tłum. Franciszek Mirandola

Rozdział siódmy. Panna Rottenmeier przeżywa niespokojny dzień

Nazajutrz wczesnym rankiem Heidi otworzyła oczy i zupełnie niczego nie mogła zrozumieć. Przetarłszy je raz jeszcze silnie, spojrzała po raz drugi i zobaczyła wokół siebie to samo. Siedziała na wysokim, białym łóżku, mając przed sobą duży, jasny pokój. Okna, skąd płynęło światło, miały długie, białe firanki, pod oknami stały dwa krzesła pokryte tkaniną w wielkie kwiaty, pod ścianą taka sama kanapa, przed nią stół, a w kącie umywalnia z mnóstwem przedmiotów, zupełnie jej nieznanych. Nagle przypomniała sobie, że jest przecież we Frankfurcie i wróciło jej z pamięci wszystko, co przeżyła poprzedniego dnia, nawet nauki panny Rottenmeier, o ile je zasłyszała. Zeskoczyła z łóżka, ubrała się, potem zaś podeszła do jednego i drugiego okna, chcąc zobaczyć niebo i ziemię, gdyż firanki nadawały pokojowi wygląd klatki. Nie mogąc ich odsunąć, weszła za nie do samego okna. Ale było tak wysokie, że ledwo głową sięgała szyby i dlatego wysiłki zobaczenia tego, czego szukała, były daremne. Chodziła od okna do okna, ale widziała same tylko mury i przeciwległe okna, i znowu okna i mury. Przygnębiło ją to bardzo. Było jeszcze wcześnie, bo Heidi nawykła wstawać niemal o świcie i wybiegać zaraz na świat, by zobaczyć, czy niebo pogodne, czy słońce świeci, czy żółte kwiatki otwarły już kielichy, posłuchać szumu jodeł. Jak ptaszek świeżo wsadzony do klatki próbuje się przecisnąć przez druty i skacze wokoło, tak samo biegała Heidi od okna do okna, próbując je otworzyć. Musiało tam przecież być coś jeszcze prócz okien i murów, a więc ziemia, trawa i topniejące resztki śniegu na zboczach gór, za czym tęskniła bardzo. Ale okna były dalej szczelnie zamknięte, mimo że szarpała ramy, a nawet usiłowała wetknąć od spodu swój mały paluszek, by je wyważyć siłą. Daremnie, ani drgnęły. Zmieniwszy więc plan, zaczęła rozważać, czy nie wyjść z domu i obszedłszy go wokoło, dostać się wreszcie do trawy. Pamiętała dobrze bowiem, że wczoraj szła do bramy frontowej po kamieniach. Rozległo się pukanie i zaraz wetknęła głowę Tineta, mówiąc krótko:

— Śniadanie podano.

Heidi nie uznała tego za zaproszenie. Drwiąca twarz Tinety wyrażała raczej ostrzeżenie, by się do niej nie zbliżać, niż życzliwą zachętę. Heidi wyczytała to wyraźnie i zastosowała się do tego. Wyciągnęła spod stołu niski taboret, siadła w kącie i czekała cicho, co nastąpi. Po pewnym czasie nadeszło coś dość hałaśliwego. Była to panna Rottenmeier, na nowo wzburzona.

— Cóż to znowu, Adelajdo?! — krzyknęła, stając w progu. — Czyż nie wiesz, co znaczy śniadanie? Chodź zaraz!

Heidi zrozumiała teraz wszystko i poszła za nią. W jadalni Klara siedziała już od dawna na swoim miejscu i wesoło pozdrowiła Heidi. Cieszyła się na myśl, że dzień ten niezawodnie przyniesie znowu coś nowego. Śniadanie minęło bez wypadku. Heidi zjadła przyzwoicie chleb z masłem, potem zatoczono Klarę z powrotem do pracowni, a panna Rottenmeier kazała Heidi zostać z Klarą aż do przyjścia pana profesora i rozpoczęcia lekcji. Gdy zostały same, Heidi zaraz spytała:

— Co trzeba zrobić, by wyjrzeć i zobaczyć ziemię na dole?

