tłum. Franciszek Mirandola

Rozdział dziesiąty. Babunia

Nazajutrz w domu pana Sesemanna robiono wielkie przygotowania, z czego było można wyciągnąć wniosek o znaczeniu i szacunku, jakiego tu zażywała oczekiwana osoba. Tineta przypięła do włosów świeży czepeczek, Sebastian zaś porozstawiał wszędzie mnóstwo podnóżków, by gościowi było wygodnie siedzieć wszędzie, gdzie zechce. Panna Rottenmeier chodziła sztywna i poważna, badając, czy wszystko w porządku, a wyraz jej twarzy świadczył wymownie, że mimo zbliżania się drugiej władczyni, jej władza wcale nie przygasa.

Na koniec powóz stanął przed bramą, Sebastian i Tineta zbiegli po schodach, a za nimi poszła uroczystym krokiem panna Rottenmeier, wiedząc, że i ona powinna stawić się na powitanie. Heidi kazano czekać w swym pokoju, dopóki jej nie zawołają. Niedługo jednak Tineta wetknęła głowę i powiedziała jak zawsze oschle i krótko:

— Proszę iść do pracowni!

Heidi nie śmiała pytać ponownie panny Rottenmeier o nakazany sposób tytułowania pani Sesemann. Była pewna, że czcigodna dama pomyliła się tylko. Zawsze przecież mówić trzeba najpierw: „pan” albo „pani”, a potem dopiero imię czy nazwisko. Zastosowała to, oczywiście, w praktyce. Gdy otwarła drzwi pracowni, babunia wykrzyknęła życzliwym tonem:

— Otóż i ona! Chodźże tu, drogie dziecko, niech ci się przypatrzę!

Heidi weszła i powiedziała donośnie i wyraźnie:

— Dzień dobry, pani wielmożna!

— A to co? — zaśmiała się babunia. — Czy u was tak mówią? Czy słyszałaś to w domu?

— Nie — odrzekła Heidi poważnie — u nas nikt się tak nie nazywa!

— U nas także nie! — powiedziała babunia ze śmiechem, gładząc jej policzek. — Daj więc temu spokój. Tutaj jestem po prostu babunią i tak mi mów. Zapamiętasz?

— O, naturalnie! Z początku tak nawet mówiłam, rozmawiając z Klarą.

— Rozumiem, rozumiem! — zapewniła babunia, kiwając wesoło głową. Potem przyjrzała się dobrze Heidi, kiwnęła głową ponownie, a dziewczynka nie mogła oderwać oczu od staruszki. Miała piękne, białe włosy, jej twarz otaczał koronkowy czepeczek, związany pod brodą szeroką wstążką, której końce fruwały ciągle w powietrzu, jakby lekki wietrzyk nieustannie płynął wokoło babuni. Spodobało jej się to bardzo.

— Jakże ci na imię, dziecko? — spytała babunia.

— Heidi, po prostu. Ale muszę się nazywać Adelajda. Będę uważać pilnie... — Heidi urwała, czując się trochę winna, gdyż dotąd częstokroć nie odpowiadała, ile razy panna Rottenmeier zawołała znienacka: „Adelajdo!”. Nie mogła od razu pojąć, że to jej dotyczy. W dodatku panna Rottenmeier stanęła właśnie w progu pracowni.

— Zechce zapewne czcigodna pani przyznać — wmieszała się — że musiałam znaleźć imię możliwe do wymówienia bez wstydu wobec samej siebie, choćby tylko ze względu na służbę.

— Droga Rottenmeier! — odparła pani Sesemann. — Skoro ktoś raz ma imię Heidi i przywyknął do tego, używam tego imienia i basta!

Bardzo zawstydziło pannę Rottenmeier, że babunia zwie ją po nazwisku, bez wszelkiej tytulatury. Nie było na to jednak rady, gdyż babunia miała swoje niezmienne nawyki. Była żywa, spostrzegawcza, zupełnie zdrowa i zaraz na wstępie zauważyła, co się dzieje w domu.

Nazajutrz po przybyciu babunia po obiedzie usiadła przy wózku śpiącej Klary i zdrzemnęła się troszkę. Rychło jednak otwarła oczy i poszła do jadalni. Nie było tu nikogo. Podeszła do drzwi panny Rottenmeier i zapukała mocno. Po chwili wyjrzała czcigodna dama i cofnęła się zaraz, przerażona niezwykłymi odwiedzinami.

— Gdzie przebywa Heidi o tej porze dnia i co robi? — spytała pani Sesemann.

