Dwie noce z tobą czuwałem, ale nie mogłem sprawdzić twojego opowiadania. Kiedy przechodziła się po raz ostatni?
Od czasu jak J. K. Mość wyciągnął w pole, widziałam, jak wstała z łóżka, zarzuciła na siebie nocną odzież, otworzyła komnatę, wzięła papier, złożyła, napisała list i odczytała, a zapieczętowawszy go, wróciła do łóżka, wszystko w śnie najgłębszym.
Wielki nieład natury! Korzystać ze snu dobrodziejstwa, a razem dopełniać funkcje czuwania! W tym śnie niespokojnym, prócz przechadzki i innych czynności, czy słyszałaś ją kiedykolwiek mówiącą?
Słyszałam rzeczy, których nie chcę po niej powtórzyć.
Możesz je mnie powtórzyć, jest nawet koniecznością, żebyś je powtórzyła.
Ani tobie, panie, ani nikomu innemu, bo nie mam świadków na potwierdzenie słów moich. Wchodzi Lady Makbet ze świecą. Ale, patrz! nadchodzi! Właśnie, jak mówiłam, a na moje życie, głęboko uśpiona. Patrz, patrz! Zbliża się.
Skąd wzięła to światło?
Miała je przy sobie. Lampa pali się przy niej bez ustanku; taki jej rozkaz.
Widzisz, że oczy jej są otwarte.
Ale zamknięty ich zmysł widzenia.
Co teraz robi? Patrz! Jak trze ręce.
To ruch jej zwyczajny, jakby omywała ręce. Widziałam ją tak zajętą cały kwadrans bez przerwy.
Cicho! Mówi! Zapiszę każde słowo z ust jej wychodzące dla większej pewności.
Precz stąd, przeklęta plamo! Precz! Powtarzam. — Raz, dwa! A więc czas już wziąć się do dzieła. Czarne jest piekło! Wstydź się, mój mężu, wstydź się! Być żołnierzem a trwożyć się! Czemuż się mamy lękać, że wie ktoś o tym, skoro nikt nie może zawezwać naszej potęgi do zdania liczby? Kto by jednak mógł myśleć, że starzec miał jeszcze tyle krwi w swoich żyłach!
Czy słyszysz?
Tan Fife’u miał żonę; a gdzie ona teraz? Jak to? Nigdyż te ręce nie będą czyste? Dość tego! Mój mężu, dość tego! Twoje szaleństwo psuje wszystko.
Oddal się! Oddal się! Dowiedziałaś się, czego nie należało ci wiedzieć.
Jestem przynajmniej pewna, że ona powiedziała, czego nie należało jej powiedzieć.
Czuć tu zawsze krwi zapach. Wszystkie kadzidła Arabii nie uwonnią tej małej ręki. Och! och! och!
Co za westchnienie! Bolesny ciężar przygniótł jej serce.
Nie chciałabym takiego serca w moich piersiach za wszystkie honory jej ciała.
Dobrze, dobrze, dobrze.
Daj Boże, aby to było dobrze!
Choroba ta przechodzi moją sztukę. Znałem jednak osoby, które we śnie chodziły, które jednak umarły świętobliwie w swoim łóżku.
Umyj ręce; wdziej nocną odzież, a nie bądź tak blady! Powtarzam ci raz jeszcze: Banko pogrzebany nie może wstać z grobu.
Byćże to może?
Do łóżka, do łóżka! Ktoś stuka do bramy. Chodź, chodź, chodź, chodź, daj mi rękę! Co się stało, odstać się nie może. Do łóżka, do łóżka, do łóżka!
Czy wróci teraz do łóżka?
Natychmiast.
Teraz dobranoc, dobry mój doktorze.