. Ta ironia jest skargą szczytną, pod tym komizmem drgają łzy. Jest to skarga wielkiego geniusza — poety, umysłu rozkochanego w ideale, a zmrożonego prozaicznością życia.

28

W kreśleniu charakterów był także Cervantes mistrzem prawdziwym. Przede wszystkim Don Kichot i Sancho są tak żywi, tyle posiadają indywidualności wyrazistej, że stają na wyżynie typów wszechludzkich. Okrom tego, obie postacie, przy wszystkich stronach ujemnych, są wszędzie na wskroś sympatyczne. Don Kichot jest nim nawet w szaleństwach swoich, gdyż działa z pobudek czystych i podniosłych, przejawiając wyższość moralną swej natury. Toteż ostatnie chwile bohatera wywołują u czytelników łzy rozrzewnienia. Sancho jest także dobry w gruncie, zdolny do uczucia i abnegacji, i nie wszędzie towarzyszy panu przez wzgląd na interes własny i egoizm, przejawia bowiem nieraz prawdziwe do niego przywiązanie, chociaż w ogóle działa pod wpływem pobudek egoistycznych. Wyobraża on zmysłowość praktyczną, nieświadomą wszelkich ideałów, lecz działającą ujemnie przez ciemnotę raczej niż zepsucie.

29

Dwie te postacie są dwiema połowami istoty ludzkiej, które rozłączone biegną w przepaść, a w spójni zdobyć się mogą na wielkie czyny. Jeden jest wcieleniem fantazji i uczucia bez doświadczenia i rozumu, drugi prozaicznością uosobioną bez idealizmu i zapału. Dwa te skrajne bieguny antytezy są dobre i sympatyczne w tym, co twierdzą, a fałszywe i śmieszne w tym czemu przeczą. Don Kichot ma słuszność, dążąc do urzeczywistnienia sprawiedliwości, myli się jednak, gdy mniema, że wysiłek indywidualny i włóczęga wystarczą do takich celów i że to w wieku XVI było możliwe.

30

Sancho ma również słuszność, żartując ze szczerości swojego pana i zalecając roztropność, lecz jest w błędzie, gdy zasadę życia widzi tylko w interesie własnym i żadnych ideałów nie uznaje. Ponad tą antytezą istnieje także i synteza, o której zapewne Cervantes nie myślał wcale, która jednak przebija wyraźnie z drugorzędnych osób utworu. Z syntezy tej, będącej niejako lekcją moralną, wypływa jasno, że człowiek powinien mieć idealizm szlachetny Don Kichota w połączeniu z rozwagą roztropną Sancha, lecz bez ślepoty dziecinnej pierwszego i bez grubych instynktów egoistycznych drugiego z tych bohaterów. W Don Kichocie autor potępił nie miłość ideału lub zdrową praktyczność życia, lecz skrajne wyosobnienie obu pierwiastków. Dulcynea jako uosobienie ideału nieznanego, ku któremu dąży zbłąkana myśl idealisty, proboszcz i cyrulik, reprezentanci praktyczności, jak i Pansa, Samson Karasko, krytyk drwiący z idealisty szalonego, jednym słowem, wszystkie postacie romansu mają krew i ciało, drgają wszędzie życiem prawdziwym.

31

W rezultacie więc Don Kichot jest z jednej strony krytyką ksiąg rycerskich i feudalizmu rycerskiego, dokonaną pod wpływem Odrodzenia, z drugiej zaś bezświadomym odtworzeniem walki odwiecznej idealizmu z materializmem i krytyką skrajności obu żywiołów. Budowa utworu o tyle jest prosta, o ile oryginalna i brak jej tylko jednolitości. Istnieje ona w założeniu samym, ale nie w akcji, z którą nie wszystkie wypadki i epizody są należycie zespolone; niektóre zaś tak są obszerne, iż stanowią powieść w powieści, jak np. nowele El curioso impertinente lub La historia del cautivo. Mimo tego jednak rozmaitość przygód i wypadków, żywa oryginalność w ich przedstawieniu, a nade wszystko humor nieporównany i świetna charakterystyka osób trzyma na uwięzi uwagę czytelnika od pierwszej do ostatniej stronicy romansu, którego część druga, podług wielu krytyków, jest nawet lepsza od pierwszej.

32

Gdy nieszczęśliwy bohater spod Lepanto był zajęty pisaniem części drugiej swego arcydzieła, do rąk jego doszła książka pt. Segundo tomo del ingenioso hidalgo Don Quijote de La Mancha, którą autor nieznany, pod pseudonimem Alonso Fernandes de Avellaneda wydrukował w Taragonie, znęcając się nikczemnie w prologu do swego dzieła nad Cervantesem i przedstawiając go jako współzawodnika i wroga Lope de Vegi, słynnego komediopisarza hiszpańskiego.

33

Wielki pisarz zapłacił napastnikowi świetną satyrą w drugiej części swego Don Kichota, który całkiem zaćmił książkę nieznanego do dzisiaj autora, pomimo że napisana była nie bez talentu.

J. A. Święcicki.

Księga pierwsza

Rozdział I

W którym opisane są stan i zajęcia wielce słynnego hidalga [11] Don Kichota z Manchy.

34

SzlachcicW mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo[12] pewien, z liczby tych, co to prócz spisy[13] u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają. Rosolina powszednia, z baraniny częściej niż z wołowiny wygotowana na obiad, bigosik z resztek obiadu prawie co wieczór na kolację, co piątek soczewica, co sobota jaja sadzone po hiszpańsku, a na niedzielę gołąbeczek jakiś w dodatku do codziennej strawy, zjadały mu corocznie trzy czwarte części całego dochodu. Reszta szła na przyodziewek: na opończę z sukna cienkiego, hajdawery aksamitne z takimiż łapciami i na świtkę[14] z krajowego samodziału dobornego, którą się w powszednie dni tygodnia obchodził. Miał on przy sobie ochmistrzynię, która, choć się do tego nie przyznawała, na czwarty krzyżyk dobrze już nastąpiła, siostrzenicę, której jeszcze dwudziesta wiosna nie zaświeciła i parobczaka sprawnego do usługi i w domu, i poza domem, i koło konia, i koło gospodarki. Wiekiem hidalgo nasz już na pięćdziesiątkę zarywał, ale ciałem był krzepki, w sobie kościsty, na twarzy suchy, zawiędły, do rannego stawania od ptaka skorszy, a do polowania bez miary zapalony. Przydomek miał podobno Quixada albo Quesada, bo co do tego nie ma zgodności między historykami, którzy o nim pisali; ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zdaje się, że się zwał Quijana. Mniejsza wszakże o to dla naszej historii; tu rzecz główna w tym, ażeby opowieść na jedno źdźbło z prawdą się nie rozminęła.

35

Szlachcic, RycerzOwóż tedy, trzeba wam wiedzieć, mili czytelnicy, że ów jegomość hidalgo, w chwilach wolnych, kiedy nie miał nic do roboty (co bodajże cały rok się wydarzało), strasznie lubił wczytywać się w książki rycerskie, przygody opisujące i tak się do nich zapalił, że nawet o polowaniu całkiem zapomniał i starunku[15] o gospodarkę zaniechał. Zaciekłość ta jego do owych ksiąg do takiego stopnia doszła, że sprzedał spory szmat ziemi, byle mieć za co tych ksiąg nakupić. Zebrało się też to tego w domu co nie miara; bo gdzie jeno jaką rycerską książkę zobaczył, zaraz kupował. Ale ze wszystkich tych dzieł żadne mu się tak doskonałe nie wydało, jak dzieło słynnego Felicjana de Silva[16]. Zachwycał się dziwną jasnością jego prozy, a zawiłości mowy jego wydawały mu się cudem sztuki pisarskiej; szczególniej też podziwiał jego listy miłosne i uczuciowe, w których unosił się nad najpiękniejszymi ustępami, jak na przykład taki:

Nieuwaga zniewagi, którą sprawujesz w mojej rozwadze, tak niszczy równowagę mojej uwagi, iż nie bez wagi żalić się odważam na twojej piękności przewagę.

36

Albo ten drugi, gdzie powiada:

Wysokie i wspaniałe nieba, które w boskości przymiotów twoich bosko wraz z gwiazdami cię umacniają i dają zjednać godności wyjednanie, która przejednała zacność twoja.

37

Książka, Rycerz, MarzenieZagłębiając się w takie mądrości, nasz biedny szlachetka tracił po trosze rozum i zachodził w głowę, szukając w nich sensu, a podziwiając je tym bardziej, im mniej rozumiał. Nie bardzo mu do serca przypadło, że Belianis tyle ran odebrał i zadawał, bo zastanawiając się zdrowo nad rzeczą, nie mógł przypuścić, ażeby przy pielęgnowaniu najwyborniejszych nawet medyków i chirurgów, którzy go opatrywali, nie zostało mu szramu[17] na gębie i kiereszunku[18] na ciele. Mimo to wszakże wielce szacował autora tej powieści i nieraz go kusiło coś, ażeby się wziąć do dokończenia jego książki, którą urwał na najciekawszym miejscu prześlicznej przygody. I byłby tego niezawodnie dokonał, pewno bardzo pięknie, gdyby nie to, że mu zawsze na przeszkodzie stały nowe fanaberie w głowie. Często toczył spory z proboszczem swoim, człowiekiem uczonym, licencjatem wykwalifikowanym w Ciguency, o to: kogo wyżej kłaść należy: Palermina Oliwskiego czy Amadisa Galijskiego. Majster Mikołaj znów, balwierz miejscowy, utrzymywał upornie[19], że nie było rycerza, który by dorównać mógł rycerzowi Słońca, a jeżeli kogo by można postawić przy nim, to jednego tylko Don Goloara, brata Amadisa, co to był kawalerem ze wszech miar doskonałym, a nie takim beksą i piecuchem jak Amadis, któremu wreszcie w żadnym punkcie rycerskości ani na krztę nie ustępował.

38

Krótko mówiąc, szlachetka nasz tak się zaciekł w czytaniu, że dnie i noce nad książkami trawił; doszło do tego, że wskutek zbytecznego natężenia i niewywczasu[20], mózg mu jakoś scieńczał, iż po prostu mówiąc, zgłupiał na piękne[21]. Nabił sobie mózgownicę wszystkimi tymi andrybajami, które czytał, tak dalece, że mu się zamieniła całkiem w ładowny lamus czarów, uroków, zabijatyk, potyczek, ran, miłości, sercowych żałości, zapałów, udręczeń, srogości i tym podobnych niedorzeczności. I tak to wszystko, co czytał, wbił sobie krzepko w biedną głowinę, że ani mu gadaj, ażeby mogło być co prawdziwszego w dziejach świata. Prawił, że Cyd Ruy Dias[22] był rycerzem wielce znamienitym, ale że ani mu wody nosić za Rycerzem Ognistego Miecza, który jednym odlewem dwóch wielkoludów straszliwej postury, jak muchy, na dwoje rozpłatał. Bernarda de Caprio wychwalał bardzo, że na równinach Roncewalskich zmógł Rolanda, pomimo osłaniających go czarów, na które użył sposobu, jakim zręczny Herkules udusił Anteusza, strasznego syna ziemi. Pod niebiosa wynosił Morgana, że choć ród swój wiódł od olbrzymów, co zawsze bywali tak butni i grubiańscy, sam przecież był niezmiernie uprzejmy i pięknie wychowany. Ale nad wszystkich uwielbiał Rinalda de Montauban, a mianowicie za to, że tak dzielnie łupił kogo tylko na drodze napotkał z zamku swego wyjechawszy i że tak gracko się spisał, wykradając zza morza bałwana Mahometa, który miał być cały szczerozłoty, jak o tym mówi historia. Co się zaś tyczy Goleona, Zdrajcy Ohydnego, to z całej duszy byłby oddał ochmistrzynię, a w dodatku nawet i młodą siostrzenicę, żeby go był mógł dojechać porządnie z kilkadziesiąt razy nogą pod żeberka.

39

Straciwszy nareszcie rozum z kretesem, przyszła mu do łba myśl najgłupsza, na jaką kiedy bądź szaleniec się zdobył. Ubrdał sobie, że tak dla blasku własnej sławy, jako i dla dobra ojczyzny, wypada mu koniecznie zrobić się błędnym rycerzem, puścić się w świat szeroki konno i zbrojnie na wielkie przygody i te wszystkie praktyki, których się naczytał o słynnych rycerzach błędnych, żeby jak oni mszcząc krzywdy cudze, narażając się na wszelkie niebezpieczeństwa, na boje i trudy, dojść chwały nieśmiertelnej. Roiło się już w rozmarzonej głowinie nieborakowi, że co najmniej czeka go cesarstwo Trebizondy jako nagroda dzielności potężnego ramienia. Upojony tak słodkimi omamieniami i ponętą tej świetnej przyszłości, rozgorzał cały żądzą jak najprędszego uskutecznienia swoich zamysłów. Najpierw tedy zabrał się co żywo do oczyszczenia różnych części zbroi w dziedzictwie po naddziadach[23] mu pozostałej, a od kilku wieków pod rdzą i kurzem w kącie domostwa gdzieś błogo spoczywającej. Pozbierał je, obmył, odpolerował, do kupy jak tylko mógł najlepiej poskładał. Ale ku wielkiemu strapieniu spostrzegł biedak, że starej zbroicy nie dostawało jednej z najważniejszych części, bo zamiast szyszaka[24], znalazło się tylko kawał nagłówka od niego, a reszty ani weź nigdzie dopytać. Nie zrażając się tą biedą: w bystrym dowcipie swoim znajduje radę na nią, dokleja sobie z tektury brakujące części, stula to wszystko z żelastwem pospołu i tym sposobem fabrykuje sobie coś do hełmu podobnego. Na nieszczęście, przyszło mu do głowy spróbować, czy ta klejonka wytrzyma w danym wypadku ciosy, jakie spaść na nią mogą; jak tedy urżnie raz i drugi mieczem w ów szyszak tak za pierwszym zaraz cięciem zdruzgotał na nic całą robotę, nad którą przez cały tydzień się namozolił. Oczywiście strasznie mu ta próba nie do smaku poszła, ale trzeba było myśleć o zabezpieczeniu własnej osoby i nie było innej rady, jak wziąć się znów co żywo do przeróbki owego szyszaka. Pod tekturę tedy żelazne dał obróżki, wszystko skleił bardzo pięknie i w przekonaniu własnym bardzo mocno; ale odechciało mu się już prób robić, bo pewny był, że ma szyszak z przyłbicą najwykwintniejszego gatunku.

40

Koń, ImięDokonawszy tego dzieła, zajął się rumakiem; poszedł do stajni, przyglądał się szkapie swojej, a choć chudzina ta mizerniej może wyglądała, niż wywłoka Goveli qui tantum ossa et pellis fuit[25], byłby jednak poprzysiągł, że był to rumak dzielniejszy od Bucefała Aleksandryjskiego i Babieki[26] Cydowej. Cztery dni, jak Pan Bóg przykazał, strawił, susząc sobie głowę nad wymyśleniem nazwiska dla tego rumaka; boć nie uchodzi, myślał sobie, żeby wierzchowiec tak słynnego rycerza nie był światu z imienia znanym. Szło mu koniecznie o to, żeby wymyślić takie, co by zarazem malowało stan owego wierzchowca przed wejściem w szeregi błędnego rycerstwa, i to czym miał stać się później. Konieczną i logiczną wydawało mu się rzeczą, że kiedy pan zmienia stan swój, iżby i koń nazwę swą zmienił, a przyjął taką, co by go uświetniła i godnie odpowiadała nowemu jego powołaniu. Dobrze tedy rzecz tę rozważywszy, przerozumowawszy, przekombinowawszy, z tysiąc rozmaitych nazw próbując, zmniejszając, zdłużając i łatając, postanowił nareszcie nazwać go Rosynantem[27], bo nazwa ta wydała mu się bardzo wspaniałą, świetną i wielce znaczącą, a godną pierwszego w świecie bieguna. Imię, Rycerz, SławaWynalazłszy tak śliczne imię dla konia swego, zaczął teraz myśleć, jakie by tu sobie samemu nadać nazwisko; osiem dni przemyśliwał i nazwał się Don Kichotem; niektórzy autorowie tej historii, co do joty prawdziwej, myśleli z tego powodu, że istotnie musiał się nazywać Quixada, a nie Querrada, jak to inni utrzymywali. Przypomniawszy zaś sobie, że Amadisowi dzielnemu nie dość było na własnym nazwisku poprzestać i że dodał jeszcze do niego nazwę ojczyzny swej i królestwa, dla większego ich uświetnienia przezwał się Amadisem z Galii, nasz rycerz uczynił tak samo i przezwał się Don Kichotem z Manchy, myśląc, że tym sposobem rozgłosi po świecie całym i zaleci na wieki imię swej rodziny i miejsca rodzinnego.

41

Rycerz, Dama, ImięTak tedy wyszorowawszy należycie zbroicę, z nagłówka wysztukowawszy sobie hełm przyzwoity, rumaka ochrzciwszy wspaniale, a siebie znamienicie, mniemał, że teraz nie brakuje mu już nic więcej, jak tylko damy, w której by był zakochanym; bo rycerz błędny bez miłości, to tak samo jak drzewo bez liścia i owocu, a nawet po prawdzie, jak ciało bez duszy. Jeśli kiedy, na nieszczęście, mówił sobie, a raczej na szczęście moje, przyjdzie mi się spotkać z jakim wielkoludem, jak się to błędnym rycerzom zwykle przytrafia, i gdy pierwszym cięciem powalę go na ziemię albo rozpłatam na dwoje, słowem, gdy go zwyciężę, to przecież muszę z niego komuś zrobić prezent; muszę słyszeć, jak padłszy na kolana przed damą serca mego, pokorniutkim i skruszonym głosem przemawiać będzie do niej: „Pani, ja jestem olbrzym Karakuliambro, pan wszechwładny wyspy Malindranii, którego niezwyciężony i niewysłowionej nigdy chwały rycerz Don Kichot z Manchy zwyciężył w pojedynczym boju; z jego to rozkazu przychodzę ukorzyć się u stóp Waszej Znamienitości i oddać pod jej wolę i rozporządzenie, jako nędzny jej sługa i niewolnik”. O, jakże się cieszył, jak radował nasz rycerz, wyrecytowawszy sam do siebie tę piękną mowę, a nie posiadał się już z rozkoszy, kiedy znalazł nareszcie w głowie niewiastę, którą wrytował na panią serca swego! Była nią, jak mniemają historycy, gładka dość dziewucha wiejska, córka rolnika ze wsi, w której mieszkał nasz rycerz i kochał się w niej kiedyś, ale tak, że ona o tym ani trochę nie wiedziała i ani się domyślała. Nazywała się Alonza Lorenzo; ją to wybrał on teraz na panią swych myśli i serca; a wyszukując i dla niej także nazwiska równie szlachetnego, jak własne, i które by miało w sobie coś książęcego, po długich turbacjach nazwał ją nareszcie Dulcyneą z Toboso, jako w rzeczy samej stamtąd pochodziła, i że imię to przypadało mu niemniej do myśli i smaku, jak i imiona, powynajdywane przezeń dla siebie i konia swego.

Rozdział II

O pierwszym ruszeniu w świat Don Kichota.

42

Rycerz, Zabawa, Marzenie, Książka, SzaleniecTak więc wszelkie przedwstępne poczyniwszy kroki, rycerz nasz nie chciał już dłużej dać czekać na siebie ludzkości, bo czuł, że każda chwila zwłoki czyni go winnym i odpowiedzialnym za wiele krzywd na świecie, za wiele nadużyć i niesprawiedliwości, którym zapobiec by było można. Owóż tedy nie dawszy nikomu najmniejszej po sobie poznaki o zamiarze swoim, jednego ranka, jeszcze przed świtem, a było to w lipcu i pogoda śliczna, ciepluchna, uzbraja się od stóp do głów, wsiada na Rosynanta, nadziewa tarczę, bierze dzidę, i małą furteczką z brudnego podwórka wyjeżdża niepostrzeżony; wymyka się w pole, uradowany nieskończenie, że tak piękne zamiary tak dobrze i łatwo spełniać mu się zaczynają. Ale zaledwie ze sto kroków od domu odjechał, straszny skrupuł budzi mu się w głowie i tak mu dogryza, iż bez mała nie zawrócił do domu i nie porzucił całkiem tak cudnych zamiarów. Przypomniało mu się, że nie był pasowanym na rycerza i że wedle obyczaju błędnego rycerstwa, nie miał prawa potykać się na rękę z żadnym rycerzem, i że choćby już nawet był pasowanym, to powinien nosić tarczę bez żadnego napisu, bo napis taki dzielnością ramienia dopiero zdobyć sobie należy, inaczej jest się tylko mleczakiem i frycem. Uwagi te zachwiały go chwilowo w zamiarze; ale że rozumowanie wszelkie ustąpić musiało przed naciskiem szału zawziętego, postanowił więc, że pierwszemu lepszemu, którego spotka, każe się pasować na rycerza, jak to czytał w książkach, że bardzo wielu już przed nim zrobiło. Że zaś terminem technicznym zbroja rycerza, który pierwszego pola jeszcze nie odbył, nazywała się bronią białą, powiedział sobie przeto, że swoją tak odnucuje, że od śniegu bielszą będzie niezawodnie. Tym sposobem ukoił się w kłopocie i ruszał naprzód drogą, wcale się o nią nie troszcząc i wybór w tej mierze zostawiając najzupełniej rozumowi konia; sądził bowiem, że to właśnie jest główną cechą powołania błędnych rycerzy. „Co za radość — mówił sam do siebie — dla przyszłych wieków, gdy czytać będą historię wypraw moich słynnych, którą mędrzec, co ją napisze, niezawodnie od tych słów zacznie: „Zaledwie promienny Apollo jął roztaczać złociste sploty płowych swych kędziorów na oblicze ziemi, a ptaszki rozbudzone dopiero witały słodkimi dźwięki przybycie pięknej rumianej jutrzenki, która wyszedłszy z łóżka od męża zazdrosnego, ukazała się śmiertelnym na krużgankach widnokręgu Manchy, gdy słynny rycerz, Don Kichot, wróg nikczemnych wczasów i miękkiego łoża, dosiadł już był dzielnego rumaka Rosynanta i wyjeżdżał na starożytne i rozgłośne wokoło pola Montielu”. Rzeczywiście stał właśnie w tej chwili na gruncie wioski tego nazwiska. „O! epoko szczęśliwa — mówił dalej — o! wieku szczęśliwy, coś się stał godnym widzenia moich wielkich i nieporównanych czynów, zasługujących na to, by je rytowano w brązie i rżnięto w marmurze na wieczną sławy mojej pamiątkę i przykład dla przyszłych kiedyś pokoleń. O! ty wielki w mądrości czarnoksiężniku! co będziesz miał zaszczyt opisywania tej zadziwiającej a prawdziwej historii mojej, kto bądź jesteś, pamiętaj, proszę cię, pamiętaj skreślić dokładnie potomności, jak dzielnym i zręcznym był ten poczciwy mój Rosynant, wierny i niedostępny towarzysz wszystkich przygód moich”.

43

Takie palił ciągle perory, a przechodząc z materii jednej do drugiej ni stąd ni zowąd, gdy mu się zdało, że naprawdę zakochanym jest na śmierć, wołał: „O! księżno Dulcyneo, pani serca uwięzionego, straszną krzywdą dotknęłaś mnie, wyprawiając tak od siebie i nakazując mi srogo nie pokazywać się przed obliczem swej piękności. Racz pomnieć, pani moja, o sercu tym biednym, tobie oddanym, co tyle dla twej miłości ciężkich cierpień ponosi”. I jechał ciągle, bredząc podobnie za każdym razem, jak tylko przypomniał sobie coś z ksiąg, które czytał i silił się jak najmocniej, żeby styl ich pięknie naśladować. Tak się zagłębił w tym upojeniu, że człapiąc noga za nogą, ani się spostrzegł, iż słońce już wysoko wybujało, i tak mu pionowo łysinę promieniami parzyło, że niezawodnie mózg by mu się roztopił od tego skwaru niezadługo, gdyby go tylko choć odrobinę jeszcze tam było.

44

Cały dzień prawie jechał tak i nic mu się godnego wzmianki nie wydarzyło; do rozpaczy go to przyprowadzało, bo pałał niepohamowaną żądzą zmierzenia się dzielnym orężem choćby z najtęższym nawet chwatem. Dziejopisarze jedni twierdzą, iż pierwsza przygoda spotkała go w wąwozach Port-Lopice, inni znów zapewniają, że pierwszą była przygoda z wiatrakami. Ja ze starych kronik miejscowych tyle tylko w tym względzie dowiedzieć się mogłem, że rycerz nasz cały ten dzień jechał i jechał ciągle, aż pod wieczór i on, i rumak tak byli zmęczeni, tak zgłodzeni, że już ledwo a ledwo nogi za sobą ciągnęli. Karczma, GospodarzOglądając się na wszystkie strony za dymem z komina, a w myśli rojąc sobie zamki i pałace, Don Kichot nareszcie dostrzegł na trakcie jakiś dom zajezdny. Zaraz skierował tam kroki, jakby za gwiazdą zbawienia. Rycerz, Dama, ŚmiechZmrok już dobrze zapadał; przed karczmą siedziały dwie kobiety, z rodzaju tych, co to je nazwać dość trudno, które sobie wracały z mulnikami do Sewilli, i na nocleg zatrzymały się tu z nimi. Zapaleniec nasz, z głową nabitą zawsze romansami, których się naczytał i patrzył na wszystko przez ich okulary, wziął zaraz karczmę za zamek warowny z wieżami, basztami, mostem zwodzonym i wszelkimi przynależnościami, w jakie opisy powieściopisarskie zawsze obfitują. Zatrzymał rumaka na kilkanaście kroków przed warownią, czekając, żeby karzeł zadął w róg z baszty i dał znać mieszkańcom o przybyciu rycerza jakiegoś; ale że karła jakoś długo ani oko[28], a Rosynantowi strasznie było spieszno do stajni, podsunął się więc ku drzwiom domu i zobaczył dwie czeczotki, o których wyżej wspomnieliśmy, a które wziął zaraz za jakieś znakomite dziewice świeżego powietrza używające. Zdarzyło się też jakoś, jakby naumyślnie, że pastuch, zganiający z pola nierogaciznę, zadął dwa, czy trzy razy w fujarę, na który to odgłos świnie (przepraszam, ale nie moja wina, że się tak nazywają) zbiegają się do kupy. Oho! Don Kichotowi już się to wydało, bo tak sobie życzył, że karzeł z baszty daje znać o jego przybyciu. Nie posiadając się tedy z radości, kroczy ku damom, a te widząc człeka tak po cudacku wyrynsztunkowanego, z ogromną tarczą i dzidą prosto na nie walącego, niewiele myśląc, nuże w nogi do karczmy. Nie zdziwił Don Kichota przestrach pań, bo mu się wydał bardzo naturalnym; prędko więc podniósł tekturową przyłbicę i odkrywszy kościstą i kurzem umorusaną twarz swoją, słodziuchnym a poważnym przemówił do nich głosem: „Nie uchodźcie, miłościwe panie, nie obawiajcie się najmniejszej dla siebie ujmy, prawom wykwintnej galanterii przeciwnej, bo zakon rycerski, do którego mam zaszczyt należeć, nie dozwala mi ubliżać nikomu, a tym bardziej dziewicom tak dostojnym, jak wasza obecność wskazuje”. Dziewczyny stanęły, wlepiły oczy w tego dziwoląga, któremu łatana przyłbica połowę twarzy zasłaniała, a słysząc, że je dostojnymi dziewicami mianuje, co im się w życiu nigdy jeszcze nie zdarzyło, nie uciekały już i zaczęły się chichotać tak serdecznie, że Don Kichot, nie mogąc pojąć, co to ma znaczyć, rozdąsał się na dobre i z wielką powagą odezwał się do nich: „Skromność i grzeczność piękności przystoi, to jej udział; ale śmiech nie wiada[29] z czego, zdradza tylko prostactwo i do nierozumu się zbliża. Nie mówię ja wam tego, miłościwe panie, w myśli najmniejszej urazy, a jeno, że jedynym zamiarem moim jest pokorne służby moje całkowicie wam ofiarować”. Przemowa ta, dla uszu ich tak niezwyczajna, i widok tego człowieka, tak śmiesznie wystrojonego, jeszcze bardziej rozchichotały dziewczyny, tak, że pękały prawie od śmiechu, a rycerz nasz ledwo nie pękał ze złości, i kat go wie, jakby tę sprawę był zakończył, gdyby na szczęście nie ukazał się we drzwiach gospodarz z przyzwoitym godności swej brzuszkiem. Widząc figurę tak cudacką i tak po wariacku uzbrojoną w kirys, puklerz i dzidę, szanowny amfitrion[30] niemniej uczuł się skłonnym do śmiechu jak wędrowne panny; ale że z natury już był ostrożnym i że strachu więcej miał za skórą niż owe panny, na widok przeto tego całego rynsztunku uśmierzył w sobie chęć śmiechu i przezornie postanowił obejść się z gościem z wszelkim dla osoby jego szacunkiem. Skłoniwszy się więc, przemówił do Don Kichota: „Mości rycerzu, jeżeli szukasz przytułku dla siebie, na niczym ci w gościnie mojej zbywać nie będzie, prócz jednego łóżka; zresztą znajdziesz wszystko w jak największej obfitości”. Don Kichot widząc tak uprzejmym dla siebie gubernatora zamczyska (bo takim sobie wyobrażał karczmarza i karczmę), odpowiedział mu: „Co do mnie, mości kasztelanie, mało mi bardzo potrzeba; nie szukam, jak widzisz, chluby w zniewieściałości, ani w marności stroju; broń jedyną moją rozrywką i ozdobą, a rycerskie rzemiosło odpoczynkiem”. Korpulentny gospodarz nie mógł wprawdzie pojąć, dlaczego Don Kichot nazywa go kasztelanem, ale że szczwana była z niego sztuka, nieodrodny Andaluzyjczyk z wybrzeży San Lukaru, a przy tym co się nazywa pierwszy majster w swoim rzemiośle, zwinny jak student, a filut jak paź, nic tedy nie dając poznać po sobie, tak prawi do niego: „A kiedy tak, mój mościwy panie, to na kamieniach będziesz miał waszmość wygodne dla siebie łoże, ile że, jak miarkuję, snu zażywasz zapewne nie więcej, jak czata; w takim przeto stanie rzeczy nie ma co gadać, jeno waszmość zsiadaj z człapaka, a możesz być pewien, że znajdziesz tu sobie wygodę nie tylko na jedną noc bezsenną, ale choćby i na cały rok ci jej wystarczy”. Tak przemówiwszy, poszedł potrzymać strzemienia Don Kichotowi, który z wielką biedą zgramolił się z siodła, co nie dziwota, bo każdemu by to kaducznie ciężko przyszło, gdyby, jak on, o dziewiątej godzinie wieczorem ani kęsa śniadania jeszcze nie miał w gębie.

45

Zsiadłszy z konia, rycerz pilnie zalecił gospodarzowi, aby ludziom przykazał należyte mieć staranie około jego rumaka, zaręczając mu uroczyście, że na całym świecie nie masz lepszego i piękniejszego zwierzęcia trawożernego. Gospodarz przyglądał mu się uważnie, ale nie wydało się wcale, aby w tym zaręczeniu Don Kichota była choć jota prawdy. Umieściwszy konia w stajni, wrócił dowiedzieć się, czego żądać będzie kawaler i zastał go rozdziewającego się z rynsztunku, w czym uczynnie dopomagały mniemane panny, z którymi się już pogodził. Zdjęły z niego kirys[31] i pancerz[32], ale mimo najmozolniejszych usiłowań, nie mogły rozpiąć naramiennika, ani rozwiązać supłów od zielonych wstążek, podpinających mu pod brodą szyszak, a na rozcięcie tych supłów żadną miarą przystać nie chciał. Całą noc więc siedział z przyłbicą na głowie, a wyglądał jak najpocieszniejsza istota w świecie. Biorąc zaś stworzenia rozbierające go tak usłużnie za osoby wysokiego rodu i za panie tego zamku, z wykwintną galanterią mówił do nich: „Wątpię bardzo, aby był kiedy bądź na świecie rycerz, co by za obrębem własnego domu doznał tyle od dam uprzejmości, co Don Kichot; panny usługują jemu, a księżniczki jego rumakowi! O szczęśliwy Rosynancie! tak się rumak mój zowie, a Don Kichot z Manchy, to moje nazwisko, którego, nadobne dziewice, nie miałem wam wyjawić wprzódy, dopóki bym znamienitym jakim czynem, w usługach waszych dokonanym, nie zjednał mu pięknego przed wami zalecenia. Dowiadujecie się go przed czasem, bo okoliczności obecne przypomniały mi cudny romans Lancelota; ale przyjdzie chwila, nie wątpię, iż raczycie zaszczycić mnie waszymi rozkazy, a ja wam bezgranicznym posłuszeństwem moim i dzielnością rycerskiego ramienia dowiodę, jak gorącą pałam żądzą poświęcenia wam pokornych służb moich”. Panny, nieprzywykłe słyszeć mowy takiej i nic jej nie rozumiejąc, nic się też nie odzywały. Zapytały go tylko, czy by czego nie zjadł. — „Z całego serca, z całego serca, odparł Don Kichot, zdaje mi się, żeby to było nie od rzeczy”. — Na nieszczęście był to piątek i w całej karczmie nie było nic do jedzenia, prócz rybek maleńkich, które zwą truchnela, podobnych do drobnych pstrągów. Zapytano go więc, czy będzie jadł te rybki; on myśląc, że mu mówią o małych pstrągach, „z największą chęcią, odpowiedział, a byle ich było sporo, to na to samo wyjdzie, co jeść duże pstrągi, boć przecie w gruncie rzeczy, sześćdziesiąt groszy to znaczy to samo, co dwuzłotówka, a może i to jeszcze będzie w zysku, że te małe pstrążki w smaku są delikatniejsze od wielkich, jak delikatniejszy jest baranek od skopa[33]; słowem, co tam mają, niech dają, aby tylko prędzej, aby tylko zaraz, bo nie ma co mówić, że brzemię silnej zbroicy kaducznie morduje człowieka, a po znoju zawsze dobrze sił nieco pokrzepić, ażeby je mieć świeże od wypadku”. Wystawiono mu stół przed karczmą, że to jeść przyjemnie na świeżym powietrzu i gospodarz podał mu na talerz rybki niedogotowane bez żadnej przyprawy, a do tego kromkę razowca, jak sadze czarnego i nieźle podpleśniałego. Było z czego pękać od śmiechu, widząc, jak biedaczysko zawijał, bo trzeba wiedzieć, że naramienniki i szyszak tak go piekielnie krępowały, iż własnymi rękoma nic do ust donieść nie mógł; jedna więc z usłużnych panien musiała go w tej funkcji wyręczać i jadło mu do gęby podawać. A pałaszował, że mu się aż uszy trzęsły; z piciem nie było już rady, bo ani sposób mu go podać; szczęściem dowcipny gospodarz wpadł na koncept, prześwidrował kawał grubego kija, jeden koniec wsadził mu w usta, a drugim lał wino, i tak go napoili. Poczciwy szlachciura znosił to wszystko z anielską cierpliwością i wolał cierpieć te wszystkie biedy, niż przystać na rozcięcie wstążek, podpinających szyszak. W czasie tej biesiady przybył do karczmy koziarz jakiś, który zbliżając się, gwizdnął silnie parę razy. Odgłos tej miłej muzyki utwierdził jeszcze mocniej Don Kichota w mniemaniu, że znajduje się w znakomitym jakimś zamku; widziało mu się, że mu wyprawiają serenadę w czasie uczty, a niedogotowane stynki tym wyborniejszymi pstrągami mu się wydały; razowiec brał za pulchniutką bułeczkę, awanturnice coraz znamienitszymi były w jego oczach damami, a karczmarz dostojnym magnatem, samowładnym panem obronnego grodu. Zachwycony tą pierwszą przygodą, szczęśliwie roił marzenia o przyszłych swych losach. Jedna go tylko rzecz serdecznie bolała, a to: że jeszcze nie był pasowanym na rycerza, i że bez tego nie mógł się ważyć urzędownie na żadną kawalerską przygodę.

Rozdział III

Jak miłym sposobem Don Kichot wymógł na karczmarzu, że go pasował na rycerza.

46

Dręczony tą boleścią, o której w końcu zeszłego rozdziału wspomnieliśmy, zapaleniec nasz nie dojadłszy nawet chudej kolacyjki, którą tak smacznie spożywał, zerwał się nagle zza stołu i w wielkim pośpiechu chwytając gospodarza pod rękę, wyprowadził go do stajni, a tam drzwi dobrze zamknąwszy, rzucił się przed nim na kolana i ze złożonymi jak do pacierza rękoma, w wielkim uniesieniu tak doń przemówił: „Waleczny rycerzu, ja się dopóty z miejsca tego nie ruszę, dopóki, miłościwy panie, nie przyrzeczesz mi, iż raczysz przychylić się do prośby mojej, której spełnienie niemniej tobie samemu zaszczytu i sławy, jak światu całemu korzyści i dobra przyniesie”. Karczmarz strasznie zrazu zdziwiony, że przed nim jak przed świętym ktoś na kolana pada i w tak górny sposób do niego przemawia, wytrzeszczył tylko na niego oczy, sam nie wiedząc, co rzec, i mordował się siłą całą, żeby go z klęczek podnieść, ale na próżno się silił, tamten ani popuścił zaciętego uporu, dopóki mu nie przyrzekł, iż zrobi, czego się od niego domaga i spodziewa. „Byłem tego pewien, iż uprzejmość waszmość pana odmówić mej prośbie nie może, odparł Don Kichot. RycerzProśba moja do ciebie, panie, której spełnienie łaskawie przyrzec mi raczyłeś, jest o to, ażebyś waszmość pan jutro, co jeno świt, raczył mnie pasować na rycerza, a dziś w nocy, ażebyś mi pozwolił odbyć rycerską próbę w kaplicy zamku twojego, gdzie należytym skupieniem ducha przygotuję się do przyjęcia dostojnego znamienia, którego tak gorąco pragnę i które nada mi prawo szukania przygód kawalerskich w niesieniu pomocy strapionym, wymierzaniu kary na krzywdzących po całym już szerokim świecie, jak to przepisuje zakon rycerski, do którego się liczę”. Karczmarz, sztuka mądra i sprytna, jakeśmy to już powiedzieli, od samego początku zaraz zaczął jakoś przewąchiwać, że kawalerowi zajączki po głowie burmistrzują, ale teraz usłyszawszy taką do siebie przemowę, upewnił się już w zdaniu na dobre, i nie widząc innej rady, dla samego śmiechu przyrzekł mu, iż żądaniu jego zadosyć uczyni. Odpowiedział mu, że nie mógł szczęśliwiej z prośbą się udać, że śliczny robi wybór powołania, najzupełniej godny rycerza tak znamienitego i dostojnego, jakim się prezentuje, że on sam wreszcie, kiedy był młodym, mocno praktykował w tym zaszczytnym rzemiośle i wiele kątów po świecie nawycierał, goniąc za różnymi kawałkami i że nie ma jednej dziury na wszystkich przedmieściach Malagi, na wyspach Riaran, na rynkach Sewilli, Segowii, Walencji, Grenady, na brzegach San-Lukaru, w porcie Kordoby i w najskrytszych szynkowniach Toledo, gdzie by nie dał dowodów zwinności nóg swoich i dzielności dłoni, płatając na wszystkie strony najrozmaitsze sztuczki: to wdówki podskubując, to dziewczyny oszukując, to głupców w pole wywodząc, słowem, imię swoje głośnym czyniąc we wszystkich prawie trybunałach Hiszpanii. Że na koniec, po długich trudach teraz osiadł w zamku swoim, gdzie żyje z dochodów własnych i cudzych i przyjmuje wszystkich błędnych rycerzy wszelkiego kalibru i stanu przez samo współczucie braterskie ku nim i żeby podzielić się z nimi całą chudobą za tyle dobrego, co na świecie robią. Powiedział, że nie ma w zamku swoim na teraz kaplicy, w której by można odprawić rekolekcje rycerskie, gdyż starą kazał zwalić, a nowej jeszcze nie zbudował, ale że to nic nie szkodzi, wiadomo mu bowiem, że w razie potrzeby można noc rycerską spędzić byle gdzie, i że jeżeli mu się podoba, jakby tego dopełnić na podwórzu zamkowym, które jakby umyślnie na to urządzone, doskonale potrzebie odpowiada, że rano odbędą ceremonię, a tak za godzin pięć lub sześć może być pewnym, iż będzie tak doskonałym rycerzem, jak mało podobnych na świecie.

47

Rycerz, Pieniądz— A masz wasze co pieniędzy przy sobie? — zapytał jeszcze.

48

— Pieniędzy! — odparł Don Kichot — ani grosza, nigdym nie doczytał się w żadnej historii, żeby który bądź z błędnych rycerzy miewał pieniądze z sobą.

49

— O! to się wasze grubo mylisz — na to mu brzuchaty gospodarz — jeśli o tym nie stoi nic w książkach, to właśnie dlatego, że ci, co je pisali, uważali to za rzecz bardzo prostą i konieczną, żeby błędni rycerze mieli pieniądze, tak samo, jak nic także nie pisze tam, że mieli koszule do przemiany, a przecież bez tego by się nie obyli. Bądźże wasze pewien, że wszyscy ci rycerze, o których książki piszą, mieli dobrze naładowane kieski od wszelkiego wypadku, jak również mieli zawsze bieliznę z sobą i puszkę z maściami na rany, boć rozumiesz to wasze, że straszne staczając boje wśród puszcz i lasów, niekoniecznie im się zdarzyło mieć na zawołanie felczerów, co by ich opatrzyli, i zgniliby wprzód, nim by się ich doczekali, chyba, żeby im jaki czarnoksiężnik z przyjaźni zesłał na obłoku panienkę lub karła z flaszeczką wody cudownej, której jedna kropla na język wzięta człowiekowi konającemu wraca natychmiast zdrowie i rześkość, jak gdyby mu nigdy nic złego nie było. Ale że na taką usługę nie można liczyć na pewno, Sługarycerze przeto nie zapominali nigdy giermkom kazać brać pieniędzy i innych potrzebnych rzeczy, jako maści i szarpi, a jeśliby się nawet zdarzyło, że rycerz nie miał giermka, co bardzo rzadki wypadek, to sam brał te konieczne rekwizyta i w mantelzaczku, zręcznie przytroczonym do łęku wiózł je przy sobie, tak, że nic a nic widać nie było, bo znów, co prawda, to prawda, że mantelzaczkiem świecić samemu nie bardzo rzecz przystojna dla rycerza, i w każdej innej okazji pewno by żaden tego nie zrobił. Tak więc — dodał gospodarz — radzę waszmości, a nawet rozkazuję, jako przyszłemu synowi mojemu z rycerskiego ramienia, abyś nigdy nie ważył się ruszać krokiem bez pieniędzy i innych potrzebnych rzeczy, a obaczysz, że ci się przydadzą najlepiej wtedy, kiedy najmniej byś się tego spodziewał.

50

Don Kichot zapewnił go, że rady posłucha i wziął się zaraz do odbycia nocy rycerskiej na podwórzu obok karczmy. Rycerz, Obyczaje, Karczma, Szlachcic, ChłopTrzeba było odbyć tak zwaną straż broni; zebrał więc cały swój rynsztunek, złożył go na żłobie przy studni, a sam nadziawszy tarczę, a dzidę w garść wziąwszy, jął się przechadzać poważnie przed żłobem z miną przyjemną i dumną zarazem. Już dobrze późno w noc było, gdy zaczął tę piękną wartę; gospodarz, trzymając się za boki, rozpowiadał wszystkim gościom u siebie, co ten wariat wyrabia, jak odprawia straż rycerską i jak gwałtownie pragnie być pasowanym na rycerza. Wszyscy niezmiernie się zdumieli tym dziwnym gatunkiem wariactwa i chcąc się zabawić, przypatrywali się Don Kichotowi z daleka. Widzieli, jak poważnie i wspaniale maszerował tam i na powrót przed żłobem, to znów stawał odpoczywając, wspierał się oburącz na spisie i wlepiwszy oczy w zbroję, długo się w nią wpatrywał. Noc coraz widniejsza się robiła, księżyc wszedł wysoko i tak jasno świecił, że wszystko jak w dzień widzieć można było.

51

WalkaJednemu z mulników popasających w karczmie zachciało się skądciś napoić muły swoje; ale żeby je napoić, musiał ze żłobu zdjąć rynsztunek naszego rycerza. Don Kichot, jak go tylko zobaczył zbliżającego się i zamiar jego pomiarkował, zaraz wrzasnął nań donośnym i gniewnym głosem: „O! kto bądź jesteś, zuchwały rycerzu, co masz śmiałość zbliżyć się do zbroi najdzielniejszego z ludzi, co kiedy bądź oręż przy boku nosili, strzeż się, rozważ, co czynić zamierzasz, i nie waż się zbroi tej dotknąć, jeżeli nie chcesz położyć głowy za swą zuchwałość”. Niebaczny przewodnik niewiele zważał na odgróżki[34] Don Kichota, przeciwnie nawet, jakby gardząc nimi, zagarnął cały rynsztunek i śmignął nim z całej siły, tak, że się rozleciał daleko. Wtedy Don Kichot przewrócił oczy do nieba, a w myśli zwracając się do damy serca swego, zawołał: „Pani! pomagaj mi w pierwszej tej potrzebie, która czeka niewolnika twego; nie odmawiaj mi orędownictwa swego w tej sprawie”. Skończywszy tę przemowę, tarczę z ręki zrzucił, a chwyciwszy dzidę oburącz, tak nią w głowę zamalował zuchwałego mulnika, że ten padł na ziemię jak długi i tak zagłuszony, iż niewiele mu już brakowało, żeby się więcej nie ocucił. Dokonawszy tak walecznego dzieła, Don Kichot pozbierał rynsztunek swój, złożył go znów na żłobie i zaczął z najzimniejszą krwią chodzić tam i na powrót wzdłuż owego żłobu. Niedługo potem drugi mulnik, nie wiedząc nic, co się stało, bo tamten leżał jeszcze na ziemi bez czucia, przyszedł także do studni w zamiarze napojenia mułów, i kiedy wziął się do ściągania zbroi ze żłobu, Don Kichot, nic już nie mówiąc i niczyjej nie wzywając opieki, zdjął znów tarczę z ramienia, chwycił ją znów oburącz, i tak nią zamalował trzy, czy cztery razy winowajcę w głowę, że mu czaszkę w kilku miejscach rozranił. Na hałas stąd powstały i na wielki lament rannego, zbiegli się wszyscy ludzie z karczmy. Don Kichot, widząc tylu ludzi przybiegających, pochwycił tarczę, a miecz potrząsając w ręku: „Pani najcudniejszej piękności! — zawołał — potęgo i dumo serca mojego, teraz przyszła chwila, ażebyś najdostojniejszy wzrok swój zwrócić raczyła na rycerza, niewolnika swego, tak ciężką przygniecionego przygodą”. Po owym wezwaniu, tak się uczuł silnym i mężnym, że wszyscy mulnicy z całego świata zebrani rady by mu nie dali, a przynajmniej na krok by się przed nimi nie cofnął. Towarzysze wszakże poranionych mulników nie mogli przenieść na sobie, żeby krwi kamratów nie pomścić, zaczęli więc rzucać na Don Kichota gradem kamieni, od których zasłaniał się biedak, jak mógł, tarczą, nie ustępując krokiem od żłobu, żeby bronić zbroi. Gospodarz wrzeszczał z całego gardła, żeby mu dali pokój, że im przecież mówił, że to wariat, a jako wariat, choćby wszystkich mulników z całej Hiszpanii na tamten świat wyprawił, to mu zawsze nic nie będzie. Ale rycerz nasz wrzeszczał jeszcze głośniej od wszystkich, wymyślając im od nikczemników i zdrajców, pana zamku wyzywając przeniewiercą, z czci i wiary wyzutym, kiedy pozwala, żeby na jego terytorium tak znieważano błędnych rycerzy. „O! pokazałbym ja ci coś ty za jeden, podły przeniewierco — gardłował do niego — żebym tylko był już pasowany na rycerza. Wy wszyscy zresztą — wołał — jesteście tylko nikczemną gawiedzią, hałastrą ciurów, o was się nie troszczę! Strzelajcie, bombardujcie, silcie się, zdradzieckie plemię, ale się nie zbliżajcie, bo obaczycie, co wam będzie za waszą zuchwałość; dam ja wam”. A wrzeszczał tak donośnie, tak dumnie i imponująco, że strach przeszedł mrowiem po napastnikach i do tego stopnia stchórzyli panowie mulnicy, że posłuchali wołania karczmarza i przestali już walić kamieniami. Don Kichot pozwolił zebrać z pola bitwy rannych i z najzimniejszą krwią jął znów maszerować tam i na powrót wzdłuż żłobu jakby nigdy nic. Gospodarz rozmyśliwszy się nad tymi figlami Don Kichota, przyszedł do wniosku, że to trochę za grube żarty, i żeby się go pozbyć jak najprędzej, postanowił skończyć już co najrychlej z tym pasowaniem na rycerza. Uniewinniwszy się więc z zuchwałości tych gburów, o której nic nie wiedział, a która tak przykładnie ukaraną została, powiedział mu, że nie ma na teraz w zamku kaplicy, jak to już mu był oświadczył, i że wreszcie nie jest ona potrzebną do dalszych formalności obrzędu, że przy pasowaniu główną rzeczą jest akolada i dotknięcie mieczem po ramieniu, tak przynajmniej przepisuje ceremoniał rycerski, który czytał niedawno, i że tego dopełnić można tak samo na polu, jak i gdzie bądź indziej; nareszcie, że co do stróżowania około zbroi, dwie godziny są dostateczne, a on więcej niż cztery już tego obowiązku tak ciężko i wzorowo dopełnia. Don Kichot łatwo się dał przekonać, bo niczego tak nie pragnął, tylko, żeby jak najprędzej dochrapać się pasowania, i odpowiedział zamkowemu władcy, że gotów jest być mu we wszystkim posłusznym, i że byle był kompletnym już rycerzem, a dopuszczono się takiej jeszcze na niego napaści, to żywej duszy nie zostawi w zamku, wszystkich trupem położy i tych tylko oszczędzi, których on mu każe. Gospodarz, mądra sztuka, nie tracąc czasu, poszedł zaraz po wielką księgę, w której znaczył sobie rachunki za słomę i siano mulnikom wydawane, wziął z sobą dwie panny, które już znamy, i chłopca, któremu dał w rękę kawałek łojowego ogarka; z tymi przyborami i orszakiem przybył do Don Kichota i zaraz kazał mu uklęknąć na obydwa kolana. Potem, czytając niby to z książki, jak gdyby pacierz jaki, podniósł rękę do góry i wyciął go w kark tak mile, że aż mu się głowa pochyliła, a płazem miecza palnął go po plecach kalibrowym ciosem, ciągle mrucząc coś sobie pod nosem i do księgi zaglądając. Dopełniwszy tego, jednej z panien polecił przypasać miecz kawalerowi, czego ona dopełniła z wielką gracją, dusząc się ciągle od skrywanego śmiechu i nieraz pewno, w czasie tej ceremonii, obydwie parsknęłyby sobie serdecznie, gdyby poprzednie wypadki nie dały im poznać, że z tym panem kawalerem nie ma co żartować. Przypasując mu miecz do boku, miluchna panienka mówiła do niego: „Niechaj ci Bóg szczęści w bojach, nieustraszonego serca i wielkiej fantazji rycerzu”. A on jej prosił, żeby mu nazwisko swoje wyjawiła, by wiedział, komu tak wielką zawdzięcza łaskę, i do kogo należeć będzie połowa sławy, którą dzielnym ramieniem zdobędzie. Nadobna dziewica odpowiedziała mu, że się nazywa Toloza, że jest córką szewca z Toledu, pracuje w szwalni Sanchy Bienay'a i że zawsze, na każdym miejscu i o każdej porze, poczytywać się będzie za najuniżeńszą jego sługę. „Zaklinam cię, pani, na miłość ku mnie — zawołał Don Kichot — nazwisko twoje zaczynaj zawsze odtąd od don i mianuj się donną Tolozą”. Nie wymawiała się od tego i przyrzekła mu uroczyście, że zadość uczyni jego żądaniu. Druga nimfa przypięła mu ostrogę i ta sama była między nimi rozmowa. On jej się pytał o nazwisko, ona mu odpowiedziała, że nazywa się Młynarka i jest córką poczciwego młynarza z Antekwerry. I ją zobowiązał nowy rycerz do przyjęcia przed nazwiskiem, niezbędnego don, obsypał ją nieskończonymi dzięki i solennymi przyrzeczeniami wdzięcznych służb swoich. Kiedy się już skończyła cała ta cudaczna i niepraktykowana dotąd ceremonia, Don Kichot, pałający żądzą jak najprędszych przygód, skoczył co tchu do stajni, okulbaczył Rosynanta i rozsiadłszy się w łęku, w całej paradzie z konia uściskał gospodarza, szeroko i wymownie dziękując za łaskę, jaką mu wyświadczył. Co gadał, ani sposób nawet pomyśleć, żeby tu można powtórzyć, chybaby trzeba zwariować, tyle tam było cudackich i szalonych rzeczy w tej perorze. Gospodarz kontent, jakby go kto na sto koni wsadził, że go się już przecie pozbył, odpowiedział mu na jego komplementy w tym samym stylu, tylko znacznie krócej, i nie żądając ani grosza rachunku, z całego serca dał mu krzyżyk na drogę.

Rozdział IV

Co się wydarzyło naszemu rycerzowi po wyjeździe z austerii[35].

52

Dniało już, kiedy Don Kichot opuszczał mniemany zamek, a w takim był rozradowaniu ze swego rycerstwa nowo nabytego, że aż koniowi tej jego radości część się udzieliła. Przypomniawszy sobie rady gospodarza względem zaopatrzenia się w rzeczy konieczne rycerzowi, postanowił zawrócić do domu po pieniądze, koszule i giermka, na którego w myśli już wyforytował sobie sąsiadującego z nim zagrodnika[36], biedotę wielką, dziesięciorgiem coś dzieciaków obarczonego, ale bardzo przypadającego na urząd błędnego luzaka. Tak postanowiwszy, zawraca do wsi swojej, a Rosynant, jakby odgadł myśl pana, takiej nabrał żwawości i energii, że kopytami prawie ziemi nie dotykał, a gnał co siły. Nie ubiegł kilku stai może Don Kichot, gdy nagle ucho jego uderzył głos jakiś żałosny, jakby jęki boleści, z lasu na prawo dochodzące. Poznaje, że to nie ułuda i natychmiast podnosi oczy do nieba, gorące śląc dzięki za łaskawe podanie mu tak rychłej sposobności w spełnieniu obowiązków powołania swego i zebrania wawrzynów za szlachetne czyny. Te jęki, mówi sobie, to pewno jęki jakiejś istoty nieszczęśliwej, pomocy potrzebującej; trzeba ją nieść. I zwrócił Rosynanta w głąb lasu. Przemoc, RycerzNiedaleko zaraz ujrzał chłopca, z piętnaście lat może mającego, jak obnażony do pasa, wił się z męczarni, przywiązany silnie do pnia dębowego. On to krzyczał tak jękliwie, a miał czego nieborak. Chłopisko ogromne i barczyste sypało mu z całej siły biczowanie straszne kawałem surowczaka w nagie plecy, a każdy raz dosalał mu jeszcze nauczką jakąś i wymyślaniem. „Ozór za zębami, a gały na wierzchu”, prawił mu, bijąc. Na co chłopak odskamliwał: „Panie, panie, już nigdy nie będę, przez miłosierdzie boskie daruj, ulituj, się już nigdy słówka nie pisnę, a gromady czujniej pilnować będę”. Don Kichot, widząc to barbarzyńskie znęcanie się, zawołał gniewnym głosem: „Nieprzystojny rycerzu, nie godzi się gwałtu zadawać człowiekowi, co się bronić nie może; siadaj na konia i bierz spisę swoją (bo mu się zdawało, że przy dębie stoi spisa, a to był kostur pastuszy), a ja ci pokażę, że tylko tchórze i nikczemnicy tak sobie poczynają”. Chłop ledwie żyw ze strachu, co go ogarnął na sam widok tak strasznie zbroistego widma, żeleźcem lancy w sam brzuch mu godzącego, dygocąc cały, wybełkotał pokorniuchno: „Najprześwietniejszy panie rycerzu, ten wyrostek, którego karcę, to mój parobczak, to pastuch mój od owiec, ale tak ich nie pilnuje, że co dzień mi jedną gubi i nie dość, że niedbalec, ale jeszcze taki niegodziwy i hardy, że mi w oczy gada, jakobym to sobie do niego z wiatru tylko upatrzył, żeby mu zasług nie płacić, a jako żywo, klnę się duszą i ciałem, tak mi Panie Boże dopomóż, że to wierutne łgarstwo”. „Co? śmiesz mu zadawać kłamstwo w mojej obecności, zuchwalcze! — huknie Don Kichot — ja cię tu nauczę; jak słońce na niebie, tak prawda, że mnie ręka świerzbi, żeby ci brzuch nadziać na tę spisę moją. Rozwiązać mi zaraz tego chłopca i zapłacić go natychmiast, tylko ani słowa, bo klnę się Bogiem, że cię w tej chwili uśmiercę”. Wieśniak, spuściwszy głowę i słówka nie pisnąwszy, odwiązał pastucha, którego Don Kichot zapytał, ile mu się zasług należy. „Za dziewięć miesięcy — odpowiedział — po siedem realów na miesiąc”. Don Kichot porachował w myśli, wyliczył, że się należy sześćdziesiąt trzy reale i kazał je wieśniakowi zapłacić natychmiast, jeżeli mu życie miłe. Chłop, na pół umarły ze strachu, wtrącił, że nie chciałby dopuścić się krzywoprzysięstwa w takiej na siebie godzinie, ale że przysięga na wszystko co tylko najświętsze, iż tyle nie winien, bo od tej sumy trzeba odciągnąć trzy pary butów i jednego reala za dwa puszczenia krwi, kiedy był chory. „Jeżeli on podarł buty, któreś mu sprawił, toś ty mu narozdzierał skóry z grzbietu, a jeżeli cyrulik w chorobie krew mu puszczał, toś ty mu za to zdrowemu krwi także upuścił, tak więc kwita jedno za drugie”. „Ale to najgorsza bieda — rzecze już chłop przyciśnięty — że ja tu nie mam z sobą pieniędzy, niechże Andrzej pójdzie ze mną do domu, to mu święcie wszyściutko co do grosza wypłacę”. „Ja miałbym z nim pójść do domu — zawoła pastuszek — a niechże mnie ręka boska broni, oho! żeby mnie złapał samego, to by mnie pewno bez skóry puścił, jak św. Bartłomieja. ” „Nie, nie, nie bój się — na to mu Don Kichot — ja mu nie każę, a on rozkazy moje szanować musi, i byle mi dał rycerskie słowo, puszczę go i spokojny będę o wypłatę”. „Panie rycerzu — rzecze pastuch — co też to pan mówi, a toć przecie mój gospodarz nie jest żaden rycerz, ani mu się kiedy o takiej rzeczy śniło, toć on to jest Jan Haldudos, bogacz ten, co to mieszka pod Quintanar”. „To nic nie szkodzi — odeprze Don Kichot — i między Haldudosami mogą być rycerze, a zresztą uczynki szlachetne dają każdemu szlachectwo, każdy jest dzieckiem dzieł własnych”. „To prawda — mówi Andrzej — ale jakichże to on dzieł jest dzieckiem, kiedy mi zapłacić nie chce, com ja krwawo zarobił? ” Przemoc, Okrucieństwo, Sprawiedliwość, Rycerz, Chłop„Ależ ja ci nie zapieram, Andrzejku, mój miły — odpowie wieśniak — i powtarzam ci, jeno pójdź ze mną jakeś poczciw, a przysięgam na wszystkie rycerstwa, jakie tylko są na świecie, że ci wszyściuchno zapłacę co do grosiczka, zapłacę nowiusieńkimi jeszcze realami”. „Nowymi, czy nie nowymi, to nic, już tam wszystko jedno — mówi Don Kichot — byleś tylko wszystko zapłacił, co się temu chłopcu należy, a ja poprzestanę na tym. Ale pamiętaj sobie, że dałeś mi słowo i poprzysiągłeś, bo jakbyś mi skrewił, to ja ci znów przysięgam, że choćbyś się pod ziemię schował, to ja cię, bratku, wynajdę, a słono ci będzie. Żebyś zaś wiedział, z kim masz do czynienia, znaj, że jestem słynny Don Kichot z Manchy, mściciel krzywd i bicz na złych. Bywajże mi zdrów, a pamiętaj, żeś dał słowo, bo ja mojego słowa nie zapomnę”. Tak przemówiwszy, wpakował ostrogi w brzuch Rosynantowi i odjechał od nich.

53

Wieśniak patrzył za nim długo, a jak go w gąszczu już z oczu stracił, wrócił do pastucha i rzekł doń: „Chodź jeno, Andrzejku, mój kanaczku, muszęż ci zapłacić, jak ci się należy, bo mi przecie ten mściciel krzywd i bicz na złych tak kazał”. „Przysięgam wam — na to mu Andrzej — że jeżeli nie dopełnicie tego, co wam kazał ten zacny rycerz (za co niechaj mu Bóg długim i szczęśliwym życiem płaci), to ja choć na koniec świata pójdę po niego, przyprowadzę go tu, żeby na was karę uczynił, jak obiecał”. „Dobrze, dobrze — mówi wieśniak — i żeby ci też właśnie pokazać, jak ja cię bardzo kocham, to jeszcze ci długu przysporzę, żebyś miał więcej zapłaty do odebrania”. I mówiąc to, schwycił biednego Andrzejka za ramię, przywiązał go znów do tego samego pnia dębowego, i tak go bił, tak bił, że nie przestał, aż kiedy go zupełnie prawie bez ducha zostawił.

54

— A wołaj sobie teraz swojego mściciela — wrzeszczał jeszcze — obaczymy, czy ci odemści, co ci się namieściło, chociaż i tego mało, bo dalipan sam nie wiem, czemu nie ma być twoja prawda i czemu ja cię żywego ze skóry nie obedrę. — Jakby na urągowisko większe, odwiązał w końcu zbitego na leśne jabłko chłopczynę i wywoływał jeszcze: „No, ruszajże po tego sędziego swojego, niechajże tu przyjdzie i wykona ten swój wyrok, to jeszcze będziesz miał w zysku, coś dostał”. Nieszczęśliwy chłopczyna poszedł sobie z bólem w duszy i na ciele, zaklinając się, że znajdzie pana Don Kichota, a ten mu każe w czwórnasób należność zapłacić. Poszedł, grożąc i płacząc, bo kaducznie go nielitościwy pan obłożył, gospodarz zdrów sobie i bezpieczny, śmiał się na całe gardło.

55

Don Kichot zaś wielce zadowolony z siebie, że tak pięknie i walecznie się spisał, winszował sobie, jadąc dalej, takiego początku rycerstwa. „Możesz się śmiało za najszczęśliwszą z żyjących poczytywać — mówił do siebie; — o! najpiękniejsza z najpiękniejszych Dulcyneo z Toboso, że masz za niewolnika tak wyśmienitego rycerza, jak Don Kichot z Manchy, który, jak to światu całemu wiadomo, wczoraj dopiero pasowanym został na rycerza, a dziś już naprawił krzywdę najokropniejszą, na jaką zdobyć się może srogość i okrucieństwo najstraszniejsze na świecie, i wydarł z rąk niegodziwego oprawcy katowskie narzędzie, którym tak niemiłosiernie mordował tego chłopczynę”. Kończąc te wyrazy, dojechał do miejsca rozstaju, gdzie drogi na czworo się rozchodziły, tu zaraz przyszło mu do głowy, że błędni rycerze stawali zawsze na rozstajnych drogach, i rozmyślali, którą się puścić mają. Chcąc przeto w najmniejszej okoliczności iść za ich przykładem, zatrzymał się chwilę i zamyśliwszy się, puścił wolno cugle Rosynantowi, zostawiając mu wybór, a Rosynant, idąc za naturalnym popędem, wybrał drogę prosto do stajni prowadzącą.

56

Po dwugodzinnej blisko podróży Don Kichot ujrzał na drodze wielką gromadę ludzi; byli to, jak się potem pokazało, kupcy z Toledo, jadący za kupnem jedwabiu do Murcji. Było ich sześciu na pięknych koniach, z parasolami w ręku, a z nimi czterech jezdnych służby i trzech pieszych przy mułach. Ledwie ich zoczył Don Kichot, zaraz już nową przygodę sobie przygotował w głowie, bo książkowe historie ciągle mu mózg zaprzątały. Gotując się tedy na wszelki wypadek, poprawił się dumnie w siodle, nastroił tęgą minę, zasłonił się tarczą, wyprostował dzidę i stanąwszy na środku drogi, czekał na zbliżenie się jeźdźców, których brał za rycerzów błędnych. Rycerz, PrawdaGdy się tak zbliżyli, że mogli go dobrze widzieć i słyszeć, zawołał do nich ogromnym i zuchwałym głosem: „Niechaj nikt mi tu przejeżdżać nie waży się, kto wprzód głośno nie oświadczy, że nie ma na świecie całym pani pięknością świetniejszej od monarchini Manchy, nieporównanej Dulcynei z Toboso”. Słysząc to, kupcy stanęli, żeby się przyjrzeć twarzy cudackiej tego człowieka niespełna rozumu i z twarzy i ze słów jego wzięli go nie za co innego, jak tylko za to, czym był istotnie. Ale chcąc też obaczyć, do czego ma prowadzić żądane oświadczenie i zabawić się trochę, jeden z nich, żartowniś sobie i wcale dowcipny człowiek, odpowiedział mu: „Mości rycerzu, my wcale nie znamy tej pani, o której nam mówisz. Pokażże nam ją, jeśli taka piękność, jak powiadasz, z całego serca przyznamy to, czego od nas żądasz”.

57

— Gdybyście ją obaczyli — na to Don Kichot — to cóż by za zasługa wasza była, że przyznalibyście prawdę, która sama za siebie mówi? Tu właśnie o to idzie, żebyście temu uwierzyli, nie widząc jej, żebyście na to przysiąc byli gotowi i twierdzenia swego z bronią w ręku przeciw każdemu a każdemu bronili. Przyznajcie mi więc to natychmiast, ludzie dumni i pyszni, albo biada wam! Chodźcie, śmiałki, jeden po drugim, jak tego prawo rycerskie wymaga, albo jeśli chcecie, chodźcie wszyscy razem, jak to gawiedź wam podobna czynić zwykła. Stoję i czekam was, ufny w prawdę, którą mam za sobą.

58

Rycerz, Dama, Uroda— Dostojny rycerzu — odpowie kupiec — w imieniu wszystkich przytomnych tu, jak jesteśmy książąt, dopraszam się łaski twojej, nie zmuszaj nas do przyznania czegoś, o czym żadnego wyobrażenia nie mamy, bo aniśmy o tym słyszeli, ani widzieli; więc naprzód sumienie nasze obciążylibyśmy, a po wtóre wszystkim monarchiniom i księżniczkom Alkarii i Estramadury do najwyższego stopnia ubliżyć byśmy mogli. Pokaż nam chociaż najdrobniejszy wizerunek swojej damy, choć tylki[37] nawet, co ziarnko grochu, i tego nam dosyć; po nitce łatwo dojść kłębka. Wtedy ze spokojnym sumieniem będziemy mogli przyznać, czego żądasz, a ty zadowolonym zostaniesz. Zdaje mi się nawet, iż tak tu wszyscy ku tobie skłonni się czujemy, że gdyby nawet na portrecie jednym okiem zezowała, a z drugiego czerwień z siarką jej płynęły, to, żeby ci być przyjemnymi, jeszcze byśmy przyznali wszystko, co byś tylko żądał na jej pochwałę.

59

— Co? czerwień z siarką z oka jej ma płynąć — wrzaśnie rozwścieczony Don Kichot — a podłe ciury! Balsam i bursztyn! balsam i bursztyn z oczu jej płyną! Zezu ni garba nie zna, a prosta jest i smagła, jak wrzeciono Gwadarrameńskie; rozumiecie, pogany! Ja was tu zaraz nauczę, co to jest śmieć zuchwale lżyć piękność niezrównaną pani serca mojego!

60

Sługa, WalkaI nie bawiąc[38], jak wyskoczy wściekle na dowcipnisia z lancą w dół spuszczoną; byłoby mu ciepło, żeby nie szczęśliwa jego gwiazda, co sprawiła, że Rosynant w najtęższym rozpędzie utknął i na samym środku drogi jak długi się wywalił, a runął tak gwałtownie, że rycerz nasz razem z nim kawał aż na pole się potoczył. Gramolił się jak mógł, żeby się zerwać co prędzej, ale gdzież tam, ani podobna było, tak mu ciągle przeszkadzały to ostrogi, to dzida, to tarcza, szyszak i cały starodawny naddziadów rynsztunek przeklęty. Nie mogąc dać rady z sobą, językiem jednak docierał jak mógł i wrzeszczał co siły: „Nie uciekajcie, podli tchórze! czekajcie podły rodzie! stójcie, jeśli macie odwagę! Ja nie winien temu, że tu na ziemi leżę, to koń temu winien”. Jeden ze służby przy mułach, słysząc takie zniewagi, na panów swoich miotane, nie mógł już dłużej wytrzymać, bo nie był z tych, co to dużo lubią słuchać; poskoczy więc do leżącego na ziemi kawalera, schwycił mu dzidę, połamał na kawałki, a wybrawszy najpotężniejszy, jak nim weźmie młócić kawalera z sił całych, gdzie padło, tam padło, jak Bóg dał; i zbroja i rynsztunek nic nie pomogły, zbił go na miazgę, jak ziarno pod młyńskim kamieniem. Panowie krzyczeli, żeby mu już dał pokój i nie bił tak, ale gdzie tam, ani go wstrzymać, tak się młokos zapalił do tej zabawki, że jej nie przestał aż całkiem sercu swemu ulżył. Połamawszy w drobniuchne drzazgi jeden kawał dzidy, walił drugim, aż póki wszystkich zupełnie nie połamał, a biedny nasz rycerz ani na chwilę gęby nie zamknął pod tym rzęsistym gradem cepowych ciosów i ciągle wyzywał niebo i ziemię i klął rozbójników, co go tak nikczemnie napadli. Nareszcie zmęczył się już sam pachołek; kupcy pojechali w dalszą drogę, mając o czym na długi czas gadać sobie dla zabawki.

61

Don Kichot, widząc się sam[39], znów wstać próbował, ale trudna rada, niełatwo mu to było, kiedy zdrów był zupełnie na ciele, a cóż dopiero teraz, kiedy go jakby z koła zdjął. Mimo to wszystko, cieszyła go i ta przygoda niefortunna, bo takie przygody błędnym tylko rycerzom przytrafiać się mogą, a cała wina spadała nie na niego, lecz na konia. Pocieszając się, a zmłóconemu cielsku folgując, leżał tak ciągle na pobojowisku.

Rozdział V

Dalszy ciąg tej samej niefortunnej przygody.

62

Szlachcic, Chłop, Marzenie, Książka, SzaleństwoNie mogąc się ani ruszyć od bólu, a szukając ulgi, uciekł się biedny Don Kichot do zwykłego sobie środka, to jest do wygrzebania w pamięci jakiego wypadku, podobnego swemu, z książek, które czytał niegdyś. Bujny polot odurzenia przywiódł mu zaraz na myśl nieszczęśliwy przypadek Balduina i margrabi Mantuańskiego, kiedy Karol zostawił pierwszego z nich poranionego pod górą; historia znana wszystkim od najmniejszego do najstarszego, a tyle w niej prawdy, co w cudach Mahometa. Bądź co bądź, kawalerowi naszemu przygoda ta wydała się zupełnie odpowiadającą własnemu położeniu. Zaczął się przeto konwulsyjnie po ziemi niby z bólu tarzać i stłumionym głosem skargi takie rozwodzić, jakie niegdyś ów ranny rycerz miał wyśpiewywać:

O! gdzieżeś gwiazdo moich oczu, losów moich pani!

Czyż nie widzisz, co cierpię? jak ginę w otchłani?

Nie, ty nie wiesz, co cierpię — bo serce z kamienia

Miałabyś i pierś wyzutą z sumienia itd.

63

Kiedy tak żałosnym tonem cały ów romans wyśpiewuje i kiedy doszedł właśnie do miejsca:

O wielowładny Mantuy margrabio,

Potężny panie i wuju mój,

64

— zjawia się jakby umyślnie chłopek z pobliskiej wioski, wiozący zboże do młyna. Obaczywszy człowieka tarzającego się w bólach po ziemi i tak żałośnie lamentującego, zbliża się i pyta, co on za jeden i co mu jest, że tak straszliwie wyrzeka? Don Kichot bierze go zaraz oczywiście za margrabiego Mantuańskiego, swojego wuja, na pomoc mu przybywającego; tnie więc dalej pieśń swoją, nieszczęścia własne i miłostki narzeczonej z synem cesarza opiewającą.

65

Chłop, słysząc te brednie, jak głupi stoi chwilę, ale dla samej ciekawości schyla się nareszcie i podnosi mu przyłbicę rozbitą zupełnie, a zobaczywszy twarz najokropniej kurzem i ziemią omorusaną, obciera mu ją rękawem. Tak dopiero odskrobawszy, poznaje go i woła:

66

— A mój Boże! toć to wy, panie Quichada (z czego wnieść można, że musiał się tak nazywać nasz awanturnik, kiedy jeszcze miał wszystkie klepki w głowie), a któż to was tak sponiewierał?

67

Ale chłop swoje, a ten swoje, ani w ząb nie chce od romansu swego odstąpić i ciągle mu go recytuje. Poczciwy chłopina widząc, że tu z nim nie ma rady i do ładu nie dojdzie, miłosiernie ściąga z niego pancerz i naramienniki, chcąc się przekonać, czy nie ma jakich ran. Obmacał go, opatrzył naokoło, ale ani śladu krwi, ni rany żadnej nie znalazł. Podniósł go potem z wielką biedą z ziemi i zadźwigał na osła swego, uważając, że mu dogodniej na nim będzie, jak na grzbiecie Rosynanta. Rynsztunek cały jak najpilniej zebrał, ani ułomka spisy najmniejszego nawet nie zostawiając, wszystko w kupę związał i na Rosynanta wpakował, potem wziął go za uzdeczkę, osła za cugle i z całym tym taborem do wsi maszerował, rozmyślając i dziwiąc się, a w głowę zachodząc nad szaleństwem Don Kichota.

68

Don Kichotowi także niemądrze było na sercu, bo zbity na leśne jabłko, ledwie się biedaczysko utrzymać mógł na ośle, tak go kości dolegały, a od czasu do czasu głębokie do nieba słał westchnienia, tak przejmujące, że poczciwy chłopina znów go się pytał miłosiernie, co mu jest takiego? Ale rycerzowi naszemu szatan wyraźnie chwycił się mózgu i budził mu w pamięci wszystkie, jakie tylko kiedy bądź czytał historie, coś podobnego z jego teraźniejszą przygodą mające. Dał pokój już Balduinowi, ale za to uczepił się historii Maura Abindarraeza, jak go burmistrz Antequerry, Rodryg de Narvaez, wziąwszy do niewoli, do miasta swego odwoził. A kiedy go się chłop pytał, jak się teraz czuje i gdzie go boli, odpowiadał mu słowo w słowo wyrazami pojmanego Abindarraeza, w romansie Diana, kiedy ten odpowiada na zapytania Rodryga de Narvaez. Długie te i nudne brednie tak zamąciły głowę chłopu, że klął na czym ziemia stoi, zmuszonym będąc słuchać tego wszystkiego. Nareszcie zaświeciło mu jakoś w głowie i pomyślał sobie, czy aby pan sąsiad nie zwariował na piękne. Pośpieszał tedy, co mógł, do domu, żeby się pozbyć z głowy tych piekielnych bredni, które mu w uszy kładzie ciągle Don Kichot. Ale nie zdążył tak prędko do wsi i Don Kichot miał czas długim perorom swoim takie jeszcze dać zakończenie.

69

Szlachcic, Chłop, Szaleństwo, Tożsamość— Wiedz, szlachetny Rodrygu de Narvaez, że wspomniana przeze mnie wyżej piękna Ksarifa teraz na cudną Dulcyneę z Toboso zamienioną została i że dla niej to ja największe cuda rycerskiej dzielności jakie świat widział, widzi i widzieć będzie, spełniam, spełniałem i spełniać będę.

70

— A boś, miły paneńku — mówi mu na to zafrasowany sąsiad — przypatrztaż się mi, grzesznikowi, jak należy. Przecież widzita, że ja tam nie jestem żaden Rodrigo de Narvaez, ani margrabia Mantuański, ale jestem ja, ja sam, jak Bóg przykazał Peter Alonzo, wasz sąsiad, a wy przecież nie kto inny, ani Balduin tam jakiś, ani poganin Abindarraez, jeno nasz poczciwy szlachcic, jegomość Quichada.

71

— Wiem ja, kim jestem — zawołał Don Kichot — ale wiem także, kim być mogę, to jest nie tylko takim, jak dotąd wspomniałem, ale większym i dostojniejszym jeszcze od dwunastu parów Francji i dziewięciu bohaterów świata, bo to wszystko, co oni razem lub każdy z osobna zrobili, ani umywało się do wielkich czynów moich.

72

Tak we dwóch rozmawiając, dojechali pod wieczór do wsi; przezorny gospodarz zatrzymał się pod wsią, żeby się dobrze ściemniało, nie chcąc znanego wszystkim mieszkańcom szlachcica na pośmiewisko w takim stanie i na takim wierzchowcu wystawiać. Gdy noc zapadła, wjechał do wsi i odwiózł go do domu, gdzie wszystko w jak najokropniejszym było zamieszaniu od chwili zniknięcia pana. Książka, SzaleństwoProboszcz i cyrulik z tej wsi, najzażylsi jego przyjaciele, byli tam właśnie, wielce zafrasowani, a służąca pytała się księdza: „No i cóż, dobrodzieju Petro Perez (tak się nazywał proboszcz), jakże wy myślicie, co się stało z moim panem? Sześć dni już ani go oko, ani jego, ani konia, i musiał zabrać z sobą stare zbroisko i tarczę i spisę, bo się to wszystko gdzieś podziało. A! nieszczęśliwa głowa moja! ja wam powiadam, jako Bóg na niebie, jak zbawienia przy śmierci pragnę, tak to nic innego, tylko te z piekła rodem książczyska wariackie, do których go raz wraz szatan kusił, musiały mu w głowie popsuć. A! żebyście wy nigdy światła niebieskiego nie oglądały, bodajeście z piekła nigdy były nie wyszły psie książczyska, coście najpiękniejszy w całej Manchy rozum tak mizernie skręciły! O! pamiętam, pamiętam dobrze, jak on nieraz sam do siebie gadał, że musi w świat jechać, cudów rycerskich dokazywać i Bóg go tam już wie nie co! O! bieda, bieda!”

73

Siostrzenica także biadała tak samo i przeklinała i rozumowała. „Czy wiecie, panie Mikołaju — mówiła do cyrulika — że wujaszek często po dwa dni i dwie noce kamieniem siedział nad tymi przeklętymi księgami, a czytał ciągle i czytał. A potem zrywał się jak opętany, rzucał książkę o ziemię, chwytał miecz w rękę i rąbał nim zapamiętale po wszystkich ścianach i kątach. A jak się zmęczył, że już ani rusz ręką władnąć nie mógł, ustawał i opowiadał, że zabił czterech olbrzymów takich wielkich, jak nasza dzwonnica; obcierał się z potu, co się lał dziurgiem[40] z niego, i pokazywał go mówiąc, że to krew z ran, które mu zadali. Potem wypijał ogromny kufel wody świeżej, co zaraz ozdrawiało i uspokajało, ale powiadał, że to napój cudowny, który mu podarował jakiś Esquife, wielki czarnoksiężnik i przyjaciel jego od serca. Ja to winnam temu wszystkiemu, żem wam zaraz nie powiedziała o tych bzikach wujaszka, ale bałam się, żeby ludzie nie ogłosili go za wariata. Ogień, LekarzA wy może byście byli jeszcze znaleźli jaki środek uleczenia go. Bylibyście przynajmniej te wszystkie potępione książki w ogień wrzucili, jak heretyków wrzucają”.

74

— O tak, tak — wtrącił żywo proboszcz — w ogień, w ogień z tymi kacerstwami; przysięgam, że jutro, nim słońce zajdzie, dam ja na nich przykład ludziom, żeby znów kogo nie zgubiły, jak mego najukochańszego przyjaciela.

75

Kiedy taka rozmowa się toczy, wieśniak z Don Kichotem podjechali właśnie pod dom, a że mówiono bardzo głośno, dosłyszeli wszystkiego, i chłop dopiero na dobre się domyślił, co się z Don Kichota głową dzieje. Don Kichot, podjechawszy do drzwi, zaczął krzyczeć z całych sił: „Panowie! otwierajcie! hrabia Balduin, margrabia Mantuy, Rodryg de Narvaez burmistrz Antequerry z jeńcem swoim Maurem Abindarraezem przybywają tu”. Wszyscy wypadli do drzwi na to wołanie, a kiedy jedni przyjaciela, siostrzenica wuja, gospodyni pana swego w nim poznali, rzucili się do niego, chcąc go z radości całować, a on siedział nieruchomy na ośle, wcale ochoty do zsiadania z niego nie okazując. Ale gdy ujrzał ich tak biegnących z rozwartymi ramionami ku sobie, wyciągnął do nich poważnie rękę i zimno przemówił: „Dajcie mi pokój, wracam mocno poraniony, ale to koń temu winien. Zanieście mnie do łóżka i zawołajcie mi, jeśli można, znachorkę Arganię, żeby mi rany opatrzyła”.

76

— Otóż masz! — wrzaśnie gospodyni. — A co? nie mówiłam ja, że to na to przyjdzie, o! serce mnie ostrzegało! Chodź, chodź, najdroższy panie, i daj tam do licha pokój z tą znachorą; my ciebie sami wyleczymy i bez tej wiedźmy. A! żebyście wy przepadły, a żeby was milion potępień trzęsło, wy, szatańskie książki, coście mi pana tak wykierowały!

77

Poniesiono go na łóżko, a kiedy obszukiwać zaczęli gdzie by był ranny i żadnej rany znaleźć nie mogli, on im powiedział:

78

— Ja tylko rozbity jestem tak strasznie, bo koń mnie przywalił, gdym się potykał z dziesięciu najogromniejszymi pod słońcem olbrzymami.

79

— Oho! masz już olbrzymów — mruknął proboszcz. — No, no, nie będzie już ani jednego do jutra wieczór, jakem ksiądz!

80

Wiele pytań zadawali jeszcze Don Kichotowi, ale na wszystkie odpowiadał tylko, żeby mu jeść dali i wyspać się pozwolili, bo tego teraz najbardziej potrzebuje. Dali mu więc spokój, a ksiądz tymczasem wypytał się chłopa, gdzie i jak go znalazł. Chłop opowiadał wszystko co do joty, ani szczegółku nie opuszczając i jak mu prawił długo najdziwaczniejsze brednie, kiedy go znalazł na ziemi tarzającego się i kiedy go już wiózł do domu.

81

Ksiądz jeszcze bardziej utwierdził się w ważnym postanowieniu swoim i w celu dopełnienia go zaprosił na jutro cyrulika do mieszkania Don Kichota.

Rozdział VI

O surowym sądzie, jaki ksiądz z cyrulikiem na bibliotekę zacnego szlachcica Don Kichota złożyli.

82

Książka, Ogień, Kara, Ksiądz, SługaBohater nasz spoczywał głębokim snem zdjęty, kiedy ksiądz i cyrulik weszli do niego i zażądali od młodej siostrzenicy, żeby im dała klucz od pokoju, gdzie się znajdowały przeklęte książki. Z całego serca im go dała. Weszli tam wszyscy, nawet i gospodyni, i znaleźli ze sto z górą ogromnych foliantów[41] i mnóstwo mniejszych tomów, a wszystkie ślicznie oprawne i doskonale zachowane. Gospodyni, jak tylko je ujrzała, wypadła natychmiast gwałtownie z izby i powróciła zaraz z miską wody święconej w ręku.

83

— Macie, dobrodzieju, macie — bełkotała zdyszana — pokropcie całą izbę tą wodą, żeby który z tych czartowskich czarnoksiężników, co tam siedzą zaklęci w tych książkach, nie oczarował nas za to, że ich ze świata zgładzić chcemy.

84

Proboszcz się rozśmiał z tej prostoduszności i kazał cyrulikowi podawać sobie książki jedną po drugiej, żeby się przekonać, o czym każda traktuje i czy nie znajdzie się takich, co nie zasługują na srogą karę kacerską[42].

85

— Nie, nie — zawołała siostrzenica — ani jednej nie darować, wszystkie spalić, bo one wszystkie zgubiły mi wuja. Wziąć po prostu i od razu wszystkie oknem wyrzucić na kupę i podpalić, albo też wynieść je na tylne podwórko i tam je zagładzić, żeby dymu w domu nie narobić.

86

Książka, SądSłużąca była zupełnie tego samego zdania, a obydwie zażarcie nastawały na bezmiłosierną zagładę tych biednych niewiniątek; ale proboszcz nie odstąpił od swojego, że musi przynajmniej z tytułów je poznać.

87

Najpierwsza, co mu podał cyrulik, miała tytuł: Amadis z Galilei.

88

— O, to dopiero coś dziwnego — rzekł proboszcz — słyszałem przecież, że to jest pierwsze dzieło rycerskie, które w Hiszpanii drukowano i że ono służyło za wzór wszystkim innym. Zdaniem przeto moim, książka ta najpierw skazana być winna na spalenie, jako pierwszy herszt tak zgubnej sekty.

89

— A ja upraszam o łaskę dla niej — odezwał się cyrulik — bo słyszałem nieraz od mądrych ludzi, że to jest najpiękniejsze w tym rodzaju dzieło, jakie posiadamy, a jako najdoskonalsze i jedyne w sztuce swojej zasługuje na przebaczenie.

90

— Prawdę mówisz — odrzekł proboszcz — przebacza się jej więc tymczasowo. Pokaż, co tam masz dalej.

91

Dziwne przygody Esplaudiana — odpowiedział majster Mikołaj — to rodzoniuteńkie dziecko Amadisa z Galii.

92

— Co wolno ojcu, to zasie dziecku — na to proboszcz — gosposiu, otwórz okno i smyrgnij no ją tam na podwórze; będzie na fundament do stosu.

93

Gospodyni ledwo ze skóry nie wyskoczyła z radości, spełniając to polecenie; i poczciwy Esplaudian poleciał na podwórze czekać cierpliwie srogiego losu, jaki go miał spotkać.

94

— Idźmy dalej — odezwał się proboszcz.

95

— To, to jest Amadis z Grecji — rzekł cyrulik — a mnie się zdaje, że te wszystkie Amadisy to z jednego pułku.

96

— Marsz z nimi wszystkimi na podwórze — zaintonował proboszcz — palić wszystko, palić — a tę królową Pintiquieniestrę i pasterza Danirela z jego czułościami i sprośną gadaniną, to bym nawet z rodzonym ojcem razem spalił, gdyby mi się zjawił pod postacią błędnego rycerza.

97

— O! i ja także — zawtórował cyrulik.

98

— O! i ja z całej duszy — odezwała się siostrzenica.

99

— Palić, palić, wszystko na kupę — mruczała gosposia.

100

I jednym zamachem wyrzuciła przez okno cały stos książek przed nią leżący.

101

— A co to tam za ogromne foliancisko? — zapytał ksiądz.

102

— To Don Olivantes de Laura — odpowiedział majster Mikołaj.

103

— A to tego samego autora, co Ogród Flory — mówił proboszcz — oba lepsi, dalej z nią za okno, to same kłamstwa i wariacje.

104

— A to tu, to Florismart z Hiszpanii — odzywa się znów cyrulik.

105

— Aha! i mospan Florismart jest tu? — na to ksiądz — i jego zaraz mi z drugimi za okno, choć takiego rodu i takie dziwne miał przygody w życiu; biedota i ordynarność stylu nie zasługują na lepszy los.

106

— Tu idzie kawaler Platir — znów cyrulik.

107

— To stare szpargalisko — ksiądz wyrokuje — nic a nic w sobie dobrego nie ma, żeby mu darować; za okno z nim, gosposiu, zaraz mi za okno, a nie zapomnij także i o Kawalerze Krzyża, święte to nazwanie powinno by mu zapewnić ocalenie, ale to takie brzydactwo, takie bezeceństwo, że nie można mu tego darować.

108

Cyrulik wziął znów inną książkę i oznajmił: to jest Zwierciadło rycerstwa.

109

— Mam honor znać je — odparł proboszcz. — Znajdziemy tam wielmożnego Rinalda de Montalban z dwunastu przyjaciółmi, a wszyscy gorsi rozbójnicy od Katrusa i dwunastu parów Francji i wiernego ich historyka arcybiskupa Turpina. Jak mi się zdaje, to dosyć tych panów będzie skazać na wieczne wygnanie, bo historia ich zaczerpnięta z pomysłu Boyardego, od którego i piękny Argost wziął myśl także. Ale i Ariost[43], jak go złapię, że innym gada językiem, jak przystoi, to i jemu się dostanie, chociaż go szanuję kiedy pięknie pisze i zawsze respekt mam dla niego wysoki.

110

— A ja go mam po włosku — na to cyrulik — ale nie rozumiem po włosku.

111

— To i lepiej ci z tym, niewiele na tym stracisz, i pan tłumacz byłby dobrze zrobił, żeby sobie był dał pokój z przyswajaniem go nam, bo to jeszcze i stracił wiele zalet w tym przenicowaniu; wierszem pisanej książki nigdy nikt nie przetłumaczy, jak należy, to tam trudno, żeby mu łeb pękł, to zawsze charakteru głównego i najpierwszych piękności nie potrafi zachować. Jemu i tym wszystkim, co mówią o francuskich sprawach, myślę, że można darować i wsadzić je tylko w miejsce pewne, a później, jak będziemy mieli trochę więcej wolnego czasu, to zobaczymy, co z nimi zrobić. Ale wyjmuję od tej łaski niejakiego Bernarda de Carpio, co się tu po kraju włóczy, i drugiego nazwiskiem Roucesvalles, O! ci, jak mi tylko w rękę wpadną, zaraz je oddaję w moc siły zbrojnej gospochy.

112

Cyrulik zgadzał się na wszystko, ślepą wiarą spuszczając się na plebana, którego uważał za człowieka nader mądrego i prawdę tak miłującego, iż za żadne skarby świata w niczym by od niej nie odstąpił. Otworzywszy znów dwie książki, znalazł w nich: Palmeoina z Oliwy, a w drugiej Palmeoina z Anglii.

113

Książka, Sąd— Pierwszego — rzecze ksiądz — spalić z kretesem, a popiół na cztery wiatry obrócić, ale Palmeoina z Anglii zachowajmy, bo to dzieło bardzo znamienite, trzeba kazać na nie zrobić pudełko bogate, jak Aleksander Wielki kazał zrobić na dzieła Homera. Z dwóch względów, mój braciszku, ważna to niezmiernie książka: raz, że jest sama z siebie wyborna, a po wtóre, że, jak powiadają, napisać ją miał pewien król portugalski. Wszystkie przygody w zamku Beauregard wydarzone ślicznie opisuje, a jaka tam sztuka w stylu, w czystości mowy, jaka prostota, przyzwoitość i prawda wszędzie. A więc tedy, mości Mikołaju, jeżeli nie masz nic przeciwko temu, dzieło niniejsze razem z Amadisem z Galii wyłączymy od egzekucji ogniowej. Reszta wszystko bez różnicy i dalszego badania hurtem na stos, niech ginie bestyjstwo i śladu pamięci po sobie nawet nie zostawi.

114

— A nic, nic, miły dobrodzieju, pozwólcie jeno — wtrąci cyrulik — bo oto mam w ręku sławnego Belianisa.

115

— A wiem, wiem — odezwie się ksiądz — temu by tylko trzeba dać porządną dozę rumbarbarum, żeby mu żółć ściągnąć, co we wszystkich tomach tak dogryza, trzeba by także odciąć Zamek Sławy z niego i wiele jeszcze innych plugastw, a wtedy można go będzie do czasu uwzględnić, i jeżeli się poprawi, to obaczymy, może zasłuży sobie na ułaskawienie. A tymczasem, możesz go, braciszku, zachować u siebie, tylko strzeż, żeby go nikt nie czytał.

116

Książka, Choroba, Poezja, Sąd— Bądźcie spokojni, dobrodzieju, to już moja rzecz — rzekł cyrulik i nie zadając sobie już więcej trudu z przeglądaniem tytułów, kazał sumarycznie gospodyni zabrać wszystkie wielkie wolumina i na podwórze wyrzucić.

117

Gospodyni tego dwa razy nie trzeba było gadać; za nową koszulę z całej duszy spaliłaby wszyściuteńkie książki na całym świecie; zabrała się też z wielkim zapałem i zagarnąwszy od razu siedem czy osiem potężnych foliantów, machnęła je za okno. Ale nie mogła dobrze wszystkich w ręku utrzymać, jeden więc runął pod nogi cyrulikowi; ciekawość go jakoś wzięła, spojrzał na tytuł i obaczył, że to była historia sławnego Tiranta Białego.

118

— Co?! — zawoła pleban — masz tam Tiranta Białego? A dajże mi go tu, majstrze Mikołaju, a wiesz ty, mój miły, że to skarb nieoszacowany, to antydot na wszelkie strapienia. Tam to dzielny rycerz Kirie Elejson z Montalban i brat jego Tomasz Montalban z kawalerem Fonsekiem występują jako ludzie szlachetni; nieustraszony Detsyant potyka się z olbrzymim brytanem, panna Rozkosz Życia figielki płata, wdowa Spokojnicka zawodzi miłosne intrygi, a cesarzowa kocha się zapamiętale w swoim masztalerzu. A to wyborne, powiadam ci, braciszku, to najpiękniejsza książka na świecie i ze stylu i z konceptu; tu rycerze jedzą i śpią pokotem, umierają w łóżkach uczciwie i testamenty robią przed śmiercią i tysiąc innych rzeczy robią porządnie, jak należy, o czym w innych książkach ani słowa nie znajdziesz. Ale mimo to, nie zaszkodziłoby wcale wsadzić pana autora jednak do ciupy na całe życie za rozmaite głupstwa, które z umysłu tam powsadzał. Weź no ją do siebie i przeczytaj, mój braciszku, a obaczysz, czy nie prawdę mówię.

119

— I owszem, przeczytam caluteńką — rzekł cyrulik. — ale cóż teraz zrobimy z tym tu całym drobiazgiem, a jeszcze zostaje?

120

— E! przecież to nie mogą już być dzieła rycerskie — mądrze powie ksiądz — to pewno jacyś poetkowie. Otworzył teraz pierwszą lepszą pod ręką małego formatu książeczkę i znalazł w niej Dianę de Montemayora[44]. — E! to tam biedactwo może ujść wszystko ognia — mówił myśląc, że wszystkie te małe książki były tego rodzaju. — To maleństwo nie może tyle złego narobić, co te giganty rycerskie. To przynajmniej trzyma się jako tako zdrowego rozumu i nikomu go nie wykoszlawi.

121

— O! mój dobrodzieju — wtrąci się siostrzenica — lepiej każcie i to wszystko spalić, bo to znów bieda z tego będzie, jeśli się wuj z tej swojej rycerskiej wariacji wyliże, a zajrzy, broń Boże, do nich, to gotowa go wziąć ochota zrobić się pasterzem i biegać po łąkach i lasach, przygrywając na fujarze. A to by może gorzej jeszcze było, niż żeby się rozchorował na poetę, bo to powiadają, że ze wszystkich wariacji ta najbardziej uparta i najcięższa do wyleczenia.

122

— Masz asińdźka słuszność, ani słowa — odpowie ksiądz — lepiej i ten szkopuł wujaszkowi spod nóg usunąć. Zacznijmy więc od Diany Montemayora. Nie sądzę jednak, żeby ją trzeba na spalenie wyrokować, dość będzie odciąć z niej tylko wszystko, co prawi o mądrej Felicji i o tej zaczarowanej wodzie, wyłuskać z niej wszystkie wiersze, a przy prozie zostanie jej zaszczyt niezawodnego pierwszeństwa między utworami wszelkimi w tym rodzaju.

123

— Teraz idzie — odezwał się cyrulik — Diana, zwana drugą, przez Salmentyna napisana i jeszcze jedna Diana przez Gil Pola.

124

— Salmentynową pakuj na stos — wyrokuje pleban — to paskudztwo, jak i inne, ale Dianę Gil Pola schowajmy i szanujmy, jakby ją sam Apollo napisał. Ale ruszaj dalej i spiesz się, trzeba kończyć, bo już późno.

125

— A to Dziesięć Ksiąg Fortuny Miłości — rzecze cyrulik — skreślone przez Antoniego Ofrazę, poetę sardyńskiego.

126

— Jak mi Bóg miły — zawoła ksiądz — odkąd o Apolinie i muzach mówi się na świecie i odkąd poeci istnieją, nie było nigdy przyjemniejszej i zabawniejszej książki, a kto jej nie czytał, może być pewien, że nic dobrego nie czytał. Dajno mi ją, braciszku, niech zginę, jeślibym ją oddał za sztukę najpiękniejszej sajety florenckiej na kapotę.

127

— A tu znów idą — rzecze cyrulik — Pasterz Iberyjski, Nimfy z Enares i Medykament Zazdrości.

128

— Oddaj to wszystko gospodyni do licha — rzecze ksiądz — bo jak zaczniemy rozbierać, to nigdy nie skończymy.

129

— A z Pasterzem z Fildy co zrobić? — zapyta cyrulik.

130

— E, co on za pasterz — odpowie pleban — to zręczny dworus, frant nad franty; schować go, bo to skarb wielki. A to wielkie dzieło, co to tam? A to skarbiec różnych poezji. Wszędzie tego jak śmieci, żeby ich mniej było, toby je więcej ceniono. Warto by z tej księgi wyrzucić masę błahych utworów, a te, co coś warte, zyskałyby na tym. No, zawsze zostawmy je, autor mój przyjaciel i pisał wiele innych rzeczy wcale dobrych, można więc i tej książce przebaczyć.

131

— Co to za zbiór piosnek Lopeza Maldonata? — zapyta cyrulik, otwierając jakąś książkę.

132

— A i to także mój przyjaciel — rzecze pleban — a wiersze jego cudownie się wydają, kiedy je recytuje, bo ma głos prześliczny. Troszkę za rozwlekły w sielankach, no, ale co dobrego, to choć długie, nie wadzi. Trzeba go na bok odłożyć do rezerwy. A tam obok, co to leży?

133

— To Galatea Miguela Cervantesa — odpowiedział cyrulik.

134

— To jeden z moich najdawniejszych przyjaciół; biedaczysko nieszczęśliwe, nie świeci mu poezja. Dużo ma pomysłu, zawsze dużo obiecuje, ale nic nie kończy dobrze. Trzeba czekać na drugą część, którą zapowiedział, może mu się uda i pierwszą uczynić godną łaski. Tymczasem, odłóż braciszku na bok, a pokaż no co to tam te trzy tomy razem związane?

135

— To jest: Arankana don Alonza z Hercylii, Austriada Jana Rufo, przysięgłego z Kordoby i Montferrat Cristobala Vivesa, poety z Walencji.

136

— To są najlepsze wiersze heroiczne ze wszystkich dotąd znanych w Hiszpanii — rzekł pleban — i mogą się śmiało równać z najznamienitszymi utworami włoskimi. Schowaj starannie wszystkie te trzy tomy, jako szacowne pomniki znamienitości naszych poetów.

137

Zmęczony nareszcie pleban przeglądaniem tylu książek, kończąc rzecz krótko, kazał wszystką resztę na stos wpakować. Ale kiedy mu cyrulik pokazał jeszcze Łzy Angeliki, z prawdziwym uczuciem odezwał się:

138

— Ach! byłbym się serdecznie zmartwił, żeby taka książka z mojego rozkazu miała być spalona, a przecież to jej autor jest jednym z najznakomitszych poetów nie tylko hiszpańskich, ale na całym świecie, a przy tym tak wybornie przetłumaczył kilka bajek Owidiusza.

Rozdział VII

Druga wyprawa Don Kichota.

139

Kiedy tak rozprawiają, nagle dochodzi ich krzyk Don Kichota, na całe gardło wrzeszczącego: „Przybywajcie tu, przybywajcie, dzielni rycerze, pokażcie, co potrafi wasze ramię, bo inaczej dworacy odniosą tryumf turnieju”. Wszyscy porzucili książki i pobiegli na ten krzyk. Reszta biblioteki dostała się w samowolne ręce gospodyni i siostrzenicy, które bez żadnych formalności procedurycznych zaraz zarządziły jej egzekucję. Tak więc: Kareola, Lew w Hiszpanii, Wielkie czyny cesarza, dzieło Ludwika d’Avila, które znajdować się tam musiały, poniosły karę stosu, której może by uniknęły, gdyby proboszcz sprawy ich był rozpoznawał. Sędziowie ksiąg, wszedłszy do pokoju Don Kichota, zastali go zrywającego się z łóżka; wrzeszczał ciągle i ogarnięty dziwnymi widzeniami, walił z całej siły mieczem po wszystkich ścianach, to żgając, to siekąc, a oczy miał całkiem otwarte, jak człowiek na piękne[45] rozbudzony. Wszyscy rzucili się na niego i gwałtem rozbroiwszy, w łóżko położyli. Po chwili wypoczynku, kiedy niby to przyszedł trochę do siebie, zwrócił się ku proboszczowi i rzekł mu: „O! tak, najwielebniejszy arcybiskupie Turpinie, wielka to sromota dla dwunastu parów, że tak nikczemnie dali odnieść chwałę turnieju dworakom, kiedy my, rycerze błędni, przez trzy dni z kolei tryumfy odnosiliśmy”.