— Jest w swoim pokoju, gdzie mogłaby zająć się czymś użytecznym, gdyby w niej tkwiło bodaj trochę ochoty do tego. Ta dziewczyna myśli jednak tylko o głupstwach i dokonuje rzeczy, o których wspomnieć nie można w przyzwoitym towarzystwie.

— Robiłabym to samo, siedząc zamknięta w pokoju, i zaręczam, droga Rottenmeier, nie byłabyś w stanie o moich wybrykach opowiadać w przyzwoitym towarzystwie. Proszę mi ją zaraz przysłać do mego pokoju, gdyż chcę jej dać kilka ładnych książeczek, które przywiozłam.

— Ach! To właśnie największe nieszczęście! — wykrzyknęła czcigodna dama, załamując ręce. — Cóż po książkach tej dziewczynie, która dotąd nie zna abecadła i nie rozróżnia liter? Dużo by mógł powiedzieć o tym pan profesor. Gdyby nie to, że posiada anielską cierpliwość, dawno by był przerwał naukę.

— Dziwna rzecz — zauważyła pani Sesemann. — Ta dziewczynka wcale nie robi wrażenia tępej. Proszę mi ją przysłać. Niech ogląda na razie obrazki.

Panna Rottenmeier chciała coś jeszcze powiedzieć, ale staruszka obróciła się na pięcie i ruszyła żwawo do siebie. Zdumiona wiadomością o braku zdolności Heidi, postanowiła zbadać sprawę. Ale nie przy pomocy pana profesora, którego ceniła zresztą za charakter i zawsze mile witała, unikając tylko rozmowy, gdyż jego sposób wyrażania się był dla niej zbyt uciążliwy.

Heidi weszła do pokoju babuni i otworzyła szeroko oczy na widok wspaniałych, barwnych obrazków w przywiezionych książkach.

Nagle wydała głośny okrzyk w chwili, gdy babunia obróciła nową stronicę. Rozbłysłym spojrzeniem patrzyła przez chwilę na obrazek, potem napłynęły jej łzy do oczu i zaczęła gwałtownie łkać. Heidi zobaczyła na obrazku piękne, zielone pastwisko z różnymi zwierzętami. Pośrodku stał, oparty na długiej lasce, pasterz i spoglądał wokoło. Wszystko zalewała złota poświata, gdyż słońce zaczynało się chylić do zachodu.

Babunia wzięła ją za rękę i rzekła łagodnie:

— Cicho, cicho, drogie dziecko, nie trzeba płakać! Coś ci się, widać, przypomniało, patrz jednak, jest tutaj obok obrazka śliczna historyjka, którą ci wieczorem opowiem. Można w tej książce znaleźć jeszcze inne piękne historyjki i po przeczytaniu opowiadać innym. A teraz pomówimy sobie. Obetrzyj oczy, tak, stań przede mną, bym cię widziała jak należy, tak, bardzo dobrze. Rozpogódź się, Heidi.

Minęło jeszcze sporo czasu, zanim Heidi przestała łkać. Babunia wyczekała cierpliwie, potem zaś rzekła:

— Już po wszystkim! Wesołość wróciła, jak widzę.

Gdy się dziewczynka uspokoiła zupełnie, babunia rzekła:

— Powiedz mi teraz, co słychać z lekcjami. Czy uczysz się pilnie i czy umiesz już coś?

— O, nie! — westchnęła Heidi. — Ale wiedziałam z góry, że się tego nie nauczę.

— Czegóż to się nie możesz nauczyć?

— Czytać. To zbyt trudne.

— Jak to? Skądże masz tę nowinę?

— Pietrek długo próbował i powiedział mi, że nie można się nauczyć, bo to jest za trudne.

— Tak? Dziwny jest ten Pietrek. Czyż można jednak wierzyć ślepo takiemu Pietrkowi? Trzeba spróbować samej. Pewnie dotąd nie skupiałaś myśli na tym, co mówi pan profesor, i nie patrzyłaś uważnie na litery?

— To daremne — zaręczyła tonem zupełnego pogodzenia się z koniecznością.

— Heidi, posłuchajże! — powiedziała babunia. — Dotąd nie mogłaś się nauczyć czytać, gdyż wierzyłaś Pietrkowi, teraz uwierz mnie. Zaręczam ci całkiem na pewno, iż wyuczysz się czytać, i to bardzo prędko, podobnie jak mnóstwo dzieci, które nie mają zakutej głowy, jak twój Pietrek. Widziałaś obrazek z pasterzem. Gdy będziesz czytała, dostaniesz książeczkę na własność, dowiesz się całej historii tego pasterza, zupełnie jakby ci ją ktoś opowiedział, co robił z owcami, kozami i jakie dziwne przechodził koleje losu. Chciałabyś to wiedzieć, Heidi, prawda?