— Trzeba otworzyć okno — odparła Klara wesoło.

— Ach! Okna nie można otworzyć — zauważyła ze smutkiem dziewczynka.

— Można, można — pocieszyła ją. — Tylko ty sama nie dosięgniesz klamki, a ja ci także nie mogę pomóc, ale powiedz Sebastianowi, a on na pewno otworzy.

Odetchnęła z ulgą. Myśl, że można stąd wyjrzeć i zobaczyć ziemię, zmniejszyła uczucie niewoli, jakiemu uległa w swym pokoju. Klara zaczęła wypytywać o szczegóły jej dotychczasowego życia, a Heidi opowiadała z zapałem o halach, kozach, pastwiskach i wszystkim, co kochała.

Tymczasem przyszedł pan profesor, a panna Rottenmeier nie wprowadziła go, jak zazwyczaj, wprost do pracowni, ale chcąc się wywnętrzyć, poszła z nim do jadalni, usiadła i drżąc z podniecenia, skreśliła wymownie całą fatalną sytuację oraz przyczyny, z jakich powstała.

Doniosła mianowicie niedawno panu Sesemannowi, przebywającemu właśnie w Paryżu, że córka jego życzy sobie stałej towarzyszki nauki i zabawy, która by z nią razem mieszkała, przy tym wyraziła zapatrywanie, że towarzyszka taka byłaby dla Klary skutecznym bodźcem w nauce, a miłą rozrywką w zabawie. Dla samej panny Rottenmeier było to również pożądane, bo uzyskałaby wyrękę w pielęgnowaniu chorej, co często ją nużyło. Pan Sesemann odpisał, że godzi się na życzenie Klary z tym jednak warunkiem, że towarzyszka ta traktowana będzie tak samo jak jego własna córka, gdyż nie chce, by w jego domu dręczono dzieci. Panna Rottenmeier uznała tę ostatnią uwagę za całkiem zbyteczną, któż by bowiem chciał dręczyć dzieci. Potem opisała straszliwe przejścia, jakie miała od wczoraj z Heidi, przytoczyła dowody zupełnego braku zasadniczych podstaw i bezmyślności, tak że pan profesor musiałby rozpocząć naukę dosłownie od alfabetu, a ponadto ona sama byłaby zmuszona wpajać najprymitywniejsze początki wychowania. Ta fatalna sytuacja dopuszcza jeden tylko środek ratunku, mianowicie wszystko zostanie rozplątane, jeśli pan profesor oświadczy, że nie sposób uczyć razem dwu tak odmiennych istot bez wielkiej szkody dla bardziej zaawansowanej. Byłby to dla pana Sesemanna wystarczający powód wycofania się ze wszystkiego, a dziewczynkę można by odesłać do domu. Bez jego zgody nie miała odwagi tego zrobić, zwłaszcza że został zawiadomiony o przyjęciu małej.

Ale pan profesor był ostrożny i bezstronny w swych poglądach. Pocieszał długo, a wymownie pannę Rottenmeier i wyraził zapatrywanie, że jeśli wiejska dziewczynka posiada braki z jednej strony, to tym bardziej może być zaawansowana z drugiej, a to doprowadzi do równowagi systematyczna nauka. Panna Rottenmeier przekonała się, że pan profesor nie chce jej popierać, wstała więc, wpuściła go do pracowni, szybko zamykając za nim drzwi, sama jednak tam nie poszła, gdyż zaczynanie wszystkiego od początku wielce ją przerażało. Zaczęła chodzić wielkimi krokami po jadalni, gdyż musiała rozważyć, jak ma służba tytułować Adelajdę. Pan Sesemann napisał, by była traktowana jak jego własna córka, a uwaga ta dotyczyła niezawodnie jej stosunku do służby. Niedługo jednak miała spokój na rozmyślania. W pracowni rozległ się straszliwy łomot spadających przedmiotów i wołanie, by Sebastian pospieszył na ratunek. Wpadła do pracowni i ujrzała coś strasznego. Na posadzce leżała kupa przyborów naukowych, książek, zeszytów, kałamarz, na tym zaś wszystkim dywan, spod którego przez całą szerokość pokoju sączył się strumyk atramentu. Heidi znikła.