140

— Cierpliwości, cierpliwości, mój miły bracie — rzekł proboszcz — fortuna kołem idzie, kto dziś pod wozem, jutro może być na wozie. Ale dajmy pokój temu wszystkiemu, teraz myślmy tylko o zdrowiu twoim, musisz być straszliwie zmęczony, a może i ranny.

141

— Ranny bo nie jestem — odparł Don Kichot — ale co zbity, to zbity należycie; przeklęty ten bękart Roland okładał mnie nielitościwie pniem dębu wielkiego z zawiści, że staram się przesadzić go w męstwie. Ale chyba nie byłbym Rynaldem Montalban, żebym mu tego wszystkiego, mimo jego czarów, drogo nie zapłacił, jak tylko z łoża się zdźwignę. Na teraz — dodał — dajcie mi co na śniadanie, tego mnie najbardziej trzeba, a o zemście już sam pomyślę.

142

Przynieśli mu jeść i posiliwszy się, zasnął znów, a oni wyszli, dziwując się wielce tak niesłychanej wariacji. W nocy gospodyni spaliła wszystkie księgi, wyrzucone na podwórko, i te nawet, które w domu były. Znalazło się tam pewno wiele takich, które by na wieki w archiwach publicznych zachować się godziło, ale poszły na pastwę płomieni losem nieszczęśliwym i sędziów niedbalstwem, i sprawdziło się na nich przysłowie: ślusarz zawinił, a kowala powiesili. Proboszcz i cyrulik uradzili walnie, że najskuteczniejszym lekarstwem na chorobę ich przyjaciela będzie zamurować drzwi biblioteki na zawsze, żeby już do niej nie trafił, jak się podniesie. Sądzili, że zabijając przyczynę, zniszczą i skutek jej zgubny; choremu zaś mieli powiedzieć, że czarnoksiężnik jakiś porwał gdzieś bibliotekę razem z książkami. We dwa dni później Don Kichot wstał z łóżka i zaraz prosto chciał iść do książek swoich, ale nie mogąc znaleźć izby, gdzie były złożone, kręcił się na wszystkie strony i w głowę zachodził, co by się z nią stało. Ze sto razy wracał do miejsca, gdzie dawniej drzwi były, macał rękoma, śledził oczyma, ani słowa nie mówiąc i pojąć nie mogąc tego dziwnego cudu. Zmęczywszy się nareszcie szukaniem, zapytał gospodyni, gdzie jest izba z książkami.

143

— Co za izba, panie? — odpowiedziała służąca — próżno pan szukasz. Nie ma już ani izby, ani książek w całym domu, a toć szatan wszystko gdzieś porwał!

144

— To nie szatan — wtrąciła siostrzenica — ale czarnoksiężnik jakiś przybył tu na obłoku drugiej nocy zaraz po wuja odjeździe, zsiadł ze smoka i wszedł do biblioteki; nie wiem, co tam robił, krótko bawił i przez dach czmychnął, cały dom dymem napełniwszy. Kiedyśmy się zebrali na odwagę, żeby zobaczyć, co on tam zrobił, nie znaleźliśmy ani izby, ani książek, ani śladu nawet gdzie były. Pamiętam tylko, że uciekając krzyknął głośno, iż płaci Don Kichotowi zemstą, która mu się od niego należy. Powiedział jeszcze, że się nazywa Mugnaton.

145

— Chyba Freston, nie Mugnaton — zawołał Don Kichot — bo to największy czarnoksiężnik i najzawziętszy mój nieprzyjaciel, pała do mnie nienawiścią, bo sztuka jego mu powiada, że kiedyś spotkam się w boju pojedynczym z młodym rycerzem, którego kocha i proteguje, i wie, że mimo całej jego mądrości, pokonam tego gagatka. Broi więc, gdzie może, ale niech wie, że próżne jego zabiegi, że nic odwrócić nie zdoła tego, co niebo już samo rozstrzygnęło.

146

— Któż by wątpił o tym? — rzecze siostrzenica. — Ależ, mój drogi wujaszku, po co tobie się mieszać w te szatańskie sprawy i te walki okrutne? nie lepiej by ci siedzieć spokojnie w domu, cieszyć się tym, co masz, bawić polowaniem, a nie truć się i dręczyć po świecie? Mój wujaszku, nigdzie nie znajdziesz bielszego chleba, jak z naszej pszenicy, a kto za wysoko sięga, nieraz ciężko padnie.

147

— O miła siostrzenico! serdeńko moje — odpowie Don Kichot — sama nie wiesz, co prawisz, ja nie padnę, włos mi z głowy nie spadnie, bo na proch zgniotę i zmiażdżę tego, kto by się ważył palec nań podnieść.

148

Biedne kobiety nie sprzeczały się już z nim więcej, bo widziały, że w okrutną złość wpada. Dwa tygodnie całe siedział w domu nasz rycerz, wypoczywając po trudach, i najmniejszego nie dawał po sobie znaku, aby o nowych znów szaleństwach miał myśleć. Z proboszczem i cyrulikiem ciągle upierał się, że błędni rycerze są rzeczą najpotrzebniejszą na świecie, i że on zakon ich wskrzesił. Proboszcz czasami go zbijał, czasami też udawał, że się do zdania jego przychyla, bo inaczej niepodobna by z nim dojść ładu. Don Kichot tymczasem namawiał sobie po kryjomu sąsiada chłopka, bardzo uczciwego człowieka, ale biednego i któremu także jakoś klepki w głowie brakowało. Po długich gadaniach i wielkich obietnicach, doszedł nareszcie do tego, iż go skusił i namówił na giermka do siebie. Mówił mu między innymi, żeby się niczego nie bał, że jak pójdzie z nim na wyprawę, wielki los zrobić może[46], a przecież nic nie straci, zamiast nędznej strzechy i gnojowiska, z którego go wyciąga, da mu kiedyś przy boskiej pomocy, namiestnikostwo wyspy jakiej rozległej. Sancho Pansa (takie było imię chłopka) dał się ułudzić pięknym obietnicom, porzucił żonę i dzieci i przystał na giermka do swego sąsiada. Don Kichot, zapewniwszy już sobie niezbędnego luzaka, zaczął myśleć jakby tu zebrać pieniędzy. Jeden folwark sprzedał, drugi zastawił, a wszystko za psie pieniądze, i tym sposobem okrągłą sumkę miał w kieszeni. Od któregoś z przyjaciół pożyczył starą przyłbicę, i skleiwszy sobie hełm jak mógł najlepiej, zalecił giermkowi, aby na ten i na ten dzień i godzinę był gotów do pochodu; przede wszystkim zaś nakazał mu zaopatrzyć się w porządne sakwy. Sancho przyrzekł wszystko solennie, oświadczył nawet, że ma ochotę wziąć z sobą osła swego, wychwalając jego siłę dobrze zakonserwowaną, bo nigdy jeszcze wiele nie chodził. Zakłopotał się trochę Don Kichot na wspomnienie osła i nie wiedział, czy pozwolić giermkowi wziąć to zwierzę, czy nie, bo przechodząc w pamięci dzieje wszystkich rycerzy, które kiedykolwiek czytał, nie wpadł ani na jednego, co by miał giermka na takim wierzchowcu. Zgodził się mimo to na propozycję, myśląc sobie, że da luzakowi lepszego wierzchowca, jak tylko złupi jakiego rycerza niegrzecznego i nieuczciwego. Zaopatrzył się także w koszule i inne rzeczy, stosownie do rady karczmarza. Wszystko to działo się tajemnie. Sancho, nie pożegnawszy ani żony, ani dzieci, a Don Kichot ani pisnąwszy nic siostrzenicy i gospodyni, wyjechali nocą ze wsi i ruszyli tak spiesznie, iż nazajutrz o świcie byli już pewni, że żadna pogoń ich nie doścignie. Sancho Pansa jechał na ośle, jak patriarcha, ze zwieszonymi sakwami i wielką flaszą u siodła, a myślał ciągle, rychło zostanie rządcą, jak mu pan obiecał. Don Kichot obrał tę samą drogę co pierwszym razem, to jest przez wieś Montiel, przez której pola przejeżdżał teraz wygodniej, niż wtedy, bo było bardzo rano i promienie słoneczne, padając z ukosa, nie dopiekały mu tak ostro. Jechali dotąd, słowa do siebie nie przemówiwszy, ale Sancho Pansa, którego język bardzo świerzbiał, otworzył pierwszy usta i rzekł do swego pana:

149

Rycerz, Sługa— Najdostojniejszy rycerzu błędny, pamiętajcież, proszę was, o tej wyspie, coście mnie ją obiecali, bo żeby tam była wielka, jak nie wiem co, to ja nią będę śliczniuchno rządził.

150

— Słuchaj no, przyjacielu Sancho — odpowie Don Kichot — trzeba ci wiedzieć, że zwyczajem jest od dawnych wieków u rycerzy błędnych wynagradzać giermków swoich rozdawnictwem wysp i państw, które podbiją. Ja chcę chwalebny ten zwyczaj nie tylko zachować, ale go nawet dalej posunąć. Dawniej rycerze wynagradzali swych giermków na stare lata, kiedy trudy z siły ich zerwały w służbie dniem i nocą; dawali im wtedy prowincję jaką z tytułem hrabiego albo margrabiego, i nic więcej. A ja, bardzo być może, byle nas Bóg obydwóch przy życiu zachował, za sześć dni najdalej zdobędę państwo tak rozległe, iż posiadać będzie wiele innych królestw pod swą władzą i wtedy ciebie na tronie jednego z nich osadzę. I nie myśl, żeby w tym było coś tak bardzo dziwnego; dla rycerzy błędnych to rzecz nie tak rzadka, zdobywają oni sobie wielkie szczęście środkami nieznanymi i z taką łatwością, że pewno udaruję cię szczodrzej, niż ci obiecuję.

151

— A to w takim razie — rzecze Sancho — jak ja zostanę królem przez te wasze cuda, to moja Jachna[47], poczciwe kobiecisko, wyjdzie na królową co najmniej, a dzieci nasze na książątka.

152

— A oczywiście — rzecze Don Kichot — a któż o tym wątpi?

153

— Jać to krzynkę wątpię — odpowie Sancho — i widzi mi się, że gdyby nawet deszczem z nieba leciały korony, to jeszcze by żadna na głowę mojej kobiety nie przypadła; Bogiem a prawdą, wielmożny panie, to ona na królową jak wół do karety; na hrabinę to jeszcze pożal się Boże, a i tego by zanadto.

154

— Bogu to zostaw — rzecze Don Kichot — on ci da, co będzie najlepsze dla ciebie; tylko nie trać serca i nie postponuj się tak, żebyś miał na byle czym przestawać.

155

— No, już bądźcie spokojni, wielmożny panie — na to Sancho — już ja tam całkiem spuszczam się na was, boście pan dobry i wiecie najlepiej, co mi macie dać, a co nie.

Rozdział VIII

O powodzeniu, jakiego doznał rycerz Don Kichot w straszliwej i niesłychanej przygodzie z wiatrakami i o tym, co się później stało.

156

Rycerz, Walka, OdwagaKiedy tak rozmawiają, Don Kichot spostrzegł z daleka ze trzydzieści lub czterdzieści wiatraków, i jak je tylko spostrzegł, zawołał: „Fortuna sprzyja nam bardziej, niżbyśmy sami pragnęli. Przyjacielu Sancho, czy widzisz tę gromadę niezmiernych olbrzymów? Ja na nich uderzę i wszystkich zgładzę z tego świata — taki mój zamiar. Piękny będzie początek, z ich łupu wzbogacimy się, co się nazywa. Taka wojna uczciwa, bo na chwałę boską; ród ten olbrzymi trzeba z ziemi wyplenić, tak Bóg każe”.

157

— Co za olbrzymy? gdzie? — pyta Sancho Pansa.

158

— A tam, czyż ich nie widzisz? — rzecze Don Kichot — z takimi okropnymi rękoma, że u niektórych i na pół mili sięgają.

159

— Ależ przyjrzyjcież się dobrze, wielmożny panie — odpowie Sancho — toć to nie olbrzymy, to są wiatraki, a te ręce, to śmigi, którymi wiatr obraca.

160

— Ha, jak to widać zaraz — rzecze Don Kichot — że nie masz doświadczenia w rycerskiej sztuce. To olbrzymy, mówię ci, a jeżeli cię strach bierze, to ruszaj sobie gdzie w kąt pacierz mówić. Ja rzucę się na nich sam, chociaż ich tylu. — I mówiąc to, spiął ostrogami Rosynanta. Sancho klął się na duszę i ciało, że to wiatraki, a nie olbrzymy, ale dla naszego rycerza były to takie olbrzymy, że nie tylko nie słyszał krzyków swojego giermka, ale im bardziej się do nich zbliżał, tym więcej wierzył swemu urojeniu. „Nie uciekajcie, tchórze! — wrzeszczał na całe gardło — nie uciekajcie, podły i nikczemny rodzie, jeden tylko rycerz na was idzie”. Że właśnie wiatr się zerwał, wiatraki zaczęły się obracać, a Don Kichot jeszcze głośniej wrzeszczał: „Próżne to rzeczy, próżne, żebyście tam tylu rękami machali, co sam Bryjareusz, to nic nie pomoże, zaraz ja się tu z wami sprawię”. I nie tracąc czasu, poleca się natychmiast z całej duszy pani serca swego, pięknej Dulcynei, błagając ją o pomoc w tak wielkim niebezpieczeństwie. Zasłania się tarczą, wyszczerza dzidę i co tylko sił w Rosynancie, pędzi na wiatrak najbliższy, wpada na śmigę, która mu dzidę łamie w kawałki, a samego razem z koniem wyrzuca daleko na pole, w nader biednym stanie. Sancho przybiega kłusem na ośle i widzi, że pan jego ani się ruszyć nie może. O, bo ciężki był to upadek!

161

— A co do milionset — woła Sancho — czym nie mówił, że to wiatraki! dosyć było mieć oczy! chyba, że w głowie świeciło co innego.

162

— Cicho bądź, Sancho — rzecze Don Kichot — w wojennym rzemiośle los rządzi wszystkim, nic nie ma stałego. Wiesz, co ja myślę! to niezawodna prawda, to ten czarnoksiężnik Fresto; co mi porwał książki wszystkie razem z biblioteką, poprzemieniał teraz tych olbrzymów w wiatraki, żeby mi odjąć chwałę zwycięstwa, taki na mnie zawzięty i wściekły. Ale obaczymy, obaczymy, sztuka jego przed mieczem moim musi ustąpić.

163

— Daj to Boże! wielmożny panie — rzecze Sancho, a podniósłszy go, wsadził jak mógł na Rosynanta, który miał jedną nogę zwichniętą. Gawędząc dalej o tej przygodzie, skierowali drogę ku wąwozowi Lapise, gdzie Don Kichot powiadał, że musi ich spotkać jaka przygoda, bo tam pełno ludzi przejeżdża. Strasznie mu żal było spisy, którą stracił, i wynurzając się z tym do giermka, mówił mu: — Czytałem kiedyś, pamiętam, że rycerz pewien hiszpański, imieniem Diego Peres de Vargas złamawszy dzidę w boju, wyrwał grubą gałąź dębową i tylu nią Maurów pozabijał, że mu na zawsze przydomek Tłuczyłba nadano, a potomkowie jego odtąd nazywali się Vargas-Maczuga. Mówię ci to, Sancho, bo zamiarem moim jest z pierwszego dębu, co napotkam, ułamać sobie gałąź taką jak tamta i takich nią cudów waleczności dokazywać, że za szczęśliwego poczytywać się będziesz, iżeś je własnymi oglądał oczami i był świadkiem czynów tak wielkich, że nikt im wierzyć nie zechce.

164

— Co daj Boże, amen! — rzekł Sancho — wierzę temu, bo mi tak mówicie, ale poprawcie się no trochę, wielmożny panie, na siodle, bo już całkiem na bakier siedzicie; musiał was tam diablo ten wiatrak poturbować.

165

— Prawdę mówisz, ani słowa — odpowiedział Don Kichot — a że ja się nie skarżę, to dlatego, że rycerzom błędnym nie wolno ani sarknąć z bólu, choćby im kiszki z brzucha wyłaziły.

166

— A kiedy tak, to ja nic przeciw temu nie mam — rzecze Sancho — ale Bóg widzi, że rad bym był z serca, gdyby wielmożny pan użalił się trochę przede mną, kiedy go boli. Bo co ja, to bym się tego nie trzymał, i aby mnie co drasło[48], wrzeszczałbym zaraz jak oparzony, i zawsze dawałbym sobie wolę, jeżeli tylko to przykre prawo nie rozciąga się na panów i na giermków.

167

Uśmiechnął się Don Kichot na tę prostoduszność luzaka i pozwolił mu skarżyć się i lamentować, ile zechce, czy będzie miał o co, czy nie, bo nic sprzeciwiającego się temu w księgach rycerskich nie wyczytał.

168

— Wielmożny panie — odezwał się tedy Sancho — ale to podobno czas by już zjeść co, a pan jakoś o tym nic nie myśli.

169

— Nie będę jadł teraz — odpowiedział Don Kichot — ty możesz sobie jeść, kiedy ci się chce.

170

Otrzymawszy takie pozwolenie, Sancho rozsiadł się jak najwygodniej na swoim ośle i wyciągnąwszy z sakiew prowiant, jaki miał, jechał za panem przegryzając, a flaszy coraz nachylał z taką rozkoszną miną, że każdego Niemca zazdrość by wzięła. Popijając tak co chwila, zapomniał już o rodzinie i obietnicach pana; przypadło mu jakoś do smaku nowe to rzemiosło i marzył tylko ciągle o wielkich przygodach, choćby jak najniebezpieczniejszych.

171

Koniec końców, noc tę spędzili pod gołym niebem, a raczej pod drzewami, gdzie Don Kichot ułamał sobie suchą gałąź, zastąpić mogącą w ostatnim razie utraconą spisę, z której żeleźce na tę gałąź zasadził. Dzielny rycerz noc całą ani oka nie zmrużył, rozmyślając ciągle o pani serca swego, Dulcynei, bo chciał zachować ściśle to, co czytał w książkach, że rycerze błędni spędzają często noce bezsenne śród puszczy, lasów, bawiąc się myślą o damach swoich. Sancho Pansa wcale inaczej sobie postąpił. Mając brzuch dobrze naładowany, a nie wodą ani wiatrem, jak chrapnął, wyciągnąwszy się na ziemi, tak ani drgnął do samego rana; ani promienie słońca, padające mu prosto na twarz, ani hałaśliwy świergot tysiąca ptasząt, witających radośnie dzień nowy, rozbudzić go nie były w stanie; potężny głos pana dopiero tego dokonał. Zerwawszy się, czujny giermek zaledwie przetarł oczy, zaraz się umizgnął do buteleczki, a widząc, że bardzo zelżała od wczorajszego wieczora, zmartwił się serdecznie, bo przeczuwał, że w drodze niełatwo jej będzie wyleczyć się z tej chudzizny. Don Kichot ani pomyślał o śniadaniu, jemu wystarczały smaczne i pożywne myśli o kochance. Dosiadłszy wierzchowców, ruszyli w drogę ku wąwozowi Lapise, u którego stanęli około godziny trzeciej po południu.

172

— Tutaj to, miły bracie mój, Sancho — zawoła Don Kichot — tutaj możemy się spodziewać przygód po same uszy! Ale, słuchaj, zapowiadam ci z góry, żebyś mi się ani ważył brać do oręża, choćbyś mnie widział w największym niebezpieczeństwie, chyba, że mnie napadną ciury i chamy takie jak ty, wtedy możesz mi iść na pomoc, ale przeciw rycerzom wara; tego ci zabraniają najsurowiej prawa rycerskie, dopóki pasowanym nie będziesz.

173

— O! co o to, możesz pan być spokojnym — odpowiedział Sancho — rozkazy pańskie spełnione będą co do joty, tym bardziej, że z natury już nie lubię zawadiactwa. Ale jeżeli będzie szło o własną skórę, jeżeli mnie napadną, to nie będę zważał na te tam wasze prawa, bo każdy musi się bronić, kiedy na niego dybią, sam Pan Bóg tak przykazał.

174

— Na to zgoda — odpowie Don Kichot — ale jak ja będę się potykał z rycerzami, to ty możesz sobie pacierz mówić, a męstwo swoje przyrodzone pamiętaj zawsze powściągać.

175

— No, niechaj was o to głowa nie boli, wielmożny panie, przysięgam wam, że tak pilnować będę tego przykazania, jak niedzieli, którą święcić trzeba.

176

Kiedy tak rozmawiają, podjeżdża do nich dwóch mnichów benedyktynów na dromaderach, to jest na mułach ogromnych, z parasolami i okularami podróżnymi na nosach. Za nimi szła karoca, otoczona przez pięciu jezdnych, a w tyle dwóch mulników pieszo. W karocy, jak się potem pokazało, siedziała dama z Bizkai[49], jadąca do Sewilli, skąd mąż jej wybierał się na znaczny urząd do Indii. Mnichy jechali tą samą drogą, ale nie należeli do jej towarzystwa. Jak tylko ich spostrzegł Don Kichot, zaraz odezwał się do giermka:

177

— Głowę daję, że będziemy mieli śliczną awanturę! Widzisz te dwa widma czarne? Nie ma wątpliwości, że to są czarnoksiężnicy, co porwali jakąś księżniczkę i uwożą ją gwałtem w karocy. Muszę skarcić ten gwałt, choćby przyszło głową nałożyć!

178

— Oj będzie to coś gorsza historia niż z wiatrakami, widzi mi się — rzekł Sancho, potrząsając głową. — Przypatrzcież im się lepiej, wielmożny panie, toć to są benedyktyni, a karoca musi należeć do tych podróżnych. Nie róbże pan głupstwa i nie daj się kusić szatanowi na żadne wybryki.

179

— Już ci raz powiedziałem, bratku, że tyle się znasz na rycerskich awanturach, co koza na pieprzu; powiadam ci, że widzę, co się święci, i obaczysz zaraz, że miałem słuszność.

180

Mówiąc to, wyjeżdża na środek drogi i zagradza przejazd mnichom, a gdy ci się zbliżyli tak, że głos jego słyszeć mogli, woła do nich imponująco:

181

— Wy potępieńcy, z szatanem trzymający, zaraz mi wypuśćcie na wolność dostojne księżniczki, które w karocy tej wieziecie, bo jak nie, to was czeka śmierć niezawodna za karę niecnych sztuk waszych.

182

Księża zatrzymali się, i niemniej zadziwieni cudacką twarzą Don Kichota, jak jego przemową:

183

Rycerz, Sługa, Korzyść— Mości rycerzu — odpowiedzieli mu — my nie jesteśmy ani potępieńcami, ani z szatanami nie trzymamy, jesteśmy zakonnicy z klasztoru św. Benedykta i jedziemy sobie w swoją drogę, a czy tam są w karocy jakie księżniczki porwane, czy nie, o tym nic nie wiemy.

184

— To nie dla mnie te piękne słówka — zawołał Don Kichot — znam ja was dobrze, nikczemne nędzniki!

185

I nie czekając odpowiedzi, wypuszcza konia, wpada na jednego z zakonników z takim impetem, że gdyby biedny księżyna nie był się zawczasu rzucił na ziemię, to byłby go pewnie o nią powalił, a może ciężko zranił, a może nawet i zabił. Drugi, widząc, co się dzieje z jego towarzyszem, zakasał nogi aż na kark mułowi i drapnął w pole, co siły. Sancho Pansa jak tylko zobaczył, że zakonnik leży na ziemi, zeskoczył co tchu z osła i rzuciwszy się na niego, zaczął go już na piękne obdzierać, kiedy dwaj ludzie z orszaku, jadącego za mnichami, przypadli i zapytali go, dlaczego zdejmuje odzież z ich pana?

186

— A dlatego — odpowiedział Sancho — bo ona do mnie z prawa należy, jako łup wojenny zwycięstwa odniesionego przez mego pana.

187

Draby, nie wiele myśląc i biorąc za drwiny owo gadanie o łupach, a przy tym widząc, że Don Kichot daleko, rzucili się na Sancha, przewrócili go na ziemię i zbili tak niemiłosiernie, że leżał biedak na wpół martwy, ani jednego włosa w brodzie nie zbawiwszy.

188

Mnich tymczasem, nie poniósłszy żadnego szwanku, a strachu wiele zażywszy, zerwał się co żywo z ziemi, wskoczył na muła i cały drżący podążył za towarzyszem, który nań czekał z daleka, patrząc, jaki też koniec awantura weźmie. Pojechali razem, żegnając się bez ustanku, jakby ich złe goniło. Don Kichot stał przy drzwiczkach karocy, rozmawiając z damą biskajską, do której zaczął w te słowa:

189

— Piękna pani, możesz teraz czynić, co ci się podoba, jesteś teraz wolną, to ramię skarciło zuchwałość twoich gnębicieli. Ażebyś pani się nie trudziła o nazwisko swego oswobodziciela, powiem więc pani, że się nazywam Don Kichot z Manchy, jestem rycerzem błędnym i niewolnikiem pięknej a nieporównanej Dulcynei z Toboso. Za przysługę, którą wyświadczyłem pani, żądam tylko, abyś wróciła do Toboso, przedstawiła się tej damie i opowiedziała jej, jakem ja ci wolność wrócił.

190

Jeden z rycerzy biskajskich, towarzyszący karocy, przysłuchiwał się pilnie mowie Don Kichota, a widząc, że nie chce puścić karocy i upiera się koniecznie, aby wróciła do Toboso, przystąpił do niego, pociągnął go za dzidę i zepsutą hiszpańszczyzną przemówił:

191

Pojedynek, Mężczyzna, Honor— Idźże sobie, rycerzu, precz, bo jak mnie stworzył Bóg, tak ty będziesz miał śmierć, jeżeli karocy nie puścisz, jakem Biskajczyk[50], tak to prawda.

192

Don Kichot zrozumiał to bardzo dobrze i odpowiedział mu z zadziwiającą powagą:

193

— Gdybyś był rycerzem, tak jak nim nie jesteś, nikczemniku, dawno bym już skarcił twoją zuchwałość.

194

— Ja nie rycerz — oburknął się Biskajczyk — kłamiesz jak poganin, rzuć mi tylko tę pałkę na ziemię, a weź się do oręża, to ja ci zaraz pokażę, coś wart razem ze swoją szkapą. Ja Biskajczyk na lądzie, szlachcic na morzu, szlachcic do stu diabłów, a ty łżesz swoim językiem.

195

— Zaraz my to zobaczymy — odpowie Don Kichot.

196

I rzuciwszy dzidę, dobywa miecza i zasłania się tarczą, i naciera na Biskajczyka z niezachwianym zamiarem zabicia go. Biskajczyk, widząc, na co się zanosi, chętnie byłby zsiadł z muła, któremu ufać nie mógł, jako najętemu; ale nie starczyło mu czasu i zaledwie mógł miecza dobyć. Posłużyło mu to, że stał blisko karocy, bo porwał z niej poduszkę i za tarczę jej użył. Zażarci przeciwnicy rzucili się na siebie, jakby byli śmiertelnymi wrogami. Wszyscy obecni starali się pogodzić ich, ale ani myśleć o tym, zaciekły Biskajczyk klął łamanym językiem, że jak mu nie dadzą bić się, to zabije i panią swoją, i wszystkich, co mu przeszkadzać będą. Pani widząc, że nie ma żadnej rady, kazała woźnicy odjechać na bok, i z daleka przypatrywała się walczącym, Biskajczyk zadał od razu cios tak okrutny przeciwnikowi w ramię, że byłby go do samego pasa rozpłatał, gdyby się tamten tarczą nie zasłonił. Don Kichotowi zdało się, że ogromna góra spadła mu na barki.

197

— Pani duszy mojej — zawołał — Dulcyneo! kwiecie piękności, ratuj swego rycerza, który walcząc za ciebie, w tak straszne popadł nieszczęście.

198

Po tej oracji, potrząsnął mieczem, zakrył się tarczą i znów skoczył na Biskajczyka, chcąc rzecz od razu zakończyć. Biskajczyk, odgadłszy z miny zamiar przeciwnika, zasłonił się poduszką i śmiało czekał, tym bardziej, że muł, strasznie zmęczony i takich harców niezwyczajny, ani krokiem z miejsca ruszyć się nie chciał. Wszyscy widzowie z niezmiernym strachem wyglądali, jaki będzie koniec tej groźnej walki, a dama w karocy z kobietami swymi modliła się gorąco do wszystkich świętych hiszpańskich, błagając Boga o ocalenie swego obrońcy i własnej osoby.

199

Autor historii niniejszej ze smutkiem wyznać musi, że w tym miejscu wiadomości jego daleko nie sięgają i że już nic nie wie o czynach późniejszych Don Kichota. Inny autor, przekonanym będąc że historia tak ciekawa kończyć się tu nie może i że pamiętniki miejscowe musiały ślad jej zachować, usilnie starał się wyszukać je, w czym widać, iż mu się poszczęściło, jak to w drugiej części zabawnego dzieła tego zobaczymy.

Księga druga

Rozdział I

Jak się zakończyła walka potężnego Biskajczyka[51] z dzielnym Don Kichotem.

200

Rycerz, LiteratZostawiliśmy w pierwszej części tej historii mężnego Biskajczyka i mężnego Don Kichota z mieczami na siebie wzniesionymi, godzących wzajem tak zażarcie, że gdyby miecze ich spadały były bez żadnego oporu na ich osoby, to każdego niewątpliwie ujrzelibyśmy rozpłatanego na dwoje, aż po samo siodło. Ale jak to widzieliśmy, dziejopis w tym miejscu nie wie, co się stało, i autor nigdzie znaleźć nie mógł dokładnych w tym względzie objaśnień. Martwi go to bardzo, tym więcej, że po długich poszukiwaniach stracił już był nadzieję dojścia prawdy. Zawsze jednak zdawało mu się rzeczą niepodobną i niesłuszną, ażeby rycerz tak dzielny nie znalazł mędrca jakiegoś, co by niesłychane czyny jego dla potomności zachował, a to tym więcej, że każdy z poprzedników jego, to jest rycerzów błędnych, miał zawsze jednego lub dwóch dziejopisów, którzy awantury jego spisywali i najdrobniejsze myśli notowali. Nie mogąc przeto pojąć, żeby rycerz tej znamienitości miał być pozbawiony tego, co Platyr i inni jemu podobni pod dostatkiem mieli, myślałem sobie zawsze, że zadziwiająca ta historia nie może tak być urwana, i że czas, który wszystkiemu zaradza, musi wydobyć na jaw zatracone jej ślady. KsiążkaZ drugiej znów strony zdawało mi się, że historia naszego rycerza nie może być bardzo stara, gdyż w bibliotece jego znaleziono książki niedawne, jako to: Medykament zazdrości, Nimf i Pasterza z Henares. Że nareszcie, gdyby nawet historia ta spisana nie została, to mieszkańcy wsi, z której Don Kichot pochodził, i sąsiedzi, musieli jej jeszcze nie zapomnieć. Przejęty tymi myślami, Rycerz, Kobieta, Dziewictwopostanowiłem szukać usilnie śladów życia i cudu słynnego naszego Hiszpana, wielkiego luminarza Manchy, pierwszego, co w tych gnuśnych czasach poświęcił życie na wznowienie błędnego rycerstwa, na naprawienie krzywd i nieszczęść, niesienie pomocy wdowom, obronę honoru panien, które, jak to niegdyś bywało, mogły przy nim podróżować bezpiecznie w górach i dolinach, nie lękając się żadnej ujmy dziewictwu swojemu, a w osiemdziesiątym roku życia, i jeżeli im gwałtowny jaki nie zdarzył się wypadek, nieść z sobą do grobu niepokalaną czystość własnych matek. Ale wszelka usilność moja poszłaby wniwecz, potomność straciłaby skarb wielki, gdyby szczególne szczęście nie było mi go w ręce podało w sposób następujący:

201

Idąc raz ulicą Merciers w Toledo, ujrzałem chłopca, sprzedającego stare szpargały korzennikowi, a że mam zwyczaj najdrobniejsze nawet świstki z ciekawości zbierać po ulicach, wziąłem od chłopca jeden z tych szpargałów, chcąc go przeczytać i przekonałem się, że nic nie rozumiem, bo był pisany po arabsku. Obejrzałem się na prawo i na lewo, czy nie ujrzę gdzie jakiego zżydziałego Maura, co by mi to pismo wytłumaczył i żądaną pomoc znalazłem niezadługo w miejscu, gdzie trudniejsze nawet języki łatwo tłumaczono. Przypadkiem znalazł się taki jegomość, a kiedym mu dał szpargał w rękę, zaczął się śmiać serdecznie, kilka wierszy zaledwie przeczytawszy. Zapytałem go, z czego się tak śmieje. „Z ważnej uwagi, rzekł, zrobionej na marginesie” i śmiejąc się ciągle, przeczytał mi te wyrazy: „Ta Dulcynea z Toboso, o której tak często jest mowa w niniejszej historii, miała, jak słychać, najszczęśliwszą rękę ze wszystkich kobiet w Manchy do solenia wieprzaków”. Usłyszawszy nazwisko Dulcynei, pomyślałem sobie zaraz, że może to jest historia Don Kichota; prosiłem przeto Maura, żeby mi przeczytał tytuł tej książki; na tytule tym napisane było po arabsku: Historia Don Kichota z Manchy, opowiedziana przez Cyd-Hameda-Benengeli, dziejopisarza arabskiego. Usłyszawszy tytuł, takem się ucieszył, że wyrwałem natychmiast książkę z rąk kupca, stargowałem ją od chłopaka i za pół reala kupiłem rzecz, za którą bym dał dwadzieścia razy tyle, gdyby chłopiec umiał ze mnie korzystać. Odszedłem zaraz na bok z Maurem i prosiłem go, żeby mi przetłumaczył na hiszpański wszystko, co się tam znajduje, najmniejszego szczegółu nie opuszczając, ani dodając i ofiarowałem mu za to nagrodę, jakiej sam zażąda. Poprzestał na dwóch miarach winogradu i dwóch korcach pszenicy; obiecał mi przetłumaczyć wszystko jak najwierniej i prędko. Chcąc rzecz ułatwić i korzystać z tak szczęśliwej znajomości, wziąłem Maura do siebie, gdzie w sześć tygodni przekład był już gotowy, tak, jak go wam tu co do słowa daję. Na pierwszej stronicy książki był wizerunek walki Don Kichota z Biskajczykiem, godzących na siebie w tej samej postawie, w jakiej zostawiliśmy ich poprzednio; obydwaj z mieczami wzniesionymi do góry, jeden zasłonięty tarczą, a drugi poduszką. Muł Biskajczyka tak był naturalnie oddany, że o milę poznać było można, że to muł najęty. Pod nogami Biskajczyka stał napis: Don Sancho de Aspetia, a pod Rosynantem: Don Kichot. Rosynant ślicznie był odmalowany, długi, sztywny, a taki ostrokościsty i zbiedzony, że aż strach; grzbiet sterczał mu do góry, a uszy miał spuszczone; z pierwszego rzutu oka można było poznać, że nigdy koń lepiej nie zasłużył sobie na nazwisko. Tuż obok stał Sancho Pansa, trzymając za uzdę osła, pod którym był napis: Sancho Zansas. Wzrostu był niskiego, brzuch miał potężny, a nogi kabłąkowate; dlatego to zapewne historia daje mu bez różnicy przydomek Pansa i Zansas. Ciekawa to była figura i wiele by jeszcze o niej gadać, ale to do historii niepotrzebne. Historia, WrógPowiem tylko, że przeciw prawdziwości tej historii nic zarzucić się nie da, chyba to jedno, że autorem jej jest Arab, a Arabowie strasznie łgać lubią. Ale że są naszymi nieprzyjaciółmi, nie można wątpić, że tu autor więcej ujął niż dodał; i widać to zaraz, jak niechętny jest w pochwałach dla naszego rycerza, i jak je często przemilcza. Historyk tak czynić nie powinien, powinien być wierny i dokładny, wolny od wszelkiej namiętności i interesu; ani obawa, ani przywiązanie, ani przyjaźń, nie powinny go sprowadzać z drogi prawdy, która jest matką historii, a historia lamusem czynów ludzkich i nąjzawziętszym wrogiem zapomnienia. W niej to mamy wierne obrazy przeszłości, przykłady dla teraźniejszości i przestrogi na przyszłość. Przekonany jestem, że i w tej znajdzie się bardzo wiele użytecznych i ciekawych rzeczy, a jeżeli jej czego nie dostaje, to niezawodnie wina autora, a nie przedmiotu. Część druga w tłumaczeniu tak się zaczyna:

202

Pojedynek, Rycerz, DamaZe strasznej postawy tych dwóch dumnych i zawziętych wojowników, ostrymi mieczami na siebie godzących, sądziłbyś, że oni chyba niebu i ziemi zagrażają; wszyscy też widzowie zdumieni, wisieli między podziwem a strachem. Zażarty Biskajczyk pierwszy zadał raz; a był to raz wściekły i potężny; że gdyby mu miecz się nie skręcił w ręku, tym jednym razem zakończoną by została cała walka i wszystkie awantury naszego rycerza. Lecz los, zachowując go na większe rzeczy, sprawił, iż miecz płazem spadł mu na lewe ramię, i zerwawszy z tej strony połowę zbroi i połowę ucha, nic mu więcej złego nie zrobił. Próżno by tu silić się na opisanie wściekłości, jaka ogarnęła rycerza z Manchy, kiedy się ujrzał tak sponiewierany. Wyprężył się na strzemionach, wychylił całym ciałem i ściskając miecz ze wszystkich sił, wyciął raz tak okrutny w samą głowę przeciwnika, że mimo poduszki, krew nosem, ustami i uszami lać się zaczęła Biskajczykowi, i byłby zleciał z muła, gdyby się go za kark nie uchwycił. Muł, przerażony taką przygodą, czując, że jeździec lejce z rąk wypuścił, poskoczył żwawo na pole, a dawszy kilka susów, zwalił wojownika na ziemię prawie bez życia. Don Kichot patrzał na to zimno i ani się ruszył. Ale obaczywszy przeciwnika na ziemi, zeskoczył z konia i przypadł do niego, i kładąc mu miecz na gardle, żądał, żeby mu się poddał, bo inaczej głowę mu utnie. Biskajczyk tak był zamroczony, że nie widział swego niebezpieczeństwa i słowa wymówić nie mógł. Rozjuszony Don Kichot pewno by mu był nie darował, gdyby pani karocy nie przyszła prosić go o życie swego giermka. Zmiękł natychmiast dumny rycerz i poważnie powiedział:

203

— Piękna pani, daruję ci to życie, ale pod warunkiem, iż rycerz ten zobowiąże się pod słowem pójść do Toboso i przedstawić się tam nieporównanej Dulcynei, która losem jego według upodobania rozporządzi.

204

Dama na wpół nieżywa ze strachu, nie rozumiejąc nic, czego żąda, ani się nawet pytając, co to za jedna ta Dulcynea, przyrzekła w imieniu giermka swego wszystko, czego domagał się Don Kichot.

205

— A więc niechaj żyje! — zawołał nasz rycerz — na słowo twoje, pani, od śmierci go uwalniam; piękności twojej niech zawdzięcza łaskę, której zuchwałość jego niegodnym go czyni.

Rozdział II

Rozmowa Don Kichota z Sancho Pansą.

206

Rycerz, SługaCiężko poturbowany przez hajduków mniszych, podniósł się Sancho z ziemi i przyglądał pilnie walce pana, gorące do Boga zasyłając modły o zwycięstwo dla niego, żeby sam na tym zyskać mógł zarząd wyspy jakiej, jak to uroczyście miał sobie przyobiecane. Widząc więc bój skończony, a Don Kichota zabierającego się siąść na konia, pobiegł mu przytrzymać strzemienia; i nim ten wsiąść zdążył, padł przed nim na kolana, a całując rękę, tak przemówił:

207

— Najwielmożniejszy panie i władco mój! oddajcież mi w zarząd wyspę, którą w tym strasznym boju wygraliście, bo żeby tam była nie wiem jak wielka, czuję, że rządzić nią będę tak doskonale, jak kto bądź na świecie.

208

Na to mu Don Kichot odpowiedział:

209

— Miły bratku Sancho, bredzisz sam nie wiesz co, w takich awanturach wyspy się nie wygrywają, to są proste bójki, dorywcze na drodze spotkania, z których guza na łbie i kawał oderwanego ucha w zysku wynieść można. Ale bądź tylko cierpliwy, przyjdą inne przygody, które mi dadzą sposobność dotrzymać ci obietnicy i dać ci jeszcze co więcej niż wyspę.

210

Sancho nie wiedział już jak dziękować, ucałowawszy rękę i kraj zbroi Don Kichota, podsadził go na konia, sam wsiadł na osła i pojechał za panem, który, nie pożegnawszy się nawet z damami, kłusem pobiegł ku pobliskiemu lasowi. Sancho zdążał za nim, co tylko osioł mógł wyskoczyć, ale Rosynant pędził tak tęgim cwałem, że zostawszy kawał w tyle, nie miał już innego sposobu, jak krzyczeć na pana, aby się zatrzymał. Don Kichot osadził rumaka i czekał, aż maruder giermek dobiegł do niego.

211

Pojedynek, Rycerz, Sąd— Zdaje mi się, wielmożny panie — rzekł przybiegłszy — że nieźle byłoby, gdybyśmy się schronili do jakiego kościoła, bo tych biednych ludzi w tak okropnym tam zostawiłeś stanie, że gdyby św. Hermandada[52] dowiedziała się o tej sprawce, to by nas pewno capnęli. A jakby nas raz wpakowali do ciupy, to widzi Bóg, dużo by wody upłynęło, nim by nas stamtąd wypuścili.

212

— Milcz, głupi — rzekł Don Kichot — pleciesz opałki koszałki; gdzieżeś to widział albo czytał, żeby błędnego rycerza przed sądy kiedy ciągano za kawalerskie rozprawy?

213

Rycerz, Sługa, Odwaga— Ja się tam nie znam na żadnych rozprawach — odpowiedział Sancho — jak żyję ich nie próbowałem, ale wiem dobrze, że św. Hermandada ciężko każe tych, co się biją po drogach, a tego bym także próbować nie chciał.

214

— Nie bój się niczego, moje dziecko, ja cię choćby z rąk filistyńskich wyrwę całego. Ale powiedz prawdę, co? widziałeś kiedy pod słońcem dzielniejszego nade mnie, rycerza? Czytałeś kiedy, żeby kto silniej nacierał, wytrwałej razy wytrzymywał, szybciej je zadawał i gwałtowniej przeciwnika o ziemię powalał?

215

— Co prawda, to prawda — rzekł Sancho — nic takiego w życiu nie czytałem, bo nie umiem ani czytać, ani pisać, i przysiąc mogę sumiennie, że nigdy za życia nie widziałem pana odważniejszego od was, oby tylko Bóg dał, żeby ta szalona odwaga o co złego nas nie przyprawiła! InteresAle trzeba by, proszę pana, opatrzyć wam ucho, dużo krwi z niego uchodzi; szczęście, że mam w sakwach trochę szarpi[53] i białej maści.

216

— Obeszłoby się bez tego wszystkiego — rzekł Don Kichot — żebym tylko nie zapomniał zrobić sobie balsamu Fierabrasa; jedna kropelka tego kordiału zastępuje wszystkie starania i leki.

217

— Cóż to za balsam taki? — zapytał Sancho.

218

— Jest to balsam, na który receptę umiem na pamięć, a mając go, ani śmierci, ani ran bać się nie trzeba; jak go zrobię i dam ci go, to pamiętaj, że jak mnie kiedy w boju rozpłatają całkiem na dwoje, co się nam rycerzom często zdarza, to zbierz tylko prędko rozcięte części nim krew zastygnie, złóż je razem szczelnie i potem daj mi ze dwa łyki tego kordiału[54], a obaczysz, że natychmiast będę zdrów i żwawy jak rybka.

219

— O, kiedy to taki kordiał — rzekł Sancho — to ja już dam za wygraną tym rządom, coście mi obiecali, a w nagrodę służby mojej nie żądam nic więcej, tylko żebyście mi dali receptę na ten balsam. Jestem pewien, że wszędzie i zawsze każdy mi da z chęcią trzy reale za uncję, a to mi aż nadto wystarczy na porządne i spokojne życie. Ale proszę pana, czy dużo trzeba pieniędzy, aby zrobić ten kordiał?

220

— Za trzy reale będzie tego ze sześć kwart.

221

— A na miłość boską! — zawołał Sancho — i czegóż tu czekać, miły panie? Nauczcież mnie go robić zaraz; przygotuję go z parę garncy.

222

— Nie tak śpiesznie, nie tak śpiesznie, bratku Sancho, odkryję ja ci większe jeszcze sekreta i większe dam nagrody, a na teraz opatrz no mi ucho, jakoś mnie boli kaducznie.

223

Sancho wyciągnął maść i szarpie z worka. PrzysięgaDon Kichot teraz dopiero zobaczywszy, że hełm miał całkiem rozbity, ledwo do reszty nie zwariował z rozpaczy. Porwał za miecz i wznosząc oczy do nieba, zawołał z uniesieniem:

224

— Przysięgam na wszystkie na niebie świętości, na cztery Ewangelie, że dopóki nie pomszczę tej krzywdy na przeciwniku, co mi ją wyrządził, dopóty prowadzić będę żywot taki, jak go prowadził margrabia Mantuański, kiedy poprzysiągł, odemścić śmierć synowca swego, Balduina, to jest nie jeść chleba ani kawałka, nie bawić się z żoną i wiele innych podobnych zadawać sobie utrapień (których nie pamiętam, ale przysięgą je moją obejmuję).

225

— Jaśnie wielmożny panie — rzekł Sancho, przerażony tak straszliwą przysięgą — nie gniewajcie się tak okrutnie i zważcie, że jeżeli rycerz przez was pokonany dopełni rozkazów waszych, jeżeli przedstawi się pani Dulcynei w Toboso, to ma być wolny zupełnie, chyba, że nową winę względem was popełni.

226

— Prawdę mówisz, ani słowa; odwołuję więc przysięgę co do punktu zemsty nad winnym, ale potwierdzam ją i raz jeszcze powtarzam, i uroczyście ślubuję prowadzić życie takie, dopóki na jakim rycerzu nie zdobędę hełmu tak dobrego i pięknego, jak mój był. I nie myśl, Sancho, że na wiatr mówię; mam piękne przed sobą wzory do naśladowania, takim sposobem co do joty został zdobyty hełm Mambryna, który tak drogo kosztował Sakrypanta.

227

— E! panie — rzekł Sancho — bierz kaci takie tam szalone przysięgi; Pan Bóg nie kazał przysięgać, a to i zdrowiu i duszy szkodzi. Niechże, proszę pana, kawał czasu nie zjawi się człowiek z takim hełmem, to cóż wtedy zrobimy? Maszże pan wtedy dotrzymać przysięgi w tak ciężkich warunkach, spać zawsze ubrany, nocy nigdy między ludźmi nie spędzić i tysiące innych cierpieć utrapień, które mieści w sobie przysięga tego starego wariata, margrabiego z Mantui? Pamiętajże pan, że w tych stronach trudno o zbrojnego człeka, że tu tylko jeżdżą sami furmani i mulnicy, co hełmu nie noszą i znają tylko przyłbice z kapuścianych liści.

228

— Pleciesz, pleciesz, bratku — rzekł Don Kichot — i dwie godziny nie ujdzie, a spotkamy więcej zbrojnych, niż ich było pod fortecą Albraque, kiedy piękną Angelikę zdobywano.

229

— Niechże i tak będzie, kiedy wasza wola — rzekł Sancho — i daj Boże szczęścia tylko, żeby wygrać jak najprędzej tę wyspę, co mnie już tyle kosztuje, choćby potem i skonać zaraz z radości.

230

— Powiedziałem ci już Sancho, nie turbuj się nic, bądź spokojny. Jak nie będzie wysp, to mamy królestwo Dinamarku i Sebradisy, które ci lepiej jeszcze przypadną, bo nie potrzeba do nich po morzu się dostawać. Ale na to wszystko przyjdzie czas. Na teraz sięgnij no do sakwy, czy nie masz tam co zjeść, bo potem ruszymy szukać zamku jakiego, gdzie byśmy się na tę noc schronili i kordiał mój przysposobili; jak mi Bóg miły, ucho piecze mnie piekielne.

231

Rycerz, Jedzenie— Mam tu — odpowiedział Sancho — główkę czosnku, trochę sera i parę kromek starego chleba, ale to specjały nie dla tak dzielnego rycerza, jak wasza łaskawość.

232

— Gadasz sam nie wiesz co! — na to mu Don Kichot.— Trzeba ci wiedzieć, Sancho, że w tym właśnie chwała rycerzy błędnych, iż często po kilka miesięcy nic nie jedzą, a kiedy jedzą, to bez ceremonii, co im pod rękę podpadnie; żebyś czytał tyle historii rycerskich, co ja, to byś o tym wiedział. Daję ci słowo, że mimo mozolnych i długich poszukiwań, nie czytałem nigdy, żeby ci rycerze jedli umyślnie, zawsze jedzą tylko przypadkiem, lub kiedy się znajdują na wspaniałych bankietach, dawanych im przez królów i książąt. Zresztą, żyją tylko samymi myślami. Że zaś przypuścić nie można, aby się obywali zupełnie bez pożywienia, jako i bez innych potrzeb, boć przecie są ludźmi, jak i my, to nie ma wątpliwości, że pędząc życie w puszczach i lasach i bez kucharzy, musieli spożywać potrawy proste, takie, jakimi mnie teraz częstujesz. Tak więc, miły bratku, nie smuć się tym, z czego ja się cieszę; nowych nie zaprowadzaj obyczajów i nie psuj starych podań rycerskich.

233

— Raczcie mi wybaczyć, panie — rzekł Sancho — bo jak powiedziałem, czytać i pisać nie umiem, reguł przeto rycerskich poznać nie mogę; teraz już będę wiedział i na przyszłość będę miał zawsze w sakwach trochę prostej strawy dla was, jako rycerza, a dla siebie, że nie mam zaszczytu być nim, pomyślę o czymś lepszym i pożywniejszym.

234

— Nie mówię ja — rzekł Don Kichot — żeby powinnością rycerza miało być samą tylko grubą strawą się żywić, ale tylko, że na niej zwykle poprzestają, dodając nieco ziół polnych, na których dobrze się znają, a których i ja świadom jestem.

235

— Ważna to bardzo rzecz znać się na roślinach — rzekł Sancho — i widzi mi się coś, że ta znajomość przyda nam się z czasem. A teraz zjedzmy, co Pan Bóg dał.

236

Jakoż wydobywszy żywność z sakw, smacznie spożywali ją razem. Prędko skończyli skromną biesiadę, wsiedli znów na koń i ruszyli szukać noclegu; ale słońce i nadzieja zawiodły ich nieco, bo dobrze już zmierzchło, kiedy nic nie znalazłszy, ujrzeli się w pobliżu pastuszych szałasów i tam noc spędzić postanowili. O ile Sanchowi markotno było, że się nie dostał na noc pod dach wygodny, o tyle Don Kichot cieszył się, że koczuje pod gołym niebem, bo zdawało mu się zawsze wtedy, iż zagarnia w posiadłość swoją okiem niedoścignione obszary i nowe zasług dowody kładzie w rzemiośle błędnego rycerza.

Rozdział III

Przygoda Don Kichota z pasterzami.

237

JedzeniePasterze tych szałasów z otwartymi rękoma przyjęli naszego rycerza, a Sancho, spraVivszy się co żywo z najdogodniejszym pomieszczeniem Rosynanta i osła, pobiegł zaraz w stronę, skąd go doleciał zapach koziny, którą pasterze piekli sobie na kolację. Poczciwy giermek rad by ją był natychmiast, prosto z rożna do brzucha swego przeprowadził, ale rad nie rad, musiał wstrzymać swe zapędy, dopóki pasterze nie rozesłali na ziemi, zamiast obrusów, kilka skór kozich i baranich. Urządziwszy to wiejskie nakrycie, szczerym sercem zaprosili swych gości na to, co Bóg dał. Sześciu pasterzy szałas ten zamieszkujących zasiadło na ziemi wokoło skór, zaprosiwszy ceremonialnie Don Kichota, żeby siadł na przewróconym dla niego umyślnie korycie. Don Kichot zasiadł, a Sancho stał za nim, trzymając w ręku czarę, nie kryształową wprawdzie, lecz rogową, w której miał mu pić podawać. Widząc go tak stojącego, przemówił doń rycerz:

238

— Żebyś się przekonał, Sancho, ile to dobrego mieszczą w sobie zasady błędnego rycerstwa i jak dalece ludzie wyznający je powinni być czczeni i wielbieni na świecie, pozwalam ci zasiąść koło siebie razem z tą poczciwą gromadką; będziesz za pan brat z panem i władcą swoim, któremu służysz; będziesz jadł z tej samej misy i pił z nim z jednej szklanki; bo o rycerzach błędnych powiedzieć można to samo, co o miłości, że dla nich wszystko jest równe.

239

— Dziękuję waszej łaskawości — rzekł Sancho — ale bylem miał co, to wolę jeść sam i stojący, niż siedzieć obok najpotężniejszego władcy. A nawet prawdę powiedziawszy, daleko mi lepiej smakuje kromka razowca z cebulą, zjedzona w kącie, bez przymusu i ceremonii, niż najpyszniejsze indory, kiedy je jeść trzeba w wymuszonej kompanii, gdzie muszę łykać powoli, popijać po odrobinie, obcierać gębę co minuta i nie śmiem ani kaszlnąć, ani kichnąć, kiedy mi przyjdzie ochota. Tak więc, łaskawy panie, te zaszczyty i łaski, którymi mnie obdarzać raczysz jako rycerskiego luzaka, zamieńmy lepiej na inne, co by mi więcej korzyści i wygody przyniosły; a za tamte serdecznie ci dziękuję i kwituję z nich od dzisiaj aż do końca świata.

240

— Dobrze to wszystko — rzekł Don Kichot — ale trzeba przecież, żebyś tu usiadł, bo kto się korzy, ten będzie wywyższon.

241

I pociągnął go tak silnie za rękę, że musiał nieborak usiąść koło niego. Pasterze, nie rozumiejąc nic tej rozmowy rycerskiej, zajadali w najlepsze i spoglądali na gości, że łykali kawały duże jak pięście. Po mięsie zastawiono orzechy i ser twardy jak kamień; rogowa czara nie próżnowała, krążyła ciągłe z rąk do rąk to pełna, to próżna, tak często, że z dwóch worków wina jeden już był całkiem próżny. Złoty wiek, RycerzDon Kichot, podjadłszy sobie potężnie i widząc, że naładował brzuch, jak przystoi na nowoczesnego rycerza, wziął garść orzechów i czule na nie spoglądając, rzekł:

242

Własność— O, wieku! szczęśliwy wieku, któremu ojcowie nasi nadali miano złotego, nie dlatego, żeby złota, tak cennego w tym naszym wieku żelaznym, było więcej wtedy, ale dlatego, że wtedy nie znano dwóch złowrogich wyrazów: moje i twoje, które teraz świat cały rozdarły. Wtedy w tych czasach świętych, wszystko było między ludźmi wspólne. Każdemu dość było rękę przed siebie wyciągnąć, aby potrzebne do życia zbierać owoce. Zdroje czyste i rzeki rwące dostarczały w bujnej obfitości przezroczych wód do napoju. W szczelinach skał i drzew wydrążeliskach pracowite pszczółki państwa swe zakładały, bez żadnej opłaty każdemu gotowe dając słodyczy zasoby. Wszystko wtedy tchnęło pokojem, przyjaźnią i zgodą. Ostry lemiesz ciężkiego pługu nie śmiał jeszcze drzeć świętych wnętrzności matki naszej ziemi, bo ona sama z siebie hojne na całym ogromnym swym łonie wydawała plony, aż nadto dla dzieci jej ówczesnych wystarczające. Wtedy to niewinne i wesołe pastereczki biegały po wzgórzach i dolinach, tyle tylko ciała kryjąc odzieniem, ile skromność kryć zawsze ludziom nakazywała; powaby ich były nie takie, jak niewiast dzisiejszych, złoto, jedwabie i tyryjskie purpury nie były im potrzebne; sztuki w stroju nie znały, proste kwiecia i zieleni wieńce stroiły je lepiej niż najwymyślniejsze zbytku dzisiejszego wybryki stroją dzisiejsze panie. Miłość wyrażała się prosto i szczerze, nie szukając w wytwornych słówkach podniety dla siebie. We wszystkich czynnościach ludzi panowała otwartość dusz prostych i zacnych, daleka od oszustwa i niezdolna całkiem do obłudy. Sprawiedliwość, z oczami ciągle zawiązanymi, nie znała względu, ni zysku. W późniejszych to dopiero wiekach potworne te gadziny wyrosły i najohydniejszym jadem serca ludzkie przejąwszy, wyrugowały z nich wrodzoną szlachetność i zacność, które za wspólną zgodą ogółu wszystkim wtedy rządziły. Niewinność towarzyszyła wszędy dziewczętom, jak to już mówiłem, bez obrony i przewodników bujały one swobodnie, bać się nie potrzebując przestępnych, zbrodniczych na siebie zamiarów. Bezpieczne od innych i od własnych chuci, same wszędzie cześć i poszanowanie znachodziły. A dziś, w tych wiekach przebrzydłego zepsucia, któraż z nich może być bezpieczną, choćbyś ją nawet w kreteńskim osadził labiryncie? Zdrożna miłość przez najdrobniejsze zakrada się szczeliny, w powietrzu tchnie sprośność i piękne zasady wniwecz obraca. Ten nawał rosnącej z wiekami zdrożności, powołał do życia instytucję błędnych rycerzy, za cel sobie kładącą obronę dziewcząt, osłonę wdów, opiekę sierot i podporę nieszczęsnych. Tej to instytucji, tego zakonu, ja jestem członkiem; mili bracia pasterze! serdeczne składam wam dzięki za gościnne przyjęcie, jakiego od was razem z giermkiem mym doznałem; bo chociaż z samego prawa natury obowiązkiem jest każdego błędnych rycerzy zasilać, to jednak, bacząc na to, iż nie wiedzieliście kto jestem i z dobrego jedynie serca takie zgotowaliście dla mnie przyjęcie, słuszna wam się ode mnie należy podzięka i zapewnienie, że nigdy, do grobowej deski, wdzięczność i wspomnienie dla was serca mego nie opuszczą.

243

Orzechy to tak stanowczo przywiodły na pamięć wiek złoty rycerzowi naszemu i tę piękną natchnęły mu przemowę, bez której doskonale mógł się obejść, jako i pasterze, co słuchając jej pilnie, nic a nic nie rozumieli, a choć gęby pootwierali, ni słowa nie rzekli. Sancho także ani pisnął, ale nie próżnował; pakował przez ten czas, co się zmieściło orzechów i sera, ustając gębą ruszać ledwie wtedy, gdy do drugiego worka z winem zaglądał. Po skończonej biesiadzie jeden z pasterzy tak się odezwał do Don Kichota:

244

— By ci dowieść, dostojny rycerzu, jak gorąco pragniemy przyjąć cię godnie i rozweselić między nami, przyprowadzim ci, abyś go posłuchał, jednego z naszych towarzyszów, który ci zapewne wiele przyjemności sprawi. Jest to pastuszek bardzo rozkochany i wysoce uczony; umie czytać i pisać jak sam bakałarz, a przy tym śpiewa i wygrywa na skrzypcach, że rozkosz go słuchać.

245

Ledwie tych słów dokończył pasterz, dał się słyszeć odgłos skrzypiec, niezadługo ukazał się dziarski chłopak, wygrywający na nich, a około dwadzieścia dwa lata wieku mający. Pasterze go pytali, czy jadł już wieczerzę, a kiedy odpowiedział, że jadł:

246

— To teraz, mój Antosiu — rzekł pasterz, który mówił z Don Kichotem — musisz nam co zaśpiewać, żeby rycerzowi temu a gościowi naszemu pokazać, iż w lasach i górach są przecież ludzie, co się na muzyce znają. Jużeśmy mu powiedzieli, jaki to z ciebie łebski chłopak, i trzeba mu dowieść, że my kłamać nie umiemy. Siadaj więc, mój miły, i zaśpiewaj nam piosenkę, którą stryj twój, ksiądz, o miłostkach twoich ułożył i która w całej okolicy tak się podobała.

247

— Zaśpiewam chętnie, kiedy tak chcecie — odrzekł Antoni i nie dając się prosić, usiadł na pniaku dębowym, a nastroiwszy skrzypki, wdzięcznie zawiódł piosenkę:

Ja wiem Olallo, że kochasz mnie,

Chociaż mi tego nie powiedziałaś

Nawet, Olallo, twymi oczami

Tymi ustami miłości twej!

O! ty mnie kochasz — boś zrozumiała

Dreszcz mego ciała i serca bicie!

A każda miłość będzie przyjęta,

Która wyrazić swój ogień zdoła.

I chociaż nieraz przez srogość twą

Tyś mi, Olallo, wierzyć kazała,

Że pierś twa biała, jak głaz nieczuła,

Że twoja dusza twardsza niż brąz!

Przecież przez chmury twojego gniewu,

I oziębłości twej szarej mgły,

Zieloną szatę strojnej nadziei

W dali świecącą widziałem gdzieś.

Jeżeli miłość zalotnie mówi,

To twe, Olallo, niewinne słowa

Tak poją serce moje nadzieją,

Jak poi rosa uwiędły kwiat.

A jeśli tkliwe męskie starania

Mogą rozczulić duszę niewieścią,

To moje ciągłe dla cię usługi

Dają mi prawo do uczuć twych.

Wiesz żem nie zważał na dzień powszedni,

I gdym szedł, luba, zobaczyć cię,

Brałem na siebie szaty niedzielne,

W co najdroższego stroiłem się.

Bo zwykle miłość i strój ozdobny,

Łącząc się, idą pospołu w drogę,

Więc też pragnąłem, by w twoich oczach

Miłym i pięknym pokazać się.

Dla ciebie, miła, rzuciłem taniec,

Tylko pieśń tkliwą przy lutni drżącej

Śpiewałem tobie wśród nocnej ciszy,

I wśród rannego kogutów piania.

Że już nie liczę pochwał i cześci,

Które twym wdziękom i hołdzie składam,

Choć przez nie wszystkie twe towarzyszki

Gniewne wymówki czyniły mi.

Raz mi Teresa Bezzacol rzekła,

Gdym przy niej oczy wychwalał twe:

„Ten sobie myśli, że czci anioła,

A w brzydkiej małpie zakochał się,

Która cackami i sztuką zręczną,

I swego serca chytrością znaną,

Zwikłała głupca w sieci pajęcze,

I wlecze dalej z sobą w świat”.

Zadałem kłamstwo oszczerczym słowom,

Jej krewny wtedy wyzwawszy mię,

Spotkał się ze mną — a co się stało,

O tym, Olallo, ty dobrze wiesz.

Miłość w mym sercu nie jest szaleństwem.

Nie pragnę ciebie kochanką mieć,

Bo me uczucia prawe i czyste,

Uczciwszy sobie obrały cel.

Kościół ma świętych węzłów ogniwa,

Jak atłas gładkie, jak atłas białe,

Pod słodkie jarzmo poddaj swą głowę,

Ujrzysz jak chętnie ja oddam swą.

Jeżeli nie chcesz — przysięgam tobie

Na najświętszego ze wszystkich świętych,

Że albo nigdy z gór tych nie wyjdę,

Lub kapucynem zostanę tu.

248

Gdy pastuszek skończył, Don Kichot prosił go, żeby mu jeszcze co zaśpiewał, ale Sancho, któremu się bardziej spać chciało, niżeli słuchać piosenek, sprzeciwił się temu, zwracając uwagę pana, iż czas pomyśleć o jakim na noc przytulisku i że tym biedakom, cały dzień krwawo pracującym, nie bardzo musi być na rękę w nocy bawić się piosenkami.

249

— Rozumiem cię, mój Sancho — odpowiedział Don Kichot — i widzę, żeś sobie łyknął tak dobrze, iż głowa ci cięży, ale nie do muzyki.

250

— Bogu Najwyższemu chwała — rzekł Sancho — ja łykał i pan łykał, i wszyscyśmy łykali, a nikt się nie wzdragał.

251

— Dobrze, dobrze — na to mu Don Kichot — możesz iść spać, kiedy ci się podoba; ludziom takim jak ja, czuwać, a nie spać przystoi. Ale wprzód opatrz no mi ucho, bo dalipan, że mi kaducznie doskwiera.

252

Sancho zaczął się krzątać około maści, ale jeden z pasterzy, spostrzegłszy ranę, rzekł do Don Kichota, żeby się o nic nie turbował, że mu ją zaraz uzdrowi. Nazbierał niebawem liści rozmarynowych, posiekał je, posolił i przywiązał plastrem do ucha, zapewniając, że już żadnego nie będzie potrzebował lekarstwa, jakoż całkiem się to sprawdziło.

Rozdział IV

Opowiadanie pasterza.

253

Kiedy tak się bawią, przybywa znów chłopak, który chodził po żywność do miasta, i przybywszy, zaraz pyta:

254

— Wiecie bracia, co się stało?

255

— A skądże mamy wiedzieć — odpowie któryś.

256

Miłość, Śmierć, Pogrzeb— A no patrzajcież, moi mili, to ten Chryzostom taki dobry, taki poczciwy pasturek, umarł dziś rano, jak powiadają, z miłości do tej opętanej Marceli, córki Wilhelma bogacza, co to się włóczy po polach jak pasterka ubrany.

257

— Z miłości do Marceli? — rzecze jeden z pasterzy — drwisz sobie, czy o drogę pytasz?

258

— A tak jest tak nie inaczej — odpowiedział chłopak — a co dziwniejsza to, że Chryzostom kazał się pochować wśród pola, jak poganin jaki, tam pod skałą, gdzie bije źródło, bo tam, jak sam mówił, pierwszy raz ją ujrzał. Polecił nadto przy śmierci wiele innych rzeczy, jeszcze dziwniejszych, ale ich nie wykonają, bo organista powiada, że strasznie pogańskie i zły przykład by dały, ale Ambroży, kolega i przyjaciel nieboszczyka, co to także po pastersku się nosi, chce koniecznie, żeby wykonano, co Chryzostom polecił. Cała wieś o niczym innym nie gada i zdaje się, że Ambroży razem z innymi pasterzami, przyjaciółmi zmarłego, postawią na swoim i pochowają go jutro z wielką ceremonią w miejscu żądanym. Będzie to śliczne widowisko, muszę i ja tam pójść.

259

— Wszyscy pójdziemy — zawołali pasterze — i losem ciągnąć będziemy, kto przy kozach zostanie.

260

— Masz słuszność, Piotrze — odezwał się któryś — trzeba tam pójść, ale losem nie ma co ciągnąć, ja za was wszystkich zostanę. Nie sądźcie, żebym się tym chciał wam przysłużyć, albo nie miał ciekawości — nie, tylko, że chodzić nie mogę, bo mi ten cierń, co mi wczoraj wlazł w nogę, okrutnie dolega.

261

— Dla nas to zawsze twoja łaska — odrzekł Piotr — i Bóg zapłać za nią, dopóki sami nie potrafimy.

262

Słysząc tę rozmowę, Don Kichot prosił Piotra, żeby mu powiedział, jak się nazywał nieboszczyk, i kto jest ta pasterka. Piotr mu na to odpowiedział, że nic nie wie, prócz tego, iż nieboszczyk był to młody szlachcic bardzo bogaty, którego ojciec mieszka tu w pobliskim zamku między górami, a on przez lat kilka chodził na nauki w Salamance i wrócił bardzo uczony, jak wszyscy powiadali; nade wszystko, ciągnął Piotr dalej, mówili ludzie, że się zna na gwiazdach i wie wszystko, co się tam dzieje na niebie między słońcem i księżycem. I zawsze też nam na pewniaka przepowiadał, kiedy słońce albo księżyc zasłonią się od nas.

263

— A!… przepowiadał wam zaćmienia słońca i księżyca — poprawił Don Kichot — bo to, widzisz, nazywa się zaćmienie, kiedy się te gwiazdy tak zasłaniają.

264

Piotr mało zwracał uwagi na te subtelności językowe i mówił dalej:

265

— Zgadywał także, czy będziemy mieli dobry, czy zły rok. Krewniacy jego i przyjaciele, którzy wierzyli wszystkiemu, co mówił, słuchali zawsze rad jego i w krótkim czasie przyszli do wielkich majątków; on im raz radził, żeby siali jęczmień, a nie pszenicę, drugi raz znów, żeby siali groch, a nie jęczmień. Przepowiedział raz, że w jednym roku będzie wielka obfitość oliwy, a potem przyjdą trzy roki z kolei, że się jej ani kapka nie zbierze, i wszystko to się sprawdziło święciuchno.

266

— Taka nauka nazywa się astrologią — poważnie odezwał się Don Kichot.

267

— Nie wiem ja, jak się ona nazywa — odrzekł Piotr — ale to wiem, że on się znał na wszystkim i wszyściusieńko na świecie umiał. W trzy miesiące po powrocie z Salamanki przystał do nas na piękne, przebrał się po pastersku, zawiesił sobie przez plecy torbę i pasał trzódkę swoją, i przyjaciel jego, Ambroży, co także uczony był w Salamance, przyszedł także do niego, zrzucił sutanę i przywdział się po naszemu. Ale, zapomniałem wam jeszcze powiedzieć, że ten Chryzostom składał śliczne pieśni, nawet pisał kolędy, co się śpiewają w wigilię Narodzenia Najświętszego Dzieciątka Jezus, i dorabiał także wiersze dla chłopców na zabawki Bożego Ciała, a to wszystko było zawsze takie piękne, że ludzie powiadali, jako nigdy nic śliczniejszego nie słyszeli. Nikt nie wiedział, jaka była przyczyna, że ci dwaj studenci przebrali się tak po pastersku i życie sobie na nice przemienili, wszyscy się im mocno dziwowali. Ojciec Chryzostoma umarł wtedy i zostawił mu wielki majątek, moc bydła i trzód wszelkich i wiele ruchomości i pieniędzy. Bóg mu to dał, bo zasłużył; złota była to dusza, wszystkich dobrych ludzi kochał serdecznie, a twarz to miał taką, jak aniołek. Później dopiero dowiedziano się, że to przebranie się za pasterza stąd miało przyczynę, iż rozmiłował się na zabój w pięknej pasterce Marcelli i za nią tak gonił po górach i polach. Muszę wam też opowiedzieć, co to za jedna ta Marcella, bo i to się wam zda wiedzieć. Jako żywo, pewnoście jeszcze, ba i nie pewno, tylko tak jest niezawodnie, że nigdy w życiu nie słyszeli nic podobnego i choćbyście tysiąc lat żyli, nigdy nie usłyszycie. Wspomniałem wam, miły panie, że był we wsi naszej rolnik, imieniem Wilhelm, jeszcze bogatszy od ojca Chryzostomowego, któremu Pan Bóg, oprócz bogactwa, dał śliczną córkę, której matka umarła, wydając ją na świat. Poczciwa to była kobieta jej matka, nie znałem nigdy zacniejszej niewiasty w całej okolicy. Zda mi się, że ją jeszcze mam przed oczami, poczciwe kobiecisko, z twarzą rumianą, a oczami iskrzącymi jak dwa słońca, a jaka zawołana gospodyni i jak biednych kochała; założyłbym się, że musi teraz być w raju. Wilhelm umarł z tęsknoty po śmierci żony i młodziutkiej Marcelce, jedynaczce, zostawił cały majątek, oddając opiekę stryjowi jej, który był proboszczem we wsi naszej.

268

Dziewczę rosło co dnia piękniejsze i coraz więcej przypominało nam matkę cudną twarzyczką swoją; gadano już wtedy, że jeszcze śliczniejsza będzie od nieboszczki, a skoro doszła lat piętnastu, każdy, kto ją zobaczył, podziwiał chwałę Bożą w cudownej jej piękności, i każdy się w niej rozkochał, albo raczej z miłości dla niej wariował. Stryj strzegł jej pilnie i chował surowo, ale sława jej piękności rozbiegła się po świecie; i tak z tej przyczyny, jako i dla wielkiego majątku, mnóstwo młokosów najpierwszych rodzin nie tylko ze wsi naszej, ale z dalekiej okolicy, ubiegało się o jej rękę, nie dając i chwili pokoju jej stryjowi. Poczciwy pleban rad by ją był wydał za mąż jak tylko dorosła, ale nigdy nie chciał tego czynić bez jej zezwolenia, i nie sądźcie, że zwlekając z wydaniem za mąż, miał na widoku jakie korzyści majątkowe, wszyscy wiedzą, że przeciwnie, poczciwe człowieczysko własnego nieraz nie dojrzał gospodarstwa, tyle miał kłopotu z rządem jej mienia. Z wielką też pochwałą mówi się zawsze o nim na naszych wieczorynkach. Bo trzeba wam wiedzieć, dostojny rycerzu, że na takich wieczorynkach to u nas mówi się o wszystkim, i nieraz dobrze się ludzi kąsa, każdy powie co myśli. Można być pewnym, że musi to być prawdziwie dobry i przykładny człowiek, kiedy go wszyscy parafianie jednym głosem chwalą i uwielbiają.

269

— Słusznie mówisz — rzekł Don Kichot — ale ciągnij dalej opowieść, proszę cię, dobry Piotrze, bo historia bardzo piękna i opowiadasz ją bardzo pięknie.

270

— Pan Bóg z wami, mówi się zwyczajnie jak było i kwita. Owóż tedy, żeby wam dalej rzecz wyłożyć, co stryj jej zaleci owego lub zachwali którego z młokosów, starających się o jej rękę, prosząc ją, żeby sobie sama męża wedle upodobania wybrała, to ona mu zawsze jedno odpowiada, że jeszcze o tym nie myśli, że młoda i ma jeszcze dosyć czasu. Takimi to mądrymi sposobami zasłaniała się zawsze od pieczołowitości stryja, a on czekał aż będzie starsza, żeby sobie sama męża wybrała, gdyż mawiał to zawsze i dobrze mawiał, rodzice nie powinni nigdy postanawiać dzieci przeciw ich woli.

271

Kobieta demonicznaAż tu razu jednego, kiedy się nikt ani spodział, dumnej Marcelli zachciało się zostać pasterką, i mimo odradzań stryja i wszystkich, co ją od tego odwieść chcieli, dziewczyna bieży z innymi w pole i sama gromady pilnuje. Do pioruna! wtedy to dopiero bieda była; bo jak tylko się ukazała i piękność jej zajaśniała na polach, sypnęło się zaraz gachów bez liku, to ze szlachty, to z bogaczów wiejskich, a wszyscy na pasterzy się poprzebierali i dalejże w sielskie zalecanki do niej! Jednym z takich, jak już powiedziałem, był i biedny Chryzostom; ludzie mówili, że nie kochał, ale ubóstwiał ją. Marcella, obrawszy sobie to swobodne życie, na krok jednak od surowej skromności nie odstąpiła; przeciwnie, tak umie dbać o godność swoją, że żaden z zalecających się jej nie może się pochwalić, żeby go kiedy najlżejszą nadzieją pocieszyła, a chociaż nie unika ani towarzystwa, ani rozmowy z pasterzami, i przestaje z nimi bardzo po przyjacielsku, jeżeli jednak który z nich odważy się odkryć jej miłość swoją, mimo, że w najświętszym celu, to tak go zaraz odsadzi, że już ani pomyśli drugi raz się do niej przysunąć. Tak tedy ta dziewczyna więcej nam tu biedy robi, niż morowe powietrze, bo wszystkie serca jak na lep lgną do jej piękności i słodyczy, a potem srodze zranione w rozpacz wpadają. Cała ich zemsta, że później wykrzykują na nią głośno, że okrutna i niewdzięczna, i wymyślają jej różne przezwania, na które okrutnica słusznie zasługuje. Żebyście tu dłużej zostali, dostojny rycerzu, tobyście usłyszeli nieraz, jak po górach i dolinach roznoszą się żałosne jęki tych biednych kochanków, przez nią odrzuconych. Niedaleko stąd stoi ze trzydzieści buków, a nie ma ani jednego, żeby na całej korze nie nosił wyrytego imienia Marcelli, a na niektórych nad tym imieniem świeci korona, jakby na znak, że jej się należy korona piękności. Tu wzdycha jeden pasterz, a tam znów drugi płacze żałośnie; tu słychać piosnki miłosne, a tam znów rozpaczne wykrzyki. Niejeden całą noc spędza bezsennie pod jakim dębem lub skałą, i zatopiony w myślach, czeka wschodu słońca; inni znów, wzdychając bezprzestannie, najskwarniejsze dni lata przeleżą na rozżarzonym piasku, śląc ciągle do nieba bolesne wołania i straszne lamenty. A dumna Marcella, jakby to ją nic nie obchodziło, drwi z tego wszystkiego i jednych i drugich zarówno wzgardą odpycha. My, co ją znamy tylko, czekamy, do czego doprowadzi ta zatwardziałość niebezpiecznej dziewki i kto będzie ten szczęśliwy, co ją obłaskawić dla siebie potrafi. Wszystko, com wam powiedział, jest najrzetelniejszą prawdą i nie ma żadnej wątpliwości, że śmierć Chryzostoma z jej przyczyny pochodzi. Radzę wam, dostojny rycerzu, iść jutro na jego pogrzeb, nie ma jak pół mili stąd, a będzie tam co widzieć.

272

— Pójdę, pójdę niezawodnie — odrzekł Don Kichot — a tobie dziękuję uprzejmie za tę historię, która mi wiele sprawiła rozkoszy.

273

— O… jeszcze by to wiele gadać — odpowiedział pasterz — nie mówiłem ja wam i połowy różnych przygód, które się kochankom Marceli wydarzyły, ale jutro znajdzie się kto z naszych, co wam reszty dopowie. Na teraz, miły panie, trzeba wam pomyśleć o wygodnym łożu, gdzie pod dachem, bo nocne powietrze niedobre dla waszej rany, chociaż pod tym plastrem nie ma się bać czego.

274

Sancho, który już z milion razy całym piekłem diabłów przeklął pasterza i jego gadulstwo, nastawał gwałtem na pana, żeby poszedł spać do szałasu Piotra. Zgodził się nareszcie na to, ale noc przepędził bezsennie, myśląc ciągle o nieubłaganej Dulcynei swojej, żeby w niczym nie ustąpić kochankom Marceli. Co zaś do Sancha, ten się rozciągnął wygodnie na słomie pomiędzy Rosynantem a osłem, i chrapnął smacznie, nie jak kochanek wzgardzony, ale jak człowiek z brzuchem potężnie wyładowanym i grzbietem należycie oporządzonym.

Rozdział V

Dalszy ciąg historii o Marcelli.

275

Zaledwie jutrzenka wyjrzała spoza widnokręgu, jak to mówią poeci, a już pięciu, czy sześciu pasterzy wstało z posłania i poszło pytać się Don Kichota, czy ma jeszcze zamiar pójść na pogrzeb Chryzostoma i powiedzieć mu, że gotowi mu są towarzyszyć. Don Kichotowi w to tylko graj, wstał więc i rozkazał Sanchowi okulbaczyć wierzchowca. Posłuszny Sancho zwinął się prędko i, nie bawiąc, cała gromada ruszyła w drogę. Nie uszli i ćwierć mili, gdy ujrzeli przybywających z boku sześciu lub siedmiu pasterzy, w czarnych kaftanach, z cyprysowymi i wawrzynowymi wieńcami na głowach i wielkimi wiechami w ręku. Za nimi jechało dwóch szlachty na koniach, w pięknym ubraniu, a dalej szło trzech hajduków pieszo. Zszedłszy się, powitali się grzecznie i, zapytawszy wzajem o cel podróży, przekonali się, że wszyscy dążą na pogrzeb nieszczęśliwego młodziana; razem więc dalej ruszyli. Jeden z jezdnych kawalerów tak mówił do swojego towarzysza:

276

— Mości Vivaldo, nie będziemy zapewne żałowali czasu ceremonii tej poświęconego, bo to będzie coś ciekawego, sądząc z opowiadań tych poczciwych ludzi o zmarłym kochanku i strasznej kochance.

277

— O i ja pewien jestem, że żałować nie będziemy — rzekł Vivaldo — i cztery dni gotów bym poświęcić, byleby się znajdować na tym pogrzebie.

278

Don Kichot pytał się ich, co by im powiadano o Chryzostomie i Marcelli; jeden z nich odpowiedział, że spotkali pasterzy, a widząc ich w żałobnym stroju, chcieli się o przyczynie dowiedzieć i wtedy im opowiedziano historię o pięknej a okrutnej Marcelli, o wielu jej kochankach i śmierci Chryzostoma, na którego pogrzeb zdążali. Słowem, powtórzyli Don Kichotowi wszystko, co mu Piotr powiedział, a gdy skończyli opowiadanie, RycerzVivaldo zapytał naszego rycerza, dlaczego tak strasznie uzbrojony jeździ po kraju tak spokojnym.

279

— Stan mój i powołanie — odparł Don Kichot — nie pozwalają mi inaczej się na świat pokazywać. Stroje i wygody, to dla dworaków, a praca, znoje i broń, to dla rycerzy błędnych, do których liczby mam zaszczyt należeć.

280

Dość tego było dla tych kawalerów, żeby rycerza naszego za wariata wzięli; ale, żeby się jeszcze lepiej upewnić i zobaczyć, co to za rodzaj wariacji, Vivaldo żądał od niego, żeby mu wytłumaczył, co to są rycerze błędni.

281

— Jak widzę, moi panowie — rzekł Don Kichot — nie czytaliście kronik angielskich, w których jest mowa o wielkich czynach króla Artura, co o nim podanie niesie, że żyje dotąd w Wielkiej Brytanii zaklęty w kruka, ale kiedyś wróci do dawnej postaci i na tronie zasiądzie; od tego to czasu nikt nie widział, żeby który Anglik zabił kiedy kruka. Za tego to zacnego króla utworzonym został zakon rycerski Okrągłego Stołu i rozgłosiły się po świecie miłostki Don Lancelota z królową Genewrą.

Dam usługami tkliwemi

Nikt nie był tak zaszczycony,

Jak Lancelot, gdy w te strony

Z Bretońskiej powracał ziemi.

282

Od owego to czasu zakon ten rycerski coraz się bardziej rozszerzał i po wszystkich częściach świata zasłynął. Dzielny Amadis wsławił go swymi czynami, a synowie jego i wnuki aż do piątego pokolenia waleczność po nim odziedziczyli. Głośny też był w świecie nieustraszony Feliks Mars z Hikarnii i inny znów rycerz, którego nigdy dość nachwalić nie można, znany ów Tyrant Biały. Za naszych już prawie czasów zajaśniał niezwyciężony Belianis z Grecji, i tylu innych, których imiona historia na wieki zachowa. Taki to jest, mój panie, zakon błędnych rycerzy, do którego, powiedziałem ci, należę i którego prawa ściśle wykonywam, a starodawne wzory cnót rycerskich pilnie naśladuję. Dlatego to, jak niegdyś oni, ja teraz jeżdżę po górach i puszczach, goniąc za przygodami, żebym osobę moją i prawicę mógł wsławić niebezpieczeństwami, na które w sprawie nieszczęśliwych i słabych z gotowością zawsze się narażam.

283

Usłyszawszy taką mowę, podróżni pewni już byli, że Don Kichot ma źle w głowie i bardzo się dziwowali tej niezwyczajnej chorobie. Vivaldo że był bardzo wesoły i chciał się w drodze zabawić, wyrozumiawszy rzecz dobrze, w ten sposób Don Kichota zagadnął, żeby go rozochocić:

284

Bóg, Dama— Zdaje mi się, mości błędny rycerzu, że obrałeś sobie jedno z najtwardszych powołań na świecie; wątpię nawet, żeby zakon kartuzów większej wymagał surowości.

285

— W surowości może nam wyrównywają — odpowiedział nasz rycerz — ale nigdy w użyteczności i sławie, bo dla nich dosyć modlić się spokojnie i cicho do Boga, dla dobra innych ludzi, a my rycerze i wojownicy urzeczywistniamy to, o co oni się tylko modlą, zapewniając ludziom pomyślność i sprawiedliwość dzielnością ramienia naszego i ostrzem oręża. Ale za to narażeni jesteśmy na wszystkie niewygody i utrapienia; latem ciągle na piekącym słońcu, a zimą na trzaskających mrozach. Mamy więc prawo nazywać się zesłańcami bożymi na tej ziemi i wykonawcami sprawiedliwości. Wojna i trudy żołnierskie ciągną za sobą tysiące innych mozołów, dlatego też, kto ten stan sobie obierze, wielkie ma zasługi, jeżeli cały się poświęca dla dobra bliźniego. Z tym wszystkim niechże mnie Bóg broni, abym miał twierdzić, że stan rycerza błędnego jest równie święty i bezpieczny, jak stan duchowny; ale to rzecz niezawodna i z doświadczenia dobrze mi znana, że przecierpieć w nim wszelakich udręczeń, głodu, pragnienia, bólu i niewczasu trzeba daleko więcej, słowem, że to stan daleko nędzniejszy, niż o tym przekonać się można z nieszczęść rozmaitych rycerzy, które historia opisuje. Byli wprawdzie między nimi i tacy, co dzielnością oręża korony sobie zdobyli, ale wierzajcie mi, dobrze oni to krwią i trudami przypłacili; a gdyby nie mieli przy sobie mędrców i czarnoksiężników do pomocy, to bądźcie pewni, że niewiele by wskórali.

286

— Cudownie, podzielam wasze zdanie o rycerzach błędnych — rzekł Vivaldo — ale z wielu innych, jedna szczególnie rzecz mnie uderza, a tą jest, że przedsiębiorąc czyn jaki wielki z wyraźnym życia narażeniem, nie uciekają się do pomocy i opieki boskiej, jak każdy chrześcijanin w podobnym razie czynić powinien, ale polecają się zdrożnie kochankom swoim i wzywają ich pomocy, jak gdyby innego Boga nie mieli. Moim zdaniem, wielkie to pogaństwo.

287

— A, mój panie, kiedy to już nie może być inaczej — odpowie Don Kichot — i rycerz błędny, co by sobie inaczej postąpił, na śmiech by się tylko naraził, jest to zwyczaj odwieczny i uświęcony; rycerz błędny, walcząc nawet wobec damy swojej, powinien zwracać miłośnie wzrok ku niej, jak gdyby błagając, żeby mu była przychylną i w niebezpieczeństwie pomocą. Chociaż nikt nie widzi i nie słyszy, powinien on zawsze kilku przynajmniej słowami, z głębi serca idącymi, polecić się jej łasce; historia daje nam nieskończoną ilość podobnych przykładów. Ale za tym wcale nie idzie, aby rycerz błędny nie mógł się i Bogu polecić, na wszystko jest czas; w chwili boju nawet może to uczynić.

288

Pojedynek, Kochanek— Ja mam jeszcze jeden zarzut — wtrącił Vivaldo — czytałem nieraz, że rycerze błędni, rozmawiając z sobą, zapalają się tak, iż od słowa do słowa przychodzi między nimi do zwady i nagle zwracają konie na pole, jak wściekli rzucają się na siebie, dwoma słówkami zaledwie mając czas polecić się damom. W takich gonitwach i bojach jednemu zwykle dostaje się cięcie albo pchnięcie śmiertelne, a drugi zwala się z konia, jeżeli grzywy się nie przytrzyma. Otóż tedy nie pojmuję, jak w tak żwawej przygodzie umierający znaleźć czas może na polecenie się Bogu. Nie lepiejże by było od razu obrócić się do Boga, zamiast do damy swojej, dopełniłby przynajmniej chrześcijańskiego obowiązku, a zawiniłby tylko przeciw kochance, to znów nie tak wielka bieda, bo niezawodnie niejeden rycerz błędny nie ma nawet kochanki, wszyscy przecież jak najęci zakochani być nie mogą.

289

— To być w żaden sposób nie może — rzekł Don Kichot — nie ma rycerza bez kochanki, jak nie ma nieba bez gwiazd. To główny warunek jego istoty, bez tego żyć by nie mógł; historia nigdy nie wspomina o niczym podobnym, więcej panu powiem i oświadczam to solennie, że gdyby przypadkiem znalazł się rycerz bez miłości w sercu, to niezawodnie nie jest on rycerzem prawym, ale bękartem, co się wdarł do zakonu naszego piecem, nie drzwiami, jak złodziej jaki lub rozbójnik.

290

— O ile sobie przypominam jednakże — rzekł Vivaldo — to Don Galaor, brat dzielnego Amadisa, nie miał nigdy kochanki stałej, której imienia mógłby wzywać w bojach, a mimo to był bardzo waleczny i szanowany.

291

— Jedna jaskółka nie robi wiosny — odpowiedział Don Kichot — a przy tym, wiem ja z dobrego źródła, że Don Galaor kochał się zapamiętale, ale w tajemnicy, a jeżeli zalecał się do wszystkich, co mu się podobały, to już tak z naturalnego pociągu, którego nie był panem, ale zawsze bez ubliżenia tej, o której wiadomo jest niezawodnie, iż była jedyną panią jego woli i której zawsze się polecał przed bojem, ale tajemnie, bo był bardzo skryty.

292

— Na to już ani słowa — rzekł Vivaldo — ale kiedy konieczną jest rzeczą dla każdego rycerza, aby miał kochankę, to rzecz bardzo naturalna, że waszmość, który jesteś tak przykładnym rycerzem, musisz być z obowiązku zakochany, jeżeli przeto uporna skrytość Galaora nie jest twoim udziałem, to błagam cię imieniem całego towarzystwa, opisz nam, kto jest i jak wygląda twoja kochanka. Zaszczytna to rzecz dla niej, że świat cały wiedzieć będzie, iż rycerz tak znamienity za bóstwo ją obrał sobie.

293

— Nie wiem ja — rzekł Don Kichot — czy ta najdroższa tyranka moja uzna za złe lub dobre, aby świat wiedział, że jestem jej niewolnikiem, ale to wiem dobrze (by uprzejmemu żądaniu waszemu zadość uczynić), Rycerz, Damaże się nazywa Dulcynea, że ojczyzną jej jest Toboso i że, co najmniej, jest księżniczką, bo jest władczynią myśli i serca mego. Z piękności to cud prawdziwy, w którym co do słowa sprawdzają się wszystkie sny i uniesienia poetów, kochanki swe sławiących. Jej włosy — to najczystsze złoto, jej lica — to drobny obraz Pól Elizejskich, jej brwi — to tęcze niebiańskie, a oczy jej prawdziwe słońca, na jagodach[55] wykwitają róże, usta z koralu, zęby z pereł, szyja z alabastru, piersi z marmuru, a ręce ze słoniowej kości, białość śniegu przed jej białością niknie, jak księżyc przed słońcem. Słowem, to, co oczy widzą, łatwo sądzić daje, że to, czego nie widzą, jest bez ceny i porównania.

294

— Teraz nam już tylko idzie — rzecze Vivaldo — o poznanie jej rodu i genealogii.

295

— Nie pochodzi ona — odparł Don Kichot — od starożytnych Kurcjuszów, Kajusów lub Scypionów rzymskich, nie pochodzi także od Kolonnów, ani Ursynów nowożytnych, nie pochodzi od Mondaków, ani Rekuezenów katalońskich, ani od Rebollasów lub Willanowasów walenckich, nie liczy w antenatach Palafoksów, Nuzasów, Rokabertysów, Kovellasów, Lunasów, Alagonów, Usveów, Focesów, ani Gurreasów aragońskich, ani też Cerdasów, Mauryknesów, Mendozów lub Guzmanów kastylijskich, w rodzie jej nie ma Alenkastrów, Pallasów, ani Menesów portugalskich. Ród jej idzie wprost z Toboso w Manchy, nie jest to ród starożytny, ale stać się może źródłem i szczepem rodzin najznakomitszych w przyszłych wiekach. A na to niechaj mi nikt nie waży się dawać wątpliwej odpowiedzi, jeżeli nie chce narazić się na groźbę, którą Zerbin wypisał pod trofeami zbroi Rolanda:

Kto tknąć jej będzie dość zuchwały,

Pozna Rolanda gniew zapamiętały.

296

— Chociaż rodzina moja — rzekł podróżny — pochodzi z Kaszopinów Loredańskich, nie śmiałbym jednak równać jej nigdy z rodziną z Toboso w Manchy, ale, prawdę powiedziawszy, nazwisko to i tytuł nigdy jeszcze uszu moich nie doszły.

297

— A to rzecz niesłychana — rzakł Don Kichot — dziwi mnie to mocno.

298

Wszyscy obecni przysłuchiwali się pilnie tej rozmowie i sami pasterze łatwo to poznali, że rycerzowi naszemu wyraźnie klepki w głowie nie dostaje. Jeden tylko Sancho Pansa wierzył ślepo wszystkiemu, co pan jego mówił, bo znał go od dzieciństwa i wiedział, co to za człowiek niepospolity. Co do Dulcynei jednakże miał niejaką wątpliwość, bo będąc z okolic Toboso, znał tam wszystkich doskonale i nigdy o żadnej podobnej księżniczce w całej Manchy nie słyszał.

299

Kochanek, Śmierć, Miłość, PogrzebJadąc tak ciągle i rozmawiając, spostrzegli niezadługo w wąwozie między dwiema górami, przez który droga im wypadała, kilkunastu pasterzy, w czarne skóry przybranych, z wieńcami cyprysowymi i lipowymi na głowach. Sześciu ich niosło trumnę, pokrytą kwiatami i zielenią. Jeden z pasterzy, spostrzegłszy to, rzekł:

300

— A to niosą ciało Chryzostoma, które tu pod tą górą ma być pochowane.

301

Wszyscy więc kroku przyspieszyli i przybyli na miejsce w chwili właśnie, kiedy pasterze trumnę z bark na ziemię zestawiali, a czterech ludzi brało się już do wykopania grobu pod skałą. Powitali się wzajemnie, grzecznych słów kilka zamieniwszy. Don Kichot z resztą towarzystwa zaczął się przyglądać trumnie. Leżał w niej młodzian około lat trzydziestu, w ubraniu pasterskim, cały kwiatami pokryty. Na śmiertelnej jego twarzy znać było piękność i szlachetność niepospolitą. Obok niego leżało w trumnie mnóstwo papierów i zeszytów zapisanych. Wszyscy obecni tam, tak widzowie, jako i pracujący, ponure zachowywali milczenie; po chwili dopiero jeden z tych, co trumnę przynieśli, odezwał się do drugiego:

302

— Obacz tylko dobrze, Ambroży, czy to tu Chryzostom chciał być pochowany.

303

— Tu, tu — odpowiedział Ambroży — w tym to miejscu nieszczęśliwy mój przyjaciel opowiadał mi stokrotnie smutną historię serca swojego. Tu to po raz pierwszy ujrzał tę nieubłaganą nieprzyjaciółkę rodu męskiego, tu po raz pierwszy wyznał jej szlachetną i gwałtowną miłość swoją, tu niemiłosierna Marcella do ostatniej rozpaczy doprowadziła go nieprzepartą wzgardą i kres smutnemu życiu położyła; tu nareszcie żądał, żeby go pochowano na wieczną tylu cierpień pamiątkę.

304

Ambroży, zwracając się do Don Kichota i innych, tak przemówił:

305

— Śmiertelne szczątki te, panowie, na które ze współczuciem patrzycie, niedawno jeszcze mieściły w sobie duszę uposażoną z nieba najhojniejszymi darami. Widzicie tu ciało Chryzostoma, człowieka umysłu wielkiego, zacności niezrównanej, uczuć pięknych i wzniosłych. O przyjaciela takiego niełatwo. Wspaniały i hojny bez próżności, mądry i poważny bez dumy, skromny bez przesady, uprzejmy i miły bez uniżenia, był to, jednym słowem, młodzian pierwszy we wszystkim, co szlachetne i dobre. Nie miał też sobie równego w nieszczęściu: kochał szalenie, a był nienawidzony, ubóstwiał, a był wzgardzony, poświęcił się bez granic hołdom tyranki, której nic zmiękczyć nie zdołało, płakał, jęczał przed głuchym i nieczułym marmurem, a żale jego nikły w powietrzu, westchnienia wiatr roznosił i igrał z jego boleścią; rozmiłował się nawet w tej twardej niewdzięczności, a w nagrodę padł pod ciosem śmierci w najpiękniejszej porze życia, który mu zadało okrucieństwo pasterki, wierszami jego na wieczne czasy unieśmiertelnionej. Papiery, które tu widzicie, najlepsze mogłyby dać świadectwo prawdy słów moich, ale mi polecił na łożu śmierci rzucić je w płomienie, kiedy ciało ziemi powierzać będę.

306

— Byłbyś jeszcze okrutniejszym, niż on sam był dla siebie — rzekł Vivaldo — gdybyś to uczynił; nie godzi się wykonywać ściśle poleceń z rozumem niezgodnych, ileż to przecudnych rzeczy na zawsze by zginęło, gdyby wykonywano skrupulatnie ostatnią wolę takich nieboszczyków! Obowiązkiem przeto jest twoim, mości Ambroży, ostatnią tę oddać przyjacielowi posługę i ocalić od niepamięci dzieła jego, które w gniewie i rozżaleniu zniszczyć ci polecił. Zachowaj te papiery, świadczące o cnocie twego przyjaciela i niewdzięczności Marcelli, chociażby dlatego, żeby służyły za przestrogę innym i tak rzewnym przykładem uchroniły ich od podobnej zguby. My tu obecni znamy dzieje miłości i rozpaczy Chryzostoma i przyczynę jego śmierci; znamy przyjaźń, jaka was łączyła, i polecenia, jakie ci dał na łożu śmierci; z tego wszystkiego sądzić możemy, jak wielkim było okrucieństwo Marcelli i miłość pasterza, jawnie przekonywamy się, jaki koniec czeka tych, co ślepo ufają próżnym nadziejom zawodnej miłości. Wczorajszego wieczora dowiedzieliśmy się o śmierci Chryzostoma i że tu ma być pochowany; nie ciekawość, lecz serdeczne współczucie kazało nam wstrzymać się w podróży, żeby mu ostatnią oddać posługę i dać dowód, iż ludzie uczciwi zawsze boleć umieją nad nieszczęściem bliźnich. Upraszam was przeto, szlachetny Ambroży, nie zostawcie dobrych chęci naszych bez nagrody, przychylcie się do prośby, którą w całym gronie do was zanosimy, i nie palcie papierów po nim pozostałych.

307

Rzekłszy to, a nie czekając odpowiedzi pasterza, Vivaldo zbliżył się do trumny i wziął w rękę kilka zwitków.

308

— Niechże i tak będzie — rzekł Ambroży — zostawiam wam, coście wzięli, ale względem reszty, darujcie mi, dopełnić muszę woli przyjaciela; to była własność jego, mógł nią rozporządzać, jak mu się podobało.

309

Vivaldo, niecierpliwy dowiedzieć się, co zawiera zwitek, który pochwycił, otworzył go natychmiast i przeczytał tytuł głośno. Napis tam był: Rozpacz kochanka.

310

— To ostatni utwór Chryzostoma — rzekł Ambroży. — Żeby się wszyscy tu obecni przekonać mogli, do czego doprowadziło go nieszczęście, proszę was, przeczytajcie głośno te wiersze, nim grabarze grób wykopią.

311

— Z całego serca — odrzekł Vivaldo. Otoczyli go kołem, a on im czytał, co następuje:

Rozdział VI

Wiersze rozpaczliwe pasterza Chryzostoma i inne niespodziewane zdarzenia.

Rozpacz kochanka

Okrutna! chcesz, bym głosił wyrazem goryczy,

Cierpienia, których źródło w twojej niewdzięczności;

Chcąc wylać tę truciznę, chyba mi użyczy

Na chwilę furia piekieł całej swej wściekłości.

Dobrze… rozpacz i boleść, sił ostatek zbiera

Do czczej pociechy żalów, a więc je ogłoszę.

Jad długo ukrywany ciągle pierś rozdziera,

Jedna śmierć… a tysiąca zgonów męki znoszę!

Słuchaj więc głosu, który błagał cię daremnie,

Co, budząc gniew i zgrozę na przestworzu kona;

Pragnę, chcąc cię nasycić, znieważyć wzajemnie,

Razem z żalem wyrzucić krew i serce z łona!

Wy! posłańcy nieszczęścia, złowróżbne puszczyki,

Których jęk wzbudza drżenie przed niechybnym ciosem,

Drapieżne sępy, głoście mój żal swymi krzyki,

Sowy, kruki, połączcie swój głos z moim głosem!

