Kakuzō Okakura Księga herbaty tłum. Konrad (Mortus) Tlatlik ISBN 978-83-288-8131-0 Dla: Sensei Johna La Farge'a Wstęp „Herbatyzm jest kultem piękna, które daje się odnaleźć w codziennej, szarej egzystencji. Wdraża nam poczucie czystości i harmonii, tajemnicę wzajemnej życzliwości i romantyzmu ładu społecznego. Herbatyzm jest sztuką zatajania piękna, które należy znajdować samemu (…).” Kakuzo Okakura, Księga herbaty Książka, w której refleksja nad kultem piękna w szarej codzienności w inspirujący sposób łączy się z filozofią herbaty, a wszystko to wplecione w urzekającą opowieść o historii japońskiej cywilizacji — z jej pełnym poezji zachwytem nad efemerycznym pięknem natury, jedynym w swoim rodzaju uwielbieniem dla sztuki, w szczególności zaś z unikalnym, niepowtarzalnym w swym charakterze umiłowaniem tradycyjnej ceremonii herbacianej. Księga herbaty to dzieło, w którym tematyka herbaty — z pozoru przewodni motyw tej książki-eseju, staje się zaledwie punktem wyjścia dla rozważań o kulturze i estetyce Dalekiego Wschodu, którego subtelna wrażliwość, tak zgoła niepodobna do znanych nam europejskich standardów, dla wielu może stać się przedmiotem zadumy (po uprzednim zdumieniu…) i skłonić do chwilowego chociażby zatrzymania się i zaczerpnięcia orzeźwiającego oddechu wśród zachodniego pędu ku lepszej przyszłości. W nowym tłumaczeniu tekst został opatrzony objaśnieniami, których nie ma nawet w tłumaczeniach japońskich czy chińskich. Ponadto traktuje nurt herbatyzmu jako element współczesnej kultury i uwalnia go spod restrykcyjnych norm prawa autorskiego. Rozdział 1 Czarka człowieczeństwa Herbata rozpoczęła swą karierę jako lek, by z biegiem czasu zyskać status napoju. W Chinach VIII wieku jako jedna z kulturalnych rozrywek zaliczona została w poczet poddanych królestwa poezji. W piętnastym wieku Japonia podniosła ją do rangi prawdziwie estetycznej religii — herbatyzmu. Herbatyzm to kult piękna odnalezionego w prozaicznych szczegółach codziennej egzystencji. Uczy czystości i harmonii, tajemnicy dobroci wzajemnej, romantyzmu porządku społecznego. W swej istocie jest adoracją Niedoskonałości, ostrożną próbą, by w naszym nieznośnym życiu dokonać czegoś znośnego. Filozofia herbaty nie jest zwykłym estetyzmem w zwyczajowym rozumieniu tego słowa, gdyż — wraz z etyką i religią — wyraża ona cały nasz sposób patrzenia na człowieka i naturę. To higiena, gdyż narzuca nam czystość; ekonomia, gdyż ukazuje wygodę w prostocie, nie zaś w tym, co skomplikowane i kosztowne; to moralna geometria, gdyż określa proporcję między nami a wszechświatem. Prezentuje sobą prawdziwego ducha wschodniej demokracji, czyniąc wszystkich swoich wyznawców arystokratami smaku. Długotrwała izolacja Japonii od reszty świata, tak przyjazna introspekcji, okazała się bardzo korzystną dla rozwoju herbatyzmu. Nasze domy i zwyczaje, stroje i kuchnia, porcelana, laka, malarstwo, nawet nasza literatura — wszystko to doświadczyło jego wpływu. Nikt, kto zgłębia japońską kulturę, nie może pominąć jego obecności. Nasycał ściany wykwintnych siedzib bogaczy, docierał pod strzechy biedaków. Nasi wieśniacy nauczyli się układać kwiaty, najbiedniejsi wyrobnicy — pozdrawiać wody i skały. „Nie ma w sobie herbaty” — mówimy zazwyczaj o człowieku niewrażliwym na tragikomiczne aspekty osobistych dramatów. Z przyganą powiemy zaś, że „za dużo herbaty” ma w sobie niepohamowany esteta, który niebaczny na ziemskie nieszczęścia pozwala się ponieść emocjom. W rzeczy samej zdziwi to człowieka z zewnątrz, któremu wyda się, że to tylko wiele hałasu o nic. Cóż za burza w filiżance, rzec można. Jeśli zastanowimy się jednak, jak małą jest tak naprawdę ta filiżanka ludzkiej przyjemności, jak szybko przepełnia się łzami, jak łatwo osusza ją do dna nasze nieugaszone pragnienie nieskończoności, winniśmy nie obwiniać się dłużej, iż taką właśnie wartość nadajemy herbacianej czarce. Ludzkość robiła już gorsze rzeczy. Z łatwością aż nadmierną składaliśmy ofiary ku czci Bachusa.Wychwalaliśmy nawet krwawe oblicze Marsa. Czemuż nie mielibyśmy się poświęcić królowej Kamelii i zanurzyć w ciepłym strumieniu współczucia wypływającym z jej ołtarza? W płynnym bursztynie wypełniającym porcelanę koloru kości słoniowej akolici doświadczyć mogą słodyczy powściągliwej mowy Konfucjusza, pikanterii Laoziego oraz eterycznego aromatu samego Siakjamuniego. Kto nie odczuwa małości kryjącej się we własnych wielkich dziełach, łatwo przeoczy u innych wielkość rzeczy małych. Przeciętny człowiek Zachodu w swym kulturalnym zadufaniu uznać może ceremonię herbaty za jeszcze jedno spośród tysiąca (i jednego) dziwactw, jakie utwierdzają w jego oczach obraz Wschodu staroświeckiego i dziecinnego zarazem. Gdy Japonia syciła się łagodną sztuką czasów pokoju, nazywał ją barbarzyńską; uznał ją za cywilizowaną, od kiedy zaczęła dokonywać masowych rzezi na mandżurskich polach bitew. Wiele się ostatnio komentuje Kodeks samuraja — Sztukę Śmierci, która skłania naszych żołnierzy do poświęcania własnego życia, jednak prawie żadnej uwagi nie zwraca się na herbatyzm, który reprezentuje naszą Sztukę Życia. Z chęcią pozostalibyśmy barbarzyńcami, jeśli możemy rościć sobie pretensje do miana cywilizowanych tylko w krwawej chwale wojny. Z chęcią oczekiwalibyśmy czasu, gdy naszej sztuce i ideałom zostałby oddany należyty szacunek. Kiedy wreszcie Zachód zrozumie lub spróbuje zrozumieć Wschód? My, Azjaci, jesteśmy często zszokowani dziwną siecią faktów i fantazji, jaka została dookoła nas utkana. W wyobrażeniach żywimy się wonią lotosu — albo myszami i karaluchami. Widzi się w nas bezpłodny fanatyzm lub też odpychającą lubieżność. Indyjską duchowość wyśmiano jako ignorancję, chiński rozsądek jako głupotę, japoński patriotyzm jako wynik fatalizmu. Mówiono nawet, że jesteśmy mniej wrażliwi na ból i rany z przyczyny stwardnienia naszego układu nerwowego! Dlaczegóż jednak nie mielibyście zabawiać się naszym kosztem? Azja odpłaca pięknym za nadobne. Byłoby jeszcze więcej powodu do uciechy, gdybyście wiedzieli o wszystkim, co wymyśliliśmy na wasz temat. Jest tam cały czar perspektywy, cały nieświadomy hołd ciekawości, całe ciche odrzucenie tego, co nowe i nieznane. Byliście obciążani cnotami zbyt wyrafinowanymi, aby ich zazdrościć, oraz oskarżani o zbrodnie zbyt obrazowe, aby je potępiać. Nasi dawni pisarze, mądrzy ludzie znający się na rzeczy, informowali nas o kosmatych ogonach, które kryjecie pod ubraniem i o tym, że na obiad zwykliście jadać potrawkę z niemowlęcia! Mało tego, możemy wam zarzucić coś znacznie gorszego: zwykliśmy uważać was za najbardziej nieużyty lud na świecie, który — jak mówiono — poucza innych, sam zaś nauki własne ma za nic. Jednak nasz błędny punkt widzenia prędko zanika. Handel wymusił na wielu wschodnich portach, by przemawiały w językach Europy. Azjatycka młodzież garnie się do zachodnich uczelni, aby zdobyć nowoczesne wykształcenie. Być może nasz wzrok nie przenika głęboko waszej kultury, jednak przynajmniej chcemy się uczyć. Część mych krajan przyjęła zbyt wiele waszych zwyczajów i etykiety, żywiąc mylne przekonanie, że nabycie sztywnego kołnierzyka i jedwabnego cylindra pozwoli im zbliżyć się do waszej cywilizacji. Jakkolwiek żałosne i smutne są takie odczucia, świadczą jednak o naszej chęci podejścia do Zachodu na kolanach. Niestety, zachodnie podejście nie sprzyja zrozumieniu Wschodu. Chrześcijański misjonarz przyjeżdża nauczać, ale nie słuchać. Wasze informacje opierają się na skąpych tłumaczeniach naszej ogromnej literatury albo wręcz na niewiarygodnych anegdotach przejeżdżających podróżnych. Z rzadka tylko rycerskie pióro kogoś takiego jak Lafcadio Hearn albo autorka Sieci życia indyjskiego rozświetla orientalny mrok pochodnią naszych własnych uczuć. Być może mówiąc tak wiele, ujawniam własną nieznajomość Kultu Herbaty. Jego duch grzeczności nakazuje mówić to, czego się od nas oczekuje, i nic więcej. Lecz ja nie zamierzam być grzecznym herbatystą. Tyle złego wynikło już z wzajemnego niezrozumienia Nowego i Starego Świata, że nie ma powodu przepraszać za słowa, które są naszym wkładem w dzieło lepszego poznania. Gdyby Rosja zechciała lepiej poznać Japonię, dwudziesty wiek nie musiałby rozpocząć się krwawym wojennym spektaklem. Jak straszne konsekwencje dla ludzkości czają się w pogardliwym ignorowaniu wschodnich problemów! Europejski imperializm, który nie potępia absurdalnego krzyku o Żółtej Zarazie, nie zdaje sobie sprawy, że Azja również może dostrzec okrucieństwo Białej Katastrofy. Możecie śmiać się, że mamy w sobie „za dużo herbaty”, lecz czy my nie możemy podejrzewać, że wy, ludzie Zachodu, „nie macie w sobie herbaty”? Zakończmy tę kanonadę oszczerstw między kontynentami i bądźmy mądrzy, choćby po szkodzie, dla wzajemnej korzyści obu półkul. Nasz rozwój biegł inną ścieżką niż wasz, jednak nie ma powodu, byśmy nie mogli się uzupełniać. Wy podbiliście świat — za cenę utraty spokoju; my stworzyliśmy harmonię — bezsilną wobec przemocy. Dacie wiarę? Wschód radzi sobie w pewnych kwestiach lepiej niż Zachód! Dziwne, że dotąd spotykamy się tylko nad filiżanką herbaty. To jedyny azjatycki ceremoniał, który wzbudził powszechne uznanie. Biały człowiek wyśmiał naszą religię i moralność, lecz nasz brązowy napój przyjął bez wahania. Popołudniowa herbatka to dziś w społeczności zachodniej ważna uroczystość. Delikatny stukot tac i spodków, szelest sukien krzątających się przy gościach dam, wspólny zbiór przepisów dotyczących cukru i śmietanki — świadczą, że Kult Herbaty bez wątpienia jest tu dobrze zakorzeniony. Filozoficzna rezygnacja gościa wobec losu oczekującego w niepewnym naparze to świadectwo, że w tym jednym przypadku duch Orientu rządzi niepodzielnie. Za najwcześniejszą wzmiankę na temat herbaty w piśmiennictwie europejskim uznaje się zapisane przez pewnego arabskiego podróżnika zdanie, iż po roku 879 głównymi źródłami dochodu Kantonu były cła na sól i herbatę. Marco Polo odnotowuje odwołanie chińskiego ministra finansów w 1285 roku za jego samowolne podniesienie podatku od herbaty. Jednak to dopiero w okresie wielkich odkryć geograficznych Europejczycy zaczęli lepiej poznawać Daleki Wschód. Pod koniec XVI wieku Holendrzy przywieźli ze sobą informację, że na wschodzie z liści pewnego krzewu przyrządza się napój o przyjemnym smaku. O herbacie wspominali też podróżnicy tacy jak Giovanni Battista Ramusio (1559 r.), L. Almeida (1565 r.), Maffei (1588 r.) czy Teixeira (1610 r.). W tymże roku statki Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej przywiozły do Europy pierwszą herbatę. We Francji była znana w 1636 roku, a do Rosji dotarła w roku 1638. Anglia powitała ją w roku 1650 jako: „Ten wspaniały, polecany przez wszystkich lekarzy chiński napój, nazywany przez Chińczyków Tcha, a przez inne narody Tay lub Tee”. Jak wszystko, co jest dobre na tym świecie, propaganda herbaty doczekała się opozycji. Heretycy, tacy jak Henry Savile (1678 r.), potępiali picie jej, uznając je za wulgarne. Jonas Hanway (Essay on Tea, 1756 r.) powiedział, iż picie herbaty powoduje, że mężczyźni tracą dobrą posturę i wygląd, natomiast kobiety — piękno. Powszechnemu spożyciu nie służyła też jej początkowo bardzo wysoka cena (około piętnastu, szesnastu szylingów za funt), czyniąca herbatę „symbolem kuracji leczniczych i rozrywek wyższych sfer, z którego czyni się prezenty książętom i możnym”. Wbrew tym przeciwnościom zwyczaj picia herbaty rozprzestrzeniał się z zadziwiającą prędkością. Londyńskie kawiarnie w pierwszej połowie osiemnastego wieku stały się w praktyce herbaciarniami, miejscami uczęszczanymi przez takie tuzy, jak Addison i Steele, którzy zabawiali się tam nad „herbacianym daniem”. Wkrótce napój ten stał się artykułem niezbędnym do życia, a więc wartym opodatkowania. Ten fakt przypomina nam o wielkiej roli, jaką pełni on w historii najnowszej. Kolonialna Ameryka znosiła ucisk, dopóki wysokie cła na herbatę nie przekroczyły miary ludzkiej wytrzymałości. Amerykańska niepodległość zaczęła się od wrzucenia skrzyń herbaty do bostońskiej zatoki. W smaku herbaty kryje się subtelny urok, który czyni ją tak nieodparcie kuszącą i skłania ku jej idealizacji. Zachodni humoryści nie potrzebowali wiele czasu, by zmieszać zapach swych myśli z jej aromatem. Nie ma w niej arogancji wina, samowiedzy kawy ani trzpiotowatości kakao. Już w 1711 roku „The Spectator” napisał: „Zaczem poleciłbym zawarte tu rozważania w sposób szczególny wszelkim porządnym rodzinom, które co rano godzinę przeznaczają na herbatę, chleb i masło, i szczerze radziłbym im, by dla dobra własnego zalecały podawać sobie tę gazetę punktualnie, jakoby część serwisu do herbaty”. Samuel Johnson przedstawiał sam siebie jako „zatwardziałego, bezwstydnego herbatopijcę, który przez dwadzieścia lat rozcieńczał swe posiłki tylko dodatkiem tej fascynującej rośliny; herbatą zabawiał się wieczorem, herbatą pocieszał się o północy i herbatą witał poranek”. Charles Lamb, uznany wyznawca, ukazał prawdziwy wydźwięk herbatyzmu, pisząc, że największą znaną mu przyjemnością jest uczynić po kryjomu coś dobrego, o czym ludzie dowiedzą się przez przypadek. Herbatyzm jest w końcu sztuką ukrywania piękna, abyśmy mogli je odkryć, sugerowania tego, czego nie odważamy się ujawnić. Jest też cenną wiedzą, jak śmiać się z