Słuchała uważnie, oczy jej się jarzyły, potem zaś rzekła, wzdychając głęboko:

— Chciałabym umieć czytać!

— Nastąpi to bardzo prędko, przekonasz się, Heidi. Teraz muszę zajrzeć do Klarci. Chodźmy, a książki weźmiemy ze sobą.

To rzekłszy, babunia wzięła ją za rękę i obie poszły do pracowni.

W dziewczynce zaszła wielka zmiana od dnia, kiedy panna Rottenmeier przychwyciła ją na ucieczce i zburczała, mówiąc, że jest zła i niewdzięczna. Była zadowolona, że pan Sesemann o tym nie wie. Zrozumiała teraz, iż nie może wrócić do domu, kiedy zechce, ale musi zostać we Frankfurcie, długo, może na zawsze. Pan Sesemann, a pewnie także Klara i babunia uważaliby ją za złą i niewdzięczną, gdyby koniecznie chciała wracać. Toteż postanowiła nie mówić o tym nikomu, bowiem babunia mogłaby się pogniewać, tak jak panna Rottenmeier, a do tego dopuścić Heidi nie chciała. Ciężar ten, gniotący jej serce, wzrastał z każdym dniem, przestała jeść i bladła coraz to bardziej. Wieczorem długo nie mogła zasnąć, wspominając z utęsknieniem halę, słońce i kwiaty, śniła też o purpurowym zachodzie Falknisu i lodowych polach Cezaplany. Gdy chciała rankiem wybiec radośnie z chaty, spostrzegała, że leży w wielkim, białym łóżku we Frankfurcie, daleko od ojczystych stron, a wówczas kryła twarz w poduszki, płacząc długo, cicho, by nikt nie usłyszał.

Babunia zauważyła jej smutek. Postanowiła przeczekać parę dni, w nadziei, że przygnębienie minie, gdy jednak trwało dalej, a Heidi przychodziła na śniadanie z zapłakanymi oczyma, wzięła ją pewnego dnia do swego pokoju, postawiła przed sobą i spytała łagodnie:

— Powiedz mi, Heidi, co ci jest? Masz widocznie jakieś zmartwienie, prawda?

Ten właśnie łagodny ton babuni nie pozwolił Heidi okazać się niewdzięczną, toteż dziewczynka odparła smutnym głosem:

— Nie można tego powiedzieć.

— Nie? Nawet Klarze?

— O nie! Nikomu! — zaręczyła, a wyglądała w tej chwili tak nieszczęśliwie, że babunia uczuła wielką litość.

— Coś ci powiem, drogie dziecko — rzekła po chwili. — Jeśli ktoś ma zmartwienie, którego nie może nikomu powiedzieć, żali się Bogu, prosząc, by zdjął ciężar z jego serca. Rozumiesz, prawda? Modlisz się, jak sądzę, codziennie, dziękując za jego dary i prosząc, by cię strzegł od złego?

— O nie, nie modlę się nigdy! — odparła Heidi.

— Czy nigdy w życiu się nie modliłaś?

— Z pierwszą babką modliłam się. Ale to już dawno, tak że zupełnie zapomniałam.

— Dlatego właśnie jesteś smutna, droga Heidi, gdyż brak ci teraz wszelkiej pomocy. Ten, kto ma brzemię troski na sercu, może każdej chwili iść do Boga, zwierzyć mu się i prosić o ratunek, którego żaden człowiek dać nie jest w stanie. On jeden posiada moc zaradzenia wszystkiemu, co złe, i przywrócenia wesołości.

Oczy Heidi rozbłysły radością.

— Czy można mu powiedzieć wszystko? — spytała.

— Wszystko! Wszystko!

Dziewczynka wysunęła rękę z dłoni babuni, pytając pospiesznie:

— Czy mogę teraz odejść?

— Naturalnie! — odparła babunia, a Heidi pobiegła prędko do swego pokoju, siadła w kącie na zydlu, złożyła ręce, powiedziała Bogu wszystko, co miała na sercu, co ją smuciło, i prosiła gorąco, serdecznie, by jej pomógł powrócić do domu dziadka.

