<?xml version="1.0"?>
<FictionBook xmlns="http://www.gribuser.ru/xml/fictionbook/2.0" xmlns:wl="http://wolnelektury.pl/functions" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:l="http://www.w3.org/1999/xlink">
  <description xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
    <title-info>
      <genre>literature</genre>
      <author>
        <first-name>Anne</first-name>
        <last-name>Finch</last-name>
      </author>
      <book-title>Splin</book-title>
      <lang>pol</lang>
    </title-info>
    <document-info>
      <author>
        <first-name>Aleksandra</first-name>
        <last-name>Sekuła</last-name>
      </author>
      <author>
        <first-name>Monika</first-name>
        <last-name>Sałach</last-name>
      </author>
      <program-used>book2fb2</program-used>
      <date>2026-08-12</date>
      <id>https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/finch-splin/</id>
      <version>0</version>
    </document-info>
    <publish-info>
      <publisher>Fundacja Wolne Lektury</publisher>
    </publish-info>
  </description>
  <body>
    <title>
      <p>Anne Finch</p>
      <p>Splin</p>
      <p>Wiersz pindaryczny</p>
      <p>tłum. Piotr Marcinków</p>
    </title>
    <epigraph>
      <p>
					Utwór opracowany został w ramach projektu
						<a l:href="https://wolnelektury.pl/">Wolne Lektury</a>
					przez <a l:href="https://fundacja.wolnelektury.pl/">fundację
						Wolne Lektury</a>.
				</p>
    </epigraph>
    <section>
      <poem>
        <stanza>
          <v>Czym jesteś, Splinie, skoro kształt swój stale zmieniasz?</v>
          <v>Tyś Proteuszem ludzkości cierpiącej,</v>
          <v>Która przyczyny twej szuka bez końca</v>
          <v>I na próżno próbuje przejrzeć przez twoje złudzenia.</v>
          <v>Coraz to nową przybierasz znów formę:</v>
          <v>Teraz spokojny niby Morze Martwe,</v>
          <v>Ledwie mącone głuchym szumem zmartwień,</v>
          <v>Nagle zrywasz się wściekle, targasz w najgorszym ze sztormów.</v>
          <v>Czasami przyjdziesz drżący jak osika,</v>
          <v>By wtem wybuchnąć trwogą i paniką;</v>
          <v>Nocą pełzną twe cienie, nad śpiącym się zbiorą,</v>
          <v>Łóżko ciche otoczą posępnych zmór sforą</v>
          <v>I sny złowróżbne będą sączyć w głowę smutkiem chorą;</v>
          <v>Lub północ bije, a mimo to człowiek</v>
          <v>Zmrużyć nie może ciężkich, zmęczonych dniem powiek,</v>
          <v>A gdzie nie spojrzy, zwid na każdym kroku:</v>
          <v>Tu zjaw dziwacznych tańczy całe grono,</v>
          <v>Głowy ostre jak szpice rosną, dziwnym ogniem płoną,</v>
          <v>I duchy rodzą się z mroku.</v>
          <v>Podobne wizje szalały w godzinę,</v>
          <v>Kiedy Brutus (z krwią mrozem ściętą na dźwięk głosu,</v>
          <v>Z sercem zdjętym troską o Rzymu przyszłe losy,</v>
          <v>Zanim do bitwy ostatniej wyruszy,</v>
          <v>Zanim senat pokłoni się przed Oktawiuszem)</v>
          <v>Przegrał, padł rażony Splinem.</v>
        </stanza>
        <stanza>
          <v>Niesłusznie winą obarczamy ciało,</v>
          <v>Tę formę naszą ciężką i nietrwałą,</v>
          <v>Która — zanim grzech w swoim martwym plonie</v>
          <v>Ciebie, ponury gościu, wpuścił do niej —</v>
          <v>Z duszą złączona zgodą względem siebie,</v>
          <v>Nie więziła swej siostry, co w lotu potrzebie</v>
          <v>Przemierzała przestrzenie swego domu w niebie.</v>