siebie spokojnie, acz dogłębnie, a zatem jest samym humorem — uśmiechem filozofii. W tym znaczeniu wszystkich prawdziwych humorystów nazwać można filozofami herbaty — jak na przykład Thackeray czy oczywiście Szekspir. Poeci dekadencji (kiedyż to świat nie pogrążał się w dekadencji?) poprzez swoją kontestację materializmu w pewnym stopniu przetarli szlaki herbatyzmowi. Być może dzisiaj, poprzez naszą pokorną kontemplację Niedoskonałego, Zachód i Wschód udzielą sobie wzajemnej pociechy. Taoiści opowiadają, że na samym początku Bez-Początku Duch i Materia spotkały się w walce na śmierć i życie. W końcu Żółty Cesarz, Słońce Niebios, zatriumfował nad Chi You, demonem mroku i ziemi. Jednak tytan w swej śmiertelnej agonii uderzył głową o sklepienie nieba i rozkruszył niebieską kopułę z jadeitu na części. Gwiazdy zgubiły swe gniazda, księżyc błąkał się bez celu wśród dzikich kanionów nocy. Zdesperowany Żółty Cesarz po całym świecie szukał kogoś, kto naprawi Niebiosa. Nie szukał jednak na próżno. Ze Wschodniego morza wyłoniła się królowa, boska Nüwa, ukoronowana rogami i o smoczym ogonie, świetlista w swej zbroi z ognia. Wykuła w swym magicznym kotle pięciokolorową tęczę i odbudowała chińskie niebo. Mówi się jednak, że Nüwa zapomniała wypełnić dwóch małych nisz w niebieskim firmamencie. Tak rozpoczął się dualizm miłości — dwie dusze, błąkające się w przestrzeni, które nie zaznają spokoju, dopóki nie połączą się, by stać się dopełnieniem wszechświata. Każdy musi sam zbudować swoje niebo nadziei i pokoju. Niebo nad ludzkością jest dziś rzeczywiście rozbite w tytanicznych zmaganiach o bogactwo i potęgę. Świat błąka się po omacku w mrokach egotyzmu i wulgarności. Za wiedzę płaci się nieczystym sumieniem, dobrą wolę okazuje dla własnych korzyści. Wschód i Zachód, jak dwa smoki wrzucone do morza ognia, na próżno walczą, aby odzyskać klejnot życia. Potrzebujemy nowej Nüwy, aby odbudowała wielkie zniszczenia; oczekujemy wielkiego awatara. Tymczasem napijmy się herbaty. Blask popołudnia rozświetla bambusy, fontanny bulgoczą rozkosznie, a imbryk szumi jak wiatr w gałęziach sosen. Śnijmy o przemijaniu i rozkoszujmy się piękną błahością rzeczy. Rozdział 2 Szkoły herbaty Herbata jest dziełem sztuki i trzeba ręki mistrza, aby wydobyć jej najszlachetniejsze własności. Mamy dobrą i złą herbatę, podobnie jak dobre i złe obrazy — głównie te drugie. Nie istnieje jeden przepis na herbatę idealną, podobnie jak nie ma przepisu na stworzenie dzieła klasy Tycjana czy Sessona. Każdy przypadek parzenia herbacianych liści jest odrębny, swoiście wiąże się z rodzajem i temperaturą wody, snuje swoje własne historie. Lecz zawsze musi zawierać się w nim prawdziwe piękno. Jakże wiele wycierpieliśmy przez to, iż społeczeństwo wciąż nie umie pojąć tego prostego, a fundamentalnego dla sztuki i życia prawa; Li Zhilai, poeta dynastii Song, ze smutkiem zauważył, że są trzy najbardziej pożałowania godne rzeczy na tym świecie: psucie dobrej młodzieży złą nauką, psucie szlachetnej sztuki prostackim zachwytem i psucie porządnej herbaty nieumiejętnym jej przyrządzaniem. Herbata, tak jak sztuka, ma swoje okresy i szkoły. Jej rozwój można ogólnie podzielić na trzy główne etapy: herbatę gotowaną, herbatę roztrzepywaną i herbatę parzoną. My, współcześni, należymy do ostatniej z tych szkół. Z tego, w jaki sposób dana epoka rozkoszuje się smakiem herbaty, odczytać można jej ducha. Życie jest bowiem ekspresją, a nasze nieświadome działania wciąż zdradzają nasze najskrytsze myśli. Konfucjusz powiedział: „Nie ukryje się człowiek”. Być może odsłaniamy zbyt wiele małych sekretów, bo zbyt mało mamy tych wielkich. Lecz drobne przykłady codziennej rutyny są równie dobrym komentarzem ideałów danej rasy, co najwyższych lotów filozofia czy poezja. Tak jak w kulturze europejskiej o odrębnym charakterze epoki czy narodu świadczą upodobania do określonych roczników win, zmieniający się ideał herbaty odzwierciedla rozmaite nastroje dominujące w kulturze Orientu. Sprasowana herbata, którą gotowano, roztrzepywany herbaciany proszek i parzona herbata liściasta są znakiem charakterystycznych dla chińskich dynastii Tang, Song i Ming emocjonalnych impulsów. Jeśliby sięgnąć po określenia z oklepanej terminologii historii sztuki, moglibyśmy je nazwać odpowiednio klasyczną, romantyczną i naturalistyczną szkołą herbaty. Krzew herbaciany, wywodzący się z południa Chin, był znany chińskiej botanice i medycynie od najdawniejszych czasów. Wspominano o nim w klasycznych dziełach pod tak różnymi nazwami jak Tou, Tseh, Chung, Kha czy Ming, i ceniono wysoce jako lek usuwający zmęczenie, cieszący duszę, wzmacniający wolę i poprawiający wzrok. Podawano go nie tylko doustnie, ale i zewnętrznie w postaci maści na bóle reumatyczne. Taoiści uważali herbatę za ważny składnik eliksiru nieśmiertelności. Buddyści pili ją na potęgę, by uniknąć senności podczas długich godzin medytacji. Między czwartym a piątym wiekiem naszej ery herbata stała się ulubionym napojem mieszkańców doliny Jangcy. Mniej więcej w tym czasie ustalił się współczesny ideogram Cha 茶, ewidentne przeinaczenie klasycznego Tou 荼. Poeci południowych dynastii zostawili po sobie ślady swego gorącego uwielbienia dla „pianki z płynnego jadeitu”. W owych czasach cesarze zwykli w nagrodę za wybitną służbę obdarzać swych ministrów przywilejem przyrządzania herbaty. Niemniej ówczesny sposób jej picia był jeszcze skrajnie prymitywny. Herbaciane liście gotowano na parze, tłuczono w moździerzu, a potem ugniatano w kulkę, którą gotowano z dodatkiem ryżu, imbiru, soli, skórki pomarańczowej, przypraw i mleka, a czasami nawet cebulek! Zwyczaj ten przetrwał do dnia dzisiejszego u Tybetańczyków i niektórych plemion mongolskich, które tworzą z tych składników osobliwy syrop. Na to, że ta starożytna metoda przetrwała do naszych czasów, wskazuje rosyjski zwyczaj dodawania do herbaty plasterków cytryny, przyswojony w chińskich karawanserajach. Potrzeba było geniuszu dynastii Tang, by uwolnić herbatę od nieokrzesania i doprowadzić do jej ostatecznej idealizacji. W ósmym wieku herbata zdobywa swego pierwszego apostoła, Lu Yu. Urodził się on w epoce, w której buddyzm, taoizm i konfucjanizm ciążyły ku syntezie. Panteistyczny symbolizm tamtych czasów nakazywał, by odtwarzać ogół w szczególe. Lu Yu, jako poeta, widział w ceremonii herbacianej ten sam porządek i harmonię, które rządzą wszechrzeczą. W swym znanym dziele, Ch'a Ching, sformułował kodeks herbaty. Odtąd zaczął być czczony jako bóstwo opiekuńcze chińskich handlarzy herbatą. Ch'a Ching składa się z trzech tomów i dziesięciu rozdziałów. W pierwszym rozdziale Lu Yu opisuje naturę krzewu herbacianego, w drugim narzędzia służące do zbioru herbaty, w trzecim — dobór liści. Zgodnie z jego teorią liście najwyższej jakości muszą „być stulone jak skórzane buty tatarskich jeźdźców, skręcać się jak podgardle mocnego byczka, rozwijać się na podobieństwo mgły wstającej nad doliną, lśnić jak muskane wietrzykiem jezioro oraz mieć miękkość i wilgotność ziemi świeżo skropionej deszczem”. W rozdziale czwartym wymieniono i opisano dwadzieścia cztery elementy serwisu do herbaty, poczynając od paleniska na trójnogu, a kończąc na bambusowej szafeczce, w której należy trzymać wszystkie narzędzia. Można tu dostrzec zamiłowanie Lu Yu do taoistycznej symboliki. W związku z tym można też poczynić ciekawe obserwacje odnośnie wpływu herbaty na chińską ceramikę. Chińska porcelana, jak powszechnie wiadomo, powstała jako próba odtworzenia uważanego za doskonały odcienia jadeitu, skutkiem czego w czasach dynastii Tang na południu powstała glazura błękitna, zaś na północy — biała. Lu Yu uznał błękit za idealną barwę czarek herbacianych, jako że płyn zyskiwał dzięki niemu dodatkowy odcień zieleni, natomiast w białych czarkach wyglądał różowawo i nieapetycznie. Wynika to z faktu, że Lu Yu używał herbaty prasowanej. W późniejszych czasach, kiedy mistrzowie dynastii Song zaczęli pić sproszkowaną herbatę, preferowano ciężkie, czarno-niebieskie oraz ciemnobrązowe miski. Natomiast dynastia Ming delektowała się herbatą parzoną — i lekkością białej porcelany. W rozdziale piątym Lu Yu opisuje sposób przyrządzania herbaty. Eliminuje wszystkie dodatkowe składniki z wyjątkiem soli. Rozwodzi się również nad często poruszanym pytaniem o to, jakiej wody najlepiej używać i do jakiej temperatury gotować. Według niego, najlepszą wodą jest ta z górskich źródeł, drugą w kolejności — woda rzeczna, a trzecią zwykła źródlana. Są trzy stadia wrzenia: pierwszy, kiedy po powierzchni wody pływają małe bąbelki, podobne rybim oczkom; drugi, kiedy bąbelki przypominają kryształowe koraliki toczące się w fontannie; i trzeci, gdy woda kłębi się dziko w czajniku. Prasowaną herbatę przypieka się nad ogniem, aż stanie się miękka jak rączka dziecka, po czym ściera na proszek między kawałkami cienkiego papieru. Sól dodaje się w pierwszym stadium wrzenia, herbatę w drugim. Przy trzecim do dzbanka dolewa się rondelek zimnej wody, aby ostudzić herbatę i przywrócić „młodość wody”. Wreszcie napój przelewa się do czarek i wypija. O, nektarze! Półprzezroczyste listki płyną w nim jak drobne chmury zawieszone na spokojnym niebie lub unoszą się jak lilie wodne na powierzchni szmaragdowych strumyków. O napoju tym Lu Tong, poeta dynastii Tang, pisze: Pierwsza czarka zwilża me wargi i gardło, druga rozwiewa mą samotność, trzecia przeszukuje me suche wnętrzności, znajdując w nich jedynie pięć tysięcy tomów dziwnych ideogramów. Czwarta sprawia, że pocę się lekko — wszystko, co w życiu złe, opuszcza mnie przez pory skóry. Przy piątej czarce jestem oczyszczony, szósta prowadzi mnie do krainy nieśmiertelnych. Siódma filiżanka — ach, lecz więcej już nie zniosę! Czuję jedynie oddech chłodnego wiatru, który owiewa me rękawy. Gdzież jest Horaisan? Niechaj dosiądę tej słodkiej bryzy i popłynę tam na niej. Pozostałe rozdziały Ch'a Cing traktują o barbarzyństwie pospolitych sposobów picia herbaty, o żywotach znamienitych jej amatorów, a także o znanych plantacjach herbacianych Chin, możliwych odmianach ceremonii herbacianej, wreszcie przedstawiają ilustracje narzędzi herbacianych. Ostatni niestety zaginął. Pojawienie się Ch'a Cing musiało w tamtym czasie wywołać sporą sensację. Lu Yu był w bliskich stosunkach z cesarzem Daizongiem, a jego sława przyciągała wielu zwolenników. Niektórzy smakosze potrafili rzekomo rozróżnić herbatę przygotowaną przez samego Lu Yu od tej, którą przyrządzali jego uczniowie. A pewien mandaryn zapisał się — nienajlepiej — w annałach z racji tego, że nie umiał docenić herbaty wielkiego mistrza. Za czasów dynastii Song moda na herbatę ubijaną doprowadziła do powstania drugiej szkoły herbaty. Herbaciane liście mielono na drobny proszek w małym, kamiennym młynku, a potem roztrzepywano w gorącej wodzie delikatną trzepaczką z rozszczepionego bambusa. Nowa metoda przygotowywania naparu sprawiła, że nastąpiły pewne zmiany w herbacianych utensyliach Lu Yu, jak i w doborze liści. Sól odrzucono definitywnie. Entuzjazm dla herbaty nie znał w tych czasach granic. Smakosze prześcigali się w odkrywaniu nowych odmian, a turnieje, które miały wyłonić najlepszą, odbywały się regularnie. Cesarz Huizong, który był zbyt wielkim artystą, aby być wzorowym monarchą, wydawał krocie na rzadkie jej gatunki. Osobiście napisał rozprawę na temat dwudziestu odmian herbaty, z których najbardziej sobie cenił „białą herbatę”, jako najrzadszą i najwyższej jakości. Ideały herbaciane dynastii Song różniły się od ideałów dynastii Tang, podobnie jak różniły się wizje życia w obu tych epokach. Próbowano wcielić w życie to, co poprzednicy starali się ukazać symbolicznie. W ujęciu neokonfucjańskim świat zjawisk nie był odbiciem prawa rządzącego wszechrzeczą — lecz sam w sobie był tym prawem. Wieki to tylko chwile, a Nirwana zawsze w zasięgu ręki. Taoistyczna koncepcja nieśmiertelności poprzez ciągłą zmianę przenikała całą umysłowość epoki. Interesujące było działanie, nie jego skutek; spełnianie, a nie spełnienie było kluczowe. Człowiek stanął więc nagle twarzą w twarz z naturą. Sztuka życia nabrała nowego sensu. Herbata przeistoczyła się z rozrywki poetów w sposób na samospełnienie. Wang Yucheng wychwalał herbatę, mówiąc, że „zalewa jego duszę szczerym pięknem, a jej delikatna gorycz przywodzi mu na myśl posmak dobrej rady”. Su Shi pisał o sile jej nieskalanej czystości, która opiera się zepsuciu tak jak prawdziwie cnotliwy człowiek. Wśród buddystów południowej sekty zen, która przejęła tak wiele z doktryny taoizmu, wytworzył się skomplikowany rytuał herbaciany. Mnisi zbierali się przed posągiem Bodhidharmy i pili z jednej czarki, celebrując herbatę niczym sakrament. Ten właśnie rytuał zen w XV w. przekształcił się ostatecznie w japońską ceremonię picia herbaty. Niestety, nagły najazd plemion mongolskich w XIII wieku, skutkiem którego Chiny podbito i spustoszono pod barbarzyńskimi rządami dynastii Yuan, zniszczył wszelkie owoce kultury Song. Rodzimą dynastię Ming, która dążyła do odnowienia chińskiej władzy cesarskiej, nękały w połowie XV wieku trudności wewnętrzne, skutkiem czego Chiny w XVII wieku ponownie znalazły się pod władzą obcej, mandżurskiej dynastii. Maniery i zwyczaje zmieniły się, po dawnych czasach nie został nawet