Minął tydzień z okładem, pewnego dnia zgłosił się do babuni pan profesor, prosząc o posłuchanie w ważnej sprawie. Babunia wyciągnęła do niego przyjaźnie rękę, mówiąc:

— Drogi panie profesorze, witam pana! Proszę usiąść tu, przy mnie! — podsunęła krzesło. — A teraz chciałabym wiedzieć, co pana do mnie sprowadza? Chyba nie usłyszę czegoś złego lub jakichś skarg, nieprawdaż?

— Wprost przeciwnie, czcigodna pani! — zaczął pan profesor. — Nastąpiło coś, czegom się już nie spodziewał ani czego przypuścić nie mógł nikt wtajemniczony w uprzedni stan rzeczy, albowiem wszystkie przesłanki kazały przyjąć za fakt niemożliwość tego, co się jednak istotnie stało i to w sposób zgoła cudowny, sprzeczny z tym, czego logicznie spodziewać się należało...

— Czy może Heidi nauczyła się czytać? — spytała pani Sesemann znienacka.

Pan profesor oniemiał ze zdumienia i wytrzeszczył oczy.

— To wprost niepojęte! — rzekł po chwili. — Uczennica, która mimo gorliwych wysiłków i objaśnień z mej strony nie mogła tak długo rozróżniać liter, tak dalece, że chciałem zaprzestać nauki, porzucić zamysł nieosiągalny, ta właśnie uczennica posiadła, w ciągu jednej nocy, rzec można, sztukę czytania i odczytuje całe zdania poprawnie, bezbłędnie, jak żadne z początkujących dzieci. Jednakże równie cudowny jest fakt, że czcigodna pani dobrodziejka przyjęła za możliwą ową tak odległą rzeczywistość.

— Dzieją się nieraz cuda na świecie! — potwierdziła pani Sesemann z uśmiechem. — Czasem schodzą się korzystne okoliczności, także zmiana metody nauczania wywołuje pożądane skutki. Cieszmy się zatem, kochany profesorze, z postępów tego dziecka i żywmy najlepsze nadzieje na przyszłość.

To rzekłszy, wstała, odprowadziła profesora do drzwi i poszła szybko do pracowni, by się naocznie przekonać. Zastała Heidi przy Klarze. Dziewczynka czytała jej jedną z historyjek, z wyraźnym zdumieniem własnym i coraz to większym zapałem. Wkroczyła w nowy świat, a czarne litery przybrały postać ludzi i rzeczy, nabrały życia i przeistoczyły się w czarowne historyjki. Jeszcze tego samego wieczora, gdy Heidi przyszła na kolację, znalazła na swym talerzu wielką książkę z obrazkami, spojrzała na babunię, a babunia skinęła potakująco i rzekła:

— Jest twoja.

— Na zawsze? Nawet gdy wrócę do domu? — spytała, czerwona z radości.

— Na zawsze, na zawsze! — zapewniła babunia. — Jutro rozpoczynamy czytanie.

— Nie wrócisz, droga Heidi, do domu jeszcze przez długie lata! — wtrąciła Klara. — Babunia rychło odjedzie, więc tym bardziej musisz ze mną zostać.

Heidi obejrzała jeszcze swoją książkę przed snem i od tego dnia jej najmilszym zajęciem było siedzenie nad nią i ciągłe odczytywanie prześlicznych historyjek z obrazkami. Babunia mówiła często wieczorem:

— Teraz Heidi nam coś przeczyta!

Uszczęśliwiało ją to, czytała płynnie, a słuchając samej siebie, jeszcze lepiej wnikała w treść, zwłaszcza że babunia dorzucała niejedno objaśnienie lub szczegół. Heidi z upodobaniem wracała do obrazka przedstawiającego pastwisko i wesołego pasterza, opartego na wysokiej lasce. Pasł trzodę ojca, jego baranki i kozy, i to go radowało wielce. Potem jednak uciekł daleko na obczyznę, musiał paść świnie, żywił się byle czym i bardzo wychudł. Słońce nie świeciło już na tym pastwisku tak jasno, gdyż był to kraj szary i mglisty. Historia kończyła się jednak trzecim jeszcze obrazkiem. Stary ojciec wybiegał, rozpostarłszy ramiona, na spotkanie wracającego ze skruchą syna, który był obdarty, nieśmiały, chudy i miał podartą odzież. Tę ulubioną historyjkę odczytywała ciągle po cichu, to znów głośno, nadsłuchując bacznie objaśnień babuni, która nigdy ich nie szczędziła. Książka zawierała jeszcze dużo pięknych historyjek. Dni mijały szybko na czytaniu i oglądaniu obrazków, aż nadszedł niepostrzeżenie kres wizyty babuni we Frankfurcie.