Wyjdź z twych kryjówek rodzie potworów zażarty,

Zmieszaj z moimi łzami ryk straszny, złowrogi:

Lwy, tygrysy, hieny, niedźwiedzie, lamparty,

Pomóżcie mi wyrazić ból rozpaczy srogiej!

Niechaj was na chwil kilka mym żalem zwyciężę,

Bądźcie dla mnie czułymi, dodajcie mi siły,

Użyczcie mi syczenia padalce i węże,

Jadu, co jedną kroplą wtrąca do mogiły.

Nie odmawiaj mi, burzo, wściekłych wichrów wycia,

Nie odmawiajcie, morza, huku fal spienionych,

Chmury! błyskawic, grzmotów i piorunów bicia —

Piekło! w wnętrznościach ziemi twych wstrząśnień szalonych!

Niech jęk całej natury z moim połączony,

Utworzy głos rozpaczy, zdolny wstrząsnąć głazem,

Niech on cierpień mej duszy wzgardą udręczonej,

I czarnej niewdzięczności stanie się obrazem.

Rozdzierające skargi z mych piersi zbolałych

Przenikną i poruszą najtwardsze opoki,

A ostatnie wyrazy ust zlodowaciałych

Wieczne echo ożywi wśród jaskiń pomroki.

Nigdy się nie odbiły o Tagu wybrzeża,

Wznosząc lament pod niebo, żałobniejsze tony;

Nigdy nie był straszniejszym ryk dzikiego zwierza,

Co padł, ostrym żelazem myśliwca zraniony.

Tam, gdzie Nil szumne wały[56] roztacza wspaniale,

W najodleglejsze miejsca, przepaście, pieczary,

I w głąb najdzikszych lasów, dolecą me żale,

Ogłaszając niewdzięczność niepodobną wiary.

Dzikie ludy, choć żyją wśród grubej ciemnoty,

Zrozumią[57] jednak boleść, co me wiersze splata,

Los mój nadto jest srogi, zbyt wielkie zgryzoty,

Aby nie miały, dobiec aż na kraniec świata.

Obojętne spojrzenie sercu cios zadaje,

Jedno czcze podejrzenie krwawą czyni bliznę,

A ta najstalszy umysł rozpaczy poddaje,

Zmieniając się w zazdrości śmiertelną truciznę.

Nieobecność jej — grobem twojej spokojności,

Obawa wzgardy serce niepewne udręcza,

Na próżno los twój sławią, że godzien zazdrości,

W walce duszy nadziei nie błyśnie ci tęcza!

Każde z tych nieszczęść samo zabija… a przecie

Moc nieznana mą duszę z ciałem spaja dzielnie,

Dręczony podejrzeniem, muszę żyć na świecie,

Z dala od niej, wzgardzony, zazdrosny śmiertelnie.

Nigdy promyk nadziei wśród cierpień tysiąca

Jak najlżejszą pociechą nie wsparł biednej duszy

Nawet mój umysł sam już tę ulgę odtrąca,

Przystaje na istnienie wśród łez i katuszy!

Jakimż losem by spoić nadzieję z obawą,

Gdy ich przedmiot i twardy, i zimny jak skała?

Ach! gdy w nas podejrzenie zazdrość zbudzi krwawą,

Nie lepiejż by śmierć pasmo udręczeń przerwała?

Wreszcie, któż by nadzieją łudził się daremną,

Będąc celem szyderstwa, nieczułości, wzgardy,

Mając w fałszu stałości nagrodę nikczemną,

Nie mogąc łzami wzruszyć duszy jak stal twardej?

O! najtkliwszej miłości ciemięzco nieczuły,

Ty, co się zwiesz zazdrością, uzbrój moje ramię,

Przetnę męki, co nędzne życie mi zatruły,

Niech uwierzy niewdzięczna, że cierpień nie kłamię!

Więc umrę! choć nieszczęścia nie skończą się w grobie,

Kto żył wśród mąk, czyż piekło może mieć na względzie?

Przeznaczenie! ulegam beż szemrania tobie,

Tam, jak tu, los jednaki mym udziałem będzie!

Ale uwieńczmy miłość, zakończając życie,

Przypiszmy zgon, potrzebie sercu pożądanej…

Powiedzmy, że ten staje na rozkoszy szczycie,

Kto śmiercią zerwać może ciążące kajdany.

Nie obwiniajmy losu o dolę straszliwą.

Nie obwiniajmy Irys o okrutne męki,

Powiedzmy, że jej wzgarda zbyt jest sprawiedliwą,

Nieśmy cześć jej zaletom, wychwalajmy wdzięki.

Tak wspaniale przyjąwszy niewdzięczność okrutną

I ostatnim mą boleść tłumiąc wysileniem,

Miłości wypłaciłem daninę ci smutną,

Wnet żelazo rozłączy mnie z cierpień brzemieniem.

O ty! coś moje życie oddała boleści,

O ty! coś mnie przywiodła do tej konieczności,

Niech się twój wzrok widokiem mojej krwi napieści,

Pójdź! niech wydam ostatni jęk w twej obecności!

O! jakżebym z twej dłoni cios odebrał chętnie,

Ale uderz bez drżenia, prędzej umrę może,

Uderz! potem na zgon mój patrzaj obojętnie,

Bo dziś twojej litości najwięcej się trwożę!

Naigrawaj się z nieszczęść, wyszydzaj męczarnie,

Niech się na łzy kłamane twe oko nie sili,

Bo może żal prawdziwy srogość twą ogarnie,

Gdy jej brak do tryumfu jednej tylko chwili…

Przybądźcie, bo czas właśnie, wyjdźcie z pieczar głębi,

Tantalu, wiecznym żarem pragnienia dręczony,

Syzyfie nieszczęśliwy, ty, którego gnębi

Ból męczarni, dla ciebie tylko wymyślonej.

Prometeuszu, co swym ciałem, cierpiąc srodze,

Karmisz sępa, nie mogąc nasycić go przecie,

Iksionie, zamęczony na rozstajnej drodze,

Czarne prządki dni życia, które przeciąć chcecie.

Spieszcie pełne wściekłości obrzydłe potwory,

Bądźcie świadkiem konania i zaraz po zgonie

Czyńcie mego pogrzebu żałosne honory,

Jeśli tych nie niweczą samobójcze dłonie.

Niechaj przybędzie z wami Cerber niezbłagany,

Przyzywam całe piekło do krwawej radości,

Błyskawice, pioruny, grzmoty, huragany,

Niech wiodą męczennika okrutnej miłości!

312

Kobieta demoniczna, Okrucieństwo, KochanekTe wiersze wydały się dosyć dobre słuchającym, gdy tymczasem Vivaldo uważał, że podejrzenia i zazdrość, na które się Chryzostom użalał, nie zgadzały się z tym, co powszechnie mówiono o cnocie Marcelli; aby go wywieść z wątpliwości, Ambroży, który znał najskrytsze myśli swego przyjaciela, rzekł:

313

— Trzeba panu wiedzieć, że kiedy nieszczęśliwy Chryzostom komponował te wiersze, był daleko od Marcelli i że oddalił się umyślnie, aby doświadczyć, czy nieobecność uczyni na nim zwyczajne wrażenie, a ponieważ wszystko udręcza kochanka oddalonego od przedmiotu swojej miłości, ponieważ nie ma podejrzeń, którymi by nie prześladował sam siebie, Chryzostom tworzył sobie tysiące powodów zazdrości, które trapiły go nie mniej, jak gdyby były rzeczywiste; a zatem, cokolwiek napisał, będąc w takim stanie, jego skargi i wyrzuty nie mogą kazić cnoty Marcelli, która taka jest święta, że pominąwszy surowość i dumę, dochodzącą aż do pychy, nawet zazdrość nie umiałaby jej najmniejszego uczynić zarzutu.

314

Słuszna uwaga Ambrożego zadowoliła Vivalda i kiedy wziął drugi papier, ażeby go odczytać, został wstrzymany przez zjawisko, bo tak nazywać można zadziwiający przedmiot, który niespodziewanie przedstawił się ich oczom. Marcella we własnej osobie ukazała się na wierzchołku skały, u stóp której kopano grób, ale taką promieniejąca pięknością, że zdawała się przewyższać oddawane jej wdziękom pochwały. Ci, którzy jej nigdy nie widzieli, spoglądali na nią z uwielbieniem, nawet i ci, co byli oswojeni z jej widokiem, nie mniej zostali zdziwieni jak pierwsi. Lecz Ambroży, zaledwie ją spostrzegł, odezwał się z pewnym rodzajem oburzenia:

315

Kobieta, Mężczyzna, Uroda, Potwór— Czego tu szukasz, najniebezpieczniejszy tych gór potworze okrucieństwa? straszny bazyliszku, którego samo spojrzenie zatruwa? przychodziszże zobaczyć, czy rany nieszczęśliwego, którego twoje okrucieństwo wtrąca do grobu, otworzą się w twej obecności? albo urągać jego nieszczęściom i chełpić się z przerażających skutków swojej niewdzięczności? Mów, niech wiemy przynajmniej, co cię tu sprowadza lub czego od nas żądasz, bo, jeżeli masz co do życzenia, ja tak dobrze wiedziałem, do jakiego stopnia Chryzostom był poświęcony tobie za życia że gotów jestem uczynić wszystko, co by był dla ciebie uczynił mój zmarły przyjaciel.

316

— Wcale nie to sprowadza mnie tu — odpowiedziała pasterka. — Przychodzę bronić się i wyjaśnić niesprawiedliwość tych, co oskarżają mnie o swoje cierpienia, i tych, którzy mnie obwiniają o śmierć Chryzostoma. Proszę więc wszystkich tu obecnych o chwilę uwagi; nie potrzebuję długich rozpraw do wykazania swojej niewinności.

317

Mówicie, że niebo zlało na mnie tyle piękności, iż niepodobna widzieć mnie a nie kochać i chcecie, abym kochała was dlatego, że mnie otaczacie miłością! Pojmuję przez rozsądek, którym mnie Bóg obdarzył, że wszystko, co piękne, godne jest kochania, ale nie pojmuję wcale, jeżeli kochają to, co jest piękne, aby i ono obowiązane było kochać wzajemnie, tym mniej, jeżeli kochający jest brzydkim i nienawiści godnym; nawet, jeżeli piękność z obu stron jest równa, nie idzie za tym, aby i skłonności jednakowe były, ponieważ najcudniejsze wdzięki nie nogą natchnąć prawdziwą miłością i częstokroć to co się podoba oczom, nie czyni najmniejszego wrażenia na sercu. W istocie, gdyby wcale nie było piękności, niezmuszającej serc do poddania się, cóż by widziano na świecie, jeżeli nie dziwny nieład tułających się życzeń, które by nieustannie błądziły od jednego do drugiego przedmiotu, nie mając się do czego przywiązać. Miłość, Piękno, Natura, WolnośćJeżeli to prawda, co mówią, że miłość jest wolna i bez przymusu, nie jestże niesprawiedliwością żądać, abym kochała, kiedy nie czuję żadnej skłonności? i pytam raz jeszcze, czy wyznanie, że jestem kochana, dostatecznym jest powodem do zobowiązania mnie, abym kochała nawzajem? Potem, jeżeli jestem cokolwiek piękna, czyliż nie z najczystszej łaski niebios otrzymałam ten dar, nie będąc bynajmniej dłużna go ludziom? jeżeli ta piękność pociąga złe skutki za sobą, czyliż winniejsza jestem od węża, którego natura obdarzyła jadem, albo od ognia, szkodzącego tym tylko, którzy zanadto zbliżają się do niego? Wreszcie jestem wolna i właśnie dlatego, aby żyć w swobodzie, obrałam te ustronia, gdzie cieszę się, dzieląc moje myśli i moją piękność z drzewami i strumykami; nawet uwiadomiłam wszystkich, którzy mnie kochają, o usposobieniu mojego serca, a jeżeli jeszcze żywią w sobie jakieś życzenia i płonne nadzieje, czyliż nie wypada przyznać, że ich zabija własny upór, nie zaś moje okrucieństwo? Czyż więc mniemają sprawiedliwe czynić mi wyrzuty, mówiąc, że uczucia Chryzostoma były czyste i że ja tylko nie zadałam sobie przymusu, aby im odpowiedzieć? Czyliż, skoro mi je wyjawił, nie powiedziałam mu, tu, w tym samym miejscu, że zamiarem moim jest pozostać niezależną od nikogo, że postanowiłam oddać naturze wszystko, com od niej otrzymała? Jeżeli po szczerym wyznaniu puścił się jako żeglarz bez nadziei, wypadaż dziwić się rozbiciu? jestże tu słuszność mnie obwiniać? Jeżelim kogo zwiodła, niech się uskarża na mnie, pozwalam; jeżeli znajdzie się ktoś, co rozpacza, żem go zdradziła, niech mnie obarczą wyrzutami i zniewagą, ale niech mnie nie zowią zwodzicielką, ani okrutnicą, kiedy najmniejszym przyrzeczeniem nie zadłużyłam się nikomu. Dotychczas, dzięki niebu, przeznaczenie nie chciało, ażebym pokochała, a jeżeli sądzą, że to jest skutkiem namysłu w wyborze, próżno oczekiwać go będą. Niechże to oznajmienie raz na zawsze służy tym wszystkim, którzy mają względem mnie jakiekolwiek zamiary, a jeżeli zechcą naśladować Chryzostoma, niechże nie przypisują swego szaleństwa ani słusznej zazdrości, ani mojemu okrucieństwu. Wreszcie ten co mnie nazywa potworem, bazyliszkiem, niech ucieka ode mnie choćby na koniec świata, a ci, którzy mówią, żem niewdzięczna, niech mi przestaną służyć, oświadczam, że nie myślę zadawać sobie trudu, aby im to przypominać.

318

Niech więc nikt nie nabija sobie głowy zakłóceniem mojej ciszy i żądaniem, aby na ślepy traf rzuciła między ludzi spokojność, którą się cieszę, a której przekonaną jestem, że bym nie znalazła. Nie potrzebuję nic, oprócz towarzystwa pasterek tych gajów z którymi rozmowa oraz starania o mojej trzodzie zajmują mnie dosyć przyjemnie, abym miała dręczyć się cudzymi nieszczęściami i ściągać je na siebie. Jednym słowem, moje zamiary nie przechodzą granic tych gór, a jeżeli myśl pobiegnie dalej, to tylko po to, aby uwielbiać piękność nieba, jako też przypominać sobie, że stamtąd przyszłam na świat i tam powinnam wrócić.

319

To powiedziawszy, pasterka, nie czekając żadnej odpowiedzi, pobiegła w góry najspadzistszą ścieżką i znikła z oczu słuchaczy, zostawiając ich pod wpływem najwyższego uwielbienia jej dowcipu[58], rozsądku i piękności.

320

Kilku z jej kochanków, zapominając oświadczenia, jakie przed chwilą uczyniła, miało chęć pobiec za nią i kiedy się wybierali, Don Kichot, który odgadł ich zamiar, ujrzawszy tak piękną sposobność wykonywania obowiązków błędnego rycerza, przyłożył dłoń do rękojeści miecza i, aby go wszyscy usłyszeli, począł wrzeszczeć na całe gardło:

321

— Niech nikt, ktokolwiek by on był, nie waży się zuchwale biec za piękną Marcellą pod karą strasznego mojego gniewu! Ona dowiodła jasno i stanowczo, że nie jest winna śmierci Chryzostoma i oznajmiła, jak daleka jest od okazania najmniejszej przychylności zamiarom nierozsądnych kochanków! Przestańcie więc prześladować ją, niech raczej będzie szanowana i czczona przez wszystkich cnotliwych ludzi, bo może ona jedna tylko na świecie żyje w tak czystych chęciach.

322

Czy to z powodu gróźb Don Kichota, czy też ulegając Ambrożemu, który prosił pasterzy o dokończenie ostatniej przysługi swemu przyjacielowi, nikt nie odszedł, dopóki nie spalono rękopisów Chryzostoma i nie złożono w grobie jego zwłok, co nie obeszło się bez płaczu obecnych. Potem przywalono grób ogromnym kamieniem, ale to tylko tymczasowo, gdyż Ambroży oświadczył, że każe wyrzeźbić grobowiec z marmuru i wyryć na nim następujące wiersze:

Tu wiecznym snem uśpione, pod zimnym kamieniem,

Leżą zwłoki kochanka, co umarł z miłości.

Niegodziwa pasterka w srogiej niewdzięczności,

Spłaciła przywiązanie okrutnym cierpieniem.

W tym miejscu jego nieszczęść źródło mu wytrysło,

Tu zaczął kochać, tutaj wdziękami ujęty,

Wyznał swą miłość, tutaj został odepchnięty,

I tu pożegnał słońce, co mu życiem błysło!

Przechodniu! mijaj te miejsca z daleka,

To ci biednego doświadczenie radzi,

Bo gdy ujrzysz pasterkę, ten sam los cię czeka,

Strzeż się, przechodniu! uchodź, niech cię Bóg prowadzi!

323

Natychmiast grób pokryto gałęziami i kwiatami, a pasterze, przyjąwszy udział w boleści Ambrożego po stracie tak dobrego przyjaciela, pożegnali go i rozeszli się. Vivaldo i jego towarzysz także pożegnali Ambrożego. Don Kichot, który nigdy się nie zapominał, oświadczył mu swoje pożegnanie w szumnych frazesach, zupełnie tchnących jego rzemiosłem, a podziękowawszy gospodarzom za gościnność, rozstał się z nimi. Vivaldo prosił go usilnie, aby im towarzyszył do Sewilli, zapewniając, że nie ma na świecie miejsca płodniejszego w przygody, że tam wypadki wyrastają jak spod ziemi, na każdym zakręcie ulicy, ale on podziękował im za zaproszenie i powiedział, że nie może, nawet nie powinien jechać do Sewilli, nie wytępiwszy pierwej mnóstwa rozbójników, ukrywających się między tymi górami. Podróżni, dowiedziawszy się o tym pięknym postanowieniu, nie chcieli go odwodzić od niego i udali się w dalszą drogę, a Don Kichot zamyślił doścignąć piękną Marcellę i ofiarować jej swoje rycerskie usługi. Ale rzeczy wzięły obrót wcale niestosowny do jego życzeń, jak to zobaczymy w trzeciej części niniejszej historii.

Księga trzecia

Rozdział I

O smutnej przygodzie, jaką miał Don Kichot z Yanguasami.

324

Uczony Cyd Hamed Benengeli opowiada, że Don Kichot z pasterzami i całym gronem pogrzebowi Chryzostoma asystującym wyruszył razem z giermkiem ku lasowi, do którego wchodzącą widział Marcellę. Naszukawszy jej się próżno przeszło dwie godziny stanęli na pięknej polance, świeżą trawą zarosłej i strumykiem ożywionej. Wabiło ich to piękne miejsce, a że południowe słońce mocno dopiekało, zsiedli z siodeł i, puściwszy Rosynanta z osłem na paszę, rozwiązali sakwy i bez ceremonii jęli się pożywiać, czym Bóg dał. Koń, Pożądanie, PrzemocSanchowi ani do głowy nie przyszło pętać Rosynanta, bo znał go jako stworzenie spokojne i skromne. Ale los, czy szatan, co nigdy nie śpi, zrządził na nieszczęście, iż na tej samej polance pasła się gromada klaczy galicyjskich, należących do wędrownych Yanguasów, którzy w skwarne dnia godziny zatrzymują się zwykle w miejscach, gdzie znajdą wody i trawy pod dostatkiem. Rosynant, jak powiadam, było to sobie poczciwości stworzenie, ale jak każde stworzenie, i on też miał kości i ciało. Ledwie zwąchał się z towarzyszkami rodu swojego, aliści wbrew zwykłej i przyrodzonej sobie skromności, przyszła mu ochota pójść do nich zabawić się i, nie pytając o pozwolenie pana, pobiegł sobie truchcikiem rozmówić się z nimi. Zmęczone galicjanki, więcej widać jeść pragnąc niż igrać, nie nader uprzejmie przyjęły zalecanki gacha[59] i tak go sowicie utraktowały nogami i zębami, iż w mgnieniu oka pozbawiły go uzdeczki i siodła, a samego potężnie poturbowały. BijatykaNa domiar nieszczęścia, wędrowni mulnicy, spostrzegłszy konkury Rosynanta, wypadli na niego z ogromnymi pałkami i tak go po grzbiecie wysmarowali, że padł na ziemię prawie nieżywy i, leżąc, miał czas nieborak rozmyślać głęboko nad smutnymi następstwami zbytniej krewkości. Don Kichot i Sancho, spostrzegłszy, co się dzieje z Rosynantem, przybiegli mu co żywo na pomoc. Zdyszany Don Kichot, stanąwszy na miejscu, rzecze w uniesieniu do Sancha:

325

— Jak widzę, przyjacielu, ci podli ludzie to nie są rycerze, ale nikczemne ciury i chamy; możesz przeto pójść mi w pomoc na pomszczenie krzywdy rumakowi memu wyrządzonej.

326

— Diabla to będzie pomsta — na to mu Sancho — ich dwudziestu, a nas dwóch, a nawet nie wiem, czy nie półtora czasem.

327

— Ja za stu ważę — wrzasnął Don Kichot i, nie czekając, dobywa oręża i rzuca się wściekle na mulników.

328

Sancho, zagrzany przykładem pana, wyciąga także na jaw pałasinę i wciska się między nieprzyjaciół. Don Kichot za pierwszym zamachem rąbnął tak potężnie któregoś z brzegu, że rozpłatał mu kolet[60] skórzany i odciął kawał ramienia; miał już rzucić się na drugiego, kiedy mulnicy, zawstydzeni, że dwóch ludzi śmie ich tak turbować, chwycili za oszczepy i, wziąwszy między siebie dzielnego rycerza razem z poczciwym giermkiem, jęli młócić po nich pałkami jak najęci. Do serca przypadła im ta robota, niebawem też rzecz zakończyli; za drugim z kolei omłotem Sancho padł na ziemię jak długi. Na nic się nie zdały Don Kichota zręczność i męstwo i jemu się nie lepiej powiodło, biedny rycerzyna padł pod ciosami przy nogach Rosynanta, który dotąd jeszcze podnieść się nie mógł. Mulnicy, nie mając już co robić, a bojąc się nawet, czy nie za wiele zrobili, zabrali się prędko i ruszyli w dalszą drogę.

329

Z dwóch naszych awanturników Sancho Pansa po tej burzy pierwszy przyszedł do siebie i, zaczołgawszy się do pana, odezwał się słabym i płaczliwym głosem:

330

— Dostojny Don Kichocie! Ach, najdostojniejszy Don Kichocie!

331

— Czego chcesz, przyjacielu Sancho? — odpowiedział rycerz tak samo płaczliwie.

332

Rycerz, Sługa— Co ja chcę? nic nie chcę, tylko błagam was! — rzekł Sancho — czybyście nie mogli mi dać chociaż ze dwa łyki onego cudnego kordiału Fierabrasowego, jeżeli go macie przypadkiem przy sobie? Może on taki skuteczny i na zgruchotanie kości, jak na inne rany.

333

— Ach! mój przyjacielu — odpowiedział Don Kichot — żebym to ja go miał, to cóżby nam więcej trzeba? Ale przysięgam ci na honor błędnego rycerza, że bylebym tylko rękami mógł ruszać, za dwa dni najdalej zrobić go muszę.

334

— Za dwa dni! — zawołał Sancho — a kiedyż myślicie będziemy mogli się podnieść?

335

— Oj! doprawdy, że nie wiem — odrzekł zbity rycerz — bo się na świecie nie czuję; ale dobrze mi tak, sam na to zasłużyłem, po co mi się brać do oręża przeciw ludziom, co nie są pasowani na rycerzy; Pan Bóg mnie skarał za to, żem złamał prawa rycerskie. I dlatego, przyjacielu Sancho, zapowiadam ci teraz raz na zawsze i dla wspólnego dobra naszego, że jeżeli kiedy zdarzy nam się doznać obrazy od takiej gawiedzi, to nie czekaj, żebym ja się brał do oręża, już ja tego nie zrobię; ale sam rzucaj się z mieczem na nich, bo to rzecz twoja, i wymierz karę, jaka ci się podoba. Gdyby przypadkiem na pomoc przyszli im rycerze, o, bądź pewien! że cię bronić będę i obronię! znasz siłę tego ramienia; widziałeś nieraz jej dowody.

336

Sanchowi nie bardzo jakoś do smaku przypadła ta nauka pana.

337

Odwaga, Tchórzostwo, Sługa— Dostojny rycerzu — odpowiedział — ja nie taki zadzierny[61], jakim się zdaję: Bóg łaskaw, umiem jakoś krzywdy przebaczać, a przy tym mam żonę i dzieci. Bądźcie tedy łaskawi i polegajcie już na tym, że jako słońce na niebie, ja się nigdy pałasza nie imnę[62] ani przeciw rycerzowi, ani przeciw chłopu; zarzekam się wam na wszystkie świętości i biorę Boga na świadki, że przebaczam im całkowicie wszystkie krzywdy przeszłe i wszystkie obrazy, jakie mi w przyszłości wyrządzić mogą; krótko zgoła powiedziawszy, daruję, zapominam i przebaczam wszyściusieńko a wszyściusieńko, co mi tylko złego robią, zrobili lub zrobią jacykolwiek ludzie, bogaci, czy ubodzy, wielkiego rodu, czy chudziaki, słowem, wszelkiego stanu i powołania.

338

— Żeby mi tylko tchu w piersiach nie brakowało — na to Don Kichot — i żeby mi ból mówić pozwalał, pokazałbym ja ci, jakiś ty głupi i jakie brednie pleciesz! Ach, niecny hultaju! a gdyby też fortuna, dotąd nam zawistna, obróciła się ku nam i wziąwszy nas za rękę, zrobiła panami jakich wysp, o których ci gadałem, to powiedz, ciemięgo, cóż byś wtedy począł, jakbym ci dał władzę nad którą z tych wysp podbitych? umiałże byś ty dać sobie radę, nie będąc rycerzem i nie troszcząc się o ten honor? Każdy by ci grał na nosie, a ty byś nawet nie czuł w sobie ochoty pomszczenia krzywd i uraz, państwu twemu wyrządzonych. W nowym państwie rządy niełatwe; poddanych trzeba trzymać ostro; bo jak wezmą na kieł, to bieda z tobą. Myśliszże ty, że to nie trzeba na to rozumu i odwagi, żeby się bronić i nacierać, kiedy co chwila może być do tego okazja?

339

— Oj, dobrze by to było — odparł Sancho — żebym ja miał więcej rozumu, a mniej odwagi w tej przygodzie, co nas tu teraz spotkała; ale w tej chwili, miły paneńku, sumiennie wam powiadam, że plastra i leków mi trzeba, a nie nauki. Ale spróbujcie no, czybyście się nie dźwignęli z ziemi, bo trzeba by nam podnieść Rosynanta, chociaż po prawdzie niegodzien bestia tego; niegodzien, bo on to wszystkiego narobił, za niego to nas tak na pieprz zbili. A ja, dalipan, nigdy bym się po nim tego nie spodziewał; byłbym przysiągł za niego jak za siebie, że taki spokojny i skromny. Rycerz, LosI komu tu teraz wierzyć? Oj prawda to wielka, że beczkę soli trza zjeść wprzód, nim się kogo dobrze pozna. Tak to, panie, Bóg widzi, nie ma nic pewnego w tym życiu, ale kto by to był u diaska powiedział, widząc was, jakeście to wtedy poturbowali tego nieszczęśliwego rycerza, że dziś nam przyjdzie takie pałkami dostać smarowidło?

340

— E! co tam, twoje plecy zwyczajne takiego smarowidła — rzekł Don Kichot — ale moje, co nigdy go nie znały, długo go pamiętać będą; i żeby nie myśl i nie to przekonanie, że wszelkie utrapienia muszą być nierozłączne z powołaniem błędnego rycerza, to bym tu już umarł z samej niecierpliwości i zgryzoty.

341

— Ale, proszę ja pana — odezwie się Sancho — jeżeli to te intraty tak przywiązane do rycerskiego powołania, to powiedzcież mi, czy one często się zdarzają, czy też po jakimś czasie ustają? bo jeżeli jeszcze ze dwa razy dostaną nam się takie obrywki, to widzi mi się, że na trzeci nas nie starczy; chyba, że sam Pan Bóg w tym będzie.

342

— Powinieneś już wiedzieć, Sancho — rzecze Don Kichot — że rycerze błędni idą ciągle zmiennym losem, każdy z nich, każdej chwili, zostać może wielkim królem lub cesarzem, jak to się często zdarzało. Zaraz bym ci powiedział o kilku takich, co męstwem doszli do tronu — tylko, że mi gadać ciężko od bólu. Ale i nieszczęścia chodzą po nich; tacy sami znowu nieraz wpadają w okropne przygody. Wielki Amadis z Galii, alboż nie był w niewoli u czarnoksiężnika Arkalausa, najstraszniejszego z wrogów; alboż nie dostał od niego dwieście oblewanych bizunów na zamkowym podwórzu, sromotnie do ławy przywiązany? niewiadomy jeden a godzien wiary autor, alboż nie zaręcza, że rycerz Słońca, wpadłszy raz w zastawę, co mu się pod nogami w pewnym zamku usunęła, ujrzał się w podziemnym lochu ze skutymi rękoma i nogami, gdzie mu najprzód dano enemę ze śniegu, z której zaraz ledwo nie skonał. Gdyby czarnoksiężnik, przyjaciel jego, nie przyszedł mu w pomoc w tej niedoli, nie wiadomo, co by się z nim stało. Widzisz więc, Sancho, że porównywając się z innymi znamienitymi rycerzami, mojego utrapienia za największe uważać nie mogę. Rycerz, Broń, Cierpienie, Czas, ŚmierćAle trzeba, żebyś wiedział, że rany, zadane jakim bądź narzędziem przypadkowo pod rękę podpadłym, wcale nie ubliżają ranionemu i honoru jego w niczym nie naruszają. W regulaminie pojedynkowym stoi wyraźnie, że jeżeli szewc obije kogo kopytem, które trzyma w ręku, to chociaż ono jest z drzewa, tak samo jak kij, powiedzieć jednakże nie można, że go obił kijem. Mówię ci to, Sancho, żebyś nie myślał, że dlatego, iżeśmy pałkami obici zostali przez tych szubrawców, honor nasz ma być w czym bądź poszwankowany; bo dobrze zważywszy, oni nas nie bili kijami, tylko oszczepami, które zawsze jako broń przy sobie noszą; a ani jeden z nich, o ile uważałem, nie miał ani oręża, ani puginału.

343

— Ja tam tego nic nie uważałem — rzekł Sancho — i czasu nawet nie było, bo ledwiem z pochwy wyciągnął to przeklęte rożnisko, a oni zaraz na mnie hurmem z pałkami, i tak mnie od razu przypieczętowali, że i oczy i nogi jak uciął, służbę wypowiedziały, i przewaliłem się jak długi w tym oto samym miejscu, gdzie, Bogu dziękować, jeszcze żywy leżę; i powiem wam szczerze, że to mnie wcale nie troszczy, czym bili i czy mi ubliżyli, tylko mnie boli tam gdzie mnie obili i tego długo nie zapomnę.

344

— Z tym wszystkim, mój Sancho — mówił Don Kichot — nie ma na świecie rzeczy, której by czas nie zatarł, ani bólu, z którego by śmierć nie wyleczyła.

345

— A Bóg zapłać za takie lekarstwo — odpowiedział Sancho — Żeby to chociaż na te nasze bóle teraz kilka plastrów wystarczyło, to by to jeszcze pół biedy! ale gdzież to, nam by trzeba co najmniej z całego szpitala maści zabrać i jeszcze wątpię, żeby jej nam było dosyć.

346

— Dajże już tam pokój tej głupiej gadaninie, a lepiej zbierzmy jako siły, żeby się dźwignąć z tej niemocy. Koń, Rycerz, HonorObaczmy, jak się miewa Rosynant. Biedaczysko, i jemu się porządnie dostało.

347

— Dalipan, on coś nie żartem niedomaga! — rzecze Sancho. — Ba! a dlaczegóż by miał być wolny od tego? Alboż on także nie taki rycerz błędny, jak i drugi, ale mój osioł jaki mądry, uszedł caluteńki i ani jednej izerści nie straciwszy, kiedy my ani jednego żebra całego nie mamy.

348

— W największych nieszczęściach — wtrącił Don Kichot — los zawsze zostawia jakąś furtkę do wyjścia i teraz ten biedny osioł zastąpi mi szlachetnego Rosynanta i zaniesie do jakiego zamku, gdzie mnie opatrzą i z niemocy wyprowadzą. Nie ma w tym nic honorowi ubliżającego, że takiego wierzchowca użyję; bo pamiętam czytałem, że stary Sylen, piastun Bachusa, siedział bardzo wygodnie na pięknym ośle, kiedy odbywał wjazd do stubramnego grodu.

349

— Dobrze by to było — rzekł Sancho — gdyby wasza dostojność mógł się tak w siodle prosto trzymać, jak on, ale to wielka różnica, kiedy człowiek siedzi na koniu jak należy, a kiedy go rozciągną na poprzek jak torbę z sieczką; a ja myślę, że wasza dostojność inaczej nie będzie mógł dojechać.

350

— Wszelkie, chociażby najdotkliwsze walk następstwa, nie ubliżają honorowi — odparł Don Kichot; — powiadam ci to raz na zawsze, mój Panso i nie odzywaj mi się więcej ze swoimi uwagami. Popróbuj tylko wstać i wpakuj mnie na osła jak bądź, byleśmy przed nocą stąd wyruszyli.

351

— Alboż to wasza dostojność nie mówił niedawno — rzecze Sancho — że rycerze błędni mają zwyczaj spać pod gołym niebem i że to dla nich rzecz bardzo przyjemna.

352

— Robią tak, kiedy nie mogą inaczej — odparł Don Kichot — albo kiedy są zakochani; jeden rycerz nawet całe dwa lata przepędził na samotnej skale, znosząc cierpliwie mrozy i skwary, a kochanka jego o tym nic nie wiedziała. I Amadis tak samo robił, kiedy go jeszcze zwano Ponurym Rycerzem i kiedy jak pustelnik na skałę się wydalił i siedział tam przez osiem lat, czy miesięcy, już nie pamiętam dobrze. Zresztą to wszystko jedno, dość, że siedział tam długo, pokutując za jakąś przykrość wyrządzoną damie swojej, Orianie. Ależ dajmy już pokój temu wszystkiemu i zabieraj no się do roboty, jakem ci mówił, żeby się znów osłowi co złego nie stało, jak Rosynantowi.

353

— A to by diabla sprawa była wtenczas — rzekł Sancho.

354

I westchnąwszy ciężko ze trzydzieści albo czterdzieści razy i ze dwa razy tyle oj i ach wymówiwszy, a przy tym klnąc na czym świat stoi tych, co go tu przyprowadzili — po długich stękaniach i mozołach dźwignął się nareszcie szanowny giermek na nogi, ale wpół drogi stanął skrzywiony w kabłąk i długo tak stojąc, ani się ruszyć, ani wyprostować nie mógł. W tej bolesnej postawie musiał łapać i kiełznać osła, który korzystając ze swobody dnia tego, poszedł także użyć sobie zabawki. Potem podniósł Rosynanta; z wielką to obydwu przyszło biedą. Sancho jak mysz się spocił, a biedne konisko, gdyby tylko miał język do użalenia się, to by pewno i panu, i pachołkowi placu w skargach dotrzymał. Nareszcie po wielu a wielu mozołach, stękaniach i wykrzyknikach, Sancho wpakował Don Kichota jak worek na długouchego człapaka, a przywiązawszy mu Rosynanta do ogona, wziął osła za uzdę i ruszył, jak mu się zdawało, ku gościńcowi. Po półgodzinnym przeszło marszu szczęśliwa gwiazda doprowadziła go do jakiejś gospody, którą Don Kichot, mimo najnędzniejszego pozoru oczywiście wziął zaraz za zamek obronny. Sancho upierał się, że to gospoda, Don Kichot, że to zamek; ten swoje, a ten swoje, i tak się zażarcie swarzyli, że nie skończywszy sporu, przyjechali przed wrota, którymi Sancho, nie pytając, wprowadził swoją karawanę.

Rozdział II

O tym, co się przytrafiło Don Kichotowi w gospodzie, która mu się zamkiem wydała.

355

Gospodarz nader się zdziwił, ujrzawszy człowieka jadącego na ośle, tyłem do uszu zwierzęcia, i zapytał Sancha, co mu dolega. Sancho odpowiedział, że to mała rzecz, małe wstrząśnięcie w całym ciele, spowodowane upadkiem z góry. Żona gospodarza, niewiasta miłosierna, co się rzadko zdarza w tym rzemiośle, zaledwo ujrzała Don Kichota, natychmiast postanowiła przynieść mu ulgę i wzięła do pomocy młodą córkę swoją, dzieweczkę wcale niczego. Służyła w tej gospodzie także młoda Asturyjka, twarzy nieco za szerokiej, nosa zaklęsłego, trochę zezowata na jedno oko, na drugie prawie ślepa, ale gibka a wysmukła kibić szczodrze wynagradzała brak innych wdzięków. Wzrostu miała trzy stopy, a barki tak jej obciążały ciało, że z trudnością spoglądała do góry. Przyjemna ta służąca, pomogła córce gospodarza do opatrzenia Don Kichota i urządziły mu obydwie wcale nieszczególne łóżko w jakimś kącie, co według wszelkiego prawdopodobieństwa, był dotychczas składem słomy. W tymże samym miejscu, opodal od Don Kichota, mulnik jakiś usłał sobie łoże z der, którymi przykrywał muły i w każdym razie lepiej mu było niż naszemu bohaterowi, którego łoże stanowiły dwie nierówne ławy, na tych trzy czy cztery źle spojone tarcice, a na nich materac twardy jak deska i prześcieradło, które raczej wziąć można było za skórę niż za płótno. Skoro tylko położono Don Kichota w to niegodziwe łoże, gospodyni z córką oblepiły go plastrami od stóp do głów, przy świetle lampy, którą trzymała w nadobnej dłoni Maritornes, tak było na imię przyjemnej Asturyjce. Gospodyni, widząc go w tylu miejscach poturbowanego, zawołała:

356

— Przebóg! — toćże to raczej podobne do uderzeń niż do upadku.

357

— A jednak to nie są razy — rzekł Sancho — tylko skała była bardzo kończata i każda jej spiczastość pozostawiła siniak. Zresztą prosiłbym pani o zachowanie kilku gałganków, dadzą się wkrótce użyć, bo mnie także w krzyżu nieco dolega.

358

— Więc także spadłeś? — zagadnęła gospodyni.

359

— Nie spadłem — odrzekł Sancho — ale przestraszony upadkiem pana mojego, poczułem coś tak dziwnego w ciele, że mi się zdaje, jakby mi tysiąc kijów wsypano.

360

— Nie dziwię się temu — wtrąciła córka — często mi się śni, że spadam z wieży na dół, a nie mogę nigdy upaść na ziemię. Skoro się obudzę, tak znużona i zbita się czuję, jakbym naprawdę spadła.

361

— Otóż to właśnie — dodał Sancho — to prawie to samo, cała tylko różnica w tym, że mi się nie śniło i że będąc na jawie jak teraz, czuję się poturbowanym nie mniej od pana swojego.

362

Rycerz, Sługa— Jak się nazywa wasz pan? — zagadnęła Maritornes.

363

— Don Kichot z Manchy — odrzekł Sancho — błędny rycerz, jeden z najdzielniejszych, jakich kiedykolwiek widziano.

364

— Błędny rycerz! — zapytała Asturyjka. — Co to znaczy?

365

— Niedawno widać jesteś na świecie — odparł Sancho. — Dowiedz się, kochana siostro, że błędny rycerz jest to rzecz, która zawsze ma nadzieję zostać cesarzem lub też dostać kije; dziś najnieszczęśliwszy z ludzi, obdarza nazajutrz giermka swojego trzema lub czterema królestwami.

366

— Skądże, będąc giermkiem tak wielkiego pana — wtrąciła gospodyni — nie masz przynajmniej hrabstwa jakiego, bo z miny nie patrzysz na to.

367

— Nie od razu miasto się buduje — rzekł Sancho — nie ma miesiąca, jak szukamy przygód i jeszcze ich nie znaleźliśmy, chyba takie, co to często szuka się czego innego, a znajduje się co innego. Ale mówiąc prawdę, skoro się jaśnie pan Don Kichot wyleczy z ran swoich, a ja od moich nie zostanę kaleką, nie pomieniałbym nadziei moich za najlepsze hrabstwo w Hiszpanii.

368

Don Kichot, który uważnie słuchał tej rozmowy, uważał za właściwe wmieszać się do niej; podnosząc się więc, jak mógł najlepiej, ujął wdzięcznie rękę gospodyni i rzekł do niej:

369

— Wierzaj mi, piękna damo, nie jesteś nieszczęśliwą, że miałaś sposobność przyjąć mnie w zamku swoim. Więcej pani nie powiem, bo nie wypada nigdy chwalić samego siebie, ale wierny mój giermek objaśni ci, kim jestem. Dodam tylko, że zachowam pamięć łaskawości pani aż do końca życia i nie uronię żadnej sposobności, w której bym wdzięczność moją mógł ci okazać. Gdyby się nie było podobało niebu — dodał, miłosiernie przyglądając się Asturyjce — że miłość mnie do praw swoich przykuła i gdyby oczy lubej niewdzięcznicy nie były odniosły tryumfu nad moją wolnością, chętnie bym ją poświęcił u stóp tej pięknej panny.

370

Gospodyni, córka jej i Maritornes, zdziwione i nie rozumiejąc się na takim sposobie mówienia, domyślały się jednak, że to były komplementy i ofiary grzeczności, przyglądały się więc milcząc i sobie, i Don Kichotowi, jak człowiekowi w dziwnym jakimś rodzaju. Podziękowały mu jednak za te grzeczności, jak w karczmie mogły umieć najlepiej, i pokornie skłoniwszy się, odeszły. Maritornes zabrała się do opatrzenia Sancha, który tego nie mniej od pana swojego potrzebował.

371

Noc, Kochanek, BijatykaMulnik, o którym wspomniałem, i Asturyjka ułożyli sobie, że się w nocy obaczą, ona mu przyrzekła, że skoro tylko goście odejdą, a pan i pani usną, przyjdzie go odwiedzić. Mówią, że dziewczyna ta słowna zawsze była w tych razach, choćby nawet dała słowo bez świadków w piwnicy; to też miała się słusznie za coś lepszego i mniemała, że nie ubliżyła sobie, zostawszy służącą w karczmie, gdyż (jak zawsze mówiła) zubożenie jej rodziców doprowadziło ją do stanu tego. W dziwnym apartamencie owym stało naprzód niegodziwe i biedne łóżko Don Kichota, a Sancho posłał sobie obok na wiązce sitowia, przykrył się kołdrą, która wyglądała jakby była z kanwy, nie z wełny. Trochę naprzód wysunięte było legowisko mulnika, złożone, jak już powiedziałem, z juk i der dwóch mułów, a miał ich dwunastu wszystkich, spasłych, tęgich, bo to był jeden z bogatych owych mulników z Arevalo, jak twierdzi autor tej historii, który o nim, jako o dobrym znajomym, szczegółową robi wzmiankę, bo mówią podobno, że byli krewniacy. Bądź co bądź, Cyd Hamed Benengeli był dokładnym historykiem, ponieważ przytacza nawet takie szczegóły, co na pozór nie zdają się mieć ważności i od niego to właśnie historycy (powieściopisarze) powinni by się nauczyć nie zaniedbywać niczego i szczegółowiej pisać, zamiast pobudzania ciekawości czytelnika, tak, że często to, o czym by się najwięcej chciało wiedzieć, zawiśnie na końcu ich pióra przez złośliwość lub niewiadomość! Bądź po tysiąckroć sławion autorze Tablanta Ricamonta i ty, co napisałeś Czyny Hrabiego Tomillas; wyście nie zapomnieli o najdrobniejszej okoliczności.

372

Wracamy do mulnika. Mulnik więc, dawszy sieczki mułom, rozciągnął się na derach, oczekując niecierpliwie punktualnej Maritornes. Sanchowi, mimo szczerej chęci do snu, ból boków sen odejmował, Don Kichot także z bólu oczy miał jak zając otwarte. Cicho było w karczmie, a światło błyszczało tylko z latarni wiszącej w bramie. Spokojność ta i natłok szumnych myśli, których rycerzowi naszemu dostarczały ciągle rozliczne wypadki przez niego czytane, wyrodziły mu w głowie najdziwaczniejsze z przypuszczeń. Uroił sobie, że znajduje się w sławnym jakimś zamku (nie było karczmy której by nie robił tego zaszczytu), i że córka gospodarza, to jest władcy zamku, ujęta dobrą jego miną i składnością, obiecała mu, zręcznie wydostawszy się z komnat swoich, parę chwil z nim przepędzić. Urojenie to dręczyło go jakby rzeczywistość i nabawiało niepokojem o szwank, na jaki wierność jego narażoną być może. Przyrzekł sobie nareszcie w sercu nie popełnić żadnej niewierności kochanej Dulcynei, chociażby sama królowa Ginewra z wierną swą Kintaujoną błagać go o to miały. Gdy tak błądził w marzeniach, słowna Asturyjka właśnie dotrzymywała obietnicy i boso, w koszuli, z rozczochranymi włosami, wchodzi, stąpając powoli i szukając łóżka mulnika. Don Kichot, mając słuch natężony, usłyszał jej wejście, czy też zgadł, że ktoś wszedł, i podnosząc się na łóżku, mimo plastrów i bólu boków, wyciągnął ramiona do mniemanej panny. Asturyjka szła powoli, żeby nie zrobić hałasu, i macała rękoma wokoło, żeby się o co nie potknąć; mimo jednak całej ostrożności, wpadła w objęcia Don Kichota, który, uchwyciwszy ją za rękę i przyciągając do siebie, posadził na łóżku. Zgrzebna koszula jej nie wyprowadziła z błędu rycerza. Szklane bransoletki, które miała na ręku, wziął za drogie kamienie; włosy jej, bardzo podobne do włosia, wydawały się mu jedwabnymi splotami, a biorąc oddech jej, w którym czuć było starą sałatę i zimne mięsiwo, za przyjemną mieszaninę najdelikatniejszych woni, wyobraził sobie nadobną tę nimfę zupełnie taką, jak to malują w książkach, które czytał, piękne panny, odwiedzające cichaczem chorych lub rannych kochanków. Słowem, upór biednego szlachcica tak był mocny, że nieczuły na mnóstwo szczegółów, od których by mdłości jednego chyba tylko mulnika nie porwały, mniemał trzymać w objęciu boginię piękności. Zachwycony tylu wdziękami i ściskając nieporównaną Maritornes, jakby ją chciał udusić, świetny rycerz szepnął jej cichutko miłosnym głosem: „Czego bym nie dał za to, ach! czego bym nie dał, piękna księżniczko, gdybym widział się w stanie ocenienia łaski, jaką mi wyświadczasz, i mógł oczyścić się przed panią z zarzutu niecnej niewdzięczności. Umieram wprawdzie ze wstydu, ale poprzysiągłem stałą miłość moją nieporównanej Dulcynei z Tobozo; ona jest jedyną panią serca mego i najtajniejszych myśli moich; nie mogę więc krzywoprzysięstwem okupić tego niebiańskiego szczęścia”.

373

Podczas tej przemowy Maritornes najokropniej się przelękła, przekonawszy się, że jest w objęciach Don Kichota i robiła, co mogła, żeby się z nich wydostać, nie słuchając tego, co jej prawił. Uczciwy mulnik znów, któremu niecierpliwość spać nie dozwalała, przeczuł i poczuł swą nimfę skoro tylko weszła, a nadstawiwszy ucha i uchwyciwszy coś z przemowy rycerza naszego, posądził niewinną Asturyjkę, że mu nie dotrzymała słowa, dlatego chyba, iż nie tylko jemu dać je musiała. Nie poprzestając na tym, podżegany zazdrością, zbliżył się po cichu do łóżka Don Kichota i zaczął się pilnie przysłuchiwać. Przekonawszy się, że wierną jego Maritornes gwałtem przytrzymał, myślał tylko jak się zemścić za niegodny ten postępek; podniósł rękę i mierząc ku licu niefortunnego rycerza, tak pięścią dziarsko zdzielił go po szczękach, że krew buchnęła natychmiast, a Benegeli nawet zaręcza, że wskoczył na niego i szerokimi łapami w podkutych trzewikach przebiegł mu kilka razy po ciele od stóp do głów. Łóżko, którego fundamenty nie były w najlepszym stanie, nie wytrzymało tego obciążenia runęło pod ciężarem mulnika. — Hałas obudził gospodarza, który domyślił się, że to musi być jakiś figiel Maritornesy, bo wołał na nią na całe gardło kilka razy, a nie odezwała się ani razu. Zapalił więc latarnie, żeby się udać tam, gdzie słyszał hałas — Asturyjka słysząc, że idzie, a znając go dobrze skryła się w łóżko Sancha, który spał, i w kłębek się przy nim zwinęła. Gospodarz wszedł, klnąc po karczemnemu.

374

— Gdzie jesteś, klempo? — zawołał — bo to z pewnością twoje sztuki, bazarnico!

375

Jednocześnie Sancho na wpół obudziwszy się i czując na sobie cały ten ciężar, który go dusił, myślał, że to sen jaki dręczy go jeszcze i zaczął walić pięściami na wszystkie strony. Razy te spadały na Maritornes po większej części — ta, straciwszy nareszcie cierpliwość i nie bacząc już na miejsce, gdzie się znajdowała, myślała tylko o wywzajemnieniu, palnęła Sancha tyle razy w żywot i w twarz twardą pięścią, że obudził się nareszcie zupełnie. Nie wiedząc, za co go tak tuzowano[63], podniósł się na łóżku i uchwyciwszy silnie Maritornes, rozpoczął z nią najpocieszniejszą walkę. Mulnik, zobaczywszy przy świetle straszne położenie drogiej swojej Maritornes, puścił Don Kichota, a pobiegł jej na pomoc; gospodarz znów, obeznawszy się już z miejscowością, pobiegł także, ale w celu skarcenia Asturyjki, którą uważał za główną sprężynę całego tego nieporządku. Mulnik walił Sancha, Sancho młócił Maritornes, Maritornes prała Sancha, a gospodarz tłukł Maritornes — a wszystko to szło tak żwawo i gracko, jakby się obawiali, żeby im czasu nie zabrakło, nareszcie latarnia zgasła, a ciemność powiększyła jeszcze zażartość bójki — żaden z walczących nie uniósł ani całej koszuli, ani której bądź części ciała nieobrażonej. — Przypadkiem znajdował się w gospodzie pachołek rządowy, z tych, co to ich nazywają starą konfraternią toledańską. Obudziwszy się na hałas walki, wpadł z prętem w ręku i z pudełkiem blaszanym, gdzie oznaka godności jego, ale nic a nic nie dojrzawszy w ciemności, zawołał: „Milczeć wszyscy w imię sprawiedliwości i świętej Hermandady”. Przypadkiem natrafił ręką na nieszczęsnego Don Kichota, który leżał rozciągnięty na zwaliskach łóżka, bez przytomności, z głową zwieszoną. Ująwszy go za brodę, nie przestawał krzyczeć: „Na pomoc władzy!” Ale nie dostrzegając żadnej oznaki życia w tym, którego trzymał, nie wątpił, że to musi być trup człowieka, którego inni przytomni zamordowali — zaczął więc krzyczeć jeszcze głośniej: „Zamykajcie drzwi gospody, zważać, żeby mi nikt nie wyszedł, tu człowieka zabito!” Głos ten przeraził walczących i prócz tego, co każdy już dostał, sprawa pozostała w zawieszeniu i w tym stanie, w jakim ją zszedł pachołek. Gospodarz z wolna zemknął do stancji, mulnik na legowisko, a podrapana Maritornes wlazła w brudne łóżko swoje. Co zaś do Don Kichota i Sancha, ci, którzy nie mogli się poruszyć, pozostali na miejscu, a pachołek puścił brodę rycerza naszego i poszedł po światło, żeby ująć winnych. Gospodarz jednak odchodząc, naumyślnie zagasił latarnię w bramie — pachołek więc zmuszony był rozdmuchać ogień w kominie, ale tak go tam było niewiele, że dmuchał przez godzinę, nim zdołał zapalić latarnie.

Rozdział III

Dalszy ciąg niezliczonych trudów, które Don Kichot i giermek jego przecierpieli w gospodzie.

376

Don Kichot, przyszedłszy nareszcie do przytomności z omdlenia, tym samym głosem, co wczoraj giermek jego po straszliwej walce z furmanami, zawołał na niego, mówiąc smutnie:

377

— Przyjacielu Sancho, czy śpisz? Przyjacielu Sancho!

378

— He, jakżebym u diabła spać miał — odrzekł Sancho wściekły z gniewu i z nudów — kiedy wszyscy diabli z piekła przyszli po mnie tej nocy.

379

— Masz słuszność, że tak mówisz — rzekł Don Kichot. — Ja nie rozumiem, chyba ten zamek jest zaczarowany. Przysięga, Salon, SłowoSłuchaj, co ci powiem, ale przysięgnij mi najprzód, że dopiero po śmierci mojej mówić o tym będziesz.

380

— Przysięgam! — odrzekł Sancho.

381

— Wymagam tej przysięgi — prawił dalej Don Kichot — bo nigdy czci niczyjej szkodzić nie myślę.

382

— Przecież mówię panu, że przysięgam — odparł Sancho — i że ust nie otworzę w tej mierze aż do śmierci pańskiej, daj Boże, ażebym to rychło mógł zrobić.

383

— Czyż takim ci jestem już ciężarem, żebyś pragnął rychłej śmierci mojej?

384

— Nie dlatego — odrzekł Sancho — ale nie lubię długo trzymać języka za zębami, bo się obawiam, żeby mi nie spróchniał.

385

— Niech co chce będzie — mówił Don Kichot — polegam na przywiązaniu twoim do mnie i na rozsądku twoim. Rycerz, Sługa, Kobieta, BijatykaTrzeba, żebyś się dowiedział, co mi się przytrafiło tej nocy — jedna z najdziwniejszych i najpiękniejszych przygód, jakie wyobrazić sobie można. Żeby ci ją w krótkości opowiedzieć, dowiedz się, że nie ma dwóch godzin, jak córka władcy tego zamku przyszła do mnie. Jest to jedna z najpiękniejszych dziewic w świecie. Nie potrafię ci opisać wdzięków jej osoby, powabu jej rozumu, nie chcę nawet myśleć o tylu pięknościach, żeby nie uchybić afektowi, którym pałam dla mojej damy, Dulcynei z Tobozo. Powiem ci tylko, że niebo, zazdroszcząc mi szczęścia, które los w objęcia moje sprowadził, czy też mówiąc otwarciej, ponieważ zamek ten jest zaklęty, kiedym właśnie zapuścił się z piękną nieznajomą w czułą i namiętną rozmowę, ręka, której nie widziałem, a która Bóg wie skąd się wzięła, ale ręka niezawodnie ogromnego jakiegoś olbrzyma, tak silnym ciosem ugodziła mnie po szczękach, żem cały się krwią zalał. Potem, niegodziwiec, korzystając z mojej słabości, tyle mi razów wymierzył, że gorzej mi jeszcze niż wczoraj, kiedy mulnicy jęli się nas z powodu niewstrzemięźliwości Rosynanta. Wnoszę stąd, że jakiś Maur zaklęty musi strzec tego skarbu dla kogoś innego, nie dla mnie.

386

— Nie sądzę, żeby to także dla mnie być miało — przerwał Sancho — bo więcej niż czterystu Maurów wprawiało się na mojej skórze w sposób tak wrażliwy, że w porównaniu z nim, wczorajsze uderzenie kłonicą to rozkoszne łechtanie. Ale proszę pana, zwróćże pań uwagę na położenie, w którym się obecnie znajdujemy, czy godzi się to nazwać przygodą piękną? Jeszcze pan, co miałeś przyjemność trzymać tę nadzwyczajną piękność w objęciu, to pociecha dla pana, ale ja nic nie miałem, oprócz kułaków najsroższych, jakie w życiu zapamiętam. Niech mnie diabli porwą i tych, co na świat mnie wydali! Nie jestem rycerzem, ani myślę nim zostać, a w każdym spotkaniu zawsze najtęższą część dostaję.

387

— To i ciebie także poturbowano? — zagadnął Don Kichot.

388

— Ależ do stu diabłów — odparł Sancho — albożem panu nie mówił?

389

— E, żartuj z tego, kochany bracie — rzekł Don Kichot — zaraz sporządzę sławny balsam, a on nas wkrótce wyleczy.

390

Kiedy tak rozmawiali, nadszedł pachołek z zapaloną latarnią. Łóżko było wprost drzwi. Sancho, spostrzegłszy go z daleka, w koszuli, zresztą nagiego, z głową obwiązaną brudną szmatą i ze zdradzieckim wyrazem twarzy, zapytał pana, czy to przypadkiem nie ten Maur zaczarowany przyszedł dowiedzieć się, czy mają jeszcze jaką część ciała do pogruchotania.

391

— Nie zdaje mi się — odparł Don Kichot — bo zaczarowani nikomu się nie pokazują.

392

— Ale jeżeli się nie pokazują, to dalibóg, dają się we znaki — rzekł Sancho — niech na to plecy moje odpowiedzą.

393

— A myślisz, że moje także by odpowiedzieć nie potrafiły — odrzekł Don Kichot — a jednak dowód to niedostateczny, żeby to miał być nasz Maur.

394

Grzeczność, GniewPachołek zdziwił się bardzo, że w miejscu, gdzie zabito człowieka, ludzie tak spokojnie rozmawiać mogą, ale zoczywszy bohatera naszego rozciągniętego i w położeniu nader niewygodnym, rzekł mu:

395

— Jakże się masz, poczciwcze?

396

— Gdybym był na wasana miejscu, mówiłbym inaczej — odrzekł wyniośle Don Kichot. — Czy się tak przemawia, trutniu, do rycerzów błędnych w kraju twoim?

397

Pachołek, popędliwy z natury, rozgniewał się na tę mowę, wychodzącą z ust człowieka tak nieobiecującej powierzchowności, i z całej siły cisnął latarnią w głowę nieszczęsnego rycerza, a nie wątpiąc, że mu ją zgruchotał, uciekł, korzystając z ciemności.

398

— No cóż, panie — zawołał wtedy Sancho — nie ma już wątpliwości, to z pewnością ten Maur, co strzegąc skarbu dla drugich, zachowuje dla nas kułaki i pięści.

399

— Tym razem może masz i słuszność — rzekł Don Kichot — ale oznajmiam ci, że drwić potrzeba z tych czarów, zamiast się zżymać[64] na nie. Ponieważ to są wszystko rzeczy fantastyczne i niewidzialne, daremnie pragnęlibyśmy zemsty, nie zdołamy jej wywrzeć. Sancho, wstań, jeżeli możesz, i poproś gubernatora zamku, żeby mi przysłał trochę oliwy, soli, wina i rozmarynu, muszę sporządzić balsam, bo mówiąc między nami, krew płynie mi z rany, którą mi to widziadło zadało.

400

Sancho wstał, krzyknąwszy nieraz z bólu i po omacku chcąc trafić do drzwi gospodarza, potknął się o pachołka, trochę zmartwionego brutalstwem[65] swoim.

401

Lek, Modlitwa— Panie — zawołał Sancho — ktokolwiek jesteś, bądź tak miłosierny i daj nam rozmarynu, wina, soli i oliwy — bardzo nam to potrzebne do opatrzenia jednego z najlepszych rycerzy błędnych, jacy są na ziemi, a którego właśnie zaklęty Maur niebezpiecznie ranił w tej gospodzie.

402

Pachołek, domyśliwszy się mniej więcej, kim jest Sancho, zaczął wołać na gospodarza i powiedział mu, czego ten człowiek żąda, a ponieważ zaczęło już świtać, otworzywszy drzwi od gospody, poszedł się przebrać. Gospodarz dał Sanchowi wszystko, czego pragnął. Giermek, niosąc te ingrediencje[66] panu, zastał go trzymającego się obu rękami za głowę, i skarżącego się na uderzenie latarnią, która na szczęście, tylko parą go guzów obdarzyła, bo mniemana krew, był to olej z latarni, płynący mu po twarzy.

403

Don Kichot, wlawszy wszystko w jedno naczynie, kazał zagotować, a gdy już się ugotowało, zażądał butelki. W gospodzie tej nie było butelki, trzeba było poprzestać na małej blaszanej manierce, którą mu gospodarz podarował, a w której zwykle trzymano olej. Zmówiwszy następnie nad naczyniem sto Ojcze nasz, tyleż zdrowasiek, Salve Regina, Wierzę w Boga, do każdego wyrazu dodawał znak krzyża świętego, jako znak błogosławieństwa.

404

Sancho Pansa, pachołek i gospodarz, byli świadkami tej nabożnej ceremonii — bo mulnik kulbaczył już muły, udając, że ani wie o nocnej przygodzie, w której tak czynny miał udział. Sporządziwszy cudowną tę miksturę, Don Kichot zaraz pragnął jej kosztować, i nie przykładając jej do rany, połknął całą szklankę, jakby lekarstwo. Zaledwo wyżył tę dozę, zaczął ją oddawać tak gwałtownie, że pewnie mu nic nie zostało w żołądku. Wysilenie sprowadziło poty, poprosił, żeby go okryto i dano mu spocząć. Spał ze trzy godziny, po przeciągu których tak się mu lepiej zrobiło, że nie wątpił już o skuteczności balsamu swojego, którego tajemnicę posiadając, można się narażać na najstraszliwsze przygody. Sancho Pansa, któremu wyzdrowienie pana cudownym się zdało, prosił go usilnie, żeby mu pozwolił wypić resztę, na co gdy Don Kichot przystał, uchwycił garnek i wlał sobie do żołądka porządną porcję, to jest prawie tyle, co jego pan. Żołądek biedaka nie musiał być tak delikatny, bo zanim lekarstwo wzięło skutek, zaczęło mu się tak odbijać i poty tak gwałtowne go oblały, że zdawało mu się, że umrze, i w tym opłakanym stanie klął balsam i zdrajcę, co mu go podał.

405

— Przyjacielu Sancho — rzekł mu poważnie pan jego — chyba mnie ciągle w świecie oszukują, jeżeli to wszystko nie dlatego ci się zdarza, że nie jesteś pasowany na rycerza, bo mniemam, że ten balsam dla rycerzów tylko skuteczny.

406

— Ależ do trzystu diabłów, cóżem panu zrobił, żeś mi pan go dał pokosztować, na cóż mi się przyda rada? Umarłemu kadzidło.

407

Tymczasem właśnie cudowny balsam zaczął skutkować i biedny giermek tyle wyrzucił z wnętrza swojego rozmaitości, że kołdrę i materac na nic popsował[67]. Wymiotom tym towarzyszyło tyle i tak dziwnych wysileń, że przytomni zwątpili o jego życiu. Mimo to, po upływie godziny takiej burzy, zamiast wyzdrowieć, jak pan jego, czuł się tak słabym i zbitym, że zaledwo mógł oddychać. Ale wyzdrowiawszy, Don Kichot nie miał ani chwili do stracenia, ciągle chciwy nowych przygód. Zdawało mu się, że winien jest każdą chwilę, zmarnotrawioną na marnościach świata tego, a pełen ufności w skuteczność balsamu, pragnął tylko coraz nowych niebezpieczeństw, za nic mając najsroższe rany. W tej niecierpliwości rzekł do Sancha, że czas ruszać w drogę. Osiodłał sam natychmiast Rosynanta, włożył burkę na osła, giermka wsadził nań, dopomógłszy mu przyodziać się, a sam dosiadłszy konia, ujął w dłoń złamaną spisę, która mu się wydała jeszcze dobrą zupełnie.

408

Było ze dwadzieścia osób prawie w gospodzie, a nie było ani jednej, co by nie przyglądała się mu ciekawie, zwłaszcza też córka gospodarza, która go jeszcze ciekawiej od drugich spojrzeniem śledziła, nie widziawszy nigdy w życiu nic podobnego. On zaś, tłumacząc to sobie w inny sposób, wlepił w nią spojrzenie i od czasu do czasu wzdychał głęboko, aż z głębi żołądka, ale sam tylko znał powód tych westchnień, chociaż ci, co go widzieli wczoraj srodze poturbowanego, przypisywali je dolegliwemu bólowi z ran. Karczma, PieniądzSkoro tylko dwaj bohaterowie nasi dosiedli rumaków, Don Kichot, zatrzymując się na progu bramy, zawołał gospodarza i głosem poważnym odezwał się do niego:

409

— Mości kasztelanie, byłbym niewdzięczny, gdybym nie pamiętał wszystkich tych grzeczności, którymi mnie w zamku pańskim obsypano. Jeżeli za tę dostojną gościnność odwdzięczyć się mogę, mszcząc się za ciebie na kim, co by cię obraził, wskaż, panie, powołaniem jest moim, jak pan wiesz zapewne, wspierać słabych, a karcić zdrajców. Poszukaj więc w pamięci, a jeżeli masz pożalić się na kogo, wymień go tylko, obiecuję ci, w imię rycerstwa, na które mnie pasowano, że będziesz miał zadośćuczynienie.

410

Gospodarz odrzekł z tą samą powagą:

411

— Mości kawalerze, nie mam, dzięki Bogu, nikogo, nad kim chciałbym, żebyś się mścił za mnie, bo gdy mnie kto obrazi, umiem się bardzo dobrze zemścić za siebie. Gdybym czego żądał, to jedynie, żebyś mi pan zapłacił wydatki tej nocy, siano i sieczkę, które wierzchowce wasze pożarły, bo tak się nie wyjeżdża z gospody.

412

— Jak to? więc to gospoda? — ofuknął Don Kichot.

413

— A jużciż nie co, jeno gospoda i jedna z najlepszych — rzekł gospodarz.

414

— Bardzom się mylił — mówił dalej rycerz — biorąc ją dotychczas za zamek i to niemały zamek. Ale, ponieważ to gospoda, musisz mi wybaczyć, że ci zaraz nie zapłacę wydatków, które poniosłeś, nie mogę sprzeciwiać się regule zakonu błędnych rycerzy, o których wiem przecie (a przynajmniej nie zdarzyło mi się nigdy nic przeciwnego czytać), że nigdy po gospodach nie płacili. Zwyczaj i rozum chce mieć, żeby ich wszędzie darmo ugaszczano w nagrodę trudów niezliczonych, które ponoszą, szukając przygód dniem i nocą, zimą i latem, konno i pieszo, mrąc z głodu lub pragnienia, z zimna lub gorąca, wystawieni zawsze na wszystkie niewygody, jakie się trafiają na tej ziemi.

415

— To są błache nawyknienia rycerstwa, które mnie nic nie obchodzą — odrzekł karczmarz — zapłać mi pan tylko, coś mi winien, i dajmy pokój tym baśniom.

416

— Jesteś głupim i złym karczmarzem — rzekł Don Kichot, i spuszczając spisę wyjechał z gospody, nie patrząc nawet, czy jego giermek za nim postępuje.

417

Gospodarz widząc, że się od Don Kichota niczego spodziewać nie może, chciał, żeby mu Sancho zapłacił, ale ten poprzysiągł, że tak jak pan, nie może płacić, bo jako giermek błędnego rycerza, musi korzystać z tego samego przywileju. Daremnie gospodarz się gniewał i groził mu, że jeśli mu nie zapłaci, to sobie sam zapłacić potrafi pięścią, w sposób, który giermek długo zapamięta. Sancho zaklął się na rycerstwo, na które pasowano jego pana, że nie da ani marawedisa, choćby go miano udusić, i że przyszłe pokolenie giermków nie będzie złorzeczyć jego pamięci, bo nie pozwoli, aby tak słuszne i piękne prawo miało być zatracone z jego winy. Na nieszczęście, było w gospodzie czterech handlarzy wełny z Segowii i trzech kupców szpilek z Poto, chłopaki żwawe i wesołe i skore do figla. Zbliżyli się do Sancha i zsadzili go z osła, a jeden z nich poszedł po kołdrę. Widząc, że otwór w bramie zanadto niski na ich zamiar, zawiedli na podwórze biednego Sancha, tam rozciągnąwszy go na kołdrze, czterech najmocniejszych ujęło go za cztery rogi i zaczęli ciskać go w powietrze do wysokości dwunastu lub piętnastu stóp, jak to kucharze robią często z psami, co im mięso kradną. Okropne krzyki biedaka doszły do uszu pana, który mniemał z początku, że go niebo do nowej przygody powołuje; ale poznawszy wkrótce, że to wierny giermek tak ryczy, spiął Rosynanta i stanął przed gospodą. Bramę na nieszczęście zatrzaśnięto. Objeżdża więc naokoło, chcąc koniecznie znaleźć jakieś wejście, wtem zza muru od podwórza, niezbyt wysokiego, widzi jak Sancho wznosi się i opada w powietrzu z takim wdziękiem i gibkością, że śmiałby się pewnie, gdyby się nie był rozgniewał. Żart ten nie przystawał wcale do jego humoru usiłował kilka razy za pomocą grzbietu Rosynanta dostać się na mur i wdrapałby się z pewnością gdyby nie był tak zbity, że z konia zsiąść nie był w stanie. Ale za to tyle obelg ciskał na niegodziwych figlarzy, że niepodobna ich opisać. Mimo to niegodziwcy ci nie przestawali swojej facecji[68] i śmieli się jeszcze głośniej. Nareszcie, znużywszy się sami, obwinęli go w kaftan i miłosiernie wsadzili tam skąd go wzięli, to jest na osła.

418

Uczciwa Maritornes, która nie bez przykrości przyglądała się srogiej Sancha przygodzie, przyniosła mu natychmiast dzban zimnej wody, którą właśnie naczerpała ze studni, lecz gdy go przytykał do ust, zatrzymał go nagle głos pana, który krzyczał z tamtej strony muru:

419

— Sancho, synu kochany, nie pij tej wody, nie pij, dziecię moje, bo umrzesz, czyż nie mam cudownego balsamu, który cię za chwilę na nogi postawi? Mówiąc to, pokazywał mu miarkę blaszaną.

420

Ale Sancho odwróciwszy głowę na te krzyki i przyglądając się panu nieco z ukosa, rzekł:

421

— He panie, czy pan zapomniałeś, że nie jestem pasowany na rycerza, chcesz, żebym oddał tę trochę wnętrzności, co mi zostało? Schowaj się pan w piekło ze swoją miksturą i daj mi pokój.

422

Zaczął pić znów, ale po pierwszym łyku poczuwszy, że to tylko woda, nie mógł pić dłużej i poprosił Maritornes o trochę wina, którego mu też ona przyniosła, kupiwszy je za własne pieniądze. Toteż mówią, że miała ta dziewczyna i dobrą stronę swoją, chociaż taka skrupulatka[69]. Sancha, gdy się napił, odprowadzono aż do bramy gospody, gdzie, spiąwszy osła piętami odjechał bardzo zadowolony, że nic nie zapłacił, choć nadstawił skóry i boków, zwyczajną swoją zapłatę. Gospodarz, widząc Sancha na dworze, chciał kazać bramę zasunąć, ale figlarze, którzy niezbyt zwracali uwagę na naszego rycerza, choćby należał do Okrągłego Stołu, nie chcieli na to pozwolić, i może by nie opuścili sposobności pobawić się z panem, jak się pobawili ze służącym.

Rozdział IV

Rozmowa Don Kichota z Sancho Pansą oraz inne przygody godne opowiedzenia.

423

Gdy Sancho dogonił pana, ten, widząc go tak poturbowanym, że zaledwie na ośle mógł dosiedzieć, rzekł do niego:

424

— Teraz przyjacielu Sancho nie wątpię już, że są jakieś czary w tym zamku, czy też austerii[70], bo dokładnie nie wiem, co to jest. Któż mógł tak okropnie naigrawać się z ciebie, jeżeli nie widma i ludzie z tamtego świata? Żeby cię jeszcze dokładniej o tym przekonać, powiem ci, że kiedy przyglądałem się temu smutnemu widowisku przez mur od podwórka, nie byłem w możności wleźć nań, ani nawet z konia zsiąść, tak mnie oczarowali. Bogiem a prawdą, nieźle zrobili poniekąd, bo gdyby mi było wolno wskoczyć na mur, wierz mi, tak byłbym pomścił ciebie, że to tałatajstwo[71] nie potrafiłoby już drwić sobie; a w moim usposobieniu wykroczyłbym przeciw prawom rycerstwa, które, jakem ci często mówił, nie pozwalają rycerzowi dobywać miecza przeciw tym, co nie są rycerzami, chyba w obronie życia lub w najgwałtowniejszej potrzebie.

425

— Sam bym się był pomścił, gdybym był zdołał — odparł Sancho — cImię, Upiórhoć nie jestem rycerzem; ale, dalipan, nie ode mnie to zależało, choć i poprzysiągłbym, że ci hultaje, co się bawili moim kosztem, nie są widmami, ani zaklętymi ludźmi, jak pan powiadasz, ale rzeczywistymi ludźmi z ciała i kości, jak my, i pamiętam dobrze ich nazwiska. Jeden się nazywa Pedro Murtinez, drugi Tenorio Hernandez, a dobrze słyszałem, że nazwisko gospodarza Juan Palomegne. Widma nie są chrzczone, panie, nie mów mi pan więc, że to czary nie dozwoliły panu wdrapać się na mur lub zsiąść z konia. Rycerz, SługaCo do mnie, widzę najjaśniej pod słońcem, że im więcej szukać będziemy przygód, tym prędzej napotkamy na taką, co nas życia pozbawi. Za łaską Boską nie rozeznamy wkrótce lewej nogi od prawej. Dalipan, najlepiej i najpewniej, według mego maluczkiego pojęcia, powrócić do naszej wioski właśnie teraz w porę żniwa; bo niedobre nasze żniwa na cudzych polach, wpadamy ciągle z deszczu pod rynnę, coraz to gorzej, miasto[72] lepiej się nam dzieje.

426

— Ach, mój biedny Sancho — przerwał mu Don Kichot — powtórzę ci po setny raz, jakżeś nieświadomy i ciemny pod względem rycerstwa! Milcz i bądź cierpliwy, przyjdzie chwila, że własne doświadczenie przekona cię o korzyściach powołania tego. Bo nareszcie, powiedz mi, czy jest jaka przyjemność pod słońcem wyrównywająca zwycięstwu w walce i tryumfowi nad nieprzyjacielem? nie ma, wszak prawda?

427

— Wierzę temu — odrzekł Sancho — choć nie wiem nic o tym. Ale wiem, że od czasu, jak zostaliśmy błędnymi rycerzami, to jest pan, bo ja nie zasługuję na ten zaszczyt, wygraliśmy dopiero jedną bitwę z Biskajczykiem[73]. Odtąd kułaki, pięście, kije dla pana i dla mnie, a w dodatku jeszcze poturbowali mnie srodze i to zaklęci ludzie, nad którymi zemścić się nie mogę, i nie mogę używać tej wielkiej przyjemności, jaka, według pana, znajduje się w zemście.

428

— Taka moja dola — rzekł Don Kichot — niechże będzie i twoją, ale poczekaj, zaręczam ci, wkrótce będę miał miecz tak kunsztownie ukuty, że tego, co go nosić będzie, nie zdołają nigdy żadne czary oczarować. Mogło się zdarzyć, że szczęśliwy traf dałby mi w rękę miecz, którym władał Amadis, kiedy się mianował rycerzem Ognistego Miecza, najlepszego, jaki się mógł w świecie znajdować, bo oprócz ognistości, ostry był jak brzytwa; najtwardsza zbroja, najbardziej zaczarowana, nie oparła się mu nigdy, kruszył je jak szkło.

429

— A ja tak jestem nieszczęśliwy, że choćbyś pan i ów miecz posiadał, to on się przyda na coś tylko pasowanemu rycerzowi, tak jak balsam, i wszystko znów zwali się na biednego giermka.

430

— Nie obawiaj się tego — dodał Don Kichot — dla ciebie los będzie przychylniejszy.

431

Gdy tak rozmawiali, nagle Don Kichot spostrzegł tuman kurzawy z daleka, który wiatr gnał ku nim, odwracając się więc do giermka, zawołał:

432

Walka, Rycerz, Zwierzęta, Marzenie, Wiara— Przyjacielu Sancho, otóż dzień, który okaże, czym mnie los obdarzy. Otóż dzień, powiadam ci, w którym dzielność ramienia mojego zajaśnieje, a znakomite czyny moje staną się godne opisu w księgach sławy dla nauki przyszłych pokoleń. Czy spostrzegasz tam tuman kurzawy? wznosi się on z pod stóp niezliczonego wojska, złożonego ze wszystkich prawie narodów tego świata.

433

— To w takim razie muszą być dwa wojska — wtrącił Sancho — bo i z drugiej strony także widać to samo.

434

Don Kichot spiesznie się odwrócił i widząc, że Sancho prawdę mówi, uczuł radość niewymowną, wierząc jak najmocniej (bo nigdy na wpół nie wierzył), że to dwie armie jakieś stoczą z sobą walkę na tym błoniu. Uczciwemu szlachcicowi temu nie brak było wrodzonej odwagi i tak sobie napełnił wyobraźnię wojnami, potyczkami, czarami i wszystkimi cudami, opiewanymi po romansach, że we wszystkim, co robił i myślał, nimi tylko miał głowę nabitą. Dwie liczne trzody owiec, zdążając z dwóch stron przeciwnych, robiły ten kurz, który tak był gęsty, że trzeba się było bardzo przybliżyć, żeby istotną rozpoznać przyczynę. Don Kichot jednak tak stale zapewniał, że to byli wojownicy, że Sancho, zaczynając wierzyć, zapytał się:

435

— No i cóż my, panie, będziemy tam z nimi robili?

436

— Co będziemy robili? Będziemy ratować tych, co pomocy naszej zapotrzebują. Wróg, ReligiaAle trzeba, żebyś wiedział, o co rzecz idzie. Armią z lewej strony dowodzi wielki cesarz Alifanfaron, pan wyspy Taprobanu, a ta, co zdąża z prawej strony, jest armią nieprzyjaciela jego, króla Garamantów, Pentapolina z obnażonym ramieniem, dlatego tak go nazywają, że walczy z gołym ramieniem.

437

— A za co ci mocarze wojują z sobą? — zagadnął Sancho.

438

— Zostali nieprzyjaciółmi — odrzekł Don Kichot — bo ten Alifanfaron zapłonął miłością do córki Pentapolina, która jest jedną z najpiękniejszych kobiet w świecie i do tego chrześcijanką. Alifanfaron zaś jest poganinem i ojciec nie chce mu dać córki, dopóki nie wyrzeknie się fałszywego Mahometa swojego i nie przejdzie na wiarę chrześcijańską.

439

— Jak mi Bóg miły — rzekł Sancho — Pentapolin bardzo mądrze postępuje i pomogę mu z całego serca w czym tylko będę mógł.

440

— Będziesz to tylko robił, co ci powinność każe — odrzekł Don Kichot — bo też w takich razach niekoniecznie potrzeba być pasowanym na rycerza.

441

— Nie? — zagadnął Sancho — och, dalipan, to gracko! Ale gdzież ja podzieję osła w czasie bitwy, bo nie wiem, czy mi się będzie godziło do niej należeć na takim rumaku. A gdzie go potem znajdę?

442

— Masz słuszność — odparł Don Kichot — ale puść go na wolę Bożą, choćby zginął, to nic nie szkodzi. Po zwycięstwie będziemy mieli tyle koni do wyboru, że nawet Rosynanta kto wie, czy nie pomieniam na innego. Słuchaj jednak, muszę cię obznajmić z główniejszymi dowódcami tych armij, zanim nastąpi natarcie. Wejdźmy na to wzgórze, stąd ich łatwo dostrzeżemy.

443

Mówiąc to, weszli na pagórek, gdzie byliby zobaczyli, że nasz rycerz brał trzody owiec za wojska, gdyby kurz nie prószył im zanadto w oczy. Nareszcie Don Kichot, spostrzegłszy tysiąc szczegółów w swojej wyobraźni (gdzie indziej ich być nie mogło), wyniosłym głosem zaczął prawić:

444

— Ten rycerz, którego tam w złoconej zbroi spostrzegasz, co ma na twarzy lwa koronowanego u stóp dziewicy, jest to waleczny Lorkalsz, pan srebrnego mostu. Ten w zbroi, nasianej złotymi kwiatami, który nosi trzy złote korony w lazurowym polu, jest to potężny Mikolembo, wielki książę Kwirocji. Tamten znów, co idzie po prawej stronie, olbrzymiego wzrostu, to nieustraszony Brandebarbaran z Boliszy, pan trzech Arabii, uzbrojony, jak widzisz, w węża skórę, ma on na tarczy drzwi. Mówią, że to są drzwi z tej świątyni, którą Samson zwalił, kiedy się mścił nad nieprzyjaciółmi swoimi ze szwankiem własnego życia. Oddział, który tam widzisz, składa się z różnych narodów: tu są ci, co piją przyjemne wody sławnego Ksante; ówdzie górale, co uprawiają pola Masylijskie; tu, co haftują cienkim złotem Arabii szczęśliwej; tamci, co cieszą się widokiem świeżych i pięknych wybrzeży Termodonu i łowią złoty piasek bogatego Paktolu; Numidowie niestali i niepewni w obietnicach; Persy, nieporównani łucznicy; Medy i Partowie, walczący w ucieczce; Arabowie, co zawsze obozują, nie mając stałego siedliska; Scytowie straszni i okrutni; Etiopczykowie[74], co sobie wargi przekłuwają, i wiele innych narodów, które widzę, znam twarz, ale nazwy nie pamiętam. Z drugiej strony nadchodzą ci, co piją płynny kryształ Betisy, której brzegi pokryte oliwnymi drzewami; ci, co się myją w bogatych nurtach Tagu; ci, co cieszą się wodami zbawiennego Genilu; ci, co uprawiają pola Tartezjańskie, tak obfite w pastwiska; tamci, wiodący tak szczęśliwe życie w cudownych rękach Kseresa; bogaci Manchegowie, koronowani żółtymi kłosami; ci od stóp do głów pokryci żelazem, są to potomkowie w prostej linii starożytnych Gotów; ci, co się kąpią w Pisverga, rzece sławnej ze spokojności[75] wód swoich; ci, których trzody się pasą na obfitych pastwiskach wężykowej Gwadiany; ci, co drżą u stop zimnych gór Pirenejskich i w śniegach Apeninu, słowem wszystko, co Europa w szerokiej przestrzeni swej mieści.

445

Rzecz nie do pojęcia, z jak zadziwiającą szybkością wymienił nieskończoną ilość prowincji i narodów, nadając każdej to, co ma sobie właściwego ze zdumiewającą przytomnością umysłu, a wszystko to stylem owych jego książek, co się nie dadzą naśladować. Sancho tak się zdziwił tym ogromnym napływem słów, że nie śmiał wtrącić ani wyrazu. Otwierał tylko oczy na roścież[76] i zwracał głowę za ruchem ręki pańskiej, chcąc się przekonać, czy ujrzy owych rycerzy i olbrzymów, których mu ten wskazywał. Ale nic a nic nie dostrzegłszy:

446

Pozory— Panie — rzekł, na wpół w rozpaczy — niech diabli porwą wszystkich tych ludzi, rycerzy i olbrzymów których wymieniłeś, ja ani jednego nie postrzegam. Może się to wszystko także czarami dzieje, jak widma tej nocy.

447

— Jakiż z ciebie niedołęga — odrzekł Don Kichot — nie słyszysz więc rżenia koni, dźwięku trąb, werbla, bębnów i kotłów?

448

— Jak mi Bóg miły, prócz beku baranów, nic nie słyszę.

449

Rzeczywiście prawda to była, bo już można było słyszeć zbliżającą się trzodę.

450

Walka, Rycerz, Zwierzęta, Pozory, Bijatyka, Klęska— Widzę — rzekł wtedy Don Kichot — że bardziej się obawiasz, niż się zdaje; bo jak wiadomo, że strach obałamuca zmysły i przedmioty przeinacza dla oka. Ale jeśli ci brak odwagi, pozostań tu i pozwól mi działać, dosyć mnie jednego, ażeby przechylić zwycięstwo tam, gdzie ramię moje podniosę.

451

Rzekłszy to, spiął Rosynanta i błyskawicy lotem zjechał z pagórka na dolinę.

452

Sancho darł się z krzyku, żeby się rycerz zatrzymał, że to istotnie owce były, brał niebo na świadki, wszystkich diabłów przyzywał na próżno:

453

— Przeklęty ten, co mnie spłodził — zawołał nareszcie. — Cóż to za nowe głupstwo? Panie, dostojny panie Don Kichocie, mylisz się pan, nie ma tam ani olbrzymów, ani rycerzy, ani szparagów, ani całej tarczy, ani pół tarczy, chcesz pan pozabijać barany, za które nie masz czym zapłacić.

454

Don Kichota wszystko to jednak nie wstrzymywało, zamiast go słuchać, krzyczał sam z całych sił:

455

— Odwagi, męstwa, rycerze, co pod znakami dzikiego Pentapolina z obnażonym ramieniem walczycie, za mną tylko, a przekonacie się, że pomszczę się za niego na zdrajcy Alifanfaronie z Taprotanu.

456

Mówiąc to, wpada jak wściekły na gromadę owiec i przerzyna ją tak dziarsko i odważnie, jakby miał do czynienia z najstraszniejszymi wrogami swymi. Pastuchy zaczęli naprzód wołać tylko na niego i wymawiać, co mu biedne, niewinne baranki zrobiły złego; ale widząc, że nic nie wskórają na krzykach, wzięli proce do rąk i zaczęli pozdrawiać naszego bohatera kamieniami cokolwiek większymi od pięści, tak szybko, że jeden raz nie czekał długo na drugi. Ale on, gardząc tym sposobem wojowania, nie zasłaniał się nawet, tylko pędził na wszystkie strony, wołając hukliwie.

457

— Do mnie, do mnie, sam cię tu oczekuję dla zmierzenia sił z tobą i ukarania za niesłuszną wojnę, którą wydałeś walecznemu Pentapolinowi! Gdzie jesteś, pyszny Alifanfaronie?

458

Tymczasem z tylu kamieni, co jak grad wkoło niego padały, jeden porządnie zdzielił go w bok. Myślał rycerz, że już zginął, a przynajmniej, że niebezpiecznie ranny; ale przypomniawszy sobie o doskonałym lekarstwie, przytyka prędko blaszaną miarkę do ust i zaczyna pić nieoceniony napój uzdrawiający. Zanim wychylił wymaganą dozę, pada drugi kamień, tłucze na miazgę miarkę, po drodze wybija trzy, czy cztery zęby i gruchocze prawie wszystkie palce u ręki.

459

Dwa te ciosy tak były silne, że uczciwy rycerz padł na ziemię rozciągnięty jak nieżywy, a pastuchy myśląc, że już naprawdę nie żyje, spędzili prędko trzodę i zabrawszy poległych baranów w liczbie siedmiu czy ośmiu, nie wymieniając rannych, szybko się oddalili.

460

Sancho jednak ani się ruszył z pagórka, skąd przyglądał się niepojętym niedorzecznościom pana swojego, i wyrywając sobie garścią włosy z brody, przeklinał stokrotnie dzień i godzinę, w której go poznał. Ujrzawszy go jednak na ziemi i pastuchów już daleko, pobiegł do niego, a widząc go w bardzo złym sanie, choć jeszcze niezupełnie bez zmysłów[77], rzekł doń litościwie:

461

— Ach wielmożny panie Don Kichocie, nie mówiłżem panu, żebyś zawrócił, że to były barany nie wojsko, na które pan natarłeś?

462

— Atóż to tak, ten łajdak czarnoksiężnik, który pała do mnie zawiścią — zawołał Don Kichot — zamienia wszystkie rzeczy według chwilowej fantazji; bo mówiłem ci już stokrotnie, że nie można się wdawać w interesy z tymi kuglarzami, oni każą widzieć i wierzyć w to, co tylko zechcą, a ten zdrajca, zawistny chwały, którą byłbym pozyskał, nie omieszka! przemienić zastępów nieprzyjaciół na trzodę owiec, żeby koniecznie zmniejszyć wartość mego zwycięstwa. Ale chcesz mi zrobić przyjemność i przekonać się raz nareszcie na własne oczy, wsiądź na osła i podążaj z daleka za tym mniemanym bydłem, zakładam się, że zaledwo postąpią tysiąc kroków, natychmiast dawną przybiorą postać, a ci pasterze przemienią się w ludzi takich, jakich ci przedtem opisywałem. Rycerz, Sługa, ChorobaAlbo lepiej nie oddalaj się teraz, jesteś mi potrzebny. Zbliż no się i zobacz, ile mi brak zębów, bo zdaje mi się, że mi ani jeden w ustach nie pozostał.

463

Sancho zbliżył się i patrzył tak z bliska, że prawie nos wetknął mu w usta, tymczasem balsam zaczął działać w żołądku Don Kichota i nagle z taką gwałtownością, jak wystrzał z muszkietu wyrzucił nieszczęśliwy wszystko, co mógł mieć w sobie, na oczy i brodę litościwego giermka.

464

— Święta Mario — zawołał Sancho — pan mój ranny jest śmiertelnie. Czysta krew bucha mu ustami.

465

Przyjrzawszy się jednak bliżej, zapach, smak i kolor przekonały go, że to nie była krew, ale balsam, który pił pan jego, co tak mu nagle ścisnęło wnętrzności, że nie mając nawet czasu odwrócić głowy, wyrzucił wszystko, co miał w żołądku, na twarz pańską i obydwaj w tym pięknym stanie pozostawali przez czas niejaki. Sancho pobiegł do osła po jaką płachtę do obtarcia dla siebie i dla pana, ale nie znalazłszy tłumoczka, którego zapomniał w gospodzie, o mało zmysłów nie stracił. Znów zaczął się przeklinać, poprzysiągł sobie w sercu, że pozostawi pana, a sam powróci na wieś, nie troszcząc się o nagrodę usługi, i nie dbając już o zarząd wyspy przyobiecanej.

466

Don Kichot jednak podniósł się z trudnością i kładąc sobie lewą rękę w usta, jakby dla wzmocnienia reszty zębów bardzo nadwerężonych, a prawą ująwszy cugle wiernego Rosynanta, który go ani na chwilę nie opuścił z takim był dlań zachowaniem, zbliżył się do Sancha, spoczywającego na ośle z głową podpartą na rękach, jakoby w głębokim smutku pogrążonego.

467

— Przyjacielu Sancho — rzekł mu, widząc go w tym stanie — wiesz o tym, że nie będziesz człowiekiem większym od drugich, jeżeli nie będziesz działał więcej od drugich. Wszystkie te burze, co nam się przytrafiają, nie sąż dowodem, że niebo się dla nas wypogodzi i lepsze nastaną czasy? Czy nie wiesz, że złe i dobre ma swoją granicę, a jeśli gwałtowne rzeczy nie mają trwałości, czy nie powinniśmy wierzyć nieomylnie, że dotykamy już palcem darów losu szczęśliwego? Przestańże się tak bardzo trapić przygodami, co mnie się przytrafiają, a których najmniejsza cząstka na ciebie nie spada.

468

— Jak to, a ten, co go w powietrze ciskano, to nie był synem mojego ojca? A tłumoczek, co mi zabrano ze wszystkimi ruchomościami, nie do mnie należał?

469

— Jak to? zgubiłeś tłumoczek? — zapytał nagle Don Kichot.

470

— Nie wiem, czym go zgubił, ale nie znajduję go na tym miejscu, gdzie go zwykle kładę — odparł Sancho.

471

— Będziemy więc musieli pościć dzisiaj — rzekł Don Kichot.

472

— Zapewne — dodał Sancho — chyba, że znajdziemy na łąkach te zioła, na których się pan znasz, i które dla niefortunnych rycerzy, jak pan, zastępują posiłek.

473

— Żeby ci prawdę powiedzieć — mówił dalej Don Kichot — wolałbym kawałek razowego chleba i dwie główki sardynek, od wszystkich ziół, opisywanych przez Diostorida, nawet tych, co są umieszczone w komentarzach Matiola. Rycerz, Ksiądz, SłowoJednak wsiądź na osła, Sancho, mój synu, i jedź za mną. Bóg, który wszystkich opatrzy, i nam nie uchybi, a ponieważ usiłujemy wiernie mu służyć w tym ciężkim i trudnym zawodzie, ten, co nie zapomina o owadach w powietrzu i dba o najmniejsze robaczki pełzające po ziemi, który świeci słońcem swoim nad sprawiedliwymi i niesprawiedliwymi i rosę zarówno na złych, jak na dobrych spuszcza, nie zapomni i o nas.

474

— Panie — przerwał Sancho — niech mi Bóg wybaczy, ale zdaje mi się, że pan lepszym byłbyś kaznodzieją niż błędnym rycerzem.

475

— Błędni rycerze — odparł Don Kichot — powinni wiedzieć o wszystkim. Był niejeden pomiędzy nimi w dawnych czasach, który tak dziarsko prawił kazanie wobec armii, jakby miał stopień uczony uniwersytetu paryskiego, tak dalece prawdą jest, że miecz nie przytępia pióra, ani pióro miecza.

476

— A to co innego, tak to rozumiem — rzekł Sancho — niech tak będzie, jak się panu spodoba, ale oddalmy się stąd i poszukajmy noclegu na dzisiejszą noc. Daj Boże, żeby to nie było w jakim miejscu, gdzie się znajdują Maury zaklęte, mulnicy, strachy, bo dalipan, jeśli ich napotkam, jestem sługą rycerstwa, ale niech go wszyscy diabli porwą!

477

— Módl się do Boga, on nas zaprowadzi, mój synu — rzekł Don Kichot — wybieraj pierwszą lepszą drogę, ty postaraj się tym razem o nocleg. Ale podaj no mi rękę i pomacaj palcem, ile mi brak zębów w szczęce górnej, z prawej strony, bo tam najbardziej mi ból dolega. Sancho włożył mu palce w usta i macając z góry na dół, zapytał:

478

— Ile pan ma z tej strony zębów?

479

— Cztery, nie wymieniając kła — odpowiedział Don Kichot — cztery zdrowe zupełnie.

480

— Panie — odparł Sancho — zważaj pan, co pan mówisz.

481

— Powiadam cztery, choćby nawet miało być pięć — odparł Don Kichot — bo dotychczas mi nie wyrywano, a żaden mi nie wypadł.

482

— Och, dobrze — rzekł Sancho — masz pan właśnie półtrzecia[78] zęba w szczęce dolnej; co zaś do górnej, nie ma ani jednego, ani połówki, wszędzie gładko jak na dłoni.

483

— Jak to? — zawołał Don Kichot na tę smutną nowinę — na Boga, kto wie, czy bym nie wolał, żeby mi rękę odcięto, aby nie prawicę. Widzisz, dziecko moje, usta bez zębów, to młyn bez kamienia, i nie masz zęba, co by nie miał większej wartości od diamentu, ale cóż robić? Taki los nas wszystkich, którzy wyznajemy twarde prawa rycerstwa. Idź, bracie, prowadź, gdzie chcesz, podążę za tobą.

484

Sancho pojechał naprzód, nie oddalając się jednak od gościńca, który jakoś w tym miejscu bardzo był ubity. Postępowali z wolna, bo Don Kichot czuł wiele bólu, który ruch konia powiększał jeszcze. Sancho chciał z nim rozmawiać, żeby mu trochę ulżyć i między innymi powiedział mu — o czym w następującym rozdziale będzie, jeśli go kto czytać zechce.

Rozdział V

O przyjemnej rozmowie, którą Sancho miał z panem, i o spotkaniu z umarłymi, oraz innych cudownych wypadkach.

485

— Jeśli się nie mylę, panie — rzekł Sancho — te rozliczne nieszczęścia, trapiące nas od dni kilku, nie są czym innym, jak karą za grzech, który pan popełniłeś przeciw ustawom rycerstwa, gwałcąc ślub że dopóty pan nie będziesz spożywał chleba przy stole i innych potraw, dopóki nie zdobędziesz tej zbroi na Malandrynie, czy jak mu tam na imię, bo już zapomniałem, jak się ten Maur nazywa.

486

— Dobrześ powiedział, jak na ciebie — odparł Don Kichot — dobrze wcale, ale żeby nie skłamać, wyszło mi to z pamięci. I ty powinieneś wierzyć także, że ponieważ zapomniałeś mi o tym przypomnieć, miałeś przygodę z tymi wełniarzami, ale nareszcie, co do mnie, naprawię ten błąd, bo w rycerstwie na wszystko są sposoby.

487

— A ja, panie — zapytał Sancho — czy także robiłem śluby, które mnie obowiązywać powinny?

488

— To nic nie znaczy — odrzekł Don Kichot — choć nie poprzysiągłeś, jesteś uczestnikiem przysięgi i musisz mieć w niej udział, choćby tylko wspólnictwa, toteż na wszelki wypadek trzeba to raz w życiu uporządkować.

489

— Ponieważ tak jest — wtrącił Sancho — nie zapomnijże pan teraz, bo może by znów przyszła ochota strachom bawić się moim kosztem albo pańskim, gdyby pana tak niepoprawnym zobaczyli.

490

W czasie tej rozmowy noc już nastała, a nasi podróżni nie wiedzieli jeszcze, gdzie znajdą schronienie. Co jeszcze było smutniejsze, to to, że im się jeść chciało potężnie, a straciwszy tłumoczek, żadnej nie mieli przy sobie żywności. Wtem zjawiła się nowa przygoda, a raczej coś do niej podobnego. Zupełna noc nastała, a oni ciągle jechali, bo Sancho mniemał, że nie zbaczając z gościńca, o milę lub o dwie natrafią na jaką karczmę. Kiedy tak dążyli w tej nadziei, giermek umierający z głodu, a pan z wielkim apetytem, ciemną nocą, spostrzegli nagle w niejakiej odległości pełno świateł, jakby gwiazd nieruchomych. O mało co Sancho nie zemdlał na ten widok, sam nawet Don Kichot nieco się zadziwił. Wstrzymali obydwaj cugle rumaków swoich, przyglądając się temu zjawisku. Wtem dostrzegają, że światełka, im bardziej zbliżają się do nich, tym bardziej się powiększają. Przestrach Sancha potroił się, a włosy stanęły dębem Don Kichotowi, który, przyzywając jednak odwagi:

491

— Przyjacielu Sancho — rzekł — otóż zapewne bardzo wielka i nader niebezpieczna przygoda, gdzie będę potrzebował całej mojej odwagi.

492

— O, ja nieszczęśliwy! — odrzekł Sancho — znów jakaś przygoda z duchami, przynajmniej patrzy na to[79], cóż poczną biedne moje boki i plecy?

493

— Duchy, czy nie duchy — odparł Don Kichot — ręczę ci, że ci ani włos z głowy nie spadnie. Jeśli ci ostatni raz figla spłatały, to winą tego, że nie mogłem przeskoczyć przez mur od podwórka, ale teraz przecie jesteśmy na czystym polu i z całą swobodą będę mógł władać mieczem.

494

— A jeśli pana znów oczarują, jak wtedy się stało — rzekł Sancho — co mi po tym, czy pan będziesz na czystym lub na brudnym polu?

495

— Nabierz tylko odwagi — odrzekł Don Kichot — a przekonasz się, jaką będzie moja.

496

— Tak też zrobię, jeśli Bóg dozwoli — odrzekł Sancho.

497

I obaj, oddaliwszy się nieco na bok, zaczęli się przyglądać tym światełkom; wkrótce zobaczyli pełno ludzi zupełnie białych. Wtedy Sancho na piękne[80] struchlał ze strachu i zębów szczękanie wtórować zaczęło gwałtownemu drżeniu ciała. Przestrach ten jeszcze się bardziej powiększył, gdy zobaczyli wyraźnie około dwudziestu ludzi konno, zdawało się na pozór w koszulach; każdy z nich trzymał pochodnię w ręku i mruczał coś niskim i płaczliwym głosem. Za nimi postępowała żałobna lektyka, a dalej sześciu jeźdźców czarno ubranych od stóp do głów.

498

Dziwny ten widok byłby przestraszył każdego o tej porze, w miejscu tak pustym, oprócz Sancha jednak, którego cała odwaga poszła w tej chwili na bory i lasy. Nie wiadomo, co by się było stało z panem jego, gdyby obłęd jego nie był mu podszepnął, że to właśnie jedna z tych przygód, których się w książkach swoich naczytał. Zdawało mu się, że w lektyce niosą zabitego lub rannego niebezpiecznie rycerza, który mu zlecił zemstę, nie bacząc więc na nic, wymierza pikę i staje na środku drogi. Grzeczność, Bijatyka, RycerzKiedy się już orszak przybliżył, zawołał głosem donośnym:

499

— Stój, stójcie! ktokolwiek jesteście, powiedzcie mi, skąd jedziecie, dokąd i kto się w tej lektyce mieści? Zapewne wyrządziliście komu krzywdę, albo inni wam ją wyrządzili, muszę wiedzieć o tym, żeby was ukarać lub się zemścić za was.

500

— Spieszymy się — odrzekł jeden z jeźdźców — do gospody jeszcze daleko i nie mamy czasu zdawać panu sprawy z tego, o co się zapytujesz.

501

To mówiąc, wspiął muła i chciał dalej jechać. Ale Don Kichot, rozgniewany tą odpowiedzią, uchwycił za cugle muła i zawołał:

502

— Naucz się naprzód przystojnie[81] znajdować[82], odpowiedz natychmiast, albo przygotujcie się wszyscy do walki ze mną.