ślad. O sproszkowanej herbacie całkiem zapomniano. Komentator z czasów dynastii Ming nie potrafi odtworzyć kształtu trzepaczki do herbaty, wspomnianej w jednym z klasycznych dzieł dynastii Song. Herbatę przyrządza się teraz, zaparzając liście gorącą wodą w czarce lub miseczce. Stąd Zachód nie zna starszych sposobów picia i przyrządzania herbaty — Europa poznała ją dopiero u schyłku dynastii Ming. Dla współczesnego Chińczyka herbata to smaczny napój, jednak nie wcielenie ideału. Długotrwałe cierpienia jego kraju odebrały mu zapał niezbędny, by szukać sensu życia. Stał się człowiekiem nowoczesnym — czyli pozbawionym złudzeń starcem. Stracił szlachetną wiarę w ułudę, źródło nieprzemijającej młodości i siły poetów i przodków. Jest eklektykiem i grzecznie akceptuje tradycje całego świata. Bawi się naturą, lecz nie ma chęci ani jej podbijać, ani czcić. Jego liściasta herbata o kwietnym zapachu jest często wspaniała, lecz nie znajdziemy w tej czarce romantyzmu ceremonii z czasów dynastii Tang i Song. Idąca w ślad chińskiej cywilizacja Japonii poznała wszystkie trzy stadia rozwoju herbaty. Już w zapisach z 729 r. czytamy, że cesarz Shōmu w swym pałacu w Nara podejmował herbatą stu mnichów. Liście były najpewniej sprowadzane przez japońskich ambasadorów przy dworze Tang i przyrządzane na ówcześnie modny sposób. W roku 801 mnich Saichō przywiózł stamtąd nieco nasion i zasadził je na górze Hiei. W kolejnych wiekach wzmiankowano o wielu ogrodach herbacianych oraz o upodobaniu arystokracji i duchowieństwa do tego napoju. Herbata w stylu dynastii Sung dotarła do Japonii w 1191 r., gdy mnich Eisai Myōan wrócił z Chin, dokąd wybrał się studiować południową szkołę zen. Nowe nasiona, które sprowadził do ojczyzny, dały pomyślnie początek trzem plantacjom, z których jedna, w rejonie Uji nieopodal Kioto, do dziś słynie z najlepszej herbaty na świecie. Południowochińska odmiana buddyzmu, czyli zen, rozprzestrzeniała się z niezwykłą szybkością, a wraz z nią — ceremoniał i ideały herbaciane dynastii Sung. W XV wieku, pod patronatem szoguna Yoshimasy Asikagi, ceremonia herbaciana osiągnęła ostateczny kształt i stała się prywatnym świeckim rytuałem. Od tego momentu datuje się panowanie herbatyzmu w Japonii. Picie parzonej herbaty to dla nas względnie nowy zwyczaj, gdyż jest znane dopiero od połowy XVII wieku. W codziennym spożyciu zastąpiła herbatę sproszkowaną, jednak ta ostatnia nadal zachowuje status królowej herbat. To właśnie w japońskiej ceremonii herbacianej ideał osiągnął swój szczyt. Nasz skuteczny opór wobec inwazji mongolskiej w 1281 r. umożliwił dalszy rozwój tradycji Song, którą w Chinach zmiótł katastrofalny najazd koczowników. Herbata stała się dla nas czymś więcej niż idealizacją form spożywania napoju: jest religią sztuki życia. Picie jej urosło do rangi źródła kultu czystości i wyrafinowania, czynności uświęconej, w której gospodarz i gość jednoczą się, by stworzyć z tego, co doczesne, najwyższe piękno. Herbaciany pawilon był oazą w ponurym pustkowiu istnienia, gdzie zmęczeni podróżni mogli spotkać się i pić ze wspólnego źródła kultu sztuki. Ceremonia była improwizowanym dramatem o fabule osnutej wokół herbaty, kwiatów i obrazów. Żaden kolor nie zakłócał nastroju w pomieszczeniu, żaden dźwięk — rytmu czynności, żaden gest nie burzył harmonii, żadne słowo nie rozbijało jedności otoczenia, wszystkie gesty były proste i naturalne — takie były cele ceremonii herbacianej. I, co dziwne, najczęściej je osiągano. Kryła się za tym subtelna filozofia. Herbatyzm był taoizmem w przebraniu zen. Rozdział 3 Taoizm i zen Związek zen z herbatą jest wręcz przysłowiowy. Zwróciliśmy już uwagę, że ceremonia herbaciana wywodzi się z rytuału zen. Imię Laoziego, twórcy taoizmu, również można blisko powiązać z dziejami herbaty. W chińskim podręczniku szkolnym, opisującym pochodzenie zwyczajów i nawyków, napisano, iż ceremoniał częstowania gości herbatą zapoczątkował Kwan Yin, znany uczeń Laoziego, gdy przy Bramie Hangu jako pierwszy zaoferował Staremu Filozofowi filiżankę złotego eliksiru. Nie będziemy tracić czasu na rozważanie autentyczności takich opowieści — są jednak dla nas wartościowe jako świadectwo, że taoiści już w początkach istnienia swej filozofii raczyli się tym napojem. Nasze zainteresowanie taoizmem i zen skupia się bowiem na ideach życia i sztuki zawartych w tym, co zwiemy herbatyzmem. Niestety nie istnieje dotychczas wyczerpujące opracowanie doktryn taoizmu i zen w żadnym obcym języku, mimo iż podejmowano pewne warte pochwały próby. Tłumaczenie zawsze dopuszcza się zdrady wobec oryginału — jak mówi pewien autor z epoki Ming, w najlepszym razie przypomina rewers brokatowej tkaniny: nici są widoczne, zaś subtelności koloru czy wzoru — nie. Lecz w gruncie rzeczy — gdzież znaleźć wielką doktrynę, którą łatwo objaśnić? Starożytni mędrcy nigdy nie kodyfikowali swych nauk. Mówili paradoksami, bojąc się głosić półprawdy. Zaczynali swe wykłady, mówiąc jak głupcy, by przy końcu uczynić słuchaczy mądrzejszymi. Sam Laozi, człowiek o specyficznym poczuciu humoru, powiedział: „Kiedy ludzie niezbyt inteligentni słyszą o tao, wybuchają śmiechem. Gdyby się nie śmieli, nie byłoby to tao”. Tao dosłownie oznacza „ścieżkę”. Było czasem tłumaczone jako Droga, Absolut, Prawo, Natura, Najwyższa Mądrość, Sposób. Nie są to tłumaczenia błędne, gdyż taoiści definiują tao w różny sposób, zależnie od tematu dociekań. Laozi opisywał to w ten sposób: „Istnieje coś, co zawiera w sobie wszystko, coś, co powstało wcześniej niż Niebo i Ziemia. Jakże jest ciche! Jak osamotnione! Tkwi w miejscu samotne i niezmienne. Krąży, sobie nie szkodząc, i jest matką wszechświata. Nie wiem, jak się nazywa, więc nazywam to Ścieżką. Niechętnie nazywam to Nieskończonym. Nieskończoność jest Ulotna, to, co Ulotne, jest Przemijające, a to, co Przemija, Powraca”. Tao to bardziej Przejście niż Ścieżka. Jest duchem Kosmicznej Przemiany — nieskończonego rozwoju, który wciąż powraca, aby stworzyć nowe formy. Cofa się samo przed sobą jak smok, ukochany symbol taoistów. Zwija się i rozwija jak chmury. O Tao mówić można jako o Wielkim Przejściu. Subiektywnie — to Nastrój Wszechświata. Jego Absolut jest względny. Należy pamiętać, że po pierwsze taoizm, podobnie jak jego pełnoprawny następca, zen, reprezentuje sobą indywidualistyczny trend myśli południowochińskiej w przeciwieństwie do kolektywizmu z Północy wyrażanego przez konfucjanizm. Państwo Środka jest równie wielkie jak Europa, a dwa wielkie dorzecza przecinające kraj to linie demarkacyjne wyznaczające zmiany w narodowym charakterze. Jangcy i Huang He są odpowiednio Morzem Śródziemnym i Bałtykiem. Nawet dzisiaj, mimo wielu wieków jedności, Chińczyk z Południa różni się w swych wierzeniach i sposobie myślenia od swego pobratymca z Północy tak samo, jak przedstawiciel kultury łacińskiej różni się od Teutona. W dawnych czasach, kiedy komunikacja była jeszcze bardziej utrudniona niż teraz, a szczególnie w okresie feudalizmu, ta różnica w sposobie myślenia była bardzo widoczna. Sztuka i poezja obu regionów oddycha zupełnie innym powietrzem. U Laoziego i jego uczniów oraz u Qu Yuana, prekursora poetów natury znad Jangcy, odnajdziemy idealizm całkowicie odmienny niż prozaiczne zasady etyczne współczesnych im pisarzy z Północy. Laozi żył pięć wieków przed Chrystusem. Ziarno myśli taoistycznej kiełkowało na długo przed narodzinami Laoziego, zwanego Długouchym. Zapowiedź jego nauk odnaleźć można w archaicznych tekstach chińskich, szczególnie w Księdze Przemian. Jednakże wielki szacunek dla praw i zwyczajów w klasycznym okresie cywilizacji chińskiej, którego apogeum nadeszło wraz z nastaniem dynastii Shang w XVI wieku p.n.e., przez długi czas wstrzymywał rozwój myśli indywidualistycznej. Dopiero po upadku dynastii Shangów oraz powstaniu niezliczonych niezależnych królestw rozkwitnąć mogła bujnie wolna myśl. Laozi i Zhuāngzǐ pochodzili z Południa i byli największymi przedstawicielami nowej szkoły. Z drugiej strony Konfucjusz i jego liczni uczniowie starali się zachować zwyczaje swoich przodków. Taoizmu nie da się zrozumieć bez pewnej znajomości konfucjanizmu i vice versa. Powiedzieliśmy już, że dla taoistów Absolut był względny. W swej myśli etycznej drwili z praw i kodeksów moralnych społeczeństwa, gdyż dobro i zło były dla nich pojęciem względnym. Definicja zawsze jest ograniczeniem — „ustalone” i „niezmienne” są jedynie słowami wyrażającymi zastój w rozwoju. Qu Yuan powiedział: „Mędrcy poruszają świat”. Nasze standardy moralne opierają się na przeszłych potrzebach społeczeństwa, lecz czy społeczeństwo ma pozostać bez zmian? Będąc wiernym tradycji wspólnoty, wymaga się poświęcenia jednostki dla ogółu. By podtrzymać tę potężną iluzję, wychowanie promuje model życia w swoistej ignorancji. Ludzi nie uczy się prawdziwej cnoty, a tylko stosownych zachowań. Jesteśmy źli, gdyż jesteśmy przewrażliwieni na swoim punkcie. Hodujemy sumienie, gdyż boimy się powiedzieć prawdę innym; kryjemy się za tarczą dumy, bo boimy się powiedzieć prawdę samym sobie. Jak można być poważnym, kiedy ten świat jest tak komiczny! Duch handlu przenika go na wskroś. Honor i Czystość! Oto zadowolony z siebie przekupień kupczy Dobrem i Prawdą. Można nawet nabyć tak zwaną Religię, która w istocie jest tylko powszechną moralnością w oprawie kwiatów i muzyki. Odbierz Kościołowi jego akcesoria — i cóż z niego zostanie? A jednak tym klikom wiedzie się nad podziw dobrze, gdyż ceny ich usług są śmiesznie niskie — modlitwa za bilet do nieba, dyplom za honorowe obywatelstwo. Lepiej bezzwłocznie skryj się pod korzec, bo jeśli poznaliby się na twej wartości, sprzedano by cię drogo na publicznej aukcji. Czemu ludzie tak lubią się reklamować? Czyż nie jest to czysty instynkt z czasów niewolnictwa? Żywotność idei bierze się nie tyle z jej siły przebicia się na tle myśli współczesnych, co z umiejętności zdominowania późniejszych ruchów. Taoizm był ważną siłą w epoce zjednoczenia za czasów dynastii Qin, której Chiny zawdzięczają swą dzisiejszą nazwę. Gdyby był na to czas, ciekawym byłoby przyjrzeć się jego wpływowi na współczesnych myślicieli, matematyków, kronikarzy praw i wojen, mistyków i alchemików, a później poetów natury znad Jangcy. Pamiętać trzeba i o tych rozważających ideę Rzeczywistości, którzy zastanawiali się, czy biały koń jest prawdziwy, gdyż jest biały, czy też dlatego, że jest masywny. A także o konwersacjonalistach Sześciu Dynastii, jak filozofowie zen rozkoszujący się dyskusjami o Czystym i Abstrakcyjnym. Nade wszystko powinniśmy być wdzięczni taoizmowi za to, co uczynił dla uformowania się chińskiego charakteru, darząc go pewną rezerwą i „ciepłym jak jadeit” wyrafinowaniem. Historia Chin pełna jest przypadków, w których wyznawcy taoizmu, tak książęta, jak i pustelnicy, przestrzegali nauk swej wiary, uzyskując różne i ciekawe rezultaty. Opowieść o tym niepozbawiona jest pewnej dawki nauki i rozrywki. Będzie pełna anegdot, alegorii i aforyzmów. Jeśli zechcemy, da nam możność rozmowy ze wspaniałym cesarzem, który nigdy nie umarł, bo nigdy nie żył. Pozwoli pojechać na wietrze z Liehtsem i odkryć, jak bardzo jest cichy, gdyż to my sami jesteśmy wiatrem. Albo też zawiśniemy w powietrzu ze Starcem z Huang He, który żył między Niebem a Ziemią, bo nie poddawał się wpływowi ani jednego, ani drugiego. Nawet w tej groteskowej namiastce taoizmu, kultywowanej w Chinach współcześnie, olśni nas bogactwo obrazów, jakiego nie zna żadne inne wyznanie. Jednak najistotniejszy jest wpływ, jaki taoizm wywarł na życie w Azji w dziedzinie piękna. Chińscy historycy zawsze nazywali taoizm „sztuką bycia w świecie”, gdyż dotyczy teraźniejszości — nas samych. To w nas Bóstwo spotyka się z naturą, a wczoraj oddziela się od jutra. Teraźniejszość jest ruchomą Nieskończonością, prawdziwą sferą Względności. Względność poszukuje Dopasowania; Dopasowanie jest Sztuką. Sztuka życia leży w ciągłym dopasowywaniu się od nowa do otoczenia. Taoizm akceptuje codzienność taką, jaką jest i w odróżnieniu od konfucjanizmu czy buddyzmu stara się znaleźć piękno w naszym pełnym smutku i zmartwień świecie. Przypowieść z epoki Song o Trzech Próbujących Octu wspaniale wyjaśnia sposób myślenia trzech doktryn. Pewnego razu, Siakjamuni, Konfucjusz i Laozi stali przed dzbanem octu — symbolem życia — i każdy z nich zanurzył w nim palec, by określić smak płynu. Pragmatyczny Konfucjusz powiedział, że jest kwaśny, Budda nazwał go gorzkim, a Laozi ogłosił, że jest słodki. Taoiści twierdzili, że komedia życia byłaby bardziej interesująca, gdyby wszyscy dbali o zgodę. Zachować właściwą miarę rzeczy i dać pole do popisu innym, nie tracąc własnej pozycji — oto przepis na sukces w teatrze codzienności. Musimy znać całość sztuki, żeby właściwie odegrać nasze role; koncepcja całości nie może zatracić się w koncepcji jednostki. Laozi ilustruje to, używając swej ulubionej metafory — próżni. Twierdzi, że tylko w próżni zawiera się istota rzeczy. Na przykład realność pomieszczenia wyznacza pustka zamknięta sufitem i ścianami, a nie same ściany i sufit. Przydatność dzbana leżała w pustce, którą można wypełnić wodą, a nie w jego formie czy tworzywie. Próżnia jest wszechmocna, gdyż zawiera w sobie wszystko. Tylko w próżni możliwy staje się ruch. Ten, kto sam