— Okropność! — wykrzyknęła panna Rottenmeier, załamując ręce. — Dywan, książki, koszyk z robotą, wszystko w atramencie! Nigdy się jeszcze nie wydarzyło coś podobnego! To pewnie sprawka tej nieszczęsnej Adelajdy... nieprawdaż?

Pan profesor patrzył z przerażeniem na szczątki i musiał przyznać, tym razem jednostronnie, że katastrofa ma tylko jedną stronę i to smutną. Klarę natomiast wyraźnie cieszyły te niezwykłe wydarzenia, więc rzekła tytułem objaśnienia:

— Istotnie zrobiła to Heidi, ale nie rozmyślnie, więc karać jej nie trzeba. Bardzo się spieszyła, szarpnęła dywan i wszystko spadło. Przejeżdżało kilka pojazdów, jeden za drugim, więc pobiegła, by je zobaczyć. Pewnie dotąd w życiu nie widziała dorożki.

— Czyż nie miałam racji, panie profesorze? — spytała panna Rottenmeier. — Brak zasadniczych pojęć! Ta pierwotna istota nie wie, co znaczy lekcja, nie wie, że trzeba siedzieć spokojnie i słuchać. Gdzież się jednak podział ten diabeł? Gdyby uciekła, miałabym ładną historię z panem Sesemannem...

Wybiegła z pokoju, a potem szybko minęła schody. W otwartej bramie domu stała Heidi i rozglądała się bacznie po ulicy.

— Cóż to jest? Co ci wpadło do głowy? Czy chcesz uciekać? — ofuknęła małą.

— Usłyszałam szum jodeł, ale nie wiem, gdzie rosną, i już nie słyszę szumu — odparła Heidi, rozglądając się wokoło z wyrazem rozczarowania. Turkot pojazdów, teraz ścichły, wydał się jej szumem wiatru w koronach drzew, tak że zdjęta radością pobiegła w ślad za nim.

— Jodły? Czyż jesteśmy w lesie? Cóż za pomysły? Wróć i zobacz, coś zrobiła!

Panna Rottenmeier zaczęła wchodzić z wolna na górę, Heidi szła za nią, a wszedłszy do pracowni, stanęła zdumiona katastrofą, którą wywołała tym, że chciała posłuchać szumu jodeł.

— Pamiętaj, że po raz drugi nie ujdzie ci to płazem! — powiedziała panna Rottenmeier, pokazując posadzkę. — Podczas nauki trzeba siedzieć spokojnie i uważać. Jeśli tego nie potrafisz, każę cię przywiązać do krzesła! Rozumiesz?

— Rozumiem — odparła. — Będę siedziała, jak przyrośnięta do krzesła.

Zrozumiała teraz, że podczas lekcji trzeba siedzieć spokojnie.

Sebastian i Tineta zajęli się porządkowaniem, a pan profesor odszedł, bowiem w tych warunkach o lekcji nie było mowy. Tego dnia na ziewanie zabrakło czasu.

Po obiedzie Klara przez pewien czas odpoczywała, a Heidi, jak ją pouczyła panna Rottenmeier, mogła zająć się, czym chciała. Zadowolona, że może wykonać swój zamysł, stanęła w korytarzu przed jadalnią, by przyłapać pewną osobę, potrzebną do pomocy w przedsięwzięciu. Niedługo, jak się spodziewała, nadszedł Sebastian. Niósł z kuchni na wielkiej tacy umyte srebra stołowe, by je schować do kredensu. Heidi podeszła do niego i rzekła bardzo wyraźnie:

— „Niech” czy przez trzecią osobę?