503

Muł był strachliwy i tak mocny, że gdy go Don Kichot ujął za cugle, wspiął się, wierzgnął i przewalił na swojego pana. Chłopiec jakiś, który obok szedł piechotą, zaczął miotać tysiąc obelg na rycerza naszego, czym go tak dalece rozgniewał, że nie tracąc więcej czasu na daremne zapytania, wyruszył całym pędem na jednego z tych, co byli w żałobie, i obalił go na ziemię; od tego dąży do drugiego, a dziwna, jak to wszystko prędko sprawiał, zdawało się, że Rosynantowi skrzydła urosły, tak żwawo zbierał nogami. Męstwo nie było snać rzemiosłem tych ludzi, nie byli to wojacy, toteż wkrótce popłoch ich ogarnął i zaczęli uciekać przez pole z zapalonymi pochodniami, jak owe maszkary, co błazenków udają w mięsopustnej nocy. Żałobnicy, niemniej przestraszeni, a do tego nie mogąc tak żwawo zmykać w długich płaszczach, nie śmieli ani się poruszyć. Don Kichot, waląc też na wszystkie strony, pozostał panem placu bitwy bardzo tanim kosztem, bo cały ten tłum ludzi wziął go za diabła, co im chciał zabrać umarłego z trumny. Sancho jednak uwielbiał dziarskość bohatera naszego i rozumując sobie, przekonał się nareszcie, że jego pan musi być tym, za kogo się może słusznie uważać.

504

Po zakończeniu tej pięknej wyprawy Don Kichot, spostrzegłszy powalonego z mułem, przy blasku pochodni, która jeszcze płonęła, przyłożył mu lancę i rozkazał poddać się lub zginąć.

505

— Aż nadto jestem poddany — odpowiedział biedak — nie mogę się ruszać, zdaje mi się, że mam nogę złamaną. Błagam pana, jeżeliś chrześcijanin, nie zabijaj mnie. I tak popełniłbyś świętokradztwo, bo jestem bakałarzem i pierwsze święcenie już odbyłem.

506

Rycerz, Zemsta— Cóż tu u diabła asana sprowadza — zagadnął Don Kichot — kiedy jesteś duchowną osobą?

507

— Nieszczęście, jak widzisz, panie!

508

— Nieszczęście to być może jeszcze dotkliwsze, jeśli nie odpowiesz w tej chwili na wszystkie moje zapytania — rzekł znów Don Kichot.

509

— Nie tak to trudno — odparł bakałarz — Cóż panu powiem? Nazywam się Alonzo Lopez, rodem z Alkowendys, wracam z Basa z jedenastu księżmi tymi właśnie, co to uciekli. Wyprowadzaliśmy ciało szlachcica jednego, co niedawno zmarł w Basa, i chciał, żeby go pochowano w Segowii, w miejscu jego urodzenia.

510

— Któż zabił tego szlachcica? — zapytał z gniewem Don Kichot.

511

— Bóg — odparł bakałarz. — Bóg gorączką trawiącą, którą zesłał na niego.

512

— Kiedy tak się rzecz ma — wtrącił nasz rycerz — Pan Bóg uwalnia mnie od obowiązku pomsty za jego śmierć, gdyby go kto z ludzi był zabił ale ponieważ to Bóg, trzeba milczeć i poddać się jego najświętszej woli. Dowiedzże się teraz, mości bakałarzu, że jestem rycerz z Manchy, nazywam się Don Kichot, i że moim powołaniem jest jeździć po świecie dla pomsty krzywd i karcenia zniewag.

513

— Nie wiem, jaką to moją krzywdę pomściłeś pan — odparł bakałarz — ale to wiem, żeś wyrządził krzywdę mojej nodze, która przedtem była prosta zupełnie. Szukając przygód po świecie, najgorszą z nich mnie sprawiłeś, co nie myślałem nigdy o panu.

514

— Na tym świecie nie wszystko tak idzie, jakby się pragnęło — rzekł Don Kichot — całe zło polega mianowicie na tym, że nie powinniście włóczyć się po nocach w tych długich płaszczach żałobnych, z zapalonymi pochodniami, mrucząc przez zęby i pod nosem, podobni jesteście do ludzi z tamtego świata. Widzisz więc waszmość, że nie mogłem nie natrzeć na was i natarłbym był, choćbyście byli nawet istotnymi diabłami, za jakich was miałem z miny i czupryny.

515

— Nareszcie — rzekł bakałarz — ponieważ nieszczęście tak mieć chciało, trzeba się pocieszać, błagam cię tylko, mości błędny rycerzu, żebyś mi pomógł wydostać się spod tego muła.

516

— Czemużeś mi waszmość pierwej tego nie powiedział — rzekł Don Kichot — czekałeś, żebym zgadł?

517

Zawołał natychmiast Sancha, który się jednak nie bardzo spieszył, bo zdejmował z muła jednego żywność, o której nie zapomnieli ci dobrzy księża. Zrobił z kaftana swojego gatunek worka i pakował, co tylko się mogło zmieścić. Potem pobiegłszy, rzekł do pana:

518

— Do diabła, panie, nie można być razem w młynie i w piecu.

519

Don Kichot kazał mu podnieść bakałarza, co uskutecznił i wsadziwszy go na muła, oddał mu pochodnię. Don Kichot pozwolił mu udać się za towarzyszami, których polecił mu przeprosić, nadmieniając, że inaczej nie mógł sobie postąpić.

520

— Panie — rzekł Sancho — jeśli przypadkiem, który z tych panów zapyta się waszmości, kto jest ów dzielny rycerz, co ich tak gracko poturbował, powiesz im, że to sławny Don Kichot z Manchy, inaczej zwany Rycerzem Posępnego Oblicza.

521

Gdy bakałarz odjechał, Don Kichot zapytał się Sancha, co to miał znaczyć ów Rycerz Posępnego Oblicza.

522

— Przyglądałem się panu przez czas niejaki przy blasku pochodni, którą trzymał ten biedak — odparł Sancho — i po prawdzie nigdy mi się nic podobnego nie zdarzyło widzieć. Czy to ze znużenia, czy też z powodu tego braku zębów?

523

— Nie rozumiesz dlaczego — rzekł Don Kichot. — Mędrzec, co ma kiedyś opisać dzieje moje, uznał za właściwe, żebym miał przydomek, jak wszyscy dawni rycerze; jeden się nazywał Rycerzem Ognistego Miecza, drugi Feniksa, trzeci Grifona, czwarty Śmierci i cała ziemia znała ich pod tymi nazwami. Zapewne to ten mędrzec natchnął ciebie, że mi dałeś przydomek Posępnego Oblicza, który teraz nosić zamyślam. Nawet jestem gotów kazać wymalować na tarczy jakie oblicze.

524

— Dalipan — rzekł Sancho — szkoda pieniędzy, panie, niech się pan tylko pokaże, częste posty nasze i smutne położenie pańskich zębów taką dziwną nadaje panu minę, że nie ma malarza, co by ją zdołał uchwycić. Wszyscy ci, co cię zobaczą, natychmiast dadzą ci przydomek „posępnego oblicza”, niech to pana nie obraża.

525

Don Kichot roześmiał się z żartów swojego giermka i postanowił na dobre przyjąć ten przydomek i kazać go za pierwszą sposobnością[83] wymalować na tarczy.

526

— Ale wiesz, Sancho — dodał — że jestem nieco w kłopocie, boję się, żeby mnie nie wyklęto za to, żem rękę położył na duchownym. Nie dotknąłem go wprawdzie ręką, ale lancą, i nie przypuszczałem, żeby to byli księża, których czczę i poważam, ale duchy i mieszkańcy tamtego świata. Choćbym zresztą i wiedział, przypominam sobie, co się przytrafiło Cydowi Ruy Dias, kiedy porąbał w kawałki stołek ambasadora w przytomności papieża, który go za to wyklął.

527

Bakałarz odjechał, jak już powiedziałem, nie pisnąwszy ani słówka; Don Kichotowi przyszła ochota zajrzeć do trumny nieboszczyka, ale Sancho oparł się temu, mówiąc:

528

— Pierwsza to przygoda, z której wyszliśmy cało jakoś, dajmy więc sobie pokój. Skoro ci ludzie zobaczą, że tylko jeden rycerz tak ich srodze poturbował, gotowi jeszcze powrócić i dać się nam we znaki. Osioł mój w dobrym jest stanie, jesteśmy u stóp góry, głód nam dokucza, zrejterujmy więc dziarsko, Karczmaniech umarły, jak to mówią, idzie do ziemi, a zdrowy do karczmy.

529

To mówiąc, zaczął pędzić osła przed sobą i prosił pana, żeby z nim szedł, czego też ten i usłuchał, widząc, że Sancho miał poniekąd słuszność.

530

Jedzenie, KsiądzIdąc tak przez pewien czas między dwoma wzgórzami, wyszli na dolinę; tam Don Kichot zsiadł z konia, rozciągnęli się na świeżej murawie i zjedli śniadanie, obiad, podwieczorek i wieczerzę zarazem, z dobrym apetytem, bo Sancho znalazł obficie żywności w torbach księży, którzy zazwyczaj o potrzebach żołądka nie zapominają. Ale umierali z pragnienia, a nie mieli ani kropli wody do odwilżenia gardła. Sancho, zauważywszy, że znajdowali się na łące, gdzie trawa była bardzo świeża; dał radę nader zdrową panu swojemu, ale która nie tak bardzo skutkowała, jakby się spodziewać należało, co zobaczymy w następnym rozdziale.

Rozdział VI

O najdziwniejszej przygodzie, jaka się kiedykolwiek przytrafić mogła błędnemu rycerzowi, a z której Don Kichot wyszedł bez wielkiego szwanku.

531

Sancho, któremu pragnienie srodze dokuczało, rzekł do pana:

532

— Trawa, na której spoczywamy, tak mi się wydaje miękką i świeżą, że tu z pewnością w pobliżu strumyk jaki musi się znajdować. Toteż poszukawszy trochę, może go znajdziemy i ukoimy to pragnienie, trudniejsze do zniesienia od głodu.

533

Don Kichot uwierzył mu i ująwszy Rosynanta za uzdę, a Sancho osiołka za postronek, zaczęli postępować omackiem, bo ciemno było bardzo. Zaledwo ze dwieście kroków postąpili, gdy usłyszeli nagle ogromny szum, jakby pieniący się potok spadał z wysokiej bardzo góry. Ucieszyło ich to bardzo, a kiedy słuchali, w której stronie, posłyszeli nagle hałas jakiś; to zmniejszyło im przyjemność pierwszego wrażenia, zwłaszcza też Sanchowi, co nie był bardzo odważny z natury. Były to, jakby jakieś uderzenia silne z brzękiem łańcuchów i żelastwa, a do tego szum potoku dołączywszy, taki przerażający był hałas, że każdy inny, prócz naszego bohatera, byłby się był przeląkł. Noc była ciemna, przypadkiem weszli pod jakieś rozłożyste drzewa, których liśćmi i gałęziami świeży wiatr poruszał. Wszystko to przyczyniało się do ich bojaźni, tym bardziej, że nie wiedzieli, gdzie się znajdują, a do świtu było jeszcze bardzo daleko. Ale nieustraszony Don Kichot, zamiast się obawiać, wskoczył lekko na Rosynanta i ściskając tarczę w dłoni, zawołał:

534

— Przyjacielu Sancho, niebo snać mnie przeznaczyło, żebym wiek złoty w tym żelaznym przeklętym wieku przywrócił; na mnie to oczekują wielkie czyny i niebezpieczne przygody, ja to, jeszcze raz ja, zatrę pamięć rycerzów okrągłego stołu, dwunastu parów Francji, Oliwantesów, Belianisów, Rycerzy Słońca i tej niezliczonej liczby rycerzy z czasów ubiegłych; przy moich czynach ich sława zbiednieje. Widzisz dobrze, kochany a wierny mój giermku, jak noc ta jest ciemna, milczenie głębokie, okropny szum wody, której nam potrzeba, dziwny szelest drzew, najmniejsza rzecz taka zadziwiłaby samego Marsa, a ileż dopiero ludzi nieprzywykłych do takich przygód! A jednakże to są bodźce tylko do pobudzenia męstwa, mojego, czuję to bicie serca przyjemne przed niebezpieczeństwem, na które się tym chętniej narażę, im się większe i okropniejsze na pozór wydaje. Zapnijże popręgi Rosynantowi i pozostań tu pod Opatrznością Boską. Jeśli za trzy dni nie powrócę, będziesz mógł powrócić do wioski naszej, skąd będziesz łaskaw udać się do Tobozo, gdzie oznajmisz niezrównanej mojej Dulcynei, że rycerz-niewolnik jej wdzięków zginął, bo chciał wielkich czynów dokonać, żeby się jej stać godnym.

535

Sancho, usłyszawszy go w ten sposób mówiącego, zaczął najserdeczniej szlochać i rzekł mu:

536

— Nie wiem, dlaczego pan chcesz się narażać na tak okropną przygodę. Teraz noc, nikt nas nie widzi, zejdźmy śmiało z drogi i uniknijmy niebezpieczeństwa, choćby nam przez trzy dni z rzędu nic pić nie wypadało, a ponieważ nie będzie świadka naszej rejterady[84], nikt nam nie zarzuci tchórzostwa. Słyszałem często, jak proboszcz nasz mówił, że ten, co szuka niebezpieczeństwa, ginie od niego najczęściej; nie kuś pan Pana Boga, przedsiębiorąc wyprawę, z której bez cudu nie potrafisz się wydostać. Czyż nie dość, że poturbowany srodze w karczmie, wyszedłeś zdrów i cały z walki, która temu pogrzebnemu orszakowi wydałeś? Ale jeśli to wszystko nie zdoła wzruszyć twojego serca ze skały, niechże się to serce wzruszy dla mnie przynajmniej; pamiętaj panie, skoro się oddalisz, gotów jestem ze strachu oddać duszę moją pierwszemu lepszemu, co jej zażąda. Czy zapomniałeś, panie, że opuściłem chatę swoją, żeby iść z tobą, że porzuciłem żonę i dzieci, żeby oddać się tobie, i że tym sposobem, oprócz zaszczytu służenia u ciebie, panie, mniemałem, że na tym ja i oni skorzystają. Ale widzę teraz jasno: lepszy wróbel w ręku, niż żuraw na dachu. Wszystkie nadzieje moje spełzły na niczym jeszcze wtedy, kiedym mniemał dzierżyć oną wyspę, którą mi pan tak często obiecywałeś, i za całą nagrodę chcesz mnie pan samego w jakimś miejscu, gdzie nie ma ludzi, nawet kawałka bydlęcia nie znajdzie. Na miłość Boską, jaśnie oświecony mój panie i władco, nie bądź pan tyle okrutnym, a jeżeliś już koniecznie przedsięwziął tę przeklętą wyprawę, zaczekaj przynajmniej do dnia. Trzy tylko godziny jeszcze czekać trzeba, jak tego nauczyłem się będąc pasterzem, bo właśnie usta małej niedźwiedzicy mamy nad głową, oznacza to północ w kierunku lewej ręki.

537

— No, mój biedny Sancho — odparł Don Kichot — jakże ty możesz widzieć te usta i ten kierunek, kiedy noc tak ciemna, że ani jednej gwiazdy nie widać na niebie?

538

— To prawda — odparł Sancho — ale strach ma duże oczy, które jasno widzą, a zresztą nieźle to wiedzieć o tym, że wkrótce dnieć zacznie.

539

Podstęp, Rycerz, Sługa, Strach, Odwaga— Niech dnieje lub nie dnieje nigdy — rzekł Don Kichot — nie chcę, ażeby powiedziano, że łzy czyjekolwiek i prośby odwiodły mnie od wypełnienia obowiązku mojego. Wszystko więc, coś powiedział, Sancho, na nic się nie przyda. Niebo, które mi wlało w serce zamiar doświadczenia tej ogromnej przygody, potrafi mnie z niej wyprowadzić i będzie dbać o ciebie po mojej śmierci. Polecam ci tylko dobrze osiodłać Rosynanta i czekać tu na mnie, powrócę wkrótce żywy lub umarły.

540

Sancho widząc, że postanowienie pana nieodwołalne, że łzy jego i prośby na nic się nie zdadzą, spróbował zręcznego fortelu, którym by mógł zmusić pana do pozostania, mimo jego chęci i na przekór woli, aż do dnia. Zanim więc podpiął popręgi Rosynantowi, cichaczem związał mu postronkiem od osła zadnie nogi. Don Kichot wsiadł na konia i chciał jechać, Rosynant, zamiast naprzód ruszać, skakał tylko.

541

— No cóż, panie — zapytał Sancho — zachwycony swoim pomysłem — widzisz pan, że niebo za mną się ujęło, nie chce, żeby Rosynant stąd wyruszył, a jeśli się pan uweźmiesz dręczyć to biedne stworzenie, gotowa się jeszcze fortuna naprawdę rozgniewać na pana.

542

Don Kichot wściekał się w sercu, ale widząc, że im bardziej wspinał Rosynanta, tym ten mniej zdawał się mieć ochoty do pośpiechu, postanowił doczekać się dnia i lepszego humoru rumaka, ani się dorozumiewając, że to wierny giermek figla mu tego wypłatał.

543

— Ponieważ tak chce Rosynant — powiedział — muszę poczekać, mimo szczerej przykrości, jaką mi to sprawia.

544

— I cóż w tym tak złego? — zagadnął Sancho — będę panu opowiadał bajki, zobowiązując się dostarczyć ich panu aż do białego dnia. Może wielmożność wasza raczy zsiąść z konia i zdrzemnąć się nieco na świeżej trawce, co jest zwyczajem błędnych rycerzy. Będziesz pan świeższy i dzielniejszy do tej wyprawy.

545

— Ja spać, z konia zsiadać! — rzekł Don Kichot — czyż to należę do tych rycerzy, co spoczywają, kiedy walczyć należy? Śpij ty, coś się urodził na spanie, albo rób co chcesz. Co do mnie, wiem, jak mam postąpić.

546

— Nie gniewaj się, panie, ja tylko tak na żarty powiedziałem — rzekł Sancho. I zbliżając się do pana, położył jedną rękę na przodzie, drugą na tyle kulbaki i przyczepił się, jakby przylepił, do lewej nogi pana, tak go przestraszyły owe hałaśliwe razy, które ciągle słychać było.

547

— Powiedz jaką bajkę — rzekł pan.

548

— Powiedziałbym z całego serca — odpowie Sancho — lecz hałas, który słyszę, przeszkadzać mi będzie, bo, na mój honor, panie, nie chcąc kłamać, wyznam, że jestem cokolwiek w strachu. Z tym wszystkim przecież postaram się opowiedzieć wam najciekawszą historię, jaką kiedykolwiek słyszeliście; nie wiem tylko, czy zdołam ją dokładnie przypomnieć sobie i czy będziecie mieli dosyć cierpliwości wysłuchać mego opowiadania. Słuchajcie więc, bo oto zaczynam.

549

Jak było, tak i było: dobre jest dla wszystkich, a złe dla tego, który go szuka. Zauważcie tylko, proszę was, panie, że starożytni nie zaczynali nigdy swych powieści, jak dziś je zaczynają, lecz rozpoczynali zazwyczaj od przysłowia niejakiego Katona, cenzora rzymskiego, który to właśnie utrzymywał, że złe jest tylko dla tego, który onego szuka, a to właśnie, jak raz dobrze przypada na przestrogę dla waszej wielmożności, by siedziała spokojnie i nie budziła licha, które śpi, a nade wszystko, że uczynilibyśmy najlepiej, gdybyśmy, obrawszy sobie inną drogę, porzucili tę, na której bez zawodu wszyscy diabli nas oczekują.

550

— Ty ciągnij tylko dalej swoje opowiadanie, a drogę i jej kierunek mnie pozostaw.

551

— Mówiłem więc — rzecze Sancho — że w pewnym miejscu, w Estramadurze, był sobie pasterz kóz, to ma znaczyć, panie, taki, który kozy pasał, a który to właśnie pasterz albo pasący kozy, jak chce mieć historia, nazywał się Lopez Ruiz i nadto ten pasterz, Lopez Ruiz, zakochany był, jak się mówi, w pewnej pasterce, nazwanej Toralva, która to właśnie pasterka, nazwana Toralva, była córką bogatego pasterza, który posiadał bardzo liczną trzodę.

552

— Jeżeli obrałeś sobie ten sposób opowiadania — przerwał Don Kichot — i będziesz powtarzał ustawicznie jedną rzecz dwa razy, to i za dwa dni nie skończysz; opowiadaj więc powieść swoją lepiej lub nie kończ jej wcale.

553

— Wszystkieć nowości u nas opowiadane są w ten sposób — odrzekł Sancho — i ja też nie umiem opowiadać inaczej, a i wam, panie, cieszyć by się należało, że nie wprowadzam nowych zwyczajów.

554

— Opowiadaj wreszcie, jak sobie chcesz — rzecze Don Kichot — i ponieważ mój los fatalny każe mi słuchać twej mowy, mówże więc dalej.

555

— Wiadomo wam już przeto, kochany mój panie — ciągnął dalej Sancho, — że ów pasterz, jak to już powiedziałem, zakochany był w pasterce Toralva, młodziuchnym, okrągluchnym stworzeniu, ale dzikim i trudnym do ugłaskania, a która, jakby coś męskiego w sobie mając, na brodzie nawet zarastała niby. Zdaje mi się, jakbym ją widział w tej chwili przed sobą.

556

— Alboż widziałeś ją kiedy istotnie? — zapytał Don Kichot.

557

— Ja? nigdy — odpowiedział Sancho — ale ten za to, od którego ja tę powieść słyszałem, tak był pewny tego, co widział, że ja, opowiadając innym znów, mogę już śmiało poprzysiąc, że wszystko widziałem na własne oczy. Otóż tedy więc, od dnia do dnia, jak to powiadają, a diabeł, który nie śpi i rad wścibia się wszędzie, uczynił, że kochankowie pokłócili się z sobą, a zatem, i miłość pasterza w nienawiść się zamieniła, złe języki utrzymywały, że powodem do tego wszystkiego była Toralva, że jakoby ona do słusznej zazdrości widoczne dawała mu powody, ale to dawała, święta Panno! odpuść. Odtąd już pasterz kóz znienawidził ją do tego stopnia, że znieść jej widoku samego nawet nie mogąc, postanowił oddalić się w tak odległe miejsce, ażeby o niej już w życiu nie usłyszał więcej. Tak postanowił, tak też i uczynił, ale Toralva, widząc się pogardzoną od Lopeza Ruiz, rozmiłowała się w nim bardziej niż kiedykolwiek.

558

— Otóż to właśnie prawdziwy charakter kobiet — przerwał znów Don Kichot — pogardzają rozmiłowanym kochankiem, a kochają tego, który im nienawiść okazuje, ale mów dalej, Sancho.

559

— I przyszło wreszcie do tego — ciągnął znów Sancho — że pasterz odszedł, pędząc swe kozy przed sobą i skierował się przez pola Estramadury prosto ku portugalskiemu królestwu. Ale i Toralvie nie brakło sprytu, domyśliła się wszystkiego i zaraz tedy za nim w pogoń bosa, w jednej ręce trzymając trzewiki, a w drugiej kij podróżny; na szyi zawiesiła woreczek, gdzie, jak powiadają, to kawałek zwierciadła, to pół grzebienia, więc i pudełeczko z różem i inne cacka do upiększenia miała. Ale co miała, to miała, mnie to nic nie obchodzi. Koniec końcem, pasterz Lopez Ruiz ze swoją gromadą kóz przybył nad brzeg Guadyany w czasie, gdy rzeka ta ogromnie wezbrana była, duża jak ojciec i matka razem, a w stronie, gdzie pasterz znajdował się, właśnie nie było ani statku, ani czółna nawet, ani żywego ducha, aby przeprawić jego i trzodę. Umierał więc biedak z niepokoju, bo czuł Toralvę tuż za sobą, która by go do wściekłości doprowadzić mogła płaczem i krzykiem swoim. Na koniec jednak, patrząc się na wszystkie strony, dostrzegł przecież rybaka, który miał małą łódkę, ale tak małą, że w niej tylko jednego człowieka i jedną kozę pomieścić było można. Pomimo to jednak, w pośpiechu zawarł z rybakiem umowę o przeprawienie siebie i swoich trzystu kóz. Rybak tedy przyprowadził statek i przewiózł jedną kozę, powrócił i przewiózł znów drugą, powrócił znów i przeprawił trzecią. Wreszcie, panie — mówił dalej Sancho — liczcie dobrze, bardzo proszę, ile rybak przeprawia kóz, gdyż ostrzegam was, że jeśli choćby o jedną tylko pomyłka zaszła, cała historia się kończy i diabeł wie tylko, gdzie jej wątku szukać by potrzeba. Otóż ponieważ przeciwny brzeg rzeki był bardzo śliski i pełen błota, każda przeprawa rybaka i kozy trwała dość długo, ale jednak, że szło jakoś tam powoli i rybak przewiózł znów jedną kozę i jeszcze jedną, a potem jeszcze jedną znów…

560

— I czemuż nie powiesz od razu, że przeprawił je wszystkie — rzekł Don Kichot — a wodząc tak tam i sam po kolei każdą, nie skończysz i przez miesiąc pewnie.

561

— A wiele już jest przeprawionych kóz w tej chwili? — zapytał Sancho.

562

— A diabliż je wiedzą — odrzekł Don Kichot — czy myślisz, że ja rachowałem?

563

— Otóż stało się, jak przewidziałem — rzekł Sancho — nie chciałeś pan liczyć, więc i moja powieść skończona, niepodobna przeskoczyć dalej.

564

— Co, jak to? — zawoła Don Kichot — czy podobna, aby powieść zależała od dokładnego liczenia kóz przewiezionych tak dalece, iżby pominięcie jednej chociażby zatrzymało opowiadanie?

565

— Tak jest, panie — odpowiedział Sancho — bo w tym samym czasie, gdy pytałem was, ile kóz zostało przeprawionych, i jak odpowiedzieliście mi na to, że nie wiecie ile, w tej samej chwili zapomniałem wszystko, co miałem jeszcze do opowiedzenia, a prawdziwie szkoda wielka! bo reszta była najciekawsza.

566

— Takim sposobem więc — rzecze Don Kichot — historia już umarła?

567

— Umarła, jak moja matka — odrzekł Sancho.

568

— W samej rzeczy, przyjacielu Sancho — rzecze dalej nasz rycerz — to jakaś osobliwsza powieść i sposób opowiadania najdziwaczniejszy także. Ale i czegóż więcej mogłem spodziewać się od twego dowcipu[85], bez wątpienia ten ustawiczny hałas pomieszał ci w głowie.

569

— To być bardzo może — odrzekł Sancho — chociaż co do powieści, to jestem pewny, że ta zawsze się przerwie, gdy zabraknie liczby kóz.

570

— Niech się tam przerywa i kończy, jak sobie chce — przerwał Don Kichot — zobaczymy raczej, czy Rosynant chce iść wreszcie.

571

To mówiąc, uderzył w obydwa boki rumaka, lecz ten odpowiedział mu tylko jednym skokiem, tak dzielnie spętał go Sancho.

572

CiałoJednakże, bądź to skutkiem chłodnego nocy powietrza, bądź, że Sancho wieczerzając, zjadł coś rozwalniającego, bądź wreszcie skutkiem energicznego samejże natury działania, nasz giermek uczuł nagle, że nie utrzyma dłużej ciężaru, którego pozbyć się tylko własnym mógłby usiłowaniem; ale strach, powstrzymując go na miejscu, nie dozwolił mu oddalić się ani na krok jeden od swego rycerskiego pana. Jednakże trzeba było coś przedsięwziąć w tak pilnej potrzebie. Ostateczność była już blisko, pełen postanowienia przeto nasz giermek, chcąc pogodzić rzeczy ile możności zręcznie, wymknął prawą rękę spod siodła, którą trzymał dotąd, i z odwagą odpiął wszystkie guziki od spodni; tak uwolniony z krępującego jego naturalne kształy powicia, chcąc nade wszystko cichością pokryć swe czyny, zacisnął zęby i ramiona zwarłszy, zatrzymał w piersiach tchnienie; lecz niestety, acz słaby odgłos, odmienny atoli najzupełniej od słyszanego dotąd łoskotu, zdradził tajemnicę.

573

— Cóż to usłyszałem? — zawołał nagle Don Kichot.

574

— Nic nie wiem, panie — odrzekł rezolutnie Sancho — lecz zapewne będzie to jakiś nowy figiel szatański, boć takie straszne przygody nie kończą się na małym.

575

Rycerz poprzestał na tym, a Sancho mógł nowe rozpocząć usiłowania, które tym razem przecie pomyślny uwieńczył skutek, pozbawiając biednego giermka bolesnego i niewygodnego ciężaru. Lecz Don Kichot miał nazbyt delikatne powonienie i Sancho mu był za bliskim sąsiadem, ażeby podnoszący się jakiś wyziew, nie ostrzegł go o grożącym niebezpieczeństwie. Zapobiegając przeto złemu jak najrychlej, ścisnął skwapliwie nos palcami i rzecze:

576

— Sancho, zdaje mi się, że jesteś wielce przestraszony?

577

— Prawda, panie, czuję wielką trwogę, ale dlaczego postrzegacie to teraz bardziej niż przedtem?

578

— Bo przedtem nie czułem cię tak blisko siebie jak teraz, a wierz mi, przyjacielu Sancho, że nie bursztynem czuć ciebie[86].

579

— To być bardzo może — odrzekł Sancho — lecz czyliż w tym moja wina? dlaczego pan mnie trzyma w takim miejscu i o tej godzinie?

580

— Oddal się, mój przyjacielu, choć o trzy lub cztery kroki ode mnie i koniecznie staraj się więcej baczyć nad sobą i pamiętać o stopniu, jaki nas przedziela. Widzę ze smutkiem, że zbyt wielka swoboda, jaką ci zostawiłem, pozwoliła ci zapomnieć, czym jesteśmy względem siebie.

581

— Założę się — wyrzekł Sancho — że wasza wielmożność posądza mnie o popełnienie pewnego niegodziwego czynu?

582

— Co bądź, to bądź — rzecze Don Kichot — oddal się, powtarzam raz jeszcze.

583

— Mniejsza o to — odpowiedział Sancho — rozkaz wasz spełnię, ale to nie odmieni rzeczy.

584

Rycerz nasz z giermkiem przepędzili noc na podobnych rozmowach i ten ostatni widząc, że już dnieć zaczyna, uporządkował swój ubiór i powolutku rozpętał golenie Rosynanta, który z rozkoszy stanął dwa lub trzy razy dęba, co wreszcie nie było mu zwyczajem; lecz biedny zwierz uczyniłby chętnie jeszcze inne skoki, gdyby je umiał, tak ucieszyła go przywrócona wolność. Rycerz, widząc rumaka już zdolnego do biegu, wziął stąd dobrą wróżbę, sądząc, że los tym znakiem zachęca go do śmiałego przeciw zadziwiającej przygodzie kroku. Powoli też i dzień rozwidnił przedmioty, i Don Kichot ujrzał wkoło siebie las kasztanów, lecz nie mógł pojąć, skąd pochodził nieustający łoskot. Postanowił przeto zbadać przyczynę dziwu, nie czekając dłużej; jakoż spiął ostrogami Rosynanta, chcąc go rozbudzić zupełnie, pożegnał powtórnie swego giermka, powtarzając mu rozkaz, iżby trzy dni oczekiwał na niego bez niespokojności; skoro by jednakże nie powrócił w tym czasie, wtedy niezawodnie utracił życie w straszliwej przygodzie. Ponowił mu zlecenie, jakie miał zanieść Dulcynei od niego, dodając, żeby nie troszczył się o nagrodę swych zasług, gdyż przed wyjazdem jeszcze z domu uczynił testament, który zabezpieczy przyszłość jego w stosunku położonych usług.

585

— Lecz jeżeli podoba się niebu — mówił dalej — wyprowadzić mnie cało z tej straszliwej sprawy, jeżeli zwłaszcza czarnoksiężnicy nie będą mieszać się do walki, to wierz mi, moje dziecko, że najmniejszą nagrodą twej służby będzie wyspa owa, którą ci już przyrzekłem.

586

Na tak czułe pożegnanie swego pana Sancho nie mógł powściągnąć łez i głośno szlochając, przysiągł towarzyszyć mu w tym przedsięwzięciu, chociażby śmiercią miał zapłacić swą śmiałość. Tak chwalebne postanowienie, dowodzące nadto, że giermek jego nie był tuzinkowym giermkiem, rozrzewniło rycerza, lecz ukrywając wzruszenie, by nie okazać najmniejszej słabości, skierował się niebawem w stronę, gdzie szum wody i wielki łoskot przyzywały go groźnie. Sancho postępował pieszo za swoim panem, wiodąc za sobą wiernego wszystkich swych przygód towarzysza.

587

Postępując czas jakiś wśród kasztanowego lasu, przybyli na łąkę otoczoną skałami, z których wierzchołka rzucał się potok z hałasem, co ich już poprzednio dochodził, u podnóża skał stało kilka mizernych chat, podobniejszych do ruder, niż do mieszkalnych domów, i z których właśnie pochodziły straszliwe hałasy i łoskoty, wciąż trwające jeszcze. Bliski i tak wielki szum przeraził Rosynanta, lecz mężny rycerz, głaszcząc go dłonią i do odwagi wzbudzając, zbliżał się coraz bardziej ku tajemniczym budynkom; w drodze to przyzywał pamięci Dulcynei, błagając, by, acz nieobecna, wspierała ramię jego w oczekującej walce, to znów Panu Bogu się ofiarując, o wsparcie i opiekę Go prosił. Śmiech, Rycerz, Sługa, Strach, OdwagaRezolutny też giermek na krok nie odstępował rycerza, postępując przy jego boku, wyciągał szyję i przez nogi Rosynanta ciekawie pozierał, azali nie ujrzy jakiej rzeczy straszliwej, która już takim nabawiła go przerażeniem. Zaledwie uczynili sto kroków jeszcze i przebyli wierzchołek skały, który wystając nieco, zakrywał okolice, gdy oto nagle na otwartej przestrzeni zobaczyli dokładnie przyczynę całego szumu i łoskotu, który niepokoił ich tak straszliwie. Było to, jednym słowem, sześć młynów w ciągłym ruchu będących od dnia poprzedniego. Na taki widok oniemiały Don Kichot spadł jakby z siódmego nieba. Sancho spoglądał na pana i ujrzał go spuszczającego głowę z miną człowieka przejętego wstydem i zgryzotą. Don Kichot również spojrzał na giermka i zobaczywszy policzki jego wydęte wstrzymywanym gwałtownie śmiechem, sam od śmiechu pohamować się nie mógł. Sancho zachwycony i upoważniony przykładem pana, wybuchnął niepowściągnionym śmiechem, trzymając się za boki; czterykroć przestawał i rozpoczynał wybuchy szalonego śmiechu. Najbardziej zniecierpliwiło zawstydzonego rycerza, że Sancho, patrząc mu w oczy z miną komicznie poważną, patetycznie wyrzekł:

588

— „Dowiedz się, przyjacielu Sancho, że niebo przeznaczyło mnie, abym przywrócił wiek złoty w tym przeklętym żelaznym stuleciu, wielkie czyny i straszne przygody na mnie oczekują” — i tymże samym tonem powtarzać począł wszystko, co powiedział doń rycerz, gdy usłyszeli po raz pierwszy łoskot młynów, lecz rozgniewany rycerz przerwał zuchwałe żarty giermka, pochwycił włócznię i po dwakroć uderzył nią w kark Sanchy tak silnie, że gdyby go trafił w głowę, biedny giermek nie oglądałby już pewnie nigdy obiecanej wyspy.

589

Sancho tedy, spostrzegłszy tak bolesny obrót rzeczy, pełen obawy, aby rycerz dłużej nie chciał dawać dowodów gniewu swego, rzecze doń płaczliwie:

590

— Panie! chcecież mnie zabić? nie widzicież, że ja żartuję tylko.

591

— Dlatego właśnie, że ty pozwalasz sobie żartować, ja żartować przestaję; zbliż no się tu mości żartownisiu, a gdyby ta przygoda, która wprawdzie skończyła się na niczym, była istotnie straszną, to czyliż nie okazałbym wtedy tej samej odwagi i poświęcenia, jakie w dobrej wierze okazałem na próżno przed chwilą. Rycerz, Sługa, Szlachcic, ChłopCzyliż taki rycerz, jak ja, może mieć poziomą zdolność rozróżniania odgłosów, które słyszy, i zgadywać, czy one od młynów i tartaków lub skądinąd pochodzą, gdy zwłaszcza młynów podobnych nie widział nigdy? Rzeczą to jest raczej takiego mizernego chłopa, jak ty, poznawać przedmioty, wśród których zrosłeś i chowałeś się z nimi pospołu; lecz spraw no, niech te sześć młynów w sześciu olbrzymów się zamieni i daj mi ich jednego po drugim lub wszystkich razem nawet, a jeżeli nie oddam ci ich wszystkich, każdego bez głowy, pozwalam ci wtedy żartować bezkarnie do woli.

592

— Panie — zawołał Sancho — poprzestańmy już na tym, przyznaję, że nie umiem żartować, mam tego dotykalne dowody; lecz w dobrej wierze, przy obustronnej zgodzie, prosząc Pana Boga, by was z każdej złej doli wyprowadził tak pomyślnie, jak z tej przygody, pytam się was jednakże: czy nie mamy powodu śmiać się i nie moglibyśmy opowiedzieć doskonałej anegdoty o strachu, jakiego doznaliśmy, a raczej doznałem ja tylko, bo co do was, panie, jestem przekonany, że nie znacie bojaźni.

593

— Zgadzam się — odeprze Don Kichot — że wydarzenie, jakie nas spotkało, ma w sobie coś zabawnego i do śmiechu powód dać może, ale opowiadać tego nikomu nie można, ponieważ świat jest złośliwy i nie osądziłby rzeczy z właściwego punktu.

594

Rycerz, Pan, Sługa, Przemoc, Korzyść— Na moją duszę, panie — rzecze Sancho — nikt nie śmiałby wobec was sądzić tej przygody z tego lub owego punktu; macie, panie, dobrą włócznię i władacie też nią tak dzielnie; szkoda tylko, że mierząc w głowę, po karku trafiacie, chociaż i to nie tyle waszej winie, ile mojej zręczności przypisać należy, gdy mniej ostrożny dostałby porządnego guza, ale to mniejsza, człowiek się wysmaruje i wszystko złe przejdzie, a jak to powiadają, kto kogo bardzo lubi, to go tęgo czubi, nie licząc jeszcze na to, że dobry pan za każdą obrazę słudze uczynioną spodniami go obdarza, choć w samej rzeczy nie wiem, jaka służy nagroda za wybicie kijem, myślę jednakże, że błędni rycerze za taką rzecz bolesną wyspami lub pięknym królestwem na stałym lądzie wynagradzali.

595

— Posłuchaj — przerwie Don Kichot — los może sprawić, że twoje życzenia ziszczą się w pewnym stopniu; w każdym razie jednak przebacz mi to, co się stało; wiesz dobrze, że człowiek nie jest panem siebie, w pierwszej chwili zwłaszcza, lecz muszę cię zarazem ostrzec, ażebyś na przyszłość nie pozwalał sobie zbytecznej poufałości ze mną; widzisz, mój chłopcze, we wszystkich rycerskich księgach, które czytałem, a było ich bardzo wiele, nie widziałem w żadnej opisu giermka, który by tyle pozwalał sobie względem swojego pana, jako ty względem mnie czynisz, i prawdę mówiąc, obydwaj zbłądziliśmy: ty, że nie miałeś należytego dla mnie uszanowania, ja, że sobie nie umiałem nadać przyzwoitego tonu, bo na koniec, jakkolwiek Gandalin, giermek Amadisa, był hrabią de I'lle-Ferme, napisano jednakże jest o nim właśnie, że mówił zawsze do swego pana z głową odkrytą i schyloną, i ciałem zgiętym ku ziemi na sposób turecki; lecz Gasbal, giermek don Galaora, lepszym jest jeszcze przykładem, jego dyskrecja i cześć dla pana były tak wielkie, że autor tej cudownej i prawdziwej historii, chcąc dokładnie uwiadomić potomność o jego przedziwnym milczeniu, raz tylko jeden wspomina o nim w ciągu całej tak długiej powieści. To, co ci powiedziałem, przyjacielu Sancho, powinno nauczyć cię, jaka jest różnica między panem a sługą. Tak więc powtarzam ci, że na przyszłość żyć będziemy w ściślejszym rygorze, nie narażając się jeden drugiemu; bo na koniec skądkolwiek przyszłaby sposobność, ode mnie, czy od ciebie, ty zawsze ucierpisz na tym. Nagrody przyrzeczone ci ode mnie znajdą się w swoim czasie, a chociażby i przyszło wreszcie obejść się bez nich, to w każdym razie żołd cię nie minie, jak to już powiedziałem pierwej.

596

— Wszystko, co jaśnie wielmożny pan mówiłeś, jest bardzo dobre — odrzekł Sancho — i najpokorniejsze za to dzięki składam waszej dostojności, lecz jeśliby przypadkiem czas nagrody nie przyszedł nigdy, raczcie mnie nauczyć, jaka jest wartość mojego żołdu i jakim to sposobem pobiera go giermek od rycerza: czy za miesiąc od razu, czyli też codziennie?

597

— Nie zdaje mi się — odpowiedział Don Kichot — ażeby kiedykolwiek giermkowie opłacani byli w ten sposób, dawano im zwykle tylko nagrody, a jeżeli ja postąpiłem inaczej, uczyniwszy tobie testamentalny zapis, zrobiłem to ze względu, że nie wiadomo, co przytrafić się może mnie samemu, a w złym razie nie miałbyś sposobu świadczyć w tak opłakanych czasach o rycerskości moich czynów i żałowałbym może, że dla tak bagatelnej rzeczy dusza moja cierpiałaby na tamtym świecie. My i tak wiele jeszcze przenieść musimy w naszej awanturniczej pielgrzymce; pomnij, drogi przyjacielu, na przepowiednię moją, nie masz życia na większe wystawionego przygody, jak nasze życie.

598

— Zapewne — odpowie Sancho — jeżeli nade wszystko cierpliwość ma tu jakieś znaczenie; bo przekonałem się, że lada złośliwy żarcik pozbawia rozumu najsławniejszego Manchy rycerza; ale wierzcie mi, panie, że na przyszłość, pomimo największej chęci do śmiechów, śmiać się nie będę ze spraw waszych, a jeżeli otworzę usta, to tylko, aby powiedzieć coś na chwałę i uczczenie mego pana i władcy.

599

— To właśnie jedyny sposób, który cię długo i spokojnie zachowa przy życiu — rzecze nasz rycerz — bo wreszcie po ojcu i matce należy przede wszystkiem szanować pana swego.

Rozdział VII

O zdobyciu szyszaka Mambryna.

600

Gdy Don Kichot ze swoim giermkiem rozmawiali w ten sposób, napadł ich drobny deszczyk, przed którym Sancho radził schronić się do młynów. Lecz Don Kichot, dowiedziawszy się niedawno, że młyny są tylko młynami, taki do nich wstręt powziął, że za nic w świecie wejść do nich nie chciał. Wzrok, Pozory, Rycerz, Sługa, Marzenie, PrawdaPuścili się więc dalej drogą na prawo i postępując nią czas jakiś, dostrzegli w oddaleniu jeźdźca, mającego na głowie jakiś przedmiot świetnego jak złoto blasku. Zaledwie rycerz spostrzegł to, gdy zwracając się do Sancha, rzekł:

601

— Przyjacielu Sancho, czy wiesz, że nie ma nic prawdziwszego nad przysłowia, są to maksymy zdobyte doświadczeniem, a nade wszystko to, które twierdzi, diabeł nie zawsze towarzyszy biednemu, mówię to dlatego, że jakkolwiek przeszłej nocy byliśmy zwiedzeni przez łoskot tych przeklętych młynów i przygoda, której szukamy, zniknęła wtedy, to obecnie, istotna, a która wielką chwała okryć nas może. Jeżeli ominę tę sposobność, moja tylko będzie w tym wina; nie ma tu już bowiem ani łoskotu, który mnie łudził, ani ciemności, którą oskarżałem. Jednym słowem, Sancho, wedle słusznych pozorów, mamy przed sobą tego, który nosi wyborną przyłbicę Mambryna, dąży on prosto ku nam, a ty pamiętasz zapewne, jaką uczyniłem przysięgę.

602

— Panie — odparł Sancho — strzeżcie się, bardzo proszę, i baczcie na to, co mówicie i co uczynić zamierzacie, bardzo się boję, abyśmy tu nie spotkali nowych jakich młynów, które do reszty nam zemleć mogą rozsądek, a może i boki w przydatku.

603

— Idź do diabła z twoimi młynami — przerwał Don Kichot — jakiż stosunek mogą mieć one z tą przyłbicą?

604

— Tego ja nie wiem — odpowie Sancho — lecz, na moją duszę, jeśliby mi wolno było wynurzyć moje zdanie, pokazałbym wiele dowodów, że wasza wielmożność myli się w tym razie.

605

— I jakże śmiesz myśleć, że ja mylę się, ty nędzny niedowiarku, co wątpisz o wszystkim — zawołał nasz bohater — czyliż nie widzisz tego rycerza, co na siwo-jabłkowitym koniu prosto ku nam zmierza? czy nie postrzegasz złotego hełmu na jego głowie?

606

— To, co ja widzę i postrzegam — odpowie giermek — zupełnie niepodobne do waszego opisu, ten rycerz, według mnie, jest po prostu jakimś człowiekiem jadącym na szarym ośle i ma na głowie coś błyszczącego.

607

— Otóż dowiedz się — rzecze Don Kichot — że to coś błyszczące, jest to hełm Mambryna, oddal się o kilka kroków i pozostaw mnie samego; zobaczysz, że nie tracąc czasu na próżnej gadaninie, zakończę tę rzecz w jednej chwili i stanę się panem kosztownego szyszaka, który posiadać tak gorąco pragnąłem.

608

— Oddalić się — rzecze Sancho — to mogę bardzo łatwo, ale raz jeszcze ostrzegam was, daj Boże, aby to nie były owe młyny.

609

— Powiedziałem ci już raz, mój bracie, że nie chcę słyszeć więcej o młynach; klnę się na szatana, że jeśli raz jeszcze poważysz się wspomnieć o nich, tak ci duszę zmielę w ciele, że popamiętasz na wieki.

610

Sancho zamilkł jak kamień, nie chciał bowiem kusić rycerza, aby dopełnił tak wyraźnie uczynionej przysięgi.

611

Dowiedzmy się wreszcie, co to był za szyszak, koń i rycerz, które Don Kichot widział. Były w okolicy owej dwie wioski, z których jedna mniejsza nie posiadała własnego cyrulika, dlatego cyrulik z większej wioski, który znał się nieco i na chirurgii także, służył dwom wioskom zarówno. Zdarzyło się właśnie, że w małej wiosce potrzeba było puścić krew choremu człowiekowi i ogolić brody dwom zdrowym; tak więc cyrulik wybrał się w drogę, a zaskoczony deszczem, dla ochronienia, acz dość lichego kapelusza, włożył miednicę na głowę; ponieważ zaś miednica była miedziana i nowiuteńka, błyszczała przeto na milę wokoło. Cyrulik, jak to słusznie zauważał Sancho, jechał na pięknym, szarym osiołku. Dla Don Kichota był to jednak rycerz na siwo-jabłkowitym koniu i w złocistym szyszaku, ponieważ on zastosowywał rzeczy najprostsze do szalonych urojeń ksiąg swoich.

612

Jakoż widząc, że mniemany rycerz zbliża się już, podskoczył ku niemu rozpuszczonym biegiem i z podniesioną włócznią, postanowiwszy przebić go na wylot.

613

— Broń się, nędzniku — zawołał, doścignąwszy balwierza — albo mi oddaj zdobycz, która mi się słusznie należy!

614

Cyrulik, na którego niespodziewanie jakieś niby widmo napadło bez żadnego powodu, chcąc uchronić się ciosu włóczni Don Kichota, zsunął się z osła na ziemię, a stąd podniósłszy się skwapliwie, uciekł z szybkością jelenia, zostawiając na polu walki osła i miedniczkę.

615

Don Kichot, widząc pozostałą miednicę, nie żądał niczego już więcej i zwracając się do swego giermka:

616

— Patrz, przyjacielu — zawołał. — Poganin ma rozum, uczynił tak jak bóbr, który chroniąc się przed łowcami, ucina sam sobie ogon, by im zostawić przedmiot, dla którego wartości schwytać i zabić go pragną, podnieś te przyłbicę, giermku!

617

— Na moją duszę — rzecze Sancho, przypatrując się mniemanemu szyszakowi — miedniczka wcale niezła, na niepotrzebnego warta talarka.

618

Podał miednicę swemu panu, który ją natychmiast włożył na głowę, lecz nie mogąc nasadzić jej dokładnie, zawołał:

619

— Do pioruna! — ten przeklęty poganin, do którego ten szyszak należał, miał głowę ogromną, ale co gorsza, spostrzegam z boleścią, że brakuje połowy hełmu.

620

Sancho, nie mogąc wstrzymać się od śmiechu, że miednicę golibrody nazywano szyszakiem, byłby parsknął od dawna, gdyby na karku nie czuł dotąd szczątków gniewu rycerza.

621

— Z czego śmiejesz się, Sancho? — zapyta nasz bohater.

622

— Śmieję się — odpowie Sancho — z ogromnej głowy, jaką musi mieć właściciel tego szyszaka, który do miednicy golibrody podobny jest jak kropla do kropli wody.

623

— A wieszże ty, co ja myślę — rzecze dalej Don Kichot — oto, że ten nieporównany szyszak przypadkiem wpadł w ręce takiemu, który nie poznawszy jego prawdziwej wartości, przez niewiadomość stopił połowę hełmu, by osiągnąć korzyść z czystego złota, z pozostałej zaś połowy uczynił to, co, jak powiadasz, zupełnie podobne jest do miednicy golibrody, lecz niechaj co chce będzie, dla mnie, który znam prawdziwą wartość tej zbroi, obojętną jest taka przemiana. W pierwszej lepszej kuźni każę naprawić szyszak i sądzę, że wtedy nie będzie ustępował w niczym owemu, który ukuł Wulkan[87] dla bożka wojny[88], a tymczasem będę go i tak nosił, zawszeć to lepsze niż nic, bo w każdym przypadku zasłoni przynajmniej od pocisków kamieni.

624

— Zapewne — rzecze Sancho — byleby nie rzucano kamieni z procy, jak podczas owej z dwoma wojskami potyczki, w której tak straszliwie opatrzono panu szczęki i stłuczono, Bogu dzięki, słoik z poświęconym napojem, od którego zaledwie mi wnętrzności nie pękły.

625

— Mało dbam o stratę słoika — odeprze Don Kichot — znam bowiem sposób przyrządzenia tego balsamu.

626

— Znam ci i ja go — pomruknął Sancho — ale jeślibym wiedział, że przyjdzie mi robić go kiedykolwiek, a nade wszystko skosztować choć odrobinę, to wolałbym pęknąć na dwoje w tej chwili. Nie myślę też, ażebym kiedykolwiek znalazł się w potrzebie użycia tego balsamu, użyję pomocy wszystkich pięciu zmysłów, które mi dała natura, aby się ustrzec od sposobności nawet obmywania ran; zadawać ich też nie myślę. Co do owego podrzucania, to może przytrafić mi się powtórnie, za podobne zdarzenia ręczyć niepodobna i gdybym kiedykolwiek znalazł się w tym samym położeniu, nie miałbym innego środka, jak znów ścisnąć zęby, stulić łopatki i zamknąwszy oczy, pozwolić rzucać sobą do woli.

627

— Niedobry z ciebie chrześcianin, Sancho — rzecze Don Kichot — bo nie zapominasz urazy. Dowiedz się, że wspaniałe serca nie zajmują się tak drobnymi sprawami, zresztą, czyliż skaleczono ci nogę, złamano żebro lub głowę rozbito? nie, wszak prawda? i na koniec cała ta rzecz była prostym żarcikiem tylko, bo gdybym innego był przekonania, to wierzaj mi, że byłbym się wrócił i krwawszą wywarłbym zemstę, niż Grecy na Troi za Heleny porwanie, która przecież — dodał z głębokim westchnieniem — nie miałaby tyle chwały z urody swojej, gdyby dziś istniała, lub gdyby moja Dulcynea za jej czasów żyła.

628

— Więc dobrze — odpowie Sancho — niech rzecz ta pozostanie żartem, zgadzam się na to, tym więcej, że nie widzę sposobu pomszczenia się; jednakże, żart czy prawda, popamiętam je długo, ale zostawmy to na później, Walka, Korzyść, Rycerzteraz chciałbym dowiedzieć się od pana, jeśli łaska, co uczynimy z tym siwo-jabłkowitym rumakiem, który tak dziwne ma do osła podobieństwo, jak wasz przesławny szyszak do miednicy; miarkując z wolnej ucieczki powalonego przez waszą dzidę jeźdźca, wznoszę, że ten nie wróci już tutaj, szkoda by zostawić tak na bożej woli biedne zwierzątko, tym bardziej, że siwoszek wcale niezgorszy.

629

— Nie przywykłem — odrzecze Don Kichot — zabierać łupów zwyciężonym i nie jest też godnym rycerza pieszo puścić zwyciężonego przeciwnika, chyba w razie, jeżeli zwycięzca utraci swojego konia w potyczce, wtedy może wziąć konia przeciwnikowi jako prawą zdobycz w równej walce; tak więc, Sancho, rozkazuję ci zostawić tu tego konia lub osła, jak go zowiesz, właściciel nie omieszka powrócić poń, skoro się tylko stąd oddalimy.

630

— A ja w najlepszej wierze chciałem już to bydlątko powieść za sobą lub przynajmniej wymieniać za mojego osła, który nie zdaje mi się być dogodnym; do kata, wielmożny panie! jednakże te prawa i ustawy rycerskie są zbyt surowe, jeżeli nie dozwalają nawet osła za osła zamienić, ciekawy też jestem, czy dozwolono jest przynajmniej zamienić siodło.

631

— Nie jestem tego zupełnie pewny — odrzekł Don Kichot — i zanim oświecę się w tej wątpliwości, pozwalam ci zamienić się na rzędy, jeżeli wszakże zamiana koniecznie ci jest potrzebna.

632

— Najpotrzebniejsza w świecie — zawołał Sancho i, upoważniony zezwoleniem rycerza, zdjął siodło z osła cyrulika i na swego je włożył, a było piękniejsze i lepsze w dwójnasób.

633

Uczyniwszy to, zjedli śniadanie ze szczątków wczorajszej wieczerzy i napili się wody z rzeczki płynącej od foluszowych[89] młynów, Don Kichot jednakże nie spojrzał ani razu w tamtą stronę, tak dalece gniew go był zawziętym za ów zawód sromotny. Po lekkim posiłku, na sposób prawdziwie błędnych rycerzy puścili się w drogę bez żadnego kierunku, zdając się na wolę Rosynanta, za którym ochoczo postępował osiołek Sanchy. Nieznacznie znaleźli się na wielkim gościńcu, którym puścili się bez celu, szukając przygód.

634

Podczas powolnego pochodu Sancho odezwał się do rycerza:

635

— Chcę was prosić, dostojny panie, o pozwolenie rozmawiania do was przez chwilę; od czasu, jak mi zabroniono wolnego użytku języka, usiadło mi na samym jego końcu kilka bardzo dobrych uwag, z których jedną osobliwie koniecznie pragnę wypowiedzieć.

636

— Mów więc, Sancho — rzecze Don Kichot — lecz mów krótko, długie gadaniny okropnie są nudne.

637

Rycerz, Sława, Władza, Król, Marzenie— Powiem więc panu, że zważywszy dobrze życie, jakie prowadzimy, przekonałem się, że szukanie przygód po lasach i gościńcach nie przynosi wielkiego zysku, bo tu i najsławniejszy czyn, dokonany przez rycerza, nie rozgłosi się po świecie i przez nikogo podziwianym nie jest, tu wszystkie przedsięwzięcia rycerskie i walki idą na marne, bo nie przynoszą ani sławy, ani zysku, dlatego zdaje mi się najlepszą rzeczą, jeżeli to wszakże wasze potwierdzenie zyska, abyśmy udali się w służbę do jakiego cesarza lub księcia, którzy by prowadzili wojnę z sąsiadami, tam wasza waleczność i znajomość sztuki rycerskiej oceniona należycie będzie, a wtedy pan i ja wynagrodzeni zostaniemy stosownie do wartości i godności osobistej, a nie zbraknie też pewnie na ludziach, którzy czyny wasze dzieciom waszych dzieci przekażą. Nie mówię, ani myślę tu o sobie, bo wiem, że nas wedle przysłowia jednym łokciem niepodobna mierzyć, a i to pojmuję, że ślimakowi nie należy wyłazić ze swojej skorupki, chociaż wierzę, że gdyby było we zwyczaju opisywać również czyny błędnych giermków, tak dobrze można by opisać moje, jak i każdego z moich poprzedników.

638

— Jest to, jak na ciebie, wcale dobrze powiedziane — rzecze Don Kichot — lecz nim dojdziemy do tego kresu, trzeba przebiegać świat, szukając przygód i dając dowody męstwa, ażeby wielkie czyny rycerza rozniosły wpierw imię jego po całej ziemi, iżby, skoro przybędzie do jakiego potężnego monarchy, już go tam sława poprzedziła, aby skoro tylko przybędzie, małe dzieci, zebrawszy się tłumnie, krzyczały, biegnąc za nim: Oto jest Rycerz Słońca albo węża, albo jakiego innego godła, pod którym sławne dokonywał czyny; ten to jest! zawołają, który zwyciężył w osobliwszej walce olbrzyma Brokambruna niespożytego; ten to sam, który zdjął z wielkiego mameluka perskiego straszliwe zaczarowanie, w jakim tenże przez dziewięćset lat pozostawał. Na taki hałas, na okrzyk pochwalny całego ludu, król ukazuje się w oknach swego pałacu, a rozpoznawszy rycerza po zbroi lub po dewizie, którą na tarczy nosi, rozkazuje natychmiast panom dworskim, aby spieszyli przyjąć ów kwiat rycerstwa. Dwór spieszy wykonać rozkaz, a sam król nawet zstępuje do połowy schodów na przyjęcie rycerza, wita go, całując w policzki i wiedzie prosto w komnaty królowej małżonki, przy której właśnie znajduje się jej córka infantka, która musi być najdoskonalszą pięknością świata całego. Ale cóż stąd wynika? Oto infantka i rycerz od pierwszego na siebie spojrzenia uwielbiają się wzajemnie, a jako istoty wpół boskiej natury, nie zdając sobie sprawy z uczucia, goreją wzajemną ku sobie miłością, niepokoją się, jakim by sposobem odkryli sobie zobopólne cierpienia. Następnie, jak to łatwo sobie wyobrażasz, prowadzą rycerza do najbogatszych komnat pałacu, w najkosztowniejsze sprzęty skarbu przystrojonych, tu zdjąwszy zeń zbroję, zarzucają mu pyszny szkarłatny płaszcz na ramiona, bogato haftowany dokoła i jeżeli bohater pięknym był w zbroi, jakże powabnie wydawać się musi w kosztownym dworskim stroju. Skoro noc nadchodzi, rycerz wieczerza przy jednym stole z całą królewską rodziną, a podczas uczty spogląda ustawicznie na królewnę, ale tak zręcznie, że nikt nie spostrzega tego, ona zaś ze swej strony ukradkiem mierzy go oczyma, ale tajemnie, gdyż, jak to już mówiłem, ma to być istota doskonałej skromności.

639

Po kolacji z powszechnym zadziwieniem wejdzie mały szpetny karzeł, za nim piękna kobieta, prowadzona przez dwóch olbrzymów, i przynoszą rzecz jakąś straszliwie tajemniczą, utworzoną przez jakiegoś starożytnego mędrca, a kto by tę rzecz odgadł, uznanym zostanie za najpierwszego rycerza w świecie. Król zażąda, aby cały dwór jego tentował los, ale choćby stokroć liczniejsi byli dworzanie, nie podołają tajemniczej sprawie; jeden tylko nowo przybyły ów rycerz dokonywa pomyślnie wszystko; to nową okrywa go sławą, a królewna cieszy się z tego i dumna jest, że tak szlachetnie i godnie umieściła uczucia swoje, ale co najważniejsza, przyjacielu Sancho, to, że ów król prowadzi wojnę z jednym z sąsiadów swoich, równie jak on potężnym; rycerz przeto, przepędziwszy czas jakiś na dworze króla, prosi go o pozwolenie służenia pod jego chorągwią; król zezwala z ochotą, a rycerz dla okazania swojej galanterii, z wdziękiem całuje jego rękę. Tej samej nocy jeszcze żegna się z królewną przez okno okratowane jej pokoju, dokąd już kilkakrotnie był wprowadzony przez przyjaciółkę infantki i powiernicę ich miłości. Tam on wzdycha, ona mdleje, powiernica skrapia wodą twarz kochanki, i pełna jest niepokoju, że dzień już okazywać się zaczyna, bo nie chce, by na honorze jej pani najmniejsza ciążyła plama. Wreszcie królewna przychodzi do siebie i przez kraty podaje rycerzowi swoje białe dłonie, który całując je po milion razy, oblewa łzami rzewnymi. Umawiają się następnie, jakim sposobem uwiadamiać się będą wzajemnie o swoim losie. Księżniczka błaga rycerza, aby powracał jak najrychlej, co tenże uroczyście przysięga uczynić, raz jeszcze całuje jej ręce i tak dalece rozczula się przy pożegnaniu, że ledwie, ledwie nie umiera z żalu.

640

Rycerz, powróciwszy do swojej komnaty, rzuca się na łoże, na którym na próżno szuka spoczynku; stojąc jak posąg, oczekuje pierwszych słońca promieni, ażeby pójść pożegnać się z królem i królową, co uczyniwszy, prosi o pozwolenie pożegnania infantki, lecz odpowiadają mu, że królewna jest cierpiąca, i że jej widzieć niepodobna, a rycerz nie wątpiąc, że jego odjazd przyczyną jest tej słabości, w rozpaczy zaledwie nie zdradza się w obecności dworu. Powiernica spostrzega to wszystko i bieży natychmiast zdać o tym sprawę swej pani; królewna, łzami zalana, oświadcza jej, że martwi ją niewypowiedzianie niewiadomość nazwiska rycerza i niepewność, jest li on synem królewskim lub nie? Powiernica zapewnia ją, że tylko rycerz wysokiego rodu może mieć tyle uczciwości, galanterii i męstwa w sobie. Pocieszona królewna, czyni, jak może, by ukryć stan swego serca przed wzrokiem rodziców, jakoż po upływie dni kilku ukazuje się na dworze i wraca do zwyczajnego trybu życia.

641

Upłynął już czas jakiś od wyjazdu rycerza, walczy on i zwycięża nieprzyjaciół króla, zdobywa niezliczoną liczbę miast i tyleż wygrywa batalii, wraca na dwór i staje przed kochanką, niezmierną okryty sławą. Pod tym samym oknem, gdzie się żegnali, umawiają się teraz, że rycerz w nagrodę usług okazanych królowi, zażąda ręki królewny. Król nie chce słyszeć o tym, gdyż nie zna godności i rodu rycerza; z tym wszystkim jednak, bądź to, że rycerz porywa infantkę, bądź innym jakim sposobem, zawsze w końcu żenią się z sobą, z czego król nawet wielce się cieszy i wysławia rycerza, gdyż dowiaduje się wreszcie, że zięć jego jest synem wielkiego monarchy, tylko nie wiem, jakiego królestwa, które podobno nawet nie egzystuje na mapie. Stary król wkrótce potem umiera, infantka odziedzicza tron jego i rycerz królem zostaje. Wtedy to dopiero myśli o wynagrodzeniu swego giermka i tych wszystkich, którzy uczestniczyli w jego dobrym losie. Żeni swego giermka z ową powiernicą infantki, która jest córką jednego z najznakomitszych panów królestwa.

642

— W to mi graj! — zawoła Sancho — to mi to właśnie. Na moją duszę, panie, wszystko, co powiedziałeś, niezawodnie się sprawdzi na tobie, jeśli tylko przyjmiesz nazwisko Rycerza Posępnego Oblicza.

643

Rycerz, Pozycja społeczna, Małżeństwo, Szlachcic, Porwanie— Bądź pewny, mój chłopcze, że tak się stanie — odrzekł Don Kichot — taką koleją postępowali wszyscy rycerze błędni, z których tylu później zostało królami i cesarzami. Pozostaje więc nam tylko obecnie szukać jakiego chrześcijańskiego albo i pogańskiego króla, który by miał i wojnę do prowadzenia i córkę do wydania, ale na to mamy dosyć jeszcze czasu i, jak ci to już powiedziałem, potrzeba naprzód ustalić swoją reputację, zanim przedstawimy się na dworze jakiego monarchy. Niech nas tam sława poprzedzi! Ale co mnie niepokoi najbardziej i na co nie znam lekarstwa, to, że mówiąc między nami, znalazłszy już króla i infantkę, jakim sposobem przekonać ich, że pochodzę z krwi królewskiej, lub że jestem przynajmniej pobocznym potomkiem jakiegoś cesarza, bo rzecz pewna, że król w żaden sposób nie odda mi swej córki bez tego, chociażbym nawet wykonał najsławniejsze czyny i obawiam się bardzo, że dla tak małej rzeczy mogę utracić wszystko, co dzielnością mego ramienia nabyłem. Wprawdzie jestem rzeczywiście szlachcicem i ród mój znany od dawna jako starożytny, a kto wie, może też mędrzec jaki, opisując moją historię, znajdzie w genealogii jakiś dowód, że jestem praprawnuczkiem jakiegoś króla, bo trzeba ci wiedzieć, Sancho, że jest dwa rodzaje ras na świecie. Pierwsza wywodzi swoje pochodzenie od królów i książąt, lecz powoli, z czasem, wypadki odbierają im wielkość i władzę. Drudzy znów, pochodząc z małej familii, ciągle się wznoszą i zostają wreszcie wielkimi panami. I taka jest tylko między nimi różnica, że jedni byli tym, czym nie są, a drudzy są tym, czym nie byli. Dlatego nie chciałbym się zakładać, czy nie pochodzę z rodu, który był kiedyś sławnym i wielkim, co ucieszy nadzwyczajnie króla, mego teścia przyszłego; lecz choćby i tak nie było, infantka będzie mnie kochała tak mocno, że mimo oporu ojca, będzie gotowa mnie zaślubić, chociażbym nawet był synem nosiwody. A jeżeliby miała jakie skrupuły, to porwę ją i zaprowadzę, gdzie mi się spodoba, aż czas i śmierć teścia zakończą przeciwności.

644

— Jak Boga kocham! panie, najzupełniejszą macie rację, nic lepszego, jak porwać od razu, bo jak to powiadają, nie trzeba prosić o to, co gwałtem wziąć można, a na koniec nigdy nie trzeba siadać na dwóch stołkach. Mówię to dlatego, że jeśliby król, wasz teść, nie chciał wam oddać pani infantki, najlepiej będzie, jak to wasza wielmożność powiedziała, porwać ją od razu; jedno tylko złe w tym widzę, że zanim zięć i teść pogodzą się z sobą, zanim osiągniecie królestwo, to biedny giermek może nie mieć co w gębę włożyć i umrze z głodu, oczekując nagrody, na którą zapewne nikt i dziesięciu realów nie pożyczy; chyba, że owa powiernica, co ma być moją żoną, będzie towarzyszyć porwanej infantce i udzieli mi pociechy w tak fatalnej doli. Bo wreszcie zdaje mi się, że pan rycerz może od razu wydać tę pannę za swego giermka.

645

— A któż mu zabroni? — odpowiada Don Kichot.

646

— Kiedy tak — rzekł Sancho — najlepiej uczynimy, puszczając się na los, może też on nas zaprowadzi do pomyślnego portu.

647

— Daj to Boże — odpowiedział Don Kichot — dobre o sobie rozumienie jest połową szczęścia.

648

— Niech więc tak będzie — rzecze Sancho — do diabła! Przecież ja także pochodzę ze starych chrześcijan, alboż to nie dosyć, aby się wylegitymować na hrabiego?

649

— To być bardzo może — odpowie Don Kichot — a chociażby i nie nastąpiło, nic nie szkodzi, gdyż jak tylko królem zostanę, mogę nadać ci szlachectwo z przywilejem, że nic za nie nie zapłacisz żadnego hołdu składać nie będziesz. Ale co największa, że zostawszy hrabią, będziesz miał rycerską godność; i niech co chce będzie, muszę cię jednak tytułować waszą wielmożnością.

650

— Ho! ho! — zawoła Sancho — dlaczegóż by nie? Alboż nie wart jestem tyle, co i drugi? Trzeba wiedzieć, że ja już miałem honor być chorążym pewnej konfraterni i wszyscy zgodzili się, że miałem postawę tak okazałą i prezencję godną najmniej skarbnika parafii! A cóż to dopiero będzie, gdy zawieszę na ramionach płaszcz książęcy, cały oszyty złotem i perłami, jak u cudzoziemskiego hrabiego. Na moją duszę! o sto mil będą przyjeżdżali oglądać mnie.

651

— W istocie — rzecze Don Kichot — będziesz pięknie wyglądał, lecz radzę ci golić się niekiedy, gdyż z taką gęstą i brudną brodą każdy cię o milę rozpozna, dlatego powtarzam, przyjacielu Sancho, potrzeba, byś się golił przynajmniej co drugi dzień.

652

— Wielka mi rzecz — odpowie Sancho — wezmę sobie cyrulika raz na zawsze, który będzie mieszkał w moim domu, a w razie potrzeby będzie chodził za mną jak koniuszy granda.

653

— A ty skąd wiesz — zapytał Don Kichot — że grandowie prowadzą koniuszych ze sobą?

654

— Zaraz to wam wytłumaczę — odpowie Sancho. — Lat temu kilka przebywałem na dworze przez miesiąc cały i pewnego dnia zobaczyłem małego człowieka, o którym mówiono, że jest wielkim panem, przechadzającego się z wolna; za nim postępował jeździec, który naśladował wszystkie poruszenia swego pana, ni mniej, ni więcej, jak gdyby był jego cieniem; pytałem się kogoś, dlaczego ten jeździec podobnie czyni, odpowiedziano mi na to, że to jest koniuszy i że jest zwyczajem grandów kazać za sobą postępować w ten sposób. Matko Boska! do dziś dnia nie mogę zapomnieć o tym i kiedy zostanę grandem, uczynię podobnież, bo przecież potrzeba koniecznie, aby jedni naśladowali drugich.

655

— Masz słuszność, Sancho — rzecze Don Kichot — słusznie uczynisz, wodząc za sobą cyrulika; przecież i świat nie został w całości odkryty, więc ty będziesz pierwszym z hrabiów, który zaprowadzi podobny obyczaj, a mnie się nawet właściwszym być zdaje zapewnić sobie człowieka, który brodę goli, niż tego, który stajnię zamiata.

656

— Już to, co się tyczy cyrulika, spuść się pan na mnie — odpowie Sancho; — niech wasza wielmożność stara się czym prędzej zostać królem, a mnie hrabią zrobi, to potem wszystko się znajdzie.

657

— Uczynię to, choćby tylko dla twojej miłości — odpowie Don Kichot, i wzniósłszy oczy, zobaczył to, o czym w następnym powiemy rozdziale.

Rozdział VIII

Jakim sposobem Don Kichot przywrócił wolność pewnej liczbie nieszczęśliwych, których wiedziono mimo woli tam, dokąd iść nie chcieli.

658

Wielki Cyd Hamed Benengeli, sławny autor arabski opowiada w tej tak pełnej prawdy historii, że po długiej i pięknej rozmowie, którą słyszeliśmy, Rycerz, WolnośćDon Kichot, podniósłszy oczy, zobaczył około dwunastu ludzi pieszych, nawleczonych jak paciorki na jeden łańcuch i okutych w kajdany; prowadzili ich dwaj jeźdźcy i dwaj piesi. Pierwsi uzbrojeni w muszkiety, a ostatni w pałasze, a każdy z nich niósł prócz tego dzidę, czyli pocisk biskajski. Sancho, ujrzawszy tę smutną karawanę, zawołał:

659

— A to prowadzą złoczyńców na galery.

660

— Jak to? na galery? — krzyknął Don Kichot — czyliż podobna, ażeby król chciał czynić gwałt komukolwiek?

661

— Tego ja nie mówię — rzecze Sancho — utrzymuję tylko, że to są ludzie skazani za występki na służenie królowi na galerach.

662

— W każdym razie — rzecze Don Kichot — to pewna, że ci ludzie zmuszeni są iść mimo swej woli.

663

— Rzecz niezawodna — odpowie Sancho.

664

— Ponieważ tak jest — zawołał Don Kichot — muszę się wdać w tę sprawę, bo obowiązkiem błędnego rycerza jest nie dopuszczać gwałtu i wspierać nieszczęśliwych!

665

— W imię Ojca i Syna, kochany panie — rzecze Sancho — alboż nie wiecie, że ani prawo, ani król nie czynią gwałtu tym zbrodniarzom, oddają im tylko to, na co zasłużyli.

666

Tymczasem więźniowie i strażnicy zbliżyli się. Don Kichot, zwróciwszy się do straży, prosił najgrzeczniej, ażeby go uwiadomiono[90], z jakiego powodu prowadzą tych biednych ludzi w ten sposób.

667

— Panie — odpowie jeden z jeźdźców — są to złoczyńcy, którzy idą na galerach służyć królowi, reszta nie sądzę, aby cię obchodzić mogła.

668

— Jednakże zobowiążesz mnie pan nieskończenie — rzecze znów Don Kichot — jeśli pozwolisz mi wybadać każdego z osobna, jakim sposobem popadł w niełaskę.

669

Zapytanie rycerza było tak grzeczne, że drugi jeździec odpowiedział mu:

670

— Mamy wprawdzie z sobą wyroki tych nędzników, lecz nie mamy czasu rozczytywać się długo, a i rzecz sama niewarta, aby dla niej otwierać tłumoki. Zresztą możesz pan ich sam zapytać, zaspokoją waszą ciekawość z pewnością.

671

— Poczciwcy! nie dają się o to dwa razy prosić.

672

Więzień, Wina, KaraKorzystając z pozwolenia, bez którego byłby się obszedł w każdym razie, Don Kichot zbliżył się do więźniów i zapytał pierwszego: za jaki to występek ma zostać ukarany.

673

— Jedynie za miłość — odpowiedział galernik.

674

— Jak to za miłość i za nic więcej? — rzecze nasz rycerz — a toć jeżeli zakochanych na galery posyłać mają, to i ja tam powinienem już od dawna siedzieć.

675

— Moje miłostki były innego niż pan myślisz rodzaju — rzecze galernik. — Prawdę mówiąc, rozmiłowałem się tak dalece w koszu bielizny, trzymałem go tak silnie w swoich objęciach, że gdyby nie wdanie się policji, koszyk pozostałby dotąd w moich ramionach. Schwytano mnie na uczynku i nie pytawszy, potępiono. Dano mi w zadatku sto rózg na plecy… a kiedy przez trzy lata będę kosił wielką łąkę, to już z niej wyjdę swobodny.

676

— Cóż to nazywasz kosić wielką łąkę — zapytał Don Kichot.

677

— W dobrej hiszpańszczyźnie, to znaczy wiosłować na galerach — odpowie młody więzień.

678

Don Kichot następnie badał drugiego, pogrążonego w takim smutku, że nie mógł słowa przemówić, ale pierwszy wyręczył go:

679

Więzień, Słowo— O, to jest kanareczek! idzie na galery za to, że za wiele śpiewał.

680

— Jak to? — rzecze Don Kichot — czyż muzyków także na galery wysyłają?

681

— Tak, panie — odpowiedział galernik — bo w istocie nie ma nic niebezpieczniejszego, jak śpiewać w cierpieniu.

682

— Przeciwnie — rzecze Don Kichot — ja słyszałem, że śpiew łagodzi troski.

683

— Tu przeciwnie się dzieje — rzecze więzień — kto raz śpiewa, płacze całe życie za to.

684

— Przyznam się, że nic nie rozumiem — rzecze Don Kichot.

685

— Dowiedz się pan — rzekł jeden ze straży — że u tych nędzników śpiewać w cierpieniu, znaczy wyznać coś na torturach. Męczono tego głupca i przyznał się, że skradł bydło, za co został skazany na sześć lat do galer, prócz dwustu rózg, które mu zaraz wyliczono. Smutek zaś jego i wstyd pochodzą stąd, że go koledzy jak nędznika traktują, wyrzucając mu brak wytrwałości i dowodząc, że kryminalista ma zawsze swoją wolność na końcu języka, jeżeli tylko świadków przeciwko sobie nie ma, i szczerze mówiąc, w tym punkcie zgadzam się z nimi.

686

— Ja także — rzecze Don Kichot. — A ty? — zapytał trzeciego — co uczyniłeś?

687

Ten odpowiedział najnaturalniej:

688

Więzień, Złodziej, Pieniądz— Idę na galery na lat pięć za kradzież dziesięciu dukatów.

689

— Ach! dałbym chętnie dwadzieścia, żeby cię uwolnić — rzecze Don Kichot.

690

— Na moją uczciwość, trochę za późno — rzekł galernik — zupełnie jak musztarda po obiedzie. Gdybym był miał te dwadzieścia dukatów w więzieniu, mógłbym posmarować łapy mojego strażnika, rozbudzić ducha prokuratora i dziś byłbym na balu w Toledo, zamiast dreptać związany, jak chart na smyczy. Lecz cierpliwości! Na wszystko czas przyjdzie.

691

Don Kichot przeszedł do czwartego. Więzień, Obyczaje, Miłość, CzaryBył to starzec z długą, białą brodą, która mu spadała okazale na piersi. Na zapytanie odpowiedział tylko cichym płaczem, dopiero sąsiad wyręczył go w odpowiedzi, mówiąc:

692

— Ten szanowny brodacz idzie służyć na morzu królowi przez cztery lata, zostawszy poprzednio oprowadzonym przez miasto w wielkim tryumfie i w paradnych szatach.

693

— Jeżeli się nie mylę — rzecze Sancho — to ma znaczyć, że jest zniesławiony za zgorszenie.

694

— Akurat to samo — odpowie galernik — a honor ten spotkał go za frymarczenie[91] ludzkim ciałem, to ma znaczyć, panie, że poczciwiec był posłem miłości i nadto jeszcze, wdawał się cokolwiek w czarnoksięstwo.

695

— Za to ostatnie słusznie ukarany — przerwie Don Kichot — ale jeżeli tylko był posłańcem miłości, nie powinien być wysyłany na galery, chyba w randze generała, gdyż obowiązek posłańca miłości nie jest tak łatwy, jak się zdaje, i aby go wykonać należycie, trzeba być zręcznym i ostrożnym razem. Takich ludzi powinno być dosyć w państwie dobrze urządzonym i byłoby właściwe nawet ustanowić kontrolerów i egzaminatorów do miłosnych komisów. Powinni nawet być w tym, jak w każdym urzędowaniu, przysięgli oficjaliści; tym sposobem zdołano by uniknąć niezliczonych nierządów, które zdarzają się co dzień dlatego właśnie, że mnóstwo głupców, idiotów bez dowcipu, lokajów, suberetek i młodych łotrów miesza się do tego, a ci przy sposobności, nie umieją wywinąć się zręcznie. Gdybym miał więcej czasu, pokazałbym jasno, jakich to ludzi potrzeba wybierać na podobne urzędy, a zarazem powody, dla jakich tacy utrzymywani być powinni. Ale nie tu miejsce mówić o tym, powiem to raczej kiedyś tym, którzy mogą zaradzić złemu; tymczasem dodam tylko, że dopiero dowiedziawszy się o czarnoksięstwie i o czarach, uśmierzyłem w sobie boleść wzbudzoną widokiem tego starca z siwymi włosami i białą brodą, tak okrutnie ukaranego za pełnienie obowiązków pośrednika miłości. Wiadomo mi wprawdzie, że czary nie istnieją na świecie, zwłaszcza takie, które by mogły zachwiać wolę człowieka. Wszyscy mamy w sobie wolnego arbitra, który nie boi się ani wpływu ziół, ani siły czarów i dlatego też wszystko, co czynią efronci i szarlatani, służy tylko do otrucia ludzi lub do głupienia ich, lecz nie do rozniecenia miłości.

696

— To wielka prawda — rzecze starzec — i przysięgam waszej wielmożności, że co się tyczy czarodziejstwa, jestem równie jak wy niewinnym.

697

— O! już to mój pan wcale nie jest czarnoksiężnikiem — przerwał Sancho — nie ma w nim ani jednej żyłki do tego nawet.

698

— Co do reszty — mówił dalej galernik — nie zaprzeczam wcale, ale nie sądziłem nigdy, aby w tym co złego być miało. Chciałem po prostu, żeby świat cały bawił się i wszyscy na nim w ścisłej żyli przyjaźni, lecz moje dobre cele posłużyły tylko za powód do wysłania mnie w miejsce, z którego nie powrócę nigdy zapewne, gdyż w takim będąc wieku, cierpię nadto na wstrzymanie uryny, które mi momentu spoczynku nie daje.

699

I starzec zaczął płakać znów, czym rozczulony Sancho dobył sztukę wartości dwadzieścia dziewięć soldów i dał ją więźniowi.

700

Don Kichot zapytał piątego, jaki popełnił występek.

701

— Ten — odpowiedział jeden ze straży — nosi ubiór studenta, był wielkim paplą, umiał dużo po łacinie i za to jest karany.

702

Po tych wszystkich wystąpił człowiek z tęgą miną lat trzydziestu mniej więcej, zezowaty na jedno oko i mocniej od innych okuty, miał bowiem zawiązany łańcuch u jednej nogi, który otaczał mu ciało jakby pierścieniami węża, przy tym obręcz na szyi taką, że wyprostowanej głowy zgiąć nie mógł, od tej obręczy do pasa szły dwa pręty żelazne, do których przymocowano ręce okute w kajdany, tak, że ani rąk do głowy, ani głowy do rąk zbliżyć nie mógł.

703

Don Kichot zapytał, dlaczego by ten gorzej od innych był traktowany.

704

— Bo on sam jeden — odpowie strażnik — więcej popełnił występków niż inni wszyscy razem, a oprócz tego jest tak śmiały, że nawet w stanie, w jakim obecnie się znajduje, nie jesteśmy pewni, czyli uciec nie zdoła.

705

— A jakiż on występek popełnił — rzecze Don Kichot — jeżeli na śmierć nie zasłużył?

706

— Skazany jest na dziesięć lat galer — odpowiedział strażnik — co już jest jakby śmiercią cywilną, lecz trzeba wiedzieć, że ten uczciwy człowiek jest to sławny Gines de Pasamonte, albo inaczej Ginesillo de Parapilla.

707

— Mości komisarzu — przerwie galernik — proszę trzymać język za zębami i nie rozszerzać się nad moim nazwiskiem lub przydomkiem. Imię mam Gines, nie Ginesillo, a Pasamonte, nie Parapilla, mojego rodu jest mianem. Niech każdy baczy na siebie, zamiast na drugich, a skoro się dobrze obejrzy, znajdzie niezawodnie dosyć do potępienia w sobie.

708

— Zaraz ja ci przytnę języka, ty wysoka szubienico — rzecze komisarz.

709

— Wszystko tu się dzieje według woli Bożej — rzecze Pasamonte, ale przyjdzie chwila, w której każdy dowie się, jakie jest moje prawdziwe nazwisko.

710

— Alboż cię nie nazywają Ginesillo Parapilla, potwarco — rzecze strażnik.

711

— Bez wątpienia — odpowiedział Gines — ale postaram się o to, aby mnie tak więcej już nigdy nie nazywano. Panie rycerzu — dodał — jeżeli chcecie nam dać cokolwiek, uczyńcie to zaraz i ruszajcie z Bogiem, ta ciekawość poznania życia drugich, którą okazaliście, nudzić mnie zaczyna, lecz jeżeli chcesz znać moją historię, Więzień, Książkadowiedz się, że jestem Gines de Pasamonte i że życie moje opisane jest pięcioma palcami tej ręki.

712

— On prawdę mówi — rzecze komisarz — napisał sam swoją historię, którą zostawił za dług w więzieniu, dwieście realów wynoszący.

713

— Tak — rzecze Pasamonte — lecz ona tam nie zostanie długo, chociażby za dwieście dukatów była zastawiona, wydobędę ją stamtąd.

714

— Tak więc jest dobra ta książka — zawołał Don Kichot.

715

— Tak dobra — odpowie Pasamonte — że nikną przy niej Laraville de Tormes i wszystkie tego rodzaju książki, już napisane lub pisać się mające. Tyle tylko mogę panu powiedzieć o niej — mówił dalej — że znajdują się tam prawdy znane, przyjemne i zabawne, a tak dziwne, że niepodobna wymyślić bajek, które by im zrównały.

716

— A jakiż jest tytuł tej książki? — zapytał Don Kichot.

717

Życie Ginesa z Pasamontu — odparł Gines.

718

— Czy to już skończone? — rzecze Don Kichot.

719

— Skończone o tyle, o ile życie moje; zaczyna się od mego urodzenia i trwa aż do czasu, gdym raz ostatni był na galerach.

720

— Już tedy nie pierwszy raz tam będziesz? — Zapytał Don Kichot.

721

— Nie, Bogu dzięki! — odpowiedział Gines — miałem już honor służyć tam królowi przez lat cztery i wiem dobrze, jak smakują biszkokty i kije, próbowałem często jednych i drugich, zresztą nie gniewam się tak bardzo, jakby kto myślał, że muszę znów iść na galery. Tam myślę dokończyć mego dzieła, mam jeszcze niemało materiałów w zapasie, a na galerach hiszpańskich zostawiają dosyć wolnego czasu, więcej nawet niż mi potrzeba, gdyż mam już wyryte w umyśle wszystko, o czym pisać będę.

722

— Zdajesz mi się być zdolnym człowiekiem — rzecze Don Kichot.

723

— I nieszczęśliwym, dodaj pan jeszcze, bo niedola zawsze ściga ludzi wyższych.

724

— I zbrodniarzy także — przerwał komisarz.

725

— Powiedziałem już wam, mości komisarzu, żebyś trzymał język za zębami, nasi królowie nie dają prawa pastwić się nad nami, a ty jesteś tylko przeznaczony doprowadzić nas, gdzie ci rozkazano, niech więc każdy milczy, albo mówmy wszyscy razem i ruszajmy naprzód, już i tak za długo trwa to wszystko.

726

Na te słowa komisarz podniósł laskę, chcąc ukarać Pasamonta, lecz Don Kichot, stanąwszy między nimi, zabronił mu uczynić tego.

727

— Słuszne jest — rzecze — ażeby ten, co ma związane ręce, miał chociaż język swobodny — potem, zwracając się do galerników: — Bracia moi — rzecze — z tego, com słyszał od was, widzę jasno, że jakkolwiek kara, na którą skazani jesteście, z waszych błędów wynika, nie znosicie jej przecież bez zmartwienia, i że nie macie wielkiej ochoty iść na galery, że na koniec prowadzą was tam wbrew woli waszej, a ponieważ zdarza się często, że brak odwagi z jednej strony, brak pieniędzy z drugiej i mało względów u sądu wreszcie, wtrącają ludzi w podobne położenie, wszystko znagla mnie oświadczyć wam, że niebo posłało mnie na świat jako rycerza błędnego, ażebym pomoc uciśnionym dawał i małych od tyraństwa wielkich wybawiał. Ponieważ zaś wszystko, o ile można, zgodnie robić należy, proszę więc pana komisarza i strażników, ażeby rozkuli wasze kajdany i puścili was na wolność. Znajdzie się jeszcze dosyć innych ludzi do służby królewskiej, a wreszcie niesprawiedliwie jest czynić niewolnikami ludzi stworzonych do wolności. A więc, panowie strażnicy — dodał — bardzo was proszę, ponieważ ci biedni ludzie nie obrazili was w niczym, puśćcie ich, niech sami czynią pokutę, nie przymuszeni do tego żadną obcą wolą. Jest sprawiedliwość w niebie, która rządzi i karze złych, gdy się poprawić nie chcą, a ludziom honorowym nie godzi się być katami swych bliźnich. Panowie! ze słodyczą i grzecznością proszę was o to. Jeżeli dopełnicie mojej prośby, zobowiążecie mnie mocno, w przeciwnym zaś razie ta włócznia, ten miecz i siła mego ramienia zmuszą was do tego.

728

— Et, ba! piękne mi żarty — odrzekł komisarz — to także pomysł żądać od nas uwolnienia galerników królewskich, jak gdyby to w naszej było mocy; jedź pan z Bogiem swoją drogą i popraw lepiej miednicę, którą masz na głowie, zamiast wścibiać nos tam, gdzie nie należy.

729

— Jesteś łotr i wisielec! — krzyknął Don Kichot. I w tej chwili, nie dając czasu do obrony, tak silnie natarł na komisarza, że powalił go włócznią na ziemię. Straż, zdziwiona takim rzeczy obrotem, zaatakowała ze wszech stron Don Kichota; jedni szpadami, drudzy pociskami, byliby go pokonali snadnie, gdyby galernicy, widząc tak piękną sposobność odzyskania wolności, nie zaczęli rozkuwać się z kajdan. Popłoch wielki stał się między strażą, która raz przybiegając do galerników wyzwalających się, to znów do Don Kichota, który im chwili spoczynku nie dawał, nic stanowczo przedsięwziąć nie mogła. Sancho zdołał wyzwolić Ginesa z Pasamontu, a ten, widząc się wolnym i rozkutym, rzucił się na komisarza i odebrawszy mu muszkiet i szpadę, natarł tak silnie na strażników, że ci wkrótce uciekli z pola bitwy.

730

Sancho nie bardzo się cieszył z tego zwycięstwa, bo nie wątpił, że straż niebawem powróci w większej liczbie i ukarze napastników; w tej niespokojności rzekł do pana, że byłoby dobrze zejść z drogi i ukryć się w pobliskich górach, gdyż przeklęci strzelcy pewno uderzą na gwałt i otoczywszy nas dokoła, mogą bardziej skrzywdzić, niżby się to nam podobało.

731

— Masz słuszność — rzecze Don Kichot — lecz obecnie co innego mam do czynienia.

732

Zawołał w tej chwili na galerników, którzy, obdarłszy komisarza, porzucili go nagiego na ziemi. Zbrodniarze zgromadzili się koło rycerza, chcąc dowiedzieć się, czego żąda.

733

— Jest to cnotą zacnych ludzi — rzecze nasz bohater, że serca ich czują wdzięczność za odebrane dobrodziejstwo, bo niewdzięczność jest najczarniejszym ze wszystkich występków. Widzieliście, panowie, com dla was uczynił, przekonany jestem, że nie trafiłem na niewdzięcznych i żądam tego dowodu. Otóż wymagam od was, abyście, wziąwszy na siebie kajdany, z których was rozkułem, poszli do miasteczka Toboso, tam zaprezentujecie się pani Dulcynei z Toboso i powiecie, że przysyła was do niej Rycerz Posępnego Oblicza, niewolnik jej wdzięków; opowiecie wszystko, co uczyniłem dla was, a potem możecie się udać, gdzie wam się podoba.

734

Gines z Pasamontu zabrał głos i w imieniu wszystkich odpowiedział:

735

— Panie rycerzu i nasz wybawco! Niepodobna nam spełnić waszego rozkazu, gdyż nie ośmielilibyśmy się okazać razem z obawy, aby nas nie poznano, potrzeba nam się koniecznie rozłączyć i przebrać tak zręcznie, żeby nie wpaść powtórnie w ręce świętej Hermandady, która niezawodnie ścigać nas będzie, lecz jeżeli wielmożność wasza raczy zmienić rozkaz i zamiast złożenia hołdu pani Dulcynei z Toboso, poprzestać raczy na wielkiej liczbie pacierzy, które zmówimy na jej intencję, wola wasza będzie wykonana. To można uczynić bez narażenia się, czy to we dnie, czy w nocy, w spoczynku, czy w ucieczce, w pokoju lub boju, ale raz jeszcze kosztować zupy egipskiej, czyli przywdziać powtórnie łańcuchy, na to przystać nie możemy.

736

— Przez Bóg żywy! — krzyknie Don Kichot, zapalony gniewem — don Ginesillo de Parapilla jest więc synem nierządnicy, ale czymkolwiek bądź jest, musi pójść sam jeden okuty w łańcuchy i we wszystkie ozdoby, które miał poprzednio na swym szlachetnym ciele.

737

Pasamonte, z natury niecierpliwy, powziąwszy nadto nieszczególne o rozsądku Don Kichota mniemanie, po czynie, jaki tenże popełnił, nie mógł ścierpieć podobnej obelgi, dał znak swoim towarzyszom, a ci rozbiegłszy się w momencie, gradem kamieni zarzucili Don Kichota, który nie mógł się ani tarczą zasłonić, ani ostrogami przezwyciężyć brązowej obojętności Rosynanta. Sancho, ukryty za osłem, uniknął nawałnicy, gdy tymczasem pan jego, odebrawszy kilka pocisków, spadł na ziemię. Podskoczył ku niemu student, zerwał z głowy miednicę i uderzywszy nią kilkakrotnie w kark rycerza, rzucił gwałtownie o kamień i potłukł srodze. Inni galernicy, zdarłszy z Don Kichota suknię, którą na zbroi nosił, byliby go obnażyli do szczętu, gdyby zbroja, przykrępowana mocno, nie zniszczyła ich usiłowań. Zdarli również płaszcz z ramion Sanchy, a obnażywszy go zupełnie, podzielili się łupami; po czym, każdy wziąwszy nogi za pas, drapnął w swoją stronę, turbując się więcej o pogoń św. Hermandady, niż o składanie hołdów pani Dulcynei. Osioł, Rosynant, Sancho i Don Kichot pozostali sami na polu bitwy. Osioł, zwiesiwszy głowę, potrząsał niekiedy wielkimi uszami, sądząc zapewne, że grad kamienny trwa jeszcze; Rosynant, skaleczony dwoma uderzeniami, leżał rozciągnięty obok swego pana. Sancho nagi, jak gdyby z łona matki wyszedł, umierał ze strachu, by nie wpaść w ręce św. Hermandady, Don Kichot wreszcie, smutny i rozgniewany, wyrzekał na niewdzięczność zbójców, którym zrobił tak wielką przysługę.

Rozdział IX

O tym, co się przytrafiło Don Kichotowi na Sierra Morena.

738

Don Kichot, widząc się w tak smutnym stanie, rzecze do swego giermka:

739

— Zawsze utrzymywałem, Sancho, że świadczyć dobrze złym i niewdzięcznym jest to rysować na piasku. Żebym był wierzył twoim słowom, nie byłbym naraził się na podobną nieprzyjemność. Z tym wszystkim stało się, bądźmy cierpliwi i niech to smutne doświadczenie będzie nam nauką na przyszłość:

740

— Ach, mój dobry panie, nim wy staniecie się roztropnym, ja zostanę Turkiem — rzecze Sancho; — lecz ponieważ powiedziałeś, że gdybyś był słuchał rad moich, uniknąłbyś tego wypadku, raczże mi wierzyć, o panie, w tej chwili jeszcze, a unikniesz większego nierównie; gdyż ręczę wam i ostrzegam zarazem, że całe rycerstwo wasze na nic się nie przyda przed św. Hermandadą, bo ona nie więcej ceni błędnych rycerzy, niż psów obłąkanych. Wierzcie mi, panie, że słyszę już strzały, świszczące mi koło uszów.

741

— Jesteś tchórz z natury, Sancho — rzecze Don Kichot — lecz, żebyś nie sądził, że jestem uparty i że nigdy nie słucham rad twoich, uwierzę ci w tym razie i oddalę się od tej straszliwej Hermandady, której obawiasz się tak bardzo; lecz uczynię to pod jednym warunkiem, że żywy czy umarły nie powiesz nigdy nikomu, że cofnąłem się, by uniknąć grożącego niebezpieczeństwa, że jedynie uczyniłem to dla twojej przyjemności i ulegając prośbom twoim. Jeżeli powiesz inaczej, skłamiesz i dziś równie jak wtedy, a wtedy, równie jak dziś, zaprzeczę ci i powiem, żeś skłamał. Nie mów mi nic więcej, gdyż sama myśl, że oddalam się i cofam przed jakimś niebezpieczeństwem, a nade wszystko przed takim, gdzie rzeczywiście narazić się można, zasmuca mnie boleśnie i gotów jestem pozostać tu aż do dnia sądnego, oczekując odważnie nie tylko św. konfraterni, o której mówisz, lecz nawet całego bractwa dwunastu pokoleń Izraela, siedmiu Machabeuszów, Kastora i Polluksa i wszystkich braci, bractw i konfraterni świata całego.

742

— Panie! — rzecze Sancho — cofać się to nie znaczy uciekać, bo oczekiwać wtedy, gdy niebezpieczeństwo przewyższa siły i doświadczenie, jest głupstwem, dlatego człowiek roztropny powinien strzec siebie z dnia na dzień, nie narażając się zupełnie od razu i wierzcie mi, panie, jakkolwiek wieśniak i głupiec jestem, zawsze miałem zdolność do dobrego rządzenia. Nie wyrzucajcie przeto sobie, że za moją pójdziecie radą, a teraz siadajcie na Rosynanta jeśli zdołacie, a jeśli nie, to pomogę wam, i oddalmy się stąd na miłość Boską. Serce mi mówi, że to nieosobliwe dla nas miejsce i że więcej nam potrzeba teraz użytku nóg, niż rąk naszych.

743

Don Kichot wsiadł na konia w milczeniu. Sancho uczynił podobnież i wjechali na góry Sierra Morena[92], dość wysoką. Dobry giermek miał wielką ochotę przebyć całe góry, udać się aż do Almodovar del Campo i tam ukryć się na dni kilka przed poszukiwaniem sprawiedliwości. Najwięcej pobudzała go do podobnego przedsięwzięcia pewność, że ocalił podczas bitwy z galernikami cały zapas żywności, który dźwigał jego osioł, a był to cud prawdziwy, gdyż złodzieje szukali pilnie i zabierali wszystko, co tylko użyteczne być mogło.

744

Nasi podróżnicy przybyli już nocą w środek gór i w ustroniu opuszczonym osiedlili się według rady Sancha, z zamiarem przepędzenia tam dni kilku, lub przynajmniej dopóki żywność im wystarczy; rozlokowali się więc na tę noc między dwiema ścianami skały, pod liściastym drzewem, sądząc się bezpiecznymi od wszelkiej napaści. Lecz los, który rządzi i zastosowywa wszystko do swojej fantazji, sprawił, że Gines de Pasamonte, ów sławny zbrodniarz, odwagą i szaleństwem Don Kichota wybawiony z łańcuchów, uciekając przed św. Hermandadą, umyślił także ukryć się w tych skałach i przybył właśnie w toż samo miejsce, gdzie Don Kichot i Sancho się znajdowali. Poznawszy ich po głosie, czekał dopóki by nie zasnęli, a że źli są zawsze niewdzięczni i niegrzeczni razem i że potrzeba dziurawi kamień, Gines, który nie był ani grzecznym, ani uczynnym, przywłaszczył sobie podczas snu osła Sanchy, którego wolał niż Rosynanta, i przed świtem jeszcze uciekł swobodnie dalej.

745

Wkrótce jutrzenka ukazała się ze swoim jaśniejącym obliczem, aby uradować i upiększyć ziemię, lecz tylko zasmuciła i zeszpeciła biednego Sanchę, który umierał z boleści, widząc się pozbawionym osła. Giermek płakał tak smutnie i łkał tak żałośnie, że Don Kichot zbudzony, następną usłyszał skargę: „O drogi synu moich wnętrzności, urodziłeś się w moim domu! przyjemny piastunie dzieci moich! pociecho mojej żony, zazdrości moich sąsiadów i ulgo prac moich, karmicielu połowy mojej osoby, gdyż cztery soldy, które mi zarabiałeś dziennie, opędzały w połowie moje wydatki”.

746

Don Kichot, odgadłszy z tych lamentacji przedmiot boleści Sanchy, usiłował pocieszyć go czułymi słowy i uczonym rezonowaniem o nieszczęściach tego świata, lecz najlepiej mu się udało, gdy prosząc go o cierpliwość, obiecał dać weksel na trzy oślątka, których pięcioro pozostało w domu. Sancho ucichł, nie mogąc oprzeć się tak silnej konsolacji, otarł łzy, powstrzymał westchnienia i szlochy i podziękował serdecznie swojemu panu za uczynioną obietnicę. Don Kichot, którego słońce orzeźwiło nieco, ucieszył się, widząc się wśród gór, nie wątpił bowiem, że w tych miejscach znajdzie jaką przygodę. Odświeżył sobie w pamięci wszystkie cudowne wypadki, które się wydarzyły błędnemu rycerzowi w miejscach podobnie samotnych, i był tak upojony i podniesiony tymi niedorzecznościami, że o wszystkim zresztą zapomniał. Sancho także znacznie się uspokoił, widząc się również w bezpiecznym miejscu i myślał tylko o napełnieniu brzucha resztkami, które ocalały; poszedł za panem, niosąc tłumoczek, który dawniej dźwigał jego osioł, wyjmował kiedy niekiedy okruszyny i pożerał je chciwie, nie dbając o żadne przygody.