stałby się pustką, przez którą inni mogą swobodnie przechodzić, byłby panem wszystkich sytuacji. Całość zawsze może zdominować część. Idee taoizmu w wielkim stopniu wpłynęły na wszystkie nasze teorie działania, nawet na szermierkę i zapasy. Jujutsu, japońska sztuka samoobrony, zawdzięcza swą nazwę wersetowi z księgi Daodejing. W jujutsu próbuje się pozbawić przeciwnika sił poprzez niestawianie oporu, próżnię, zachowując przez to siły na zwycięstwo w ostatecznej potyczce. W sztuce wagę tej samej zasady prezentuje wartość przypisywana sugestii. Nasze niedopowiedzenie daje odbiorcy możność uzupełnienia zamysłu i w ten sposób wielkie dzieło sztuki nieodparcie pochłania naszą uwagę tak, aż zdaje się, że stajemy się jego częścią. Jest w nim próżnia, w którą możemy wejść i dopełnić naszym estetycznym odczuciem. Dla taoistów prawdziwym człowiekiem jest ten, który osiągnął mistrzostwo w sztuce życia. Rodząc się, wkracza do świata snów, aby obudzić się w chwili śmierci. Tłumi własny blask, aby zlać się z ciemnością innych. Jest „ostrożny jak ktoś, kto przekracza strumień zimą; wątpiący jak ktoś, kto lęka się swych sąsiadów; pełen szacunku jak gość; drżący jak lód, który zaraz stopnieje; bez formy jak jeszcze niewyrzeźbiony kawałek drewna; pusty jak dolina; bezkształtny jak wzburzone wody”. Trzema klejnotami życia są dla niego pokora, skromność i oszczędność. Jeśli spojrzymy teraz na zen, zwrócimy uwagę, że podkreśla ono nauki taoizmu. Nazwa zen wywodzi się z sanskryckiego słowa Dhyāna, które oznacza medytację. Zen głosi, że szczyt samospełnienia dostępny jest dzięki uświęconej medytacji. Medytacja jest jedną z sześciu dróg, którymi można osiągnąć stan buddy, a wyznawcy zen głoszą, że Siakjamuni kładł specjalny nacisk na tę metodę w swych późniejszych naukach, przekazując jej zasady swojemu największemu uczniowi, Mahakaśjapie. Zgodnie z ich tradycją Mahakaśjapa, pierwszy patriarcha zen, przekazał ten sekret Ānandzie, który z kolei przekazywał go kolejnym patriarchom, aż dotarł on do dwudziestego ósmego, Bodhidharmy. Bodhidharma przybył na północ Chin w pierwszej połowie VI wieku i stał się pierwszym patriarchą chińskiego zen. Historia pierwszych patriarchów i ich doktryn jest bardzo niepewna. W swym aspekcie filozoficznym wczesne zen zdaje się podobne z jednej strony do indyjskiego negatywizmu Nagardżuny, a z drugiej — filozofii sankhji sformułowanej przez Iśwarakrysznę. Pierwsze nauki zen w postaci, jaką dziś znamy, są przypisywane szóstemu patriarsze chińskiemu, Dajian Huinengowi, założycielowi Szkoły Południowej, nazywanego tak z powodu jego przewagi na południu Chin. Zaraz po nim następuje wielki Mazu Daoyi, dzięki któremu zen odcisnęło niezatarty ślad na chińskim życiu. Uczeń Mazu, Huaihai, jako pierwszy stworzył klasztor zen i ustalił rytuał i zasady zarządzania nim. W dyskusjach szkoły zen następujących po Mazu dostrzegamy, że idee południowochińskie przyczyniły się do przejęcia rodzimych sposobów myślenia, kontrastujących z dotychczasowym indyjskim idealizmem. Trudno nie ulec wrażeniu podobieństwa południowej szkoły zen do nauk Laoziego i taoistycznych konwersacjonalistów, nawet jeśli przeczą temu dumni wyznawcy. Już w Daodejing znajdziemy wzmianki o znaczeniu koncentracji i potrzebie odpowiedniej regulacji oddechu — a są to kluczowe elementy w praktykach medytacyjnych zen. A najlepsze komentarze do Księgi Laoziego spisali uczeni tejże szkoły. Zen, podobnie jak taoizm, jest kultem Względności. Pewien mistrz opisał zen jako sztukę odczuwania istnienia gwiazdy polarnej na południowym niebie. Prawdę można osiągnąć jedynie poprzez zrozumienie przeciwieństw. Zen, znów tak jak taoizm, silnie wspiera indywidualizm. Nic nie jest prawdziwe oprócz tego, co wiąże się z pracą naszych własnych umysłów. Huineng, szósty patriarcha, zobaczył pewnego razu dwóch mnichów oglądających flagę pagody powiewającą na wietrze. — To wiatr się porusza — powiedział jeden z nich, zaś drugi odparł: — To flaga się porusza. Jednak Huineng wyjaśnił im, że w rzeczywistości w ruchu jest nie flaga czy wiatr, lecz coś w ich własnych umysłach. Huahai szedł przez las z jednym z uczniów, a ich nadejście spłoszyło zająca. — Dlaczego zając od ciebie ucieka? — spytał Huaihai. — Dlatego, że się mnie boi — usłyszał w odpowiedzi. — Nie — odparł mistrz — to dlatego, że masz instynkt zabójcy. Przypomina to pewien dialog taoisty Zhuāngzǐ. Pewnego dnia Zhuāngzǐ szedł brzegiem rzeki z przyjacielem. — Jakże rozkosznie igrają ryby w wodzie! — wykrzyknął. Jego przyjaciel odpowiedział mu tak: — Nie jesteś rybą; skąd wiesz, że ryby się bawią? — Nie jesteś mną — odpowiedział Zhuāngzǐ. — Skąd zatem wiesz, że tego nie wiem? Zen przeciwstawiano często zasadom ortodoksyjnego buddyzmu, podobnie jak taoizm przeciwstawiano konfucjanizmowi. Dla transcendentalnego spojrzenia zen słowa są tylko obciążeniem dla myśli; wszystkie pisma buddyzmu — jedynie komentarzami na temat osobistych rozważań. Wyznawcy zen dążyli do bezpośredniego połączenia z naturą rzeczy, a wszelkie zewnętrzne dodatki mieli jedynie za przeszkody przesłaniające prawdę. Ta miłość do abstrakcji sprawiła, że wyznawcy woleli czarno-białe szkice od skomplikowanych, kolorowych obrazów klasycznej szkoły buddyjskiej. Niektórzy, próbując odnaleźć Buddę w sobie, nie zaś w obrazach i symbolach, posuwali się nawet do obrazoburstwa. Pewnego zimowego dnia Danxia Tianran połamał drewniany posąg Buddy, aby rozpalić ognisko. — Cóż za świętokradztwo! — wykrzyknął przerażony przechodzień. — Chcę wydobyć Śarira z popiołów — oznajmił spokojnie wyznawca zen. — Z całą pewnością nie wydobędziesz Śarira z tego posągu! — odpowiedział gniewnie przechodzień, na co Danxia rzekł: — W takim razie to z całą pewnością nie jest Budda i nie popełniam żadnego świętokradztwa. — Po czym obrócił się, aby ogrzać się przy ognisku. Wyjątkowym wkładem zen w myśl Wschodu było zrównanie praw tego, co codzienne, z tym, co duchowe. Szkoła ta utrzymuje, że we wspaniałej więzi łączącej rzeczy nie ma rozróżnienia między małym a wielkim, a atom zawiera w sobie takież możliwości, jak wszechświat. Kto poszukuje doskonałości, musi odkryć we własnym życiu odblask wewnętrznego światła. Organizacja klasztoru zen jasno obrazuje ten punkt widzenia. Każdemu członkowi, oprócz opata, przypisano jakieś konkretne zadanie dotyczące utrzymania klasztoru i, co dziwne, te lżejsze przypadały nowicjuszom, zaś te bardziej nieprzyjemne i służebne czynności wykonywali najbardziej doświadczeni i szacowni mnisi. Posługi stanowiły część dyscypliny zen, przy czym każda czynność musiała być wykonana z absolutną perfekcją. W ten sposób wiele ważkich dysput wywiązało się przy plewieniu ogrodu, obieraniu rzepy czy podawaniu herbaty. Ideał herbatyzmu wynika z tej właśnie koncepcji zen — celebracji wielkości w tym, co w życiu najbłahsze. Taoizm położył podwaliny ideałów estetycznych, zen oblekł je w ciało. Rozdział 4 Pawilon herbaciany Dla europejskich architektów, wychowanych w tradycji konstrukcji kamiennych i ceglanych, nasza japońska metoda budowania z drewna i bambusa wydaje się niegodna miana architektury. Dopiero niedawno pewien znawca architektury Zachodu dostrzegł i docenił godną podziwu perfekcję naszych wielkich świątyń. A skoro tak się sprawy mają z oceną naszej klasycznej architektury, trudno oczekiwać, że cudzoziemiec doceni subtelne piękno herbacianego pawilonu, konstruowanego i zdobionego w myśl zasad całkowicie obcych kulturze Zachodu. Herbaciany pawilon (sukiya) jest to po prostu mały domek — słomiana chatka, jak mówimy. Ideogramy tworzące słowo sukiya oznaczały „dom fantazji”. W późniejszych czasach mistrzowie ceremonii herbacianej zastępowali je — w myśl własnej koncepcji pawilonu — rozmaitymi chińskimi znakami, w związku z czym słowo sukiya może oznaczać również „dom pustki” lub „dom asymetrii”. Jest on domem fantazji, gdyż jest budowlą nietrwałą, stworzoną jako siedziba poetyckiego impulsu. Jest domem pustki, gdyż brak w nim dekoracji, prócz tych, które można w nim umieścić, by spełnić wymogi estetyczne danej chwili. Jest domem asymetrii poświęconym kultowi niedoskonałości, gdyż celowo nie wszystko w nim ukończono — by w proces dopełnienia włączyć wyobraźnię. Dziś przeciętne japońskie wnętrze wydaje się cudzoziemcom niemal puste z racji skrajnej prostoty i czystości koncepcji dekoratorskiej, gdyż od XVI wieku ideały herbatyzmu kształtowały naszą architekturę. Pierwszy samodzielny pawilon herbaciany był dziełem Sen no Rikyū, znanego powszechnie pod swym późniejszym imieniem Rikyū, największego ze wszystkich mistrzów herbaty. W XVI wieku pod patronatem Hideyoshi Toyotomiego ustalił on i do perfekcji doprowadził formalne aspekty ceremonii herbacianej. Proporcje pawilonu ustalił wcześniej Jōō — słynny mistrz herbaty żyjący w XV wieku. W swej wczesnej formie była to jedynie część pokoju dla gości wydzielana przy pomocy parawanów z okazji spotkania przy herbacie. To wydzielone pomieszczenie nosiło nazwę kakoi („zamknięta przestrzeń”), wciąż stosowaną dla określenia pawilonu, który nie jest osobnym budynkiem, lecz pokojem włączonym w bryłę domu. Na całość [sukiya] składają się: sam pawilon herbaciany, zaprojektowany, by pomieścić co najwyżej pięć osób jednocześnie, wedle przysłowia: „Więcej niż Gracji i mniej niż Muz”; przedpokój (mizuya), w którym przed ceremonią myje się i układa we właściwym porządku herbaciane utensylia; altana (machiai), gdzie goście oczekują na wezwanie do pokoju oraz ogrodowa ścieżka (roji), która łączy machiai z pawilonem. Sam pawilon wygląda niepozornie. Jest mniejszy niż najmniejsze z japońskich domów, a materiały konstrukcyjne są tak dobrane, by stworzyć wrażenie wykwintu w ubóstwie. Nie zapominajmy, że w konstrukcji pawilonu kryje się głęboki artystyczny zamysł, a jego detale są lepiej przemyślane niż w bogatych pałacach czy świątyniach. Dobry pawilon herbaciany ma cenę wyższą niż przeciętny dwór, gdyż tak dobór materiałów, jak i sama budowa wymagają ogromnej uwagi i precyzji. W rzeczy samej cieśle zatrudniani przez mistrzów ceremonii herbacianej są odrębną i wysoce cenioną kastą wśród rzemieślników, gdyż praca ich wymaga nie mniejszej precyzji niż produkcja mebli krytych laką. Pawilon herbaciany nie tylko różni się od wszelkich wytworów architektury zachodniej, lecz kontrastuje też z klasyczną architekturą samej Japonii. Dawne gmachy japońskie, czy to świeckie, czy religijne, już z racji samej ich wielkości nie mają się czego wstydzić. Te, które przetrwały wieki mimo niszczycielskich pożarów, wciąż zaskakują nas wielkością i bogactwem dekoracji. Potężne kolumny z drewna grube na 70–90 centymetrów, wysokie na 9–12 metrów oraz skomplikowana sieć kroksztynów podtrzymują ogromne belki stropu, skrzypiące pod ciężarem pokrytych płytkami dachów. Sposób konstrukcji i budulec, choć łatwopalny, okazały się odporne na trzęsienia ziemi i dobrze dostosowane do warunków klimatycznych kraju. Złota Hala Hōryū-ji i świątynia Yakushi-ji są godnymi uwagi przykładami solidności naszych drewnianych budowli. Te budynki przetrwały dwanaście wieków praktycznie nienaruszenie. Wnętrza starych świątyń i pałaców były bogato zdobione. W świątyni Byōdō-in w Uji, pochodzącej z dziesiątego wieku, do dziś można zobaczyć wyszukanie zdobione sklepienie i złocone baldachimy, barwne i inkrustowane lusterkami i macicą perłową, oraz pozostałości obrazów i rzeźb, które niegdyś pokrywały ściany. W budowlach późniejszych, w Nikkō i w zamku Nijō w Kioto, widać, jak piękno konstrukcji poświęcono na rzecz bogactwa ozdób, których kolory i wysmakowane detale są równie piękne jak najwspanialsze wytwory stylu arabskiego czy mauretańskiego. Prostota i puryzm pokoju do herbaty biorą się z chęci naśladowania założeń klasztoru zen. W przeciwieństwie do innych odłamów buddyzmu klasztor zen jest tylko domem mnichów. Jego kaplica nie jest miejscem kultu lub pielgrzymek, lecz szkolną salą, przeznaczoną na dyskusje i medytacje uczniów. Pokój jest pusty, jedynie we wnęce centralnej za ołtarzem znajduje się posąg Bodhidharmy, założyciela odłamu, lub figury Siakjamuniego i towarzyszących mu Mahakaśjapy i Ānandy, dwóch pierwszych patriarchów zen. Na ołtarzu ofiaruje się mędrcom kwiaty i kadzidło, by uczcić ich wielki wkład w rozwój zen. Jak już wspominaliśmy, rytuał mnichów zen, polegający na piciu kolejno herbaty z czarki przed obrazem Bodhidharmy położył podwaliny ceremonii herbacianej. Można tutaj dodać, że ołtarz w kaplicy zen był prototypem tokonomy — honorowego miejsca w przestrzeni pokoju, gdzie ku pokrzepieniu ducha gości umieszcza się obrazy i kwiaty. Wszyscy nasi wielcy mistrzowie ceremonii herbacianej studiowali zen i starali się wcielać jego myśl w życie codzienne. Dlatego też pawilon, podobnie jak inne elementy ceremonii herbacianej, w dużym stopniu odzwierciedla tę doktrynę. Rozmiar klasycznego pawilonu herbacianego, odpowiadający powierzchni czterech i pół maty (około 7,3 m²), wyznaczono na podstawie wersetu z Sutry Vikramāditya. W tym interesującym tekście Vikramāditya podejmuje Świętego Manjushiriego i osiemdziesiąt cztery tysiące uczniów Buddy w pomieszczeniu właśnie takiej wielkości — ta alegoryczna opowieść wynika z teorii, że dla prawdziwie oświeconego przestrzeń nie istnieje. Natomiast roji, ogrodowa