Sebastian wytrzeszczył oczy i odparł dość szorstko:

— Cóż to ma znaczyć, panienko?

— Chciałabym o coś zapytać, ale nie ma w tym nic złego jak dziś rano — ciągnęła dalej tonem uspokajającym, gdyż zauważyła, że Sebastian jest rozgoryczony przygodą z atramentem.

— Tak? A czemuż to ma się do mnie mówić „niech” lub przez trzecią osobę? — odparł równie szorstko.

— Tak musi być — zapewniła. — Panna Rottenmeier kazała.

Sebastian wybuchnął tak głośnym śmiechem, że Heidi zdumiała się wielce. Przecież w jej słowach nie było nic śmiesznego. Sebastian zrozumiał nagle rozkaz panny Rottenmeier i rzekł wesoło:

— Proszę mówić dalej, panienko.

— Nie nazywam się panienka, ale po prostu Heidi — zauważyła z pewnym niezadowoleniem.

— Wiem, wiem — odparł — ale ta sama osoba rozkazała, bym mówił „panienko”.

— Rozkazała? Muszę się więc tak nazywać — powiedziała z rezygnacją i dodała, wzdychając: — Mam teraz już trzy imiona!

— O co chciała zapytać mała panienka? — rzekł Sebastian, który wszedł tymczasem do jadalni i zaczął układać srebra w kredensie.

— Jak się otwiera okno, Sebastianie?

— Całkiem po prostu! — oświadczył, otwierając.

Heidi podeszła, ale była zbyt niska, by coś zobaczyć, głową sięgała zaledwo do gzymsu.

— Zaradzimy na to — powiedział, przysuwając drewniany zydel. — Teraz może panienka wyglądać wedle upodobania.

Uradowana Heidi wskoczyła i spojrzała w ulicę, co było jej marzeniem. Po chwili cofnęła się jednak, bardzo rozczarowana.

— Widać tylko kamienną ulicę i nic więcej — rzekła z żalem. — A gdyby się obeszło dom wokoło, cóż by tam można widzieć, Sebastianie?

— To samo.

— Gdzież więc trzeba iść, jeśli się chce objąć spojrzeniem duży widnokrąg, całą dolinę?

— Trzeba wyjść na wieżę, tak wysoką, jak na przykład tamta, ze złotą kulą na szczycie. Patrząc stamtąd, widać bardzo daleko wokoło.

Heidi zeskoczyła spiesznie z zydla, wybiegła, minęła schody i dopadła ulicy. Ale nie poszło to tak łatwo, jak się spodziewała. Wieża, bardzo bliska, gdy na nią patrzyło się z okna, znikła z chwilą, kiedy dziewczynka znalazła się w ulicy. Szukając tej wieży, biegła aż do zakrętu, weszła w ulicę drugą, potem trzecią, ale wieży nigdzie nie było. Mijało ją mnóstwo ludzi, ale spieszyli się tak, że nie śmiała pytać! Dopiero na następnym zakręcie ujrzała wyrostka, kataryniarza, z katarynką na plecach i jakimś dziwnym zwierzęciem na ramieniu. Podbiegła do niego i spytała:

— Gdzie jest wysoka wieża ze złotą kulą na szczycie?

— Nie wiem — odrzekł.

— Kto mi ją wskaże?

— Nie wiem.

— A może wiesz, gdzie jest inny kościół z wysoką wieżą?

— Wiem.

— Zaprowadź mnie tam!

— A co mi dasz? — spytał, wyciągając dłoń.

Heidi zaczęła szukać po kieszeniach i po chwili wydobyła obrazek z pięknie wymalowanym wiankiem róż, który jej dała Klara. Z pewnym żalem patrzyła na niego przez chwilę, potem zaś rzekła:

— Masz!

Chłopiec cofnął dłoń i potrząsnął przecząco głową.