747

Tak idąc spostrzegł, że pan jego zatrzymał się, usiłując podnieść włócznią jakąś rzecz leżącą na ziemi, pośpieszył mu na pomoc; gdy przybył, Don Kichot trzymał już na końcu dzidy starą poduszkę skórzaną i walizę, związane razem. Oba te przedmioty były zniszczone, ale tak ciężkie, że potrzeba było pomocy Sancha, ażeby je podnieść, Sancho ciekawie przypatrzył się znalezionym rzeczom i dostrzegł, że waliza była zamknięta łańcuchem i kłódką, lecz przez dziury wyżarte wilgocią, wydobył cztery koszule z cienkiego holenderskiego płótna, mnóstwo innej pięknej bielizny, a w chustce jednej znalazł znaczną ilość sztuk złotych.

748

— Niech będzie niebo błogosławione! — zawoła Sancho na ten widok — raz przecie w życiu napatoczyła się nam korzystna przygoda — i szukając dalej, znalazł album[93] bogato oprawne.

749

— To zatrzymuję dla siebie — rzecze Don Kichot — pieniądze zaś weź sobie, Sancho.

750

— Bardzo dziękuję jaśnie wielmożnemu panu — odpowiedział tenże, całując ręce rycerza i schował wszystko do swego tłumoczka.

751

— Zapewne, Sancho — rzecze Don Kichot — ktoś zabłąkał się w tych górach i złodzieje, zamordowawszy go, zagrzebać musieli pomiędzy skałami.

752

— To być nie może, panie — odpowiedział Sancho — złodzieje nie zostawiliby pieniędzy.

753

— Masz słuszność — odpowie Don Kichot — sam nie wiem teraz, co to być może, ale czekaj, bez wątpienia znajdziemy w tym album objaśnienie tego wypadku. Jakoż otworzywszy je, rycerz znalazł pięknie napisany sonet, który głośno czytać zaczął:

Albo miłości braknie rozeznania,

Lub ma za wiele w sobie okrucieństwa,

Lub błąd mój nie jest powodem męczeństwa,

Która[94] mi serce szponami rozrania.

Gdy miłość Bogiem — to rozum zabrania

Stawić przymiotom jego sprzeciwieństwa.

Bogu nieznane żadne okrucieństwa!

Któż więc nade mną dzierży moc karania?

Nie ty, kochana! Z dobra złe nie płynie,

Ze słońca piorun nigdy nie wystrzeli,

I z nieba piekło na ziemię nie schodzi.

Trzeba więc umrzeć, bo w strasznej godzinie

Kiedy choroby ludzie nie pojęli,

To już ratunek chyba cud wyrodzi.

754

— Ta piosnka nauczy nas tylko, że po nici dojść można do kłębka.

755

— O jakiej nici ty mówisz?

756

— Zdaje się — mówi Sancho — że tam było coś o nici.

757

— Ale gdzież tam — odpowie Don Kichot — było wyraźnie o dziewczynie, a to jest pewnie nazwisko damy, na którą uskarża się autor sonetu.

758

— Nazywacie to, panie, sonetem? — rzecze Sancho — bardzo się cieszę z tego, prawda, że on nieźle dźwięczy.

759

— Tak, to jest sonet — odpowie Don Kichot — i wcale piękny nawet. Poeta był niezły, podług mego zdania.

760

— Jak to? panie, znacież się więc i na robieniu wierszy?

761

— Troszkę lepiej, niż myślisz, Sancho — odpowie Don Kichot — i sam najlepiej przekonasz się o tym, gdy zawieziesz ode mnie list, cały wierszem napisany, do pani Dulcynei z Tobozo. Dowiedz się, Sancho, że wszyscy błędni rycerze dawnych czasów byli poetami i muzykami, gdyż te dwie piękne sztuki są jakby głównymi przymiotami błędnego rycerza. Wprawdzie w poezji dawnych rycerzy było więcej życia niż sensu, a reguł wcale nie było.

762

— Raczcie też czytać dalej, rycerzu — rzecze Sancho — być może, znajdziemy jaką rzecz, która nas więcej objaśni.

763

Don Kichot, przewróciwszy kartkę: — Otóż znów proza — rzecze — będzie to list pewnie.

764

— Czy do kogo pisany? — zapyta Sancho.

765

— Początek każe mi wierzyć, że to jest list miłosny — odpowie Don Kichot.

766

— Niech wasza wielmożność przeczyta też głośno, niezmiernie lubię czytać listy miłosne.

767

— Bardzo chętnie — odrzekł Don Kichot i zaczął czytać.

„Fałszywość twoich przyrzeczeń i moje nieszczęście, o którym nie wątpię już w tej chwili, zmusza mnie oddalić się od ciebie i pierwej dowiesz się o mojej śmierci, niż o przyczynie cierpienia mego. Opuściłaś mnie, niewdzięczna, dla człowieka, który nie przymiotów, ale pieniędzy ma więcej ode mnie. Gdyby cnota była bogactwem w tym wieku, nie miałbym potrzeby zazdrościć go komukolwiek i obecne nieszczęście nie ucisnęłoby mego serca. Pierwsza kazała mi wierzyć, że jesteś bóstwem czystości, a drugie nauczyły mnie, że jesteś tylko kobietą. Żegnam cię, życzę ci spokoju. Tobie, która skazałaś mnie na walkę wieczną, oby niebo sprawiło, abyś nie przekonała się nigdy o zdradzie twojego męża, abym, widząc cię żałującą wyrządzonej mi niesprawiedliwości, nie musiał szukać zemsty za cierpienia nasze na człowieku, którego szanować jesteś obowiązaną”.

768

— Ten list nie więcej nas nauczył, jak wiersze — rzecze Don Kichot — to pewna jednak, że jego autor był zdradzonym kochankiem — i przewracając kartki, znalazł wiele innych listów i wierszy, których w połowie przeczytać nie mógł, a wszystkie napełnione skargami, wyrzutami, rozpaczą i cierpieniem. Podczas gdy Don Kichot przewracał kartki, Sancho rewidował walizę, nie opuścił najmniejszego kącika, rozpruł nawet poduszkę, tak dalece nabrał badawczego gustu od czasu znalezienia złota, którego więcej niż sto sztuk było, i chociaż nic więcej nie znalazł, przecież sądził się dosyć wynagrodzonym za wszystkie poniesione klęski, jak podrzucanie, ból brzucha od balsamu, za kije wzięte od mulników, grad kamieni od owczarzy, kułaki i pięści od furmanów, stratę żywności, zgubę osła, obnażenie z rzeczy, głód, pragnienie i niezliczone trudy, które poniósł w usługach swego rycerza; nagroda zdawała mu się być dostateczna i chciałby dostawać ją co miesiąc, chociażby miał ją takimże samym trudem wysłużyć. Nasz rycerz jednakże bardzo był ciekawy dowiedzieć się, kto był właścicielem walizy, gdyż wnosząc z ilości złota, piękności bielizny, dobroci prozy i tkliwości wiersza, musiał to być człowiek przyzwoity, którego pogarda i złe obchodzenie kochanki do rozpaczy przywiodły; lecz będąc przekonanym, że nikt nie udzieli mu żadnych wieści w miejscu tak ustronnym, pojechał dalej, kierunek drogi zdając na Rosynanta, który z trudnością przedzierał się przez ciernie i skały. Postępując w ten sposób, Don Kichot miał ciągle nabitą głowę przygodami, które niezawodnie w tym dzikim kraju spotkać go miały; wtem, na wierzchołku wzgórza, do którego się zbliżał, zobaczył człowieka z nadzwyczajną lekkością skaczącego ze skały na skałę, nie zważając na ciernie i krzaki. Człowiek ten zdawał mu się być nagi, z czarną i gęstą brodą, bez pończoch i trzewików, z włosami w nieładzie. Na udach miał tylko podarte aksamitne spodnie, ale tak podarte, że świecił ciałem na wszystkie strony, głowę miał również odkrytą i jakkolwiek szybko przebiegał, nasz rycerz wybornym wzrokiem swoim wszystkie te szczegóły dostrzegł od razu i usiłował doścignąć go, w mniemaniu, że to jest pewnie właściciel znalezionych rzeczy, lecz Rosynant, zbyt słaby i z natury leniwy, nie lubił wszelkiego pośpiechu. Rycerz Posępnego Oblicza postanowił przecież koniecznie dogonić rycerza walizy, chociażby mu przyszło rok cały szukać w górach, i w tej rezolucji rozkazał Sanchowi szukać go z jednej strony, podczas gdy on obejdzie drugą.

769

— Z taką pilnością szukając, znajdziemy go niezawodnie — rzekł.

770

— Ja tam go wcale szukać nie myślę — odpowie Sancho — gdyż skoro się tylko na krok od was oddalę, strach mnie ogarnia okropny i ze wszystkich stron atakuje mnie cały korpus diabłów Św. Antoniego. Raz też na zawsze uprzedzam waszą wielmożność, że nie oddalę się od niej ani na pół stopy.

771

— Cieszy mnie to — rzecze rycerz — że czerpiesz siłę w mojej odwadze, zapewniam cię, że tej nie zbraknie mi nigdy, pójdź więc powoli za mną i oglądaj się dobrze na wszystkie strony, przetrząśniemy całą górę, a spotkamy niezawodnie właściciela walizy.

772

— Panie — odpowie Sancho — zdaje mi się, że lepiej nie szukać go wcale, bo jeżeli znajdziemy go i waliza istotnie doń należy, to trzeba ją będzie zwrócić. Nie ma potrzeby śpieszyć się, lepiej czekać, aż spotkamy się z nim gdzieś w innym miejscu, to wydawszy już wszystkie pieniądze i zdarłszy koszule, będzie i kwita z nami, na mocy prawa książęcego.

773

— O, co w tym, to się mylisz Sancho — rzecze Don Kichot — bo od chwili, gdy mamy nadzieję znaleźć właściciela tych rzeczy, powinniśmy szukać go i zwrócić stratę, a jeżelibyśmy nie szukali go wcale, nie możemy sumiennie zatrzymywać rzeczy, które nie są naszą własnością, tak więc, przyjacielu Sancho, niech to poszukiwanie nie martwi cię, gdyż co do mnie, znalazłszy tego człowieka, ulżę sobie wielkiego ciężaru.

774

To rzekłszy, spiął ostrogami Rosynanta, a Sancho, dzięki Ginesillowi z Pasamontu, postępował za nim objuczony jak osioł.

775

Obszukawszy wszystkie miejsca, przybyli wreszcie nad brzeg strumienia, tam znaleźli zdechłego muła z siodłem i uzdeczką, którego psy i kruki na wpół już pożarły, co tym bardziej utwierdziło ich w mniemaniu, że ów uciekający człowiek był właścicielem walizy. Gdy przypatrywali się mułowi i robili uwagi nad tą nową przygodą, usłyszeli świst podobny temu, jakiego używają pasterze trzód, i w tejże chwili ujrzeli na lewo wielką gromadę kóz, a za nimi starego pasterza.

776

Don Kichot zawołał nań, a staruszek zdziwiony zapytał, co ich sprowadziło w miejsce tak dzikie i ustronne, w którym tylko kozy, wilki i inne dzikie zwierzęta przebywają.

777

— Zbliż się tu, dobry człowieku — rzekł Sancho — a opowiemy ci wszysko. Pasterz zeszedł z góry i zbliżając się do Don Kichota:

778

— Założyłbym się — rzecze — że przypatrujecie się zdechłemu mułowi. On tu wszakże już szósty miesiąc leży i ciekawy jestem, czy nie spotkaliście kędy po drodze jego pana?

779

— Nie znaleźliśmy nikogo — rzecze Don Kichot — oprócz poduszki i walizy, które o kilka kroków stąd leżały.

780

— Zdybałem je również — rzecze pasterz — lecz nie chciałem dotknąć ich nawet, żeby mnie czasem później o złodziejstwo nie posądzono, bo to diabeł, panie, czasem rzuca pod nogi rzeczy, które później bokiem wyłażą.

781

— Tak samo i ja uczyniłem — rzecze Sancho — nie zbliżyłem się nawet do walizy i zostawiłem ją tam, gdzie była. Niech tam sobie leży spokojnie!

782

— Powiedz też mi, dobry człowieku, czy nie wiesz, do kogo ten muł należał? — zapytał Don Kichot.

783

— To tylko wiem — odpowie pasterz — że przed sześciu miesiącami jakiś młody i bardzo piękny pan przybył na tym mule z walizką i poduszką, które widzieliście, i pytał się pasterzy, o trzy mile stąd mieszkających, jakie jest najbardziej ukryte i najdziksze miejsce w górach. Ukazaliśmy mu to właśnie, gdyż w samej rzeczy, wszedłszy dalej troszkę, już stąd wyjść trudno. Dlatego dziwię się mocno, widząc was tutaj, gdyż żadna droga, ani ścieżka nie prowadzi w to miejsce. Otóż więc ów młody człowiek, usłyszawszy naszą odpowiedź, odjechał czym prędzej drogą mu wskazaną, zostawiając nas zdziwionych swoją pięknością i pośpiechem, z jakim podążał w góry. Jakiś czas nie widzieliśmy go wcale, aż w kilka dni potem, spotkawszy jednego z naszych pasterzy, rzucił się na niego i dawszy mu ze sto kijów, zabrał z objuczonego osła wszystko pożywienie nasze i z szybkością jelenia, schronił się w góry. Dowiedziawszy się o tym, wybraliśmy się w kilku dla wyszukania go i przez dwa dni przetrząsając najskrytsze miejsca w górach, znaleźliśmy wreszcie ukrytego w spróchniałym drzewie. Przyjął nas ze słodyczą lecz tak był zmieniony na twarzy, tak spalony od słońca, że tylko po sukniach poznaliśmy go, a i te zupełnie poszarpane były. Pozdrowił nas grzecznie i w krótkich, ale wymownych wyrazach prosił, abyśmy nie dziwili się jego postępowaniu, gdyż tym sposobem dopełnia tylko przeznaczonej mu pokuty. Prosiliśmy go usilnie, aby nam powiedział, kto jest. Nie odpowiedział na to wcale. Oświadczyliśmy mu wtedy, aby nam wskazał miejsce, w którym by znaleźć go można było w razie jakiej potrzeby, a mianowicie żywność mu przynosząc, którą chętnie dawać mu przyrzekliśmy, byleby jej gwałtem nie wydzierał, jak to uczynił. Podziękował nam uprzejmie, przeprosił za wyrządzoną pasterzowi krzywdę, przyrzekając, że odtąd o wszystko w imieniu Pana Boga prosić będzie, nie napadając na nikogo. Zapytaliśmy go jeszcze, gdzie jego schronienie. Odpowiedział, że nie ma oznaczonego miejsca, lecz korzysta z każdej sposobności, by noc przepędzić bezpiecznie i zakończył swoją mowę tak żałośnymi skargami, że my zwłaszcza, cośmy go niedawno w takim widzieli stanie, musielibyśmy mieć kamienne serca, by nie rozczulić się jego niedolą; bo, jak to już wam powiedziałem, był to młody, przyjemny człowiek, bardzo dowcipny i rozumny i, jak się zdawało, wysokiego rodu. Nagle przestał mówić, spuścił oczy w ziemię i w tym stanie pozostał czas jakiś. Po chwili zobaczyliśmy, że zmienił wyraz twarzy; otwierał i zamykał oczy, marszczył brwi, zaciskał mocno usta i pięści, jak człowiek, którego paroksyzm szaleństwa napada. Jakoż tak było w istocie, podniósł się bowiem gwałtownie z miejsca, na którym siedział, i na najbliższego z nas rzucił się z taką furią i wściekłością, że gdybyśmy nie pośpieszyli z pomocą, zabiłby go niezawodnie razami pięści i rozszarpał zębami. Podczas tej całej strasznej sceny młodzieniec krzyczał: — Ach, zdrajco, Fernandzie! teraz dopiero zapłacisz mi za wszystkie zniewagi! Rękami wydrę ci serce, w którym złość całego świata, a nade wszystko fałsz i zdrada mieszkają. Wyzionął jeszcze mnóstwo innych przekleństw, a wszystkie kończyły się wyrzutami zdrady Fernandowi, po czym oddalił się od nas w milczeniu i zniknął w lesie, przeskakując przez skały z taką szybkością, że doścignąć go było niepodobna. To zdarzenie przekonało nas, że cierpiał napady szaleństwa, że jakiś Fernando był powodem jego nieszczęścia. Umocniło nas w tym przekonaniu i to, że niekiedy przybywał do naszych mieszkań, łagodnie prosząc o pożywienie, niekiedy zaś rzucał się i wydzierał je gwałtem. Trzeba wam wiedzieć, panowie — ciągnął dalej pasterz — że postanowiliśmy ja i dwaj moi przyjaciele pasterze, razem ze sługami wyszukać koniecznie nieszczęśliwego młodzieńca i chociażby gwałtem zaprowadzić go do Almodovar, o kilka mil stąd leżącego, celem niesienia mu ratunku w tak smutnej chorobie. Tam, myśleliśmy, dowiemy się, kto on jest i oddamy go pod opiekę familii. Oto wszystko, co wiem, moi panowie; nie wątpię, że ten, któregoście widzieli przebiegającego z taką lekkością przez skały, jest istotnie właścicielem walizy i zdechłego muła.

784

Don Kichot był zachwycony opowiadaniem pasterza i teraz tym większej nabrał chęci dowiedzieć się, kto był ów nieszczęśliwy młodzieniec; postanowił przeto szukać go wszędzie, przetrząść każdą rozpadlinę, każde drzewo w górach, dopóki nie znajdzie młodego zbiega; lecz wypadek zrządził inaczej, gdyż w tej samej chwili z jaskini, w pobliskiej skale będącej, wyszedł ten sam młodzian i idąc prosto ku nim, mruczał coś niewyraźnie. Wyglądał tak, jak już go raz opisaliśmy; zwierzchnia jego suknia była poszarpana zupełnie. Don Kichot jednak wniósł z jej szczątków, że to był człowiek wysokiego rodu. Młodzieniec ukłonił się im grzecznie i przywitał głosem szybkim a chrypliwym. Don Kichot oddał mu ukłon z wyszukaną uprzejmością i zsiadłszy z Rosynanta, uściskał go tak czule, jakby się znali od dawna. Przybyły odstąpił trochę od rycerza, potem zbliżył się znowu i położywszy mu rękę na piersiach, przypatrywał się z równym podziwieniem i ciekawością, jak nasz bohater przyglądał się jemu poprzednio. Pierwszy z nich przemówił rycerz obszarpany, a co wyrzekł, dowiecie się w następnym rozdziale.

Rozdział X

W którym zamyka się dalszy ciąg przygody na Sierra Morena.

785

Historia powiada, że Don Kichot słuchał z wielką uwagą opowiadania obszarpanego rycerza gór, który tak kończył swoją mowę:

786

— Panie, ktokolwiek jesteś, gdyż nie znam cię wcale, jestem przecież nieskończenie ci obowiązany za grzeczność i uczciwość, z jaką obchodzisz się ze mną, i chciałbym serdecznie czymś więcej niż słowami okazać wdzięczność moją, lecz los okrutny nie zgadza się z chęciami serca mojego i za tyle dobroci mogę ci tylko bezużyteczne ofiarować chęci.

787

— Co do mnie — odpowie Don Kichot — postanowiłem zawsze i wszędzie wspierać ciebie. Już pierwej przedsięwziąłem nie opuścić tych gór, dopóki nie wyszukam i nie dowiem się z ust twoich, jakim sposobem można by przynieść ulgę cierpieniom twoim, chociażby z narażeniem życia mojego, a w razie, jeśli nieszczęścia twoje są bez ratunku, znosić je i podzielać z tobą, mieszając łzy moje z twoimi. Wiem dobrze, że zawsze w nieszczęściu pociesza nas współczucie serdeczne i jeżeli pan sądzisz, że moje dobre chęci zasługują na wdzięczność, błagam cię w imieniu grzeczności, jaką mi okazujesz, i zaklinam w imieniu wszystkiego, co kochałeś, powiedz, kto jesteś i jaki powód znagla cię ukrywać się w miejscu tak dzikim i odludnym; przysięgam — dodał Don Kichot — na zakon rycerstwa, do którego acz niegodny należę, że oddam ci wszelkie usługi, jakich w nieszczęściu twoim mógłbyś potrzebować.

788

Rycerz gór, słysząc taką mowę Rycerza Posępnego Oblicza, ciekawie nań pozierał, mierząc go wzrokiem od stóp do głowy. Na koniec, dokładnie mu przyjrzawszy się, rzecze:

789

— Jeżeli masz kawałek czego do zjedzenia, na miłość boską, chciej mi użyczyć, a skoro się najem, zrobię wszystko, co tylko zechcesz.

790

Natychmiast Sancho ze swego tłumoczka, a pasterz z koszałki dobył pożywienie i rycerz obdartus zaczął zajadać z chciwością i takim pośpiechem, że raczej pożerał niż jadł. Napełniwszy wreszcie żołądek, powstał i skinąwszy na Don Kichota i jego towarzyszów, aby się za nim udali, zaprowadził ich na łąkę między skałami leżącą, a sam usiadłszy na murawie i rozparłszy się wygodnie, tak zaczął:

791

— Jeżeli żądasz, panie, usłyszeć historię nieszczęść moich, uczyń mi przyrzeczenie, że nikt z obecnych tu ani słowem, ani gestem, nie będzie mi przerywał, gdyż w przeciwnym razie za najmniejszym uchybieniem przerwę swoje opowiadanie.

792

Taki wstęp przypomniał Don Kichotowi ową bajkę, którą mu Sancho w nocy opowiadał, gdzie z powodu pomyłki w liczbie kóz przeprawionych przez rzekę urwała się historia.

793

— Czynię to ostrzeżenie jedynie dlatego — dodał rycerz leśny — ażebym prędzej mógł skończyć opowiadanie swych nieszczęść, na których wspomnienie okropny ból czuję. Jednakże opowiem wam wszystko, nie opuszczając najdrobniejszego szczegółu.

794

Don Kichot w imieniu wszystkich przyrzekł zupełną uwagę i najsolenniejsze milczenie, a po tym zapewnieniu rycerz obdartus zaczął w ten sposób:

795

— Nazywam się Kardenio, ojczyzną moją jest jedno ze znaczniejszych miast Andaluzji, pochodzę ze szlachetnego rodu i mam bogatą familię. Nieszczęścia me jednak są tak wielkie, że ani bogactwa, ani pomyślność mych krewnych nie mogą przynieść mi ulgi. W tym samym mieście urodziła się cudna Luscinda, niezrównana w piękności, szlachetności i bogactwie, która jednakże nie miała dosyć stałości, ażeby odpowiedzieć godnie szczerości uczuć moich; kochałem Luscindę od najmłodszych lat, uwielbiałem ją w dzieciństwie, a ona kochała mnie z tą prostotą i szczerością, które towarzyszą uczuciom młodego wieku. Nasi rodzice nie przeszkadzali rozwijaniu się naszej miłości, gdyż równość urodzenia i majątku do małżeństwa naszego nie stawiały zapory. Miłość wzrastała z wiekiem, wtedy ojciec Luscindy, nie mogąc znieść zbytniej poufałości naszej, lub może z innych jakich powodów, prosił mnie, ażebym zaprzestał bywać w jego domu. Ta przeciwność powiększyła nasz zapał i stworzyła nowe żądze. Nie mogąc widywać się, pisywaliśmy do siebie, gdyż pozostawiono nam tę wolność; tak więc w każdej chwili mogliśmy swobodnie odkrywać sobie myśli nasze. Składałem pieśni i wiersze miłosne i nawet czyniłem wszystko, co czynią kochankowie, by osłodzić swoje troski. Luscinda starała się także dać mi poznać całą moc swojej czułości i szukaliśmy ulgi cierpieniom, rozbudzając w sobie gwałtowną namiętność. Na koniec, powodowany żądzą i niecierpliwością widzenia Luscindy, postanowiłem prosić o jej rękę i ażeby nie stracić czasu tak drogiego dla zakochanych, udałem się osobiście do jej ojca. Odpowiedział mi z wielką grzecznością, podziękował za honor, jaki mu czynię, lecz oświadczył zarazem, że żądanie podobne nie ja sam, lecz ojciec mój uczynić powinien; gdyż jeżeli przychodzę bez jego wiedzy, lub jeżeli odmówi zezwolenia, to córka jego nie może połączyć się ze mną. Podziękowałem mu za grzeczność i przyznając słuszność, przyrzekłem, że ojciec sam przybędzie powtórzyć prośbę moją. Jakoż w tej chwili wyszedłem szukać go, ażeby odkryć mu rzecz całą. Znalazłem ojca w swoim pokoju. Trzymał list otwarty w ręku i podał mi go natychmiast. — Dowiesz się, Kardenio, rzecze mi, jaką łaskę książę Ryszard chce ci wyświadczyć. (Wiecie panowie, że książę Ryszard jest grandem Hiszpanii, którego majątek w najżyźniejszej części Andaluzji leży). W liście tym książę prosił mego ojca, ażeby przysłał mnie na dwór jego dla towarzystwa młodszego syna, za to przyrzekał ustalić mój los i przyszłość całą. Przeraziłem się na myśl rozstania się bliskiego z Luscindą, gdyż ojciec oświadczył, iż w ciągu dwóch dni nastąpi mój wyjazd. Dzień oddalenia nadszedł. Poprzedniej nocy widziałem Luscindę i uwiadomiłem ją o tym, co zaszło, poszedłem do jej ojca, prosząc, by zachował dla mnie dobre chęci swoje, dopóki nie wrócę od księcia Ryszarda. Przyrzekł mi to i rozstaliśmy się z Luscindą z całą boleścią kochających się serc, poprzysięgając sobie wzajemną stałość. Na koniec wyjechałem do księcia, który przyjął mnie tak życzliwie, że cały dwór jego zazdrością napełniłem. Starszy syn księcia przyjął mnie również serdecznie, lecz brat jego młodszy Don Fernand, piękny i pełen uprzejmości, nadzwyczajnie rozmiłował się we mnie. Dawał mi ciągle dowody najczulszej przyjaźni tak dalece, że lubo brat jego serdecznym był dla mnie, wielką przecież w przyjaźni ich dla siebie znajdowałem różnicę. Ponieważ między przyjaciółmi nie masz tajemnic, Don Fernand zwierzał mi się ze wszystkimi myślami. Dowiedziałem się tedy, że był zakochany w pięknej wieśniaczce, córce bogatego rolnika, który był wasalem księcia, jego ojca. Ta dziewica była tak piękna i skromna, że obudzała powszechne uwielbienie, a przymioty jej tak oczarowały umysł Don Fernanda, że nie mogąc posiąść jej inaczej, postanowił zaślubić wieśniaczkę. Zniewolony przyjaźnią Fernanda, czułem się w obowiązku odwieść go od takiego zamiaru, który za nierozsądny uważałem, lecz widząc, że starania moje są bezskuteczne, postanowiłem donieść o wszystkim księciu. Don Fernand był zręczny i przenikliwy, przewidział mój zamiar i chcąc zapobiec wykonaniu go, udał, że sam pragnie uleczyć się z nierozsądnej namiętności, a mniemając, że oddalenie korzystny wywrzeć może skutek, namówił mnie, żebym prosił księcia o pozwolenie, abyśmy pod pozorem kupienia koni, które w moich rodzinnych stronach były najlepsze, udali się obydwaj do domu moich rodziców. Chęć zobaczenia Luscindy sprawiła, że przystałem z radością na jego zamiar i nawet nagliłem o śpieszne wykonanie. Don Fernand, jak się o tym później dowiedziałem, zaślubił już potajemnie ową wieśniaczkę, lecz nie śmiał odkryć się w niepewności, jak książę przyjmie jego małżeństwo. U wielu wszelako ludzi miłość jest tylko żądzą nasycenia zmysłów. Don Fernand, odebrawszy już wszystkie dowody czułości od swojej kochanki, stygł sercem coraz bardziej dla niej i jak pierwej przez podstęp, tak teraz rzeczywiście pragnąc oddalić się z domu, uzyskał pozwolenie księcia i wkrótce wyjechaliśmy obydwaj do majątku mego ojca. Rodzice moi przyjęli Don Fernanda z uszanowaniem, należnym człowiekowi wysokiego urodzenia, a Luscinda, ucieszona z mego przybycia, okazywała mi dowody najczulszej miłości. Po upływie dni kilku, nie chcąc mieć tajemnicy dla Don Fernanda, na moje nieszczęście uwiadomiłem go o miłości swojej. Skreśliłem mu z zapałem piękność Luscindy i tym sposobem roznieciłem w nim chęć poznania osoby tak doskonałej, a chcąc przekonać go o prawdziwości słów moich, ułatwiłem mu sposobność zobaczenia jej, gdy pewnego dnia siedzieliśmy oboje na balkonie. Luscinda wtedy ustrojona była z wielką wytwornością i Don Fernand przyznał, że nic piękniejszego w życiu nie widział. Od tej chwili zapomniał dawnych uczuć, złamał dane słowo, a zachwycony widokiem Luscindy, rozgorzał ku niej namiętną miłością, której zobaczycie skutki. Jakby dla zapalenia bardziej jego namiętności i rozniecenia zazdrości, wpadł mu w ręce bilet napisany przez Luscindę do mnie, w którym zażądała, abym przyspieszył nasze małżeństwo, lecz uczyniła to z taką dyskrecją i delikatnością, iż Fernand zachwycony zawołał, że wszystkie piękności umysłu i ciała łączą się w jej osobie. Muszę wyznać, że pochwały Don Fernanda nie były mi bardzo po myśli, zacząłem go podejrzewać i kryć się przed nim; lecz o ile ja unikałem mówić z nim o Luscindzie, o tyle on zwracał ku temu sposobność. Tym sposobem obudziła się we mnie zazdrość nie dlatego, aby Luscinda dawała jakie do tego powody, której wierności zresztą pewny byłem, lecz, że miałem przeczucie złego losu. Don Fernand był niezmiernie ciekawy widzieć wszystkie listy, które odbierałem od Luscindy, jak również moje odpowiedzi, i ażebym mu nie mógł odmówić pokazania, oświadczył mi, że sprawia mu nadzwyczajną rozkosz szlachetny i delikatny sposób naszej korespondencji. Pewnego dnia Luscinda, która bardzo lubiła czytać rycerskie powieści, prosiła mnie o przysłanie historii Amadisa z Galii…

796

Zaledwie Don Kichot usłyszał tytuł rycerskiej książki, przerwał Kardeniowi i zawołał.

797

— Gdybyś był mi na początku powiedział, że ta piękna panna lubiła czytać rycerskie powieści, bez dalszego opisu miałbym już najwyższe wyobrażenie o wzniosłości jej umysłu, a ponieważ jest taką, uznaję ją od tej chwili za najpiękniejszą i najrozumniejszą ze wszystkich dziewic świata. Szkoda, panie, że nie posłałeś jej razem z Amadisem z Galii, historii dobrego Don Rogera z Grecji. Panna Luscinda bez wątpienia polubiłaby bardzo Darajda, Garraja i dyskretnego pasterza Darinela, który swoje wiersze pasterskie tak czule wyśpiewywał, ale czasem da się to naprawić, gdyż skoro tylko uczynisz mi pan honor, że odwiedzisz mnie w moim domu, pokażę ci całe 300 tomów, które są rozkoszą i szczęściem życia mego. Chętnie poświęcę je na twoje usługi, chociaż może nie znajdę ani jednego obecnie wskutek złośliwego czarnoksiężników uroku. Przebacz mi pan, że złamałem obietnicę i przerwałem opowiadanie, lecz skoro usłyszę co o rycerzach błędnych, niepodobna milczeć, mów dalej, jeśli łaska.

798

Podczas gdy Don Kichot mówił, Kardenio siedział nieruchomy ze spuszczoną na piersi głową, wreszcie podniósł wzrok błędny i rzekł:

799

— Trzeba być łotrem i zbójcą, żeby ośmielić się zaprzeczyć mi, iż niegodziwy majster Elisabeth sypiał z królową Madasimą.

800

— Nieprawda — zawołał Don Kichot z gniewem — królowa Madasima była cnotliwą damą i nie ma przykładu, ażeby tak wielka księżniczka bawiła się miłością z wyrwizębem, ktokolwiek to mówi, kłamie bezczelnie i gotów jestem dowodzić tego pieszo lub konno, zbrojnie lub bez broni, dniem lub nocą.

801

Kardenio spoglądał bacznie na Don Kichota i milczał. Jego obłąkanie powróciło i nie był w stanie kończyć swej historii, jak równie Don Kichot słuchać jej dalej, tak był rozgniewany obrazą, wyrządzoną królowej Madasima, nasz rycerz bowiem, będąc zapalonym czcicielem swoich książek, wierzył we wszystko, co w nich napisano. Kardenio, który, jak powiedziałem, już był w paroksyzmie obłąkania, słysząc groźby Don Kichota, podniósł kamień z ziemi i tak dzielnie uderzył nim w brzuch rycerza, że od razu powalił go na ziemię. Sancho Pansa nie mógł ścierpieć podobnego obejścia się ze swym panem, rzucił się z zaciśniętymi pięściami na Kardenia, lecz ten jednym uderzeniem pięści rzucił go pod nogi i wskoczywszy na brzuch, gniótł nielitościwie. Pasterz, przybywający na pomoc Sanchy, nie lepiej był przyjęty. Kardenio, zbiwszy ich wszystkich, oddalił się spokojnie i ukrył się w lesie. Sancho po chwili podniósł się i wściekły ze złości, zaczął wyrzucać pasterzowi, że nie uprzedził go, iż ten człowiek miewa niekiedy paroksyzmy szaleństwa, gdyż wiedząc o tym, byłby się strzegł. Pasterz odpowiedział, że ich uprzedził obydwu, a jeżeli nie słyszeli, to nie jego wina. Sancho zaprzeczył, pasterz upierał się i wreszcie z tych wszystkich wymówek i wyrzutów, chwycili się za brody i zaczęli okładać kułakami tak silnie, że gdyby Don Kichot ich nie rozerwał, poszarpaliby się na sztuki. Sancho miał chrapkę do bicia i krzyczał:

802

— Nie przeszkadzaj mi, wasza wielmożność, Rycerzu Posępnego Oblicza, ten człowiek jest tylko nędznym chłopem, ni mniej, ni więcej, jak ja, nie jest to zbrojny rycerz, mogę więc walczyć z nim ząb za ząb, jak człowiek honoru i pomścić za obrazę mi uczynioną.

803

— To prawda — rzecze Don Kichot — lecz w tym wszystkim, co nam się przytrafiło, obrazy nie ma.

804

Mówiąc to, rozdzielił ich i zapytał pasterza, gdzie by mógł znaleźć Kardenia, gdyż umierał z żądzy poznania końca jego historii. Pasterz odpowiedział jak pierwej, że nie zna jego siedziby, lecz że szalony, czy zdrów, wkrótce się znów pokaże.

Rozdział XI

O nadzwyczajnych rzeczach, które się przytrafiły błędnemu rycerzowi z Manchy W Sierra Morena i o pokucie, jaką czynił, naśladując Chmurnego Pięknisia.

805

Don Kichot pożegnał pasterza, a Sancho spojrzał nań spodełba, rycerz wsiadł na konia, a giermek udał się pieszo. Postępowali po najprzykrzejszej drodze. Jakiś czas trwało milczenie, choć Sancho umierał z chęci rezonowania, lecz nie śmiał zacząć, by nie przestąpić rozkazu pana. Widząc wreszcie, że Don Kichot milczy i nie mogąc wytrzymać już dłużej, rzekł:

806

— Jaśnie wielmożny panie, upraszam waszą dostojność o błogosławieństwo i odprawę, wolę powrócić zaraz do mojej żony i dzieci, z którymi przynajmniej rozmawiać i kłócić się mogę, bo to straszna rzecz, ażebym towarzyszył panu i dniem, i nocą wśród tej pustyni, nie otworzywszy gęby, wolałbym, żeby mnie pogrzebano żywcem. Gdyby Bóg pozwolił zwierzętom mówić, jak to było za czasów Ezopa, rozmawiałbym z Rosynantem o wszystkim, co mi przyjdzie do głowy, i słowa nie gniłyby we mnie. Na moją duszę! to rzecz nieznośna, chodzić ciągle, szukać przygód, a znajdować tylko ludzi, którzy nas podrzucają, biją kułakami, kamieniami i na domiar wszystkiego mieć gębę zamurowaną jak niemowa.

807

— Rozumiem cię, Sancho — odpowie Don Kichot — nie możesz utrzymać języka za zębami, przywracam ci wolność mówienia pod warunkiem, że trwać będzie tylko dopóty, dopóki w tych górach będziemy, mów więc, co chcesz.

808

— Niech już będzie jak chce — rzecze Sancho — przynajmniej teraz nagadam się do syta i korzystając z przywileju, powiedz mi, wasza wielmożność z łaski swojej, jaki interes mogłeś mieć tak gorąco bronić królowej Mascapissy, albo jak tam ją zowią, i co wam to szkodziło, czy ów Helabass był jej kochankiem lub nie; gdybyście nie zważali na to, wariat byłby skończył swoją historię, wy nie dostalibyście kamieniem, a ja nie miałbym brzucha odartego ze skóry.

809

— Przyjacielu Sancho — odrzekł Don Kichot — gdybyś wiedział tyle, co ja o zacności królowej Madasimy, powiedziałbyś niezawodnie, że byłem nadto cierpliwy, bo nie wyrwałem oszczerczego języka, który ośmielił się wyrzec podobne bluźnierstwo; bo czyż to nie szkaradne bluźnierstwo powiedzieć, że królowa sypia z cyrulikiem? Historyczną jest prawdą, że majster Elisabeth był zręcznym człowiekiem i roztropnym w radzie, że był zarazem rządcą i lekarzem królowej, ale myśleć, że był jej kochankiem, jest potwarzą karygodną, a na koniec widziałeś, że Kardenio nie wiedział, co mówi, gdyż napadł go już wtedy paroksyzm wariacji.

810

— O panie, a tożem was złapał teraz — zawołał Sancho — jakże mogliście sprzeczać się z wariatem? A gdyby przypadkiem ów kamień trafił was w głowę zamiast w brzuch, ślicznie byśmy wyszli na obronie tej damy, niech ją Pan Bóg sekunduje[95]!

811

— Sancho — odeprze Don Kichot — tak przeciw szalonym, jak przeciw mędrcom, każdy rycerz błędny powinien bronić honoru dam w ogólności, a cóż dopiero, gdy idzie o królową Madasimę, dla której mam osobliwsze uwielbienie, gdyż nie tylko piękną była, ale nadto pełną mądrości i cierpliwości w nieszczęściach, które ją prześladowały; wtedy to właśnie potrzebowała mądrych rad majstra Elisabeth, który wspierał ją w jej cierpieniach, a złośliwi prostacy sądzili, że oni poufale żyją z sobą, lecz skłamali niegodnie i kłamią teraz ci wszyscy, którym myśl podobna do głowy przychodzi.

812

— Co do mnie, ani mówię, ani myślę tego — rzecze Sancho — nie mieszam się do spraw cudzych, patrzę się, a jeśli robię głupstwa, to na swój rachunek, ja w swoim młynie mąkę mielę, nie sadzam palca we drzwi, bo wiem, że kto się wścibia, często chybia, a czy oni spali razem, czy nie, to mnie ani parzy, ani ziębi. Często myślimy, że w garnku słonina, a tam tylko szumowina.

813

— Wielki Boże! — krzyknął Don Kichot — ileż ty głupstw powiedziałeś od razu, jakiż związek mogą mieć te prostackie przysłowia z tym, co ja powiedziałem? Pamiętaj sobie raz na zawsze i wyryj to sobie we łbie, że wszystko co robiłem, robię i robić będę, stosuje się ściśle do praw rycerskich, które znam lepiej, niż którykolwiek z rycerzy mojego stanu.

814

— Na dobry ład, panie rycerzu — rzecze Sancho — czyż to prawa rycerskie każą nam włóczyć się po górach, jak zbójcom, bez drogi i ścieżki szukając kogoś, który rozbije do reszty panu głowę, a mnie boki?

815

— Dość już tego powtarzania — rzecze Don Kichot — dowiedz się, że zamiarem moim jest nie tylko znaleźć tego wariata, lecz zarazem dokonać tu czynu, który zjedna mi sławę pomiędzy ludźmi i uwieczni imię moje pomiędzy całym błędnym rycerstwem przeszłych i przyszłych wieków.

816

— Czy przedsięwzięcie to niebezpieczne? — zapyta Sancho.

817

— Nie — rzecze Don Kichot — chociaż rzeczy mogą pójść w ten sposób, że spotkają nas smutne wypadki, wreszcie wszystko zależeć będzie od twojej pilności.

818

— Od mojej pilności, panie?

819

— Tak jest, mój przyjacielu — rzecze Don Kichot — jeśli bowiem powrócisz szybko z miejsca, do którego wysłać cię zamierzam, moja pokuta skończy się, a rozpocznie sława. Lecz na cóż mam cię trzymać w nieświadomości, dowiedz się zatem, wierny giermku, że sławny Amadis z Galii był najdoskonalszym błędnym rycerzem w świecie i że ani Bellianis, ani żaden inny, nie mogą iść z nim w porównanie; żaden z nich niegodzien był zostać jego giermkiem. Dowiedz się teraz, że malarz, chcąc dość sławy w swej sztuce, stara się naśladować najlepsze oryginały i bierze za wzór dzieła najlepszych mistrzów; to samo powinno być prawidłem dla wszystkich sztuk i umiejętności, tak więc, kto chce naśladować Ulissesa, powinien mieć reputację cierpliwego i rozumnego, jakim go Homer przedstawił. Wirgiliusz w osobie Eneasza daje cudowny przykład pobożności i przywiązania synowskiego, a jednocześnie roztropności dzielnego wodza, bo każdy tworzy swego bohatera nie takim, jakim jest, lecz jakim być powinien; dlatego też Amadis, będąc gwiazdą i słońcem walecznych i zakochanych rycerzy, powinien być naśladowany przez nas, którzy walczymy pod sztandarami miłości i błędnego rycerstwa. Tak więc rycerz błędny powinien naśladować jak najlepsze jego czyny, a czyż jest czyn większy nad ten, że Amadis, dając dowód mądrości i męstwa, stałości i miłości, oddalił się na ubogą skałę i tam czynił pokutę pod imieniem Chmurnego Pięknisia, a ponieważ nierównie łatwiej mi jest naśladować go w pokucie niż w walce z olbrzymami, w rozcinaniu wężów, zabijaniu gryfów, rozbijaniu armii całych, rozpraszaniu flot i w zwyciężaniu czarnoksiężników, i gdy zresztą to dzikie miejsce dogodnie odpowiada memu zamiarowi, nie chcę tracić tak pięknej sposobności.

820

— Cóż to więc, panie — rzecze Sancho — zamyślacie czynić na tej pustyni?

821

— Nie powiedziałżem ci — odpowie Don Kichot — że chcę naśladować Amadisa? Będę tu szalał, rozpaczał, wściekał się, naśladując również walecznego Rolanda, który, dowiedziawszy się, że Angelika została podle wydaną Medorowi, oszalał ze zmartwienia i wyrywał drzewa, mącił wody w źródłach, rozpraszał trzody, mordował pasterzy, palił ich chaty i czynił sto tysięcy innych jeszcze szaleństw, godnych wiekuistej pamięci, a jakkolwiek nie myślę naśladować Rolanda, Orlanda albo Rotolanda (gdyż miał te wszystkie imiona) we wszystkich jego szaleństwach, chcę wybrać przynajmniej najcelniejsze. Być może, że poprzestanę jedynie na naśladowaniu Amadisa, który, nie robiąc szaleństw niszczących i krzyczących, pozyskał nieśmiertelną chwałę.

822

— Zdaje mi się, panie — rzecze Sancho — że rycerze, czyniący te szaleństwa i pokuty, mieli do tego powody, ale wy z jakiejże przyczyny chcecie zostać wariatem, któraż dama pogardziła wami? jakiż dowód macie, że pani Dulcynea z Toboso zrobiła jakie głupstwo z Maurem lub chrześcijaninem?

823

— Właśnie dlatego — zawoła Don Kichot — w tym leży cała subtelność mego pomysłu. Błędny rycerz staje się wariatem bez przyczyny i racji, w tym właśnie węzeł gordyjski, ażeby stracić zmysły bez potrzeby i tym sposobem pokazać mojej damie, do czego jestem zdolny w potrzebie. Zresztą długie oddalenie od nieporównanej Dulcynei nie dajeż mi do tego powodów? Nieobecność rodzi niepokój i obawę; tak więc, przyjacielu Sancho, nie trać czasu, aby odwieść mnie od chwalebnego przedsięwzięcia, jestem i będę wariatem, dopóki nie powrócisz z odpowiedzią na list, który poniesiesz pannie Dulcynei. Jeśli ją znajdę godną mojej wierności, powrócę do zmysłów i zrzeknę się pokuty, lecz jeśli nie będzie łaskawą, pozostanę zupełnym wariatem i w tym stanie nic czuć nie będę. W każdym więc razie wyjdę szczęśliwy; ale, ale, Sancho! czy uratowałeś szyszak Mambryna? Spostrzegłem, że go podniosłeś w chwili, gdy ten łotr niewdzięczny usiłował rozbić go na kawałki. Co się z nim stało?

824

— Przez Boga żywego! panie Rycerzu Posępnego Oblicza — wykrzyknął Sancho — nie mogę ścierpieć mowy takiej, bo wnoszę z niej, że wszystko, co mi bajecie o rycerskości, o zdobyciu królestw i cesarstw, o darze wysp i innych nagród, wedle zwyczaju błędnych rycerzy, że to wszystko jest zupełnym kłamstwem, bo jakżeż u diabła! (Boże, przebacz!) można słuchać mówiącego, że miednica golibrody jest szyszakiem Mambryna i widzieć, że ktoś nie wychodzi z błędu przez cztery lub pięć dni, trzebaż go już mieć za wariata koniecznie! Mam ci ja miednicę w swoim tłumoku, cała pogięta, pokrzywiona, każę ją naprawić, aby służyła do golenia brody, jeżeli Bóg pozwoli mi kiedykolwiek powrócić do żony i dzieci.

825

— Na imię nieba, Sancho — rzecze Don Kichot — jesteś najgłupszy z giermków, jacy kiedykolwiek żyli na świecie. Czy podobna, ażeby tak długo będąc już ze mną, nie widzieć, że wszystkie sprawy błędnego rycerstwa, wyglądają jak chimery, jak szaleństwa, że wszystko wydaje się pierwotne, nie żeby tak było w istocie, lecz że między nami krąży ciągle gromada czarnoksiężników, którzy czarują wszystko wedle upodobania. Dlatego to, co ja biorę za szyszak Mambryna, tobie zdaje się być miednicą golibrody, a komu innemu czym innym wydać się może jeszcze. Jest to łaska Opatrzności dla mnie, że szyszak ten jak miednica wygląda, gdyż posiadając w naturalnym kształcie rzecz tak kosztowną, musiałbym o nią ciągłe staczać walki. Schowaj go, drogi przyjacielu, Sancho, na teraz nie potrzebuję szyszaka, muszę rozbroić się zupełnie i będę chodził nago, jak gdybym dopiero z łona matki wyszedł, chyba, że zamiast Amadisowej, naśladować będę Rolanda pokutę.

826

Kończąc tę rozmowę, znaleźli się u stóp wysokiej skały i jakby umyślnie od innych odosobnionej; strumyk, biegnąc powoli po wzgórzu i wijąc się, skrapiał łąkę otoczoną skałami. Świeża zieloność ziół, ilość drzew dzikich, rośliny i kwiaty, którymi skała była okryta, czyniły to miejsce najprzyjemniejszym w świecie. Samotnik, Kochanek romantyczny, Rycerz, DamaUstroń ta podobała się nadzwyczajnie Rycerzowi Posępnego Oblicza, wybrał więc ją do pokutowania i objął w posiadanie tymi słowy:

827

— O nieba! — wołał — otóż jest miejsce, które wybieram, aby opłakiwać smutny stan, do którego mnie przywiedziono. Chcę, aby łzami mymi wezbrały wody tego strumienia, aby moje nieustanne westchnienia wiecznie poruszały liśćmi i gałęziami tych drzew, na okazanie całemu światu strasznej zgryzoty i zadziwiającej troski, którymi napełnione jest serce moje. O wy, ktokolwiek jesteście, burzliwi bogowie, mieszkańcy tej pustyni! słuchajcie skarg nieszczęśliwego kochanka, którego długa nieobecność i zazdrość wymarzona przywiodły w te smutne miejsca, aby opłakiwać los okrutny i swobodnie skarżyć się na zatwardziałość ślicznej niewdzięcznicy, w której niebo zgromadziło wszystkie piękności ludzkiej powaby. O wy! nimfy gór i wy driady, co rade zamieszkujecie dzikich gór ustronia (bądźcie zabezpieczone od Satyrów, którzy mieszają wasz spoczynek), wspierajcie mnie w lamentach moich lub przynajmniej nie dajcie mnie samemu ich słyszeć. O Dulcyneo z Toboso, ty słońce dni moich i księżycu mych nocy, chwało moich cierpień, stello moich podróży, gwiazdo moich przygód. Oby niebo dawało ci zawsze nieprzebrane szczęścia zdroje. Zaklinam cię, miej litość nad smutnym stanem, w jaki mnie wtrąciła okrutna nieobecność twoja, i niech twe serce uczuje litość dla stałej czci mojej. O wy, posępne i samotne drzewa, co towarzyszyć mi będziecie w opuszczeniu moim, upewnijcie mnie słodkim szmerem waszych liści i lekkim drganiem waszych gałęzi, że obecność moja jest wam przyjemną, i ty, mój drogi giermku, kochany i przyjemny towarzyszu przygód moich, uważaj pilnie na wszystko, co czynić będę, nie zapominając najmniejszej rzeczy, abyś mógł to opowiedzieć tej, dla której to czynię. O ty, Rosynancie! który nierozłącznie towarzyszyłeś mi wszędzie, służąc mi wiernie nie tylko w pomyślności, lecz i w niefortunnych dniach moich, ty, co podzielałeś zawsze szczęście i niedolę moją, przebacz mi, że obecnie na samotność skazuję się i wierz mi, że z boleścią cię opuszczam!

828

To powiedziawszy, zsiadł na ziemię, zdjął szybko siodło i uzdeczkę z konia i klepiąc go po grzbiecie, rzekł doń, wzdychając:

829

— Ten, który stracił wolność, tobie ją powraca. O koniu! równie znamienity wielkimi czynami swymi, jak nieszczęśliwy w posępnym losie, idź, gdzie cię nogi poniosą. Poznają cię wszędzie, bo nosisz napisane na wzniosłym czole swoim, że nawet hipogryf Astolfa, ni sławny Frontin, tak drogo zapłacony przez Bragamanta, nie dorównałyby nigdy twojej lekkości i sile.

830

— Przeklęty bądź stokroć — w tym miejscu przerwał Sancho — ty, co pozbawiłeś mnie rozkoszy rozkulbaczenia mego osła i mnie by nie zabrakło przekleństw dla niego, ni słów pięknych na jego chwałę. Lecz z tym wszystkim, chociażby i był tu biedny osiołek, po cóż miałbym mu zdejmować siodełko, cóż on ma mieć wspólnego z wariacją zakochanych i desperatów, kiedy ja, pan jego, nie byłem ani jednym, ani drugim? Lecz powiedzcie mi, panie, czy moja podróż i wasze obłąkanie są już prawdziwe, a jeśli tak, to by było nieźle osiodłać tego Rosynanta znów, ażeby zastąpiwszy osła, ułatwił mi podróż i przyśpieszył powrót w tę stronę, gdyż jeśli przyjdzie mi iść piechotą, nie wiem, kiedy przybędę i kiedy powrócę, bo po prawdzie lichy ze mnie piechur.

831

— Rób jak chcesz, Sancho — odpowiedział Don Kichot — zdaje mi się, że masz słuszność, wreszcie dopiero za trzy dni pojedziesz. Rycerz, Dama, Pokuta, Szaleństwo, CierpienieZatrzymuję cię przez ten czas jeszcze, ażebyś widział, co czynię dla mojej damy i wiernie jej o tym doniósł.

832

— A cóż ja mogę więcej zobaczyć nad to, co już widziałem? — rzecze Sancho.

833

— Daleki jesteś od prawdy — odrzekł Don Kichot — potrzeba, ażebym rozdarł szaty, rzucił zbroję, ażebym zeskoczył ze skały na głowę i tysiąc podobnych a zadziwiających czynił rzeczy.

834

— Na miłość Boską, panie — rzecze Sancho — strzeż się pan skakać z wysoka, możesz uderzyć głową w takie miejsce, że od pierwszego razu skończysz pokutę, a według mego zdania, jeżeli te podskoki są konieczne, wypadałoby przestać (ponieważ tylko naśladujecie pokutę) na naśladowaniu i skakać w wodę lub na materace, a ja mimo to powiem pani Dulcynei, że się wasza wielmożność rzuciłeś głową na skałę ostrą i twardą jak żelazo.

835

— Przyjacielu, Sancho, dziękuję ci za twoje dobre chęci — odpowie Don Kichot — ale wiedz, że to nie jest udanie, lecz rzecz jak najbardziej serio. W przeciwnym razie byłoby to postępować przeciw prawom rycerskim, które zabraniają nam kłamać pod karą uznania niegodnym zakonu, a czynić rzecz jedną zamiast drugiej jest to kłamać. Dlatego moje skoki muszą być prawdziwe, rzeczywiste, niezaprzeczone; jednakże byłoby dobrze, ażebyś mi zostawił szarpi na rany moje, ponieważ zgubiliśmy balsam.

836

— To gorzej, że straciliśmy osła — rzecze Sancho — bo on nosił i balsam i szarpie; lecz proszę waszej dostojności nie mówić mi nigdy o tym szkaradnym napoju, na wspomnienie którego wnętrzności mnie bolą. Proszę pana również pamiętać, że trzy dni, w ciągu których miałem patrzeć się na pańskie szaleństwo, już upłynęły; mnie się zdaje, żem już wszystko widział i cuda opowiem przed panią Dulcyneą, zostawcie mi to, panie, piszcie tylko i wyprawcie mnie, bo drżę z niecierpliwości, ażeby znów powrócić i wybawić pana z tego czyśćca, w którym was zostawiam.

837

— I ty nazywasz to czyśćcem Sancho! — rzecze Don Kichot — nazwij to raczej piekłem lub czymś gorszym jeszcze.

838

— Lecz kto jest w piekle, nie może być zbawionym, o ile słyszałem — rzecze Sancho.

839

— Cóż rozumiesz przez zbawienie? — spyta Don Kichot.

840

— Ja chcę powiedzieć, że kto się dostał do piekła, nie może już wyjść stamtąd — odpowie Sancho — co nie przytrafi się panu, gdyż ja będę machał piętami, poganiając Rosynanta, który dowiezie mnie do Dylcynei z Toboso, a opowiem tam tak dziwne rzeczy o waszym szaleństwie i o waszych impertynencjach (ponieważ myślę, że to na jedno wyniesie), że choćby była twardszą od łańcucha, zmiękczę ją tak, że można by rękawiczkę z niej zrobić, i wziąwszy odpowiedź słodką jak miód, powrócę piorunem jak czarownik i wybawię was z tego czyśćca, który wygląda jak piekło, choć nim nie jest.

841

— Lecz jak zrobimy z napisaniem listu? — spyta Don Kichot.

842

— I z upoważnieniem do zabrania osiołków? — dodał Sancho.

843

— Nie zapomnę o tym — odrzekł Kichot — a że nie mam papieru, muszę pisać na liście. Zapomniałem, że mam kartki Kardenia, które bardzo przydadzą się do tego, tym bardziej, że w pierwszym lepszym mieście każesz przepisać mój list pięknym charakterem jakiemu bakałarzowi, jeżeliby go zaś nie było, to zakrystian parafialny w tym go wyręczy. Tylko strzeż się dać do przepisania prawnikowi, bo by go i sam diabeł nie przeczytał.

844

— Dobrze, ale jakże będzie z podpisem? — zapytywał Sancho.

845

— Amadis nigdy nie podpisywał swoich listów — rzekł Don Kichot.

846

— To bardzo pięknie — rzecze Sancho — ale rozkaz wydania osiołków nie może być bez podpisu.

847

— Rozkaz napiszę na tabliczce i podpiszę go, moja siostrzenica zobaczywszy to, nie będzie robiła żadnych trudności, w liście miłosnym trzeba na końcu umieścić: Twój do śmierci Rycerz Posępnego Oblicza. Rycerz, Kochanek, Kochanek romantyczny, Dama, Miłość platoniczna, Miłość romantyczna, Pozycja społeczna, Kobieta, MężczyznaNie trzeba się kłopotać, że list będzie nie moją pisany ręką, gdyż, o ile pomnę, Dulcynea ani czytać, ani pisać nie umie i w życiu nie widziała mojego pisma. Miłość nasza była tylko w idei naszej i nigdy nie przeszła jej granic; mogę przysiąc, iż w ciągu lat dwunastu kochając ją nad życie, cztery razy ją tylko widziałem, a ona, trzymana ściśle przez Lorenca Korchnelo, swego ojca, i Aldonzę Nogalez, starą krewną, być może nie zauważyła mnie wcale.

848

— Jakże to? — krzyknął Sancho — więc to córka Lorenca Korchnela jest panią Dulcyneą z Toboso?

849

— Tak, to ona — odpowie Don Kichot. — Ona, co warta, by ją cały świat ubóstwiał.

850

— To ja ją znam — odpowie Sancho. — Cepami robi jak najpotężniejszy chłop z naszej wioski, do kata! to mi to dziewka! prosta, grubopłaska i tęgo zbudowana! i na moją duszę! mogłaby zmierzyć się z każdym błędnym rycerzem, który by ją wziął za kochankę, pfu! a jaka mocna, jakiej kompleksji i jaki ma głos! Pewnego dnia, będąc na wierzchu dzwonnicy w naszej wiosce, wołała na sługi swojego ojca, które o pół mili znajdowały się, i patrzcie, usłyszały, jak gdyby pod dzwonnicą stały! A co najlepsze, że wcale nie wybredna, igra ze wszystkimi i żartuje ze wszystkich. Oho! prawdziwie teraz, panie Rycerzu Posępnego Oblicza, możecie bezpiecznie robić dla niej wszystkie szaleństwa. Wolno wam desperować i powiesić się nawet, nikt nie powie, żeście źle uczynili, choćby was wszyscy diabli porwali. Aldonza Lorenco, dobry Boże! drżę na myśl spotkania się z nią, bo od dawna już jej nie widziałem, musiała bardzo zmienić się w tym czasie; słońce, powietrze i praca co dzień w polu bardzo psują twarze kobietom. Muszę wam wyznać jedną rzecz, panie Don Kichot, że dotąd żyłem w wielkiej niewiadomości; byłbym przysiągł, że pani Dulcynea jest jaką wielką księżniczką, w której zakochani jesteście, albo jakąś znaczną damą, godną bogatych prezentów, które jej posyłałeś, jak np. Biskajczyka, galernika i tylu innych, stosownie do rozmaitych zwycięstw, które odnieśliście w czasie, kiedy nie miałem honoru być waszym giermkiem jeszcze, lecz poznawszy, że tą damą jest Aldonza Lorenco, czyli dama Dulcynea z Tobosy, przed którą ci, których zwyciężyliście, musieli zginać kolana, a myślę właśnie, że to przypaść mogło w czasie, gdy czesała konopie, albo gdy młóciła zboże na klepisku, to ci ludziska musieli czuć wielki wstyd, klękając przed istotą tak nieochędożną[96]; myślę nawet, że ona sama żartować musiała z waszych prezentów.

851

— Mówiłem ci już wielokrotnie, Sancho — rzecze Don Kichot — że jesteś wielki papla i jakkolwiek gbur i głupiec, mieszasz się do rzeczy subtelnych, wcale nie na twój rozum, lecz mój drogi przyjacielu, cieszę się, mogąc przekonać cię, że mam tyle rozumu, ile ty głupoty w sobie, i zamiast gniewać się na ciebie, objawić wolę, że Dulcynea z Toboso jest równie dobrą i lepszą nawet od najpotężniejszej księżniczki. Wszyscy poeci, którzy opiewali pochwały dam, zmyślone nadawali im imiona, sądzisz więc, że Filis Sylvia, Diana Amaranta, które w książkach i na teatrze widzisz, były istotami z ciała i kości, kochankami tych, którzy je chwalili? Wcale nie, są to tylko utwory wyobraźni poetów, którzy, chcąc wykształcić dowcip i dać ciało swoim natchnieniom, pragnęli, aby świat, widząc ich zakochanymi, wziął ich za ludzi zasłużonych i znaczących, dla mnie dosyć, że Aldonza Lorenco jest piękną i uczciwą, urodzenie jej wcale mnie nie obchodzi i nie pytając o nie, jestem równie szczęśliwy, jak gdyby była wielką księżniczką.

852

Dowiedzże się, Sancho, jeśli dotąd o tym nie wiedziałeś, że najbardziej zniewalające nas do miłości przymioty są piękność i skromność, a te obydwa w takim stopniu posiada Dulcynea, że jest bez zaprzeczenia najpiękniejszą w świecie. Ja utworzyłem sobie ideę podług swoich życzeń i przedstawiam ją sobie taką, że ani Helena, ani Lukrecja, ani żadna z heroin wieków przeszłych, greckich, łacińskich i barbarzyńskich, wznieść się aż do niej nie zdoła. Niech mówią, co chcą, idioci nie zgodzą się na to, ale uczciwi ludzie zrozumieją moje uczucia.

853

— Panie — rzecze Sancho — macie rację zawsze i we wszystkim, przyznaję, że jestem osioł, bo po cóż u diabła to imię wlazło mi w gębę, wiadomo przecie, że uderzyć w stół, a nożyce się odezwą. Z tym wszystkim, panie, piszcie listy i niech już raz wyjadę wreszcie.

854

Don Kichot dobył kartki i oddaliwszy się cokolwiek dla napisania, przywołał Sancha po chwili i rzekł mu, że chce przeczytać mu list, ażeby go nauczył się na pamięć, z obawy, aby go nie zgubił w drodze.

855

— Napiszcie go lepiej trzy razy w tabliczkach — odpowie Sancho — bo ja tam go nie spamiętam, choćby mnie zabił, taką tępą mam głowę, że często zapominam własnego imienia. Z tym wszystkim, proszę was, odczytajcie, wyobrażam sobie, że musi być napisany pięknie, posłucham go z ukontentowaniem.

856

— Słuchaj więc — rzecze Don Kichot:

„Ten, który jest przebity do żywego ostrym końcem nieobecności twojej i którego miłość zraniła w najczulszą serca cząsteczkę, życzy ci zdrowia, którego sam nie ma, najprzyjemniejsza Dulcyneo z Toboso! Jeżeli twoja piękność mną gardzi, twoja cnota nic nie mówi na moją korzyść i jeżeli twój wstręt trwa ciągle, niepodobna, abym zniósł tyle boleści i choć jestem przyzwyczajony do cierpień, to przecież siła bólu mocniejsza od mojej siły. Mój wierny giermek, Sancho, opowie ci dokładnie, piękna niewdzięcznico i zbyt miła nieprzyjaciółko, stan, w jakim jestem, i troski, jakie znoszę z Twojej przyczyny; jeżeli masz dosyć współczucia dla mnie i siebie, to mnie zachowując, zachowasz swoje własne dobro od zguby. Jeżeli nie, rób co ci się podoba, kończąc życie, zadowolnię[97] i Twoje okrucieństwo, i moje pragnienia.

Twój aż do grobowej deski Rycerz Posępnego Oblicza”.

857

— Na moją brodę! — krzyknął Sancho — w życiu moim takiego listu nie czytałem. Czy diabli! Jak to pan wszystko pięknie umie powiedzieć, jak tęgo namachany pod spodem: Rycerz Posępnego Oblicza. DiabełNiech zginę! jesteście, panie, jak diabeł, wszystko umiecie zrobić!

858

— W moim stanie trzeba wszystko umieć — rzecze Don Kichot.

859

— Otóż więc — ciągnął dalej Sancho — napiszcie teraz z drugiej strony rozkaz wydania mi oślątek i podpiszcie go pięknie, ażeby poznano waszą rękę.

860

— Chętnie — odpowie Don Kichot i napisawszy, przeczytał:

„Moja siostrzenico! Oddasz za tym kwitem trzy oślątka z pięciu, które w domu zostały, memu giermkowi, Sanchy, od którego należytość za nie odebrałem. Dan w głębi Sierra Morena, 26 sierpnia r. b.”

861

— Doskonale napisany — rzecze Sancho — brakuje tylko podpisu.

862

— Nie trzeba go podpisywać — odpowie Don Kichot — tylko go podcyfruję, a to wystarczy nawet na 300 osłów.

863

— Ufam panu zupełnie — rzekł Sancho — i idę osiodłać Rosynanta; przygotujcież się więc dać mi błogosławieństwo, gdyż chcę wyjechać natychmiast, i nie bawiąc się przypatrywaniem szaleństwom, jakie czynić będziecie, powiem, że je widziałem wszystkie.

864

— Chciałbym przynajmniej, Sancho, ażebyś mnie zobaczył nagim — rzecze Don Kichot — potrzeba nawet, ażebym pokazał ci jedno z dwóch tuzinów szaleństw, które wykonam wkrótce, abyś, widząc je, mógł przysiąc sumiennie i za te, których nie widziałeś, a zapewniam cię, że nie wymienisz i połowy z tych, jakie zrobić zamierzam.

865

— Oho! co temu, to bardzo wierzę — rzecze Sancho — lecz panie, na miłość Boską, nie chcę cię widzieć gołego, wzbudzisz we mnie litość i nie będę mógł od łez się wstrzymać, a tak bardzo już opłakiwałem tej nocy osła, którego również jak was kochałem, że nie chcę rozpoczynać na nowo; lecz jeśli potrzeba koniecznie, abyś uczynił jakie szaleństwo, uczyń je szybko i nie namyślając się, jakkolwiek nie widzę tego potrzeby, bo i tak powrócę prędko z podróży i przyniosę wam odpowiedź, której żądacie od damy waszej. Do licha, pani Dulcynea powinna się przygotować dać mi pomyślną rezolucję, bo przysięgam Bogu, jeśli tego nie uczyni, z gardła wyciągnę jej odpowiedź i w gębę zamaluję i porządnie nogą niżej pleców kopnę. Jak to! tak sławny błędny rycerz, jak pan, miałby szaleć bez powodu dla jakiejś tam… Niech kochana dama nie robi ceregieli, bo jakem poczciw, gdy się rozjuszę, to się będzie miała z pyszna, nie taki ja, jak się zdaje, nie zje mnie w kaszy.

866

— Na dobrą sprawę, Sancho — rzecze Don Kichot — zdaje mi się, że ty nie jesteś rozsądniejszy ode mnie.

867

— Nie jestem tak szalony jak wy, ale za to więcej rozgniewany, lecz dajmy temu pokój, powiedzcie raczej, panie, co jeść będziecie dopóki nie wrócę? udacież się na drogę, jak Kardenio, wydzierać chleb biednym pasterzom?

868

— Niech cię to nie martwi — odpowie Don Kichot — choćbym miał co najlepszego, nie jadłbym prócz trawy z tej łąki i owoców z tych drzew; bo właśnie właściwość mojej pokuty zależy na tym, ażeby umierać z głodu i innych podobnych umartwień.

869

— Ale, ale panie — rzecze Sancho — czy wiecie, że wątpię, azali trafię w to miejsce za powrotem.

870

— Rozpatrz się dobrze — odpowie Don Kichot — nie oddalę się stąd nigdzie, i kiedy niekiedy wchodzić będę na najwyższą skałę, ażebyś, widząc mnie, łatwiej się kierował; lecz dla większej pewności możesz, uciąwszy kilka gałęzi, porzucać je za sobą co parę kroków, dopóki nie wyjdziesz na płaszczyznę, to ci służyć będzie za przewodnika, na podobieństwo nici Tezeusza, do wyjścia z labiryntu Krety.

871

— Uczynię to natychmiast — rzecze Sancho — i uciąwszy potrzebną ilość gałęzi, odebrał błogosławieństwo swego pana, obydwaj rozpłakali się i giermek wsiadł na Rosynanta.

872

— Przyjacielu Sancho — rzecze Don Kichot — polecam ci mego dobrego konia, miej o nim takie jak o mnie samym staranie.

873

Sancho pożegnał raz jeszcze swego pana i puścił się w drogę, rzucając za sobą gałęzie; ujechawszy cokolwiek, wrócił się znów i na zapytanie, czego by żądał, rzecze:

874

Pan, Sługa, Szaleństwo— Zdaje mi się, panie, że niekiedy macie rozsądek i bardzo dobrze mówiliście, że potrzebuję być świadkiem i pomocnikiem którego z szaleństw waszych, abym mógł przysiąc sumiennie, że widziałem jeden z największych dowodów waszej niesłychanej pokuty.

875

— Nie mówiłem ci tego zaraz? — rzecze Don Kichot. — Ale poczekaj trochę przez jedno Zdrowaś Maria. Obaczysz, co zrobię.

876

I zrzucając w tej chwili z siebie spodnie, nagi od pasa do pięt, zrobił dwa skoki ogromne w powietrzu, bijąc się w tył piętami, potem dwa skoki głową na dół, a nogami do góry, ukazując tym sposobem tak przyjemne rzeczy, że Sancho zwrócił szybko konia, by nie widzieć więcej, i odjechał zadowolony, mogąc bez skrupułu przysięgać, że pan jego istotnie jest wariatem.

877

Zostawmy go w tej podróży aż do powrotu, który wkrótce nastąpi.

Rozdział XII

W którym dalszy ciąg subtelności miłosnych przez zalotnego rycerza z Manchy w Sierra Morena wykonanych.

878

Rycerz, Dama, Pokuta, Książka, ZabawaDon Kichot, nagi od stóp do pasa, uczyniwszy mnóstwo skoków i widząc, że Sancho pojechał, wstąpił na wierzchołek skały i zaczął namyślać się głęboko, co ma robić: czy naśladować Rolanda we wściekłości, czy Amadisa w melancholijnych dziwactwach, i rozumując, mówił sam do siebie:

879

— Jeżeli Roland był rycerzem tak wielkim i dzielnym, jak o nim powiadają, nie zrobił nic cudownego, gdyż czary zasłaniały go od rany na całym ciele, prócz jednej pięty, na której nosił zwykle trzewiki o sześciu żelaznych podeszwach, a mimo to jednak ostrożność owa na nic mu się nie przydała. Bernard de Carpio bowiem udusił go w ramionach na dolinie Ronçevaux. Lecz nie tykając jego waleczności, rozpatrzmy dobrze jego szaleństwa. Niezaprzeczenie stracił on rozsądek po dowodach, jakie znalazł i wiadomościach, jakich udzielił mu pasterz o rozpustnych związkach Angeliki z Medorem, młodej Maurytanki o pięknych włosach z paziem Agramanta. Jeżeli Roland nie wątpił o wiarołomstwie swej damy, to nie zrobił nic wielkiego zwariowawszy, i to nie zdaje mi się trudne do naśladowania. Mogęż więc naśladować jego szaleństwa, nie mając do nich równego powodu? bo przysiągłbym sto razy, że pani Dulcynea z Toboso w życiu swoim żadnego Maura nie widziała i że dziś jeszcze jest tak czysta, jak ją matka na świat wydała. Znieważyłbym ją, naśladując szaleństwa Rolanda. Z drugiej strony znów widzę, że Amadis z Galii, nie tracąc zmysłów i nie robiąc głośnych szaleństw, również się wsławił w miłości; wedle tego co o nim piszą, odprawiał pokutę jedynie z powodu pogardy Oriany, która zabroniła mu pokazywać się jej na oczy, dopóki nie będzie przywołany. To było jedynym powodem, że oddalił się na Ubogą Skałę z pustelnikiem i tam wylewał łzy tak obfite, że aż niebo, litując się nad nim, zesłało mu pociechę w tej ciężkiej pokucie. Po cóż więc ja bym miał chodzić goły, wyrywać drzewa, które mi nie zrobiły nic złego, i mącić wodę w strumieniu, która mi potrzebna będzie. Niech żyje pamięć Amadisa! Don Kichot naśladować go będzie i o nim, jak o tamtym, świat powie, że jeżeli nie dokonał wielkich rzeczy, to przynajmniej umarł z chęci dokonania ich, a chociaż Dulcynea mną nie gardzi, ani mnie odpycha, zawsze jednak cierpię jako oddalony. Odważnie więc! rozpocznijmy dzieło! O! powróćcie do pamięci mojej dziwne Amadisa czyny! i natchnijcie mnie, jak mam zacząć swoją pokutę! Ale przypominam sobie, że modlitwa zajmowała go najwięcej, trzeba przeto uczynić toż samo i naśladować go pilnie i we wszystkim; bo ja jestem Amadisem mojego, jak on był swojego wieku.

880

Najbardziej martwiło naszego pokutnika, że nie miał pustelnika, który by go pocieszał; mimo to pogrążał się w głębokie zadumy, przechadzał się smutnie po łące, pisał po piasku i po korze drzew historię swego życia i pochwały Dulcynei; nieszczęściem, nie wszystkie pozostały i te tylko przeczytać było można:

Drzewa, rośliny i kwiaty,

Co tak wysoko wznosicie

Liść wasz i kolor bogaty,

Jeśli me skargi słyszycie,

Opowiem wam moje straty.

Niech boleść, która mną miota,

Śród strasznej cierpień kolei,

Da wam dar droższy od złota,

Niech da wam łzy Don Kichota

Płynące po Dulcynei

Z Toboso.

Tu, w tej samotnej ustroni,

Wierny kochanek się kryje,

Przed swoją damą się chroni

I łzy tęsknoty tu pije.

Serce jego, jak sierota,

Żyje bez pociech nadziei,

Toteż beczkę łez tęsknota

Zbierze z oczu Don Kichota,

Płynących po Dulcynei

Z Toboso.

Śród gór szuka awantury,

Klnąc swoje losy okrutne,

Mężny kochanek ponury,

A na serce jego smutne

Spadają złowrogie chmury.

Miłości bożek — niecnota!

Kawałkiem rzemiennej szlei

Na kark jego ciosy miota!

Więc ciekną łzy Don Kichota,

Płynące po Dulcynei

Z Toboso.

881

Te wiersze rozśmieszyły wielu, którzy je później czytali, a nade wszystko przydomek z Toboso zdawał się im bardzo zabawny, gdyż sądzili, że Don Kichot, pisząc je, wyobrażał sobie, że nikt ich nie zrozumie, gdy nie doda „z Toboso” do imienia Dulcynei. Napisał jeszcze wiele innych wierszy, lecz nie można było wyczytać więcej. Było to jedynym zatrudnieniem zakochanego rycerza w jego samotności; prócz tego wzdychał, przyzywał faunów i sylwanów leśnych, nimf źródeł i strumieni, i żałosne echo, zaklinając je, aby słuchały, odpowiadały mu i pociechy udzielały. Gdy jeść mu się zachciało, szedł na trawę, oczekując z niecierpliwością swojego giermka, który w końcu trzeciego dnia przybył i znalazł Rycerza Posępnego Oblicza zmienionego tak okropnie, że przypatrywał mu się ze trzy razy, nim go poznał.

882

Zostawmy naszego bohatera, wzdychającego i piszącego wiersze, a zobaczmy, jak się udało poselstwo Sanchy. Wyjechawszy z gór, zwrócił się drogą ku Toboso. Nazajutrz po południu znalazł się przed oberżą, gdzie go spotkał przypadek owego podrzucania. Skóra zadrżała na nim na jej widok i już chciał w bok czmychać, mimo że obiadowa godzina dawno już przeszła, a biedaczek nic nie jadł od rana, ale potrzeba zwyciężyła bojaźń, podjechał do oberży i kiedy namyśla się jeszcze, czy ma wejść, czy nie, jacyś dwaj ludzie wyszli w tej chwili z karczmy i jeden rzekł do drugiego:

883

— Księże proboszczu! Nie jestże to Sancho Pansa, którego, jak mówiła ochmistrzyni, nasz awanturnik wziął z sobą za giermka?

884

— A prawda, on sam — odpowie proboszcz — a oto i koń Don Kichota.

885

Był to istotnie proboszcz i cyrulik[98] z tejże wioski; ci sami, co to na spółkę spalili księgi Don Kichota. Rozpoznawszy dokładnie i konia, i jeźdźca, zbliżyli się, a proboszcz, wołając Sanchę po imieniu, zapytał go, gdzie by Don Kichota zostawił? Sancho poznał ich także, lecz umyślił ukryć miejsce i stan, w jakim pana swego zostawił.

886

— Panowie — rzecze — mój pan zajęty jest w pewnym miejscu sprawą wielkiej wagi, której wyjawić nie mogę, chociażby mi zginąć przyszło.

887

— O nie! przyjacielu Sancho Pansa — rzecze cyrulik — nie pozbędziesz się nas tak łatwo i jeżeli nie powiesz nam, gdzie zostawiłeś seniora Don Kichota, posądzimy cię, że zabiłeś go, aby ukraść mu konia; krótko mówiąc, musisz wyznać, gdzie twój pan, albo gotuj się iść do więzienia.

888

— Och! panowie — rzecze Sancho — niepotrzebnie mi tak grozicie, nie pokaże się po mnie, ażebym miał być zbójcą albo złodziejem, jestem uczciwy chrześcijanin i na dowód tego powiem wam, że mój pan znajduje się w głębi gór, gdzie odprawia pokutę siarczystą, aż włosy na głowie powstają.

889

List, Sługa, PanI opowiedział im wszystko: położenie, w jakiem zostawił Don Kichota, przygody, jakie mu przytrafiły się, dodał, że jedzie z listem do pani Dulcynei z Toboso, córki Lorenca Korchnela, w której rycerz straszliwie jest zakochany.

890

Proboszcz i cyrulik niezmiernie zdziwili się, usłyszawszy rzecz całą, i jakkolwiek znali wiele szaleństw Don Kichota, w głowie im się pomieścić nie mogły te codzienne nowe dziwactwa. Żądali zobaczenia listu, który Don Kichot napisał do Dulcynei, na co Sancho odpowiedział, że list napisany jest na tabliczkach i że ma rozkaz kazać go ładnie przepisać na pięknym papierze; proboszcz obiecał sam się tym zająć, lecz gdy uradowany Sancho wsadził rękę w zanadrze, szukając tabliczek, nie znalazł ich tam wcale, zapomniał bowiem wziąć z sobą, a raczej Don Kichot w roztargnieniu zatrzymał je. Zimny pot wystąpił biednemu posłowi na czoło, szukał jeszcze po dwakroć, przetrząsnął wszystkie suknie i sto razy oglądał się dokoła, widząc wreszcie, że nadzieja stracona, wziął się obiema rękami za brodę i z rozpaczy wyrywać ją zaczął, potem dał sobie w nos pięć lub sześć szczutków, tyleż w zęby i ubroczył się cały we krwi. Proboszcz i cyrulik na próżno go wstrzymywali i łagodzili w tej rozpaczy, a nie mogąc nic wskórać, zapytali, dlaczego tak okrutnie obchodzi się z sobą.

891

— Dlaczego? — odpowie Sancho — a to dlatego, że przez to straciłem trzy osły, z których najmniejszy wart był chałupy.

892

— Jak to? — zapyta cyrulik — jakim sposobem?

893

— A tak — odpowie Sancho — zgubiłem karteczki, na których napisany był list do pani Dulcynei z Toboso i kwit mego pana, za którym siostrzenica jego wydać mi miała trzy osły.

894

Opowiedział następnie, jak własnego utracił, i zaczął znów mordować się kułakami. Proboszcz pocieszył go, upewniając, że wyrobi mu u siostrzenicy inne upoważnienie i na właściwym papierze, gdyż napisane na karteczce nic nie znaczy; wtedy Sancho pocieszony wyznał, że strata listu do Dulcynei nie obchodzi go tak bardzo, gdyż cały prawie umie na pamięć.

895

— Opowiedz nam, co w nim jest, a przepiszemy go zaraz.

896

Sancho zamyślił się trochę, podrapał się w tył głowy, aby przypomnieć sobie wyrażenia listu, przestąpił z nogi na nogę, patrzył czas jakiś w niebo, potem na ziemię, zakrył sobie oczy rękoma i dobrze się namyśliwszy, rzecze:

897

— Niech pęknę w tej chwili, jeżeli diabeł nie wmieszał się w tę sprawę. Nie mogę sobie przypomnieć z tego psiego listu ani jednego słóweczka, prócz tego, że zaczynał się od: Wysoka i podziemna damo.

898

— Chyba przyjemna — rzecze cyrulik.

899

— Tak! tak! masz rację — zawoła Sancho — zdaje mi się, że dalej było tak: Ten, który ma członki obrażone od siły twojej esencji, całuje ręce waszej wielmożności, o niewdzięczna i cudaczna piękności, nie wiem coś on tam dalej pisał o chorobie, o zdrowiu, wiem, że tam coś było jeszcze bardzo pięknego, a wszystko zakończył następnie:

„Twój do grobowej deski. Rycerz Posępnego Oblicza.”

900

Rycerz, Sługa, Szaleństwo, KsiądzDobra pamięć Sanchy zabawiła bardzo słuchaczów, którzy, wychwalając go, prosili, aby im list cztery razy powtórzył w celu dokładnego nauczenia się i spamiętania go. Sancho za każdym razem inaczej mówił i dodał w końcu wszystko, co wiedział o swoim panu od czasu, jak razem szukali przygód, lecz zamilczał zupełnie o swoim wypadku w oberży, przydał wreszcie, że w razie pomyślnej odpowiedzi od pani Dulcynei, Don Kichot puści się w podróż, ażeby prędzej zostać cesarzem lub królem w najgorszym razie, że to już ułożyli między sobą, co zresztą było bardzo łatwe do wykonania dla rycerza takiego męstwa i siły, jak Don Kichot. Gdy to się stanie, rycerz ożeni Sanchę z powiernicą cesarzowej, a dziedziczką wielkiego państwa na stałym lądzie, a nie żadnej wyspy, bo tych już nie lubi.

901

Sancho mówił to wszystko z takim spokojem umysłu, tak zimno i poważnie, obcierając kiedy niekiedy nos i brodę ze krwi, że proboszcz i balwierz zdumieli się nad niebezpiecznym obłąkaniem Don Kichota, które w tak krótkim czasie udzieliło się i giermkowi jego. Nie tracili czasu na próżnych perswazjach, widząc, że nie ma w tym nic przeciwnego sumieniu i że choćby robił najśmieszniejsze rzeczy, nie popełni żadnego występku, a po prostu wystawić się jedynie może na powszechne naigrawanie. Proboszcz przeto rzekł mu, aby się tymczasem modlił za swego pana, że wkrótce zostanie on niezawodnie cesarzem lub najmniej arcybiskupem.

902

— Księże proboszczu — odpowie Sancho — jeżeliby rzeczy zmieniły się w ten sposób, że mój pan zamiast cesarzem, zostałby arcybiskupem, to raczcie mi objaśnić, co daje błędny arcybiskup swojemu giermkowi?

903

— Jest w zwyczaju — odpowie proboszcz — nagradzać giermków miejscem zakrystiana, wyznaczyć mu jakie beneficjum, lub wreszcie probostwo nawet, które mu niemało dochodu przynieść może…

904

— Lecz do tego potrzeba pewno — rzecze Sancho — żeby giermek nie był żonaty i żeby umiał mszę odprawić, a ja, osioł, mam żonę i nawet abecadła nie umiem. Cóż to będzie ze mną, jeśli memu panu wlezie w głowę arcybiskupem zostać?

905

— Niech cię to nie trapi, przyjacielu Sancho — rzecze mu balwierz — rozmówimy się z nim o tym i ksiądz proboszcz pod utratą zbawienia rozkaże mu cesarzem, a nie biskupem zostać; raz, że mu to łatwiej przyjdzie, po wtóre, że ma więcej odwagi niż nauki.

906

— I ja tak myślę — rzecze Sancho — chociaż, prawdę mówiąc, on wszystko umie. Co do mnie jednak, będę się modlił do Boga, ażeby mu przeznaczył to, co właściwsze i z czego lepiej będzie mógł wynagrodzić giermka swojego.

907

— Mówisz jak człowiek rozumny — rzecze proboszcz — i postąpisz sobie, jak dobry chrześcijanin w tym względzie; obecnie trzeba tylko wydobyć twego pana z tej straszliwej pokuty, która mu nic nie przyniesie w zysku, a ponieważ teraz jest już południe, zastanowimy się nad tym po obiedzie; wejdźmy do oberży.

908

— Wejdźcie sami, kiedy chcecie, moi panowie — rzecze Sancho — ja tu zaczekać wolę. Wkrótce opowiem wam, dlaczego to czynię, proszę was tylko przyślijcie mi choć trochę gorącej strawy i owsa dla Rosynanta.

909

Weszli; balwierz wkrótce wyniósł obiad Sanchy i powrócił do proboszcza, który oświadczył, iż obmyślił wreszcie niezawodny sposób wyprowadzenia z obłędu Don Kichota, sposób całkiem zgodny z jego usposobieniem.

910

Przebranie, Podstęp, Szaleniec— Obmyśliłem — rzecze proboszcz do cyrulika — że trzeba nam się przebrać: mnie za pannę błędną, a tobie za mojego giermka. W tym charakterze przedstawię się Don Kichotowi, udając damę prześladowaną, szukającą pomocy; zażądam od niego usług i poświęcenia, którego, jako błędny rycerz, odmówić mi nie może. Wezwę go, aby udał się ze mną i pomścił krzywdę, wyrządzoną mi przez rycerza niegrzecznego i wiarołomnego, błagając zarazem, ażeby mi pozwolił nie zdejmować z twarzy zasłony aż do chwili pomszczenia wyrządzonej mi niesprawiedliwości. Don Kichot uczyni wszystko dla takich powodów i tym sposobem wydobędziemy go z miejsca, gdzie jest obecnie, zaprowadzimy do domu i tam spróbujemy uleczyć z obłąkania.

Rozdział XIII

Który opisuje, jakim sposobem proboszcz i cyrulik wykonali plany swoje i wiele innych rzeczy godnych opowiedzenia.

911

Cyrulik znalazł pomysł proboszcza doskonałym[99], wzięli się więc do wykonania go natychmiast. Przebranie, Ksiądz, KobietaPożyczyli od gospodyni kobiecego ubioru, który przywdziawszy, proboszcz dał w zastaw nowiuteńką sutannę, a cyrulik zrobił sobie ogromną brodę z konopi. Gospodyni pytała ich, na co im to wszystko ma służyć? Proboszcz opowiedział jej w kilku słowach obłąkanie Don Kichota, a oboje gospodarstwo, poznawszy z opisu, że to był ich dawny gość z cudownym balsamem, pan podrzucanego giermka, opowiedzieli ze swej strony wszystko, co zaszło w ich domu, nie przepuszczając i tego, co Sancho ukryć usiłował. Wreszcie gospodyni przestroiła proboszcza na pannę tak piękną, jak tylko można było żądać. Włożyła mu spódnicę sukienną, obszytą czarnym aksamitem pięknie wycinanym i kaftanik zielony z kokardami z białego atłasu, a nadto włożyła wiele innych jeszcze modnych drobiazgów w tak doskonałym gatunku, że wyglądały, jak gdyby pochodziły z czasów drugiej królowej Kastylii. Proboszcz, nie chcąc uczesać się po kobiecemu, włożył tylko nocny czepek, opasawszy go czarną jedwabną podwiązką, z drugiego zaś czepka zrobił sobie rodzaj maski, która zakrywała mu twarz i brodę. Na czepek włożył swój kapelusz, tak wielki, że za parasol mógł służyć, i okrywszy się płaszczem, wsiadł po kobiecemu na muła. Cyrulik wsiadł na swojego, pożegnali się z gospodarstwem i poczciwą Maritorną, która przyrzekła modlić się za szczęśliwe powodzenie tak chrześcijańskiego przedsięwzięcia. Zaledwie oddalili się kilkadziesiąt kroków, zaczęły brać księdza jakieś skrupuły; przyszło mu do głowy, że to rzecz niewłaściwa, aby kapłan przebierał się za kobietę, choćby w najlepszej nawet intencji, rzecze więc do cyrulika:

912

— Mój bracie, proszę cię, przemieńmy suknie, jakoś lepiej będzie tobie za pannę, a mnie za koniuszego. Tym sposobem mniej sprofanuje się moja godność i mój charakter, którym więcej niż Don Kichotowi winienem względów.

913

Uparł się przy tym i oświadczył, że postanowił cofnąć się od przedsięwzięcia, jeśli tej zamiany sukien nie uskuteczni; jechał właśnie Sancho i nie mógł wstrzymać się od śmiechu na widok tak przyjemnych masek. Cyrulik zgodził się chętnie na zamianę roli, proboszcz nauczał go, jak ma mówić do naszego rycerza, aby go skłonić do zaprzestania pokuty, żądając od niego pomocy. Balwierz odpowiedział, że łatwo da sobie radę, gdyż w języku błędnego rycerstwa bardzo jest biegły. Nie chciał jednakże przebrać się, aż gdy przybędą na górę. Udali się więc w dalszą drogę za przewodnictwem Sanchy, który opowiadał im zdarzenie, jakie mieli z owym wariatem w górach, nie pisnął jednak ani słówka o pieniądzach i walizie, bo nasz giermek, choć to niby głupia sztuka, doskonale umiał milczeć w potrzebie. Dnia następnego przybyli do miejsca, gdzie Sancho rzucał gałęzie dla oznaczenia drogi. Zobaczywszy to, rzekł im koniuszy, że tędy wejdą i że przebrać się im tu właśnie należy, jeżeli sądzą, że to się przyda na co dla dobra jego pana; wiedział bowiem o ich planie i zaręczał, że będzie udawał przed Don Kichotem, jakoby ich wcale nie znał. Proboszcz przy tym ostrzegł giermka, że gdyby Don Kichot zapytał go, czy list Dulcynei wręczono, iżby mu odpowiedział, jako Dulcynea pisać nie umiejąc, ustną tylko przesyła mu prośbę, aby dla jej miłości natychmiast przybywał pod karą wiecznej niełaski. Zgodzili się wszyscy, że po takiej odpowiedzi i po tym, co mu ze swej strony przebrani powiedzą, nasz bohater porzuci pokutę i uda się w drogę natychmiast, aby zostać cesarzem, a nie arcybiskupem.

914

— Dobrze by było, zdaje mi się — dodał Sancho — ażebym ja udał się naprzód do mego pana i zaniósł mu odpowiedź Dulcynei, może to będzie dostateczne do wyprowadzenia go z tej pustyni, a wam oszczędziłoby to niepotrzebnego kłopotu.

915

Proboszcz i cyrulik obiecali czekać na Sanchę w tym miejscu, a giermek pojechał wąwozem w góry, zostawiając przebranych towarzyszów nad brzegiem strumienia, gdzie kilka drzew i skała dawały cień świeży i przyjemny, który tym większym był dla nich dobrodziejstwem, że upał był nadzwyczajny.

916

Gdy tak obydwaj siedzieli, rzeźwiąc się po trudach, usłyszeli nagle głos, który, lubo bez towarzystwa żadnego instrumentu, nader piękny im się wydawał; nie pojmowali, jakim wypadkiem ktoś tak dobrze śpiewający mógł się znajdować w tak dzikim miejscu, bo jakkolwiek poeci sielscy tworzą pasterzy z najpiękniejszym w świecie głosem, wiadomo przecież, iż to są tylko fikcje niepodobne do prawdy. Panowie poeci myślą, że zaszkodziliby sobie, równie jak panowie malarze, gdyby nie przesadzali wszystkiego, co tworzą. Proboszcz i cyrulik nie ochłonęli z podziwienia jeszcze, gdy usłyszeli wiersze, które nie miały w sobie nic grubiańską wsi prostotą tchnącego. Wiersze te brzmiały, jak następuje:

Jakiej to dłoni pocisk tak twardy?

— Pogardy.

Czyj płomień wzmaga życia przykrości?

920

— Zazdrości.

Jakiż niepokój tak sercem miota?

— Tęsknota.

Więc i anioła dłoń złota

Nie wyrwie mnie z tej kolei,

925

Bo gasi promyk nadziei

Pogarda, Zazdrość, Tęsknota.

Cóż rodzi w sercu zawiłość?

— Miłość.

Kto srogi zadał mi cios?

930

— Los.

Skąd duszy ratunku trzeba?

— Z Nieba.

Już mi więc umrzeć potrzeba

Śród cierpień srogiej przemocy,

935

Bo mi nie dają pomocy

Miłość, Los i nawet Nieba.

Któż do szczęśliwych wezwie mnie stron?

— Zgon.

I któż miłosnej uniknie strzały?

940

— Niestały.

Co jest lekarstwo na jej męczeństwo?

— Szaleństwo.

Więc lepiej rzucić przekleństwo

Niż leczyć takie choroby,

945

Na które tylko sposoby

Ma Zgon, Niestałość, Szaleństwo!

947

Piękność miejsca, wierszy i przyjemność głosu, który je śpiewał w tym samotnym ustroniu, zadziwieniem i rozkoszą przejęły naszych słuchaczów, którzy oczekując znów czas jakiś i widząc, że śpiewak zamilkł, chcieli pójść i wyszukawszy go, zapytać, czy by nie potrzebował jakiej pomocy, lecz zaledwie się podnieśli, ten sam głos zaczął śpiewać znów następujące słowa:

Przyjaźń, AniołŚwięta przyjaźni! Ty rzuciwszy ziemię,

Na lekkich piórach wzleciałaś do raju

950

I z szczęśliwego dusz wybranych kraju

Okiem litości poglądasz na ziemię.

Nam tu pozostał — tylko cień twój blady.

A choć niekiedy blask twojego lica

Na drodze życia w niebo nam przyświèca,

955

To cień twój kryje przed nami twe ślady.

O, znijdź na ziemię i zbaw nas, straszydła,

Które twą postać przybrawszy zuchwale,

Zawodzi serca w twój urok wierzące;

Rozwiń, aniele, swoje białe skrzydła,

960

Przybądź królować między nami stale

I pociesz dusze za sobą tęskniące.

962

Sonet ten przerywały łkania i głębokie westchnienia, proboszcz i cyrulik, tknięci współczuciem i ciekawością, postanowili dowiedzieć się, kto to być może tak mocno zmartwiony. Jakoż uszedłszy kawałek, spostrzegli na zakręcie skały człowieka, z opisu Sancho Pansy do Kardenia podobnego. Ten, spostrzegłszy ich, stanął, spuścił głowę na piersi i stał głęboko zamyślony. Szaleniec, Szaleństwo, CierpienieProboszcz, litościwy z natury, upewniwszy się z opisu Sanchy, że to był Kardenio, zbliżył się doń i namawiać go zaczął w słowach czułych i zniewalających, aby opuścił miejsce tak dzikie i nędzne, w którym zbawienie duszy utracić może. Kardenio był w tej chwili przy zdrowych zmysłach, lecz widząc przed sobą ludzi inaczej ubranych, niż ci, których zwykle w górach widywał i którzy doń jak do znajomego przemawiali, zdziwił się mocno i przypatrując im się pilnie, rzekł na koniec:

963

— Ktokolwiek jesteście, panowie, widzę, że niebo, wzruszone moją niedolą, przysłało was w to miejsce od świata dalekie, by wyzwolić mnie z tej strasznej samotności i skłonić do powrotu pomiędzy ludzi, lecz ja nie ufam losowi. Mniemacie zapewne, że jestem pozbawiony zmysłów i nie zadziwia mnie wcale myśl wasza, sam bowiem widzę, że wspomnienie dawnych nieszczęść miesza mi umysł tak dalece, że tracę rozum i przytomność, a przekonywam się o tym dopiero, gdy opowiadają mi, co czyniłem w czasie napadów obłąkania. Niestety! nie mam nic na uniewinnienie tego szaleństwa, opowiedzieć wam jedynie mogę nieszczęście swoje, skoro mnie słuchać zechcecie, to mi przynosi ulgę, gdyż jestem pewny, że każdy, wysłuchawszy dzieje moje, znajdzie mnie więcej pożałowania godnym, niż występnym. Jeżeli przybywacie tu z tą samą myślą, co inni, proszę was, nie namawiajcie mnie do odmiany życia, a posłuchajcie raczej smutnych dziejów przeszłości mojej, wtedy przekonacie się, że ucierpiawszy tyle i nie mogąc spodziewać się pociechy w przyszłości, słusznie oddaliłem się od ludzi.

964

Proboszcz i cyrulik, ciekawi usłyszeć historię, której część tylko bezładnie opowiedział im Sancho, oświadczyli gotowość wysłuchania jej do końca, zapewniając, że całym ich życzeniem jest pocieszyć go w utrapieniu.

965

Smutny rycerz zaczął swoją historię w tych samych wyrazach, jakimi opowiadał Don Kichotowi, z którym pokłócili się z powodu majstra Elisabeth, lecz obecnie Kardenio, będąc przy zdrowych zmysłach, mógł rozpowiadać do końca; jakoż przybywszy do miejsca, kiedy Don Fernand znalazł bilet o Amadisie z Galii, rzekł, że umie go na pamięć i mówił jak następuje:

966

Lucsinda do Kardenia

„Codziennie odkrywam nowe przyczyny, zniewalające mnie do szacunku dla ciebie, jeżeli sądzisz, że to uczucie przyda ci się na co, korzystaj z niego uczciwie. Ojciec mój zna ciebie i tak mnie kocha, że nie zechce opierać się słusznym życzeniom moim, do ciebie należy przekonać mnie, że masz dla mnie tyle szacunku, ile mnie o tym zapewnić usiłowałeś”.

967

— Ten to bilet spowodował mnie prosić ojca Lucsindy o jej rękę i dał zarazem Don Fernandowi, oceniającemu dowcip i skromność piszącej, pierwszy pomysł zniweczenia moich zamiarów. Wyznałem przed tym niebezpiecznym przyjacielem odpowiedź ojca Lucsindy, który oświadczył, iż chcąc poznać życzenia mojego rodzica, oczekuje aż tenże osobiście powtórzy mą prośbę. Dotąd nie śmiałem nic powiedzieć memu ojcu, nie dlatego, iżbym sądził, że on, znając Lucsindę i jej przymioty, chciałby stawiać przeszkody naszemu połączeniu, lecz że nie życzył sobie, abym ożenił się pierwej, zanim dowie się, co książę ze mną uczynić zamierza. Don Fernand wziął na siebie rozmowę z moim i Lucsiny ojcem. Cóżem ci zawinił, okrutny i niesprawiedliwy przyjacielu? cóż znagliło cię zdradzać ufność mojego serca? Lecz na cóż mi się przydadzą te skargi? gdy niebo chce kogo ukarać, próżny opór jego i cała ostrożność niepożyteczna. Któż by pomyślał, że Don Fernand, któremu urodzenie dawało prawo starania się o najświetniejszą partię w królestwie, od którego tyle miałem dowodów przyjaźni i któremu tysiące usług świadczyłem, że ten Don Fernand zechce pozbawić mnie jedynego dobra, które szczęście życia mojego stanowić miało?

968

Don Fernand widząc, że obecność moja będzie mu przeszkodą w zamiarach i chcąc się mnie zręcznie pozbyć, tegoż dnia jeszcze zobowiązał się rozmówić z ojcem moim, kupił umyślnie sześć koni i uprosił mnie, abym pojechał do brata jego po pieniądze. Nie spodziewałem się zdrady, miałem go za honorowego człowieka, bo sam zanadto byłem uczciwy, ażebym mógł posądzać o podstęp tego, którego tak kochałem.

969

Bez najmniejszej zwłoki podjąłem się polecenia; wieczorem poszedłem się pożegnać z Luscindą i uwiadomiłem ją o obietnicy Don Fernanda. Powiedziała mi, ażebym spiesznie powracał, gdyż skoro tylko ojciec mój poprosi o jej rękę, nie dozna ze strony jej rodziców żadnej przeszkody. Nie wiem, co czuła w tym momencie, lecz widziałem ją zalaną łzami, z sercem tak ściśnionym[100], że mimo próśb moich, ani słowa więcej do mnie nie przemówiła. Tak wiec noc poprzedzającą mój wyjazd, która miała obojgu nam zgotować tyle radości i szczęścia, Lucsinda przepędziła we łzach i jękach.

970

Ja nie mogłem wyjść z pomieszania i podziwu, nie umiejąc zbadać przyczyny tej boleści, i kładłem ją po prostu na karb jej czułości dla mnie i przykrości z powodu mego oddalenia.

971

Wyjechałem nareszcie, głębokim przejęty smutkiem, rozdrażniony przestrachem, z którego sam sobie zdać nie mogłem sprawy. Oddałem list Don Fernanda bratu jego, który przyjął mnie jak najczulej, lecz prosił zarazem, ażebym przed upływem dni ośmiu nie przedstawiał się ich ojcu, gdyż Don Fernand błaga go, ażeby mu bez wiedzy ojca przysłał pieniądze.

972

Wszystko to było obmyślone podstępnie przez Don Fernanda dla opóźnienia mego powrotu, gdyż brat jego miał pieniądze i mógł mnie wyprawić natychmiast. Już chciałem odjechać, nic nie uczyniwszy, gdyż nie mogłem żyć oddalony od Luscindy, ani myśleć o stanie, w jakim ją zostawiłem, lecz bojaźń rozgniewania mego ojca i brak słusznych do wytłumaczenia się przed Don Fernandem powodów, przezwyciężyły moją niecierpliwość. Pozostałem przeto.