ścieżka prowadząca z machiai do pawilonu właściwego, symbolizowała pierwsze stadium medytacji — drogę do samooświecenia. Zadaniem roji było zerwanie więzi ze światem zewnętrznym i wywołanie nowych doznań wiodących do dopełnienia estetycznej przyjemności w samym pawilonie herbacianym. Kto przeszedł tą ścieżką, zawsze będzie pamiętał, jak szedł w cieniu wiecznie zielonych drzew po równo nierównych kamieniach okolonych zeschłym igliwiem, mijając omszałe granitowe latarnie — a jego dusza wzniosła się ponad poziom prozaicznego myślenia. Tu nawet w centrum miasta można czuć się jak w lesie, z dala od zgiełku i kurzu cywilizacji. Wielki był geniusz mistrzów ceremonii herbacianej, skoro byli zdolni stwarzać takie wrażenia spokoju i czystości. Uczucia towarzyszące wędrówce po roji różniły się, tak jak różnili się od siebie mistrzowie. Niektórzy, jak Rikyū, starali się stworzyć wrażenie doskonałego osamotnienia, i twierdzili, że sekret stworzenia dobrego roji zawiera się w starożytnej pieśni: Spoglądam wstecz: Ni kwiatów, Ni barwnych liści. Na morskim brzegu Samotna chata W półmroku, W jesiennym zmierzchu. Inni, tak jak Kobori Enshū, dążyli do innego efektu. Enshū mówił, że idea ogrodowej ścieżki mieści się w wersach: Kępa drzew latem, Odrobina morza, Blady wieczorny księżyc. Nietrudno zrozumieć jego zamysł: chciał stworzyć atmosferę, w której dusza, zaledwie przebudzona, wciąż zabłąkana wśród snów i cieni wspomnień, skąpana w słodkiej nieświadomości łagodnego duchowego światła, pragnie wolności, którą daje wyjście poza to, co znane. Tak przygotowany gość w ciszy zbliża się do sanktuarium i, jeśli jest samurajem, zostawia swój miecz na stojaku pod dachem, ponieważ herbaciany pawilon jest zawsze domem pokoju. Następnie schyla się nisko i wchodzi do wnętrza przez wejście nie wyższe niż 90 cm. Ten zwyczaj obowiązywał wszystkich gości niezależnie od ich społecznego statusu i miał w założeniu uczyć pokory. Z racji, że kolejność zostaje ustalona jeszcze w czasie wypoczynku w machiai, goście wedle porządku wchodzą do pokoju i w ciszy zajmują swoje miejsca, składając najpierw pokłon obrazowi lub kwiatom ustawionym na tokonomie. Gospodarz wchodzi do pokoju, dopiero gdy wszyscy goście zajmą swoje miejsca, a w pomieszczeniu zapanuje absolutna cisza, zmącona najwyżej szumem wody w żelaznym kociołku. Czajnik śpiewa pięknie, gdyż na jego dnie ułożono kawałki żelaza, tak by uzyskać swoistą melodię, w której usłyszeć można przytłumione przez chmury echo wodospadu, odległy łoskot morskich fal bijących o skały, burzę, która obmywa bambusowy las czy też szum sosen na odległym wzgórzu. Nawet za dnia światło w pawilonie jest przytłumione, gdyż spod okapu spadzistego dachu niewiele słońca sączy się do wnętrza. Od podłogi do sufitu dominują stonowane kolory; stroje gości są dobrane i pozbawione krzykliwych barw. Przedmioty pokrywa szacowna patyna, wszelka nowość jest zakazana — jedyny i konieczny kontrast wprowadza bambusowy czerpak i lniana serwetka, nieskazitelnie białe i nowe. Choć pawilon herbaciany i jego wyposażenie mogą robić wrażenie wyblakłych ze starości, wszystko jest absolutnie czyste. Nawet w najciemniejszym kącie nie znajdzie się ani drobiny kurzu — jeśli jest inaczej, gospodarz nie może być mistrzem ceremonii herbacianej, gdyż jedną z pierwszych umiejętności od niego wymaganych jest umiejętność zamiatania, czyszczenia i mycia, bo sztuka zawiera się także w tych czynnościach. Starożytnego żeliwa nie atakuje się z pozbawionym skrupułów zapałem holenderskiej kury domowej. Wody skapującej z wazonu z kwiatami nie trzeba wycierać, bo może sugerować rosę i chłód. Z tą kwestią łączy się pewna opowieść o Rikyū, doskonale ilustrująca, jak należy rozumieć ideę czystości wyznawaną przez mistrzów ceremonii herbacianej. Pewnego razu Rikyū przyglądał się, jak jego syn Shōan zamiatał i podlewał ogrodową ścieżkę. — Nie dość czysto — stwierdził, kiedy Shōan skończył, i kazał mu spróbować raz jeszcze. Po godzinie pracy syn zwrócił się do niego: — Ojcze, nie ma już nic więcej do zrobienia. Stopnie wymyte trzykrotnie, kamienne latarnie i drzewa dobrze skropione wodą, mech i porosty lśnią świeżą zielenią, a na ziemi nie pozostała ani jedna gałązka czy liść. — Głuptas — zganił go mistrz herbaty. — Nie tak należy zamiatać ścieżkę. To rzekłszy Rikyū wszedł do ogrodu, potrząsnął drzewem i porozrzucał po ogrodzie złote i karmazynowe liście, skrawki brokatów jesieni! Wymagał bowiem nie tylko czystości, ale też naturalności i piękna. Nazwa „dom fantazji” sugeruje budowlę stworzoną po to, by sprostać pewnym artystycznym wymaganiom. Pawilon herbaciany jest dla mistrza ceremonii, nie odwrotnie. Nieprzeznaczony dla potomności, staje się efemeryczny. Pomysł, że każdy powinien mieć własny dom, wziął się z pradawnego japońskiego zwyczaju, a raczej — przesądu shintoistów, nakazującego porzucić dom, gdy jego najważniejszy lokator umrze. Być może zwyczaj ten miał ukryte przyczyny sanitarne. Inny wczesny obyczaj nakazuje, by każdej młodej parze zbudować nowy dom. Te właśnie zwyczaje powodowały w przeszłości częste przenosiny cesarskich stolic na nowe miejsce. Przykładem tego starożytnego obrzędu kultywowanego po dziś dzień jest odbudowa świątyni Ise, głównej kaplicy bogini słońca, przeprowadzana co dwadzieścia lat. Wytworzenie się takich zwyczajów było możliwe tylko dzięki formie konstrukcji naszej drewnianej architektury, łatwej do rozłożenia i złożenia na nowo. Trwalsze budownictwo z kamieni i cegieł uniemożliwiłoby przenosiny — co zresztą nastąpiło, gdy w epoce Nara przyjęły się u nas bardziej masywne i stabilne konstrukcje drewniane rodem z Chin. Jednak wraz z upowszechnieniem się indywidualizmu zen w XV wieku stara idea wypełniła się głębszym znaczeniem, gdyż zaczęto wiązać ją z pawilonem herbacianym. Zen — w zgodzie buddyjską teorią przemijania i jej wymogiem panowania ducha nad materią — uznawało dom jedynie za tymczasowy przytułek ciała. Samo ciało było jedynie szałasem w głuszy, kruchym schronieniem, zrobionym ze splotu rosnących dokoła traw — gdy splot się rozluźni, znów mamy tylko trawę na pustkowiu. W pawilonie herbacianym o ulotności bytu przypomina słomiana strzecha, kruchość cienkich filarów, lekkość bambusowej konstrukcji, pozorna niedbałość związana z użyciem pospolitego budulca. To, co wieczne, odnajdziemy w duchu wcielonym w prostotę, która nas otacza, upiększoną delikatnym blaskiem jego wykwintu. To, że pawilon herbaciany powinien być tak skonstruowany, by pasował do indywidualnego gustu, uosabia zasadę żywotności sztuki. By sztuka doczekała się pełnego zrozumienia, musi być wierna współczesnemu życiu. Nie znaczy to, że powinniśmy ignorować potrzeby potomnych, a jedynie przekonuje o tym, abyśmy intensywniej cieszyli się teraźniejszością. Nie znaczy to, że nie powinniśmy zwracać uwagi na dzieła przeszłości, a jedynie wskazuje na konieczność starania się o włączanie ich w naszą świadomość. Niewolnicze podporządkowanie tradycjom i formułom powstrzymuje ekspresję indywidualności w sztuce. Nad bezsensownymi imitacjami europejskich budynków, które można napotkać we współczesnej Japonii, można tylko płakać. Zdumiewa nas, czemu w najbardziej rozwiniętych krajach zachodnich architektura jest tak pozbawiona oryginalności, tak przepełniona kopiami przestarzałych stylów. Być może musimy przebyć epokę sztuki demokratycznej i czekać, aż pojawi się mistrz — książę, który założy nową dynastię. Gdybyśmy bardziej kochali starożytnych, a mniej ich kopiowali! Ktoś stwierdził kiedyś, że wielkość Greków bierze się stąd, iż nigdy nie czerpali z antyku. Określenie „dom pustki” przypomina o taoistycznej teorii wszechogarniającej próżni, ale też o koncepcji ciągłej potrzeby zmiany motywów dekoracyjnych. Pawilon herbaciany jest absolutnie pusty, zawiera tylko to, co przejściowo w nim ustawimy dla zaspokojenia potrzeby estetycznej. By upiększyć uroczystość, można z jej okazji wnieść do pawilonu specjalnie wybrane dzieło sztuki, pilnując, aby reszta dekoracji była tak dobrana, by podkreślić piękno artystycznej dominanty. Nie można słuchać kilku melodii w tym samym czasie — prawdziwe zrozumienie piękna jest możliwe pod warunkiem skupienia uwagi na motywie centralnym. Tutaj widać, że sposób ozdabiania naszych pokoi do herbaty jest przeciwieństwem tego, który panuje na Zachodzie, gdzie wnętrza domów często przypominają muzea. Dla Japończyka, przyzwyczajonego do prostoty ozdób i częstej zmiany dekoracji, zachodnie wnętrze niezmiennie wypełnione stałym zestawem obrazów, rzeźb i bibelotów sprawia wrażenie wulgarnej prezentacji dobytku. Trzeba wyjątkowego zrozumienia sztuki, by ciągłe podziwianie jednego obrazu, niechby i arcydzieła, sprawiało nam wciąż estetyczną przyjemność. Doprawdy zdolność odczuwania artystycznych wrażeń u ludzi, którzy potrafią żyć na co dzień wśród takiego pomieszania form i kolorów, jakie często widuje się w domach Europy i Ameryki, musi być bezgraniczna. „Dom asymetrii” to nazwa sugerująca kolejną fazę w naszym projektowaniu dekoracji wnętrza. Zachodni krytycy często czynią uwagi na temat braku symetrii w sztuce japońskiej. Wynika on również z ideałów taoizmu i zen. Konfucjanizm ze swoją głęboko zakorzenioną ideą dualizmu oraz buddyzm z północnych Chin ze swym kultem trójcy w żaden sposób nie przeciwstawiały się wyrażaniu symetrii. W rzeczywistości, jeśli przyjrzymy się starożytnym brązom Chin lub sztuce religijnej dynastii Tang i okresu Nara, dostrzeżemy w nich ciągłą pogoń za symetrią. Dekoracje naszych klasycznych wnętrz były rozmieszczone w wyraźnie regularny sposób. Jednak w taoizmie i zen koncepcja ideału była inna. Dynamiczna natura ich filozofii kładła większy nacisk na proces dążenia do doskonałości niż na samą doskonałość. Prawdziwe piękno mógł odkryć tylko ten, kto swym umysłem dopełnił niedopełnione. Płodność życia i sztuki zależy od ich możliwości rozwoju. W pawilonie herbacianym każdy z gości może swą wyobraźnią dopełnić wizji całości według własnego gustu. Od kiedy zen stało się dominującym sposobem myślenia, sztuka Dalekiego Wschodu celowo unika symetrii wyrażającej nie tylko skończoność, ale i powtórzenie. Uznano, że jednolity wzór zabija świeżość wyobraźni. Dlatego w sztuce ulubionymi tematami stały się krajobrazy, ptaki i kwiaty, wypierając sylwetki ludzkie — gdyż oglądający sam był człowiekiem. I bez tego często jesteśmy nadmiernie obecni, a mimo naszej próżności nawet podziwianie samego siebie łatwo może znużyć. W pawilonie herbacianym czuć stałą obecność lęku przed powtarzalnym. Różne przedmioty dekoracyjne należy dobierać tak, by żaden kolor ani wzór się nie pojawił się dwukrotnie. Jeśli umieściłeś tam żywy kwiat, niedozwolony jest obraz przedstawiający kwiaty. Jeśli używasz okrągłego kociołka, czerpak powinien być kanciasty. Czarna filiżanka nie powinna stać na tacy z czarnej laki. Kładąc w tokonomie kadzielnicę, należy uważać, aby nie umieścić jej pośrodku, gdyż wówczas podzieli przestrzeń na połowy. Filar tokonomy powinien być z innego rodzaju drewna niż reszta filarów, by uniknąć choćby sugestii monotonii. Tutaj również japoński sposób dekoracji wnętrz różni się od zachodniego — tam bibeloty stoją na kominkach i innych powierzchniach w porządku symetrycznym. W zachodnich domach zderzamy się często z tym, co robi na nas wrażenie zbędnej powtarzalności. Próbujemy na przykład rozmawiać z kimś, a zza jego pleców patrzy na nas jego naturalnych rozmiarów portret. Zastanawiamy się, który jest prawdziwy — ten z obrazu, czy ten, z którym rozmawiamy, i nie możemy się pozbyć dziwnego wrażenia, że jeden musi być fałszywy. Szokuje nas, aż do mdłości, gargantuiczna obfitość wylewająca się z obrazów wiszących nad świątecznym stołem. Po co te wszystkie obrazy ofiar nagonek i polowań, skomplikowane rzeźby ryb i owoców? Po co wystawki rodzinnych serwisów, przypominające nam o tych, którzy tu jedli i już nie żyją? Herbaciany pawilon, prosty i wolny od wszystkiego, co wulgarne, staje się przez to prawdziwym azylem wobec trosk świata. Tam i tylko tam można oddać się niczym niezakłóconej adoracji piękna. W XVI wieku pawilon herbaciany dawał wytchnienie od ich zajęć gwałtownym wojownikom oraz mężom stanu zaangażowanym w zjednoczenie i odbudowę Japonii. W XVII wieku, w okresie sztywnego formalizmu dynastii Tokugawa, był on jedyną okazją swobodnego spotkania artystycznych dusz. W obecności sztuki nie było rozróżnienia między daimyō, samurajem i mieszczaninem. Dziś industrializacja powoduje, że wszędzie coraz trudniej o prawdziwe wyrafinowanie. Czy zatem teraz herbaciany pawilon nie jest nam potrzebny bardziej niż kiedykolwiek? Rozdział 5 Rozumienie sztuki Słyszeliście kiedyś taoistyczną opowieść o ujarzmianiu harfy? Kiedyś, w zamierzchłych czasach, w Wąwozie Lungmen stało drzewo Kiri, prawdziwy król lasu. Wystarczyło, żeby podniosło głowę, aby mogło rozmawiać z gwiazdami, a jego korzenie sięgały głęboko w ziemię, splatając swe brązowe zwoje z cielskiem srebrnego smoka, który spał w głębi. I zdarzyło się, że potężny czarownik zrobił z tego drzewa cudowną harfę, której upartego ducha ujarzmić mógł tylko największy z muzyków. Wiele lat przeleżała ona w skarbcu cesarza Chin, lecz wszelkie próby wykrzesania z jej strun melodii spełzały na niczym. Choć starali się z