— Czegóż chcesz? — spytała, chowając z zadowoleniem obrazek do kieszeni.

— Pieniędzy.

— Nie mam pieniędzy, ale Klara je ma i na pewno mi da. Ile chcesz?

— Dwadzieścia fenigów.

— Chodźmy!

Ruszyli przed siebie długą ulicą, a Heidi spytała, co ma na plecach. Objaśnił, że jest to przykryta suknem katarynka, która prześlicznie gra, gdy kręci korbą. Po chwili stanęli przed starym kościołem z wysoką wieżą. Chłopiec zatrzymał Heidi, mówiąc:

— Tutaj!

— I jakże się tam dostać? — spytała, widząc, że brama zamknięta.

— Nie wiem.

— Może by zadzwonić, jak na Sebastiana?

— Nie wiem.

Heidi znalazła dzwonek i zaczęła szarpać z całej siły.

— Ja wejdę na wieżę, a ty musisz tu zaczekać, inaczej nie trafię do domu — powiedziała.

— Co mi dasz?

— Znowu muszę ci płacić, a ile?

— Dwadzieścia fenigów.

Po chwili rozległ się z wnętrza zgrzyt otwieranego zamka, drzwi zaskrzypiały i wyjrzał z nich stary człowiek. Na widok dzieci zmarszczył brwi i krzyknął:

— Jak śmiecie dzwonić i sprowadzać mnie na dół? Przecież wyraźnie jest tu napisane, że dzwonek jest przeznaczony dla tych, którzy chcą wejść na wieżę!

Chłopak wskazał palcem na Heidi i nie rzekł ani słowa.

— Ja właśnie chcę wejść na wieżę — odpowiedziała.

— Po co? Czy cię ktoś przysłał?

— Nie — powiedziała spokojnie. — Chcę tylko popatrzeć z góry.

— Wynoście mi się zaraz i nie próbujcie po raz drugi żarcików!

Rzekłszy to, strażnik wieży obrócił się, chcąc zamknąć bramę.

Ale Heidi chwyciła połę jego długiego surduta i powiedziała błagalnie:

— Tylko jeden, jedyny raz!

Spojrzał w oczy dziewczynki i ich wyraz od razu zmienił jego nastrój. Wziął ją za rękę, mówiąc:

— Jeśli ci tak bardzo na tym zależy, moje dziecko, to chodź ze mną.

Chłopiec usiadł na progu, gdyż nie chciał iść.

Prowadzona przez dozorcę Heidi musiała przebyć mnóstwo schodów, coraz to węższych, zanim się dostała na sam szczyt. Dozorca podniósł ją do wysoko umieszczonego okna.

— Patrz teraz! — powiedział.

Heidi zobaczyła mnóstwo dachów wież, kominów. Po chwili cofnęła się i rzekła tonem przygnębienia:

— Nie tego się spodziewałam!

— A widzisz! Takie dziecko jak ty nie ma pojęcia o widoku. Sprowadzę cię teraz na dół. Ale nie dzwoń już po raz drugi do żadnej wieży!

Postawił Heidi na podłodze i zaczął schodzić na dół, ona zaś szła za nim. W miejscu, gdzie schody się rozszerzały, była izdebka strażnika, o skośnym pułapie. Blisko progu stał spory kosz, przy nim zaś siedziała gruba, bura kotka i mruczała głośno. W koszu mieściły się jej dzieci, dlatego też ostrzegała w ten sposób przechodniów, by się nie wdawali w jej sprawy domowe. Heidi przystanęła, patrząc z podziwem na kotkę, tak wielką, jakiej dotąd nie widziała w życiu. W starej wieży żyło mnóstwo myszy, toteż kotka pożerała codziennie bez wielkiego trudu tuzin mysich pieczeni. Dozorca zauważył podziw dziewczynki i rzekł:

— Chodź! Ona nie zrobi ci nic złego. Obejrzysz młode kocięta.

Heidi podeszła do kosza i zaraz ogarnął ją zachwyt.