973

W cztery dni po moim przybyciu jakiś człowiek przyniósł mi list od Luscindy; otworzyłem go ze drżeniem, lecz zanim przeczytałem, spytałem posłańca, kto mu go dał i kiedy wyszedł z domu? Odpowiedział mi, że kiedy przechodził wypadkiem przez ulicę około południa, zawołała go przez okno jakaś pani bardzo piękna i bardzo zapłakana, która rzekła mu z pośpiechem:

974

— Mój przyjacielu, jeżeli chrześcijaninem jesteś, idź, nie tracąc ni chwili, i zanieś ten list podług adresu, aby ci zaś nie zbrakło na niczym w podróży, przyjmij to ode mnie; w tej chwili — dodał — rzuciła mi chustkę, w której znalazłem 100 realów, pierścień złoty i list. Zapewniłem, że wypełnię rozkaz sumiennie i pani ta zaraz zamknęła okno. Nagrodzony tak hojnie z góry i widząc, że list jest do pana, którego znałem dobrze, Bogu dzięki, a najwięcej wzruszony łzami pięknej damy, w 17 godzin zrobiłem 18 mil i oto jestem.

975

Kiedy posłaniec rzecz swą rozpowiadał, śmiertelny dreszcz serce mi ścisnął, miałem przeczucie, że dowiem się czegoś strasznego; ze drżeniem na koniec przeczytałem list Luscindy i oto mniej więcej treść jego:

„Don Fernand dotrzymał słowa, które dał tobie, że pomówi z moim ojcem, lecz zrobił dla siebie, co przyrzekł dla ciebie uczynić. On to sam prosi o moją rękę, a ojciec mój, zaślepiony świetnością takiego związku, zezwala tak chętnie, że w ciągu dwóch dni Don Fernand ma zaślubić mnie bez żadnych świadków, prócz nieba i kilku osób naszego domu. Ze stanu twego własnego serca osądź, w jakim jestem położeniu. Przybywaj jak najprędzej, a przekonasz się wkrótce, jak bardzo kocham cię. Bądź zdrów”.

976

— Zaledwie przeczytałem list, — ciągnął dalej Kardenio — już byłem w drodze, wtedy dopiero poznałem jasno zdradę Don Fernanda. Gniew, miłość i niecierpliwość, skrzydeł mi dodały. Przybyłem nazajutrz do miasta bardzo wcześnie i przechodząc wieczorem koło domu Luscindy, szczęściem zastałem ją w oknie. Poznaliśmy się natychmiast; lecz nie była taką, jaką ją widzieć pragnąłem, widziałem jakąś obojętność w jej spojrzeniu. Któż może pochwalić się, że zna dokładnie duszę kobiety, któż zbadał kiedykolwiek tajnię jej serca?

977

— Kardenio — rzecze do mnie Luscinda — jestem w ślubnym ubraniu i oczekują mnie na sali, aby dopełnić obrzędu; tak jest, ale mój ojciec, zdrajca Don Fernand i wszyscy tam obecni, nie ślubu, lecz śmierci mojej świadkami będą; nie trwóż się, drogi Kardenio, proszę cię, bądź obecnym ceremonii, zapewniam cię, że jeżeli wyrazy moje nie zdołają jej przeszkodzić, ten sztylet przerwie uroczystość i koniec mego życia będzie niezaprzeczonym dowodem uczuć moich i wierności dla ciebie.

978

— Pani — odpowiedziałem z pośpiechem, nie wiedząc, co mówię — niech twoje czyny usprawiedliwią słowa, wspólnym poświęceniem godnymi siebie się okażmy; uprzedzam cię, że jeżeli tą szpadą ocalić nas oboje nie zdołam, zwrócę ją przeciw sobie, a nie przeżyję tak strasznego ciosu.

979

Nie wiem, czy Luscinda słyszała mnie, gdyż gwałtem prawie odciągnięto ją zaraz od okna, mówiąc, że wszyscy tylko na nią czekają.

980

Pogrążony w smutku, którego wyrazić nie zdołam, wyobrażałem sobie, że raz ostatni słońce zachodzi dla mnie, oczy moje i umysł straciły światło od razu; w tym strasznym stanie stałem się na wszystko nieczuły i tylko pamięć bliskiego nieszczęścia wywiodła mnie z osłupienia. Przypomniałem sobie swoją obietnicę i korzystając z nieporządku i tumultu, wszedłem do domu Luscindy niepostrzeżony zupełnie przez nikogo, a schroniwszy się we framudze okna, zasłoniętej firanką, mogłem widzieć wszystko, co się działo w pokoju; nie umiem wypowiedzieć wszystkich myśli, niespokojności, przestrachu, jakie mną owładnęły, bo wszystko to takim nawałem uderzyło na mój umysł, że dziś jeszcze nawet nie jestem w stanie określić tego. Ślub, Kobieta, Mężczyzna, Walka, ZazdrośćDon Fernand wszedł do sali w zwyczajnym ubraniu, towarzyszył mu krewny Luscindy tylko, resztę orszaku składali ludzie zamkowi.

981

W kilka minut potem Luscinda wyszła ze swego pokoju, matka i dwie służące towarzyszyły jej, była ubrana wspaniale, jak na wielką ceremonię, lecz pomieszanie, w jakim byłem, nie dało mi zwrócić uwagi na to; przypominam sobie tylko, że ubranie jej składało się z kolorów purpurowego i białego, na którym mnóstwo kamieni i pereł świeciło, ale wszystkie one gasły przy blasku jej piękności, największej jej ozdoby.

982

O pamięci okrutna, śmiertelny nieprzyjacielu mojego spokoju, czemu tak wiernie przedstawiasz mi nieporównaną piękność Luscindy! Czemu nie zakryłaś przed moim wzrokiem tego, co nastąpić miało! Panowie, przebaczcie skargom moim! boleść moja jest tak żywa, że nie jestem panem siebie.

983

Cały orszak godowy zebrał się na sali; wszedł ksiądz i biorąc narzeczonych za ręce, zapytał Luscindę, czy przyjmuje Don Fernanda za małżonka. Wtedy wysunąłem głowę z za firanek i drżący słuchałem, co powie Luscinda, oczekując z jej ust wyroku życia lub śmierci. Ksiądz długo czekał na odpowiedź Luscindy, jakiś czas trwało milczenie; sądziłem, że przebije się sztyletem lub uwolni się innym jakim sposobem, a ona wyrzekła niepewnym, słabym głosem: tak, przyjmuję go. Don Fernand odpowiedział podobnież, dał jej obrączkę ślubną i zostali połączeni na zawsze. Mąż zbliżył się wtedy, by uściskać małżonkę, lecz ta, kładąc rękę na sercu, upadła zemdlona w objęcia matki.

984

Co się wówczas ze mną działo, jaką rozpacz uczułem, przekonawszy się o fałszywości obietnic Luscindy, tego język ludzki wyrazić nie zdoła. Jedno jej słowo zabiło wszystkie moje nadzieje i jedyne dobro życia mojego. Umysł mój mieszać się zaczął, nienawiść dla Luscindy ogarnęła mą duszę i gwałtowna boleść, tłumiąc we mnie łzy i westchnienia, napełniła serce jadem zazdrości i zemsty.

985

Omdlenie Luscindy zatrwożyło wszystkich; przerażona matka rozsznurowała ją natychmiast i wyjęła spod jej łona zapieczętowany papier, który Don Fernand skwapliwie uchwycił i przeczytawszy, upadł na krzesło jak człowiek, którego okropna wiadomość niespodzianie uderzy; zapomniał zupełnie, że jego żona potrzebuje ratunku. Co do mnie, widząc wszystkich domowników zajętych, zamierzyłem ukazać się nagle, nie dbając, czy mnie zobaczą, a jeśli by mnie poznano, postanowiłem tak srogo ukarać zdrajcę Fernanda, ażeby wszyscy dowiedzieli się o jego podłości. Lecz los, który mnie chowa na jakieś większe nieszczęścia, sprawił, że reflektując się zimniej, wyszedłem obojętnie, zemsty nie dopełniwszy, a siebie tylko samego skazując na karę niezawodną za wiarę, jaką miałem w ludzi.

986

W tej chwili opuściłem miasto, a widząc się samotnym wśród pól, wybuchnąłem złością przeciw Fernandowi i przeklinając go, czyniłem sobie ulgę; srogimi wyrzuty obarczałem Luscindę, jak gdyby mnie słyszeć mogła, nazywałem ją okrutną, wiarołomną i niewdzięczną. Pomimo jednak tych wszystkich uniesień, pomimo wściekłości, szczątki miłości tłumaczyły jeszcze Luscindę w mych oczach.

987

Myślałem sobie, że ona, tak słodka, tak powolna, nie mogła oprzeć się rozkazom ojca, że odrzucając rękę młodzieńca tak znakomitego rodem i bogactwy, jak Fernand, naraziłaby się na złą opinię i podejrzenie ogółu. Po chwili jednak znów jej złorzeczyłem, znów jej wyrzucałem głośnymi krzyki, czemu nie wyznała, jakie nas łączą przysięgi, jakiż wstyd ją zatrzymał, nie miałaż wymówki odrzucić ręki Fernanda? Och, tylko duma i próżność wstrzymały ją od tego!

988

BogactwoTy, największy nieprzyjacielu mojego pokoju i szczęścia, ty podły kruszcu! ideale dusz niskich, ty to podkopałeś cnotę Luscindy! nikczemny Fernandzie, jakichże to czarów użyłeś, aby ją uwieść?

989

Chodząc przez noc całą jak szalony, nad ranem przybyłem do podnóża tych gór, gdzie trzy dni jeszcze brodziłem po bezdrożach, aż do chwili, gdy znalazłszy pasterzy, pytałem ich o najodludniejsze miejsce w górach. Wskazali mi to ustronie, natychmiast się tu udałem, aby samotnie nędznego dokonać żywota. U stóp tych skał muł zdechł mi z głodu i znużenia, a ja bez sił, bez pomocy, znękany padłem na ziemię prawie nieżywy; nie wiem, jak długo pozostawałem w tym stanie, wiem tylko, iż ocknąłem się i powstawszy, nie czułem głodu, a wokoło siebie spostrzegłem pasterzy, którzy zapewne musieli mi dać jakiś ratunek. Powiedzieli mi, że znaleźli mnie w stanie tak godnym litości i mówiącego takie brednie, że za wariata mnie wzięli. Wkrótce sam to poznałem, że mam umysł pomieszany; biegam po górach, rozdzieram szaty, krzyczę samotny, przeklinając los swój okrutny i powtarzając imię Luscindy; nieraz pragnąłbym duszę wyzionąć; uspokoiwszy się, utrudzony, jakby pracą jaką, chronię się do groty, która mi za mieszkanie służy, pasterze z litości przynoszą mi żywność.

990

Niekiedy ci dobrzy ludziska, widząc mnie przy zdrowych zmysłach, uskarżają się, że im wydzieram gwałtem tę żywność, którą mi z dobrego ofiarują serca: to mnie zasmuca i przyrzekam im poprawę na przyszłość.

991

Takim sposobem, panowie, przepędzam nędzne życie moje; może też litościwe niebo zatrze kiedyś w mojej pamięci piękność niewdzięcznej Luscindy i zdradę Don Fernanda. Jeżeli to nastąpi, myślę, że odzyskam moc rozumu; teraz, wyznaję szczerze, nie mam dosyć siły, ażeby podnieść się z tego upadku. Władze umysłu opuściły mnie widocznie, chwilami tylko mi wracają. Widzicie więc, panowie, i przyznać musicie, że nic okropniejszego nad historię mego życia, że boleść moja słuszna, że wszelką przechodzi miarę, a rozpacz i szaleństwo mają usprawiedliwienie. Rady i pociechy wasze byłyby próżne, jedna tylko Luscinda uśmierzyć by mogła moje cierpienia. Opuściła mnie, więc umrę, lecz do ostatniego tchnienia nie zapomnę o niej.

992

Kardenio skończył smutne opowiadanie. Proboszcz już gotował się pocieszać go, gdy nagle żałosne jakieś skargi zwróciły ich uwagę. W czwartej części tego dzieła zobaczymy, co to było, ponieważ Cyd Hamed Benegeli na tym trzecią zakończa.

Księga czwarta

Rozdział I

Opisuje nową i przyjemną przygodę, jaka zdarzyła się proboszczowi i balwierzowi w Sierra Morena.

993

Nie było bez wątpienia szczęśliwszego wieku nad ten, który wydał nieporównanego i dzielnego rycerza Don Kichota z Manchy i powołał go do wskrzeszenia błędnego rycerstwa nie tylko już zaniedbanego, ale zamarłego i zaginionego niemal zupełnie. On to sprawił, że w tym nędznym wieku możemy napawać się rozkoszą przyjemnego czytania prawdziwej jego historii i wielu innych wypadków, wzbogacających ją i niemniej ciekawych.

994

Powiedzieliśmy już, że proboszcz zabierał się pocieszyć Kardenia i że tę szlachetną chęć jego zniweczył głos jakiś żałosny, boleść swą następnymi wynurzający słowy:

995

— Czyż znajdę na koniec miejsce, gdzie bym się ukryć mogła przed światem, gdzie bym jako w grób to nędzne złożyła ciało. Jakżem szczęśliwa, że w mej niedoli znalazłam przynajmniej samotność, spoczynek i bezpieczeństwo w tych górach, gdzie z dala od ludzi mogę swobodnie skarżyć się niebu na los mój i nieszczęścia, którymi mnie przygniotło. O! litośne nieba, wysłuchajcie skarg moich; do was się obracam! w ludziach tylko zdrada i nikczemność, wy jedynie dać mi możecie pociechę, ulgę i natchnienie w przedsięwzięciu.

996

Proboszcz i jego towarzysze, usłyszawszy w bliskości takie skargi, poszli zobaczyć, kto by mógł być takim smutkiem przejęty. Zaledwie dwadzieścia postąpili kroków, zobaczyli na załomie skały u stóp drzewa młodego człowieka, w stroju wieśniaczym, którego twarzy zobaczyć nie mogli, gdyż opuścił głowę ku nogom, myjąc je w strumieniu. Zbliżyli się tak cicho do niego, że nie dostrzegł ich obecności, i wtedy zobaczyli łydki jego prześliczne i tak białe, jak z alabastru. Ta nadzwyczajna piękność ciała zdziwiła ich w człowieku tak licho ubranym i podwajając ciekawość, zniewoliła proboszcza, postępującego naprzód, że dał znak swoim towarzyszom, by ukrywszy się za skałą, mogli pilne mieć oko na młodego chłopca. Jakoż zobaczyli, że ubrany był w brunatną spódnicę, jakiś rodzaj szarfy z białego płótna i w ciemne trzewiki, głowę skrywał mu mały kapelusz ciemnego koloru. Umywszy nogi, dobył bieliznę do ich otarcia i podniósłszy głowę, ukazał twarz tak piękną, iż Kardenio upewniał proboszcza, że musi to być chyba nadziemska istota, bo jedna tylko Luscinda na ziemi dorównać jej może w piękności.

997

Kobieta, Mężczyzna, Uroda, StrójMłody chłopiec następnie zdjął kapelusz i wstrząsnął po dwakroć głową, a gęste sploty długich pięknych włosów, spadających mu na piersi i ramiona, przekonały wreszcie księdza proboszcza i jego towarzyszów, że ten mniemany chłopiec był istotnie młodą i najpiękniejszą w świecie dziewicą. Kardenio zdumiony zapewniał, że oprócz Luscindy, podobnie pięknej kobiety nie widział.

998

Do uczesania pięknych włosów, którymi cała była okryta, użyła tylko palców, ukazując tym sposobem ramiona tak cudne i ręce tak białe, że proboszcz i jego towarzysze, zdjęci podziwieniem i ciekawością, zbliżyli się do niej, chcąc dowiedzieć się, kto by była.

999

Usłyszawszy ich kroki, młoda dziewica podniosła głowę i odgarniając włosy z twarzy, spojrzała w tę stronę, lecz spostrzegłszy trzech mężczyzn, bez względu na rozpuszczone włosy i na bose nogi, porwała małe zawiniątko i zaczęła uciekać ze wszystkich sił. Nie mogła atoli biec daleko, stopy jej, za delikatne na ostre kamienie, odmówiły jej służby; upadła, a proboszcz, dościgając ją, zawołał:

1000

— Zatrzymaj się, panno, nie lękaj się niczego — a wziąwszy ją za rękę, uspokajać ją zaczął tymi słowy: — Włosy twoje, panno, odkryły nam płeć twoją; jesteśmy przygotowani służyć ci, uspokój się więc i powiedz nam, w czym dopomóc ci możemy. Zdaje się — dodał — że jakaś niezwykła przygoda zniewoliła cię przywdziać ubiór tak niegodny ciebie i istocie tak delikatnej przebywać w miejscu tak dzikim i odludnym. Może przy Boskiej pomocy uda się znaleźć środek jaki na twoje boleści i cierpienia, bo nie ma tak silnych, których by rozum i czas nie zmniejszyły. Nie odrzucaj więc pociechy naszej, opowiedz przyczynę nieszczęść swoich i wierzaj, że nie próżna ciekawość, lecz chęć ulżenia ci powoduje nami.

1001

Młoda dziewica słuchała mowy proboszcza i spoglądała po wszystkich z podziwieniem, wreszcie, ulegając ponowionym prośbom, westchnęła głęboko i rzekła:

1002

— Kiedy los tak zrządził, że samotność tych gór nie potrafiła mnie ukryć i włosy mnie zdradziły, do jakiej płci należę, niepodobna mi zaprzeczać temu, o czym przekonani jesteście; ze względu na waszą grzeczność i uczciwe obejście się ze mną, dopełnię życzeń waszych i opowiem przygody swoje. Obawiam się wszakże, aby dotkliwość współczucia nie przewyższyła ciekawości waszej, bo nieszczęścia moje są bez ratunku i pociechy; wyznaję, że z przykrością przychodzi mi zdzierać przed wami zasłonę z mojego życia, którego smutne dzieje na zawsze ukryć w grobie chciałam, czuję jednak, że powinnam wam prawdę wyjawić, gdyż nieświadomi powodów, znalazłszy mnie w tym ustroniu samą i w męskim ubraniu, moglibyście powziąć krzywdzące mnie podejrzenie.

1003

Proboszcz ponowił prośby, jak również jego towarzysze, a młoda dziewica, poprawiwszy swój ubiór na stronie, zbliżyła się do nich, usiadła na trawie i powstrzymując łzy, gwałtem cisnące się do jej oczu, tak rozpoczęła:

1004

— Urodziłam się w pewnym mieście Andaluzji, pewien książę nosi imię tego miasta i to mu daje tytuł granda Hiszpanii, mój ojciec był jednym z wasalów księcia, i gdyby bogactwom jego wyrównywało urodzenie, nie byłabym dzisiaj tak nieszczęśliwa. Duma mego ojca stała się nieszczęść moich przyczyną. Nie pochodzę jednak z klasy tak niskiej, abym się wstydzić rodu swego miała; przodkowie moi byli rolnikami, kropla krwi obcej nie skaziła ich imienia, a odwieczna miłość rodzinnej siedziby, połączona z niemałym majątkiem i zacnością życia, stawia ich na równi z najpierwszymi. Jako jedynaczka, byłam nadzwyczajnie kochana, wszystko skinienia mego słuchało, wszystkie rozkazy w domu ja wydawałam, a zobopólna ufność i moje starania zapewniały nam słodki spokój. Po ukończeniu zatrudnień gospodarskich zajmowałam się rozrywkami właściwymi młodej dziewczynie i bardzo lubiłam grać na jakimś instrumencie, przekonawszy się, że muzyka ożywia umysł i głowę po uciążliwej pracy. Takie to życie wiodłam w domu swojego ojca. Nie dlatego opowiadam wam te szczegóły, ażebym chciała szukać chluby z bogactw swoich, lecz ażebyście łatwiej zrozumieć mogli, jak smutnym i okropnym jest stan mój obecny. Choć tak spokojne, jakby klasztorne, prowadziłam życie, choć prócz domowników nie widywałam nikogo, bo nawet do kościoła tylko bardzo rano i to w towarzystwie matki chodziłam, odgłos jednak o mojej piękności rozszedł się szeroko i miłość zakłóciła samotność naszą. Młodszy syn księcia, o którym wspomniałam, nazwiskiem Don Fernand, zobaczył mnie pewnego razu.

1005

Zaledwie Kardenio usłyszał imię Fernanda, zmienił się na twarzy i zadrżał tak gwałtownie, że proboszcz i cyrulik zlękli się, żeby go nie napadł paroksyzm szaleństwa, lecz uspokoił się powoli i przypatrywał bacznie rysom pięknej wieśniaczki, która na nic nie zważając, tak mówiła dalej:

1006

Kobieta, Mężczyzna, Pożądanie, Ślub, NiewolaZaledwie książę mnie zobaczył, jak mi to później sam mówił, rozbudziła się w nim gwałtowna namiętność, której następnie dał tyle dowodów. Ale nie będę was nudziła opowiadaniem szczegółów zbyt długich, powiem tylko, że Don Fernand dokładał wszelkich starań, aby ująć serce moje, rozdawał prezenty naszym służącym, wyprawiał uczty nieustanne, w nocy kazał grać pod oknami mymi czarujące melodie, pisywał do mnie tajemnie mnóstwo listów, pełnych czułości, przysiąg i obietnic, lecz kierowana radami ojca, mniemałam, że starania Fernanda znieważają mnie tylko, a lubo nie robiły mi wstrętu rozrywki i grzeczności, jakimi mnie otaczał, pomnąc jednakże, jaka nas przestrzeń oddziela, pewną byłam, że zbyt jawne nadskakiwania z jego strony tylko niesławę na mnie ściągnąć mogą. Ojciec, widząc niespokojność moją, radził mi dla uwolnienia się raz na zawsze od natręctwa Don Fernanda zaślubić którego z młodzieży równego mi stanem i zapewniał, że ze swojej strony zrobi wszystko, co tylko los mój szczęśliwym uczynić może. Podziękowałam ojcu za jego dobroć, oświadczyłam jednak, że obmyślę inny sposób pozbycia się Don Fernanda, nie zaprzedając wolności swojej.

1007

Jakoż dotąd unikałam starannie każdej sposobności widzenia Don Fernanda; to bardziej jeszcze podnieciło jego namiętność. Dowiedział się na koniec, że mój ojciec chce mnie za mąż wydać i natychmiast ułożył plan niweczący te zamiary. Pewnej nocy, zamknięta w swoim pokoju razem ze służącą, ujrzałam nagle Don Fernanda przed sobą. Widok ten strwożył mnie tak mocno, że tracąc prawie zmysły, słowa przemówić nie mogłam. Don Fernand wtedy, korzystając z osłabienia mego, wziął mnie w swoje objęcia i mówił tak pięknie, tak czule, że nie śmiałam wołać o pomoc, chociaż już przyszłam do siebie. Westchnienia zdrajcy i łzy jego wzbudziły we mnie wiarę w jego słowa i prawe zamiary; uwierzywszy mu, zmiękczona jego rozpaczą, uczułam jakieś współczucie dla niego, mimo to jednak, gdym przyszła całkiem do siebie, rzekłam doń z gniewem: Panie! po tak szczególnym dowodzie przyjaźni, jaki mi dajesz w tej chwili, gdybyś mi kazał wybierać między nią a trucizną, nie wahałabym się umrzeć, bo honor droższy mi jest nad życie. Ojciec mój jest twoim wasalem, lecz nie niewolnikiem, jeżeli nie wyjdziesz stąd w tej chwili, dowiesz się, jak dalece różnimy się z sobą w pojmowaniu honoru i całe życie to sobie wyrzucać będziesz. Nie sądź, że zaślepisz mnie swoim bogactwem i wielkością rodu swojego; nie myśl, że kłamliwe westchnienia i łzy twoje rozczulić mnie zdołały. Ojciec rozporządza moją ręką i do niego należy wybór mojego małżonka; tak więc, panie, jeżeli chcesz, ażebym uwierzyła w twoją przyjaźń, wyrzeknij się znieważających mnie zamiarów, a ponieważ nie możesz być moim mężem, nie żądaj ode mnie miłości, która by mnie niesławą okryć mogła.

1008

„Jak to, piękna Doroto! — zawołał zdradziecki Don Fernand — cóż mi stanąć może na przeszkodzie do zaślubienia ciebie? Jeżeli taką ma być cena twojej miłości, kupuję ją z radością. Twoim jestem od tej chwili piękna Doroto, oddaję ci moją rękę, biorąc niebo za świadka szczerości serca mojego”.

1009

Kardenio nie mało się zadziwił, usłyszawszy imię Doroty, i umocnił się w mniemaniu, które powziął na początku opowiadania, lecz nie chcąc przerywać i pragnąc dowiedzieć się końca historii, zapytał tylko:

1010

— Jak to? nazywasz się pani Dorotą? słyszałem mówiących o osobie tego imienia, której nieszczęścia miały wiele podobieństwa z twoimi, lecz proszę cię, mów dalej. Później opowiem ci przyczynę swego zadziwienia.

1011

Dorota ciekawie spoglądała na Kardenia i widząc szczególną jego powierzchowność, rzekła:

1012

— Zaklinam cię, panie, powiedz mi zaraz, co wiesz o mnie, mam aż nadto odwagi na wszystkie ciosy zawziętego losu; nieszczęścia uczyniły mnie już całkiem nieczułą na wszystko, cokolwiek spotkać mnie może.

1013

— Chętnie uczyniłbym zadość twojemu żądaniu, pani — rzecze Kardenio — lecz nie będąc pewnym, czy domysły moje są prawdziwe, przekonać się o tym pragnę z dalszego ciągu twojego opowiadania, racz więc mówić dalej.

1014

Dorota kończyła swoją historię:

1015

Pożądanie, Pozycja społeczna, Kobieta, MężczyznaTak mówiąc, Don Fernand podał mi rękę na klęczkach i wykonał przysięgę w słowach czułych i przekonywających. Nie chcąc korzystać z tak nierozważnego zobowiązania się, prosiłam go, ażeby oszczędził swojemu ojcu wstydu i nieprzyjemności i zrzekł się nadziei związku z osobą tyle niższą od niego urodzeniem, że wreszcie związek ten obudzi w nim późniejsze wyrzuty i żal za późny, a mnie nieszczęśliwą uczyni. Przekonywania moje i liczne powody, które wyłuszczałam, były nadaremne. Don Fernand nie zważał na nic, jako namiętny kochanek, co poświęca wszystko dla miłości, a raczej jako oszust, który nie dba o to, co mówi.

1016

Widząc go tak upartym w przedsięwzięciu, zaczęłam szczerzej myśleć o nim; przypomniałam sobie, że nie mnie pierwszą małżeństwo wyniesie do niespodziewanej godności, że piękność zastąpić może urodzenie i majątek i że wielu innych postąpiło już nie raz podobnie, jak Don Fernand w tym razie. Sposobność była piękna i zdawało mi się, że powinnam z niej korzystać. Mówiłam do siebie, że nie mam powodu odrzucać dozgonnej przyjaźni małżonka, który mi ją ofiaruje; wiedziałam nadto, że Don Fernand, przedstawiwszy się tak niekorzystnie, tym więcej cierpiałby, gdybym mu pogardę okazała; że w takim razie mógłby posunąć się do jakiegoś gwałtu, poczytując się za uwolnionego od wszelkich obowiązków wskutek tak ostrego odrzucenia jego propozycji, a ja zostałabym bez honoru i wymówki.

1017

Przysięga, Zdrada, HańbaTe uwagi zachwiały mną; łzy jego, przysięgi, westchnienia, nadto przytomność duchownego świadka, którego przyzwał, twarz pełna szczerości, miłość, którą upatrywałam w jego postępkach, dokonały mej zguby; przywoływałam służebną dziewczynę, aby była świadkiem przysięgi i słów Don Fernanda. Powtórnie jeszcze wezwał niebo na świadectwo i sędziego zamiarów swoich, rozczulił mnie nowymi zaklęciami i łzami; świadkowie oddalili się, a on, korzystając z mojej słabości, dokonał zamierzonej hańby. Dzień zaledwie świtać zaczął po tej nocy nieszczęść, a już Don Fernand, pod pozorem oszczędzenia mojej reputacji, spieszył się wyjść ode mnie; prosił, ale już obojętniej i ozięblej, żebym polegała na jego honorze i szczerości przysiąg, w zakład których zdjął bogaty pierścień z palca, na mój go włożył i poszedł. Taż sama służąca, która, jak o tym dowiedziałam się później, ukryła go w moim pokoju, wypuściła go na ulicę, a ja pozostałam sama, nie wiedząc, czy cieszyć się, czy smucić z wypadku, który mnie spotkał; nie wyrzucałam nawet służącej jej zdrady, nie mogąc jeszcze sądzić, czy mi ona korzyść lub stratę przyniesie.

1018

Mówiłam Don Fernandowi, zanim jeszcze odszedł, że tą samą drogą widywać mnie może, dopóki nie uzna za stosowne ogłosić na jaw zaszczytu, jaki mi wyświadczył. Tylko raz jeszcze następnej nocy powrócił i nie pokazał się już więcej, chociaż wiedziałam, że w bliskości przepędza dni wesołe na łowach. Niepodobna mi tego wysłowić, jak okropnie obeszła mnie pogarda Don Fernanda. Było to tak niespodzianą dla mnie rzeczą, że prawie utraciłam władze myśli i ruchu; wtedy to poznałam, jak niebezpiecznie jest ufać mężczyznom. Tłumiłam łzy i westchnienia, ażeby ukryć przed rodzicami powody smutku swojego, lecz dowiedziawszy się, że Don Fernand ożenił się w pobliskim mieście z bardzo piękną i dobrego urodzenia panną, imieniem Luscinda, nie mogłam dłużej powściągnąć wybuchu rozpaczy.

1019

Kardenio pobladł i zatrząsł się na imię Luscindy, w milczeniu zmarszczył brwi i zacisnął usta, a po chwili rzewnymi zalał się łzami; ale Dorota, nie postrzegając tego, mówiła dalej:

1020

— Na tę wiadomość, ogarnięta szałem oburzenia, gniewem i rozpaczą miotana, w pierwszym uniesieniu chciałam ogłosić zdradę Don Fernanda, nie dbając, że tym sposobem i hańbę swoją objawię. Sama nie wiem, co mnie wstrzymało od tego, pamiętam tylko, że inny plan zemsty ułożyłam. Odkryłam swój stan nieszczęśliwy jednemu z młodych pasterzy, który służył w domu naszym, i mimo odradzań, wzięłam od niego ubiór męski, rozkazując mu towarzyszyć sobie w podróży, którą dla widzenia się z Don Fernandem przedsięwzięłam.

1021

Wziąwszy z sobą ubiór kobiecy, pieniądze i kosztowności, oddałam to pasterzowi i tejże nocy puściliśmy się w drogę, nikomu ani słowa nie wspominając o niczym. Prawdę mówiąc, sama nie wiedziałam jeszcze, co uczynić, nie będąc bowiem w stanie rozerwać małżeństwa Don Fernanda, mogłam tylko tysiącem próżnych obarczyć go wyrzutów.

1022

Ślub, Ojciec, Córka, Miłość tragicznaTrzeciego dnia przybyłam do miasta, a spytawszy, gdzie był dom rodziców Luscindy, dowiedziałam się zarazem z powszechnego odgłosu, o wszystkim, co podczas ślubu Don Fernanda zaszło: jako Luscinda upadła zemdlona po wyrzeczeniu przysięgi, jako Don Fernand przeczytał list, znaleziony za jej suknią, napisany jej ręką i oświadczający, że kocha Kardenia (szlachcica nader zacnego, mieszkającego w tym samym mieście), że tylko obawiając się ojca, przystaje na związek z Don Fernandem. Dowiedziałam się nadto, że Luscinda miała zamiar zabić się przy końcu ślubnego obrzędu, co potwierdzał sztylet przy niej znaleziony, że Don Fernand, powodowany wściekłością, byłby zabił Luscindę tymże samym sztyletem, gdyby jej nie wyniesiono, że Don Fernand opuścił miasto, a Luscinda, nazajutrz przyszedłszy do zmysłów, oświadczyła, że należąc do Kardenia, któremu miłość poprzysięgła, nie chce widzieć więcej Don Fernanda. Dowiedziałam się również wtedy, że ów Kardenio znajdował się na ślubie, następnie uciekł z miasta w rozpaczy, uwiadamiając listownie niewierną Luscindę, że oddala się na zawsze.

1023

Zdarzenie to było przedmiotem powszechnych rozmów w tym mieście, a wkrótce potem dowiedziano się o ucieczce Luscindy i o rozpaczy rodziców, w niewiadomości o jej losie pozostawionych. Co do mnie, uczułam w sercu jakąś pociechę, wyobrażałam sobie, że Don Fernand, rozjątrzony tym wypadkiem, powróci do uczuć honoru i obowiązku, pochlebiałam sobie, że po stracie Luscindy zwróci się znów do mnie, słowem, dodawałam sobie otuchy, aby przedłużyć życie, które nieznośne mi się stało.

1024

HonorPodczas pobytu mego w mieście, gdy wahałam się, co mam przedsięwziąć, usłyszałam głośną publikację, przyrzekającą wielką nagrodę temu, kto by doniósł, gdzie jestem; w tej publikacji określono mój wiek, suknie, jakie nosiłam, i inne znaki. Dowiedziałam się nadto, że posądzano mnie, jakobym dała się wykraść młodemu pasterzowi, który mi towarzyszył. Wieść ta dopełniła miary moich nieszczęść. Wiedziałam dobrze, że dobre imię moje utraciłam na zawsze, bolało mnie to niemniej okropnie, jak niewierność Don Fernanda. Opuściłam natychmiast miasto razem z pasterzem i tegoż wieczora przybyliśmy tu ukryć się w najodludniejszym tych gór miejscu; ale, jak mówią, nieszczęście jedno drugie sprowadza. Zaledwie przybyłam na to miejsce, gdzie już bezpieczną się sądziłam, gdy pasterz, którego zawsze tak skromnym widziałam, korzystając ze sposobności i pobudzony bardziej niecną podnietą, niż wdziękami moimi, ośmielił się z miłosnymi wystąpić do mnie oświadczeniami, a widząc, że odpowiadam mu z gniewem i pogardą, nie tracąc czasu na nieużyteczne prośby, postanowił siłą dokonać swych sprośnych zamiarów. Ale niebo i rozum wspierały mnie w tym nieszczęściu. Namiętność zaślepiła go do tego stopnia, że nie uważał, iż staliśmy nad brzegiem przepaści, ja widząc to, a innego środka obrony nie mając, wtrąciłam go w nią jednym pchnięciem ręki i uciekając ze wszystkich sił, przybyłam w to ustronie, aby ukryć się przed pogonią mojego ojca.

1025

Nazajutrz spotkałam jakiegoś wieśniaka i prosiłam go, ażeby mnie do służby na pasterza przyjął; jakoż zaprowadził mnie do swego domu wśród gór położonego. Przepędziłam z nim kilka miesięcy, pasąc trzody i starannie ukrywając płeć swoją; lecz odgadł moją tajemnicę, a widząc jego złe zamiary i nie mając środka uniknąć niebezpieczeństwa, dwa dni temu uciekłam z domu i tu w tym odludnym miejscu przybyłam prosić nieba, ażeby zakończyło moje nędzne życie i pamięć nieszczęść moich zarazem.

Rozdział II

W którym dowiedzieć się można o rzeczach bardzo przyjemnych.

1026

— Oto jest, panowie, historia moich smutnych przygód, osądźcie teraz, czy słuszne były moje narzekania. Nie masz dla mnie już żadnej pociechy, proszę was tylko, ukażcie mi, w jakim miejscu ukryć bym mogła resztę swojego życia. Nie chcę już widzieć na oczy rodziców, nie dlatego, żebym wątpiła o ich sercu, lecz nie mogąc otwarcie usprawiedliwić się przed nimi, ani zniszczyć niesławiących mnie pogłosek, nie byłabym w stanie patrzeć na ich smutek.

1027

Dorota umilkła, kończąc te słowa, a rumieniec występujący na twarz jej i spuszczone wilgotne powieki, były dowodem uczuć, miotających jej sercem.

1028

Słuchacze oczarowani zostali jej rozumem i niewinnością, a wielkie współczucie dla krzywd jej wyrządzonych roznieciło się w ich sercach.

1029

Proboszcz, przez pobożność zapewne, wziął silny udział w jej niedoli, zaczął ją więc pocieszać, gdy Kardenio przerwał jego słowa, wołając:

1030

— Jak to! pani to więc jesteś córką jedyną bogatego Clenarda?

1031

Dorota zdziwiła się, usłyszawszy imię swojego ojca i widząc tego, który je wyrzekł w tak dziwnym stanie.

1032

— Któż jesteś, mój przyjacielu — rzecze do Kardenia — skąd znasz tak dobrze imię mojego ojca; o ile pomnę, w ciągu mego opowiadania nie wymówiłam go ani razu.

1033

— Jestem ten, któremu Luscinda przysięgła miłość, jestem ów nędzny Kardenio, przez zdradę Fernanda do tak smutnego doprowadzony stanu. Ten sam, piękna Doroto, co był nieszczęśliwym świadkiem fatalnego ślubu Don Fernanda. Uciekłszy z miasta, przybyłem tu zagrzebać swoje życie, lecz teraz postanawiam bronić twojej i mojej sprawy; pociesz się, piękna Doroto, widzę, że niebo opiekować się nami zaczyna; ono powróci tobie Don Fernanda, który nie może do Luscindy należeć, a mnie odda moją Luscindę. Gdyby nawet sprawa nasza nie była wspólną, jestem tak do żywego przejęty twoim nieszczęściem, że uczynię wszystko, aby skłonić Don Fernanda do naprawienia jego względem ciebie występku, choćby mi przyszło narazić życie w tym usiłowaniu.

1034

Dorota znalazła tyle pociechy w słowach Kardenia, że nie wiedziała, jakim sposobem okazać mu wdzięczność swoją i byłaby mu do nóg się rzuciła, gdyby jej nie wstrzymał. Proboszcz, rozrzewniony tym widokiem, pochwalił szlachetność Kardenia i tak czule pocieszał Dorotę, że zgodziła się przyjąć schronienie w jego siedzibie, gdzie wszyscy razem mieli naradzić się nad tym, co im dalej czynić pozostaje.

1035

Balwierz, który dotąd słuchał, nie przemówiwszy ani słowa, z całą szczerością ofiarował swoje usługi i przyjąwszy podziękowanie Doroty i Kardenia, uwiadomił ich następnie, w jakim celu przybyli z proboszczem w góry. Rozszerzył się nad osobliwszą manią Don Kichota, oświadczył, iż oczekują na powrót giermka, który zresztą równym, jak i pan jego jest wariatem.

1036

Kardenio przypomniał sobie wtedy kłótnię z Don Kichotem, lecz zapomniał jej powodu.

1037

Nagle usłyszano wołanie, był to Sancho, który nie znajdując ich na umówionym miejscu, jął przeraźliwie krzyczeć. Całe towarzystwo poszło na jego spotkanie i proboszcz zapytał go, gdzie jest Don Kichot. Giermek odpowiedział, że znalazł Don Kichota w samej tylko koszuli, bladego, umierającego z głodu i wzdychającego nieustannie do swojej pięknej Dulcynei, że na próżno namawiał go, aby opuściwszy te miejsca, udał się do Toboso, dokąd go dama jego myśli przyzywa. Zagorzały rycerz oświadczył, że nie przestanie czynić pokuty i nie zobaczy Dulcynei, póki przez znakomite czyny i wielkie szaleństwo nie zasłuży na jej łaskę; lecz, dodał smutnie Sancho, jeżeli kto przez miłosierdzie chrześcijańskie nie pośpieszy na ratunek błędnego rycerza i nie wyciągnie go z tej przeklętej góry, on umrzeć w niej musi, a tak nie tylko cesarzem, ale i arcybiskupem nawet nie zostanie.

1038

— Nie martw się, kochanku — rzecze proboszcz — wydobędziemy go stąd pomimo jego woli.

1039

I zwracając się do Kardenia i Doroty, opowiedział plan, za pomocą którego wyleczyć mieli Don Kichota z jego choroby lub przynajmniej skłonić do powrotu.

1040

Dorota, której nowo powzięte nadzieje przywróciły trochę dobrego humoru, ofiarowała się naśladować pannę strapioną i prześladowaną i dodała, że lepiej niż cyrulik zapewne odegra tę rolę, tym więcej, iż mając ubiór kobiety i znając dostatecznie z romansów język błędnego rycerstwa, z łatwością to jej przyjdzie.

1041

— A to przedziwnie — rzecze proboszcz — przyjmujemy chętnie ofiarę pani i weźmiemy się zaraz do dzieła.

1042

StrójDorota natychmiast wydobyła z węzełka prześliczny strój kobiecy, bogato haftowany i perłami oszyty, a piękność jej tak powiększona została tym ubiorem, że wszyscy nie mogli jej się dosyć nauwielbiać i wydziwić Don Fernandowi, że tak podle opuścił tak czarującą istotę, ale Sancho Pansa w większym od wszystkich był uniesieniu, posuwał je aż do szaleństwa.

1043

— Kto jest ta piękna dama — zapytał proboszcza — i czego szuka w tych miejscach?

1044

— Chcesz wiedzieć, kto jest dama? o! mój przyjacielu, Sancho! nic wielkiego, jest ona ni mniej, ni więcej tylko prawą dziedziczką tronu wielkiego królestwa Mikomikon, która szuka twego pana, prosząc, ażeby pomścił zniewagę, wyrządzoną jej przez złośliwego olbrzyma. Słysząc w Gwinei o wielkim męstwie Don Kichota, księżniczka ta nie wahała się przedsięwziąć tak dalekiej podróży na wyszukanie go osobiście.

1045

— W to mi graj! — krzyknął Sancho — otóż to, co się zowie szczęśliwa i doskonała przygoda, jeżeli tylko mój rycerz będzie dość szczęśliwy i zatłucze tego psubrata olbrzyma. I na moją duszę zatłucze go z pewnością, jeżeli tylko jakie widma mu nie przeszkodzą. Lecz, mości proboszczu — rzecze dalej — błagam was, niech mój pan nie myśli o arcybiskupstwie, umieram ze strachu na myśl, że mu to radzić będziecie; zróbcie tak: niech się ożeni natychmiast z tą księżniczką i niech już raz wreszcie zostanie cesarzem. Otwarcie mówiąc, długo zastanawiałem się nad tym i widzę, że na nic się nie zdało dla mojego pana arcybiskupstwo; ja naprzód nie mam powołania do duchownego stanu; po wtóre, jako żonaty, musiałbym brać dyspensę na żonę i dzieci, ażeby otrzymać beneficja, czego nie uczynię nigdy. Najlepiej więc będzie, księże proboszczu, gdy mój pan zaślubi tę damę, której nazwać nie chcę, bo nie wiem jej imienia.

1046

— Ona zowie się — odpowie proboszcz — księżniczką Mikomikoną, a to od nazwy królestwa.

1047

— Aa! rozumiem — rzecze Sancho — widziałem już wielu ludzi noszących imiona od miejsca urodzenia swego, jak np. Piotr z Alcali, Jan z Ubedy, Diego z Walladolid, i spodziewałem się, że i w Gwinei ten sam obyczaj panuje.

1048

— Masz słuszność, Sancho — odpowiedział proboszcz — a co się zaś tyczy małżeństwa twego pana, to spuść się w tym na mnie[101].

1049

Sancho był nadzwyczajnie zadowolony z obietnicy proboszcza, a proboszcz z głupoty giermka i nie mógł dosyć się wydziwić, jakim sposobem wszystkie szaleństwa Don Kichota tak się zalęgły w jego głowie.

1050

Dorota wsiadła na księżego muła, cyrulik przypiął fałszywą brodę i wezwali Sanchę, aby ich zaprowadził do swojego pana, ostrzegając, ażeby nie zdradził przebrania cyrulika i obecności proboszcza, gdyż Don Kichot mógłby stracić tym sposobem sposobność zostania cesarzem.

1051

Kardenio nie chciał towarzyszyć im z obawy, aby Don Kichot nie przypomniał sobie bitwy, którą mieli z sobą, a proboszcz uznając, że i jego obecność nie była tam konieczna, pozostał z Kardeniem, dawszy poprzednio jeszcze instrukcje Dorocie, która prosiła go, ażeby miał zupełną ufność w jej zręczności i umiejętności naśladowania tego, co wyczytała w rycerskich romansach.

1052

Księżniczka Mikomikona, jej giermek i wielki Sancho, ujechawszy około trzy ćwierci mili, spostrzegli Don Kichota między dwiema skałami; był ubrany, lecz nie miał zbroi na sobie.

1053

Jak tylko Dorota uwiadomiona została, że to jest poszukiwany rycerz, przyśpieszyła bieg swego muła, a stanąwszy wreszcie przed Don Kichotem, z pomocą giermka zsiadła na ziemię, uklękła przed rycerzem i ściskając go za nogi, pomimo usiłowań jego, aby ją podnieść, wyrzekła te słowa:

1054

— Nie podniosę się stąd, dzielny i niezwyciężony rycerzu, dopóki grzeczność twoja nie przyrzecze mi łaski, która tobie chwałę przyniesie, a zarazem wybawi najnieszczęśliwszą i okropnie prześladowaną dziewicę, jaką kiedykolwiek oświetlało słońce. I jeżeli to prawda, że twoja waleczność i siła twojego ramienia odpowiada głośnej sławie, masz obowiązek w imię praw honoru i zakonu, do którego należysz, wspierać nieszczęśliwą, która na odgłos twoich wielkich czynów przybywa z drugiego końca ziemi wzywać twojej pomocy.

1055

— Postanowiłem, piękna damo — rzecze Don Kichot — nie odpowiedzieć ci ani jednego słowa, dopóki nie raczysz podnieść się z ziemi.

1056

— Ja zaś nie podniosę się, znakomity rycerzu — odpowie prześladowana księżniczka — póki nie zapewnisz mi łaski, o którą cię proszę.

1057

— Dobrze więc, przyrzekam — rzecze Don Kichot — z warunkiem, że nie będzie w tym nic przeciwnego memu królowi, ojczyźnie i interesowi tej, która włada moim sercem.

1058

— Przysięgam ci — rzecze narzekająca dama — że nie ma w tym nic takiego.

1059

Sancho, zbliżywszy się do Don Kichota, rzekł mu do ucha:

1060

— No, no! rycerzu, możecie śmiało dopełnić jej prośby, to drobnostka; idzie tylko o to, ażeby zatłuc jednego łajdaka olbrzyma, a ta która was o to prosi, jest to księżniczka Mikomikona, pani wielkiego, królestwa Mikomikonu w Etiopii.

1061

— Zrobi się, co można — odpowie Don Kichot — uczynię wszystko, co mi sumienie i ustawy rycerskiego zakonu wskażą — i zwracając się do panny, rzecze:

1062

— Błagam cię, pani, powstań, przyrzekam ci wszystko, czego tylko piękność twoja domaga się ode mnie.

1063

— Żądam od ciebie, nieoceniony rycerzu — rzecze Dorota — aby twoja wielkoduszna osoba udała się tam, gdzie ją zaprowadzę, żądam przyrzeczenia, że nie przedsięweźmiesz żadnej innej sprawy, dopóki nie pomścisz się za mnie na zdrajcy, który przeciwko boskim i ludzkim prawom, przywłaszczył sobie moje królestwo.

1064

— Przyrzekam ci to, dostojna damo — odpowie Don Kichot — nabierz odwagi i rozpędź smutek, który cię uciska, mam nadzieję, że z pomocą nieba i siłą mojego ramienia powrócę ci utracone państwo, mimo oporu podłych napastników; lecz bierzmy się do dzieła, dobre czyny nie powinny się odkładać, a opóźnienie rzadko pomaga sprawie.

1065

Bolejąca księżniczka chciała koniecznie ucałować ręce rycerza, lecz pełen grzeczności i wytwornej galanterii Don Kichot żadną miarą nie chciał zezwolić na to. Podniósł ją, uściskał z uszanowaniem i rozkazał Sanchy podać sobie zbroję. Giermek zdjął rynsztunki z drzew, które jakby jakie trofea wisiały, a Don Kichot, uzbroiwszy się zupełnie, rzekł:

1066

— Teraz śpieszmy na pomoc tej wielkiej księżniczce i użyjmy całej waleczności i siły, którymi nas obdarzyły nieba, ażeby zwyciężyć jej nieprzyjaciół. Balwierz, klęczący dotąd i pilnie baczący, aby nie rozśmiać się lub nie upuścić przyprawionej brody, widząc Don Kichota, podniósł się i podawszy rękę księżniczce, on z jednej, Don Kichot z drugiej strony, wsadzili ją na muła. Rycerz dosiadł następnie pysznego Rosynanta, cyrulik osła i ruszyli w marsz.

1067

Sługa, Władza, Interes, Niewola, KolonializmBiedny Sancho zdążał za nimi piechotą, a trudy tak ciężkiej podróży wydobywały mu z piersi głębokie po straconym osiołku westchnienia, nie było rady, postanowił być cierpliwy, co mu tym łatwiej przyszło, że widział już wyraźnie swego pana na szerokim gościńcu, wiodącym wprost do cesarskiego tronu; nie wątpił bowiem ani trochę, że rycerz zaślubi księżniczkę i co najmniej zostanie monarchą Mikomikonu.

1068

Jedna tylko myśl zatruwała mu rozkosz tych lubych rojeń, a mianowicie, że królestwo Mikomikonu leży w ziemi Murzynów i że poddani, których pan jego pod rządy mu odda, będą czarno wyglądali, ależ i na to znalazł zaraz pociechę. Cóż szkodzi — mówił — że wasale moi będą Murzynami, tym lepiej! przewiozę ich do Hiszpanii, sprzedam za dobrą cenę, wezmę ładną gotówkę, kupię sobie ogromną spiżarnię i będę spokojnie żył do śmierci, dlaczegóż by nie? albożem za głupi do dobrego prowadzenia interesów? alboż to trzeba wielkiej filozofii na to, ażeby sprzedać dwadzieścia lub trzydzieści tysięcy niewolników; O! jak Bóg na niebie sprzedam ich co do nogi wszyściusieńkich, od najstarszego aż do najmniejszego pachorka, a choćby byli czarniejsi od diabła samego, potrafię z nich zrobić białych i żółtych, no! no! dostańcie się tylko w moje pazurki, a przekonacie się, że ja nie taki hetka pętelka, jakby kto myślał.

1069

Tak przyjemne rojąc myśli, szedł ucieszony Sancho i umilał sobie trudy podróży.

1070

Proboszcz i Kardenio przypatrywali się temu wszystkiemu z ukrycia; turbowali się tylko, jakim by sposobem połączyć się z Don Kichotem i Dorotą. Ale proboszcz był pomysłowym człowiekiem, dobył tedy nożyczek z kieszeni i obciąwszy brodę Kardeniowi, dał mu rewerendę[102] i płaszcz czarny z siebie, a sam pozostał tylko w spodniej szacie i pantalonach.

1071

Po tym przebraniu Kardenio był tak zmieniony, że sam siebie niezawodnie by nie poznał. Wyszli więc śmiało na gościniec, wyprzedzili Don Kichota i orszak jego; nie czekali długo, wkrótce bowiem Ksiądz, ObyczajeDorota, rycerz i giermkowie wyjechali z gór, a proboszcz, wpatrując się w Don Kichota, udał postawę człowieka, który się zdaje poznawać kogoś. Przypatrzywszy się dobrze, szedł prosto ku niemu z otwartymi ramionami, wołając: „Witaj mi, o zwierciadło rycerstwa! drogi współziomku, Don Kichocie, rycerzu z Manchy, kwiecie i śmietano galanterii, przedmurze uciśnionych, kwiecie, esencjo błędnego rycerstwa!”

1072

Mówiąc to pokornie i kłaniając się, dotknął ręką lewej łydki Don Kichota, który z zadziwieniem spoglądał na niego i poznawszy wreszcie, chciał zeskoczyć z konia, lecz proboszcz mu nie dał.

1073

— Mości proboszczu — zawoła — proszę cię, czyż to wypada, żebym jechał konno, gdy wasza rewerencja idziesz piechotą?

1074

— Nie zgodzę się nigdy, żebyś zsiadł — odpowie proboszcz — niech wasza dostojność zostanie na koniu, na którym tyle cudów dokazuje; dla mnie dosyć będzie podzielić się mułem z którymś z tych panów, jeżeli się zgodzą na to; będzie mi doskonale i wolę tak jechać, byleby w twoim towarzystwie, o przezacny rycerzu, niż dosiąść pegaza albo dzianeta sławnego Maura Musarrachy, który do dziś dnia siedzi zaczarowany w kraju Zulemy, przy wielkim Kompluto.

1075

— Macie słuszność, księże proboszczu — rzecze Don Kichot — i zgadzam się na to. Pochlebiam sobie, że dostojna księżniczka raczy uczynić to dla mnie, iż rozkaże giermkowi swojemu ustąpić wam siodła na mule, gdy sam dość wygodnie za siodłem się umieści, jeżeli tylko muł przyzwyczajony do takiej jazdy.

1076

— Nie ma wątpliwości — odpowie księżniczka — i mój koniuszy, nie czekając rozkazów, ofiaruje swe siodło jego rewerencji; jest on nadto grzeczny, ażeby patrzył obojętnie na duchownego, idącego pieszo, gdy temu zapobiec może.

1077

— Nie inaczej — rzecze balwierz i zeskoczywszy z muła, podał strzemię proboszczowi, który wsiadł bez ceremonii.

1078

CudNa nieszczęście, muł był najęty, to się znaczy, narowisty i złośliwy; ledwo że cyrulik usadowił się za siodłem, wierzgnął zadem potężnie i powtórzywszy to kilkakroć, tak silnie zachwiał biednym jeźdźcem, że ten nie mógł dłużej utrzymać się za siodłem. Spadł więc gwałtownie, a widząc, że postradał brodę, nie znalazł innego środka, jak ukryć spodnią część twarzy w rękach, krzycząc na całe gardło, że ma szczęki strzaskane.

1079

— Wszelki duch Pana Boga chwali! — krzyknął Don Kichot, zobaczywszy brodę leżącą na ziemi, a na twarzy śladów krwi nie dostrzegłszy. — Otóż to dziw prawdziwy, żeby komu broda tak odpadła; ależ to wyraźnie cud oczywisty!

1080

Proboszcz, widząc, co się święci, poskoczył co żywo podnieść brodę, i podszedłszy do cyrulika nieprzestającego krzyczeć żałośnie, wziął go za głowę, oparł ją sobie na brzuchu, zaczął mruczeć pod nosem jakieś słowa tajemnicze, niby to zażegnanie na przywrócenie brody, i przywiązał mu ją zręcznie. Giermek okazał się znów zdrów i brodaty, jak dawniej. Don Kichot, ucieszony nadzwyczajnie tak widocznym cudem, prosił proboszcza, ażeby go nauczył koniecznie tego zaklęcia, nie wątpiąc, że nie tylko do przyprawiania bród wyrwanych użyć go można.

1081

Przywróciwszy porządek, postanowiono, że proboszcz sam tylko wsiądzie na muła, a Kardenio i cyrulik jechać będą na przemian, dopóki nie staną w zajeździe, o dwie mile stamtąd odległym. Gdy siedzieli już na siodłach, to jest Rycerz Posępnego Oblicza, księżniczka Mikomikona, proboszcz i Kardenio, gdyż cyrulik i Sancho szli piechotą, Don Kichot rzekł do księżniczki:

1082

— Niech wasza wysokość prowadzi nas, dokąd jej się podoba, a wszędzie udamy się za nią.

1083

Zanim księżniczka odpowiedzieć zdążyła, proboszcz podchwycił prędko.

1084

— Do jakiego królestwa jechać mamy, pani? domyślam się, że do Mikomikonu zapewne?

1085

Dorota, posiadająca wiele przenikliwości, zrozumiała, że należało przyświadczyć zapytaniu księdza.

1086

— W istocie, tam, panie.

1087

— Jeżeli tak — rzecze proboszcz — to musimy przejść przez sam środek wioski naszej, a stamtąd zwrócić się prosto do Kartageny. Tam wsiądziecie na okręt i przy pomyślnym wietrze, staniecie przed upływem lat dziewięciu w Palus-Meotides, skąd już tylko o dwieście dni drogi odległe jest królestwo jej wysokości.

1088

— Zdaje mi się, że mylicie się, panie — rzekła księżniczka — bo nie ma jeszcze dwóch lat, jak stamtąd wyjechałam, a jakiś czas bawię się już w Hiszpanii. Zaraz po moim przyjeździe zewsząd uszu moich dochodziła głośna sława wielkiego Don Kichota, którego szukać przybyłam, a tyle mi naopowiadano o znamienitości i nadzwyczajności czynów przezeń dokonanych, że chociażby nawet nie był tym, którego szukałam, oddałabym się pod jego opiekę i moją sprawę powierzyłabym waleczności jego niezwyciężonego ramienia.

1089

— Ach, pani, dosyć tego — rzecze Don Kichot — błagam cię, przestań, jestem śmiertelnym nieprzyjacielem pochlebstwa, jakkolwiek być może oddajecie mi tylko sprawiedliwość, nie mogę jednak słuchać bez zarumienienia tak pochlebnego o sobie zdania. Tyle tylko wam mogę o sobie powiedzieć, księżniczko, że nie wchodząc w wartość swoją, ostatnią kroplę krwi swojej poświęcę, aby wam powrócić wydarte królestwa. Obecnie zaś błagam was o pozwolenie zapytania się księdza proboszcza, co go spowodowało, iż sam pieszo i tak lekko ubrany przybył w tak odległe miejsce; wyznaję bowiem, że niezmiernie zadziwiony jestem, widząc go tu w tym stanie.

1090

Zbrodniarz, Sprawiedliwość, Ksiądz— W krótkich słowach opowiem rzecz całą — odrzekł proboszcz — ja i majster Mikołaj, nasz zacny balwierz, wybraliśmy się do Sewilli po odebranie sześciu tysięcy franków, które jeden z naszych krewnych przysłał z Indii. W drodze napadło nas czterech złodziei, ci zrabowali nas do szczętu i nawet brodę zabrawszy cyrulikowi, zmusili go, że krowi ogon do podbródka przyprawić sobie musiał. Zrabowali również tego młodzieńca — rzecze, wskazując Kardenia. — Dowiedzieliśmy się później, że te łotry byli galernikami, których dzielny jakiś rycerz wyzwolił z kajdan, mimo oporu komisarza i straży. Sądzić wypada, że rycerz ów musiał być szalonym, albo takim samym zbrodniarzem, jak ci, których uwolnił, kiedy miał sumienie puszczać na wolność wilki, ażeby owce pożerały. I z tego względu wreszcie uważać go należy za szaleńca, iż nie szanując praw, zapomniał, co winien królowi i sprawiedliwości i zrobił się opiekunem wichrzycieli spokojności publicznej.

1091

Sancho opowiedział był proboszczowi cały wypadek z galernikami, ten zaś obecnie pozwolił sobie zrobić z niego użytek, chcąc łatkę przypiąć naszemu rycerzowi i dowiedzieć się, co też on na to powie. Ale Don Kichot to rumienił się tylko, to znów bladł za każdym słowem, a sam ani się przyznał, że był oswobodzicielem zbrodniarzy.

1092

— Ci to złoczyńcy — mówił dalej proboszcz — w takim nas pozostawili stanie, niech im Bóg nie pamięta, jako i temu, co przeszkodził sprawiedliwości wymierzyć karę za ich występki.

Rozdział III

Obejmujący dziwną historię księżniczki Mikomikonu.

1093

Jeszcze proboszcz nie skończył mówić, gdy Sancho odezwał się:

1094

Dobro, Zło, Cierpienie, Rycerz, Zbrodniarz— Na moją poczciwość, księże proboszczu, otwarcie mówiąc, to nie kto inny, jeno mój pan tak się pięknie sprawił, pomimo najusilniejszych z mej strony perswazji; bo ja gadałem ciągle, że to wielki grzech przywracać wolność złym, których karzą za ich niegodziwości.

1095

— Przemierzły zdrajco! — krzyknął Don Kichot — cóż to ty sobie myślisz? alboż to przystoi rycerzom błędnym pytać się uciśnionych, czy są słusznie karani, czy nie? Do nas należy wspierać cierpiących, nie pytając o czyny! Spotkałem gromadę nieszczęśliwych, nawleczonych na łańcuch jak ziarna różańca, i uczyniłem ku ich pomocy to, co mi religia moja nakazywała i czego rycerski zakon wymagał. I cóż mieć można przeciw temu? Niech mi ktokolwiek zaprzeczy, a wyjąwszy księdza proboszcza, którego charakter poważam, pokażę mu, że nie zna obowiązków błędnego rycerza i że kłamie nikczemnie! a dowiodę tego z mieczem i włócznią, konno lub pieszo, jak się komu podoba.

1096

Mówiąc to, rycerz nasz zasiadł się silniej na strzemionach i zapuścił przyłbicę, gdyż szyszak Mambryna nosił zawieszony przy siodle, od czasu jak go galernicy pogięli.

1097

Dorota, bardzo dowcipna i żartobliwa z natury, znając już chorobę Don Kichota i widząc zresztą, że wszyscy z niego żartują, wyjąwszy Sancho Pansę jednego, któremu niemniej jak panu klepki w głowie brakowało, zapragnęła wziąć udział w zabawie i na ten gniew Don Kichota tak do niego przemówiła:

1098

— Panie rycerzu, przypomnij sobie proszę słowo dane mi przez siebie. Pomnij, że nie wolno ci przedsiębrać żadnej a żadnej przygody, dopóki nie przywrócisz mi tronu. Uspokój się więc, na Boga, i wierz mi, że gdyby ksiądz proboszcz wiedział, iż to twoja waleczność wyzwoliła galerników, wolałby tysiąc razy dać sobie język uciąć, niżeli jednym choć słowem niemiłym osobę twoją zadrasnąć.

1099

— Zapewniam was o tym — rzecze proboszcz — wolałbym nawet, aby ci złoczyńcy wyrwali mi wąsy włosek po włosku!

1100

— Bądź pani spokojna — rzecze Don Kichot — nie powiem nic już więcej i nie wmieszam się do niczego, dopóki nie dopełnię swojej obietnicy. Lecz nawzajem błagam cię, piękna księżniczko, opowiedz mi historię swoich nieszczęść, jeżeli nie zależy ci na ukryciu ich, jacy to ludzie i wielu ich jest, na których użalasz się i zemsty mojej przyzywasz.

1101

— Uczynię to z całego serca — odpowie Dorota — lecz obawiam się bardzo znudzić was opowiadaniem rzeczy nieprzyjemnych.

1102

— Nie, nie pani, przeciwnie, zobowiążesz nas jak najmocniej, księżniczko.

1103

Kardenio i cyrulik przybliżyli się do księżniczki, ciekawi usłyszeć, co też naprędce wymyśli, a Sancho, nie ustępujący ani na jotę panu swemu, w zupełnym w tej mierze obłędzie poskoczył jeszcze prędzej, nadstawiając uszu.

1104

ImięDorota poprawiła się na mule jak mogła najlepiej, a kaszlnąwszy, splunąwszy i nos utarłszy, z najpoważniejszym wdziękiem tak rozpoczęła opowiadać swoją żałosną historię:

1105

— Przede wszystkim wiadomo panom, że się nazywam… — Tu zatrzymała się na chwilę, gdyż jak na złość zapomniała imienia, jakie jej dał proboszcz; szczęściem przezorny pleban przybył jej na pomoc w niespodzianym kłopocie.

1106

— Nic dziwnego, pani — rzekł jej — że wasza wysokość mieszała się przy opowiadaniu swych nieszczęść, jest to zwyczajny skutek wielkich cierpień, że niszczy pamięć i wyobraźnię, a wielka księżniczka Mikomikona musiała dużo przenieść na sobie, kiedy tyle ziem i mórz przebyła szukając ratunku.

1107

— Wyznaję — rzecze Dorota — że w tej chwili przedstawił się pamięci mojej tak straszliwy obraz przyszłości, iż nie wiedziałam, co mówię. Teraz jestem już spokojna i mam nadzieję, że się potrafię obejść bez pomocy. I to wiadomo panom, że jestem prawą dziedziczką wielkiego Mikomikonu królestwa i że król mój ojciec, który nazywał się Tinacrio, mądry był niezmiernie i głęboko uczony w magii; zbadał on swoim rozumem, że matka moja, królowa Ksaramilla, ma umrzeć przed nim, że on sam wkrótce po niej życie utraci, a ja pozostanę sierotą. Wiadomość ta jako z porządku natury wynikająca, nie zmartwiłaby go tak bardzo, gdyby zarazem przez nieomylną sztukę swoją nie przewidział, że pewien olbrzym ogromny, pan wielkiej wyspy, która leży na granicy mego królestwa, nazwany Pandafilando posępnooki, stąd, że zawsze patrzył spode łba i jakby zezem, owóż tedy, że ów olbrzym, dowiedziawszy się o moim sieroctwie, niespodzianie, na czele wielkiej armii rycerstwa, wkroczy do mego państwa i wyzuje mnie z niego zupełnie, nie zostawiając nawet najmniejszej nawet wioseczki na schronienie. Dalej przewidział ojciec mój, że potrafiłabym ujść klęski, zaślubiając go, lecz na to zgadzać się nie będę. Miał słuszność drogi ojciec! za nic w świecie nie chciałam iść za owego olbrzyma i za żadnego innego nie pójdę, chociażby był dwa razy większy i straszliwszy. Powiedział mi jeszcze ojciec, żebym po jego śmierci, widząc Pandafilanda, wstępującego na moją ziemię, nie broniła się wcale, lecz ażebym zostawiwszy mu królestwo, wybrała kilku najwierniejszych poddanych i z nimi udała się do Hiszpanii. Tam znajdę potężnego opiekuna w osobie rycerza błędnego, który będzie znany po całej ziemi z waleczności i siły swojej. Rycerz ten miał się zwać, o ile pamiętam Don Chikot, czy Don Szigot…

1108

— Mówcie Don Kichot, wielka księżniczko — przerwał Sancho — albo Rycerz Posępnego Oblicza.

1109

Ciało— A tak, tak, prawda — rzecze Dorota — drogi ojciec mówił mi także, że rycerz ten będzie wysoki, wychudły na twarzy, a poniżej lewego ramienia mieć będzie czarne znamię, końskim porosłe włosem.

1110

Don Kichot przywołał Sanchę i rzekł:

1111

— Słuchaj moje dziecko, pomóż mi prędko rozebrać się, niech dowiem się natychmiast, czy to o mnie mówił ten mądry król.

1112

— Dlaczego chcesz się rozbierać, panie rycerzu? — spyta Dorota.

1113

— Chcę zobaczyć, czy mam znamię, o którym mówicie — odpowie Don Kichot.

1114

— Nie ma wcale potrzeby rozbierać się, — rzecze na to Sancho — widziałem dobrze, że pan masz takie znamię na czwartym pacierzu, i to oznacza wielką siłę.

1115

— To dosyć — rzecze Dorota — między przyjaciółmi na co sprawdzać rzeczy, a to znów nic nie stanowi, czy znak z prawej, czy z lewej strony znajduje się, byle tylko był na tym samym ciele. Teraz przyznaję, że drogi ojciec przewidział dobrze wszystko, a ja jeszcze lepiej zrobiłam, udając się do rycerza Don Kichota, którego postać i twarz zgadzają się tak dokładnie z opisem przez ojca mi podanym, a którego sława brzmi nie tylko w Hiszpanii, ale i w całej Manchy, tak rozgłośnie i hucznie, gdyż zaledwie wylądowałam w Osunie, zaraz doszły mnie o nim cuda i dziwy, i odtąd serce mówiło mi, że to jest rycerz, którego mam szukać.

1116

— Lecz jak to być może, pani — rzecze Don Kichot — że wylądowałaś w Osunie, gdzie wcale morza i portu nie ma?

1117

— Księżna pani — przerwie proboszcz — chciała powiedzieć zapewne, że wylądowawszy w Maladze, w Osunie dopiero o was usłyszała.

1118

— To właśnie chciałam mówić — odpowiedziała Dorota.

1119

— Niech wasza królewska mość raczy kończyć, jeśli się jej podoba — dodał proboszcz.

1120

— Już nie mam nic do powiedzenia więcej — rzecze Dorota — chyba to tylko, że na koniec szczęśliwy los zdarzył mi spotkać rycerza Don Kichota, który, jestem pewna, powróci mnie na tron mych przodków, zwyciężając zdrajcę Pandafilanda posępnookiego. Zapomniałam wam dodać jeszcze, że król Tinacrio zostawił mi papier napisany po grecku, czy też po arabsku, którego czytać nie umiem, a w którym rozkazuje mi wyraźnie, abym, jeśli rycerz, przywróciwszy mnie na tron, zażąda mojej ręki, bez żadnej wymówki zezwoliła na to natychmiast i ofiarowała mu państwo i osobę moją.

1121

— I cóż ty na to, przyjacielu Sancho, hę? — rzecze Don Kichot — słyszysz, co to się dzieje? a wiele ci to ja razy mówiłem? Widzisz sam teraz, czy nie mamy królestw na nasze rozkazy i królewien, co się nam w małżeństwo oddają?

1122

— Ba! — rzecze Sancho — aleśmy też wyczekali się na nie i twardo je wysłużyli. Huncwotem będzie, kto nie pośpieszy zatłuc na śmierć wielmożnego Panta-Tichado i nie zaślubi natychmiast panienki księżniczki! Alboż nie jest dosyć piękną? He! he! chciałbym, żeby wszystkie pchły w moim łóżku były do niej podobne — kończąc te piękne uwagi, szanowny giermek podskoczył dwa razy i uderzył się piętami na znak radości. Następnie, ukląkłszy przed Dorotą, błagał ją, aby mu rękę ucałować pozwoliła na dowód, że uznaje ją odtąd za panią i królową swoją. Trzeba było być takim wariatem, jak pan i sługa, ażeby nie pękać ze śmiechu z prostoty pierwszego i szaleństwa drugiego. Dorota podała rękę do pocałowania Sanchy i przyrzekła go zrobić wielkim panem w swoim królestwie, skoro tylko doń powróci. Sancho podziękował, palnąwszy komplement tak straszliwy, że wszyscy śmiać się zaczęli.

1123

— Oto jest — rzecze, uspokoiwszy się, Dorota — cała historia moich nieszczęść, pozostaje mi tylko jeszcze dodać, że ze wszystkich, którzy opuścili ze mną królestwo; aby mi służyć, tylko ten jeden brodaty giermek mi pozostał, reszta zginęła podczas wielkiej burzy w porcie. Tylko my dwoje ocaleliśmy, płynąc na desce, i ta okoliczność utwierdza mnie w mniemaniu, że niebo zachowuje dla mnie dni pomyślniejsze.

1124

Dama, Rycerz, Pan, Sługa, Obowiązek— Dni te już nadeszły, najdostojniejsza damo — rzecze Don Kichot — potwierdzam dane wam przyrzeczenie i na nowo przysięgam iść za tobą choćby na koniec świata i nie opuścić cię, dopóki twemu okrutnemu nieprzyjacielowi, przy pomocy niebios i dzielności mego ramienia, dumna głowa z karku nie zleci. A to stać się musi, choćby był waleczniejszym od samego Marsa[103]; kiedy zaś przywrócę ci państwo twoje, księżniczko, wolność rozporządzenia swoją osobą pozostanie przy tobie, gdyż co do mnie, dopóki wolność moja poddana będzie prawom tej… nie mogę powiedzieć nic więcej… dopóty niepodobna mi jest żenić się choćby z samym nawet feniksem.

1125

Sancho Pansa, słuchając bacznie odpowiedzi swego pana, tak był zasmucony ostatnimi jego słowy, iż nie mógł wstrzymać się od okazania mu swego zmartwienia.

1126

— Niechaj nie doczekam ostatniej godziny! — zawołał — wielmożny Don Kichocie, co też wy mówicie, musieliście już zupełnie stracić rozum! Jak mi Bóg miły! czyż podobna wahać się jeszcze w przyjęciu ręki tej wielkiej księżniczki? Cóż wam się dzieje? a toć to samo szczęście w ręce wam lezie! Kawał świata człek schodzi, nim mu się tak dogodzi! bo to takie skarby, to nie przy lada krzaku na drodze napotkać podobna. Może ta wasza Dulcynea piękniejsza, co? Patrzcie ją, koczkodan! ani jej wodę nawet nosić za naszą piękną księżniczką. Jakże ja się wreszcie dochrapię owego hrabstwa, które mi po tylekroć przyrzekaliście? Drzeć łyko, póki można. Pieczone gołąbki same idą do gąbki. Do wszystkich czartów, co tu mitrężyć! Nie ma żartu! żeń się, panie rycerzu i basta, łap królestwo, kiedy ci samo na nos spada, a jak pan zostaniesz królem, zrób mnie zaraz grafem albo markizem, zresztą już się nie pytam, niechaj je tam diabli biorą!

1127

Przemoc, Sługa, PanDo żywego dobodły Don Kichota bluźnierstwa Sanchy przeciw pannie Dulcynei. Uniesiony skrytym gniewem, podniósł dzidę w milczeniu i palnął nią tak silnie w głowę biednego giermka, że powalił go od razu na ziemię i gdyby go Dorota nie wstrzymała, zabiłby pewnie Sanchę, w tak straszną wpadł wściekłość.

1128

— Co ty sobie myślisz, nędzny chłopie? — zawołał — czy ja to zawsze mam znosić twoje zuchwalstwa i przebaczać ci wszystko? Tak to myślisz, opętana bestio, opętana niezawodnie, bo ośmieliłeś się otworzyć usta przeciwko nieporównanej Dulcynei? Nie wiesz więc, zbóju, że ona użycza mi waleczności i siły, że bez niej nie zdolny byłbym zwalczyć dziecka nawet? Gadajże mi zaraz, smoczy pysku, co ty sobie myślisz? Kto zdobył królestwo, kto ściął łeb olbrzymowi i kto cię zrobił markizem (bo ja to wszystko mam już za dokonane), jeżeli nie męstwo samej Dulcynei, która używa tylko mego ramienia do swoich wielkich czynów? To ona walczy we mnie! ona odnosi moje zwycięstwa, a ja znów żyję i oddycham w niej tylko i od niej to mam życie i moc! Podły, jaszczurczy języku, jakże niewdzięczny jesteś! Dopiero co wyniosłem cię z prochu na stopień wielkiego pana, a ty w ślepym uniesieniu ośmielasz się szkalować tych, którzy cię dobrodziejstwami obsypali.

1129

Sancho, mimo bólu i strachu, słyszał jednakże wszystko, co pan mówił, lecz nie zaraz mu odpowiedział, bo chciał sobie zapewnić bezpieczniejszą na wszelki wypadek pozycję. Podniósł się więc, jak mógł najśpieszniej i stanąwszy za mułem księżniczki, tak się odezwał do Don Kichota:

1130

— To tak, panie? a powiedz no mi proszę z łaski swojej, jakim sposobem, nie żeniąc się z księżniczką, a więc, nie mając królestwa, wynagrodzicie mnie wedle obietnicy waszej? O to ja się tylko gniewam, a czy nie mam racji? bo na co tu i po co stroić ceregiele w przyjęciu ręki królewny, kiedy ją macie tu jakby z nieba spadłą? Można zostać wdowcem potem i powrócić sobie znów do swojej Dulcynei. Rzecz prosta, jak drąg! Co do piękności, prawdę mówiąc, obydwie wydają mi się bardzo piękne; tym bardziej, że pani Dulcynei nigdy na oczy nie widziałem.

1131

— Jak to? nie widziałeś jej, zdrajco! A niedawno przynosiłeś mi od niej odpowiedź?

1132

— Mówię, że nie widziałem jej nigdy dosyć — odpowie Sancho — ażeby ocenić w szczegółach jej piękność, tak niby… w masie za to znajduję ją prześliczną.

1133

— Przebaczam ci — rzecze Don Kichot — a ty wybacz mi również małą nieprzyjemność, jaka cię spotkała, w pierwszym impecie człek nie ma mocy nad sobą.

1134

— Czuję to dobrze — odpowie Sancho — bo sam zawsze mam taki impet w języku, że jak zaświerzbi, to ani mu się oprzeć i choć raz na miesiąc przynajmniej muszę koniecznie wygadać wszystko, co mam na sercu.

1135

Słowo, Czyn— Z tym wszystkim, Sancho — rzecze Don Kichot — bacz w przyszłości na to, co mówisz, ostrzegam cię, bo do czasu dzbanek wodę nosi… rozumiesz, domyśl się reszty.

1136

— Więc dobrze — rzecze Sancho — Pan Bóg z nieba patrzy, co się tu dzieje na ziemi i rozsądzi nas: kto gorzej robi, czy ja źle mówiąc, czy wasza wielmożność źle czyniąc.

1137

— Dosyć tego — rzecze Dorota — Sancho, idź ucałować rękę swego pana i rycerza i proś go o przebaczenie, a pamiętaj na drugi raz ganić i chwalić z większą roztropnością, nade wszystko zaś nie mów nic złego o tej damie z Toboso, której nie znam, ale którą kocham z całego serca, ponieważ sławny Don Kichot ją uwielbia. Zresztą zaufaj mi, a nagroda cię nie ominie.

1138

Sancho, zwiesiwszy pokornie głowę, prosił swego pana o podanie mu ręki, który uczynił to z wielką powagą. Gdy już ucałował dłoń dostojną i odebrał błogosławieństwo rycerza, Don Kichot oddalił się nieco i kazał giermkowi iść za sobą, gdyż miał go zapytać o rzecz wielkiej wagi. Wysunęli się więc naprzód i Don Kichot, widząc, iż są dostatecznie od reszty towarzystwa oddaleni, rzekł:

1139

— Przyjacielu Sancho, nie miałem dotąd czasu wypytać cię o szczegóły poselstwa, teraz, gdy jesteśmy sami, opowiedz mi, proszę, wszystko z kolei, co zaszło i uwiadom mnie o wszystkim, o co cię pytać będę.

1140

— Zapytujcie, o co chcecie, panie, a będziecie zadowoleni, lecz błagam, nie bądźcie na drugi raz tak gwałtowni.

1141

— Do czego zmierzasz, Sancho? — zapytał Don Kichot.

1142

— Mówię to — odrzecze Sancho — ponieważ dwa uderzenia dzidy otrzymałem w kłótni, którą mieliśmy z galernikami, a nie za to, ażebym mówił co przeciw pani Dulcynei, którą czczę jakby relikwie, chociaż tego nie warta, lecz dlatego, że należy do pana.

1143

— Sancho — rzecze Don Kichot — raz na zawsze porzućmy takie rozmowy, krótko mówiąc, one mnie martwią, przebaczyłem ci tyle razy, a wiesz, co powiadają: „za nowy grzech, nowa pokuta”.

1144

Gdy tak mówili, spostrzegli na drodze człowieka, jadącego na ośle, którego wzięli za Cygana. Sancho, który, od chwili utraty osła nie mógł patrzeć na te zwierzęta bez żywego bicia serca, zaledwie zobaczył tego człowieka, poznał w nim natychmiast Ginesa z Pasamonte.

1145

Gines, przebrawszy się za Cygana, znał bowiem dobrze ten język, chciał tym sposobem ukryć kradzież i ułatwić sobie sprzedaż osła, którego przebrał także, lecz Sancho, poznawszy równie dobrze osła, jak jeźdźca, krzyknął z całego gardła:

1146

— Ha, zbójco Ginesilli, powróć mi moje dobro, mój spokój i życie moje, oddaj mi mego osła, moją radość, moją pociechę; uciekaj, zbóju, zmykaj, psi synu, a puść mego osiołka.

1147

Nie potrzeba było tak długiej przemowy, bo Gines, usłyszawszy Sanchę, skoczył na ziemię i szybkim kłusem, bardzo zbliżonym do galopu, uciekał przed nieprzyjaciółmi, którzy ani myśleli go ścigać. ZwierzęSancho zbliżył się do swego osiołka i uścisnąwszy go czule:

1148

— A cóż — rzecze do niego — jak się miewasz, moje dziecko, burku mój kochany, drogi towarzyszu, wieczny mój przyjacielu? — i to mówiąc, całował i pieścił osła, jakby jaką najdroższą osobę w świecie.

1149

Osioł na to wszystko nie wiedział, co odpowiedzieć, pozwolił się pieścić i całować, nie przemówiwszy ani pół słowa.

1150

Wkrótce całe towarzystwo połączyło się i każdy winszował Sanchy, że znalazł osła, a Don Kichot ponowił mu obietnicę darowania trzech osłów.

1151

Gdy nasz rycerz z giermkiem naradzali się, proboszcz rozmawiał z Dorotą, chwaląc jej dowcip i zręczność, jakich dała dowody. Dorota odpowiedziała, że czytając dużo rycerskich romansów, znała ich styl, lecz zupełna nieznajomość geografii zmusiła ją wylądować w Osunie. Następnie mówili o łatwowierności Don Kichota, który wszystkiemu, co nadzwyczajne, natychmiast wierzy, a to tym dziwniejsze, że nasz rycerz w każdym innym przedmiocie posiadał wiele wykształcenia i wyrobionego smaku.

1152

Don Kichot, oddaliwszy się znów od reszty podróżnych, rzecze do Sanchy:

1153

— Przyjacielu, powiedz mi, jak zastałeś Dulcyneę, co robiła, co jej mówiłeś i jak ci odpowiadała, z jakim usposobieniem przyjęła mój list i kto go przepisywał, na koniec mów mi wszystko, ażebym wiedział, jak rzeczy stoją.

1154

— Panie! — odpowie Sancho — prawdę mówiąc, nikt nie przepisywał listu, gdyż go nie wziąłem wcale.

1155

— Masz słuszność — rzecze na to Don Kichot — we dwa dni po twym odjeździe znalazłem karteczki i sądziłem, że wrócisz po nie.

1156

— Byłbym to uczynił — rzecze Sancho — gdybym listu nie umiał na pamięć, podyktowałem go jakiemuś zakrystianowi, który przepisawszy go, niezmiernie się nad pięknością stylu unosił i przysięgał, iż w życiu swoim nic podobnego nie czytał, chociaż odebrał najmniej z tysiąc ogłoszeń o pogrzebach i różnych ekskomunikach.

1157

— A pamiętasz go jeszcze? — rzecze Don Kichot.

1158

— Nie, panie — odpowie Sancho — jak tylko zobaczyłem, że już napisany, wziąłem i zapomniałem tamten zaraz, pamiętam tylko o tej długiej podziemnej damie, a także i koniec: Twój do grobowej deski Rycerz Posępnego Oblicza, i wreszcie ochapia mi się coś, że w środku było ze trzysta razy o duszy, życiu, oczach i miłości.

Rozdział IV

W którym opisana zabawna rozmowa Don Kichota z Sanchą.

1159

Rycerz, Dama, Sługa, Chłop— Dotąd wszystko dobrze — rzecze Don Kichot — mów dalej Sancho: gdy przybyłeś, co robiła królowa piękności? zastałeś ją pewnie nawlekającą perły lub haftującą bogatą szarfę ze złota i atłasu dla swojego rycerza i niewolnika?

1160

— Znalazłem ją — odpowie Sancho — jak zaczyniała mąkę na chleb na podwórku.

1161

— Nie widziałżeś, że każde ziarno dotknięte jej ręką zamieniało się w perłę i było zapewne z czystej pszenicy.

1162

— Ale gdzie tam, była to mąka z owsem.

1163

— Piękne jej ręce — rzecze Don Kichot — zrobiły z niej najsmaczniejszy chleb zapewne, ale o to mniejsza; kiedy oddałeś jej list, czy nie ucałowała go i nie włożyła go sobie na głowę w radości niezmiernej? Cóż uczyniła wreszcie?

1164

— Dzieża[104] była już pełna prawie — odpowie Sancho — gdy jej list podawałem, tak się w niej babrała, że nie biorąc listu, rzekła mi: „połóż asan list na worku, nie mogę czytać, aż skończę”.

1165

— Jaka cudowna dyskrecja! uczyniła to, ażeby przeczytać list w samotności, żeby nikt nie był świadkiem rozkoszy jej serca, a potem, czy rozmawiałeś z nią, czy pytała o mnie, nie ukrywaj nic, niecierpliwość mnie pożera.

1166

— Onać się o nic nie pytała wprawdzie — odpowiedział Sancho — ale ja za to opowiedziałem jej wszystko, to jest: jak pan pokutowałeś dla jej miłości, goły od pięt do pasa, śpiąc na ziemi, jedząc trawę, nie czesząc nigdy brody, becząc jak cielę i przeklinając losy.

1167

— Źle uczyniłeś — rzecze Don Kichot — mówiąc, że przeklinam losy, przeciwnie, błogosławię fortunę i błogosławić zawsze ją będę, że uczyniła mnie godnym kochania tak wielkiej damy, jak Dulcynea z Toboso.

1168

— Oho! co do wielkości, to prawda — rzecze Sancho — wyższa jest ode mnie o pół stopy.

1169

— Jak to? Sancho — odpowie Don Kichot — ty ośmieliłeś się z nią mierzyć?

1170

— Mierzyliśmy się — odpowie Sancho — gdym jej pomagał wkładać worek z mąką na osła, byliśmy wtedy tak blisko siebie, że mogłem poznać, iż mnie o głowę przerasta.

1171

Zapach— Nieprawdaż — rzecze Don Kichot — że ta bogata kibić jaśnieje tysiącem wdzięków? Nie zaprzeczysz mi pewnie jednej rzeczy: zbliżywszy się do niej, uczułeś zapewne tę woń cudowną, to coś nieokreślenie miłego, czego nazwać niepodobna, jakiś subtelny wyziew, czarujące tchnienie, które cię zabalsamowało wonnością, jakbyś się znajdował w sklepie najlepszego perfumiarza?

1172

— Zdaje mi się — rzecze Sancho — że uczułem coś, niby jakby wyziew, ale dalipan nie pachniało, jeno zwyczajnie jak to pot, kiedy bije od człowieka, a jeszcze bardziej od dziewki, gdyż tęgo była zgrzana i oblana znojem.

1173

— To nie może być — rzecze Don Kichot — musiałeś mieć katar, albo wąchałeś samego siebie, bo ja wiem, jak pachnieć musi ta róża bez cierni, ta lilia polna, ten bursztyn przeczysty!

1174

— Nie mam nic przeciwko temu — odpowie Sancho — i ode mnie bije często zapach zupełnie taki sam, jakim czuć jej wielmożność panią Dulcyneę, lecz nie ma w tym nic dziwnego, jeden diabeł podobny do drugiego.

1175

— A skoro ukończyła robotę, cóż uczyniła z moim listem?

1176

— Nic — rzecze Sancho — odpowiedziała, że ani pisać, ani czytać nie umie, podarła go w kawałki, mówiąc, że nie chce, ażeby kto inny czytał jej sekreta, że poprzestaje na tym, co słyszała ode mnie o miłości waszej i o pokucie, że całuje obie ręce waszej wielmożności, że więcej ma chęci widzieć was, niż wasze pismo, że wreszcie prosi bardzo, abyście wrócili do Toboso, jeżeli wam do tego nic nie przeszkadza, a myślałem, że pęknie ze śmiechu, kiedy jej powiedziałem, że nosicie przydomek Rycerza Posępnego Oblicza. Pytałem, czy Biskajczyk był u niej, odpowiedziała, że był, co zaś do galerników, z tych ani jednego nie widziała.

1177

Dar— Teraz powiedz mi — rzecze Don Kichot — przy pożegnaniu, jaki podarunek ci dała, gdyż według obyczaju błędnego rycerstwa, damy i kawalerowie obdarzają zwykle bogatym posłańca pierścieniem.

1178

— Tak być powinno — odpowiedział Sancho — i chwalę mocno ten obyczaj, ale to tylko praktykowało się za dawnych czasów, widać teraz dają kawałek chleba i sera, tak przynajmniej pożegnała mnie pani Dulcynea, podawszy mi przez mur kawał starego sera, ale co tam, byle brzuch napchać.

1179

— O! ona jest bardzo wspaniała — rzecze Don Kichot — a jeżeli nie dała ci teraz żadnego diamentu, to niezawodnie da ci później. CzaryAle wiesz, co mnie dziwi, Sancho, to to, że podróż tę zrobiłeś jakby na skrzydłach, bo nie bawiąc trzech dni, przeleciałeś trzydzieści dobrych mil tam i na powrót i jestem przekonany, że mędrzec Megromam, który zajmuje się mymi interesami, wspierał cię pewnie w podróży, chociaż tego nie uważałeś, bo są tacy mądrzy, że biorą czasem rycerza uśpionego z łoża i przenoszą go o dwa lub trzy tysiące mil z miejsca na miejsce przez noc jedną; inaczej błędne rycerstwo nie mogłoby się wspierać wzajemnie, jak to czyni. Zdarza się czasem, że jeden rycerz walczy w górach Armenii z Andriagiem lub innym potworem i już ma ginąć, kiedy nagle spostrzega na chmurze lecącego w pomoc drugiego rycerza, który przybywa z Anglii ocalić mu życie; dlatego nie dziwię się, przyjacielu Sancho, że wróciłeś z takim pośpiechem, niezawodnie prowadzono cię w ten sposób.

1180

— To być bardzo może — rzecze Sancho — bo uważałem, że Rosynant leciał jak cygański osioł, zdawało się, że ma żywe srebro w uszach.

1181

— Powróćmy teraz do naszych interesów, Sancho. Jak myślisz, czy mam wykonać rozkaz Dulcynei i udać się do niej? lecz znów związałem się słowem względem księżniczki, a prawa rycerstwa nakazują mi dotrzymać obietnicy; z jednej strony porywa mnie gorąca chęć zabawienia damy mojej, z drugiej znów chwała mnie przyzywa. Ale pogodzę to wszystko, pójdę szybko, znajdę olbrzyma, utnę mu głowę i osadziwszy księżniczkę na tronie, natychmiast powrócę do świetnej gwiazdy mojego serca, przed którą wytłumaczę się, że dla większej chwały jej imienia opóźniłem powrót, gdyż cześć, jaką zdobyłem, zdobywam i zdobywać będę, pochodzi z łask, których mi ona użycza.

1182

— Aj, aj! — rzecze Sancho — wiecznie jedna śpiewka, jakże u diabła, chcesz pan taką podróż robić na próżno i stracić sposobność małżeństwa, które w posagu królestwo przynosi? a to królestwo, które, jak słyszałem, więcej niż dwadzieścia tysięcy mil ma obwodu, obfitujące we wszystko, większe samo jedno niż Kastylia i Portugalia razem. Na moją duszę panie, słuchajcie mojej rady i żeńcie się w pierwszej lepszej wsi, gdzie spotkacie jakiego księdza, jeśli nie, to nasz proboszcz odprawi ceremonię; słuchajcie mnie i miejcie rozum, musieliście słyszeć mówiących, że lepszy wróbel w ręku, niż bażant w powietrzu, a kiedy dają, to brać, bo to, panie, czas płaci, czas traci.

1183

— Sancho — odpowie Don Kichot — radzisz mi żenić się dlatego, ażebym, zostawszy królem, dał ci przyrzeczoną nagrodę; nie bój się o to, znalazłem ja sposób zadowolenia cię, położę księżniczce warunek, że skoro tylko na tron powróci, odda mi część królestwa, którą dla ciebie przeznaczam.

1184

— A to pięknie! — odpowie Sancho — tylko proszę waszej wielmożności, wybrać mi prowincję nadmorską, ażebym mógł spławiać Murzynów na targ. Nie ma teraz po co jeździć do pani Dulcynei. Ruszajmy co prędzej zagłuszyć tego psubrata olbrzyma i skończmy już raz ten interes.

1185

— Upewniam cię, Sancho — rzecze Don Kichot — że posłucham twojej rady; nie mów tylko nic przed nikim, o czym rozmawialiśmy, gdyż Dulcynea jest tak skromna, że miałaby mi za złe, iż odkrywam tajemnicę naszych uczuć.

1186

— A po cóż posyłacie, panie, do niej ludzi, których zwyciężacie? wszakże kazać iść komuś rzucać się jej do nóg, znaczy uwiadomić go jawnie, że ona jest waszą kochanką.

1187

— Jakżeś ty głupi! — krzyknął Don Kichot — nie pojmujesz, że to dla jej chwały czynię, wiedz, że jedna dama może mieć wielu błędnych rycerzy, którzy jej służąc, nie śmieją żądać żadnej nagrody, prócz tego, aby raczyła ich przyjąć na swoich rycerzy.

1188

— Myślę, że chyba żartujecie sobie ze mnie, dostojny rycerzu — rzecze Sancho; — wprawdzie słyszałem ci ja na kazaniu, że trzeba kochać Pana Boga tylko dla Niego, nie myśląc ani o piekle, ani o niebie, ja też kocham Go na wszelki przypadek, nie wiedząc, co tam później nastąpi.

1189

— Czy wiesz — rzecze Don Kichot — że jak na chłopa, mówisz czasem rzeczy zadziwiające, można by myśleć, że uczyłeś się kiedy.

1190

— Nie umiem czytać — odpowie Sancho — lecz muszę którego dnia wziąć się i nauczyć, bo kto tam wie, może mi się to i przyda kiedy na co.

1191

W tej chwili usłyszeli głos cyrulika, że księżniczka pragnie odpocząć przy źródle; ucieszyło to bardzo Sancha, który bał się, żeby go rycerz na jakim kłamstwie nie złapał, bo, jak wiemy, Dulcynei nigdy w życiu nie widział, a na złodzieju zawsze czapka gore.

1192

Kardenio przywdział suknie, które poprzednio miała na sobie Dorota, wszyscy zasiedli przy źródle, posilając się dostarczoną przez proboszcza żywnością.

1193

Rycerz, Zemsta, Ofiara, PrzemocGdy jedli, przechodził koło nich młody chłopiec, a przypatrzywszy się wszystkim pilnie, przystąpił do Don Kichota, ucałował jego nogi, wołając z płaczem:

1194

— Dobry panie, czyliż mnie nie poznajecie, nie przypominacież sobie Andrzeja, którego uwolniliście od katowni niemiłosiernego gospodarza?

1195

Don Kichot poznał go po tych słowach i wziąwszy go za rękę, przedstawił towarzystwu, mówiąc:

1196

— Wiecie, jakie są obowiązki błędnego rycerstwa. Niedawno, przejeżdżając przez las, usłyszałem krzyki i żałosne jęki, pobiegłem natychmiast w tę stronę, aby zadowolić popęd wrodzony i znalazłem tego chłopca w dziwnym stanie. Był do drzewa przywiązany i wpół nagi, a jakiś silny, ogromny chłop chłostał go niemiłosiernie; zapytałem go, dlaczego obchodzi się tak okrutnie z dzieckiem, odpowiedział mi, że to jest jego sługa, którego karze za lenistwo i oszustwo. — Panie — zawołał chłopiec — ćwiczy mnie za to, że upominam się o zasługi. Chłop chciał wytłumaczyć się, lecz rozkazałem mu rozwiązać malca i wykonać przysięgę, że zaprowadziwszy go do domu, wypłaci mu należność co do grosza; nieprawdaż, Andrzeju, przypominasz sobie, z jaką godnością gromiłem owego chłopa i z jakiem uszanowaniem obiecał wykonać moje rozkazy?

1197

— Wszystko, co mówi wasza wielmożność, jest prawdą, lecz poszło całkiem inaczej, niż myślicie.

1198

— Jak to — zawoła Don Kichot — nie zapłacił ci natychmiast?

1199

— Nie tylko, że nie zapłacił — odpowiedział chłopiec — lecz zbił mnie jeszcze potem na kwaśne jabłko, żartował sobie z pana, a ja musiałem dotąd w szpitalu leżeć, tak mocno byłem pobity; prawdę mówiąc, to wszystko wam winienem, panie rycerzu, bo gdybyście przejechali las, nie wtrącając nosa do cudzej sprawy, mój pan, dałby mi był jakie dwadzieścia kijów i należność zapłacił pewno, lecz rozgniewany na was, pomścił się za to na mojej skórze.

1200

— Szkoda tylko — rzecze Don Kichot — że za wcześnie odjechałem, ale czy przypominasz sobie, Andrzeju, jak zagroziłem chłopu, że jeśli nie wykona moich rozkazów, potrafię go ukarać, chociażby się ukrył we wnętrznościach ziemi?

1201

— To prawda, panie rycerzu, pamiętam dobrze, że taka była wola wasza.

1202

— Zobaczysz to zaraz — rzecze Don Kichot i mówiąc to, powstał szybko i rozkazał Sanchy okiełznać Rosynanta.

1203

Księżniczka spytała, co czynić zamierza.

1204

— Pojechać natychmiast, ukarać niegodziwego chłopa i kazać zapłacić wszystko, co winien biednemu chłopcu — odpowiedział Don Kichot.

1205

— Lecz, panie rycerzu — rzecze Dorota — zapewniam, że podług obietnicy twojej, nie możesz przedsiębrać nic, dopóki mnie na tron nie przywrócisz.

1206

— Słuszność przemawia twymi usty pani, Andrzej musi zaczekać na mój powrót; lecz przysięgam na nowo, że nie spocznę, dopóki nie pomszczę krzywdy jego.

1207

— Ufam waszej przysiędze — rzecze Andrzej — ale wolałbym kilka sztuk srebra na podróż do Sewilli, niż wszystkie zemsty w świecie. Panie rycerzu — rzecze dalej — każcie mi dać co przegryźć i kilka groszy na drogę i niech was Bóg ma w swojej opiece i wszystkich błędnych rycerzy.

1208

Sancho dobył kawał chleba i sera i podał Andrzejowi.

1209

— Masz, mój bracie — rzecze — każdy powinien czymś odpokutować za ciebie.

1210

— Alboż wam ta żywność tak droga? — zapytał Andrzej.

1211

— Ba, ba! — odpowie Sancho — dowiedz się, mój bracie Andrzeju, że giermkowie błędnych rycerzy mogą co dzień umrzeć z głodu i pragnienia, krom innych nie arcysmacznych kęsów, co im się obrywają, a o których się nie mówi.

1212

Andrzej wziął chleb i ser, a widząc, że mu nic więcej nie dadzą, spuścił głowę i odwrócił się od towarzystwa. Przy pożegnaniu rzekł do Don Kichota:

1213

— Na miłość Boga zaklinam was, panie rycerzu, drugi raz nie przybywajcie mi na pomoc, choćbyście mnie widzieli siekanego w kawałki, bo nic gorszego spotkać mnie w świecie nie może nad to, co mi sprowadziła opieka waszej wielmożności. Byle mnie Pan Bóg wysłuchał, to pewno was i wszystkich błędnych rycerzy, którzy się po świecie tłuką i jeszcze urodzić mają, razem czarci porwą. Tego wam życzę serdecznie.

1214

Don Kichot porwał się, aby ukarać Andrzeja, lecz ten drapnął z kopyta, że ani podobna go było dogonić, a nasz rycerz pozostał zapalony w takim gniewie, że nikt z towarzystwa nie śmiał się już z najmniejszym żartem odezwać z obawy, aby nie ściągnąć na siebie jego zemsty.

Rozdział V

Opisuje, co zaszło w zajeździe.

1215

Po skończonym posiłku jedni dosiedli wierzchowców, inni poszli piechotą i nazajutrz rano przybyli do oberży, której Sancho zapomnieć nie mógł.

1216

Gospodarz, gospodyni, córka i Maritornes, z daleka już poznawszy Don Kichota i giermka jego, z oznakami radości wyszli na ich spotkanie. Nasz bohater przyjął ich ze zwykłą powagą i rozkazał sobie przygotować wygodniejsze niż poprzednio łóżko. Odpowiedzieli, że jeśli tylko dobrze zapłaci, dadzą mu książęcą pościel. Don Kichot obiecał i posłano mu w tym samym miejscu, gdzie spał już dawniej, lecz dzielny rycerz, utrudzony niezmiernie podróżą odprawianą w górach, usnął natychmiast.

1217

Gospodyni, poznawszy cyrulika, skoczyła mu do twarzy, chcąc odebrać brodę. Cyrulik chciał gwałtem zatrzymać ogon, aż proboszcz wytłumaczył, że nie ma potrzeby dłużej przebierać się i że jeśliby przypadkiem Don Kichot spytał księżniczkę o giermka, odpowiedzieć może, iż wysłała go naprzód, aby uwiadomił poddanych, że przybywa wkrótce ze swoim wybawcą. Cyrulik oddał gospodyni ogon i wszystko, co od niej pożyczył.

1218

Przygotowano obiad i całe towarzystwo zasiadło do stołu, prócz Don Kichota, któremu snu krzepiącego przerywać nie chciano.

1219

Podczas obiadu zajmowano się szczególnym obłąkaniem biednego Don Kichota; gospodyni opowiadała przeszłe jego wypadki, a proboszcz utrzymywał, że czytanie romansów rycerskich było powodem jego nieszczęścia. Gospodarz stanął w obronie romansów, dowodząc, że w jesieni, w święto zwłaszcza, można ich słuchać lub czytać z wielką przyjemnością.