wszystkich sił, w odpowiedzi harfa brzdąkała chropawo i wzgardliwie w niezgodzie z nutami pieśni, które pragnęli odśpiewać. W żadnym nie chciała uznać pana. W końcu przybył Peiwoh, książę harfiarzy. Delikatną ręką objął harfę niczym ten, kto próbuje ugłaskać narowistego konia, i lekko dotknął strun. Śpiewał o naturze i porach roku, wysokich górach i płynących rzekach, i tak zbudził w drewnie drzewa Kiri wspomnienia. Raz jeszcze między jego gałęziami igrał słodki oddech wiosny. Młodzieńcze wodospady tańczące w wąwozie śmiały się do rozkwitających kwiatów. Wkrótce rozbrzmiały senne głosy lata, a w nich — roje owadów, łagodny stukot deszczu, śpiew kukułki. Słuchajcie! Oto grzmi tygrys — dolina znów odpowiada. Jest jesień, w pustce nocy księżyc ostrym jak miecz blaskiem oświetla oszronioną trawę. Teraz rządzi zima, w ciężkich od śniegu przestworzach krąży stado łabędzi, a grzechoczące kulki gradu uderzają o konary drzewa z gwałtowną rozkoszą. Wówczas Peiwoh zmienił tonację i zaczął śpiewać o miłości. Las kołysał się jak pogrążony w głębokiej zadumie namiętny kochanek. Po nieboskłonie niczym wyniosła panna przemknęła piękna, jasna chmura, lecz przechodząc, rzuciła na ziemię długie cienie, czarne jak sama rozpacz. Melodia znów się zmieniła; teraz Peiwoh śpiewał o wojnie, o dźwięczącej stali i tętencie rumaków. W harfie obudziła się burza nad wąwozem Lungmen, smok ujeżdżał błyskawicę, grzmot jak lawina przetoczył się przez góry. Upojony pięknem chiński monarcha spytał Peiwoha o sekret jego zwycięstwa. — Panie — odrzekł — inni zawiedli, gdyż śpiewali tylko o sobie. Ja pozwoliłem harfie wybrać pieśń i sam dobrze nie wiem, czy to harfa była Peiwohem, czy Peiwoh harfą. Ta opowieść wspaniale ilustruje tajemnicę zrozumienia sztuki. Arcydzieło jest jak symfonia zagrana na naszych najlepszych uczuciach. Prawdziwa sztuka jest Peiwohem, a my jesteśmy harfą z Lungmen. Pod czarodziejskim dotykiem piękna budzą się tajemne akordy naszego bytu; wibrujemy i drżymy, to nasza odpowiedź na ten zew. Umysł przemawia do umysłu. Słuchamy niewypowiedzianego, wpatrujemy się w niewidzialne. Mistrz wydobywa z nas dźwięki, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Dawno zapomniane wspomnienia wracają do nas pełne nowych znaczeń. Zdławione strachem nadzieje, pragnienia, których się wyparliśmy, stają przed nami w nowej chwale. Nasz umysł jest płótnem, na którym artyści kładą farbę; barwniki — to nasze uczucia, światłocień — blask radości, cień smutku. Arcydzieło jest częścią nas, jak i my jesteśmy częścią arcydzieła. Dla empatycznego połączenia umysłów, bez którego sztuki nie da się zrozumieć, konieczne są wzajemne ustępstwa. Obserwator musi wyrobić sobie właściwe podejście, aby odczytać przesłanie, zaś artysta musi wiedzieć, jak je przekazać. Mistrz ceremonii herbacianej i zarazem daimyō Kobori Enshū, pozostawił nam te godne zapamiętania słowa: „Do wielkiego malarstwa zbliżaj się jak do wielkiego księcia”. By zrozumieć arcydzieło, musisz nisko się przed nim skłonić i oczekiwać z zapartym tchem najmniejszego słowa z jego strony. Znany krytyk z epoki Song wyznał kiedyś rozbrajająco szczerze: „W młodości chwaliłem mistrza, którego obrazy mi się podobały, lecz kiedy mój osąd dojrzał, zacząłem chwalić siebie za to, że lubię to, co mistrzowie chcieli, bym lubił”. Należy jedynie żałować, że tak niewielu z nas rzeczywiście wkłada trud w zrozumienie nastrojów mistrzów. Tkwiąc uporczywie w niewiedzy, odmawiamy im tej prostej uprzejmości, i tym samym często wspaniała uczta dla oczu, rozpostarta przed nami, umyka nam. Mistrz zawsze ma coś do zaoferowania, a my chodzimy głodni jedynie z powodu własnego braku zrozumienia. Dla tego, kto je zrozumie, arcydzieło staje się żywą rzeczywistością, z którą połączy go przyjaźń. Mistrzowie są nieśmiertelni, bo ich miłości i lęki wciąż odżywają w nas. Przyciąga nas dusza, nie ręka, człowiek, nie technika — im bardziej ludzki jest zew dzieła, tym głębsza jest nasza odpowiedź. To dzięki tajemnemu zrozumieniu między nami a mistrzem możemy cieszyć się lub cierpieć z bohaterami, czytając poezję lub romans. Chikamatsu, nasz japoński Szekspir, za jedną z podstawowych zasad kompozycji dramatu uznawał stan, w którym autor traktuje odbiorcę jak powiernika. Kilku z jego uczniów dawało mu sztuki do przeczytania, jednak zaakceptował tylko jedną. Była to sztuka w pewien sposób podobna do Komedii omyłek, w której bracia bliźniacy cierpią, gdyż inni mylą ich tożsamość. „To — rzekł Chikamatsu — ma właściwego ducha dramatu, bo bierze pod uwagę publiczność. Pozwala widzom wiedzieć więcej niż bohaterowie. Wiedzą, gdzie leży omyłka, i współczują biednym postaciom na scenie, które bezwiednie pędzą na spotkanie z losem”. Wielcy mistrzowie i Wschodu, i Zachodu nigdy nie zapomnieli, jak cenną pomocą w dziele wtajemniczenia odbiorcy jest sugestia. Czy da się kontemplować arcydzieło i nie czuć respektu wobec ogromnej panoramy myśli danej nam pod rozwagę? Jak bliskie, jak życzliwe są takie dzieła; i przeciwnie — jak zimne te współczesne banały! W pierwszych widzimy ciepło płynące z ludzkiego serca, te drugie pozdrawiają nas sztywno. Człowiek współczesny skupia się na technice i rzadko kiedy umie wznieść się ponad swoje ja. Tak jak muzycy, którzy w swej próżności próbowali grać na harfie z Lungmen, śpiewa tylko dla siebie. Jego dzieła mogą być bliższe nauce, ale oddalają się od człowieczeństwa. Mamy w Japonii stare powiedzenie, które mówi, że kobieta nie może kochać mężczyzny naprawdę próżnego, bo w jego sercu nie ma żadnej szczeliny, którą mogłaby wypełnić miłość. W sztuce próżność — czy to artysty, czy publiczności — jest równie zabójcza dla empatii. Nic nie uświęca mocniej niż więź pokrewnych dusz w sztuce. W momencie spotkania miłośnik sztuki przekracza samego siebie. Jednocześnie jest i go nie ma. Przez ułamek sekundy widzi Nieskończoność, lecz słowa nie mogą wyrazić jego rozkoszy, gdyż oko nie ma języka. Jego wyzwolony z kajdan materii duch porusza się wraz z rytmem świata. W ten sposób sztuka staje się pokrewna religii i uszlachetnia ludzkość. To właśnie czyni arcydzieło czymś świętym. W dawnych dniach Japończycy traktowali prace wielkich artystów z ogromnym szacunkiem. Mistrzowie ceremonii herbacianej strzegli swych skarbów niczym świętych misteriów i by dotrzeć do samej świątyni — do jedwabiu, w którego miękkich fałdach leżało święte świętych — często trzeba było otworzyć kilka umieszczonych jedna w drugiej szkatułek. Taką świętość rzadko kiedy pokazywano, a i wtedy tylko wtajemniczonym. W czasach największego rozkwitu herbatyzmu zwycięskim generałom Hideyoshiego większą radość mogła sprawić nagroda w formie rzadkiego dzieła sztuki niż hojne nadanie ziemi. Osią fabularną wielu naszych ulubionych dramatów bywa historia utraty i odzyskania znanego arcydzieła. W pewnej sztuce na przykład, pałac pana Hosokawy, w którym przetrzymywany był znany obraz przedstawiający Darumę pędzla Sessona, nagle staje w płomieniach przez niedopatrzenie odpowiedzialnego zań samuraja. Zdecydowany za wszelką cenę ocalić cenny obraz, wbiega do płonącego budynku i chwyta kakemono, by chwilę później odkryć, że płomienie odcięły mu wszystkie drogi ucieczki. Myśląc tylko o obrazie, rozcina swe ciało mieczem, owija obraz w swój oddarty rękaw i chowa go w ranie. Gdy w końcu pożar zostaje ugaszony, wśród dymiących szczątków znaleziono na wpół spalone zwłoki, w którym spoczywa nienaruszony przez ogień skarb. Tego rodzaju makabryczne historie są świadectwem wartości przypisywanej dziełom sztuki, jak i oddania zaufanego samuraja. Musimy jednak pamiętać, że sztuka ma wartość tylko w tym sensie, w jakim do nas przemawia. Mogłaby być uniwersalnym językiem, gdyby i nasze uczucia były uniwersalne. Ograniczenia naszej natury, siła tradycji i konwencji, a także dziedziczne instynkty ograniczają naszą możność rozkoszowania się sztuką. Sama ludzka indywidualność poniekąd wyznacza granice zrozumienia; nasza estetyczna osobowość szuka własnego związku z dziełami przeszłości. To prawda, że — jeśli je doskonalić — nasze rozumienie sztuki wzrasta i potrafimy docenić wiele niedostrzeganych wcześniej przejawów piękna. Jednakże mimo to widzimy we wszechświecie tylko własne odbicie — nasza własna odrębność dyktuje nam sposób percepcji. Mistrzowie ceremonii herbacianej zbierali jedynie te przedmioty, które mieściły się w ich własnych kryteriach zrozumienia sztuki. To przywodzi na myśl pewną opowieść o Kobori Enshū. Uczniowie nie szczędzili mu pochwał, że tworząc swoją kolekcję dał dowody godnego podziwu smaku. — Każde z tych dzieł wywołuje w patrzącym nieodparty zachwyt. Świadczy to, że gust masz lepszy niż Rikyū, którego kolekcję mógł docenić tylko jeden na tysiąc oglądających — powiedzieli. Enshū ze smutkiem odrzekł: — To świadczy jedynie o mej pospolitości. Wielki Rikyū kochał jedynie te przedmioty, które podobały się jemu samemu, kiedy ja nieświadomie schlebiam gustom większości. Zaprawdę, Rikyū był jednym na tysiąc wśród mistrzów ceremonii herbacianej. Zasmucającym jest, że tak wiele z dzisiejszego pozornego entuzjazmu dla sztuki nie ma żadnego oparcia w prawdziwym jej odczuwaniu. W naszej demokratycznej epoce ludzie zlatują się do tego, co jest powszechnie uważane za najlepsze, niezależnie od własnych uczuć. Pragną rzeczy kosztownych, a nie wyszukanych; modnych, nie pięknych. Oglądanie pism ilustrowanych, produktu na miarę uprzemysłowionych mas, to lepsza pożywka dla ich artystycznych przeżyć niż włoski prymitywizm czy dzieła mistrzów ery Ashikaga, dla których podziw udają. Nazwisko artysty jest dla nich ważniejsze niż jakość dzieła. Już kilka wieków temu chiński krytyk narzekał, że „ludzie oceniają obrazy uchem”. To właśnie brak prawdziwego zrozumienia dla sztuki przyczynił się do tego, że gdzie nie spojrzeć, wita nas pseudoklasyczny kicz. Innym częstym błędem jest mylenie sztuki z archeologią. Szacunek dla antyków jest jedną z najlepszych cech ludzkiego charakteru i z chęcią praktykowalibyśmy go na jak najszerszą skalę. Starzy mistrzowie zasługują na szacunek, gdyż otworzyli drogę przyszłemu oświeceniu. Sam fakt, że przeszli przez tyle wieków krytyki i dotarli do nas wciąż okryci chwałą, zasługuje na respekt. Jednak bylibyśmy głupcami, ceniąc ich dzieła tylko ze względu na szacowny wiek. Mimo to pozwalamy sympatii dla historii zaburzać nasz osąd estetyczny. Wręczamy kwiaty uznania artystom, którzy leżą bezpiecznie w grobach. XIX wiek, brzemienny teorią ewolucji, jeszcze bardziej utwierdził w nas nawyk pomijania jednostki na rzecz gatunku. Kolekcjoner chętnie zdobywa okazy reprezentujące dany okres czy szkołę i zapomina, że pojedyncze arcydzieło może nauczyć nas więcej niż dowolna ilość przeciętnych wytworów swoich czasów czy środowiska. Za dużo klasyfikujemy, za mało się rozkoszujemy. Poświęcenie estetyki na rzecz tak zwanej naukowej metody wystawiania dla wielu muzeów okazało się zgubne. W żadnej ważnej sferze życia nie można lekceważyć wymagań sztuki współczesnej. Dzisiejsza sztuka jest czymś prawdziwie naszym: odbiciem nas samych. Potępiając ją, potępiamy siebie. Mówimy, że dzisiejsze czasy nie posiadają żadnej sztuki — kto za to odpowiada? Szkoda, że mimo wszystkich naszych pochwał dla starożytnych nie dostrzegamy naszych własnych możliwości. Walczący artyści, zmęczone dusze błąkające się w cieniu zimnej pogardy! Gdzie mają znaleźć natchnienie w tym egocentrycznym wieku? Przeszłość może spoglądać ze współczuciem na nędzę naszej cywilizacji; przyszłość będzie się śmiać z jałowości naszej sztuki. Niszczymy to, co piękne w życiu. Gdyby tylko jakiś wielki czarownik mógł wyrzeźbić z pnia społeczeństwa potężną harfę, której struny rozbrzmiałyby pod palcami geniusza… Rozdział 6 Kwiaty Czy nie mieliście czasem wrażenia, że gdy wśród drżącej szarości wiosennego świtu ptaki szepczą wśród drzew w tajemniczych kadencjach, rozmawiają z sobą o kwiatach? Ludzka fascynacja kwiatami musi być równie stara jak poezja miłosna. Co może lepiej zobrazować rozwój dziewiczej duszy niż kwiat, słodko nieświadomy, mówiący tylko zapachem? Człowiek pierwotny, wręczając swej dziewczynie pierwszą girlandę kwiatów, wyszedł poza zwierzęcość. Stał się człowiekiem, wznosząc się ponad najprostsze naturalne potrzeby. A dostrzegając subtelną użyteczność w bezużytecznym, wszedł do świata sztuki. W radości czy w smutku mamy w kwiatach wiernych przyjaciół. Jemy, pijemy, śpiewamy, tańczymy i flirtujemy w ich towarzystwie. Przy nich zawieramy małżeństwa, przy nich się chrzcimy. Nie odważylibyśmy się bez nich umierać. Religię łączymy z lilią, medytujemy na wzór lotosu, do boju ruszamy z różą i chryzantemą. Próbowaliśmy nawet porozumiewać się językiem kwiatów. Jak moglibyśmy żyć bez nich? Wizja świata pozbawionego obecności kwiatów przeraża. Jaką ulgę niosą kwiaty obłożnie choremu, jakim błogim światłem rozpraszają mrok w zmęczonych duszach! Ich spokojna łagodność przywraca nam topniejącą ufność we wszechświat w chwili, gdy pełne szczerości spojrzenie pięknego dziecka przypomina nam utracone nadzieje. A gdy obracamy się w proch, trwają w żałobie na naszych grobach. Jednak — choć to smutna konstatacja — nie da się ukryć, że mimo sympatii do kwiatów wciąż bliżej nam do zwierząt. Starczy drasnąć owczą skórę ogłady, a zaraz błysną spod