          <v>Nigdy też, kiedy w niebie własnym mieszkał,</v>
          <v>Gdy Człowiek w rajskim panował Ogrodzie,</v>
          <v>Ziemi dobrej i płodnej, gdzieś na wonnym Wschodzie,</v>
          <v>Gdy wszystek zapach czuł na swoich ścieżkach,</v>
          <v>Zbrojne słodycze, nim stałeś się królem,</v>
          <v>Nie tumaniły zmysłów ani twarzy</v>
          <v>Przykrym rumieńcem nie mogły obdarzyć.</v>
          <v>Teraz żonkil nam rani umysły zbyt czułe;</v>
          <v>Mdlejąc, padamy pod aromatycznym bólem,</v>
          <v>Aż jakiś zapach ciężki twą srogość oswoi</v>
          <v>I rozkosz odpuścimy dla krótkiej chwili spokoju.</v>
        </stanza>
        <stanza>
          <v>W każdym, kto się pod władzę twą dostanie,</v>
          <v>Inne wybierasz gesty i przebranie:</v>
          <v>Tu w zagajniku przyjaciel troskliwy</v>
          <v>Wysłuchać musi twych porad fałszywych,</v>
          <v>Zmyślonych żali, westchnień i smutków zawile</v>
          <v>Wyszeptywanych z błyskiem twej łzy krokodylej;</v>
          <v>W pospolitym zaś tłumie na ulicy</v>
          <v>Słychać, jak głośni twoi niewolnicy</v>
          <v>Nagłym śmiechu wybuchem zdradzają twe panowanie.</v>
          <v>Twoje miazmaty dręczą też zaborczą żonę,</v>
          <v>Wznosząc się z pasji gorących kłębami</v>
          <v>Do mózgu nazbyt chłonnego, by potem</v>
          <v>Ciało opuścić i spłynąć z powrotem</v>
          <v>Z oczu zamglonych i wilgotnych łzami</v>
          <v>Wprost na serce jej męża już zmiękczone,</v>
          <v>I w środku kłótni mąż musi się skłonić</v>
          <v>Ku jakiemuś ustępstwu, zawieszeniu broni;</v>
          <v>Aż Pan i władca, co ma wszędzie bez wyjątku</v>
          <v>Rządzić, ogłosi pokój i tryumf rozsądku,</v>
          <v>A żona, Splinem zbrojna, przywoła się do porządku.</v>
          <v>Głupiec, chcąc pokryć intelektu braki,</v>
          <v>Zmyśla, że znosić musi twe ataki —</v>
          <v>Choć z przyrodzenia ciemny, raczej woli</v>
          <v>Przypisać winę twej nad nim kontroli;</v>
          <v>Bo bywa i tak, że do tego dążysz,</v>
          <v>By umysł nawet najtęższy pogrążyć:</v>
          <v>Czasami człowiek o myśli jak kruszec</v>
          <v>Nie wytrzymuje — im głupota śmielej</v>
          <v>Króluje, choć on światu dał z siebie tak wiele,</v>
          <v>Tym bardziej chciałby skryć się, w twoich cieniach zapaść, uciec.</v>
          <v>I mnie także, niestety, tak często zwyciężasz:</v>
          <v>Czuję twoją moc, kiedy szarpię się w twych więzach;</v>
          <v>Czuję mojego rytmu rozpad, wiersze leżą w strzępach.</v>
          <v>Cokolwiek widzę, widzę poprzez bielmo czarne,</v>
          <v>I wszystko jak ty jest mroczne, koszmarne,</v>
          <v>Me wiersze wyśmiewane, trud mój wskutek złości</v>
          <v>Zwany pustym głupstwem lub szczytem bezczelności:</v>
          <v>Kiedy kroczę Muz pięknymi ścieżkami,</v>
          <v>Kiedy w gajach sekretnych, przy tajnych krynicach</v>
          <v>Pragnę tropić niezwykłe, odnaleźć, przemycać,</v>
          <v>Unikając dróg prostych, znanych i zdeptanych;</v>
          <v>Nie mojej dłoni naiwnie powtórzyć</v>
          <v>W zgasłych jedwabiach jedyny cud róży,</v>
          <v>Ani kolor dać śmiesznym ptakom w marnym szkicu,</v>
          <v>Na szkle malować władcy niewyraźne lico,</v>
          <v>Anioła z mieczem, ani mówiącą oślicę.