1220

— Ja sam — dodał w końcu — czytając opis straszliwych czynów błędnych rycerzy, umieram nieraz palony żądzą szukania przygód i nie znudziłbym się, czytając je dniem i nocą.

1221

— Co do mnie zgodziłabym się chętnie na to — rzecze gospodyni — bo jak się zaczytasz, to zapomnisz przynajmniej na chwilę gderać po swojemu.

1222

— Prawda, że te powieści są bardzo zabawne — rzecze Maritorna — że najbardziej mi się podobał opis pięknej damy, siedzącej z rycerzem pod pomarańczowym drzewem, kiedy ich pilnuje stara guwernantka.

1223

Kobieta, Rycerz— A twoje jakie zdanie, piękna panienko? — rzecze proboszcz, zwróciwszy mowę do córki gospodyni.

1224

— Ja się na tym nie znam — odpowiedziała — słucham jak drudzy; niekiedy zdaje mi się, że się bawię, ale te wielkie czyny, o których wspomina mój ojciec, nie zajmują mnie wcale, a żale i skargi biednych rycerzy, oddalonych od kochanek, ściskają mi serce, że aż płaczę czasem.

1225

— Pewna jestem — rzecze Dorota — że miałabyś więcej jeszcze litości, gdyby ci rycerze dla ciebie cierpieli, i nie pozwoliłabyś im pewnie długo płakać.

1226

— Prawdziwie nie wiem, co bym zrobiła — odpowie młoda dziewczyna — lecz to pewna, że są panny tak okrutne, iż biedni rycerze nazywać je aż muszą lwicami i jeszcze gorzej jakoś; nie pojmuję doprawdy, skąd się te panny biorą, co nie mając honoru i sumienia, pozwalają umierać lub szaleć swoim kochankom; bo i na cóż te ceremonie? jeżeli je robią przez skromność, to lepiej niech idą zaraz za mąż za rycerzy, którzy tylko tego pragną.

1227

— Milcz, mała — rzecze matka — za mądra jesteś; dziewczyna w twoim wieku nie powinna mieć takiego rozumu i paplać tak wiele.

1228

— Ależ moja matko — odpowie dziewczynka — skoro ten pan pyta mnie, muszę mu przecie odpowiedzieć.

1229

Proboszcz, dowiedziawszy się od gospodarza, że posiada rycerskie romanse zachowane w skrzyni, chciał je zobaczyć, do czego uprzejmy gospodarz chętnie się przychylił i wkrótce powrócił, niosąc stary tłumok, z którego wyciągnął trzy wielkie księgi i kilka manuskryptów. Proboszcz wziął książki; pierwsza z nich miała tytuł: Don Cirongillo z Tracji, druga Don Feliks-Mars z Hirkanii, a ostatnia historia wielkiego i sławnego wodza Gonzalva Hernandeza z Kordoby, razem z życiorysem Diega Garcii de Paredes.

1230

Jak tylko proboszcz zobaczył dwie pierwsze, rzecze, spoglądając na cyrulika:

1231

— Bracie, brakuje nam tylko ochmistrzyni i siostrzenicy Don Kichota.

1232

— Obejdzie się bez nich — odpowie cyrulik — obejdzie, sam je wyrzucę przez okno, a właśnie i dobry ogień pali się na kominku.

1233

Książka, Marzenie— Jak to? panowie — krzyknął gospodarz — chcecie mi spalić te książki?

1234

— Tylko dwie — odpowie proboszcz — tylko Don Cirongilla i Feliksa Marsa.

1235

— Alboż są etyczne, że je na ogień skazujecie?…

1236

— Chcesz powiedzieć heretyczne — rzekł, uśmiechając się, proboszcz.

1237

— Jak tam chcecie — odpowiedział gospodarz — lecz jeśli już koniecznie żądacie coś spalić, oddaję wam z całego serca wielkiego wodza i Diega Garcię, ale pierwej pozwolę sobie spalić żonę i dzieci, niż te dwie piękne księgi.

1238

— Ale, kochanku — rzecze proboszcz — te dwie książki są zbiorem kłamstw i głupstw do niczego niezdatnych, a ta znów jest prawdziwą historią czynów Gonzalva Hernandeza z Kordoby, istotnie wielkiego wodza i cudownej siły Diega Garcii de Paredes, który był znakomitym rycerzem z Estramadury, w mieście Truxillo urodzonym. Powiadają o nim, że raz, stojąc na brzegu mostu i oburącz mieczem siekąc, wstrzymał pochód całej armii. Wykonał jeszcze mnóstwo innych czynów wielkich, szkoda tylko, że je sam opisując, zbyteczną powodował się skromnością.

1239

— Co to wszystko znaczy — przerwie karczmarz — w porównaniu z Feliksem Mars z Hirkanii, ten, panie dobrodzieju, jednym zamachem rozpłatał na połowę pięciu olbrzymów, jakby pięć szparagów, a napadłszy sam jeden na wielką armię, wyciął w pień szesnaście tysięcy od stóp do głów uzbrojonych żołnierzy. A cóż dopiero powiecie o Don Cirongillu z Tracji, który miał tyle odwagi, że raz nad brzegiem rzeki, zobaczywszy wychodzącego z niej ognistego smoka, skoczył doń i tak silnie ścisnął go rękoma za gardło, że smok, nie mogąc oddychać, zanurzył się na dno, a rycerz ani popuścił swej zdobyczy i poszedł z nim na dno. Tam znalazł się w wielkim pałacu, otoczonym pięknymi ogrodami. W tym pałacu pan smok zmienił się w szanownego starca, który mu opowiadał tak cudowne historie, o jakich nigdy nie słyszano. Tak! tak! księże proboszczu, jestem pewien, że oszalałbyś z radości, czytając tę historię.

1240

Dorota, zwracając się do Kardenia, rzecze z cicha:

1241

Wiara, Książka— Co myślisz o tym? jak pan sądzisz, czy wiele potrzeba naszemu gospodarzowi, żeby został drugim Don Kichotem?

1242

— Znajduję go bardzo do tego usposobionym — odpowie Kardenio — ręczę, że wierzy w każde słowo romansu, jak w artykuł wiary, i założyłbym się nawet z bosymi karmelitami, że go nie wywiodą z błędu.

1243

— Ależ, mój bracie — mówił dalej proboszcz do gospodarza — czy sądzisz, że był kiedy na świecie jaki Cirongillo z Tracji, Feliks Mars z Hirkanii i wielu im podobnych; dowiedz się, że to są bajki, wymyślone przez ludzi nie mających nic lepszego do roboty. Raz się przekonaj i naucz, że ani słowa prawdy nie ma w tym wszystkim, co piszą o błędnym rycerstwie.

1244

— Mów to pan komu innemu, nie mnie — na to mu gospodarz — nie złapiesz mnie na te gadaniny; nie jestem ja tak bardzo przemądrzały, ale przecież znajdzie się jeszcze niejeden głupszy ode mnie. Oho! mój dobrodzieju, raniej by wam wstać trzeba, aby mnie przekonać, że w drukowanych książkach, czarno na białym, mogą stać kłamstwa albo wymysły jakie. Ba, gadałbyś mu, albo by to rada królewska ścierpiała takie szalbierstwo, żeby miano drukować w mądrych książkach kłamstwa jakie lub bajdy, zdolne tylko głowę zawracać czytelnikom. Jutro, ale nie dziś. Mam ja przecież swój rozum.

1245

-Książka, Praca, Zabawa, Wiara– Mówiłem ci, mój przyjacielu — rzecze proboszcz — że takie książki służą do zabawy ludziom nieużytecznym i próżniakom, i tak jest w replice dobrze urządzonej, patrzą przez szpary[105] na pewne gry, które są rozrywką dla ludzi, co pracować nie chcą lub nie muszą, tak samo pozwalają drukować podobne książki, bo nikomu nie przyjdzie do głowy, że znajdą się tacy głupcy, co uwierzą w prawdziwość tych historii. Gdybym miał czas po temu, a towarzystwo chciało posłuchać, powiedziałbym kilka słów w przedmiocie romansów, a mianowicie: jak pisać się powinny, żeby wartość miały; być może, że byłoby to i użyteczne, i przyjemne, lecz przyjdzie czas na to. W każdym razie, mój zacny gospodarzu, wierzaj temu, co mówiłem, i obróć to na swoją korzyść; niech cię Bóg zachowa od tego, ażebyś miał naśladować Don Kichota.

1246

— O! to znów próżna obawa — odpowie gospodarz — nie przyjdzie do tego, ażebym się miał rycerzem błędnym ogłaszać.

1247

Sancho, który słuchał ostatniej części rozmowy, zdziwił się niezmiernie, dowiedziawszy się, że błędne rycerstwo jest tylko urojeniem, a wszystkie romanse są zbiorem próżnych wymysłów i kłamstw; stanął pełen smutku i niepewności i postanowił sobie oczekiwać, jak się wyprawa jego pana powiedzie, a jeżeli nie będzie tak szczęśliwa, jak sobie zamierzał, porzucić wszystko i wrócić do żony i dzieci.

1248

Gospodarz chciał zabrać tłumok z książkami, lecz proboszcz zatrzymał go, mówiąc, że chce przejrzeć rękopisy, które pięknym charakterem napisane były, i wziąwszy je do rąk, znalazł dziesięć arkuszy zapisanych z takim tytułem: Powieść o natrętnym ciekawcu, przeczytał po cichu kilka wierszy i zamiast oddać rękopis, rzekł:

1249

— Wyznaję, że tytuł mnie zachęca i mam ochotę przeczytać resztę.

1250

— O! zabawisz się pan pewnie — rzecze gospodarz; — już mnie proszono bardzo o ten rękopis, lecz nie chciałem pożyczać nikomu, gdyż właściciel tego tłumoka może powrócić lada dzień tędy, a ja muszę mu oddać wszystko, jak zostawił; nie bez żalu pozbawię się tych książek, lecz cóż robić, nie należą do mnie, trzeba strzec swego sumienia.

1251

— Słusznie mówisz — rzecze proboszcz — lecz jeżeli historia będzie zabawna, pozwolisz mi ją przepisać.

1252

— Z całego serca — odpowie gospodarz. Kardenio, usłyszawszy, o co rzecz idzie i przeczytawszy początek, rzecze:

1253

— Księże proboszczu, to zdaje mi się wcale niezłe, jeżeli raczysz czytać głośno, sądzę, że wszyscy posłuchają radzi.

1254

— Uczyniłbym to chętnie — rzecze proboszcz — ale to już dobrze późno.

1255

— Co do mnie, z przyjemnością bym posłuchała, czuję nawet potrzebę rozerwać czym umysł — wtrąciła mniemana księżniczka.

1256

— Skoro taka wola pani — odpowie proboszcz — przeczytam, znajdzie się może coś godnego ciekawości.

1257

Cyrulik i Sancho dołączyli swoje prośby, wszyscy zasiedli, a proboszcz zaczął czytać to, co w przyszłym rozdziale nastąpi.

Rozdział VI

Powieść o natrętnym ciekawcu.

1258

Przyjaźń, MałżeństwoW bogatym i rozkosznym mieście Florencji, w państwie Toskańskim, żyło dwóch znakomitych kawalerów, Anzelm i Lotariusz, tak ścisłym węzłem przyjaźni połączonych, że ich dwoma przyjaciółmi pospolicie nazywano, w kwiecie młodości, byli równi prawie wiekiem i skłonnościami. Anzelm był więcej zalotny, Lotariusz lubił bardziej polowanie, kochając się jednak nade wszystko, byli w stanie zrobić sobie wzajem ofiarę ze swoich namiętności. Anzelm zakochał się szalenie w młodej, niezmiernie pięknej osobie, mieszkającej w tymże mieście. Była to osoba tak znakomita rodem i dostatkami, że Anzelm postanowił zawrzeć z nią związek małżeński, z przyzwoleniem swego przyjaciela, bez którego porady nic stanowczego nigdy nie przedsiębrał. Sam Lotariusz zażądał ręki Kamilli dla swego przyjaciela i usunąwszy w krótkim czasie trudności, oddał mu ten skarb, odbierając od obu małżonków tkliwe zapewnienia dozgonnej dla siebie wdzięczności. Dopóki trwały gody weselne, Lotariusz codziennie uczęszczał do Anzelma, był mu pomocą w przyjmowaniu gości i niecił wesołość na familijnych festynach. Gdy te się skończyły, gdy młoda para odebrała odwiedziny wszystkich znajomych i przyjaciół, sądził, że powinien zaprzestać ciągłego u nich przebywania w chwili, kiedy zażyłość i przyjaźń traci w części swoje prawa. Mimo całej miłości Anzelma dla swojej towarzyszki życia, spostrzegł on, że dawny przyjaciel nieco go zaniedbał; zarzucił go wymówkami z tego powodu i oświadczył, że nie ożeniłby się nigdy, gdyby był przewidział tę jego odmianę, że żona, którą pojął, wchodząc jako trzecia do dawnego związku, nie powinna osłabiać jego trwałości, że przezorność niestosowna nie powinna ich pozbawiać zarobionego i miłego im przydomku dwóch nierozłącznych przyjaciół, że Kamilla także jest zmartwiona jego oziębłością i zawsze z największym uradowaniem ogląda tego, co związek ich skojarzył. Na koniec Anzelm nie zaniedbał wszelkimi środkami naglić Lotariusza do odwiedzania go równie często, jak poprzednio, bez czego, jak utrzymywał, nie mógł być szczęśliwy.

1259

Lotariusz odpowiedział z całą skromnością i rozsądkiem, które przekonały Anzelma o jego wysokiej delikatności i godząc przyjaźń z przyzwoitością, postanowili, że Lotariusz trzy lub cztery razy na tydzień będzie siadał do stołu Anzelma; Lotariusz przyrzekł dla zadowolenia swego przyjaciela i spełnił przyrzeczenie z całą oszczędnością jego dobrej sławy, która mu była równie droga, jak własna. Mawiał mu często, że najpewniejszym będąc cnoty swej małżonki, nie może zanadto nad nią czuwać, bo świat skłonny jest najprostszy i najniewinniejszy postępek każdej młodej i pięknej kobiety podać w podejrzenie, dla zabawienia się kosztem cudzej sławy. Podobnymi radami i zdaniami przekonał Anzelma o potrzebie nie tak ścisłej, jak poprzednio, zażyłości i rzeczywiście widywali się bardzo rzadko.

1260

Mało zapewne znajdzie się przykładów podobnej przyjaźni i nie wiem, czy ktokolwiek czuwałby z większym staraniem nad honorem swego przyjaciela i umyślnie rzadziej go widywał z obawy, aby jego odwiedziny na złe nie tłumaczono i to w wieku młodym, kiedy nie zwykło się robić uwag, kiedy pomija się wszystkie względy dla rozkoszy i zabawy. Mimo to, przy żadnym widzeniu się dwóch przyjaciół nie obeszło się bez wymówek, z których Lotariusz, trafnie się tłumacząc, umiał zawsze usprawiedliwić swoje odosobnienie i ułagodzić Anzelma.

1261

Gdy pewnego dnia przechadzali się razem za miastem, Anzelm, biorąc za rękę przyjaciela, rzekł do niego:

1262

— Czy wierzysz, Lotariuszu, że przy obfitych darach nieba, znakomitości rodu, dostatkach, a nade wszystko miłości Kamilli i twojej przyjaźni, nie jestem szczęśliwy. Jestem pod wpływem dziwnego i niewytłumaczonego uczucia i niespokojności bez żadnego powodu, której pozbyć się nie umiem. Wyznaję ze wstydem, że to jest jakieś przywidzenie szalone; w każdej chwili je sobie wyrzucam, ale ono opanowało cały mój umysł i całą duszę. Nie mogąc mu stawić oporu, szukać chce rady u tego, który przekonał mnie, że czuwa nieustannie nad moją sławą i spokojem. Po tym wyznaniu nie szydź ze mnie Lotariuszu, raczej mnie żałuj; daj lekarstwo i wróć swoim staraniem to wesele myśli, które utraciłem.

1263

Lotariusz, zadziwiony mową Anzelma, ani jej celu nie mogąc przewidzieć, na próżno starał się wytłumaczyć sobie to dziwaczne uczucie, prześladujące przyjaciela, a nie chcąc wyjść z przykrego położenia odrzekł, że robi krzywdę przyjaźni, używając wybiegu dla otworzenia mu swego serca, i zapewniał go, że jeżeli złe jest bez lekarstwa, pomoże mu przynajmniej znieść je i osłodzić.

1264

— Kochany przyjacielu — odpowiedział Anzelm — wstyd mi doprawdy, żem się wahał, lecz nie mogę bez zarumienienia się odkryć ci myśli swoich nierozsądnych.

1265

Dowiedz się więc o moim szaleństwie, ponieważ chcesz, i daj mi pomoc, której od ciebie tylko spodziewać się mogę.

1266

Mąż, Żona, Wierność, Zdrada, Cnota, PrzyjaźńChciałbym wiedzieć, czy Kamilla jest mi wierna sercem tak, jak sądziłem dotąd. Nie mogę się o tym przekonać, jak poddając ją ostatecznej próbie, bo wyobrażam sobie, że to, co nazywają cnotą kobiety, jest podobne do fałszywej monety, która ma blask złota lub srebra, lecz w tyglu z dymem idzie wniwecz. Wyraz cnota jest zwodniczy, jest to piękny pozór, który ukrywa wielkie wady i sądzę, że cnotliwymi nazywać można tylko te kobiety, których uwieść nie są w stanie ani obietnice, ani dary, ani łzy i wytrwałość kochanków. Nie jest cudem kobieta rozsądna, której mąż nie daje powodu być inną, gdy nie ma dosyć wolności, gdy nikt o jej względy się nie ubiega. Widzisz więc, Lotariuszu, że niewiele szacuję cnotę z obawy lub braku sposobności, tę tylko cenię, która nie da się niczym oślepić i oprze się wszelkim zasadzkom. Czy taka jest cnota Kamilli, sprawdźmy wszystkimi możliwymi sposobami. Wiem, że doświadczenie będzie niebezpieczne, ale nieprzekonany nie zakosztowałbym nigdy szczęścia. Jeżeli Kamilla wytrwa, będę najszczęśliwszym z ludzi, jeżeli upadnie, odniosę przynajmniej tę smutną korzyść, że nie będę igraszką dotychczasowego mniemania i ufności w kobietę, jak wielu innych.

1267

Nie staraj się odwrócić mnie od zamiaru, który wydawać ci się może śmiesznym, twoje usiłowania byłyby próżne, raczej chciej mi być powolny. Staraj się przekonać Kamillę, że ją kochasz, otocz ją wszelkimi staraniami, nie szczędź darów, ani obietnic. Bądź przekonany, że to będzie najwymowniejszy dowód twojej dla mnie przyjaźni i dziś jeszcze zacznij działać.

1268

Gdy Anzelm przestał mówić, Lotariusz wpatrywał się z zadziwieniem w swego przyjaciela.

1269

— Czy mam uważać twoje słowa za żart — zapytał — i czy sądzisz, żem je inaczej uważał, nie przerywając ci od początku? Zdaje mi się, że nie znasz mnie, ani siebie. Gdybyś był cokolwiek rozważniejszy, nie chciałbyś mnie obciążać podobnym zleceniem; można posługiwać się przyjaźnią do pewnego kresu, bez jej pokrzywdzenia; a kiedy się ma zamiar użyć przyjaciela, to zapewne nie w sprawach przeciwnych zdrowemu rozsądkowi, z których żadna korzyść wyniknąć nie może. Chcesz, abym żonę twoją uwiódł darami, abym się starał być od niej kochanym, lecz, jeżeli pewnym jesteś jej cnoty, czegóż nad to pragniesz? czyż moje zabiegi zwiększą jej zasługę? W samej rzeczy sam nie wiesz, czego się domagasz. Jeżeli powątpiewasz o rozsądku Kamilli, pozostań w niepewności, która przy twoim złem o kobietach mniemaniu nie będzie na teraz niekorzystna, pamiętaj, drogi Anzelmie, że honor kobiety zawisł od sławy, jakiej używa w świecie; poprzestań w tym razie na zdaniu innych, a znając ułomność kobiet, nie stawiaj im zasadzek przez próżną ciekawość i chęć doświadczenia, czy ich uniknąć potrafią; bo kobieta jest to lśniące zwierciadło, które oddech kazi, kwiat, który więdnie za dotknięciem. Przypominam sobie z tej okoliczności kilka wierszy z komedii, które chętnie powtórzę:

1270

Dobry starzec, radząc ojcu pilnować córkę i nie polegać na nikim, między innymi powiada:

KobietaKobieta jak szkło jest krucha,

Więc próbować, chowaj Boże!

Bo rzucona stłuc się może.

Za przyczyną złego ducha.

Więc tylko szał może sprawić

By rzecz, która raz stłuczona

Nie może już być spojona,

Na niepewną próbę stawić!

To zdanie nabawia dreszczu,

A jednak słuszne jest przecie,

Bo choć są Danae w świecie,

Nie brak i złotego deszczu.

1271

— Mówiliśmy dotąd w twoim interesie — rzecze dalej Lotariusz — pozwolisz, że powiem kilka słów w swoim. Uważasz mnie jako dobrego przyjaciela, a przecież chcesz pozbawić mnie honoru i chcesz, abym ci odmówił szacunku, jaki miałem dotąd dla ciebie. Jeżeli zrobię wyznanie miłości Kamilli, sprawiedliwie uważać mnie będzie jako zdrajcę, który nie lękał się zdeptać świętych praw przyjaźni i który poświęcił występnej namiętności dobrą sławę przyjaciela. Czymże usprawiedliwię śmiałość, do której mnie nie upoważniła cieniem występku? gdyby się okazała uległą, Anzelmie, mamże ją zdradzić? gdy tego nie uczynię, uznam sprawiedliwą jej nienawiść i zemstę dla człowieka, który wydarł jej dobre imię i zyskane wyznania miłości zaprawił wzgardą, a łatwowierność okrył śmiesznością? Jeżeli postępek mój usprawiedliwić zechcę twoją namową, cóż pomyśli o tym, który podjął się tak nikczemnej roli, o tym, który ją zlecił? przez niewczesną uczynność wniósłszy niepokój w łono familii, cóż powiem ludziom, którzy mi słusznie wyrzucać będą mój haniebny postępek? nie staniemyż się obaj pośmiewiskiem świata, mając dotąd jego szacunek? Wierzaj mi, Anzelmie, i pozostań w mniemaniu, które ci zapewnia pokój, rozważ, że w swoim szalonym zamiarze stawiasz na kartę wszystko przeciw niczemu, bo wreszcie, gdyby nawet próba dowiodła niewinności twojej żony, byłbyś nadto boleśnie zranionym i skazałbyś się sam na wleczenie uciążliwego życia, a przyjaciela na mękę tego smutnego widoku. Jednym słowem, zrzecz się wszelkiej nadziei odwiedzenia mnie, odmawiam żądaniu, które mnie obraziło najmocniej, po tysiąc razy odmawiam, chociażby to odmówienie kosztowało mnie twoją przyjaźń, której utratę uczułbym mocno.

1272

Mowa Lotariusza przeraziła jego przyjaciela, który po pewnym czasie przyszedłszy do siebie, mówił:

1273

— Mój dobry Lotariuszu, słuchałem cię z uwagą i pociechą, w odmówieniu twoim widzę dowód rozsądku i przyjaźni, wyznaję, że żądanie moje było niesprawiedliwe, że jego spełnienie może mieć najgorsze skutki, że spełniając zamiar, powzięty z zaślepieniem, rzucam się w przepaść, ale wyznać ci muszę, że jestem dotknięty chorobą, zastraszająco rosnącą i domagającą się śpiesznego ratunku. Następstwa mojego szalonego przedsięwzięcia tak dobrze zabić mnie mogą, jak uzdrowić, ale bez próby bezwarunkowo umieram. Ukrywałem długo cierpienia swoje w nadziei, że je zwalczę, walki nie wytrzymałem i dlatego o ratunek cię wzywam. Nie opuszczaj człowieka, który utracił rozum, uważaj mnie jak chorego, który nie wie, czego żąda. Doświadcz Kamilli łagodnymi i umiejętnymi sposobami, ona nie jest tak słaba, aby ci się oddała za pierwszym natarciem, a wtedy po części zwyciężonego już zdrowymi twoimi radami ten dowód przekona i uzdrowi. Inaczej, Lotariuszu, zmusisz mnie do zwrócenia się do kogo innego, który może zdradzi moje zaufanie, kiedy ty tak mało potrzebujesz uczynić, aby mi wrócić szczęście, aby zapewnić trojgu spokój na zawsze. Na koniec zaufaj mojej zręczności, jeżeli wyznać przyjdzie Kamilli nasz podstęp, osłonię go pozorem niewinnego żartu, który nie może jej obrazić.

1274

Lotariusz, widząc upór przyjaciela i niebezpieczeństwo odmówienia, przyjął zobowiązanie, przyrzekając sobie prowadzić rzecz tak zręcznie, aby bez urażenia żony zadowolić męża.

1275

— Nie masz potrzeby zwierzać się nikomu — rzecze Lotariusz — przyjaźń każe mi nie odmawiać dziwacznej posługi, której żądasz.

1276

Anzelm uściskał przyjaciela, jak gdyby mu powrócił życie i po tysiącu podziękowań skłonił do niezwłocznego działania, obiecując ułatwić sam na sam z Kamillą.

1277

Przepędził noc na rozmyślaniu, a nazajutrz poszedł na obiad do Anzelma. Kamilla przyjęła go jak zwykle z uradowanym obliczem, z chęci zadowolenia małżonka, wreszcie z własnego usposobienia. Po obiedzie oświadczył, że dla załatwienia pewnej ważnej sprawy przymuszony jest wydalić się na kilka godzin, że po powrocie będzie miał do pomówienia z Lotariuszem, dlatego prosi go, aby chciał przez ten czas pozostać z Kamillą, która dorzuciła kilka słów zobowiązujących, aby go zatrzymać. Lotariusz, znajdując się w najniebezpieczniejszym położeniu, udał znużenie, potrzebę naglącą snu, czym się tłumacząc, usiadł w krześle i zasnął, a przynajmniej udawał śpiącego. Anzelm, powróciwszy, zastał Kamillę w tym samym pokoju i śpiącego Lotariusza. Czekał jego przebudzenia się, aby powziąć wiadomość o tym, co zaszło. Lotariusz oświadczył, że nagłym wyznaniem miłości bojąc się rozgniewać Kamillę, ograniczył się na pierwszy raz pochwałą jej wdzięków i oświadczeniem, że głos powszechny zazdrości i pochwala wybór Anzelma, przez co zdaje mu się, że usposobił Kamillę do łatwiejszego przyjęcia wyznań, które ma jej zrobić później.

1278

To zaczęcie zadowolniło Anzelma, który obiecał przyjacielowi ułatwić codzienne sam na sam z Kamillą, nie uciekając się, jak dzisiaj, do potrzeby wydalania się z domu, co mogłoby obudzić podejrzenie małżonki.

1279

Tak minęło dni kilka. Lotariusz nic nie powiedział Kamilli, upewniając jej męża, że mówił i że nie ma żadnej nadziei być wysłuchanym łaskawie, że przeciwnie, zagroziła mu oskarżeniem przed mężem i zerwaniem wszelkich stosunków, gdyby się poważył wznowić te niebezpieczne mowy. Anzelm nie poprzestał na tym; zresztą przeznaczenie jego nie pozwalało mu poprzestać.

1280

— Kamilla — rzecze — oparła się słowom; zobaczymy, Lotariuszu, czy będzie miała moc oprzeć się czynom, wręczę ci jutro dwa tysiące czerwonych złotych i drugie tyle na zakupienie klejnotów! Kobiety nade wszystko przekładają strój, najrozsądniejsze ulegają tej nierozważnej ponęcie. Jeżeli Kamilla wyjdzie zwycięsko z tej próby, nie będę cię więcej trudził.

1281

— Dokończę dzieło rozpoczęte — rzekł Lotariusz — ale uprzedzić cię mogę, że usiłowania będą bezskuteczne.

1282

Nazajutrz punktualny Anzelm wręczył Lotariuszowi cztery tysiące dukatów, pogarszając tym przykre jego położenie.

1283

Lotariusz odważył się raz jeszcze powiedzieć, że Kamilla była niezwyciężoną, że dary nie zrobiły więcej niż słowo i że dalsze usiłowania ściągną jej nienawiść, jako całą korzyść przedsięwzięcia. To upewnienie wystarczyłoby zupełnie dla kogo innego, ale Anazelm nie był już panem obłąkanego umysłu, nie dającego się ukoić.

1284

Pewnego dnia, zostawiwszy sam na sam Kamillę i Lotariusza, ukrył się w przyległym pokoju. Lotariusz przez całą godzinę nie otworzył ust, co go przekonało, że cała powieść Lotariusza o wymówkach Kamilli była zmyśleniem. Aby się lepiej upewnić, wszedł do pokoju i wziąwszy na bok przyjaciela, zapytał, w jakim dziś jest usposobieniu Kamilla?

1285

— W najgorszym — odpowiedział Lotariusz — zarzuciła mnie wymówkami pełnymi goryczy i nienawiści i odjęła mi śmiałość działania.

1286

— Ach! tak to spełniłeś, coś mi przyrzekł? zawiodłem się na twojej przyjaźni; wiedziałem, żeś nie mówił z Kamillą i nie wątpię, że jestem twoją igraszką. Dlaczego wzbraniasz się uciec do cudzego współdziałania, kiedy odmawiasz mi sam przysługi?

1287

Lotariusz, przekonany o kłamstwie, starał się ułagodzić Anzelma i zobowiązał się przysięgą, że się wywiąże z danego przyrzeczenia. Anzelm, aby mu zostawić więcej wolności, udał się na osiem dni na wieś, na prośby jednego ze swych przyjaciół, które były dostateczne do usprawiedliwienia go w oczach Kamilli.

1288

Anzelm, wyjeżdżając, oświadczył Kamilli, że oddaje ją pod opiekę Lotariusza, który codziennie przychodzić będzie do niej na obiad, i domagał się dla niego względów takich, jak dla siebie samego. Rozkaz Anzelma sprawił pewną przykrość Kamilli; dała mu ją poznać z umiarkowaniem.

1289

— Nie znajduję przyzwoitym — mówiła — przyjmować Lotariusza w czasie twojej nieobecności, ale jeżeli mnie sądzisz niezdolną do załatwiania spraw domowych, pozwól na teraz zrobić próbę, abym cię mogła przekonać inaczej.

1290

Anzelm oświadczył, że postanowił nie odstępować od swego żądania i wyjechał.

1291

Lotariusz poszedł nazajutrz odwiedzić Kamillę, która go przyjęła z uprzejmością i godnością. Ale, pozostając zawsze w towarzystwie osób domowych, a najczęściej Leonelli, młodej dziewczyny, z którą się razem wykarmiła i którą czule kochała, nie dawała naumyślnie sposobności Lotariuszowi pozostawania z nią sam na sam. Przez trzy dni pierwsze Lotariusz nie zrobił żadnego kroku, chociaż mógłby znaleźć sposobność, podczas gdy domownicy obiadowali. Przezorna Kamilla kazała Leonelli wprawdzie pierwej obiadować, aby jej nigdy nie zostawiała samą, ale młoda dziewczyna, która zapewne o czym innym myślała, mało się troszcząc o rozkazy pani, narażała ją często na pozostawanie sam na sam z Lotariuszem. Lotariusz nie korzystał z chwili, czy to przez chęć oszukania raz jeszcze przyjaciela, czy z obawy dopuszczenia się niegodnego żartu z Kamilli, która ze słodyczą i pięknością łączyła tyle skromności i nakazującej poszanowanie godności. Ale ta względność Lotariusza, to milczenie uporczywe, dały, niestety, inny kierunek jego myślom, a wdzięki Kamilli zaczęły wywierać wrażenie, którego nie chciał dopuścić. Zachowując ciągle milczenie, podziwiał jej piękność i zaledwie zwracał oczy na nią, gdy tego wymagała przyzwoitość; z czasem pilnie zaczął się wpatrywać w tę piękną twarz, w czym znalazł tyle rozkoszy, że już nie mógł sobie odmówić ciągłego jej używania. Na koniec miłość wznieciła się w jego sercu i urosła zanim się o jej przeświadczył bytności. Wtedy ileż zniósł mąk i jak straszną przebył walkę rodzącej się miłości z obowiązkami przyjaźni dla Anzelma. Po tysiąc razy wyrzucał sobie uległość dla nierozważnego przyjaciela. Chciał uciekać, ale rozkosz widzenia Kamilli zawsze go wstrzymywała, zwyciężyły go piękność, słodycz, przymioty tej kobiety, a może przeznaczenie, które chciało ukarać nierozwagę Anzelma. Mniemał, że trzydniowe samotne walki uwalniały go od obowiązków przyjaźni, a mając tylko na względzie miłość, przy której giną wszystkie inne względy, nagle dał poznać Kamilli gwałtowność swoich uczuć.

1292

Kamilla, zdziwiona wyznaniem niespodziewanym, nie wyrzekłszy słowa, powstała z miejsca i odeszła do drugiego pokoju. To wzgardliwe odepchnięcie nie zraniło natenczas Lotariusza, dodało Kamilli w jego oczach więcej szacunku i zwiększyło miłość. Postanowił kończyć zaczęte dzieło, nie tracąc nadziei.

1293

Tymczasem Kamilla, namyśliwszy się nad środkami, jakie wypadało jej przedsięwziąć, uważała za najpewniejsze odmówić Lotariuszowi widywania jej i posłała natychmiast przez służącego następujący list do Anzelma:

„Dałeś mi dowód wysokiego zaufania, zostawiając mnie samą, jestem ci za to wdzięczną. Ale zdaje mi się, że przez to naraziłeś mnie na przykrość, nie będąc zazdrosnym o mnie, która mam twój szacunek. Kochając cię czule, nie mogę dłużej znieść twojej nieobecności, która mnie stawia w położeniu tak przykrym i delikatnym, że zmuszona będę uciec się do mego ojca, jeżeli nie przybędziesz natychmiast. Zdaje mi się, że ten, któremu zaleciłeś opiekę domu, ma więcej swoje niż twoje sprawy na widoku. Jesteś przezorny i roztropny, nic ci więcej nie powiem”.

Rozdział VII

Dalszy ciąg powieści o ciekawym nierozważnym.

1294

List ten przekonał Anzelma, że jego przyjaciel dotrzymał słowa i że Kamilla spełniła swój obowiązek, a zachwycony tym obrotem sprawy, kazał powiedzieć żonie, ażeby domu nie opuszczała i że niedługo sam powróci. Kamilla, zdziwiona tą odpowiedzią, ujrzała się jeszcze w przykrzejszym położeniu; nie wiedziała, czy zostać w domu i wystawić swoją dobrą sławę na niebezpieczeństwo ze strony Lotariusza, czy opuścić mieszkanie i tym sposobem stać się nieposłuszną mężowi. Na nieszczęście, wybrała pierwsze, postanowiła nie opuszczać mieszkania, nie unikać Lotariusza, aby nie ściągnąć podejrzeń domowników; wyrzucała sobie nareszcie list, który mógł był dać poznakę mężowi, że uchybiła względom zaleconym sobie dla Lotariusza. Sądziła, że znajdzie dosyć obrony przeciw niemu w pewności siebie i zdawało jej się, że nie uwiadamiając męża, którego nie chciała poróżnić z przyjacielem, potrafi zwalczyć występne uczucia Lotariusza, nie odpowiadając na nie; przemyśliwała nawet, jak objaśnić mężowi list, gdy zażąda tłumaczenia.

1295

W tym postanowieniu, tak przezornym na pozór, a zgubnym w istocie, Kamilla wysłuchała nazajutrz namiętnej mowy Lotariusza, który, znalazłszy sposobność, przejęty namiętnością, umiał zaprawić swoją mowę niekłamanym uczuciem i czcią tak rzewną, że słabość Kamilli poczęła się chwiać i potrzebowała całego panowania nad sobą, ażeby uwodziciel nie wyczytał w oczach stanu jej duszy.

1296

Lotariusz śledził wyraz jej twarzy i zrozumiał go; podwoił namiętność i nadzieje; wolność mówienia do niej, której otrzymać się nie spodziewał, przekonała go, że Kamilla nie jest niezwyciężona, potrafił jeszcze mocniej ją wzruszyć, i… doprowadził ją na konieć do niewierności, której już sam stał się winnym względem Anzelma.

1297

Otóż miejsce dla uwag moralnych! niech każdy je robi dla siebie; cały świat wie dobrze, że niebezpiecznie jest stawiać czoło miłości, że tylko ucieczką ratować się można.

1298

Kamilla, usprawiedliwiwszy najzupełniej przekonanie Anzelma o kobietach, zwierzyła się Leonelli, przed którą trudno było się ukryć i której potrzebę przeczuwała w przyszłości.

1299

Lotariusz był daleki od wyjawienia Kamilli podstępu Anzelma, z obawy, ażeby nie wzięła jego miłości za zmyślenie, ażeby ujrzawszy się igraszką, otrząsnąwszy się ze swojej słabości, nie chciała go nienawidzić więcej niż go kochała.

1300

Anzelm ucieszony, że Lotariusz dotrzymał mu słowa, powrócił, i niecierpliwy poszedł zapytać go, jak daleko postąpił w rozpoczętym dziele.

1301

— Anzelmie — powiedział Lotariusz — możesz być pysznym sprawiedliwie ze swojej nieporównanej małżonki, którą za ozdobę płci i wzór postępowania wszyscy uważać powinni, moje piękne słowa były próżne, szydziła z łez, odrzuciła z oburzeniem dary. Spotkałem niepokonany rozsądek, niewzruszoną cnotę i jednym słowem, Kamilla jest więcej cnotliwa niż piękna, a ty jesteś najszczęśliwszym ze śmiertelnych; zwracam ci pieniądze, któreś mi powierzył, Kamilla stoi za wysoko, aby tak niskie środki mogły ją przejednać. Tak więc, Anzelmie, powinieneś być szczęśliwym; używaj błogo swojego szczęścia, nie narażając go, to jest rada szczerej przyjaźni i korzyść z mojego uczestnictwa w tej sprawie.

1302

Niepodobna opisać radości Anzelma, winszującego sobie tak dobrego przyjaciela, lecz nie będąc zupełnie jeszcze zaspokojonym, prosił go o prowadzenie dalej zalotów, chociażby dla samej rozrywki, zresztą i dlatego, żeby tak od razu nie zaprzestać swej roli, a że miał wielką łatwość do wierszy, zaklinał go o napisanie sonetu do Kamilli pod imieniem Klorys, dając jej poznać, że był napisany dla innej osoby, którą kochał. Lotariusz, dla którego te warunki nie były uciążliwe, przystał; Anzelm, wróciwszy do siebie, przede wszystkiem badał Kamillę o powody listu, który do niego pisała.

1303

— Zdawało mi się — rzecze Kamilla — że Lotariusz na mnie innymi patrzył oczami w czasie twojej nieobecności, ale przekonałam się, że to było tylko działanie wyobraźni, bo dostrzegłam potem, że starannie unikał sposobności widzenia się ze mną sam na sam, na koniec byłam szczęśliwa, że znalazłam pozór zwabienia cię, a zdaje mi się, że i ty dzieliłeś moją niecierpliwość.

1304

Na co Anzelm odpowiedział, że nie powinna obawiać się Lotariusza, szalenie zakochanego w panience, dla której pisał wiersze pod imieniem Klorydy, że i bez tego miał przekonanie o jego niewzruszonej przyjaźni i cnocie.

1305

Ta wymyślona Klorys nie wzbudziła zazdrości w Kamilli, bo Lotariusz ją uprzedził, że dla odwrócenia podejrzeń Anzelma powie mu, że jest zakochany w Klorydzie i będzie miał sposobność czytania wierszy na cześć ukochanej pod zmyślonym imieniem.

1306

W kilka dni potem, gdy młoda para z przyjacielem siedziała u stołu, Anzelm prosił przyjaciela o przeczytanie wierszy na cześć jego kochanki, zwłaszcza, że Kamilla jej nie znała.

1307

— Gdyby ją nawet znała — odpowiedział Lotariusz — nie wstrzymałbym się z przeczytaniem, bo kochanek nie robi krzywdy osobie, którą kocha, opiewając razem jej wdzięki i okrucieństwo. Oto jest sonet, który dla niej ułożyłem:

W milczeniu nocy, gdy pokoju bóstwo

Śmiertelnych troski w słodkim śnie ukoi,

Rogatą rozpacz i serca ubóstwo,

Ślę aż do nieba i do Klary mojej!

A kiedy słońce krąg jasny roztoczy,

W bladoróżowym wschodniej zorzy blasku,

Ja, przez wezbrane łez strumieniem oczy,

Nie mogę dojrzeć dnia złotego blasku.

Za słońca okiem wznoszą się me oczy,

Gdy promień jego pierś ziemi rozpala,

I w mojej także płoną cierpień żary!

A gdy noc wróci — me serce się mroczy,

Wraca na ziemię i znów się użala,

Na ciszę nieba i nieczułość Klary.

1308

Kamilla znalazła sonet niezłym, a Anzelm cudownym.

1309

— Twoja dama — rzecze — musi być niesprawiedliwie okrutna, znajdując rozkosz w rozpaczy nieszczęśliwego kochanka, który jej daje tyle dowodów miłości?

1310

— Czyż wszyscy kochankowie mówią prawdę w wierszach? — wtrąciła Kamilla.

1311

— Jako poeci nie — odpowie Lotariusz — ale jako zakochani, mniej wyrażają niż czują.

1312

— Ach! to aż nadto prawda — rzecze Anzelm, wspierając zdanie przyjaciela, jakby dla przeświadczenia Kamilli o jego znaczeniu.

1313

Powiedzieć by można, że ten biedny mąż nie zaniedbywał niczego do swojej zguby. Kamilla niedobrze rozumiejąc męża, z przyjemnością słuchała rozmowy dwóch przyjaciół, bo kochała zapamiętale Lotariusza i nie wątpiła, że sonet był dla niej napisany, zapytała go więc, czy nie ma w pamięci innych wierszy?

1314

— Oto jest inny sonet — rzekł Lotariusz — który nie więcej cenię od pierwszego, osądźcie sami…

Ja wiem, okrutna, że umierać muszę,

Gdy mi pociechy odmówią twe oczy,

Lecz wolę cierpieć konania katusze,

Niż przestać wielbić twój wdzięk tak uroczy!

A gdy na bladym zapomnienia brzegu

Duch mój po życia podróży już stanie,

Twój tylko obraz wśród wspomnień szeregu,

Na wieki w sercu wyryty zostanie.

On niech mi doda nowej w mękach mocy,

Nadzieją troskę myśli uweseli,

Że w kraju zmarłych znowu ujrzę ciebie.

Bo biada temu, kto w burzliwej nocy,

Po mórz nieznanych żeglując topieli,

Nie widzi portu, ni gwiazdy na niebie!

1315

Anzelm, zajęty zupełnie swoim zamiarem, znalazł sonet równie cudownym, jak poprzedni i niemniej go chwalił; nieszczęśliwy w swoim błędzie nie przestawał codziennie czcić przyjaciela, który go zdradzał, i żony, która w dom jego wniosła niewiarę.

1316

W kilka dni potem Kamilla, znajdując się sama z Leonellą i mówiąc z nią o swojej miłości rzekła:

1317

— Jakże się gniewam na siebie, żem tak prędko wyznała uczucie moje Lotariuszowi! Nie będzież mną pogardzał, zastanowiwszy się, jak łatwo zyskał wzajemność?

1318

— Nie — odpowie Leonella — to właśnie podwoi jego wdzięczność, a wreszcie cóż może mieć Lotariusz do wyrzucenia ci, pani? Nie jednymiż szliście drogami? Nie przypuszczaj sobie przeto nic złego, bądź przekonana o szacunku Lotariusza, który musi być szczęśliwy miłością tak pięknej kobiety, bo wątpić nie możesz, że jest zacnym człowiekiem. Co do mnie, uważam, że miłość raczej nami rządzi, my zaś nią kierować nie umiemy.

1319

Uśmiechnęła się na to Kamilla i poznała, że młoda dziewczyna lepiej się zna na miłości, niżby się z pozoru zdawało. Poczciwe stworzenie nie kryło się wcale z miłością dla jakiegoś młodego szlachcica z miasta. Kamilla, dowiedziawszy się o tym, chciała wiedzieć, ile jest prawdy w przechwałkach Leonii, ale zręczna dziewczyna upewniła ją bezczelnie, że rzeczy nie zajdą dalej, jak już są, nie pozostawało więc Kamilli jak tylko prosić Leonię o tajemnicę przed kochankiem i zachowanie się tak ostrożne, aby mąż i Lotariusz nie powzięli o tym żadnej wiadomości; Leonella przyrzekła i przysięgła, ale wkrótce pani jej poznała, że ufać jej nie może. Ta niegodziwa istota, upoważniona przykładem swej pani, posunęła zuchwałość do tego stopnia, iż ośmieliła się wprowadzić swego kochanka do domu Anzelma, a Kamilla była nieraz zmuszona ukrywać go przed okiem męża.

1320

Mimo tych ostrożności, Lotariusz widział raz o wschodzie słońca wychodzącego z domu Anzelma kochanka Leonelli; z początku wziął go za widmo, ale widząc idącego wielkimi krokami i zasłaniającego twarz płaszczem, domyślił się, iż to jest człowiek, który nie chce być poznany. Nie myśląc wtedy o Leonelli, Lotariusz był przekonany, że to był nie mniej od niego szczęśliwy drugi kochanek Kamilli; uniesiony oburzeniem i zazdrością, marzył już tylko o zemście, a nie będąc panem siebie, wpadł gwałtownie do pokoju Anzelma i w te do niego słowa przemówił:

1321

— Od dni kilku waham się, czy ci udzielić, czy nie wiadomości, która cię blisko obchodzi, ale przyjaźń powinna przeważyć wszystkie inne względy. Wiedz przeto, że Kamilla już nie jest tak okrutna, uległa zwyciężona; nie spieszyłem zawiadomić cię prędzej, bo nie byłem dosyć pewien, czy to, co brałem za ułomność kobiecą, nie jest tylko podstępem, czekałem więc, czy nie przyjdziesz uwiadomić mnie, że twoja żona uprzedziła cię o wszystkim, lecz kiedy ci nic o tym nie mówiła, nie wątpię już o szczerej ochocie dotrzymania mi słowa i udzielenia mi sam na sam przy pierwszej sposobności, jak tylko wyjedziesz na wieś. Ale, Anzelmie, jest to tajemnica, wysłuchaj ją bez uniesień, bo Kamilla jeszcze cię nie obraziła, może się jeszcze otrząsnąć ze słabości, tak właściwej kobietom. Dotąd dobry robiłeś użytek z rad moich; posłuchaj jeszcze jednej. Upewnij Kamillę, że wyjeżdżasz na dwa lub trzy dni, ukryj się w pokoju, a potem osądzisz, co ci przedsięwziąć wypadnie.

1322

Łatwo domyśleć się, co uczuł Anzelm na tę wiadomość, utracił prawie przytomność i martwy, ze spuszczonymi oczyma, długo pozostawał w milczeniu, na koniec patrząc ze smutkiem na przyjaciela, rzekł:

1323

— Lotariuszu! spełniłeś, co przyjaźń spełnić ci nakazywała, ufając tobie, ślepo iść będę za twoją radą.

1324

Lotariusz, widząc przyjaciela w tak smutnym stanie i nie znalazłszy odpowiedzi, uściskał go i wyszedł nagle. Ale wnet zaczął sobie wyrzucać swój postępek zgubny dla Kamilli, nad którą mógł się pomścić, nie wystawiając jej na oczywistą zgubę i hańbę. Nie mogąc już odmienić, ani naprawić tego, co się stało, postanowił przynajmniej zawiadomić natychmiast Kamillę o wszystkim, korzystając z wolności widywania jej w każdej chwili.

1325

Kochanek, SługaZaledwie Lotariusz wszedł do domu Anzelma, Kamilla, widząc się z nim sama, rzekła:

1326

— Lotariuszu, ciąży mi na sumieniu rzecz, mogąca mieć bardzo złe skutki! Leonella ma kochanka, ta dziewczyna wyzuła się ze wstydu do tego stopnia, że przyjmuje go w moim domu, gdzie całe noce aż do świtu spędza. Czujesz, na jakie niebezpieczeństwo wystawia mnie ta niepoczciwa, co pomyśleć mogą ludzie, widząc mężczyznę o tej porze wychodzącego z mego domu? Jestem zmuszona cierpieć tę zniewagę, bo chcąc wymierzyć karę za bezczelność Leonelli, poruszyłabym sprawę, której wszystkie złe następstwa na mnie by spadły, w każdym razie jestem zgubiona, ocal mnie, Lotariuszu!

1327

Lotariusz z początku sądził, że Kamilla używa podstępu i chce go uspokoić względem człowieka, którego widział wychodzącego z jej domu, robiąc go kochankiem Leonelli, ale Kamilla zalała się łzami i tyle było prawdy w jej mowie, że musiał uwierzyć i tyleż, co ona, był zmartwiony. Uspakajał ją, mówiąc, że złe nie było tak wielkie, przepraszał po tysiąc razy za uniesienie i podejrzenia, które powziął, na koniec wyznał, że przez zazdrość wyjawił wszystko Anzelmowi i skłonił go do ukrycia się, aby śledzić dalsze postępowanie Kamilli.

1328

Kamilla o mało śmiercią nie przypłaciła tego okropnego ciosu, ale czerpiąc moc w swojej wściekłości, wyzionęła tysiąc obelg na Lotariusza, wyrzucała sobie słabość i robiła postanowienia tak dziwaczne i szalone, że pomieszany Lotariusz rzucił się jej do nóg, nie mając co odpowiedzieć i nie śmiejąc patrzeć na nią. Jego łzy i milczenie przezwyciężyły Kamillę, która, znalazłszy w umyśle sposób naprawienia złego, nie sądziła już tak surowo winnego i przebaczyła mu winę, której by zapewne nie popełnił, gdyby ją mniej kochał. Namówiła go, aby skłonił Anzelma do ukrycia się w jej pokoju i zapewniła go, że doprowadziwszy do skutku teraz powzięty zamiar, zyskają jeszcze większą swobodę na przyszłość. Nie chciała wyjawić Lotariuszowi, jaki jej zamiar, z obawy, aby go nie zganił. Na koniec oznajmiła mu, aby przybył na pierwsze wezwanie i odpowiadał na wszystkie jej zapytania, jak gdyby nie domyślał się obecności Anzelma.

1329

Nazajutrz Anzelm, pod pozorem odwiedzin jednego z przyjaciół wyjechał konno, ale wnet wrócił i ukrył się w pokoju żony, gdzie mu aż nadto czasu do umieszczenia się dały przezorne Kamilla i Leonella. Te dwie zacne osoby, skracając nareszcie męki straszliwej niepewności człowieka, który oczekuje wyroku pozbawiającego lub wracającego mu honor, weszły do pokoju. Kamilla z przeciągłym westchnieniem odzywa się do Leonelli:

1330

— Ach! nie wiesz, droga przyjaciółko, w jakim zamiarze wzięłam sztylet od męża; może, zamiast przyprowadzić go do skutku, lepiej zrobiłabym przeszywając serce w tej chwili, lecz przede wszystkim chcę wiedzieć, czy moja słabość i ułomność upoważniła Lotariusza do zuchwałej obrazy i krzywdy nad wyraz, którą wyrządził mnie i najlepszemu z przyjaciół. Wyjrzyj, czy nie przechodzi ulicą, sądzi zapewne, że to jest chwila przyjazna dla jego niecnej namiętności. Ale zawiedzie się, podły, przekona się, jak jego zamiary są różne od jego nikczemnych zamysłów.

1331

— Pani! — rzecze podstępna Leonella — co chcesz uczynić na Boga! z tym sztyletem? Chceszże zabić się, czy zabić Lotariusza? Nie biegnieszże zawsze do zguby? Lepiej jest ukryć zniewagę i nie dozwalać mu przybywać w chwili, kiedy jesteśmy same. On jest zaślepiony namiętnością, a my kobiety słabe! Nim zdołasz się zemścić, czyż możesz przeszkodzić nowej zniewadze, której trzeba się więcej lękać niż utraty życia? Jeżeli go zabijesz, cóż uczynimy? bo wiem, że taki jest twój zamiar.

1332

— Niech Anzelm czyni, co chce — odpowiedziała Kamilla — do mnie należy zemsta; zdaje mi się, że ta zwłoka czyni mnie współwinną, przyśpieszę ją dla ocalenia swego honoru i sławy męża.

1333

Tysiące myśli snuło się po głowie ukrytemu Anzelmowi, już był gotów wyskoczyć z ukrycia i ocalić życie przyjacielowi. Ciekawy jednak, jak daleko Kamilla posunie swoją zawziętość, postanowił zapobiec nieszczęściu dopiero w ostatniej chwili. Tymczasem Kamilla upadła na łóżko pod wpływem gwałtownego wzruszenia, a Leonella jęczała z rozpaczy, jak przy łożu konającej; tak to wszystko doskonale i wymownie było kłamane, iż rzekłbyś, że ta jest najnieszczęśliwsza, a jej pani najniewinniejsza z kobiet. Kamilla, przychodząc wreszcie do siebie z udanego omdlenia, rzekła:

1334

— Dlaczegóż, Leonello, nie idziesz zawołać tego zdrajcy? Niech przybywa w ten moment, aby druga siła nie pozbawiła mnie siły do zemszczenia się, niechaj to gwałtowne pragnienie nie rozprasza się w bezskutecznych słowach.

1335

— Biegnę — rzecze Leonella, ocierając łzy — ale oddaj mi ten sztylet.

1336

— Idź, idź, Leonello — mówiła Kamilla — nie obawiaj się; poprzysięgłam zemstę; umrę, ale pierwej pocieknie krew Lotariusza na zagładę krzywdy mojej.

1337

Leonella wahała się, nie chcąc opuścić pani; wyszła dopiero, zwyciężona ustawicznym naleganiem. Kamilla, zostawszy sama, w bezprzytomnym uniesieniu zaczęła wielkimi krokami chodzić po pokoju, upadła na łóżko pod brzemieniem cierpień i głośno wyrażała straszną walkę wewnętrzną.

1338

— Nie! nie! — wołała — wahać się nie będę, zginie! moje łzy gorące zapłaci życiem, nie będzie się bezkarnie pysznił, że chciał znieważyć Kamillę.

1339

Mówiła to, biegając po pokoju, sztylet błyszczał w jej ręku, a łzy w oku, mowę swoją zaprawiła takim wyrazem rozpaczy, że cały świat uwierzyłby jej kłamstwu. Anzelm, świadek tej sceny, już się zrzekł wątpliwości, jaką doniesienie Lotariusza zrodziło w jego umyśle, drżąc o niebezpieczeństwo przyjaciela i żony, chciał już wyjść z ukrycia, gdy weszła Leonella, trzymając za rękę Lotariusza. Zaledwie Kamilla go ujrzała, krzyknęła:

1340

— Stój, Lotariuszu! nie postępuj dalej kroku, bo tym sztyletem przeszyję sobie łono. Znaszże mnie dosyć, znasz dość Anzelma? odpowiedz szczerze.

1341

Lotariusz, domyślając się zamiaru Kamilli, nie zdziwił się takim obejściem i przychodząc w pomoc zamysłom swej kochanki, odpowiedział:

1342

— Nie dlatego zapewne mnie przywołałaś, piękna Kamillo, aby mówić do mnie w podobny sposób, sądziłem się szczęśliwym; a jeżeli nie chciałaś dotrzymać danego mi słowa, należało raczej uprzedzić mnie, niż stawiać zasadzkę, robiącą krzywdę i twojej dobrej wierze, i szlachetności uczuć moich. Odpowiem ci jednak, że znam od dziecinnych lat Anzelma, nie będę ci mówił o przyjaźni naszej, trzeba było gwałtownej miłości, aby podeptała jej prawa, miłości mocniejszej nad wszystko. Gdybym ciebie zaś nie znał, droga Kamillo, byłbym spokojny i bez winy…

1343

— Jeżeli znasz mnie i Anzelma — wykrzyknęła Kamilla — dlaczegóż pogwałciłeś święte obowiązki przyjaźni, których Anzelm wiernie ci dotrzymywał, i jak śmiesz stawić się przede mną, równie jak on pokrzywdzoną? Co myślałeś o mnie, wyjawiając mi swą występną miłość? co ci dało prawo przypuścić, abym mogła bez oburzenia patrzeć na pogwałcenie przyjaźni? śmiałżeś sądzić, że ta nikczemna ofiara mnie wzruszy? Nie, szukać muszę innej przyczyny twojego postępowania, może nie dość byłam ostrożna przy tobie, nie czując tego zbytecznej potrzeby, może źle sobie tłumacząc swobodę postępowania mojego, wziąłeś ją sobie za zachętę. Powiedz, nikczemny, czym obudziłam twoje nierozmyślne nadzieje? znalazł żeś mnie skłonną do słuchania kiedykolwiek bez wzgardy twoich oświadczeń, do przyjęcia darów? Mam sobie do wyrzucenia, żem cię nie dość ukarała, moja łagodność cię rozzuchwaliła i gdybym tylko swoją powolność miała sobie do wyrzucenia, już sądziłabym się winną; nim poniosę karę, nim umrę, giń ty pierwej! chcę zemsty, chcę twojego życia!

1344

To mówiąc, rzuca się na Lotariusza z udaną wściekłością, która jego samego omamiła; potrzebował całej siły i zręczności, aby uniknąć zabójczych razów. Kamilla odmalowała wściekłość tak żywymi kolorami, że niepodobna było nie uwierzyć, nie wahała się dostarczyć własnej krwi dla większej prawdy obrazy.

1345

Widząc, że nie pokona przeciwnika, Kamilla zaniechała walki, mówiąc: żyj więc, gdy nie jestem dość mocna, aby cię życia pozbawić, ale nie przeszkodzisz mi dokonać zemsty nad sobą, i wyrywając się z rąk Lotariusza, zadaje sobie raz nieszkodliwym sztyletem, pada zemdlona, a krew się broczy po jej białym ramieniu. Lotariusz i Leonella na widok krwi nie wiedzieli, co począć; pobiegli z przestrachem i podnieśli Kamillę; znalazłszy jednak ranę lekką, w osłupieniu podziwiali zręczność i sztukę tej kobiety. Dla dopełnienia tego obrazu i nadania mu większej jeszcze prawdy, Lotariusz w rozpaczy złorzeczył losowi, obarczał wyrzutami tego, który był przyczyną nieszczęścia, z wyrazem tak dobrze kłamanym, że chcąc nie chcąc, trzeba go było żałować. Leonella przeniosła swą panią na łóżko i błagała Lotariusza, aby przyprowadził felczera, radząc się zarazem, co wypada powiedzieć Anzelmowi, gdyby zastał żonę cierpiącą.

1346

— Zrób, co ci się zdawać będzie, w moim obłąkanym umyśle nie znajduję teraz rady dla siebie, tym mniej dla innych; zatamuj krew przynajmniej, żeby nie uszła. Ja chciałbym się skryć pod ziemię.

1347

To mówiąc, wyszedł wzruszony. Leonella z łatwością zatamowała krew, rana była nieznaczna. Leonella mówiła tyle cudownych rzeczy, opatrując Kamillę, że niepodobna dziwić się Anzelmowi, iż z dumą porównywał w myśli swoją małżonkę z Lukrecją. Kamilla obumierającym głosem szerzyła skargi na los, który nie dozwolił jej dopełnić zemsty i nie przestawała sobie czynić wymówek, że pozostała przy życiu.

1348

— Czy mam zawiadomić Anzelma o tym, co zaszło? — zapytała.

1349

— Broń Boże — odrzekła Leonella — poszukiwałby swojej krzywdy na Lotariuszu, a dobra żona nie powinna wystawiać na niebezpieczeństwo męża, którego kocha.

1350

— Prawda — rzecze Kamilla — ależ moja dobra przyjaciółko, cóż mu powiem, gdy zobaczy ranę?

1351

— Wybacz pani, nie umiałabym nawet skłamać żartem — odrzekła Leonella.

1352

— Nie! i ja nie odważę się na kłamstwo; sądzę, że najlepiej będzie wyznać wszystko, jak było w istocie — odpowiedziała Kamilla.

1353

Powiernica prosiła panią, ażeby się więcej nie zajmowała tą myślą, że bierze wszystko na siebie, że tłumaczenie będzie zbyteczne, jeżeli się rana zabliźni, nim Anzelm przyjedzie.

1354

— Staraj się tylko pani unikać silnych wzruszeń — mówiła — a zdrowie prędzej powróci; jeżeli Anzelm przybędzie pierwej, nie skłamiesz, mówiąc, że jesteś cierpiąca i potrzebujesz spoczynku.

1355

Gdy obłudnice naigrawały się w ten sposób z łatwowierności Anzelma, on, biedak, nie straciwszy ani jednego słowa z ich rozmowy, miał prawo uważać się za najszczęśliwszego z ludzi i oczekiwał z upragnieniem zmroku, aby podzielić radość z przyjacielem, któremu szczęście zawdzięczał. Kamilla i Leonella dały zręcznie Anzelmowi tę upragnioną wolność. Anzelm udał się niezwłocznie do Lotariusza, który, wyznać trzeba, spodziewał się jego odwiedzin; rzucił się w objęcia przyjaciela, gubił się w podziękowaniach dla niego i pochwałach dla Kamilli, o której mówił z uniesieniem. Lotariusz, pomieszany, nie znalazł odpowiedzi, ani śmiałości do podzielania szczęścia. Anzelm, spostrzegłszy oziębłość przyjaciela, sądził, że rana i cierpienia Kamilli, których Lotariusz był sprawcą, sprowadziły chmury na jego czoło; zaczął go więc pocieszać, wnosząc, że rana musi być nieznacząca, skoro Kamilla ma nadzieję ją ukryć. Na koniec powiedział mu, że nie martwić, ale cieszyć się powinien, iż wpłynął tak stanowczo na związek jego z najpiękniejszą osobą we Florencji i na ustalenie ich szczęścia; że chodziło tylko o zrobienie wierszy dla uwiecznienia cnót Kamilli; Lotariusz uznał słuszność tego żądania i obiecał nimi się zająć. Otóż to tak wyszedł Anzelm na próbie żony, tak dobrze przez siebie obmyślanej; oddał się w ręce człowiekowi, który go znieważył, i domagał się dla niego więcej względności u Kamilli. Korzystali jeszcze z tak dobrze ukartowanej matni, dopóki los, odgrywając swoją rolę, nie odkrył ich światu, dopóki nierozważna ciekawość Anzelma, odebrawszy mu honor, nie odebrała później i życia.

Rozdział VIII

W którym się kończy historia ciekawego nierozważnego.

1356

Powieść była bliska końca, gdy Sancho zalękniony przybiegł ze strychu, gdzie się znajdował Don Kichot, krzycząc przeraźliwie:

1357

Walka, Sen, Krew, Wino, Szaleństwo— Przybywajcie! przybywajcie na ratunek mojemu panu, który w tej chwili stacza bitwę tak straszną, że nie widziałem równej w życiu moim. Niech się z tego miejsca nie ruszę, jeżeli waleczny pan mój nie strącił od jednego cięcia głowy z karku nieprzyjaciela księżniczki Mikomikon.

1358

— Co mówisz, Sancho? — rzekł pleban — nie jesteś przy zdrowych zmysłach, ten olbrzym jest o dwa tysiące mil stąd; nie sądzę, żeby razy twojego pana tak daleko sięgały.

1359

Wtem usłyszano krzyki z poddasza: „Stój, łotrze! stój, złoczyńco! ach! mam cię na koniec. Ani siła, ani miecz twój, na nic się tu nie zdadzą”. — Przy tym słychać było szczęk pałasza, którego razy gęsto spadały na ściany poddasza.

1360

— Na miłość Boską, panowie, czemuż nie biegniecie rozbroić walczących, choć to na nic się już nie zda, bo olbrzym już wyzionął nieczystego ducha i zdaje teraz rachunek z niecnych spraw swojego żywota przed Bogiem, a potem zapewne przed wszystkimi diabłami; krew się toczyła jak wezbrana rzeka, a łeb na niej pływał jak bania. Na honor! wielki jak słoń, a przynajmniej jak beczka.

1361

— Na Boga! — wykrzyknął gospodarz, który z innymi przybiegł na hałas — czy ten Don Kichot, czy Don Diabeł, nie porozbijał mi aby naczyń z winem, które stoją w jego izbie; wino to pewno bierze ten uczciwiec za rozlaną krew olbrzyma.

1362

Pobiegli więc wszyscy na plac boju, gdzie zastali Don Kichota w najdziwaczniejszym rynsztunku: miał na sobie tylko koszulę, która mu z przodu ledwie do połowy ud dostawała, a w tyle o ćwierć łokcia najmniej była krótsza; nogi długie, suche, włosami zarosłe, a do tego brudne, przepocona mycka, niegdyś czerwona, a teraz dziwnie wątpliwego koloru na głowie, przez lewe ramię przewieszona kołdra i w ręku miecz goły, oto jego obraz. Mieczem tym bił i rąbał zapamiętale w prawo i w lewo, wykrzykując tak gwałtownie, jak gdyby naprawdę walczył z najstraszliwszym jakimś nieprzyjacielem. Przy tym wszystkim wszakże najdziwniejszą zapewne było rzeczą, że oczy miał najzupełniej zamknięte. Śniło się widać biedakowi, że trzymał w ręku wielkoluda Pandafilando. Mając głowę nabitą opowiadaniem tego spotkania, mało go kosztowała we śnie podróż do Mikomikon, gdzie zdawało mu się, że walczy z nieprzyjacielem i zadaje mu razy, które nieszczęściem, padając na worki z koźlej skóry, napełnione winem, sprowadziły istny potop na poddaszu.

1363

Gospodarz, na widok tej dla siebie klęski, uniósł się taką złością, że przypadł na przebój do Don Kichota, zaczął go okładać kułakami i zakończyłby niezawodnie bitwę z olbrzymem, gdyby Kardenio i pleban nie wyrwali z rąk jego naszego bohatera. Poczciwy szlachcic spał ciągle jak zabity, ani drgnął, i byłby spał niezawodnie do rana, gdyby balwierz nie lunął na niego całym wiadrem zimnej wody. To mu dopiero wróciło przytomność, ale nie tak jeszcze zupełnie, aby się spostrzegł, w jakim się znajdował stanie.

1364

StrójDorota w tej chwili weszła, widząc atoli swego obrońcę tak lekko ubranego, zawróciła się co żywo ze strachu, żeby czego więcej nie zobaczyć. Cały ten rozgardiasz, wszystkie hałasy i zamieszanie, nie przeszkadzały bynajmniej Sanchowi szukać głowy wielkoluda, boć przecie na własne oczy widział, jak się zwaliła na ziemię. Po długim szukaniu, nie znalazłszy jej ani śladu, wykrzyknął zdumiony.

1365

Wino, Krew, Czary— Teraz dopiero widzę, że w tym domu wszystko dzieje się przez czary; przed chwilą dostałem najmniej dwa tysiące kułaków w tym tu miejscu i ani widziałem, skąd mi się tak gradem sypią; teraz znów diabeł widocznie skrył mi gdzieś łeb olbrzyma, który jako żywo widziałem, jak byk spadający na te strumienie krwi, co, panie, lała się dziurgiem[106], a gulgała jak fontanna.

1366

— Co ty tam bredzisz, nieprzyjacielu Boga i Jego Świętych — wykrzyknął gospodarz — nie widzisz, niezdaro, że ta twoja fontanna i twoja krew, to najwyraźniej moje wino z beczek, coście je podziurawili jak przetaki, a niechaj was najjaśniejsze jasności ogarną! a bodajże jemu tyle smoły gorącej w gardziel wleli w piekle, ile on mi wina zmarnował.

1367

— Nie moja to sprawa — odpowiedział Sancho — ja tyle tylko wiem, że ta głowa dałaby mi była hrabstwo, którego teraz i na dnie morza nie znajdę.

1368

Zimna krew giermka przyprowadziła do rozpaczy gospodarza po tylu szkodach, jakie mu jego pan wyrządził; zaklinał się, że im ta sprawka nie ujdzie na sucho jak poprzednia, i że mimo wszystkich przywilejów rycerstwa, muszą mu wynagrodzić szkodę co do grosza.

1369

Pleban trzymał podtenczas za rękę Don Kichota, a nasz bohater, któremu się zdawało, że po odniesionym zwycięstwie znajdował się obok księżniczki Mikomikony, rzucił się do nóg plebana, mówiąc:

1370

— Wasza wysokość nadobna księżniczo, jesteś już wolna od niebezpieczeństwa, nie potrzebujesz się obawiać tyrana, który cię prześladował; wywiązałem się z danego słowa; poszczęściło mi się przy pomocy niebios i tej, której poświęciłem życie. Wracam ci, pani, panowanie i tron wydarty.

1371

— A cóż? nie mówiłem! — wykrzyknął Sancho — przecieżem nie pijany, ani co? przekonajcież się teraz, że mój pan bił się z wielkoludem. Jak mi Bóg miły! moje hrabstwo ocalone.

1372

Obecni śmieli się szczerze z głupstw pana i sługi; jeden tylko gospodarz nie znajdował tego wszystkiego zabawnym.

1373

Na koniec pleban, Kardenio i balwierz zmusili Don Kichota położyć się do łóżka. Karczma, Gospodarz, GospodyniWięcej daleko mieli kłopotu z niepocieszonym po stracie gospodarzem. Gospodyni przeraźliwie wrzeszczała, wyrywając sobie włosy z głowy pełnymi garściami.

1374

— To na nasze nieszczęście ten błędny diabeł przybłąkał się do naszego domostwa. On poprzysiągł sobie naszą zgubę; przeszłym razem musiałam go podejmować darmo, razem z tym łotrem jego giermkiem, koniem i osłem, przedstawiali się wszyscy za rycerzów błędnych, którym ich zakon rycerski nie pozwala płacić grosza w zajazdach. Bodaj ich nieszczęście spotkało! Na dobitkę, ten psi rycerz, co wiatry goni, teraz mi tu przyjechał wino zmarnować. O! nie doczekasz niegodziaszu[107], żebym się z tego miejsca nie ruszyła, musisz za wszystko zapłacić!

1375

Maritornes, godna służąca wielmożnej pani, wykrzykiwała na swoją rękę: „Niech diabli porwą wszystkich błędnych rycerzy całego świata!”. Tylko córka gospodyni milczała. Po długich korowodach nareszcie udało się plebanowi ułagodzić te krzyki boleści, obiecując zapłacić za wino, koźle skóry i krowi ogon, który gospodyni tak wysoko ceniła. Dorota podjęła się przynieść ulgę giermkowi, obiecując jego panu za ucięcie głowy olbrzymowi najpiękniejsze hrabstwo w królestwie, jeżeli je mieć będzie. Uradowany obietnicą Sancho, przysięgał, że widział walącą się głowę olbrzyma z długą brodą po pas sięgającą; że jeżeli jej nie znalazł, winne temu czary, których nie pierwszy raz przychodzi mu doświadczać w tym zajeździe. Dorota zapewniła, że wierzy wszystkiemu, że sprawa weźmie obrót niespodziewanie dobry. Gdy wszystko się uspokoiło, pleban, uproszony przez towarzystwo, tak kończył powieść o ciekawym nierozważnym:

1376

Anzelm, upewniony o cnocie żony, był najszczęśliwszym z ludzi. Kamila, niechętna dla Lotariusza, Lotariusz wstrzymujący się od odwiedzania Anzelma z powodu zerwania z Kamillą, utrzymywali zręcznie Anzelma w błędzie, dopóki ten, osądziwszy, że mu dla szczęścia potrzeba powrócić pomiędzy nimi zgodę, nie doprowadził jej do skutku, pomagając do łatwiejszego siebie oszukiwania.

1377

Kochanek, MążTymczasem Leonella, uniesiona namiętnością, ośmielona postępowaniem pani, posunęła zuchwalstwo do najwyższego stopnia, a korzystając z przyjaznych okoliczności, pozwalała kochankowi przepędzać u siebie całe dnie i noce. Zdarzyło się raz, że Anzelm usłyszał szmer w nocy w izbie Leonelli, lecz zastał drzwi zaparte z wewnątrz. Ten opór podwoił jego ciekawość, przezwyciężył zaporę i wchodząc, dostrzegł mężczyznę spuszczającego się z okna na ulicę. Chciał dognać nieznajomego, a przynajmniej poznać, ale przeszkodziła temu Leonella, klęknąwszy u nóg pana, błagając, aby nie robił hałasu i zapewniając, że uciekający był jej mężem. Anzelm nie wierzył tym zapewnieniom, groźbami i sztyletem dociągał się wyznania prawdy. Przestraszona Leonella błagała u nóg pana, aby darował jej życie, obiecując mu wyjawić wszystko, cokolwiek wiedziała o rzeczach większej jeszcze wagi.

1378

— Powiedz natychmiast, bo cię zabiję — wykrzyknął Anzelm.

1379

— Byłoby dla mnie niepodobieństwem w tej chwili mówić, jestem zbyt wzruszona, ale racz, panie, na miłość Boga do jutra zaczekać, a wszystko ci powiem; tymczasem poprzestań na moim uroczystym zapewnieniu, że człowiek, którego widziałeś wchodzącego oknem, obiecał zaślubić mnie.

1380

UcieczkaPrzekonany szczerością słów tych Leonelli, Anzelm udzielił jej żądanej zwłoki, oznajmiając, że trzymać ją będzie zamkniętą, dopóki nie uczyni obiecanego wyznania. Zamknąwszy drzwi na klucz, udał się do Kamilli, uwiadomił ją o wszystkim, co zaszło, i o tajemnicy, którą Leonella wyjawić mu obiecała.

1381

Kamilla, przerażona, nie wątpiła, że ta ważna tajemnica jej dotyczy; nie czekając przeto smutnych następstw, zabrała klejnoty i pieniądze i pobiegła błagać Lotariusza, aby ją ukrył lub razem z nią uciekł przed gniewem Anzelma. Nie można się było wahać. Lotariusz oddał Kamillę pod opiekę siostry swojej, która była ksienią w klasztorze, a sam tajemnie uszedł z miasta.

1382

O świcie, niecierpliwy Anzelm, nie zauważywszy nieobecności żony, wszedł do izby Leonelli; zastał ją pustą, tylko powiązane prześcieradła u okna zdradzały jej ucieczkę. Poszedł do żony z tą wiadomością, ale jej ani w łóżku, ani w całym domu znaleźć nie mógł, a żaden z domowników nie widział jej wychodzącej. Otwarta i wypróżniona z klejnotów szkatuła i wyznanie Leonelli nasunęły mu okropne podejrzenia, z którymi biegł zwierzyć się Lotariuszowi; lecz jakież było zadziwienie, gdy się dowiedział, że przyjaciel jego, zabrawszy pieniądze, w nocy z domu wyjechał. Cóż mógł w tym przypadku sądzić człowiek, uznający się przed godziną za najszczęśliwszego, pozbawiony naraz żony, przyjaciela, a prawdopodobnie i honoru? W niepewności dosiadł konia i wyjechał za miasto z zamiarem odwiedzenia jednego z przyjaciół, ale zaledwie pół drogi odbył, ulegając pod brzemieniem czarnych myśli i strasznych podejrzeń, uczuł się tak osłabiony, że był przymuszony zsiąść z konia i usiadł na pniu drzewa przy drodze.

1383

Przyjaźń, Miłość, Żona, Mąż, Zdrada, ŚmierćZmierzchało się, gdy przejeżdżał drogą z miasta jakiś młody człowiek. Anzelm zapytał go o nowiny.

1384

— Dość zajmujące — odpowiedział zapytany — w całym mieście mówią, że Lotariusz przeszłej nocy uszedł z żoną Anzelma, który także bez śladu zaginął. Dowiedziano się o tym od służącej Kamilli, którą straż ujęła w chwili, gdy się spuszczała z okna na ulicę. Nie znam bliższych szczegółów tego wypadku, ale to pewna, że miasto nim zajęte, a zadziwienie jest powszechne, bo ścisła przyjaźń Anzelma i Lotariusza zjednała im przydomek nierozłącznych przyjaciół.

1385

— I nie wiadomo, gdzie się schronił Lotariusz z Kamillą? — zapytał Anzelm.

1386

— Nie, lecz władze miejskie spiesznie zarządziły poszukiwania — odpowiedział kawaler.

1387

Te smutne wiadomości obłąkały do reszty umysł Anzelma. Podniósł się i z trudnością dosiadłszy konia, pojechał do jednego z przyjaciół, który o zdarzonym nieszczęściu jeszcze nic nie wiedział, ale domyślił się po zmienionej powierzchowności Anzelma. Ten wszedłszy, prosił go o posłanie, atrament i pióro. Pozostawszy sam, Anzelm uczuł, że ten zbytek boleści przypłaci śmiercią i w ostatnich chwilach chciał dać wiadomość światu o powodach swego zgonu. Zaczął pisać, ale nim skończył, boleść go zabiła. Gospodarz domu, chcąc zapytać gościa, czy mu czego nie brakuje, zastał go bez życia, pochylonego nad stołem, ze spuszczoną głową. Bezwładna ręka trzymała jeszcze pióro, a pismo przed nim leżące mieściło te wyrazy:

„Natrętną ciekawość przypłacam życiem. Jeżeli wiadomość o śmierci mojej dojdzie Kamillę, niech się dowie zarazem, że jej przebaczam, nie miałem słuszności wymagać od niej cudu, ona nie miała obowiązku go spełnić, a ponieważ ja sam jestem przyczyną nieszczęścia, nie byłoby sprawiedliwe, aby…”

1388

Zbytek boleści nie dozwolił Anzelmowi dokończyć. Nazajutrz rodzice Anzelma dowiedzieli się o jego śmierci, wiedząc już o nieszczęściu. Kamilla niepocieszona bliska była zgonu, ale z powodu oddalenia Lotariusza nie chciała wyrzec ślubów zakonnych, dopiero skłoniła ją do tego wiadomość o śmierci Lotariusza w bitwie Lautreka z Fernandem Gonzalwem z Kordoby.

1389

Nie mogła znieść tego ciosu i w krótkim czasie dni zakończyła.

1390

— Nie ostatnio napisana powieść — rzekł pleban — ale wątpię, aby była prawdziwa, a jeżeli jest zmyślona, to autor niewiele okazał rozsądku, bo któż widział kiedy męża na tak niebezpieczną wystawiającego się próbę, przypuścić by można to szaleństwo w kochanku, ale nigdy w mężu.

Rozdział IX

O dziwnych przygodach w zajeździe.

1391

Gdy pleban skończył opowiadanie, gospodarz, w progu karczmy stojąc, zawołał:

1392

— Chwała Bogu! zbliża się ku nam znaczna kompania jezdnych, jeżeli się tu zatrzymają, napędzą trochę grosza.

1393

— Co to są za ludzie? — zapytał Kardenio.

1394

— Są to czterej rycerze w maskach, zbrojni w włócznie i tarcze, a z nimi zamaskowana dama biało ubrana, a przy jej rumaku dwóch służących pieszych.

1395

Dorota włożyła natychmiast maskę, a Kardenio poszedł uzupełnić ubiór do izby Don Kichota. Zaraz też nadjechali jezdni, zeskoczyli z koni, pomogli zsiąść damie, którą jeden z kawalerów, wziąwszy w ramiona, posadził na krześle stojącym w drzwiach pokoju, do którego wszedł Kardenio.

1396

Nikt z towarzystwa nie zdjął maski, ani przerwał milczenia. Dama tylko głęboko westchnęła, była podobna do umierającej. Tajemniczość orszaku zaostrzyła ciekawość plebana; nie widząc innego sposobu, udał się do stajni wybadać służących.

1397

— Doprawdy, my sami niewiele wiemy — odpowiedzieli oni — zdaje się jednak, że są to znakomite osoby, zwłaszcza ten, który zsadził damę z konia, wnosząc po uszanowaniu, z jakim jest dla niego reszta towarzystwa.

1398

— A któż jest ta dama? — zapytał pleban.

1399

— Nie więcej o niej umiemy powiedzieć, przez całą drogę nie widzieliśmy jej twarzy, ale za to ciągle wzdychała i narzekała. Nic dziwnego, że więcej powiedzieć nie umiemy, gdyż przed dwoma dniami dopiero spotkaliśmy na drodze ten orszak, któremu towarzyszymy od Andaluzji w nadziei dobrej zapłaty.

1400

— Nie słyszeliście nazwiska żadnego z jeźdźców?

1401

— Nie — odrzekł jeden z masztalerzy. — Podróżują jak kartuzy, nie mówiąc ani słowa, słyszeliśmy tylko ciągłe westchnienia i skargi młodej damy, którą ci panowie, zdaje się, gwałtem uprowadzają. Wnosząc z jej ubioru, jest zakonnicą, albo ma nią zostać; może nie czując w sobie dosyć powołania, biedna ta rozpacza.

1402

— To być bardzo może — rzekł pleban, idąc szukać Doroty, która wzruszona westchnieniami zamaskowanej damy, ofiarowała jej usługi, jakie kobieta od kobiety tylko przyjmuje. Dorota na te zabiegi nie otrzymała żadnej odpowiedzi, a kawaler, który najwięcej zdawał opiekować się damą, rzekł:

1403

— Nie trać pani czasu na grzeczność dla niewdzięcznej i zaprzestań zapytań, jeżeli nie chcesz kłamstwa usłyszeć.

1404

— Nigdym kłamstwa się nie dopuściła — rzekła z dumą dama — i może dlatego, że byłam zbyt szczera, znajduję się teraz w tak nieszczęśliwym położeniu. Nie potrzebuję powoływać się na innego świadka, bo sam, panie, jesteś przekonany, że obstawanie przy prawdzie sprowadziło na mnie twoje okrutne prześladowanie.

1405

— Ach! Boże, czyjże to głos słyszę? — zawołał Kardenio w przyległym pokoju.

1406

Na te słowa młoda dama podniosła głowę i chciała wejść do izby, w której znajdował się Kardenio, ale przeszkodził jej w tym zamiarze rycerz, zatrzymując ją przemocą. W tym pomieszaniu spadła zasłona z twarzy nieznajomej i odkryła twarz bladą nieporównanej piękności. Kawaler, trzymając ją w ramionach, nie miał czasu podnieść maski, która mu także spadła z twarzy podczas szamotania się z damą, a Dorota, poniósłszy oczy, poznała w nim Don Fernanda, krzyknęła przeraźliwie i padła zemdlona. Pleban pośpieszył na jej ratunek, a gdy dla łatwiejszego oddychania zdjął jej maskę, Don Fernand z zadziwieniem poznał Dorotę. Zmieszany tym wypadkiem, nie wypuścił jednak z rąk Luscindy, która, poznawszy zaraz głos Kardenia, usiłowała się gwałtem wyrwać. Kardenio zaś w mniemaniu, że krzyk Doroty był krzykiem Luscindy, wypadł przelękniony z izby i spostrzegł Luscindę w ramionach Don Fernanda, który nie mniej był zdziwiony, poznając Kardenia. Cztery osoby w najwyższym zdziwieniu patrzyły na siebie, nie przerywając milczenia. Luscinda pierwsza tak się odezwała.

1407

— Don Fernandzie, zaprzestań niesprawiedliwości i gwałtu, które zawsze pozostaną bezskuteczne; żadne ofiary, żadne groźby mnie ku tobie nie skłonią i bądź pewny, że prędzej doczekasz się zgonu, niż przyzwolenia mojego, nie do mnie już należy rozrządzać sobą: Kardenio, którego tu widzisz, jest moim mężem, zwróć mu jego własność, a mnie spokój i szczęście, zaklinam cię i błagam o to, panie, a jeżeli, zadawszy mi już tyle cierpień, mało ci jeszcze zemsty, zakończ raczej jednym ciosem nieszczęśliwe życie.

1408

Dorota tymczasem przyszła do przytomności, a widząc Luscindę zawsze w ramionach Don Fernanda, rzuciła mu się do nóg, tonąc we łzach i mówiąc:

1409

— Panie! jeżeli nie wygasło w tobie uczucie litości, zwróć oczy na Dorotę, którą kiedyś kochałeś i nieszczęśliwą uczyniłeś. Byłam swobodna w domu rodziców, kiedy przyszedłeś uwieść niewinność moją, zatracić spokojność i wzniecić w łonie moim nieznane namiętności. Twoje dary były bezsilne, ileż zręczności użyć musiałeś, aby mnie tylko widywać, ileż trudów, aby mnie przekonać, że kochasz i wyrwać wzajemność? Nie będę ci przypominała starań i grzeczności, które dziś może niegodnymi siebie znajdujesz. Nie okazałbyś większych dla osoby wyższej stanowiskiem w świecie; przekupywałeś służących, używałeś wszelkich środków, jak gdyby osoba moja największe szczęście i zaszczyt zjednać ci miała? A jednak jakimże sposobem zwalczyłeś moją stałość? Nie przeczę, żem była wzruszona twoimi staraniami, oddałam ci się przecież dopiero po przysiędze, że mnie zaślubisz, a ty nieba na świadki powołałeś, że obietnicy nie zgwałcisz; cóżem uczyniła, żeś mnie opuścił? Nienawidzisz mnie za to, żem cię zanadto kochała, a zrobiwszy nieszczęśliwą, opuszczasz; zgodziłam się zostać twoją, bo na wszystko, co najświętsze zakląłeś się, że będziesz moim jedynie. Zawiedziesz, panie, tyle miłości, że nie powiem cnoty! Będąc moim, nie możesz należeć do Luscindy, a Luscinda nie może być twoją, bo należy do Kardenia; zwróć ich więc sobie we wzajemne objęcia, a mnie oddaj Fernanda, do którego nikt nie jest w stanie prawa mi zaprzeczyć. Ach! panie, utraciwszy cię, śmierci szukałam.

1410

Zalana łzami Dorota szczerą prawdą wyrazów rozrzewniła wszystkich. Don Fernand żywo wzruszony otworzył jej swoje ramiona, mówiąc:

1411

— Zwyciężyłaś, piękna Doroto!

1412

Luscinda, odstąpiona przez Don Fernanda, byłaby niezawodnie zemdlała, gdyby Kardenio, który stał za Don Fernandem, aby nie być widzianym, nie ujął jej był w swoje objęcia i nie przemówił:

1413

— Kiedy nieba same mi cię zwracają, pójdź, luba, wesprzyj się na moim ramieniu, bo pewno lepiej nikt cię nie osłoni od tego, który cię przez całe życie tak szczerze kochał i kocha.

1414

Luscinda zwróciła głowę do przemawiającego, a poznawszy Kardenia, w uniesieniu radości uściskała go tkliwie, nie zważając na obecnych.

1415

— O Boże! to ty! najdroższy Kardenio — wykrzyknęła. — O! dzięki wam, litośne nieba, żeście mi dozwoliły widzieć raz jeszcze tego, którego jedynie kocham na tym świecie!

1416

Pieszczoty Luscindy świadczone Kardeniowi, rozrozdrażniły Fernanda; dostrzegłszy w obliczu jego chęć jęcia się[108] oręża, padła mu do nóg, wołając:

1417

— Co zamyślasz, o! panie, mając przed sobą małżonkę? Czyż masz jakie prawo zakłócać święte uczucia dwojga kochających się istot? Czemuż cię gniewają oznaki ich miłości, która cię obchodzić nie powinna? Nie każ mi cierpieć dłużej, a jeżeli moja miłość i łzy nie wzruszą cię, oszczędzaj mnie w imię rozumu i przysiąg! oddaj się na wolę nieba, co w tak cudowny sposób okazało litość swą nad nieszczęściami nas wszystkich.

1418

Kardenio miał się na baczności, aby Don Fernand nie zastał go nieprzygotowanym; ale towarzysze Don Fernanda i proboszcz nasz poczciwy rzucili mu się do nóg, błagając o litość dla Doroty, którą sam uznał już za swoją małżonkę.

1419

— Uważ panie — mówił pleban — że Kardenio z Luscindą ślubowali sobie miłość przed Bogiem, że nie możesz ich rozłączać bez popełnienia niesprawiedliwości, że ustępować rozumowi nie jest słabością; czyż Dorota nie ma przymiotów najpiękniejszych w kobiecie? cnotliwa, piękna, czuła, kocha cię nad życie, przysięgą ślubowała ci wiarę dozgonną i tyś jej także ślubował; dlaczegóż nie masz iść drogą sprawiedliwości?

1420

Don Fernand miał duszę szlachetną; uczuł słuszność tej mowy, przezwyciężył się więc nareszcie i ściskając czule Dorotę, rzekł:

1421

— Wstań pani, nie zniosę, aby mi u nóg leżała kobieta, która dała tyle dowodów cnoty i miłości. Chciej zapomnieć, coś z mojej wycierpiała przyczyny, szczery a głęboki żal mój i piękność Luscindy powinny mnie przed tobą choć w części uniewinnić. Niech Luscinda żyje szczęśliwa z Kardeniem, a ty, Doroto, otocz błogością dni moje.

1422

Don Fernand uściskał raz jeszcze Dorotę i to z tak prawdziwym uczuciem miłości, że roztkliwiona zalała się łzami.

1423

Rozrzewnienie było powszechne, Kardenio i Luscinda, słowem wszyscy oprzeć mu się nie mogli, Sancho nawet jak bóbr płakał, ale tego tylko, że Dorota nie była królową Mikomikon, a on stracił nadzieję swego najmilszego hrabstwa. Luscinda i Kardenio dziękowali Don Fernandowi, a on za całą odpowiedź czule ich ściskał. Potem wypytywał się Doroty, jakim sposobem tak daleko od swego kraju zawędrowała; powtórzyła mu wszystko, co już opowiedziała plebanowi i Kardeniowi i zachwyciła Fernanda i całe towarzystwo ślicznym swoim opowiadaniem.

1424

Don Fernand opowiedział jej znów, co zaszło w domu Luscindy w czasie ślubu, mówiąc, że gdy znaleziono za gorsem Luscindy list objawiający, że jest żoną Kardenia, tak był uniesiony zazdrością, iż chciał ją zabić na miejscu i tylko widok sędziwych jej rodziców powstrzymał go w zapędzie. Poprzysiągł jej wszakże zemstę na przyszłość i choć Luscinda uszła po kryjomu, zdołał jednak dowiedzieć się, że postanowiła na resztę dni życia zamknąć się w klasztorze, jeżeli Kardenia nie odzyska. Z trzema towarzyszami ruszył w pogoń, a upatrzywszy furtę klasztoru otwartą, porwał Luscindę, nie dając się jej poznać.

1425

Luscinda, uwożona gwałtem, nie przestawała wzdychać i płakać i w tym stanie przywiózł ją do zajazdu, gdzie niebo położyło kres jej cierpieniom. Skończywszy mówić, Don Fernand uprzejmie zwrócił się do Luscindy i przepraszając ją po tysiąc razy za wyrządzone przykrości, solennie ją zapewnił, że ramię jego gotowe zawsze na jej usługi, że nie mniej dzielnym i silnym okazać się pragnie, niż się w prześladowaniu jej okazał.

Rozdział X

Dalszy ciąg przygód infantki Mikomikon.

1426

Sancho Pansa pilnie przysłuchiwał się wszystkiemu. Jego nadzieje poszły z dymem od czasu, jak księżniczka Mikomikon przemieniła się w Dorotę, a wielkolud Pandafilando w Don Fernanda. Don Kichot spoczywał snem błogosławionych, wcale się o nic nie troszcząc. Dorota nie była jeszcze pewna, czy to, co zaszło, było we śnie, czy na jawie, a Kardenio i Luscinda, niemniej szczęśliwi, widzieli w tych wypadkach cud, na skrócenie ich cierpień zesłany. Don Fernand wreszcie winszował sobie takiego obrotu sprawy, która go tylu przykrości nabawiała, zgoła wszyscy niewymownie cieszyli się, że trudne i zawikłane niesnaski zastąpiła teraz błoga spokojność. Roztropny i zręczny pleban najwięcej się do tego przyłożył; rozmawiał to z jednym, to z drugim, przyznając każdemu, że najwięcej wpłynął na ukończenie sprawy.

1427

Najwięcej jednak ze wszystkich cieszyła się gospodyni, bo Kardenio i pleban obiecali jej wynagrodzić szkody, przez Don Kichota zrządzone. Jeden tylko Sancho straciwszy nadzieję hrabstwa, wielce tym zmartwiony spuścił nos na kwintę. Z wyciągniętą na łokieć twarzą, w gniewnym usposobieniu, wszedł do izby pana, który właśnie tylko co się obudził:

1428

— Wasza dostojność, mości Rycerzu Posępnego Oblicza, może sobie spoczywać spokojnie — rzekł — nie ma już potrzeby zabijać wielkoluda, ani zwracać państw księżniczce, wszystko się już skończyło.

1429

— I ja myślę, że już się skończyło — odpowiedział Don Kichot — bo takiej bitwy, jak ta moja z olbrzymem, dzieje świata jeszcze nie dały przykładu; jednym cięciem zmiotłem mu łeb z dumnego karczyska, a potoki krwi rzygnęły jak fale wzdętej rzeki przez stawiane tamy.

1430

— Rzygnęły jak wino, niech raczej powie wasza łaskawość — odezwie się Sancho — bo ten zabity wielkolud, to był worek z koźlej skóry, a jego krew to czerwone wino, a ten łeb odcięty wiatr uniósł, bo go wcale nie było.

1431

— Przebóg! co ty gadasz, Sancho, czyś ty tylko nie zwariował, ty biedny widzę, straciłeś rozum.

1432

— Wstań oto lepiej panisko i przypatrz się, coś ty tu narobił i co to trza będzie za to zapłacić. Obacz pan królową Mikomikon, jak się przemieniła ni stąd, ni zowąd w zwyczajną Dorotę i jeszcze kat je wie, ile innych dziwnych rzeczy.

1433

— Nic mnie nie zadziwi — odrzekł Don Kichot — bo jeślim nie stracił pamięci, to wiesz, iż mówiłem już zeszłym razem, że tu się dzieją cuda czarnej magii i sprawy szatana.

1434

— To bardzo być mogło i teraz może bym uwierzył — rzecze Sancho — w te cuda, gdybym nie widział na własne oczy i nie czuł we własnych kościach, jak karczmarz, trzymając za róg kołdrę, podrzucał mną najtężej na tej piekielnej bujawce, śmiejąc się na całe gardło. Na głupi mój rozum, ja myślę, że tam nie ma czarów, gdzie się widzi ludzi na jawie.

1435

— No, no, nie frasuj się tak bardzo, wszystko będzie dobrze, podaj mi tylko ubranie — przerwie Don Kichot — pójdę ja zobaczyć te zmiany, o których mi prawisz.

1436

Gdy Sancho stroił naszego bohatera, pleban tymczasem opowiadał o nim Don Fernandowi i towarzyszom jego, ile trzeba było użyć przebiegów, aby Don Kichota zwabić z samotnej skały, gdzie opłakiwał nieczułość damy swych myśli. Opowiedział nadto wszystkie przygody, o których wiedział od Sancha. Całe grono śmiało się, że aż im łzy z oczu ciekły, wszyscy zgodzili się, że to jest najdziwaczniejszy i może jedyny rodzaj szaleństwa. Szczęśliwa metamorfoza księżniczki zmuszała plebana do szukania nowych sposobów, aby nakłonić Don Kichota do powrotu. Kardenio wpadł na myśl, że Luscinda doskonale może zastąpić Dorotę.

1437

— Nie, nie — rzekł Don Fernand — niech Dorota kończy swoją rolę, a jeżeli dom tego cudnego rycerza niedaleko, z chęcią pragnąłbym przyczynić się także do uzdrowienia go z tak nieszczęśliwego kalectwa.

1438

Wtem Don Kichot, uzbrojony od stóp do głów, stanął w progu i ukazał się towarzystwu; nie brakowało ani historycznego hełmu Mambryna, ani tarczy, ani włóczni. Wszyscy podziwiali jego cudacki rynsztunek, tę twarz wychudłą i ogorzałą i tę dumną postawę. Don Kichot zatrzymał wzrok na Dorocie i z dziwną powagą przemówił:

1439

— Szlachetna i piękna damo! dowiaduję się od obecnego tu mojego koniuszego, że z królowej stałaś się zwyczajną kobietą. Jeżeli to się stało za wolą wielkiego czarnoksiężnika, ojca twego, który może nie ufa w ramię moje; to wyznać muszę, że ojciec twój, pani, w grubym znajduje się błędzie, i nie dość zna dzieje rycerstwa. Gdyby je czytał uważnie, jak ja, wiedziałby, że są przepełnione więcej jeszcze zdumiewającymi wypadkami i że mnóstwo rycerzy mniej ode mnie sławnych (mówiąc bez chełpliwości), dokonywało dzieł nieskończenie trudniejszych; nie jest cudem zwalczyć olbrzyma jakiej bądź siły i wzrostu: niedawno doświadczałem sił swoich z wielkoludem… więcej mi powiedzieć nie wypada, bo by mi może nie wierzono.

1440

— Doświadczałeś się, prawda, ale z bukłakami, nie z olbrzymem — wtrącił karczmarz — i chciał dać więcej niepotrzebnych objaśnień, ale Don Fernand nakazał mu milczenie, a Don Kichot ciągnął dalej:

1441

— Upraszam na koniec waszą wysokość, wydziedziczona księżniczko, że jeżeli tylko przytoczony powód wstrzymuje cię od powierzenia się opiece Don Kichota z Manchy, to porzuć płonną obawę, bo nie ma przeszkód na tym świecie, których by miecz jego nie przeparł; miecz ten strąci głowy twoich nieprzyjaciół, osadzi na tronie przodków i zapewni ci spokojne panowanie. Don Kichot zamilkł, oczekując odpowiedzi księżniczki.

1442

Dorota na skinienie Fernanda odpowiedziała mu z monarszą godnością:

1443

— Ktokolwiek ci powiedział, zacny Rycerzu Posępnego Oblicza, żem się zmieniła, fałsz ci powiedział; jakkolwiek zaszła szczęśliwa zmiana w moim położeniu, daleka jednak jestem od tego, abym miała odrzucać pomoc twego niezwyciężonego ramienia, porzuć przeto błędne mniemanie o moim ojcu i nie wątp, że był to człowiek rozumny i uczony, kiedy znalazł w swojej nauce tak niezawodny sposób zaradzenia mojemu nieszczęściu. Spotkanie twoje, rycerzu, liczę zawsze do najszczęśliwszych wypadków; tobie już winnam szczęście swoje, a ci panowie dzielić muszą niezawodnie przekonanie moje, patrząc na wielkie czyny twoje. Jutro ruszamy w drogę, dziś bowiem już za późno; Bogu i tobie, rycerzu, powierzam, losy swoje.

1444

Gdy Dorota skończyła, Don Kichot, patrząc gniewnie na giermka, rzekł:

1445

— Sancho, mój przyjacielu, jesteś największym łajdakiem w całej Hiszpanii, nie powiedziałżeś, łotrze, przed chwilą, że jej wysokość jest po prostu panną Dorotą, nie nabajałżeś mi tysiąc innych niedorzeczności, za które wstydzić się musiałem? Przez Bóg żywy! nie wiem, co mnie wstrzymuje, że cię nie zabiję na miejscu, dla samego przykładu wszystkim giermkom na świecie, którzy kiedykolwiek będą mieli honor służyć rycerzom błędnym.

1446

— Niech wasza wysokość się nie gniewa — odpowie Sancho — co do księżniczki Mikomikony, możem się i mylił; ale co do olbrzyma, kozich skór i czerwonego wina, to dalipan, że się nie mylę. Podziurawione worki od wina leżą na ziemi, a wino zalało stancję; przekona się o tym wszystkim wasza dostojność, jak karczmarz każe sobie stratę zapłacić. Bogu dziękować, że się królewna nasza nie przedzierzgnęła na co innego, bo to mnie na dobre wyjść może.

1447

— Teraz powiem ci, mój Sancho, żeś osioł, daj mi pokój i zamknij już gębę — przerwał mu Don Kichot.

1448

— No, no, nie ma o czym gadać — rzekł Don Fernand — księżniczka postanowiła jutro wyruszyć w drogę, myślmy więc o spoczynku, a jutro wszyscy towarzyszyć będziemy rycerzowi Don Kichotowi, aby być świadkami jego zadziwiających czynów.

1449

— To ja raczej będę miał zaszczyt, panowie, wam towarzyszyć i kosztem życia swego chcę usprawiedliwić zaszczytne mniemanie, na jakie zarobić sobie potrafiłem — odparł wykwintnie nasz rycerz.

1450

Kiedy Don Kichot i Don Fernand przesadzają się w oświadczeniach gotowości służenia damom, nowy podróżny wszedł do karczmy. Z odzieży poznać było można niewolnika powracającego z jasyru od Maurów. Miał na sobie coś niby kamizelkę z sukna niebieskiego z krótkimi rękawami bez kołnierza, spodnie z płótna niebieskiego i czapeczkę tegoż koloru; na nogach sandały, jakich zwykle Maurowie używali, i pałasz zawieszony u pasa, przewiązującego biodra; za nim jechała kobieta, po mauretańsku ubrana, z zasłoną na twarzy, w złotem przetykanej czapeczce i w długiej sukni, do stóp sięgającej. Niewolnik, mężczyzna piękny, miał lat około czterdziestu, wąs zdobił twarz jego nieco śniadą, a cała postawa raczej człowieka wyższego stanu, niż niewolnika znamionowała. Zażądał osobnej izby i mocno się zafrasował, gdy karczmarz powiedział mu, że nie ma ani jednej próżnej w całym zajeździe.