niej zęby skrytego w nas wilka. Mówi się, że człowiek w wieku lat dziesięciu jest zwierzęciem, dwudziestu — szalonym, trzydziestu — porażką, czterdziestu — oszustem, a pięćdziesięciu — przestępcą. Być może staje się przestępcą, bo nigdy nie wyzbył się zwierzęcości. Nic nie jest dla nas bardziej realne niż głód, nic — świętsze niż nasze pragnienia. Na naszych oczach kolejne świątynie obracały się w proch, lecz jeden ołtarz przetrwał wszystko: ten, na którym palimy kadzidła najwyższemu bóstwu — nam samym. Nie ma boga nad naszego boga, a pieniądz jest jego prorokiem! Niszczymy naturę, aby złożyć mu ofiarę. Chełpimy się ujarzmieniem materii, nie chcąc pamiętać, że to ona jest naszym jarzmem. Iluż zbrodni dopuszcza się człowiek — w imię kultury i wyrafinowania! Powiedzcie, łagodne kwiaty, łzy gwiazd rosnące w ogrodzie, pozdrawiające roje pszczół, gdy śpiewają o rosie i słonecznym blasku, czy wiecie już, jak straszliwy los was czeka? Śnijcie dalej, kołyszcie się i bawcie, póki możecie, owiane delikatnym tchnieniem letniego wiatru. Jutro czyjaś bezwzględna ręka zaciśnie się na waszych gardłach. Zerwie was, okaleczy i zabierze daleko od waszych cichych domów. Zabójca może objawić się jako przechodząca piękność. Może zachwyci się waszym pięknem z palcami zbroczonymi waszą krwią. O kwiaty, czy to jest dobroć? Być może skazane będziecie tkwić we włosach istoty, która, o czym wiecie, jest bez serca, a może wtłoczą was w butonierkę mężczyzny, który nie śmiałby wam spojrzeć w oczy, gdybyście były ludźmi. A być może fatalny los przeznaczy wam wąską szklaną celę, w której przyjdzie wam zastałą wodą gasić szaleńcze pragnienie, zwiastujące rychłą śmierć. Kwiaty, jeśli żyjecie w krainie Mikado, być może spotkacie kiedyś przerażającą postać uzbrojoną w nożyczki i malutką piłę. Będzie to Mistrz Kwiatów. Rości sobie pretensje do bycia lekarzem, więc zapewne wzbudzi waszą instynktowną nienawiść, gdyż wiecie, że lekarz zawsze dąży do wydłużenia cierpień swych ofiar. Będzie przycinał, naginał i skręcał wasze ciała w najbardziej nieprawdopodobne pozy, by przyjęły kształt, jaki on uzna za właściwy. Rozciągnie wasze mięśnie i przemieści kości niby osteopata. Przypali rozżarzonym węglem, by powstrzymać krwawienie i wbije pręty, by wspomóc krążenie. Karmić was będzie solą, octem, ałunem, a nawet kwasem siarkowym. A gdy będziecie omdlewać, chluśnie wam na stopy wrzątkiem. I będzie widział powód do dumy w tym, że dzięki tym zabiegom potrafi wydłużyć waszą agonię o kilka tygodni! Czy nie wolałybyście raczej zginąć zaraz po tym, jak wpadłyście w ludzkie ręce? Jakież grzechy popełniłyście w swych poprzednich wcieleniach, aby zasłużyć na taką karę? Bezsensowne marnotrawstwo kwiatów w społecznościach zachodnich jest jeszcze bardziej porażające niż ich traktowanie przez wschodnich Mistrzów Kwiatów. Ilość kwiatów ścinanych codziennie tylko po to, by ozdobić sale balowe i stoły bankietów Europy i Ameryki i wyrzucić je następnego dnia, jest ogromna; splecione w girlandę mogłyby opasać kontynent. W obliczu tego całkowitego braku szacunku dla życia wina Mistrza Kwiatów traci na znaczeniu. On przynajmniej szanuje ekonomię natury, dokładnie wybiera swoje ofiary, a ich szczątki traktuje z czcią. Na Zachodzie kwietne dekoracje to tylko element celebracji bogactwa, ot, kaprys. Gdzie trafiają te wszystkie kwiaty, kiedy kończy się uczta? Trudno o widok smutniejszy niż przekwitły kwiat rzucony bezlitośnie na kupę nawozu. Czemu kwiaty rodzą się tak piękne, ale tak bezbronne? Owady mogą żądlić, a najpotulniejsze nawet zwierzę, osaczone, stanie do walki. Ptaki, których pióra wyrywa się dla przyozdobienia kapeluszy, mogą uciekać prześladowcy; zwierzęta, których futer człowiek pożąda, mogą się kryć. Niestety, jedynym kwiatem, który ma skrzydła, jest motyl; wszystkie inne są bezbronne wobec niszczyciela. Jeśli krzyczą w śmiertelnej agonii, ich głos nie dociera do naszych uodpornionych uszu. Jesteśmy wciąż okrutni dla tych, którzy nas kochają i służą nam w milczeniu; może jednak przyjdzie czas, że z powodu tej brutalności nasi najlepsi przyjaciele nas opuszczą. Czyż nie zauważyliście, że dzikie kwiaty są z roku na rok coraz rzadsze? Może ich mędrcy powiedzieli im, żeby odeszły do czasu, aż człowiek nie stanie się bardziej ludzki. Być może przeniosły się do nieba. Wiele dobrego można natomiast powiedzieć o hodowcach roślin. Człowiek od doniczki jest dużo bardziej humanitarny niż ten od nożyczek. Przyjemnie patrzeć, jak troszczy się o wodę i słońce, walczy z pasożytami, lęka przymrozków, niepokoi o zbyt wolno rosnące pąki, cieszy, gdy liście odzyskują blask. Na Wschodzie sztuka pielęgnacji kwiatów doniczkowych jest bardzo stara, a miłość poety do jego ulubionej rośliny często była tematem opowieści i pieśni. Wraz z rozwojem ceramiki za czasów dynastii Tang i Song powstawały ponoć wspaniałe naczynia służące hodowli roślin — nie donice, lecz zdobione klejnotami pałace. Każdy kwiat miał swego specjalnego opiekuna, by dbał o niego i oczyszczał liście miękkimi pędzlami z króliczego włosia. Pisano, że piwonię winna podlewać piękna panna w uroczystej szacie, natomiast zimową śliwę — blady, szczupły mnich. W Japonii jednym z najpopularniejszych tańców teatru nō jest hachinoki, skomponowany w okresie Ashikaga i opowiadający o zubożałym rycerzu, który nie mając drewna na opał, w mroźną noc ścina swe ukochane kwiaty, by ugościć wędrownego mnicha. Mnich okazuje się w istocie być nikim innym jak Hojo-Tokiyorim, Hārūnem ar-Rashīdem naszych opowieści, i poświęcenie rycerza nie pozostaje bez nagrody. Opera ta po dziś dzień niezawodnie wyciska łzy z oczu tokijskich słuchaczy. Dokładano wszelkich starań, by ochronić delikatne, kwitnące kwiaty. Cesarz Xuanzong z dynastii Tang wieszał na gałęziach w swoim ogrodzie małe złote dzwoneczki, aby odstraszyć ptaki. Ten sam cesarz na wiosnę przybywał do ogrodu z nadworną orkiestrą, by uradować kwiaty łagodną muzyką. W jednym z japońskich klasztorów (Sumadera w okolicy Kōbe) przetrwała po dziś dzień nietypowa tabliczka, której autorstwo tradycja przypisuje Yoshitsunemu, bohaterowi naszych „legend arturiańskich”. To wiadomość wywieszona dla ochrony pewnej wspaniałej śliwy, interesująca nas ze względu na jej ponury humor rodem z czasów wojen. Inskrypcję rozpoczyna opis piękna kwiatów w rozkwicie, a kończy groźba „Ktokolwiek zetnie choćby gałązkę tego drzewa, zapłaci za nią własnym palcem”. Gdyby tak można było dziś wprowadzić takie prawa przeciwko tym, którzy bezmyślnie niszczą kwiaty i dzieła sztuk! Można jednak podejrzewać, że nawet hodowla kwiatów w doniczkach podszyta jest egoizmem. Po co zabierać kwiaty z ich domów i kazać im kwitnąć w obcym otoczeniu? Czy to nie to samo, co kazać ptakom śpiewać i rozmnażać się w zamkniętych klatkach? Kto wie, czy orchidei nie dławi sztucznie stworzone ciepło waszych szklarni i czy nie czują beznadziejnej tęsknoty za własnym południowym niebem? Doskonały miłośnik kwiatów to ten, kto odwiedza je w ich naturalnych ostojach, jak Tao Yuanming (wszystko interesowało chińskich poetów i filozofów!), który siedział przed połamanym ogrodzeniem z bambusa i rozmawiał z dziką chryzantemą, lub Lin Hejing, zatracający się w tajemniczym zapachu, gdy błąkał się w półmroku wśród kwitnących śliwek nad Jeziorem Zachodnim. Mówi się, że Mu Wang spał na łodzi, aby jego sny mogły mieszać się ze snami lotosu. Natchniona tym samym duchem cesarzowa Kōken, jedna z najbardziej znanych władczyń okresu Nara, śpiewała: „Jeśli cię zerwę, o kwiecie, ma ręka cię obrazi! Poświęcam ciebie, rosnącego wśród łąk, buddom przeszłości, teraźniejszości, przyszłości”. Nie bądźmy jednak zbyt sentymentalni. Bądźmy za to mniej oddani rozkoszom, a przez to wspanialsi. Laozi powiedział: „Niebo i ziemia są bezlitosne”. Kōbō-Daishi rzekł: Płyń, płyń, płyń, płyń, nurt życia wiedzie wciąż naprzód. Giń, giń, giń, giń, śmierć przychodzi po wszystkich. Gdzie nie spojrzeć — zniszczenie. Zniszczenie w górze i w dole, przed nami i za nami. Zmiana jest jedyną Wiecznością — czemu nie witać Śmierci tak jak Życia? Dopełniają się nawzajem, są Nocą i Dniem Brahmy. W rozpadzie tego, co stare kryje się możliwość odrodzenia. Czciliśmy Śmierć, wytrwałą boginię litości, pod wieloma różnymi imionami. Jest cieniem Tego, Co Wszystko Pożera, którego w ogniu czcili gheburowie. Jest lodowato surową czystością duszy miecza, której po dziś dzień japoński shintoizm składa pokłon. Mistyczny ogień spala naszą słabość, święty miecz przecina okowy pragnień. Z naszych popiołów wstaje feniks niebiańskiej nadziei, z naszej wolności — wyższe wcielenie człowieczeństwa. Czemu nie niszczyć kwiatów, jeśli w ten sposób możemy rozwijać nowe formy uszlachetniające ideę świata? Prosimy je tylko, by przyłączyły się do nas w naszej ofierze dla piękna. Pokutę odprawimy, poświęcając się czystości i prostocie — rozumowali mistrzowie ceremonii herbacianej, tworząc kult kwiatów. Każdy obeznany ze zwyczajami naszych mistrzów herbaty i kwiatów musiał dostrzec religijną cześć, z jaką odnosili się do tych ostatnich. Nie zrywali czegokolwiek, ale ostrożnie dobierali każdą gałązkę z myślą o zaplanowanej kompozycji artystycznej. Ścinając więcej niż to absolutnie konieczne okryliby się wstydem. Przy okazji zwróćmy uwagę, że starali się w miarę możliwości, by kwiatom towarzyszyły liście, gdyż ich celem było przedstawienie pełnego piękna rośliny. Pod tym względem — między innymi — ich postępowanie różni się od przyjętego na Zachodzie, gdzie możemy zobaczyć tylko ukwiecone łodyżki niby pozbawione ciał głowy bezładnie stłoczone w wazonie. Kiedy mistrz ceremonii herbacianej stworzy bukiet, który go zadowoli, umieszcza go na tokonomie, honorowym miejscu w japońskim pomieszczeniu. Obok nie postawi niczego, nawet obrazu, gdyż mogłoby to zepsuć efekt — chyba że istnieje jakiś konkretny estetyczny powód takiego połączenia. Kwiat spoczywa tam jak książę na tronie, a goście lub uczniowie, nim zwrócą się do gospodarza, składają mu hołd głębokim ukłonem. Takie arcydzieła uwiecznia się na ilustracjach i wydaje jako wzorzec dla amatorów. Literatura dotycząca tej dziedziny jest obszerna. Gdy kwiat więdnie, mistrz delikatnie puszcza go z biegiem rzeki lub ostrożnie zakopuje w ziemi. Czasem buduje się pomniki ku pamięci kwiatów. Zdaje się, że sztuka układania kwiatów zrodziła się wraz z herbatyzmem w XV wieku. Nasze legendy palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie przypisują wczesnym buddyjskim świętym, którzy gromadzili kwiaty złamane przez burzę i w swym bezgranicznym współczuciu dla wszystkiego, co żywe, umieszczali je w naczyniach z wodą. Mówi się, że Sōami, wielki malarz i koneser z dworu Yoshimasy Ashikaga, był jednym z pierwszych adeptów tej sztuki. Jednym z jego uczniów był Jukō, mistrz ceremonii herbacianej, a innym Sen'nō, założyciel rodu Ikenobō, rodziny zapisanej w kronikach kwiaciarskich nie mniej znakomicie niż ród Kanō w malarstwie. Gdy w drugiej połowie XVI w. pod wpływem Rikyū ceremoniał herbaciany osiągnął szczyt doskonałości, w pełni rozkwitła też sztuka kwiaciarska. Rikyū i jego następcy, znani: Oda Uraku, Furuta Oribe, Kōetsu, Kobori Enshū czy Sadamasa Katagiri, prześcigali się nawzajem w tworzeniu nowych kombinacji. Musimy jednak pamiętać, że wyznawany przez mistrzów ceremonii herbacianej kult kwiatów był tylko częścią ich estetycznego rytuału, a nie odrębną religią. Jak wszystkie inne dzieła sztuki w pawilonie, kompozycja kwiatowa była podrzędna wobec ogólnych założeń dekoracyjnych. Dlatego też Sadamasa zarządził, że gdy w ogrodzie leży śnieg, nie wolno używać białego kwiecia śliwy. Kompozycja wykonana przez mistrza ceremonii herbacianej straci swoje znaczenie, jeśli usunie się ją z miejsca, w którym w zamyśle miała spoczywać, gdyż jej linie i proporcje są dopasowane do konkretnego otoczenia. Kult kwiatu samego w sobie pojawił się w połowie XVII wieku, kiedy wykształciła się też funkcja Mistrza Kwiatów. Staje się odtąd niezależna od herbacianego pawilonu i nie zna żadnych praw prócz tych, które narzuca jej waza. Możliwe stają się nowe koncepcje i metody wykonania, dzięki czemu powstało wiele zasad i sztuk. W połowie minionego wieku pewien pisarz powiedział, że mógłby wyliczyć ponad sto różnych szkół układania kwiatów. Ogólnie rzecz biorąc, dzielą się one na dwie główne odnogi — formalistyczną i naturalistyczną. Szkoły formalistyczne, pod przywództwem rodu Ikenobō, dążyły do klasycznego idealizmu, pokrewnego z naukami uczonych z Kanō. O kompozycjach wczesnych mistrzów tej szkoły mamy zapiski niemal tak dokładne, jak reprodukcje obrazów Sansetsu i Tsunenobu. Szkoła naturalistyczna natomiast uznawała za swój wzorzec naturę i narzucała tylko zmiany kształtu prowadzące do uzyskania spójności artystycznej. W jej pracach widać zatem te same impulsy, z których wyrosły szkoły malarstwa shijō i ukiyo-e. Ciekawie byłoby móc zagłębić się bardziej niż to teraz możliwe w ustanowione przez różnych mistrzów kwiatów tego okresu prawa kompozycji i detale ilustrujące podstawowe teorie, którymi rządziły się dekoracje z epoki Edo. Odnoszą się one do zasady nadrzędnej (niebo), zasady podrzędnej (ziemia) i zasady pojednania (człowiek), a kompozycję niezawierającą tych trzech zasad uznawano za jałową i martwą. Wielką wagę