</v>
        </stanza>
        <stanza>
          <v>Wszelakiej krzywdy jawnej możesz być patronem,</v>
          <v>Fałszywą męża wymówką, gdy żonę</v>
          <v>Znów odtrąca i ciszę narzuca grobową,</v>
          <v>A dla przyjaciół zaraz uśmiech ma i dobre słowo.</v>
          <v>Siłę twą zdradza syn Bachusa, który</v>
          <v>Nie może nigdy odpuścić kielicha,</v>
          <v>Choć niby tylko troski twe odpycha,</v>
          <v>Szczęścia godzinę kradnie z szeregu ponurych</v>
          <v>I królestwo twe topi w strumieniach purpury.</v>
          <v>Gdy kokietka, o której każdy głupiec śni w nocy,</v>
          <v>W swej niestałości pozna kartę silną,</v>
          <v>Maski wnet umie wymieniać dowolnie:</v>
          <v>Z psotnej przed chwilą, próżnej i frywolnej</v>
          <v>Staje się nagle cichą i melancholijną,</v>
          <v>Stosy błędnych, gorących iskier sypią jej oczy,</v>
          <v>Jej postura niedbała, odchylona głowa,</v>
          <v>Twarz zamyślona i opanowana,</v>
          <v>Znaczą, że smutek wielki w głębi duszy chowa,</v>
          <v>Fircyk zaś widzi jasny sygnał do działania,</v>
          <v>Więc powód badać pocznie pan grzeczny i uroczy;</v>
          <v>Powodem jest, w istocie, ciężki brak rozumu,</v>
          <v>Choć Splin wskażą, nie widząc w nim znoszonego kostiumu.</v>
          <v>Lecz to nic więcej niż tanie spektakle</v>
          <v>W gorzkim teatrze i jarmarczne sztuczki,</v>
          <v>Które powstały z myślą o maluczkich;</v>
          <v>Prawdziwą zgubę niosą skutki potężniejszych zaklęć.</v>
          <v>Przez ciebie Wiara, która winna przecież</v>
          <v>Wszem ludziom przynieść światło na tym świecie,</v>
          <v>Tonie w ciemności, zmącona do szczętu</v>
          <v>Trwogą, strachem przed karą, sumieniem zawziętym</v>
          <v>I kolejnym zakazem wypaczonym z tekstów świętych.</v>
          <v>Nie kosztuj, nie dotykaj — to obrazoburcze</v>
          <v>Słowa, które wmawiasz nam przeciwko szczodremu Stwórcy.</v>
          <v>Zwiodłeś ich swym fałszem, przez ciebie oniemieli,</v>
          <v>Wygnani na pustynię lub do ciemnej celi,</v>
          <v>Złudzeni świątobliwi — chociaż większym zgoła</v>
          <v>Trudom na chwałę Bożą mogliby podołać,</v>
          <v>Twoimi są sługami, Splinie, i twego kościoła.</v>
          <v>Na nic nam nauk i sztuk szeroki dorobek,</v>
          <v>Na nic nam leki i wszelkie sposoby,</v>
          <v>Na nic nam z liści indyjskich napary</v>
          <v>Lub ze zmielonych, ciemnych Wschodu ziaren,</v>
          <v>I zrozpaczonym na nic ciężkich win pełne puchary.</v>
          <v>Na nic harmonia, bo choćby bez końca</v>
          <v>Dźwięk fletu chłonąć lub struny potrącać,</v>
          <v>Harmonia nigdy nie odniesie skutku;</v>
          <v>Tęskna melodia tylko złagodzi cię w smutku,</v>
          <v>A ton radosny porwie w ekstazę zbyt krótką.</v>
          <v>Mimo lekarza rosnącej fortuny,</v>
          <v>Mimo że zwiększa swój dochód obficie</v>
          <v>Doktor po każdej kolejnej wizycie,</v>
          <v>Bada, w głowę zachodzi – wciąż nic nie rozumie.</v>
          <v>I nawet Lower<a type="note" l:href="#fn1">[1]</a> wykształcony ściśle</v>
          <v>Twej przyczyny nie poznał ani w rozkrojonym</v>
          <v>Ciele nie znalazł dziur, gdzie nieproszony</v>
          <v>Gnieździłeś się, żerując na ofiary swej umyśle.</v>
          <v>Pewien, że w końcu kropla każdą drąży skałę,</v>
          <v>W pracy nadludzkiej strawił lata całe,</v>
          <v>Już myślał, że cię dorwał — a to ty jego dorwałeś</v>
          <v>I jak więzień, niewolnik w pełni wierny tobie,</v>
          <v>Zduszony twym łańcuchem, zniknął martwy w ciemnym grobie.</v>
        </stanza>
      </poem>
    </section>
  </body>
  <body name="notes">
    <section id="fn1">
      <p><emphasis>Lower, Richard</emphasis> (ok. 1631–1691) — lekarz, zasłużony dla rozwoju nauk medycznych, pionier w dziedzinie transfuzji krwi i badaniach mózgu oraz układu krwionośnego. Studiował medycynę naturalną i eksperymentalną na Uniwersytecie w Oxfordzie pod kierunkiem prof. Thomasa Willisa, a następnie współpracował z nim i kontynuował jego odkrycia. Jedną z dziedzin, w której badania te przyniosły zwrot, była teoria dotycząca przyczyn melancholii (uporczywego przygnębienia), stanów lękowych i zmian nastroju; od starożytności tłumaczone były one za pomocą tzw. teorii humoralnej, wyjaśniającej w ogóle dolegliwości zdrowotne jako zaburzenia równowagi płynów: krwi, flegmy, żółci i „czarnej żółci”. Ta ostatnia miała być płynem wypełniającym śledzionę, który dał też nazwę melancholii (z gr. <emphasis>mélas</emphasis>: czarny oraz <emphasis>cholé</emphasis>: żółć). XVII-wieczne badania Willisa i Lowera, oparte m.in. na sekcjach zwłok i analizach cyrkulacji płynów w organizmie, wykazały, że stany melancholiczne nie wynikają z nieprawidłowego działania śledziony, lecz są chorobami układu nerwowego i mózgu. [przypis edytorski]</p>
    </section>
  </body>
</FictionBook>