1451

Dorota, Luscinda i wszystkie kobiety z karczmy spoglądały z ciekawością na dziwny ubiór Mauretanki. Dorota, widząc ją zakłopotaną tym, że nie było stancji próżnej, zbliżyła się do cudzoziemki i uprzejmie przemówiła:

1452

— Niech się pani nie dziwi tym brakiem wygody, u nas wszystkie karczmy tak są niegodziwe, jeżeli pani zechcesz, z chęcią podzielimy się z panią naszym mieszkaniem, a przekonasz się pani, żeś szczęśliwie trafiła i że nigdzie przyjaźniejszego nie mogłabyś mieć przyjęcia.

1453

Zakwefiona dama powstała i nic nie odpowiadając, złożyła na piersiach ręce na krzyż, schylając głowę na znak podziękowania, co przekonało obecnych, że jest Mauretanką i nie rozumie po hiszpańsku.

1454

Niewolnik, czym innym dotąd zajęty, widząc damy rozmawiające z Mauretanką, zbliżył się i rzekł:

1455

— Ta pani nie rozumie żadnego języka prócz swego i dlatego odpowiedzieć nie może na ich żądanie.

1456

— My też nic nie żądamy — rzekła Luscinda — ofiarujemy jej tylko nocleg w naszym towarzystwie i wygody, na jakie miejsce pozwala.

1457

— W swoim i jej imieniu dziękuję zacnemu państwu — odpowiedział z grzecznością niewolnik.

1458

Religia— Czy ta dama jest chrześcijanką, czy Mauretanką? — zapytała Dorota — jej milczenie i ubiór zdają się wskazywać, że nie jest naszej religii.

1459

— Jest Mauretanką z urodzenia — odpowiedział niewolnik — ale z duszy pragnie zostać chrześcijanką, bo jest nią z przekonania.

1460

— Jak to? ona niechrzczona? — przerwała Dorota.

1461

— Nie miała czasu przyjąć chrztu świętego — rzecze niewolnik — bo jedzie dopiero z Algieru, który jej jest ojczyzną, potrzebuje się przedtem wzmocnić w zasadach naszej religii; a wtedy, jeżeli Bogu podobać się będzie, przyjmie chrzest z uroczystością odpowiednią jej znakomitości, o której w tej chwili jej i mój ubiór wcale mylne mogą dać wyobrażenie.

1462

Ta mowa zaostrzyła ciekawość obecnych; nikt jednak zapytać się nie śmiał, kto była Mauretanka i niewolnik, bo zdawało się, że przede wszystkim potrzebowali spoczynku. Dorota, ująwszy rękę Mauretanki, prosiła ją o zdjęcie zasłony.

1463

Ta badała wzrokiem niewolnika, co jej czynić wypada; niewolnik wytłumaczył jej po arabsku, że panie żądają, aby zdjęła zasłonę, co gdy uczyniła, wszyscy ujrzeli twarz czarującej piękności.

1464

Luscinda znalazła ją piękniejszą od Doroty, a Dorota piękniejszą od Luscindy, na koniec wszyscy przyznali, że nie ustępuje nikomu w piękności. A że piękność ma przywilej pociągania wszystkich serc, każdy więc śpieszył z gotowością usług dla pięknej Mauretanki.

1465

Don Fernand zapytał o jej nazwisko.

1466

— Lela Zoraida — odpowiedział niewolnik, a Mauretanka dodała pośpiesznie.

1467

No, no Zoraida, Maria, Maria — chcąc dać do zrozumienia, że jej imię Maria nie Zoraida.

1468

Wyrazy te i jej wzruszenie rozczuliły obecnych, zwłaszcza kobiety z natury tkliwe; Luscinda uściskała nieznajomą, mówiąc:

1469

— Tak, tak, Maria, Maria — a niewolnik rzekł z czułością:

1470

— Tak, tak, Maria Zoraida Macangé; co ma znaczyć nie Zoraida.

1471

Don Fernand tymczasem kazał zastawić kolację i wszyscy zasiedli do stołu, a Don Kichot, zmuszony do zajęcia pierwszego miejsca, obstawał przy tym, aby księżniczka Mikomikon, jako pod jego zostająca opieką, obok niego zasiadła.

1472

Luscinda i Zoraida umieściły się przy Dorocie, Don Fernand i Kardenio naprzeciw, pleban i balwierz obok dam, nareszcie niewolnik i towarzysze Fernanda znaleźli także miejsce u stołu.

1473

Najlepszy humor ożywił biesiadę, zwłaszcza, że Don Kichot, natchniony tym samym duchem, pod którego wpływem miał ową nieśmiertelną mowę do koziarzy, przemówił z uniesieniem:

1474

— Zaprawdę, panowie, my błędni rycerze przyzwyczajeni jesteśmy do rzeczy nadzwyczajnych. Powiedzieć chciejcie, czy ktokolwiek, widząc nas teraz, odgadłby, kto jesteśmy? Któż by w damie obok siedzącej poznał królową, a we mnie Rycerza Posępnego Oblicza, którego głośna sława stanowi w historii epokę? Wątpić nie można, że nie ma szczytniejszego stanu nad powołanie rycerskie, tym godniejsze czci, że wystawione ciągle na największe niebezpieczeństwa. Niech mi nie wspominają o wyższości pióra od oręża; krótko widzi, kto śmie tak twierdzić. Utrzymują, że prace umysłu wyższe są od dzieł męstwa, wspartego we władaniu mieczem, tak, jakby nie było różnicy między rycerzem a rzemieślnikiem, jakby nie było potrzeba umiejętnie używać siły i odwagi. Wódz dowodzący armią, broniący twierdzy, potrzebuje tyle głowy, ile ramienia. Odwagą nie można przewidzieć podstępów nieprzyjaciela, ani uprzedzić go w zamysłach. Gdy więc niezaprzeczenie rozum potrzebny tak dobrze rycerzowi, jak uczonemu, ten stan przeto jest wyższy, którego cel szlachetniejszy. Nie mówiąc o mędrcach, których umiejętność dąży do zbawienia siebie i bliźnich, nauka zakłada sobie triumf praw ludzkich i dobrego rządu. Cel to zapewne pożyteczny i chwalebny, ale się nie da ani porównać z wojną, która dąży do pokoju, najwyższego dobra na świecie, która daje opiekę społecznościom, handlowi i zapewnia szczęście ludów, wyższa więc jest celem od nauk.

1475

Zobaczmy, jaka jest różnica między pracą uczonego a pracą rycerza?

1476

Wszyscy, co prawda, byli przekonani, że Don Kichot ma źle w głowie, ale że mężczyźni po większej części należeli do rycerskiego stanu, słuchali więc z przyjemnością długiej jego przemowy, a on ją tak dalej ciągnął:

1477

— Ubóstwo, mówiąc w ogólności, chodzi w parze z nauką; a kto goły, niewesoły, bo cierpi głód, pragnienie, zimno i wszystkie niewygody; taką to koleją dosyć przykrą dochodzą uczeni do celu i widzieliśmy wielu z nich wysoko wyniesionych przez ten sam los kapryśny, co im niegdyś nie szczędził chłosty i co sobie czasem takich cudów pozwala, kiedy jest w dobrym humorze, że z nędzy od razu wynosi do wielkości.

Rozdział XI

Dalszy ciąg mowy o naukach i wojnie.

1478

Żołnierz, Nauka— Widzieliśmy — mówił dalej Don Kichot — uczonego z całą jego biedą, zobaczmy, czy żołnierz jest bogatszy. Doprawdy, nie ma biedniejszego stworzenia na świecie. Musi nieborak poprzestać na żołdzie, który często później przychodzi i nie zawsze cały, a jeżeli odważy się innym sposobem co sobie przyswoić, robi to przeciw sumieniu i naraża życie na niebezpieczeństwo. Nieraz przepędza zimę w najniedostateczniejszym odzieniu? Ileż razy, nie mogąc opuścić stanowiska, znosi skwar, zimno lub słotę? a w nocy jakże szczęśliwy, gdy złapie garsteczkę słomy, aby się zabezpieczyć od wilgoci ziemi, na której często spać mu wypadnie. Dzień wraca i on wraca do przykrych obowiązków, nie dobrze wypocząwszy. W bitwie pierwszy strzał muszkietu druzgocze mu głowę, ramię lub nogę, ale przypuśćmy, że go nie spotka takie nieszczęście, czyż stał się bogatszy, czy odniósł jaką korzyść? Gdzie tam, w lada jakiej sprawie musi jeszcze nieborak dawać poręczycieli, którzy ledwie cudem się zdarzają.

1479

Zastanowiliście się kiedy panowie, ilu ludzi robi los[109] w wojsku? Gdy tylu ich ginie, zaledwie tysiączna część dochodzi do czegoś. Zupełnie inaczej dzieje się z uczonymi; nigdy nie są w tak dotkliwym niedostatku, ani nie narażają życia na niebezpieczeństwo. Mimo to nagroda żołnierza jest rzadko wyższą, a zawsze prawie niższą. Prawda, że łatwiej jest wynagrodzić szczupłą liczbę uczonych, aniżeli tłumy wojowników; tamtym powierzają urzędy, których ci nie są w stanie sprawować, uwaga ta jednak nie osłabia, lecz utwierdza bardziej moje założenie. Na tym się ograniczę, ażeby nie uczynić rozprawy zbyt długą i raz jeszcze wracam do wyższości oręża nad piórem, którą spodziewam się okazać tymiż dowodami, jakich na korzyść obu stanów użyłem.

1480

Jeżeli mówią na korzyść nauk, że wojna jest umiejętnością, że jej prawa napisali uczeni, ja przemawiam na korzyść wojny. Oręż utrzymuje prawo, broni rzeczypospolitej, zasłania trony, drogi i miasta ubezpiecza, morza z korsarzy oczyszcza, słowem, stanowi bezpieczeństwo publiczne. Aby zostać uczonym, potrzeba trochę czasu, starań, czuwania, pracy, trochę nie dojeść, trochę nie dopić, ale ażeby zostać dobrym wojownikiem wszystko to znieść trzeba, a przy tym co chwila narażać życie! Cóż cierpi uczony w porównaniu z żołnierzem w mieście oblężonym? Widzicie go na szańcu odbywającego wartę, nieprzyjaciel podkopał się minami, wśród groźnego niebezpieczeństwa ledwo mu wolno ostrzec dowódcę, aby przeciwnymi zabezpieczył się minami; nie mogąc odstąpić, czeka, póki go wybuch nie zagrzebie pod gruzami budynków, lub nie wysadzi w powietrze. Widzicie dwa okręty, jak się zahaczają w bitwie morskiej? Żołnierz ma dwie stopy pokładu pod nogami, wokoło nieprzyjacielskie muszkiety i oręże, przed sobą paszcze dział ogień ziejące, a u stóp morze, gotowe go pochłonąć! wtedy cała jego nadzieja w odwadze; musi pogardzić niebezpieczeństwem, przedrzeć się przez ogień muszkietów i las włóczni, aby się dostać na drugi okręt w tłum nieprzyjaciela. Zabójcza kula wpadła w ścieśniony szereg; nie ma jednego z walecznych już go zastąpił inny bohater, ale nie dostał długo, już poszedł na dno morza za dawnym towarzyszem, morze się za nim zamknęło, a nowy bohater zapełnił po nim lukę, a potem jeszcze jeden i jeszcze jeden.

1481

Och! przeminęłyście szczęśliwe wieki, w których dowcip ludzki nie silił się na budowanie machin wojennych; wieki błogiej niewiadomości, kiedy nie znano prochu, tego wynalazku piekieł, co dał nikczemny sposób pokonania mężnych. Szlachetny rycerz uniknąć nie może zdradzieckiego strzału, który przecina pasmo wspaniałych czynów i poświęceń bohaterskich. Ta myśl każe mi prawie żałować, żem w tym wieku niegodziwości obrał zawód błędnego rycerza, bo chociaż mnie żadne nie zastraszy niebezpieczeństwo, przykro przecież myśleć, że trochę prochu i kawałek ołowiu zmiecie jak pył razem z życiem męstwo moje i nie da poznać od bieguna do bieguna siły mojego ramienia. Co bądź mi los zgotuje, tym więcej zarobię sławy, że rzucam się oślep na niebezpieczeństwa, nieznane dotąd rycerzom wieków ubiegłych.

1482

Gdy nasz bohater perorował tak zaciekle, zapominając o jedzeniu, Sancho od czasu do czasu pozwalał sobie zwracać uwagę swojego pana, że najadłszy się, równie dobrze będzie mógł przemawiać, a obecni dziwili się, że człowiek tak rozsądnie i pięknie mówiący w innych materiach, traci zupełnie zdrowe pojęcie, gdy tylko dotknie sztuki rycerskiej. Pleban poklaskiwał hucznie, oświadczając, że jakkolwiek sam ma patent uczoności i powinien by się przechylić na stronę nauk, ustępuje przecież, zwyciężony mocą dowodów naszego bohatera.

1483

Po wieczerzy, gdy gospodyni i Marytorna sprzątały izbę Don Kichota dla dam, Don Fernand prosił mauretańskiego niewolnika imieniem całego towarzystwa, aby opowiedział historię swego życia, która musi być nadzwyczaj zajmującą, choćby tylko dlatego, że się łączy z losem Zoraidy. Niewolnik z uprzejmością odpowiedział, że nie umie się oprzeć temu żądaniu, boi się tylko, aby brak krasomówczych zdolności nie zawiódł ogólnego oczekiwania.

1484

— Lecz kiedy panowie chcecie, opowiem wam zdarzenia moje prawdziwe, nie ustępujące cudownością bajkom najlepiej wymyślonym.

1485

I zamawiając sobie uwagę towarzystwa, zaczął mówić w następujący sposób.

Rozdział XII

Przygody niewolnika.

1486

— Urodziłem się w miasteczku położonym wśród gór Leonu, z rodziców lepiej od natury niż od losu uposażonych. W biednej tej okolicy ojciec mój jednak uważany był za bogatego; i byłby nim niezawodnie, gdy tak umiał pieniądze oszczędzać, jak umiał trwonić. Nabył zaś tej skłonności, przepędzając młodość w obozie, gdzie skąpy staje się hojnym, hojny marnotrawcą, a oszczędnego jak potwora palcem wytykają.

1487

Ojciec mój, widząc, że przez nałóg, który go opanował, wyrządza krzywdę dzieciom, uszczuplając ich mienie, postanowił wyprzedać się ze wszystkiego, a zawoławszy mnie i dwóch braci, tak do nas przemówił:

1488

— Kochane moje dzieci! dając wam tę nazwę, daję wam zaraz najwyższy i najpełniejszy dowód swojej dla was miłości. Utraciłem majątek, który miał być waszą puścizną; nie jest to zapewne dowód mojego do was przywiązania; ale powziąłem zamiar długo rozmyślany, który was przekona, że jestem dobrym ojcem. Jesteście wszyscy w takich latach, że czas wam już myśleć o powołaniu zaszczytnym i korzystnym; do tego chcę się wam przyłożyć z mojej strony, ile będę mógł. Podzielę cały majątek na cztery równe części, z których jedną dla siebie zatrzymam, a trzy wam oddam. Życzyłbym sobie tylko, aby każdy z was, wziąwszy część swoją, poszedł drogą, jaką mu wskażę. Mamy hiszpańskie przysłowie, w moim przekonaniu bardzo prawdziwe, jak wszystkie oparte na długim i rozumnym doświadczeniu: „Kościół, morze i dwór dla człowieka wrota”, co ma znaczyć, że kto chce dobić się znaczenia lub bogactw, powinien wstąpić do stanu duchownego, handlować na morzu lub dostać się na dwór królewski. Chciałbym przeto, aby jeden z was oddał się naukom, drugi handlowi, a trzeci wstąpił do wojska, bo dostać się na dwór króla dziś jest bardzo trudno; a chociaż wojna nie bogaci, daje przynajmniej sławę i znaczenie. W ośmiu dniach odbierzecie w gotowych pieniądzach, co się wam należy. To miałem wam przedłożyć; powiedzcie teraz, czy macie chęć iść za moją radą?

1489

Tu ojciec zamilkł i kazał mi odpowiedzieć naprzód, jako najstarszemu. Prosiłem ojca, aby majątku się nie pozbywał, aby nim rozrządzał według swoich widoków, nie zważając na nas, bo my mamy dość czasu przed sobą do nabycia dostatków, w końcu objawiłem chęć do wojska. Drugi brat chciał udać się do Indii, a najmłodszy, podobno najrozsądniejszy, do Salamanki dla dokończenia wyższych nauk i wstąpienia do stanu duchownego.

1490

Uściskał nas wszystkich ojciec za powolność mu okazaną i wyliczył w oznaczonym czasie każdemu z nas część jego, do trzech tysięcy dukatów wynoszącą, a pochodzącą z szacunku, wyliczonego ojcu za majątek ziemski, który nabył jeden z naszych wujów dla zatrzymania go w familii. Tego samego dnia ruszyliśmy każdy w swoją drogę. Dotknięty położeniem ojca, zostawionego samotnie ze szczupłym funduszem na podeszłe lata, usiłowałem znaglić go prośbami, aby zatrzymał z mojej części dwa tysiące dukatów, mówiąc, że trzeci tysiąc wystarczy mi na oporządzenie i rozpoczęcie zawodu. Bracia moi, zachęceni tym przykładem, odstąpili także po tysiącu dukatów, tym sposobem część rodzicielska zwiększyła się o cztery tysiące dukatów. Ojciec, rozczulony tą oznaką naszego przywiązania, pożegnał nas, upominając, abyśmy często dawali o sobie wiadomości.

1491

Jeden pojechał do Salamanki, drugi do Sewilli, a ja do Alicante, gdzie wsiadłem na okręt kupiecki, który przybył z Genui z ładunkiem wełny. Jest już blisko lat dwadzieścia dwa, jak opuściłem dom ojca i rozłączyłem się z braćmi, o których nie mam dotąd żadnej wiadomości, pomimo że kilkakrotnie do nich pisałem.

1492

Przybyłem bez wypadku do Genui, a stamtąd do Mediolanu, oporządziłem się przyzwoicie, a mając zamiar udać się do Piemontu, wybrałem się do Aleksandrii. Wiadomość, że książę Alby udał się do Flandrii, zmieniła nagle moje postanowienie. Pobiegłem służyć pod wielkim wodzem, byłem z nim we wszystkich bitwach. Asystowałem straceniu hrabiów Horna i Egmonta, jako chorąży kompanii Don Diega d'Urbino.

1493

Niezadługo zaczęto głosić, że papież, Hiszpania i rzeczpospolita wenecka wiążą ligę przeciwko Turcji, która oderwała królestwo Cypru od Wenecji; robiono przygotowania do wojny, a dowódcą siły związkowej miał być Don Juan austriacki, brat przyrodni króla; chciałem być uczestnikiem dnia wielkiego dla chrześcijaństwa, a porzucając nieledwie pewność otrzymania kompanii we Flandrii, ruszyłem do Włoch. Gdy przybyłem do Genui, Don Juan wsiadał na statki dla połączenia się z wojskami Wenecji w Neapolu, co jednak nastąpiło dopiero w Messynie. Dowodziłem kompanią w dniu, który przepełnił radością chrześcijaństwo całe od wschodu do zachodu. Turcy stracili sławę niezwyciężonych na morzu, duma ich została upokorzona. W tym dniu pamiętnym, kiedy jedni obchodzili zwycięstwo, a drudzy oddali życie za wiarę, ja dostałem się do niewoli.

1494

Uchy-Alej, bej Algieru, zawołany korsarz, ulubieniec losu, stał się panem okrętu maltańskiego, na którym utrzymało się ledwie trzech walecznych, pokrytych ranami. Okręt „Andrea”, na którym się znajdowałem, pośpieszył na odsiecz. Wskoczyłem pierwszy na pokład galery Uchy-Aleja; nikt z towarzyszów nie zdążył za mną, bo okręt turecki wnet się cofnął, a ja pozostałem raniony wśród nieprzyjaciela.

1495

Traciłem wolność w dniu, w którym zyskało ją piętnaście tysięcy chrześcijan, znajdujących się na galerach tureckich; Uchy-Alej ratował się ucieczką z całą eskadrą do Konstantynopola, gdzie i ja się dostałem. Selim mianował pana mojego dowódcą na morzu za męstwo w bitwie i zdobycie sztandaru maltańskiego.

1496

Następującego roku 1552 znajdowałem się w bitwie pod Navarino, robiąc wiosłem na galerze „Trzy Latarnie”. Chrześcijanie nie korzystali ze sposobności zabrania całej siły tureckiej w porcie. Janczary i Lewantyni, spodziewając się ataku, byli w pogotowiu uciekać, nie czekając bitwy, tak byli przerażeni samym widokiem naszej armii. Ale nie chciały tego wyroki boskie, lubo dowódca chrześcijański nie popełnił błędu, ani niczego nie zaniedbał. Uchy-Alej miał czas cofnąć się, wysadził wojsko na wyspę Medon blisko Navarino, uzbroił port, w którym się utrzymał dopóki Don Juan się nie cofnął. Chrześcijanie w powrocie wzięli galerę „Zdobycz”, dowodzoną przez syna sławnego Barberussy. Honor zwycięstwa zdobył sobie okręt zwany „Wilczyca”, pod dowództwem mężnego Don Alvareza de Bazan, markiza Santa-Cruz. Szczegóły wzięcia galery „Zdobycz” są wielce ciekawe.

1497

Syn Barberussy był srogi dla niewolników chrześcijańskich. Ci, którzy znajdowali się na jego galerze, widząc, że „Wilczyca” ich ściga blisko, naraz opuścili wiosła, rzucili się na dowódcę, stojącego na galerji i wydającego rozkaz przyśpieszenia, przerzucili go przez wszystkie ławki od steru do rydla, a nim się dostał do wielkiego masztu, duszę wyzionął.

1498

Powróciłem do Konstantynopola w następnym roku, Don Juan wziął Tunis, i osadził na tym królestwie Mulej-Hameta w miejsce Mulej-Hamida, najwaleczniejszego, a razem najdzikszego z Maurów. Ta klęska zniewoliła sułtana do polityki zwyczajnej Porcie i zawarto pokój z Wenecją, żywo przez obie strony upragniony. W roku 1564 Turczyn zaczął oblegać Goletę i szańce wzniesione przez Don Juana pod Tunisem. Podczas tych wypadków wojennych ja pędziłem żywot przykuty do wiosła, bez żadnej nadziei wyzwolenia się przez okup, bo postanowiłem nie uwiadamiać ojca o swoim nieszczęściu.

1499

Na koniec chrześcijanie utracili Goletę i twierdzę Tunisu, którą obległo sześćdziesiąt pięć tysięcy regularnego żołnierza tureckiego, a czterykroć sto tysięcy Maurów i Arabów z różnych stron Afryki przybywało w pomoc, obok wielkiej mocy rynsztunku, narzędzi wojennych, osady okrętowej i pionierów, tak, że dawno nie widziano tak ogromnych sił razem zgromadzonych. Goleta, uchodząca za niezdobytą, wzięta szturmem. Turcy, znalazłszy mieliznę z jednej strony, wznieśli wał z worów z piaskiem, wyższy od murów twierdzy, i rozpoczęli ogień z góry, wtedy obrona była niepodobna. Ci, którzy utrzymują, że nasi popełnili błąd, broniąc się w szańcach, zamiast zrobić wycieczkę w gołe pole, dowodzą, że albo tam nie byli, albo mają mało doświadczenia wojennego. Bo jakże siedem tysięcy ludzi stawić mogło czoło tłumom i obronić dwa miejsca odosobnione? jakaż twierdza najobronniejsza ostać się może fanatycznym tłumom, walczącym na swojej ziemi. Ja uważałem stratę Golety za szczególną łaskę Boga, wyświadczoną Hiszpanii. Byłby to przytułek dla złoczyńców, który nie potrafiłby zapłacić kosztów zachowania i obrony, chyba świadectwem obrony Karola V, tak, jakby ten monarcha potrzebował tej kupy gruzów do utrwalenia!

1500

Twierdzę wzięto, ale zwycięstwo kosztowało Turków dwadzieścia pięć tysięcy żołnierza w dwudziestu dwóch szturmach. Oblężeni walczyli z męstwem, trzystu ranami okrytych bohaterów pozostało przy życiu. Mała forteczka wśród jeziora, broniona przez Don Juana Jonaguera, walecznego żołnierza Walencji, kapitulowała. Don Pedro Puertocarreo, komendant Golety, odznaczył się męstwem. Wzięty do niewoli, w drodze do Konstantynopola umarł ze zmartwienia. Dostał się także do niewoli komendant twierdzy, Gabrio Cerbellon, kawaler mediolański, doskonały inżynier i wielkiej waleczności osobistej rycerz.

1501

Zginęło tam mnóstwo znakomitych rycerzy; między nimi Pajan de Oria, kawaler zakonu świętego Jana, dziwnej szlachetności i wielkości duszy, których dowiódł uczynkiem dla brata swego Andrzeja de Orii. Powierzył się Arabom po zdobyciu twierdzy. Ci zdrajcy zobowiązali się przeprowadzić go w ubiorze mauretańskim do Tabarca, osady genueńskiej, gdzie rybacy tego miasta łowią korale; ale zamiast dotrzymać obietnicy, ucięli mu głowę i ponieśli swojemu dowódcy, który, trzymając się hiszpańskiego przysłowia, że zdrada się podoba, ale nie zdrajca, kazał ich wszystkich powiesić za to, że nie przyprowadzili de Orii żywcem.

1502

Pomiędzy chrześcijanami, wziętymi do niewoli w twierdzy, był niejaki Don Pedro d'Agiular z Andaluzji, waleczny chorąży, bardzo zdolny do wiersza. Znosiliśmy razem niewolę na jednym okręcie, do jednej ławki przykuci. Towarzysz mój napisał dwa sonety, mające służyć za nagrobek Golecie i twierdzy. Powtórzę je, jeżeli mnie pamięć nie zawiedzie, bo jestem pewien, że się wam będą podobały.

1503

Gdy niewolnik wymienił nazwisko Don Pedra d' Aguilar, Don Ferdynand uśmiechnął się znacząco do towarzyszów, a jeden z nich przerwał, prosząc niewolnika, aby, nim zacznie dalej opowiadać, dał wiadomość o dalszym losie Don Pedra.

1504

— Po dwóch latach pobytu w Konstantynopolu — mówił opowiadacz — zdołał uciec z pewnym Greczynem, przebrany w suknie Arnauła; czy się ocalił, nie umiem powiedzieć, bo nie miałem sposobności zapytać o to towarzysza jego ucieczki, którego widziałem w rok po tym. Tyle tylko wiem o losie Don Pedra i mam żywą obawę, czy mu się ucieczka udała.

1505

— Udała mu się, jak najlepiej, mogę was o tym zapewnić — rzekł ten sam kawaler. — Don Pedro jest moim bratem, żyje w swoim kraju bogaty i szczęśliwy. Ożenił się, ma troje dzieci.

1506

— Chwała Bogu! — zawołał niewolnik.

1507

— Znam także sonety, o których wspomniałeś — mówił brat Don Pedra.

1508

— W takim razie chciej mnie wyręczyć, lepiej je powiesz zapewne ode mnie.

1509

Kawaler zaczął dla ulżenia niewolnikowi, sonet o Golecie:

Duchy szczęśliwe! wy śmiertelne szaty

Przez wielkie czyny z swych ramion zrzucacie,

I z niskiej ziemi w kraj nieba bogaty,

Orlimi pióry zuchwale wzlatacie.

Gorząc szlachetnym gniewu uniesieniem,

Ciało się wasze potężniejszym czyni,

Krwi z was i przez was wylanej strumieniem,

Płonią się morza i piaski pustyni.

Choć śmierć was z życia wymazała księgi,

Ramiona wasze nie ostygły w grobie,

Bo w klęskach nawet tryumfuje męstwo:

Bo w tym upadku śmiertelnej potęgi.

Na ziemi sławę zyskaliście sobie,

A w niebie ducha szlachetne zwycięstwo.

1510

— Tak, to jest ten sam — przerwał niewolnik; a brat Don Pedra rozpoczął drugi o szańcu tunetańskim:

Z gruzu, co z baszty rozstrzelonej leży,

Z ziemi, co jakby poryta w zagony,

Dusz trzy tysiące z walecznych rycerzy

W czystego nieba uleciało strony.

Na próżno męstwem krzepkiego ramienia

Wkoło śmiertelne roznosili ślady,

Walczące ramię słabło z wysilenia

I u stóp wroga trup upadał blady.

Ziemia, na której polegli rycerze,

Długo łzy krwawe będzie sączyć z łona,

Kwiat na niej zrosły smutne liście schyli…

Lecz za to w laury okryje się świeże,

Bo z dzielnych mężów walecznego grona,

Nigdy dzielniejsi tutaj nie walczyli.

Rozdział XIII

Dalszy ciąg przygód niewolnika.

1511

Sonety podobały się powszechnie, a niewolnik tak ciągnął swoje opowiadanie:

1512

— Turcy, stawszy się panami miejsc warownych, postanowili je zagładzić. Założyli miny z trzech stron. Nowe mury zniszczono niebawem, stare oparły się wszelkim usiłowaniom. Co do twierdzy, ta była w stanie niewymagającym umyślnego zniszczenia. Potem cała armia wróciła w triumfie do Konstantynopola, gdzie Uchy-Alej niezadługo umarł.

1513

Powszechnie nazywano go Fartax, co znaczy po turecku świerzbowaty, Turcy bowiem mają zwyczaj darzyć przydomkami od cnót lub wad bohatera, co stąd pochodzi, że ledwie cztery otomańskie familie mają pierwiastkowe nazwisko rodowe, inne zaś dowolnie je sobie tworzą w powyższy sposób. Uchy-Alej był niewolnikiem na galerach wielkiego sułtana przez czternaście lat. W wojnach tak się odznaczył męstwem, że nie przechodząc urzędów niższych, których faworyci sułtana nawet pominąć nie mogą, został dejem Algieru i wielkim admirałem na morzu, trzecim dygnitarzem w wielkiej hierarchii państwa otomańskiego. Był Kalabryjczykiem z rodu, a mimo że się sturczył, był dosyć ludzki dla niewolników, których miał trzy tysiące. Tę liczbę testamentem podzielił między wielkiego sułtana i dwóch renegatów, których miał przy sobie. Ja dostałem się w podziale renegatowi Azan-Aga, najokrutniejszemu z ludzi, którego Uchy-Alej wziął majtkiem w niewolę i potem polubił.

1514

Ten Azan-Aga zbogacił się niezmiernie i został także dejem Algieru, gdzie razem z innymi niewolnikami popłynąłem. Doznawałem pewnej pociechy, będąc bliżej ojczyzny i mając nadzieję pewniejszej ucieczki. Nie traciłem nadziei i miałem mnóstwo pomysłów wyswobodzenia się. Przepędzałem czas w więzieniu, które Turcy nazywają łaźnią. Tam siedzieli niewolnicy chrześcijańscy, tak do króla, jak i do panów należący, i inny rodzaj tak zwanych Niewolników Rady, których używano do ciężkich prac publicznych. Tym ostatnim najtrudniej było wykupić się, bo nie mając swoich panów, nie mieli z kim traktować o okup. Niektórzy mieścili swoich niewolników w łaźniach, gdy ci się wykupili, a pieniądze za okup jeszcze nie nadeszły. Niewolnicy królewscy i umawiający się o okup, nie byli używani do pracy, wyjąwszy, gdy pieniądze długo nie nadchodziły; wtedy wysyłano ich na pracę do lasu, podwajano srogość, aby ich zmusić do pisania o spieszne wyzwolenie.

1515

Ja znajdowałem się między umawiającymi się o okup; nie mogłem udawać ubogiego, ponieważ wiedziano, iż byłem oficerem. Byłem dobrze uważany przez dozorców i nosiłem lekkie kajdany, raczej na znak, żem się targował o wolność, niż na umartwienie.

1516

Przebywałem w tych łaźniach z niewolnikami nie więcej strzeżonymi ode mnie; obok głodu i innych niewygód, najbardziej nas martwiły dzikie okrucieństwa Azan-Agi, spełniane na niewolnikach chrześcijańskich. Nie było dnia, ażeby którego nie powieszono lub na pal nie wbito, a co najmniej uszów nie pozbawiano za przewinienia tak nieznaczące, że sami Turcy przyznawali, iż ich dej lubił się krwawo zabawiać.

1517

Jeden tylko żołnierz hiszpański, nazwiskiem Saavedra, miał sposób ułagodzenia deja okrutnego charakteru i pomimo, że nieraz próbował ucieczki śmiałej i głośnej pomiędzy Turkami, nigdy nie był bity, ani doznał najmniejszej kary. Byliśmy o niego w ciągłej obawie, on sam ją podzielał. Gdybym nie obawiał się was znudzić, opowiedziałbym kilka zręcznych i śmiałych sprawek Saavedry; ale czas wrócić do własnych przygód.

1518

Pewien znakomity i bogaty Maur miał dom, którego maleńkie, według miejscowego zwyczaju, okienka, zasłonięte gęstą żaluzją, wychodziły na podwórze naszego więzienia. Jednego dnia, gdym się na tarasie zabawiał z trzema towarzyszami, rzuciwszy okiem przypadkowo, ujrzałem w oknie chustkę, przywiązaną na trzcinie. Na poruszenie trzciny, zdającej się nas przywoływać, jeden z towarzyszów pobiegł ją wziąć.

1519

Ale laska cofnęła się, naśladując ruch głowy, dającej znak przeczenia; toż samo spotkało dwóch drugich. Wtedy i ja spróbowałem szczęścia. Gdy stanąłem pod oknem, chustka upadła do nóg moich. Podniosłem ją skwapliwie; zawierała kilka sztuk drobnej monety, wartej około dziesięciu naszych realów.

1520

Pojmujecie zapewne radość za ten dar wpośród najdotkliwszej nędzy, mnie wyłącznie przeznaczony. Powróciłem na taras i ujrzałem w tym samym oknie rękę śnieżnej białości, należącą niezawodnie do kobiety. Podziękowaliśmy jej wszyscy głębokim ukłonem na sposób turecki, schylając się z rękami na piersiach skrzyżowanymi.

1521

Niezadługo ujrzeliśmy w tym samym miejscu mały krzyż z trzciny, który wnet cofnięto; nie wątpiliśmy przeto, że dobroczynna niewiasta była niewolnicą chrześcijańską; białość jej ramienia i bogactwo bransolety, zdobiącej rękę, nasuwało wniosek, że to mogła być chrześcijanka, która przeszła na wiarę muzułmańską. Maurowie bowiem najwięcej ubiegają się za takimi kobietami i dają im pierwszeństwo nad krajowymi; domniemania jednak nasze nie były prawdziwe, jak się to później okaże.

1522

Od tej chwili rozmawialiśmy codziennie o dobroczynnej osobie, mając zawsze oczy wlepione w okno, z którego spadła niespodziewana pomoc. Przez piętnaście dni okno się nie otwierało, a pomimo naszych badań, nie dowiedzieliśmy się nic więcej nad to, że dom należał do Agimorata, znakomitego Maura, który piastował urząd wysoki gubernatora la Plata.

1523

Lecz gdyśmy się tego najmniej spodziewali, bawiąc się na tarasie we czterech, raptem pokazała się chustka na trzcinie. Moi towarzysze doznali zawodu, jak pierwszym razem; chustka mnie się dostała. Teraz obejmowała czterdzieści dukatów hiszpańskich i list pisany po arabsku, ze znakiem krzyża u dołu pisma.

1524

Wróciliśmy na taras złożyć podziękowania, dałem znak głową, że przeczytam, wtedy ręka znikła i zamknięto z pośpiechem okno.

1525

To niezwykłe szczęście wśród przykrego położenia barbarzyńskiego kraju nabawiło nas wielkiej radości i większych jeszcze nadziei; lecz gdy żaden z nas nie umiał po arabsku, nie wiedzieliśmy, do kogo się udać o przeczytanie listu, bośmy się bali wystawić na niebezpieczeństwo i nas samych i dobroczynnej damy.

1526

Ciekawość jednak przemogła. Zwierzyłem się pewnemu renegatowi z Murcji, który okazywał mi wiele przyjaźni, prosiłem go o przeczytanie listu, który miał mnie objaśnić prawdopodobnie, dlaczego nieznajoma mnie wybrała z pośród towarzyszów, przedsięwziąłem wszystkie środki ostrożności, aby go zobowiązać do tajemnicy. Udzieliłem mu świadectwo piśmienne, że był dobrym człowiekiem, niósł pomoc chrześcijanom i miał zamiar ucieczki przy pierwszej sposobności. Jest to zapewnienie, którego znów żąda renegat, gdy wspomaga ucieczkę chrześcijanina. Niektórzy używają tego na dobre; inni robią to przez zręczność i przezorność, bo gdy staną się korsarzami, jeżeli wpadną wypadkiem w ręce chrześcijan, zasłaniają się takim świadectwem, które daje przekonanie, że wypadało im złączyć się z Turkami, aby zyskać łatwość dostania się między niewolników chrześcijan; tym sposobem unikają niewątpliwej śmierci, przyrzekając przejść na łono kościoła. Dalecy od spełnienia tej obietnicy, żyją spokojnie bez prześladowania, a przy wydarzonej sposobności wracają do Berberii. Renegat, do którego zwróciłem się z prośbą, dostał od nas wszystkich takie świadectwa. Gdyby był przez Maurów złapanym, co najmniej spalono by go żywcem. Ponieważ posiadał język arabski, prosiłem go, aby przeczytał szpargał, przypadkiem znaleziony w kącie izby. Przejrzał go razy kilka i powiedział, że jeżeli mu dostarczę papieru i atramentu, przepiszę go dosłownie w tłumaczeniu, a teraz ustnie, rzekł, daję ci dokładny przekład listu. Uprzedzam cię tylko, że Lella Marian znaczy Najświętsza Panna, zaś Allah — Bóg. Treść listu, którego w życiu nie zapomnę, była następująca:

„Gdy byłam jeszcze dziecięciem w domu rodziców, niewolnica nauczyła mnie chrześcijańskiej modlitwy w moim języku i mówiła o Lella Marian.

Ta niewolnica umarła i wiem, że nie poszła na ogień wieczny, ale poszła do Allaha, bom ją od owego czasu widziała dwa razy i powiedziała mi, ażebym się udała do krajów chrześcijańskich, do Lelli Marian, która mnie kocha bardzo. Nie wiem, jak się do tych krajów dostać. Z okna mojego widziałam wielu chrześcijan, ale nie pochlebiając ci, ty jeden z nich wszystkich zbudziłeś we mnie najwięcej zaufania jako szlachetny i zacny kawaler. Jestem młoda, dość piękna i wielkie pieniądze zabrać z sobą mogę. Pomyśl, czybyś się nie podjął mnie wziąć z sobą i uprowadzić. Jeżeli zechcesz, pojmiesz mnie za żonę; a jeżeli nie zechcesz, to mniejsza o to, bo Lella Marian da mi męża. List ten piszę własną ręką, bądź więc ostrożny, jeżeli go komu pokazywać będziesz; ostrzegam cię, nie wierz Maurom, bo to wszystko dusze zdradzieckie. Wyznaję ci, iż lękam się bardzo, abyś nie zawierzył jakiemu zdrajcy; gdyby bowiem ojciec mój o tym się dowiedział, zrzuciłby mnie w studnię i kamieniami przywalił. Kładę nitkę w środek trzciny, przywiąż do niej odpowiedź swoją, a jeżeli nie masz nikogo, co by po arabsku pisać umiał, to mi ją daj na migi. Lella Marian sprawi dobrotliwie, iż ją zrozumiem. Niechajże ona i Allah mają cię w swojej opiece, jako i krzyż ten, który całuję często, stosownie do zalecenia niewolnicy”.

Nie potrzebuję wam mówić, jakim podziwieniem i radością list ten nas przejął. Renegat nie mógł wierzyć, abyśmy mogli znaleźć go wypadkiem i sądził, że do którego z nas był pisany, i błagał nas, ażebyśmy mu prawdę powiedzieli i zaufali mu zupełnie, gdyż gotów jest życie własne dla naszej wolności narazić. Mówiąc to, wydobył z zanadrza mały krzyżyk metalowy i rzewnymi zalewając się łzami, przysięgał nam na Boga, który wyobrażenie krzyżyk ten przedstawia, a w którego, mimo grzesznego odstępstwa, wierzył zawsze gorąco, że dochowa nam święcie tajemnicy, jaką tylko mu powierzymy. Zaręczał, iż przeczuwa to niezawodnie i wie na pewno, że ta, co pisała list do nas, wszystkim nam wolność powróci, a jemu da to, czego żąda najserdeczniej, to jest przyłączy go na powrót do kościoła świętego, od którego odpadł nieszczęśliwy. Renegat mówił z takim rozczuleniem i z taką żałością, iż nie wahając się długo, odkryliśmy mu prawdę i pokazaliśmy nawet okno, z którego spływało nam tyle dobrodziejstw. Obiecał nam dołożyć wszelkich starań dla dowiedzenia się, kto tam zamieszkuje, i napisał zaraz po arabsku odpowiedź na list poczciwej Mauretanki. Wszystkie wyrazy tej odpowiedzi, jako i najdrobniejsze szczegóły, wydarzone w niewoli, do dziś dnia najdokładniej pamiętam. Odpowiedź przeto moją na list powyższy podaję wam tu dosłownie.

„Prawdziwy Allah niechaj cię ma w swojej opiece, o pani! i błogosławiona Lella Marian, Matka Zbawiciela naszego, łaską swą serce twe otaczająca i ku chrześcijanom skłaniająca. Bo cię kocha szczerze. Módl się do niej gorąco, aby do szczęśliwego końca wiodła zamiar, którym duszę twą natchnęła; ona tak dobra i łaskawa, że ci tego nie odmówi. Ja z mej strony ręczę ci za siebie i współtowarzyszów moich, że uczynię wszystko, co tylko w mocy naszej będzie, aby ci być użytecznym, życia nawet nie szczędząc. Mamy tu między nami niewolnika chrześcijanina, który umie pisać po arabsku, jak to widzisz z listu tego. Rękę twoją, którą mi ofiarujesz za przybyciem do chrześcijan, całym sercem i z największą radością przyjmuję. Ślubuję ci z góry, iż mężem twoim zostanę, a ślubuję po chrześcijańsku. Wiesz, że chrześcijanie przysiąg lepiej dotrzymują niż Maury. Wielkiemu Allahowi i Lelli Maryi w opiekę cię oddaję”.

1527

We dwa dni później, gdy nikogo nie było w łaźni, wyszedłem na taras; niedługo czekałem, trzcina się ukazała, a ja do niej odpowiedź swoją przyczepiłem. Po chwili ukazała się i gwiazda naszego ocalenia; podniosłem chustkę rzuconą mi pod nogi i znalazłem w niej pięćdziesiąt czerwonych złotych, które podwoiły radość i nadzieje nasze. Tej samej nocy renegat nasz powrócił. Opowiedział nam, że, dom ten należy do jednego z największych bogaczów w Algierze, Maura, imieniem Agi Morato, którego jedyną spadkobierczynią była prześliczna córka, kwiat wszystkich kobiet Berberii; najpotężniejsi książęta kraju tego ubiegali się o jej rękę, ale nigdy za mąż wyjść nie chciała. Powiedział nam także, że miała ulubioną niewolnicę chrześcijankę, niedawno zmarłą. Wszystko to najzupełniej się zgadzało z tym, co nam w liście pisała.

1528

Odbyliśmy naradę z renegatem nad środkami ucieczki i uprowadzenia pięknej Mauretanki. Po długich rozprawach stanęło na tym, że czekać trzeba drugiego listu od Zoraidy (tak się nazywała ta, która teraz tak gorąco pragnęła przyjąć imię Marii), gdyż bez niej nic począć nie możemy i w niczym rady sobie nie damy. Renegat, słysząc to wszystko, dodawał nam odwagi, zaręczając uroczyście, że albo nas uwolni, albo życie straci. Przez cztery dni pełno było ludzi w łaźni, przez cały ten czas nie widzieliśmy naszej cudownej laski. Piątego dnia dopiero, gdyśmy byli sami, ukazała się obciążona ogromnym zawiniątkiem. Jak zwykle, zawiniątko podano mnie; znalazłem w nim sto czerwonych złotych i list, który daliśmy zaraz renegatowi do przepisania. Treść jego następująca:

„Nie wiem, jak się dostaniemy do Hiszpanii, błagałam Lelli Maryi, żeby mi sposób podała, ale dotąd prośby mojej nie wysłuchała. Niczym nie jestem w stanie ci dopomóc, jak tylko złotem, które ci posyłam: wykup nim wolność sobie i współtowarzyszom swoim, jednego z nich wyślij zaraz do chrześcijan, ażeby kupił łódź i zabrał w nią innych. Ja z ojcem i wszystkimi niewolnikami naszymi wiosnę przepędzę w ogrodzie, pod Barbason nad brzegiem morza; stamtąd nocą łatwo mnie wywieziesz łodzią, niczego się bać nie potrzebując. Ale, chrześcijaninie, pomnij, żeś mi ślubował zostać mężem moim, jeśli nie dotrzymasz, Lella Maria cię ukarze. Jeżeli nie masz nikogo zaufanego posłać po kupno łodzi, wykup się na wolność i sam jedź po nią, ufam ci, że powrócisz, boś rycerz i chrześcijanin. Wywiedz się dobrze, gdzie leży nasz ogród. Skoro tylko łaźnia będzie próżna, wychodź na podwórze, a dam ci pieniędzy tyle, ile tylko zechcesz. Allahowi w opiekę cię oddaję”.

1529

Po przeczytaniu listu wszyscy, jeden przez drugiego, darli się o wykupienie na wolność, każdy obiecywał uroczyście pójść po łódź i wrócić z nią niezawodnie. Ale renegat oświadczył stanowczo, że nikomu nie pozwoli wyjść samemu z niewoli, tylko, że wszyscy razem wyjść z nim muszą. Powoływał się na doświadczenie, że rzadko kto na wolności dotrzyma słowa w niewoli danego i że nieraz widział, jak bogaci jeńcy wykupując innych, co im przyrzekali wrócić po nich z okrętami w Majorce lub Walencji uzbrojonymi, haniebnie oszukani zostali, że nigdy prawie wysłańcy ci słowa danego nie dotrzymują, bo wolność każdemu jest tak droga, że obawa utracenia jej na nowo w najuczciwszych nawet ludziach zaciera całkiem uczucie honoru i wdzięczności. Na dowód tego, co mówił, opowiedział nam krótko, co się wydarzyło niedawno z jakimś znakomitym jeńcem chrześcijańskim; była to rzeczywiście historia nadzwyczaj dziwna i na te okolice nawet wcale niezwyczajna, chociaż tu co chwila tyle niesłychanych dzieje się awantur.

1530

— Najlepiej zrobicie — rzecze — jeżeli mnie dacie pieniądze do rąk, a ja wyprawię się do Algieru i kupię tam czółno, niby, że chcę prowadzić handel z Tetnanem. Tym sposobem, nie zwracając niczyjego podejrzenia, przy pomocy czółna będę mógł was wszystkich wyswobodzić, a przyjdzie to tym łatwiej, jeżeli piękna Mauretanka dotrzyma słowa i da wam tyle pieniędzy, ile obiecała, w takim bowiem razie będziecie mogli wykupić się z niewoli i o białym dniu wyruszyć. W tym tylko bieda, że przezorni Maurowie nie pozwalają renegatom kupować czółen, tylko większe statki, bo się domyślają, że czółna, Hiszpanom też mianowicie, nie na co innego potrzebne, jak tylko, ażeby chrześcijańskich jeńców wywozić. Ale i na to znajdzie się rada, wiem co zrobię, wezmę sobie do spółki Turczyna z Tangeru, umówię się z nim, że pójdziemy do wspólnych zysków z handlu, a pod tym pozorem cała rzecz ubije się jak najlepiej.

1531

Jakkolwiek zdawało nam się wszystkim, że daleko bezpieczniej byłoby kupić czółno w Majorce, jak to nam radziła Zoraida, nie śmieliśmy wszakże sprzeciwić się renegatowi z obawy, żeby się nie rozgniewał i nie zdradził nas i Zoraidy, o której życie szło nam więcej, niż o własne.

1532

Powierzywszy więc całą tę sprawę Boskiej opiece, zaufaliśmy renegatowi. Za jego pośrednictwem odpisałem natychmiast Zoraidzie, że rady jej, które nam widocznie z natchnienia Lelli Maryi daje, ściśle wykonane zostaną i że raz jeszcze przyrzekam jej uroczyście pojąć ją za żonę, byle zamiary nasze się powiodły.

1533

Rzecz cała teraz głównie od niej zależy.

1534

Nazajutrz, kiedy nikogo nie było w łaźni, Zoraida rzuciła nam znów tysiąc sztuk złota i list, w którym donosiła, że w przyszły piątek wyprowadzi się już do ogrodu ojca, że da nam nadto dużo pieniędzy, a gdybyśmy żądali więcej jeszcze, to mamy jej tylko powiedzieć, a dostarczy nam ile tylko zechcemy, bo jest panią nieprzebranych skarbów ojca, których ubytku on ani spostrzeże.

1535

Dałem zaraz pięćset sztuk renegatowi na czółno, a osiemset wręczyłem pewnemu kupcowi z Walencji, który miał mnie wykupić od króla, zobowiązując się na słowo, że należność za mnie wypłaci, jak tylko pierwszy okręt przypłynie z Walencji. Warunek ten umyślnie położył, ażeby król nie wpadł na domysł, że okup ten za mnie dawno już doszedł rąk jego, a on go użył na jakąś spekulację. Z Azan-Agą sprawa była niełatwa, był to Turczyn co się nazywa podejrzliwy i chytry. We czwartek następujący Zoraida dała nam znów tysiąc sztuk złota i doniosła, że nazajutrz niezawodnie przenosi się już do ogrodu, prosiła mnie przy tym, że jak tylko będę wykupiony, abym starał widzieć się z nią koniecznie; odpowiedziałem jej, że uczynię to niezawodnie i prosiłem, ażeby tymczasem modliła się za nas do Lelli Maryi, jak ją nauczyła niewolnica chrześcijanka. Zająłem się zaraz traktowaniem o okup towarzyszów moich, chcąc ich jak najprędzej wydobyć z tej jamy, bo lękałem się, żeby im szatan czego złego nie podszepnął, skoro zobaczą mnie wolnym, a sami jeszcze w więzieniu jęczeć będą. Diabeł nie śpi; wiedząc, że mam pieniądze, mogliby mi nie zaufać i zgubić Zoraidę. Chociaż stan i urodzenie ich powinno mi służyć za rękojmię ich postępowania, nie chciałem wszakże puszczać rzeczy na hazard. Dałem więc zaraz temu samemu kupcowi pieniądze na wykupienie ich, ażeby mógł interes ten jednocześnie z moim prowadzić. Tajemnicy naszej nie odkryłem mu wszakże nigdy, byłoby to niebezpieczne.

Rozdział XIV

Dalszy ciąg tejże samej historii.

1536

W dwa tygodnie niespełna renegat już miał kupione czółno, w które trzydzieści osób wygodnie pomieścić się mogło. Chcąc lepiej upozorować i odwrócić wszelkie podejrzenia, umyślił odbyć i odbył rzeczywiście wyprawę do kraju zwanego Sargel, o dwadzieścia mil od Algieru ku Oranowi odległego, z którym prowadzi się tu znaczny handel suchymi figami. Jeździł sam umyślnie coś ze cztery razy z Tagarynem, którego przypuścił do spółki. Tagarynami nazywają w Berberii Maurów przybyłych z Aragonii, tak jak Mudeksaresami nazywają Maurów z Grenady; w państwie Tezu Mudaksaresów tych zowią Elchasami, ich to król używa głównie do służby wojskowej. W wycieczkach tych renegat wstępował zwykle do małej zatoki, tuż pod ogrodem Agi Morato, wysiadał z majtkami na ląd, odbywał z nimi nabożeństwo i inne obrzędy, wschodnim żeglarzom właściwe, a to wszystko dlatego, ażeby sobie wykonanie zamiaru na przyszłość ułatwić. Zachodził do ogrodu Zoraidy, prosząc o owoce; Aga Morato, chociaż go nie znał, dawał mu je chętnie. Chciał koniecznie widzieć się z Zoraidą sam na sam i powiedzieć jej, że jest wybranym przeze mnie do uwiezienia jej i że może całkiem mu zaufać; ale mimo wszelkich usiłowań, nie mógł tego dokazać, bo kobiety mauretańskie nie dają się nigdy widzieć ani Maurom ani Turkom, chyba na wyraźny rozkaz ojca lub męża. Co się tyczy niewolników chrześcijańskich, to z tymi żadnych sobie nie robią ceremonii i podobno aż za bardzo poufale z nimi sobie postępują.

1537

Ja bym także nie bardzo był rad, żeby on mówił z Zoraidą, bo pewnie by się przestraszyła, że los jej powierzyłem w ręce renegata, któremu oni mniej jeszcze niż Maurowi wierzą. Ale Bóg to sam odwrócił.

1538

Widząc renegat, że mu tak łatwo idzie, że może przybijać do lądu, gdzie mu się tylko podoba, że wspólnik jego Tagaryn zupełnie mu ufa i że nareszcie ja już wykupiony jestem, oświadczył mi, że teraz trzeba postarać się tylko o wioślarzy i tych, których mam zabrać z sobą, uprzedzić, ażeby na piątek do odjazdu byli gotowi, dzień ten za stanowczy termin oznaczając. Nie tracąc czasu, nająłem zaraz dwunastu Hiszpanów, dzielnych na morze, którym najłatwiej było wydalić się z miasta. Szczęśliwym trafem dało się ich tylu zebrać, bo właśnie tylko co wyruszyło dwadzieścia galer z portu, zabrawszy z miasta wszystkich prawie wioślarzy. Szczęściem dla nas, pan tych ludzi nie wysyłał ich tego roku na morze, bo miał na warsztacie dopiero nową galerę. Hiszpanom moim poleciłem tedy, żeby w piątek wieczorem wyszli z miasta pojedynczo i czekali na mnie pod ogrodem Agi Murata. Każdemu z osobna powtórzyłem to polecenie, przestrzegając o ostrożności, przykazałem, ażeby na wypadek, jeżeli spotkają tam jakich chrześcijan, nie mówili im nic więcej, tylko, że ja ich tam przysłałem.

1539

Teraz pozostała mi rzecz najgłówniejsza do załatwienia, a mianowicie uwiadomić Zoraidę, ażeby się miała na pogotowiu i nie przeraziła się nagłym przybyciem moim. Postanowiłem przeto dostać się do ogrodu i koniecznie się z nią rozmówić. Na dwa dni przed odjazdem zakradłem się istotnie pod pozorem zbierania ziół, ale zaraz przy wejściu spotkałem się oko w oko z jej ojcem. Przemówił do mnie językiem, którym w całej Berberii, a nawet w Konstantynopolu mówią Turcy i chrześcijanie, a który nie jest ani tureckim, ani hiszpańskim, ani żadnym na świecie znanym, tylko pstrą mieszaniną wszystkich razem [110], tym tedy językiem zapytał mnie Aga Murat, co robię w jego ogrodzie i czyj jestem. Odpowiedziałem mu, że jestem niewolnikiem Arnauty Mami (bo nie wiedziałem, że to jego przyjaciel) i że przyszedłem tu nazbierać ziół dla mojego pana. Wypytywał mnie się także, czy myślę wykupić się z niewoli i wiele mój pan żąda ode mnie.

1540

W czasie tej rozmowy Zoraida, która mnie zaraz spostrzegła i poznała, wyszła do ogrodu i bez żadnej ceremonii, bo z chrześcijanami nie robią ich, jakem to już powiedział, zbliżyła się do ojca, który ją nawet sam przywołał.

1541

Nie jestem w stanie wypowiedzieć, co się w sercu moim działo, gdym z bliska ujrzał piękną Zoraidę; wydała mi się tak cudownej urody, iż do zapamiętania olśniony byłem doskonałością jej wdzięków i okazałością stroju. Powiem tylko, że na szyi, przy uszach i w splotach włosów, pereł miała więcej, niż samych włosów na głowie. Na nogach na pół bosych, zwyczajem krajowym, miała sandały ze złotymi spinkami sadzonymi w diamenty, które ojciec jej (jak mi później powiedziała), cenił wyżej dziesięciu tysięcy dublonów. Manele na ręku drugie tyle warte były. Perły nie mniej były kosztowne; stanowią one bowiem najwyższą ozdobę Mauretanek i we wszystkich krajach razem zapewne tyle ich nie znajdzie, co między nimi. Ojciec Zoraidy słynął z tego, że posiadał najpiękniejsze perły w całym Algierze; a przy tych klejnotach dwakroć sto tysięcy czerwonych złotych hiszpańskich oddawał całkiem do jej rozporządzenia.

1542

Wyobraźcie sobie, jak musiała być piękna w tym wspaniałym stroju, przy wspanialszych wdziękach, którymi natura ją uposażyła, a których ani utrapienia, ani niewczasy nie uszkodziły. Dla mnie wspaniałość jej stroju niczym nie była przy tej urodzie; z sercem, przejętym wdzięcznością za tyle doznanych od niej dobrodziejstw, patrzyłem na nią, jak na zesłankę niebios, niosącą mi pomoc i szczęście życia całego.

1543

Jak tylko zbliżyła się do ojca, powiedział jej w swoim języku, że jestem niewolnikiem przyjaciela jego Arnauty i że przyszedłem tu zbierać sałatę dla pana swojego; ona odwróciła się ku mnie i zapytała mnie językiem Franków uprzejmie, czy jestem szlachcicem i czemu się dotąd nie wykupiłem.

1544

Odpowiedziałem jej, że już się wykupiłem i że pan mój przywiązywał do mnie cenę dość znaczną, kiedy za wolność moją żądał tysiąc pięćset sułtanów.

1545

— Doprawdy — rzeknie Zoraida — gdybyś był niewolnikiem mojego ojca, za dwa razy tyle nie dozwoliłabym ci się wykupić, bo wy, chrześcijanie, zawsze kłamiecie i udajecie ubogich, ażeby oszukać Maurów.

1546

— Może inni tak postępują, señora — odpowiedziałem — ale ja uczciwie wyszedłem z moim panem i z każdym zawsze uczciwie wychodzę.

1547

— I kiedyż wyjeżdżasz?

1548

— Podobno jutro — odpowiedziałem — bo okręt francuski ma jutro z portu wyruszyć, a ja chciałbym z tej sposobności korzystać.

1549

— Czy by nie lepiej — rzecze Zoraida — zaczekać ci na okręt hiszpański, niż jechać z Francuzami, którzy nie są przyjaciółmi twojego narodu?

1550

— Nie, señora — odpowiedziałem. — Gdyby wszakże, jak słyszę, miał tu przybyć okręt hiszpański, może bym zaczekał na niego, wolałbym jednak dla pewności jutro już odjechać, bo tak mi tęskno za krajem moim i tymi, których kocham, że trudno by mi było ociągać się dla lepszej sposobności.

1551

— Jesteś żonaty pewnie — rzecze Zoraida — i chciałbyś jak najprędzej ujrzeć swą małżonkę?

1552

— Nie, señora, żonaty nie jestem, ale dałem słowo, że się ożenię, jak tylko wrócę do kraju.

1553

— A czy piękna ta, której dałeś słowo?

1554

— O! tak piękna, señora, że chcąc ją pochwalić i o jej wdziękach dać ci wyobrażenie, powiedzieć tylko mogę, że do ciebie podobna.

1555

Aga Murat uśmiechnął się na te słowa i rzekł:

1556

— Na Allaha! mój chrześcijaninie, toś ty nie lada szczęśliwy, jeżeli narzeczona twoja podobną jest do mojej córki, która w całym państwie nie ma sobie równej. Przypatrz jej się dobrze, a poznasz, że prawdę mówię.

1557

W czasie tej rozmowy ojciec Zoraidy służył nam niejako za tłumacza, gdyż mówił daleko bieglej od córki językiem Franków; ona, jakkolwiek rozumiała ten język dość upowszechniony w kraju, więcej jednak gestami niż słowy wyrażała, co chciała.

1558

Kiedy tak rozmawiamy, przypada służący i biegnąc woła, że czterech Turków, przesadziwszy mur ogrodu, zrywa owoce, chociaż jeszcze niedojrzałe. Przelękli się tą wiadomością Aga Murat i córka jego, Maurowie bowiem boją się niezmiernie Turków, a szczególniej żołnierzy, którzy zuchwalstwo swoje posuwają do tego, że traktują ich z góry, jak niewolników.

1559

— Córko moja — rzekł Aga Murat — wracaj do domu i siedź zamknięta w pokoju, dopóki się nie rozprawię z tymi psami, a ty, chrześcijaninie — mówił do mnie — nazbieraj sałaty ile chcesz i wracaj zdrów do ojczyzny, niech cię Bóg prowadzi!

1560

Skłoniłem mu się nisko, a on odszedł do Turków, zostawiając mnie samego z Zoraidą. Zrazu udała ona, że wraca do domu, jak jej ojciec kazał, ale gdy znikł za krzakami, przybiegła na powrót do mnie i ze łzami w oczach zawołała:

1561

— Tameji chcistano, tameji? — (co znaczy: odjeżdżasz chrześcijaninie, odjeżdżasz).

1562

— Tak, siñora, odjeżdżam, ale nie pojadę bez ciebie! wszystko gotowe na piątek, błagam cię, pani, czekaj na nas i nie przerażaj się naszym przybyciem; ręczę ci słowem moim, że cię dowiozę do krajów chrześcijańskich.

1563

Tłumaczyłem się w ten sposób, że zrozumiała mowę moją i wsparłszy się drżąca na moich ramionach, skierowała kroki ku domowi. Nieszczęśliwym trafem, który bardzo źle mógłby dla nas wypaść, gdyby niebo samo nami się nie opiekowało, idąc tak oboje, spotkaliśmy się wręcz z jej ojcem, wracającym po rozprawie z Turkami. Wiedzieliśmy dobrze, że widział nas w tej postawie; ja drżałem już o los drogiej mi Zoraidy, ale ona, przytomniejsza ode mnie, zamiast usunąć mi rękę z szyi, przycisnęła się jeszcze bardziej do mnie i skłaniając głowę na piersi moje, pochyliła się całym ciałem jakby zemdlona, a ja udawałem, że podpieram ją mimo woli, aby ją uchronić od upadku. Aga Murat przybiegł co żywo do nas, a widząc córkę w tym stanie, pytał, co jej jest. Gdy mu na zapytanie nie odpowiedziała, rzekł:

1564

— Biedaczka, zapewne zemdlała ze strachu, co jej te psy narobiły.

1565

I wziął ją w swoje objęcia. Zoraida wtedy głęboko westchnęła i unosząc ku mnie oczy łez pełne, przemówiła:

1566

— Idź, chrześcijaninie, idź już.

1567

A ojciec jej pytał:

1568

— Dlaczegóż żądasz, córko, ażeby on odszedł? wszakże nic złego ci nie zrobił, a Turków już wypędziłem. Nie bój się niczego, nikt ci tu już nie może zrobić przykrości.

1569

— To ci Turcy tak ją przestraszyli — rzekłem do Agi Murata; — ale kiedy żąda, ażebym odszedł, nie będę jej natrętnym. Wrócę tu jeszcze nie raz, jeżeli na to pozwolicie, zbierać sałatę dla mego pana, bo stąd mu najlepiej smakuje.

1570

— Przychodź ile razy chcesz, zbieraj wiele ci się podoba — odrzekł Aga Murat — nie bierz wyrazów córki mojej do siebie, ani do chrześcijan, ona je do Turków stosowała i w pomieszaniu widać wzięła cię za Turka, albo może chciała ci dać do zrozumienia, że czas już, ażebyś się wziął do zbierania sałaty.

1571

Pożegnałem się z Agą Muratem i z Zoraidą, która widocznie okazywała, jak ciężko jej ze mną się rozstawać; przebiegłem ogród we wszystkich kierunkach, splądrowałem wszystkie zakąty i wyjścia, słowem, wszystko przejrzałem, co tylko do spełnienia zamiaru mogło być potrzebne, i pobiegłem co żywo uwiadomić o tym towarzyszów moich i renegata.

1572

Wolność, MiłośćWyznać muszę, że pożerała mnie niecierpliwość straszliwa, ażeby jak najprędzej posiadać spokojnie i całkowicie serce pięknej Zoraidy, ale i to prawda, że czuła jej przyjaźń tak głęboką wdzięcznością duszę mą przejęła, iż wolność moją ceniłem tylko o tyle, o ile ją na usługi jej ofiarować mogłem, i że wolałbym całe życie pozostać w niewoli, niż rozstać się z nią swobodny.

1573

Nadszedł nareszcie dzień pożądany i plan nasz jak najpiękniej się powiódł. Renegat nad wieczorem przybił pod ogrodem Agi Murata, a Hiszpanie najęci, poukrywani w rozmaitych zakątkach naokoło, czekali niecierpliwie przybycia mojego, wyglądając chciwie rozkazu, ażeby się rzucić na okręt, który widzieli przed sobą, bo nieświadomi naszych zamiarów, ani się domyślając, że renegat z nami trzyma, sądzili, że rzecz idzie o to, aby napaść na Maurów, podusić ich, zabrać czółno i uciec. Po chwili przybyłem i ja z towarzyszami, a oni, jak tylko nas zobaczyli, przybiegli.

1574

Na szczęście, bramy miasta już pozamykano i żywej duszy nie było widać naokoło.

1575

Kiedyśmy się wszyscy zebrali, zaczęliśmy radzić, jak będzie lepiej, czy pierwej porwać Zoraidę, czy też zabezpieczyć się względem Maurów na łodzi? Wśród tej narady przybiega do nas renegat i woła, że czas już jąć się dzieła, że Maurowie śpią prawie wszyscy w łodzi bezbronni i że o nich wprzód niż o Zoraidzie pomyśleć trzeba. Poprowadził nas zaraz, a z dobytym mieczem wskoczywszy do czółna, zawołał:

1576

— Komu życie miłe, niech mi się ani ruszyć nie waży!

1577

Maurowie, ludzie serca zajęczego, słysząc taką mowę swego pana, ani pomyśleli kwapić się do broni, której zresztą mało co mieli pod ręką. Pokuto ich bez trudu w łańcuchy, zapowiedziawszy śmierć niechybną każdemu, co by krzyknąć się ważył.

1578

Zostawiliśmy kilku naszych do pilnowania ich, a sami z renegatem na czele pobiegliśmy do ogrodu Agi Murata. Otworzyliśmy furtkę i podeszliśmy cichutko do domu, przez nikogo niedostrzeżeni.

1579

Zoraida czekała na nas w oknie i spostrzegłszy nadchodzących, zapytała czy jesteśmy chrześcijanie, odpowiedziałem, że tak jest i prosiłem, ażeby zeszła. Poznawszy głos mój, uczyniła to natychmiast i ukazała nam się tak piękna i wspaniale przybrana, że nie wiem, do czego by ją przyrównać, chyba do bogini. Pochwyciłem ją za rękę i serdecznie ucałowałem, renegat uczynił to samo, a za nim towarzysze nasi i wszyscy obecni poszli za danym przykładem, sądząc, iż dziękujemy jej za wolność, którą nas udarowała. Renegat zapytał jej, czy ojciec jest tu w ogrodzie.

1580

— Trzeba go zbudzić — rzekł — i zabrać z sobą, a nadto uwieźć wszystko, co się da najkosztowniejszego.

1581

— Nie, nie — rzekła Zoraida — ojca mego ani tknąć żadną miarą nie pozwolę. Sama zabiorę, co tylko jest najlepszego w domu, a tego będzie aż nadto, ażeby was wszystkich wzbogacić.

1582

Weszła na powrót do mieszkania, zalecając milczenie i zapewniając, że wróci natychmiast. Zaledwie miałem czas uprosić renegata, ażeby nic nie czynił przeciw woli Zoraidy, gdyśmy ujrzeli ją wracającą ze skrzynią pełną złota, tak ciężką, iż dźwignąć jej prawie nie mogła.

1583

Aga Murat tymczasem zbudził się ze snu, a słysząc hałas w ogrodzie, poskoczył do okna i poznawszy nas chrześcijan z całej siły krzyczeć zaczął:

1584

— Złodzieje! rozbójnicy, chrześcijanie! ratunku!

1585

Krzyk ten zmieszał nas i niemal całkiem odwagę nam odebrał. Ale renegat, sztuka dzielna, widząc, co się święci i że chcąc ujść niebezpieczeństwa, trzeba koniecznie dzieła dokonać nim kto na pomoc zdąży, rzucił się piorunem na czele kilku towarzyszy do komnaty Agi Murata, a ja zostałem sam z zemdloną w ramionach moich Zoraidą. Uwinęli się tak żwawo, że w mgnieniu oka wrócili, prowadząc Maura związanego i z ustami chustką zatkanymi. Zoraida, widząc to, zasłoniła oczy rękoma, on zaś widząc ją zdumiał, że się w ręku naszym znajduje, bo nic jeszcze nie wiedział, że sama się nam oddała. Tak skrępowanego poprowadziliśmy do czółna, gdzie oczekiwali nasi ludzie przejęci strachem, czy nas co złego nie zaskoczyło.

1586

Była godzina blisko druga po północy, gdyśmy weszli na czółno, gdzie Agę Murata z pęt i chustki oswobodzono. Renegat zagroził mu śmiercią, jeżeli usta otworzy. Poczciwy starzec, patrząc na córkę, wzdychał głęboko; ale nie mógł wyjść ze zdumienia, gdy zobaczył, że ją czule przyciskam do serca, a ona mi najmniejszego nie stawia oporu.

1587

Nieopisana złość nim miotała, chciał jej czynić wyrzuty, ale pomny na groźby renegata, musiał milczeć biedny. Zoraida spostrzegłszy, że odbijamy od brzegu, prosiła renegata, ażeby mi powiedział, że największą łaskę jej wyświadczę, jeżeli wrócę wolność ojcu jej i Maurom pokutym w łańcuchy, i że woli raczej rzucić się w morze, niż dozwolić, ażeby więziono jej ojca, co ją kocha tak serdecznie i którego ona miłuje całą duszą. Ja zgadzałem się bez namysłu na wszystkie żądania, ale renegat wystawiał mi, że niepodobna uwalniać ludzi, którzy natychmiast po wypuszczeniu przyzwaliby pomoc i wysłaliby w pogoń za nami kilka lekkich fregat z miasta, a te niechybnie by nas dościgły. Zgodziliśmy się przeto wszyscy i Zoraida z nami, gdym jej wystawił te następstwa, że Maurów uwolnić nie można, aż dopiero za przybyciem do krajów chrześcijańskich. Tak tedy, poleciwszy się Bogu, płynęliśmy wesoło przy pomocy dzielnych naszych wioślarzy, sterując ku wyspie Majorce, najbliższej chrześcijan osadzie. Ale los nam nie sprzyjał: zerwał się gwałtowny wiatr północny, morze się wzburzyło i nie byliśmy w stanie utrzymać kierunku naszego; musieliśmy radzi nie radzi trzymać się tuż przy wybrzeżach Oranu, wśród najdolegliwszej obawy, ażeby nas kto nie dojrzał z miasta Sargiel, o sześćdziesiąt mil z tej strony od Algieru oddalonego, lub żeby nie spotkać się z jaką galiotą ładowną z Tetuanu wracającą; chociaż prawdę powiedziawszy, każdy z nas prawie w głębi serca wzdychał, tak dla własnego, jak i ogólnego dobra, żeby się dało zdybać jaki okręt kupiecki, byle tylko nie korsarski, który by można przy sile naszej opanować i bezpieczniej na nim żeglugi dokonać. Przez cały ten czas Zoraida, wsparta na moim ramieniu, tuliła głowę do rąk moich, żeby ojca nie widzieć i słyszałem, jak gorąco modliła się do Lelli Maryi o skuteczną dla nas pomoc.

1588

Ujechaliśmy ze trzydzieści mil prawie, kiedy świtać zaczęło i mogliśmy się przekonać, że oddaleni jesteśmy o trzy strzały od brzegu, ale nikt nas dotąd nie spostrzegł. Widząc, że burza się nieco uspokoiła, puściliśmy się na szerokie morze, a odpłynąwszy ze dwie mile od lądu, kazaliśmy Hiszpanom zwolnić ruch wioseł, żeby się można posilić. Odpowiedzieli, że nie można w tej chwili ustawać i że jeść mogą wiosłując. Jakoż w istocie zerwał się wiatr silny, założyliśmy żagle i skierowali się ku Oranowi, robiąc osiem mil na godzinę, a niczego się już nie obawiając, tylko żeby nie spotkać korsarzy. Ojciec, Córka, Bogactwo, ReligiaDano jeść Maurom, których renegat pocieszał, zapewniając ich, że wkrótce będą wolni. Zaręczał to samo i ojcu Zoraidy, ale ten odpowiedział:

1589

— Chrześcijanie, nie mnie to gadajcie, wiem ja, że wolności od was spodziewać się nie mogę; nie myślcie, ażebym był tyle prostoduszny i uwierzył wam, iż naraziwszy się na tyle niebezpieczeństw, ażeby mnie uwięzić, zechcecie mnie tak łatwo i prędko wolnością udarować. Wiecie, jaki jestem bogaty, jak drogo okupić się mogę; jeżeli wam zatem idzie o cenę, chętnie ofiaruję wam zaraz co tylko chcecie za siebie i biedną córkę moją, albo za nią samą, bo droższa mi jest nad życie.

1590

Poczciwy starzec, mówiąc to, zalał się łzami i tak rzewnie utyskiwał, że wszystkim nam serca poruszył. Zoraida, widząc rozpacz ojca, rzuciła mu się na szyję i oboje tak żałośnie płakali, że i myśmy prawie wszyscy łzami się zaleli. Aga Murat, ukoiwszy się nieco, spostrzegł, że Zoraida tak bogato jest ubrana i tylu klejnotami obsypana, jak gdyby na jakie święto się wystroiła.

1591

— Co to ma znaczyć — rzekł — córko moja, żeś tak wspaniale przybrana? Wczorajszego wieczora, kiedyśmy byli szczęśliwi i spokojni, miałaś suknię zwyczajną, a dziś, kiedy tak wielkie spada na nas nieszczęście, widzę cię przybraną we wszystkie klejnoty i bogactwa, które przez cały ciąg życia zbierałem! Proszę cię, wytłumacz mi, co to ma znaczyć, bo dziwi mnie to i trapi więcej, niż ta niedola, co mnie dogniata.

1592

Zoraida zakłopotana, nie wiedziała co mu odpowiedzieć; on zaś, spostrzegłszy w końcu czółna szkatułkę z klejnotami, którą zostawił w Algierze, zdziwiony jeszcze bardziej, pytał jej znów, jakim sposobem dostała się ta szkatułka w ręce nasze i co w sobie zawiera. Renegat wtedy, wyręczając Zoraidę, odpowiedział Maurowi:

1593

— Kochany Ago Muracie, nie dręcz córki swej tylu naraz pytaniami; ja ci krótko rzecz wyjaśnię: Zoraida jest chrześcijanką i z jej to łaski wszyscy wolność otrzymali, z własnej woli pojechała z nami i czuje się szczęśliwa, że przyjęła religię pełną tylu prawd, ile w waszej błędu.

1594

— Czyż to być może, córko moja? — zapytał Maur.

1595

— Tak jest, ojcze — odpowiedziała Zoraida.

1596

— Co! tyś chrześcijanką! i tyś to ojca własnego oddała w niewolę wrogom!

1597

— Jestem chrześcijanką — odrzecze Zoraida — ale w niewolę cię nie oddawałam; nigdy nie myślałam porzucać cię, nigdy najmniejszym urazić cię strapieniem, szukałam tylko szczęścia, którego między Maurami znaleźć nie mogłam.

1598

— Jakież to jest szczęście, córko moja? — zapytał starzec.

1599

— Sam o nie pytaj Lelli Maryi, ona ci odpowie, ona ci je lepiej, niż ja, da poznać.

1600

Usłyszawszy taką odpowiedź córki, Maur ani słowa nie odrzekł, tylko w jednym mgnieniu oka rzucił się na głowę w morze i byłby niezawodnie utonął, gdyby szerokie suknie nie utrzymały go przez chwilę na powierzchni, a nam nie dozwoliły wyciągnąć go na pół żywego.

1601

Zoraida w uniesieniu boleści rzuciła się na martwe prawie ciało ojca i tak rozpaczliwe zawodziła jęki, jak gdyby już był nieżywy. We dwie godziny dopiero, po usilnych staraniach naszych, wrócił do przytomności. Wiatr się w tej chwili zmienił; zwróciliśmy przeto ster ku lądowi, bojąc się, ażeby nas bałwany nań nie rzuciły, i opierając się z całych sił wiosłami. Szczęście wszakże nad wszelkie spodziewanie sprzyjało i dało nam przybić w zatoce obok małego przylądka, który Maurowie nazywają Cava Rumia, co znaczy zła kobieta chrześcijańska; podanie ich bowiem niesie, że córka hrabiego Juliana, która zgubiła Hiszpanię, tam jest pochowana. Utrzymuje się między nimi przesąd, że miejsce to jest złowrogie i że nieszczęście czeka każdego, kto się tam zatrzyma, nie stają tu więc nigdy, chyba konieczną potrzebą zmuszeni. Dla nas Cava Rumia stała się portem ocalenia, chroniąc nas przed grożącą burzą. Rozstawiliśmy natychmiast czaty na lądzie i nie wypuszczając z rąk wioseł, wzięliśmy się do posiłku, a Boga błagaliśmy gorąco, żeby tak pomyślnie rozpoczętego dzieła ocalenia szczęśliwie dał nam dokonać.

1602

Ojciec, Córka, Religia, ZdradaSerce Zoraidy bolało niezmiernie nad losem ojca i ziomków, których w okowach przed sobą widziała, usilnie błagała nas, ażebyśmy ich na ląd wysadzili. Przyrzekliśmy jej, że uczynimy to przed odjazdem, wiedzieliśmy bowiem, że w miejscu tak pustym bać się czego nie było.

1603

Bóg wysłuchał modłów naszych, wiatr się zmienił i morze uspokoiło; rozkuliśmy Maurów nad ich spodziewanie i puściliśmy ich na ląd wolnych. Gdy chcieliśmy wysadzić ojca Zoraidy, całkiem już zdrowego, rzekł nam:

1604

— Czy myślicie, chrześcijanie, że ta odrodna istota pragnie szczerze widzieć mnie wolnym? nie sądźcie, ażeby z miłości lub miłosierdzia tego żądała! Nie, nie! wstyd jej tylko, ażebym ja był świadkiem niecnych jej czynów. Nie myślcie, że zmieniła religię z przekonania, że wasza jest lepsza od naszej, nie; zmieniła ją, bo wie, że u was kobiety więcej mają wolności, niż u Maurów.

1605

— Niegodna! — mówił, zwracając się do Zoraidy (gdyśmy go we dwóch trzymali, bojąc się jakiego gwałtu). — Córko wyrodna i przeklęta! czego szukasz? gdzie dążysz? zaślepiona, czyż nie widzisz, że rzucasz się w ręce nąjzaciętszych wrogów naszych? Idź nędzna! o przeklęta niech będzie godzina, w której ci życie dałem! przeklęte starania, które około ciebie podejmowałem!

1606

Widząc, że Maur nie przestaje złorzeczyć i coraz bardziej się unosi, kazałem go jak najprędzej na ląd wysadzić, a on stamtąd jeszcze miotał przekleństwa z tą samą zapalczywością, wzywając Mahometa, aby wyjednał u Boga śmierć dla nas w przepaściach morskich. Kiedy już widział, że słowa jego uszu naszych nie dochodzą, bo czółno kawał od brzegu już odpłynęło, rwał sobie włosy z brody i głowy, tarzał się po ziemi i tak strasznej rozpaczy dawał oznaki, żeśmy wszyscy się lękali, aby życia sobie nie odebrał. Miłość rodzicielska wszakże wzięła górę i ukoiwszy nieco umysł jego zbłąkany, wszelkich środków próbować mu kazała; wołać więc zaczął z całych sił:

1607

— Wróć do mnie, córko droga! wróć, dziecię najukochańsze! wszystko ci przebaczam. Zostaw tym złoczyńcom wszystkie bogactwa, które nam wydarli, a wróć pocieszać starego ojca, który cię tak kocha i umrze na tej pustyni, jeśli go odstąpisz.

1608

Zoraida słyszała te wołania, serce jej się krajało, we łzach tonęła, a słowa wymówić nie była w stanie. Przemogła się nareszcie i na te słów kilka zdobyła:

1609

— Ojcze, Lelli Maryi, co mnie na chrześcijankę powołała, błagać będę o zesłanie ci pociechy. Allach mi świadkiem, że nie mogłam się oprzeć temu, com uczyniła. Chrześcijanie nie zmuszali wcale, Lella Maria tylko skłoniła mnie dokonać tego, com rozpoczęła; przysięgam ci, ojcze najdroższy, żem dobrze zrobiła i żeś postępku mego żałować nie powinien.

1610

Gdy Zoraida wyrazy te mówiła, ojca już widać nie było. Bezpieczni teraz żeglowaliśmy swobodnie, z pomyślnym wiatrem, ciesząc się, że ze wschodem słońca u brzegów Hiszpanii staniemy. Ale radość nasza nie trwała długo, może przekleństwa Maura złowrogi skutek wywarły. Piraci, MorzeOkoło godziny trzeciej w nocy, kiedy w najlepsze pędzimy silnym popychani wiatrem, tuż obok zjawia się nagle okręt, całą siłą żagli na przełaj ku nam gnający; musieliśmy się zwinąć, żeby w nas nie uderzył, i przy świetle księżyca widzieliśmy, jak na okręcie całą mocą ster przyparto, żeby pęd wstrzymać. Zapytano się nas zaraz, kto jesteśmy, skąd i dokąd płyniemy.

1611

Pytania te czyniono po francusku, renegat przeto zakazał na nie odpowiadać, zapewniając, że to są korsarze francuscy, którzy zarówno swoich, jak i nie swoich obdzierają. Przelecieliśmy mimo okrętu, ani się odezwawszy; pozostał w tyle, ale ku wielkiemu strachowi naszemu, wypalono do nas dwa razy z armat nabitych, jak się zdaje, łańcuchami. Za pierwszym razem strzał ściął nam w połowie maszt wielki i z żaglem w morze wrzucił, drugi strzał ugodził w czółno po boku i na wskroś je przeszył, nikogo wszakże nie raniwszy. Czuliśmy, że idziemy do dna, nie było rady, trzeba było wołać o pomoc do okrętu i prosić, żeby nas zabrali, bo śmierć niechybna nam groziła.

1612

Spuścili zaraz bat z okrętu i przypłynęło do nas dwunastu Francuzów z muszkietami i lontem zapalonym; widząc, że łódź nasza tonie, zabrali nas z sobą i wymawiali nam, że sami na siebie biedę ściągnęliśmy, nie odpowiadając na pytania.

1613

Jak tylko weszliśmy na okręt, korsarze, wypytawszy o wszystko, co wiedzieć chcieli, złupili nas do szczętu, jakby najzawziętszych wrogów; zabrali nam wszystko, wyjąwszy jednej szkatułki z klejnotami, którą renegat wrzucił w morze, tak, że nikt nie widział. Zoraidę obdarli z drogich kamieni i złota, które na sobie miała, i przyznam się szczerze, że strach mnie brał nie żartem, ażeby się przypadkiem do gorszych jeszcze gwałtów nie posunęli. Szczęściem atoli, gawiedź ta, jakkolwiek całkiem zezwierzęcona, głównie dba tylko o łupy i tak ich jest chciwa, że byliby nam i odzienie nasze niewolnicze zabrali, gdyby im się tylko na co przydać mogło. Najgorszy strach był o to, że się już naradzać zaczęli, czy nas zawinąć w starą żaglowinę i wrzucić w morze, czy nie; mieli bowiem zamiar prowadzić handel w portach hiszpańskich pod banderą angielską i lękali się, ażebyśmy ich nie zdradzili i kary na nich nie ściągnęli. Większa część rozbójników była za tym, ażeby nas potopić, ale kapitan okrętu, któremu dostały się w podziale klejnoty drogiej mojej Zoraidy, oświadczył, że zadowolony jest swoim kęskiem i że idzie mu tylko o to, żeby nocą przemknąć się przez Cieśninę Gibraltarską i dostać się jak najprędzej do Rochela, skąd wypłynął. Wszyscy się na to zgodzili i nazajutrz dano nam szalupę zaopatrzoną w nieco żywności. Wybrzeża Hiszpanii były już niedaleko; widok ich taką nas przejął radością, żeśmy o wszystkich biedach naszych zapomnieli. Południe już było prawie, kiedy nas wsadzili na szalupę, dawszy dwie baryłki wody i kilkanaście sucharów; kapitan okrętu, tknięty jakimś dziwnym współczuciem dla Zoraidy, dał jej na drogę czterdzieści sztuk złota i zabronił żołdactwu zdzierać z niej suknie, które też dotąd ma na sobie. Pożegnaliśmy się z nimi, dziękując, że nas żywo puścili. Oni skierowali się ku cieśninie, a my co sił dążyli do lądu, który przy zachodzie słońca widzieliśmy tak blisko, że przed nocą moglibyśmy stanąć na rodzinnej ziemi. Ale że księżyc nie świecił, niebo było mocno zachmurzone i nikt z nas nie znał tych okolic, nie śmieliśmy przeto docierać do brzegu, chociaż większa część była tego zdania, i słusznie, że lepiej wpaść gdzie na skałę, niż narażać się znów na spotkanie z korsarzami tetuańskimi, nocą zawsze tu plądrującymi.

1614

Z dwóch tych zdań przeciwnych utworzyło się trzecie i stanęło na tym, żeśmy po trochu ku lądowi zmierzali i wysiąść postanowili, jak tylko sposobność się zdarzy i morze pozwoli. Wiosłując krzepko, przybyliśmy na wprost góry i wysiedliśmy na piasek. Wszyscy całowali ziemię i łzami radości ją zlewali, dziękując Bogu za tak szczęśliwą podróż. Potem wyładowaliśmy żywność z szalupy i nie wierząc jeszcze sobie, żebyśmy byli na ziemi chrześcijańskiej i bezpiecznej, podążyliśmy na górę, ile mógł kto zdążyć.

1615

Skoro dzień nadszedł, przebraliśmy się na sam szczyt skały, chcąc dopatrzyć wsi albo jakiej rybackiej chaty; nie dojrzawszy wszakże ani domu, ani drogi, ani drożyny najmniejszej jak okiem zasięgnąć, ruszyliśmy dalej w głąb kraju, ufni, iż przecież spotkamy kogoś, co nam powie, gdzie jesteśmy. Najbardziej bolało mnie to, że najukochańsza moja Zoraida iść musiała pieszo po tak przykrej drodze, bo choć ją brałem czasami na ręce, nie pozwalała się nieść długo, nie chcąc mnie trudzić i wolała iść pieszo, wsparta na moim ramieniu. Uszedłszy z ćwierć mili drogi, usłyszeliśmy odgłos klekotek, oznajmiający nam, że gdzieś w bliskości trzoda bydła się znajduje. Oglądając się na wszystkie strony, spostrzegliśmy pasterza, siedzącego pod wiązem i kij sobie strugającego. Zawołaliśmy na niego, powstał zaraz i obróciwszy głowę, jak tylko spostrzegł (o czym później dowiedzieliśmy się) renegata i Zoraidę po mauretańsku ubranych, drapnął natychmiast, co tylko mógł wyskoczyć do lasu, a myśląc, że cała potęga berberyjska wali na niego, wrzeszczał jak opętany: „do broni! do broni! Maury idą, Maury!” Zakłopotało to nas trochę, ale zważywszy, że całą okolicę poburzy niebawem hasło pasterza i że jazda graniczna wystąpi, renegatowi kazaliśmy zrzucić długą suknię, a przybrawszy go w kaftan jednego z niewolników, który został w koszuli, i poleciwszy się Bogu, szliśmy w ślad za pasterzem, gotowi na wystąpienie jazdy.

1616

Nie minęło dwie godziny, a wszystko się stało, jakeśmy powiedzieli. Tylko co wyszliśmy z zarośli na pole, ujrzeliśmy zaraz kilkudziesięciu konnych żołnierzy, kłusem ku nam zmierzających; czekaliśmy na nich, nie ruszając się z miejsca. Zdziwili się niemało, kiedy przybywszy, poznali w nas zamiast Maurów, garstkę obdartych i zbiedzonych chrześcijan.

1617

Pytali nas, czy to my narobiliśmy tego rozruchu; odpowiedziałem, że my, i chciałem mówić więcej, kiedy jeden z towarzyszów przerwał mi nagle, wołając:

1618

— Ach! Bogu Najwyższemu niechaj będą dzięki, że nas tu w łasce swojej raczył obrócić! Bo jeżeli się nie mylę, znajdujemy się w prowincji Velez de Malaga; a ty, panie jezdny, jeżeli niewola pamięci mi nie odebrała, jesteś Piotr de Bustamante.

1619

Słysząc to jeździec, zeskoczył natychmiast z konia i czule uściskał młodzieńca.

1620

— A tak jest, tak! synowcze mój drogi, mój jedyny — mówił — jać to sam jestem. O jakże myśmy ciebie już tu opłakali z matką twoją i rodziną! Myśleliśmy, że już nie żyjesz. Co to będzie za radość! Dowiedzieliśmy się nareszcie, że jesteś w Algierze, a teraz z ubioru twego i twoich towarzyszów domyślam się, że umknęliście jakimś cudownym sposobem.

1621

— Nie inaczej — odpowiedział młodzieniec — da Bóg, to ci to opowiem.

1622

Jak tylko dowiedzieli się żołnierze, że jesteśmy chrześcijanami, ofiarowali nam zaraz konie swoje, a sami piechotą doprowadzili nas do Valez de Malaga, odległego stąd o półtorej mili. Inni wzięli czółno na barki, niektórzy znów posadzili na koniach za sobą, a kapitan Bustamante wziął Zoraidę z sobą na siodło. Tym porządkiem odbyliśmy wjazd do miasta, którego mieszkańcy, dowiedziawszy się o wszystkim, wyszli naprzeciw nas i witali z radością. Nie dziwili się wcale, widząc niewolników wolnymi, a Maurów niewolnikami, bo tu każdy przywykł do podobnych rzeczy; ale zdumieli się pięknością Zoraidy, której lica utrudzenie i radość ze znajdowania się między chrześcijanami tak żywym pokryły rumieńcem, iż bez pochlebstwa i przesady rzec mogę, że w życiu moim tak pięknej nie widziałem dziewicy. Wszyscy jak w obraz w nią patrzyli i cześć jej oddawali. Cały tłum ludu odprowadzał nas do kościoła, gdzieśmy prosto się udali złożyć Bogu dziękczynienia za łaski, jakimi nas obdarzył.

1623

Religia, Matka BoskaPamiętam, że Zoraida, jak tylko weszła do kościoła, z radością wołała, że widzi tam twarze podobne do Lelli Maryi, powiedzieliśmy jej, że to są właśnie jej wizerunki, a renegat wytłumaczył jej, jak mógł, dlaczego się tam znajdują, ażeby razem z chrześcijanami pokłon im oddała. Bystry umysł dziewicy pojął łatwo słowa renegata i prosto a serdecznie korząc się przed obrazem Bóstwa, tak szczerą dla niego okazywała pobożność, że wszyscy patrzący aż płakali z radości. Gdyśmy wyszli z kościoła, rozlokowano nas w różnych częściach miasta, a młody towarzysz nasz, synowiec Bustamanta, poprowadził nas, renegata, mnie i Zoraidę do domu ojca swojego, człowieka dość zamożnego, który wszystkich nas podejmował z prawdziwie rodzicielską serdecznością. Zabawiwszy przez cały tydzień w Venez i załatwiwszy się z interesami, renegat poszedł do Grenady, celem przejścia na łono kościoła za pośrednictwem świętej inkwizycji; wszyscy inni zaś rozeszli się każdy w swoją drogę. Ja tylko jeden z Zoraidą zostałem tu, utrzymując się z pieniędzy, które jej dał na drogę szczodrobliwy korsarz francuski; część ich obróciłem na kupienie muła, żeby ją podróż nie utrudzała, i służąc jej razem za pośrednika i ojca, dążymy teraz, ażeby się dostać do rodzica mego i dowiedzieć się, czy żyje jeszcze, lub czy któremu z braci moich szczęście nie dopisało lepiej niż mnie, chociaż nie skarżę się na los swój, bo udarował mnie sercem Zoraidy, której piękność i cnoty cenię nad wszelkie bogactwa świata. Ale dla jej miłości rad bym z duszy przynieść jej pociechę za straty, które poniosła, i zmniejszyć jej żal po tylu bogactwach i tak kochającym ojcu, którego dla mnie biedaka porzuciła. O, bo godną prawdziwie jest uwielbienia za tyle cierpliwości w znoszeniu trudów i przygód naszych, a nade wszystko godną jest uwielbienia za to gorące pragnienie, by zostać już chrześcijanką. Toteż chociażbym jej nie zawdzięczał tylu dobrodziejstw, czciłbym ją i uwielbiał za jej cnoty wspaniałe i całe życie służyć bym jej pragnął.

1624

Mimo tej radości wszakże, że serce jej do mnie należy, trapię się niepewnością, czy znajdę dla niej w ojczyźnie mojej kątek spokojny, gdzie bym ją osadził, bo ojciec mój zapewne już umarł, a bracia moi, rozproszeni gdzieś daleko od miejsca rodzinnego, może nie lepszej ode mnie używają doli.

1625

Oto, panowie, cała historia moja. Z serca chciałbym ją był opowiedzieć wam tak dokładnie i zajmująco, jak pełna jest dziwnych wydarzeń, ale nie mam daru do tego i długi czas przebywając w kraju obcym, gdzie cudzej mowy uczyć się musiałem, własnego prawie zapomniałem języka. Boję się, czym was nie znudził za długim opowiadaniem; nie byłem w stanie skrócić go więcej, chociaż wiele okoliczności zupełnie pominąłem.

Rozdział XV

O tym, co się wydarzyło w gospodzie, i o wielu innych rzeczach, godnych wspomnienia.

1626

— Doprawdy, mości kapitanie — rzekł Fernand do niewolnika — opowiadanie twoje było równie miłe i zajmujące, jak sama historia, co do mnie, tyle w tym opisie przygód twoich, tak nowych i zadziwiających, znalazłem przyjemności, że chętnie słuchałbym go, a słuchał ciągle.

1627

Kardenio i wszyscy obecni, obsypywali go takimiż grzecznościami i tak uprzejmie i szczerze ofiarowali mu się z usługami swymi, że kapitan nie miał dość słów na dziękowanie im i Bogu składał hołdy, że mu tylu przyjaciół zesłał w nieszczęśliwej dobie. Don Fernand oświadczył mu nadto, że jeżeli zechce pójść z nim, to uprosi brata swego, margrabiego, aby był ojcem chrzestnym Zoraidy, a sam oporządzi go i postawi w możności powrócenia do kraju rodzinnego bez wstydu i odpowiednio zacności i zasługom jego. Niewolnik dziękował wszystkim serdecznie, ale się wzbraniał przyjąć ich uprzejmości.

1628

Dzień zaczynał się już chylić ku wieczorowi, a gdy noc nadeszła, zajechała przed gospodę kareta, konwojowana przez kilku jezdnych, którzy zażądali tu dla niej noclegu.

1629

Odpowiedziano, że cała gospoda jest zajęta.

1630

— Ale może się znajdzie chociaż kawałeczek miejsca dla jego miłości pana audytora?

1631

Usłyszawszy ten tytuł, gospodyni zakłopotana odrzekła z uniżonością:

1632

— To jest, proszę pana, ja chciałam powiedzieć, że łóżka wszystkie zajęte, ale jeżeli jego miłość pan audytor ma własne z sobą, o czym nie wątpię, to mu swojej izby ustąpimy.

1633

Zaraz przeto wysiadł z karety człowiek poważny, po którego długiej sukni i zawiniętych rękawach poznać można było, że piastuje godność audytora. Prowadził za rękę młodą panienkę między piętnastoma a szesnastoma laty, po podróżnemu ubraną, ale tak zgrabną, tak ładną i miluchną, że wszyscy w gospodzie aż zdumieli i jednogłośnie okrzyknęli, że piękność jej w niczym nie ustępuje piękności Doroty, Luscindy i Zoraidy.

1634

Don Kichot, jak tylko ujrzał wysiadającego audytora, zaraz doń przemówił.

1635

— Mości panie, możesz śmiało wejść do tego zamku i przebywać, jak ci się długo spodoba; jest on może przyciasny i nie dość w żywność zaopatrzony, ale niewygody są niczym dla rycerzów i ludzi uczonych, mianowicie, gdy im, jak tobie, mości panie, towarzyszy piękna dziewica, dla której nie tylko zamków bramy stają otworem, ale skały nawet się rozstępują i nikną, a góry uniżają się, by im drogę torować. Wnijdź przeto, mościwy panie, do raju tego, gdzie znajdziesz gwiazdy godne słońca, które z sobą wiedziesz, zastaniesz męstwo i rycerskość w całym ich blasku i piękność w najwyższym szczycie doskonałości.

1636

Audytor, zdumiony przemową Don Kichota, zaczął mu się pilnie przypatrywać, podziwiał postawę jego i ruchy, i miał już na nowo zwrócić nań swoje obserwacje, kiedy Luscinda, Dorota i Zoraida, uprzedzone przez gospodynię o przybyciu cudnie pięknej dziewicy, wyszły na jej spotkanie i obsypały ją tysiącem uprzejmych grzeczności.

1637

Don Fernand, Kardenio i pleban składali jej również wytworne hołdy i audytora tak grzecznościami obładowali, że sam już nie wiedział, jak na świecie stoi; ogłuszony, zmieszany, zafrasowany tylu naraz komplementami, wszedł do gospody, kłaniając się ciągle na prawo i na lewo i nie wiedząc, co ma odpowiedzieć. Miarkował jednak, że muszą to być ludzie dobrego urodzenia, ale twarz, postępowanie, ubiór i wzięcie się Don Kichota tak go z tropu zbiły, że w głowę biedak zachodził. Po wielu a wielu grzecznościach obustronnych uradzono nareszcie wzajemnie, że damy wszystkie razem spać będą w jednej izbie, a mężczyźni, jako ich opiekunowie i obrońcy, nocować będą na dworze.

1638

Audytor zgodził się chętnie, aby córka jego (młoda panienka była jego córką) poszła z tymi damami; ona też na to z całego serca przystała.

1639

Z kawałka gospodarskiego tapczana i połowy łóżka audytora panie urządziły sobie posłanie, jak było można.

1640

Niewolnik nasz od pierwszej zaraz chwili, jak spojrzał na audytora, uczuł w sercu jakieś szeptanie, że to musi być brat jego. Podszedł więc do jednego z jezdnych, co mu towarzyszyli, a wdawszy się z nim w rozmowę, rozpytywał o nazwisko i miejsce urodzenia dygnitarza.

1641

Służbowiec odpowiedział, że się pan jego nazywa Juan Perez de Viedma, jest licencjatem i pochodzi, jak słyszał, z miasta jakiegoś w górach Leonu.

1642

Słysząc to niewolnik nasz, utwierdził się jeszcze mocniej w przekonaniu, że audytor musi być bratem jego, którego ojciec na drogę naukową przeznaczył. Uradowany takim zdarzeniem, wziął na bok Don Fernanda, Kardenia i plebana i opowiedział im wszystko, zaręczając, że audytor jest jego bratem.

1643

Służbowiec powiedział mu nadto, że jedzie do Meksyku na wysoki urząd; że panienka towarzysząca mu, jest jego córką, a matka jej umarła, wydając ją na świat i zostawiła mężowi wielki majątek, którego jedyną dziedziczką jest córka. Radził się ich niewolnik, jakby wypróbować, czy go odepchnie, czy też przyciśnie do braterskiego serca, widząc go tak biednym.

1644

— Czekajcie, czekajcie — odezwał się pleban — ja to biorę na siebie, ja go wypróbuję, mam jakoś nadzieję i po minie pana audytora widzę, że to człowiek nienadęty i niegardzący biednymi.

1645

— Z tym wszystkim — odrzeknie niewolnik — nie chciałbym mu dać poznać od razu i tak wprost, wolałbym to jakoś zręczniej zrobić.

1646

— No, no, raz jeszcze ci powtarzam, kapitanie — rzecze pleban — zostaw tę rzecz mojej głowie, a obaczysz, że wszystko ślicznie ułożę.

1647

W tej chwili podano wieczerzę. Wszyscy zasiedli do stołu, nie było tylko kapitana, bo nie chciał przyjść, i dam, które wieczerzały w swoim pokoju. W czasie wieczerzy pleban, zwracając się do audytora, tak mówić zaczął:

1648

— Mości audytorze, jakem był w Konstantynopolu, gdzie parę lat w ciężkiej przesiedziałem niewoli, miałem tam towarzysza tego samego nazwiska, co wasza dostojność. Był to dzielny żołnierz, jeden z najtęższych oficerów hiszpańskich, ale ile dzielny i szlachetny, tyle też był nieszczęśliwy.

1649

— A jakże się nazywał ten oficer? — zapytał audytor.

1650

— Nazywał się Rui Perez