— Jakież śliczne kotki! — wykrzyknęła radośnie i zaczęła skakać wokoło, zaglądając raz po raz, by przyglądać się śmiesznym ruchom ośmiu kociąt, które bezustannie przewalały się w koszu, właziły na siebie i znowu spadały.

— Chcesz może mieć jedno z nich? — spytał dozorca, który patrzył z zadowoleniem na radosne podskoki Heidi.

— Czy dostanę je na własność, na zawsze? — odparła, nie wierząc jeszcze w swoje szczęście.

— Oczywiście! Możesz wziąć więcej, nawet wszystkie, jeśli masz na nie miejsce — rzekł dozorca, zadowolony, że pozbędzie się kociąt bez topienia ich.

Heidi promieniała. W wielkim domu miejsca było aż nadto, a Klara będzie chyba bardzo zdziwiona i zadowolona z takiego nabytku.

— Jak ja je zabiorę? — zadumała się Heidi i sięgnęła po jedno. Ale gruba kotka skoczyła na nią i parsknęła tak groźnie, że musiała się cofnąć.

— Odniosę ci je, powiedz tylko dokąd — powiedział dozorca, głaszcząc kotkę, która była z dawien dawna jego przyjaciółką.

— Do pana Sesemanna, który mieszka w wielkim, szarym domu, gdzie jest u bramy złota psia głowa z pierścieniem w pysku i Sebastian.

Dozorca nie potrzebował aż tylu szczegółów. Spędził całe lata na wieży, znał każdy dom tej dzielnicy, a był ponadto zaprzyjaźniony z Sebastianem.

— Wiem już, wiem! — powiedział. — Komu jednak mam to posłać? Ty przecież nie jesteś członkiem rodziny pana Sesemanna?

— Nie, ale Klara jest jego córką. Będzie się bardzo cieszyła tymi kotkami.

Dozorca chciał ją sprowadzić na dół, ale Heidi nie mogła się oderwać od koszyka.

— Ach! — westchnęła. — Czy nie mogłabym wziąć bodaj dwu, dla siebie i dla Klary?

— Poczekaj! — rzekł dozorca, zaniósł ostrożnie starą kotkę do izby, postawił przed nią miseczkę z jedzeniem, potem zamknął drzwi i powiedział:

— Weź dwa kocięta.

Oczy Heidi rozbłysły radością. Wybrała kocię białe i biało-żółte, chowając każde do osobnej kieszeni. Dokonawszy tego, zeszła z dozorcą na ulicę.

Kataryniarz siedział na stopniach. Gdy zamknięto bramę za Heidi, zwróciła się do niego, mówiąc:

— Którędy mamy wracać do domu pana Sesemanna?

— Nie wiem — odpowiedział.

Heidi zaczęła opisywać dom, bramę, okna i schody, ale chłopiec potrząsał głową i nie mógł się zorientować.

— Z jednego okna — mówiła Heidi — widać wielki, bardzo wielki, szary budynek z takim dachem...

Zakreśliła w powietrzu zygzakowatą linię.

Kataryniarz zerwał się w tej chwili. Podobne szczegóły i jemu także wskazywały drogę w zupełnie nieznanym mieście. Ruszył żwawo przed siebie, Heidi za nim i niebawem stanęli pod domem z wielkim, mosiężnym dzwonkiem w kształcie zwierzęcej głowy. Heidi zadzwoniła. Sebastian otwarł bramę, a ujrzawszy ją, zawołał nagląco:

— Prędko! Prędko!

Heidi przeskoczyła próg, a lokaj zatrzasnął drzwi, nie dostrzegłszy wcale małego kataryniarza, który stał zaskoczony tym wszystkim.

— Prędko, mała panienko! — nalegał Sebastian. — Wprost do jadalni! Siedzą już przy stole, a panna Rottenmeier wygląda jak nabita armata. Czemuż to mała panienka ucieka z domu?