przykładano też do przedstawienia kwiatu w jego trzech aspektach — formalnym, półformalnym i nieformalnym. Rzec można, że pierwszy przedstawia kwiaty w wystawnej sukni balowej, drugi w swobodnie eleganckiej sukni popołudniowej, a trzeci — w czarującym negliżu sypialni. Nasze sympatie skłaniają nas raczej ku aranżacjom kwiatowym mistrzów ceremonii herbacianej niż tym wykonanym przez mistrzów kwiatów. Ta pierwsza jest sztuką we właściwej jej oprawie i przemawia do nas ze względu na swoją prawdziwą więź z życiem. Moglibyśmy nazwać tę szkołę naturalną, w przeciwieństwie do naturalistycznej i formalistycznej. Mistrz ceremonii herbacianej uważa, że do niego należy tylko dobór kwiatów, i pozwala, by same opowiedziały swą historię. Wchodząc do herbacianego pawilonu późną zimą, można dostrzec smukłą gałązkę dzikiej wiśni obok stulonej kamelii; są one echem kończącej się pory roku współbrzmiącym z przepowiednią wiosny. A znów, gdy przyjdziemy na herbatę w południe wyjątkowo gorącego dnia, znajdziemy może w chłodnym półmroku tokonomy wiszącą wazę z pojedynczą lilią; ociekając rosą, zdaje się śmiać z absurdów życia. Solowy występ kwiatów jest interesujący, lecz ich wspólny koncert z obrazem i rzeźbą olśniewa. Pewnego razu Sekishū umieścił kilka roślin wodnych w płaskim naczyniu, sugerując roślinność jezior i mokradeł, a na ścianie powyżej zawiesił obraz pędzla Sōamiego przedstawiający dzikie kaczki lecące w powietrzu. Shōha, inny mistrz ceremonii herbacianej, złączył wiersz o pięknie samotności na morskim brzegu z kadzielnicą z brązu w kształcie rybackiej chatki i kilkoma dzikimi kwiatami rosnącymi na plaży. Jeden z gości zapisał, że poczuł w całej kompozycji oddech przemijającej jesieni. Historie o kwiatach można by mnożyć w nieskończoność. Zwróćmy jednak uwagę na jeszcze jedną. W XVI wieku powój był u nas jeszcze rzadką rośliną. Rikyū obsiał nim cały ogród, który pielęgnował troskliwe i sumiennie. Sława jego powojów dotarła do uszu Taikō, który wyraził chęć ich ujrzenia. Rikyū zaprosił go zatem na poranną herbatę do swego domu. W umówionym dniu Taikō przeszedł przez ogród, lecz nigdzie nie spostrzegł ani śladu powoju. Ziemia była wyrównana i przysypana drobnymi kamyczkami i piaskiem. Rozgniewany despota wszedł do pawilonu, gdzie czekał na niego widok, który całkowicie przywrócił mu dobry humor. Na tokonomie, w szlachetnym naczyniu z brązu z epoki Sung, spoczywał pojedynczy powój — król całego ogrodu! W takich momentach widzimy pełne znaczenie ofiary kwiatów. Być może i one doceniają jej pełne znaczenie. Nie są tchórzliwe jak ludzie. Niektóre chlubią się swą śmiercią — na pewno jest tak w przypadku kwiatu japońskiej wiśni, który z własnej woli poddaje się wiatrom. Ktokolwiek stał twarzą w twarz z pachnącą lawiną w Yoshino lub Arashiyamie, musiał zdać sobie z tego sprawę. Na chwilę zawisają w powietrzu jak utkane klejnotami chmury i tańczą nad kryształowymi strumykami, po czym, płynąc w dal po roześmianych wodach, zdają się mówić: „Żegnaj, o Wiosno! Wyruszamy ku wieczności”. Rozdział 7 Mistrzowie ceremonii herbacianej W religii przyszłe jest za nami. W sztuce teraźniejsze jest wieczne. Mistrzowie herbaty uważali, że prawdziwy podziw dla sztuki żywić umieją tylko ci, którzy uczynią ją integralną częścią życia. Starali się zatem poddać rytm życia codziennego temu wzniosłemu wyrafinowaniu, jakie osiągnąć można w pawilonie herbacianym. Niezależnie od okoliczności należy zachować spokój umysłu, a wszystkie konwersacje winno się prowadzić tak, by nie naruszać harmonii otoczenia. Krój i kolor stroju, postawa, sposób chodzenia — wszystko mogło być przejawem osobowości artystycznej. Tych spraw nie można ignorować, gdyż póki człowiek nie stanie się pięknym, nie ma prawa zbliżać się do piękna. Dlatego mistrz ceremonii herbacianej starał się być czymś więcej niż artystą — być samą sztuką. To było zen estetyzmu. Doskonałość jest wszędzie, trzeba tylko chcieć ją dostrzec. Rikyū uwielbiał cytować następujący stary wiersz: Tym, co do kwiatów tęsknią, pokazać chcę rozkwit wiosny zamknięty w sieci pączków pod śniegiem, na wzgórzach. Wkład mistrzów herbaty w sztukę przejawiał się rozmaicie. Zrewolucjonizowali całkowicie klasyczną architekturę i dekorację wnętrz i ustanowili nowy styl, który opisaliśmy w rozdziale Pawilon herbaciany — styl, który wpłynął nawet na pałace i klasztory budowane od XVI wieku. Wszechstronny Kobori Enshū zostawił po sobie godne uwagi przykłady swego geniuszu w willi cesarskiej Katsura, w zamkach w Nagoya i Nijō i w świątyni Kohō-an. Wszystkie znane ogrody Japonii były tworzone przez mistrzów ceremonii herbacianej. Nasza ceramika prawdopodobnie nigdy nie osiągnęłaby swej dzisiejszej jakości, gdyby nie użyczyli jej swego natchnienia, gdyż to wyrób ceramiki używanej w ceremoniach herbacianych wprowadził twórców ceramiki na wyżyny kunsztu. Wszyscy badacze ceramiki japońskiej słyszeli o Siedmiu Piecach Enshū. Wiele naszych tkanin nosi imiona mistrzów ceremonii herbacianej, którzy projektowali ich kolory lub wzór. Niepodobna znaleźć dziedzinę sztuki, na której mistrzowie herbaty nie odcisnęli piętna swego geniuszu. O ich ogromnym wpływie na malarstwo i wyroby z laki nie trzeba nawet wspominać. Jedna z największych szkół malarskich zawdzięcza swe istnienie mistrzowi imieniem Hon'ami Kōetsu, słynącemu również jako twórca wyrobów z laki i ceramiki. Jego prace nieomalże spychają w cień wybitne dzieła jego wnuka Kōho, a także siostrzeńców, Kōrina i Kenzana. Cała szkoła Kōrin, jak jest zazwyczaj nazywana, to odzwierciedlenie herbatyzmu. W jej szerokich liniach widać żywotność samej natury. Chociaż wpływ mistrzów ceremonii herbacianej na sztukę był wielki, blednie on wobec ich wpływu na nasz sposób życia. Ich duch obecny jest nie tylko w wyrafinowanych obyczajach elity, ale i w każdym szczególe naszej codzienności. Zawdzięczamy im wiele naszych wspaniałych dań, jak również nasz sposób podawania jedzenia. Nauczyli nas ubierać się w stroje o stonowanych kolorach. Dali wskazówki, jak się odnosić do kwiatów. Położyli nacisk na naszą naturalną miłość do prostoty i pokazali nam piękno pokory. Dzięki ich naukom społeczeństwo rzeczywiście doceniło walory herbaty. Kto nie odkrył tajemnicy właściwej żeglugi po wzburzonym morzu błahych trosk, które nazywamy życiem, żyje w rozpaczy, na próżno udając radość i zadowolenie. Chwiejemy się, próbując utrzymać równowagę moralną, a w każdej chmurze na horyzoncie widzimy zapowiedź burzy. A jednak jest radość i piękno w skłębionych bałwanach płynących ku nieskończoności. Czemu by nie wczuć się w ich ducha lub, jak Laozi, dosiąść samego huraganu? Tylko ten, który pięknie żył, może pięknie umrzeć. Ostatnie chwile wielkich mistrzów ceremonii herbacianych przepełniała ta sama doskonała szlachetność, co ich życie. Zawsze starali się być w harmonii z rytmem wszechrzeczy, gotowi w każdej chwili wkroczyć w nieznane. „Ostatnia herbata Rikyū” pozostanie na wieki najwyższym wyrazem tragicznej wielkości. Długo trwała przyjaźń między Rikyū i Taikō Hideyoshi i wielki był szacunek, jakim wojownik darzył mistrza ceremonii herbacianej. Jednak przyjaźń despoty zawsze jest niebezpiecznym zaszczytem. Była to epoka pełna zdrad i ludzie nie ufali nawet swej najbliższej rodzinie. Rikyū nie był służalczym dworzaninem i często miał czelność nie zgadzać się ze swym gwałtownym mecenasem. Wrogowie mistrza Rikyū, wykorzystując trwające już od pewnego czasu ochłodzenie przyjaźni między nim a Taikō, oskarżyli go o udział w spisku zmierzającym do otrucia despoty. Hideyoshiemu podszeptywano, że śmiertelna trucizna ma być mu podana w filiżance zielonego napoju, który przyrządzi mistrz ceremonii herbacianej. Samo podejrzenie wystarczyło, by Hideyoshi zarządził natychmiastową egzekucję. Próżno było apelować do rozgniewanego władcy, aby zmienił swą wolę. Skazanemu przyznano tylko jeden przywilej — honorowego samobójstwa. W wyznaczonym dniu Rikyū zaprosił najlepszych uczniów na ostatnią ceremonię herbacianą. Zasmuceni goście stawili się w altanie o umówionej porze. Kiedy spojrzeli na ścieżkę, wydało im się, że drzewa drżą, a w ich szumie słychać szept bezdomnych duchów. Kamienne latarnie stoją niczym poważni strażnicy przed bramą Hadesu. Woń cennego kadzidła płynie falą z pawilonu — wzywa ich, zaprasza do środka. Jeden po drugim wchodzą i zajmują swoje miejsca. W tokonomie wisi kakemono — piękny kaligraficzny zwój pióra starożytnego mnicha, który mówi o przemijaniu wszystkiego, co ziemskie. Kociołek śpiewa na palenisku niczym cykada, która wylewa swój żal za odchodzącym latem. Wkrótce do pokoju wkracza gospodarz. Każdemu kolejno podano herbatę i każdy w ciszy opróżnia swoją filiżankę; gospodarz na końcu. W myśl zasad etykiety najszacowniejszy gość prosi o pozwolenie na obejrzenie przyborów do herbaty. Rikyū rozkłada przed nimi różne przedmioty, wraz z kakemono. Kiedy wszyscy wyrazili już swój podziw dla ich piękna, Rikyū daje każdemu z nich po jednym na pamiątkę. Zachowa jedynie czarkę. „Niech nigdy już nikomu nie posłuży ta czarka splamiona ustami nieszczęścia”, mówi, po czym rozbija naczynie. Ceremonia dobiega końca; goście, z trudem powstrzymując łzy, żegnają się po raz ostatni i opuszczają pokój. Tylko jeden, najbliższy i najdroższy, ma pozostać i być świadkiem końca. Wtedy Rikyū zdejmuje swój strój do herbaty, składa go ostrożnie na macie, ukazując nieskazitelnie białą śmiertelną szatę, którą pod nim skrywał. Patrzy łagodnie na lśniące ostrze zabójczego sztyletu i przemawia do niego: Bądź pozdrowiony, O mieczu wieczności! Poprzez Buddę, A także poprzez Darumę Utorowałeś swą drogę. Z uśmiechem na twarzy Rikyū wkroczył w nieznane. Posłowie Będziemy śpiewać o wielkich tłumach nakręconych pracą; bunt miażdżący hipermarkety; będziemy cieszyć się pieczeniem chleba; polifonicznym ślizgiem muzycznej rewolucji będzie dźwięk naszych ukulele: wibrujący nokturn robaków w naszym nawozie; nasze duchy zawieszone wśród chmur, krążących wokół nici herbacianej torebki w kubeczku; i szybującego lotu twórczej myśli, której śmigło brzmi jak dźwięki entuzjastów pijących herbatę. Ideą, która przyświecała mi w przeprowadzeniu tego tłumaczenia, jest uwolnienie polskiego tłumaczenia Księgi herbaty spod restrykcyjnego prawa autorskiego i umożliwienie swobodnego rozprzestrzenieniu się idei herbatyzmu. Autor tego tekstu zmarł w 1913 r. i prawo do rozpowszechniania treści w języku angielskim jest dostępne dla każdego. W Polsce prawo wydawnictwa do tłumaczenia Marii Kwiecińskiej (Warszawa, PIW 1986) wygaśnie zapewne w 2065 r. Dlatego postanowiłem przetłumaczyć tekst na nowo, ujednolicić nazewnictwo chińskie i japońskie oraz dodać komentarze. Tłumaczenie to nie powstałoby, gdyby w Czeskim Cieszynie (czes. Českým Těšínie) nie było herbaciarni Ganéšy. Założyła ją tam nauczycielka jogi z polskiego Uniwersytetu Śląskiego — Jana Kochová. Urzekł mnie ten styl bycia. Sporo również zawdzięczam prowadzeniu herbaciarni podczas konwentu fanów japońskich komiksów i filmów Asuconów; jak również i normalnie działających: od cieszyńskiej Lai, ostrawskich: Čajovna u Sýkorova Mostu (herbaciarnia przy moście Sikory), Čajovna Šambala i čajovna Na Větrném kopci; przez bielsko-bialski Assam, ludzi z katowickiej filii bytomskiej Fanaberii, chorzowski Pai Mu Tan, do kazimierskiej U Dziwisza (jej jeszcze nie odwiedziłem) i krakowskiej Dobrej Czajowni — (byłej filii czeskocieszyńskiej Dobrá’ej Čajovny) oraz ostatnio kluboczajowni Teoria. Pomogło mi w przygotowaniu tej małej Księgi mnóstwo osób: tłumacz Konrad Tlatlik (Mortus) oraz zespół redakcyjny: Anna Askaldowicz, Anna Włodarczyk (jap. 清心茶, www.morzeherbaty.pl), Wojciech Wilk, Katarzyna Tendera, Ewa Cetnar (Akaszik) i Joanna Zgadzaj (Morianka) oraz Aleksandrze Sekule i Aleksandrowi Skrzekutowi z Wolnych Lektur. Dziękuję im oraz wszystkim innym, którzy pomagali w tym projekcie. Maciej Psych Smykowski 2026 ----- Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, dostępna jest na stronie wolnelektury.pl. Wersja lektury w opracowaniu merytorycznym i krytycznym (przypisy i motywy) dostępna jest na stronie https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ksiega-herbaty/. Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod warunkiem zachowania warunków licencji i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór jest udostępniony na licencji CC BY-SA 3.0: https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/deed.pl Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3: https://artlibre.org/licence/lal/pl/ Fundacja Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.99(2) Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystując zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licencji oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur: https://wolnelektury.pl/info/zasady-wykorzystania/ Zapoznaj się z nimi, zanim udostępnisz dalej nasze książki. Tekst opracowany na podstawie: Kakuzō Okakura, Księga herbaty, tłum. Konrad Tlatlik [Mortus], wyd. Fundacja Piaskowy Smok, Katowice-Gliwice, 2009-2012. Wydawca: Fundacja Wolne Lektury Publikacja zrealizowana w ramach biblioteki Wolne Lektury (www.wolnelektury.pl). Opracowanie redakcyjne i przypisy: Aleksandra Sekuła, Aleksander Skrzekut, Maciej Smykowski. ISBN-978-83-288-8131-0