Kiedy Heidi weszła do jadalni, panna Rottenmeier nawet na nią nie spojrzała. Klara także milczała. Zapadła niesamowita cisza. Sebastian podsunął jej krzesło. Usiadła, a wówczas panna Rottenmeier powiedziała surowo, patrząc na nią przenikliwie:

— Adelajdo! Potem się rozmówimy, teraz powiem ci tylko, żeś popełniła czyn karygodny, wychodząc z domu bez zawiadomienia i włócząc się po ulicach do wieczora. Jest to postępek wprost bezprzykładny.

— Miau! — zabrzmiało w odpowiedzi.

Dama rozgorzała gniewem.

— Jak to, Adelajdo! — krzyknęła głośno. — Śmiesz w dodatku stroić sobie żarty? Ostrzegam, że nie wyjdzie ci to na dobre!

— Ależ to nie ja... — zaczęła ale Heidi, jednocześnie rozległo się znowu miauczenie.

Sebastian rzucił półmisek na stół i wybiegł.

— Dość tego! — panna Rottenmeier chciała wymówić te słowa, ale zabrakło jej głosu. Po chwili rzekła: — Wstań, Adelajdo, i wyjdź stąd!

Heidi wstała przerażona i zaczęła się tłumaczyć:

— Ależ...

— Miau! Miau! — zabrzmiało raz jeszcze.

— Droga Heidi — przemówiła Klara — czemu pobudzasz do gniewu pannę Rottenmeier, czemu ciągle miauczysz?

— To nie ja, to koty! — zdołała nareszcie powiedzieć.

— Co? Koty? Młode koty? — wrzasnęła panna Rottenmeier. — Sebastianie, Tineto, proszę odszukać te straszliwe zwierzęta i wyrzucić z domu!

Potem uciekła do pracowni i z ostrożności zamknęła drzwi na klucz, gdyż młode koty były dla niej czymś najstraszniejszym w świecie. Sebastian stał w korytarzu, zanosząc się od śmiechu. Podając Heidi potrawę, zobaczył głowę kociaka, wyglądającą z jej kieszeni, a przewidując wybuch awantury, uciekł, ledwo mając czas postawić półmisek na stole. Teraz, kiedy przebrzmiały już rozpaczliwe okrzyki damy, wszedł i ujrzał Klarę z kociakiem na kolanach, przy niej zaś klęczała Heidi i obie bawiły się zwinnymi zwierzątkami.

— Sebastianie! — odezwała się na jego widok Klara. — Proszę nam dopomóc. Trzeba znaleźć miejsce dla tych kociąt, gdyż panna Rottenmeier się ich boi. Kiedy będziemy same, pobawimy się z nimi. Gdzieby je umieścić?

— O, ja to już załatwię, panno Klaro! — powiedział z wielką gotowością. — Uścielę im w koszyku miękkie łóżeczko i schowam tam, gdzie nie sięgnie spojrzenie bojaźliwej damy!

Wziął się zaraz do roboty, parskając co chwila śmiechem i mrucząc pod nosem:

— Z tego będzie jeszcze niejedna heca!

Sebastiana bawiło trochę, gdy panna Rottenmeier wpadała w gniew.

Minęło sporo czasu i nadeszła już pora spania, gdy dama uchyliła drzwi i spytała przez szparę.

— Czy wyniesiono już te szkaradne zwierzęta?

— Tak jest! Oczywiście! — odpowiedział Sebastian, który krzątał się po jadalni w oczekiwaniu tego pytania. Wziął szybko kociaki z kolan Klary i wyszedł.

Panna Rottenmeier odłożyła na później długie, karcące kazanie, jakie usłyszeć miała Heidi. Gniew, niepokój i oburzenie, których to uczuć mimowolnie Heidi została przyczyną, wyczerpały siły czcigodnej damy. Wycofała się w milczeniu do sypialni, a w ślad jej obie dziewczynki, wielce zadowolone, że kotki mają wygodne legowisko.