tłum. Edmund Cięglewicz
SCENA VI
Wykrętowic,
Sokrates.
WYKRĘTOWIC
woła coraz głośniej
Mości Sokrates, mości Sokratesku!
Sokrates, zawieszony w powietrzu, opuszcza się z wolna i nie dotykając sceny, mówi z kosza.
SOKRATES
Po cóż mnie wzywasz, ty marna istoto?
WYKRĘTOWIC
Racz mnie nasamprzód objaśnić, co robisz?
SOKRATES
W eterach bujam, słońce w myślach ważę.
WYKRĘTOWIC
Więc z góry patrzysz na bogów, jak z grzędy
Kogut na kury?
SOKRATES
Nie mógłbym inaczej
Nadziemskich tajni przeniknąć do głębi:
Muszę zawiesić jaźń, aby um wiotki
Zmieszał się z równie powiewnym eterem,
Kto z ziemi, z dołu, bada górne zjawy,
Nic nie wykryje. Ziemia bowiem ciągnie
Swą siłą k’sobie mdłe opary umu;
Tak ciągnie z ziemi opary rzeżucha.
WYKRĘTOWIC
do siebie
Jako? Um ciągnie parę do rzeżuchy?!
do
SokratesaMój Sokratesku, zleź ty z kosza do mnie,
Byś mnie nauczył tego, po com przybył.
Sokrates wychodzi z kosza, który podciąga jeden z uczniów w górę. Postać jego gruba, jakby „od topora”, głowa potężna, kark krótki, gruby, oczy wypukłe, groźne, chiton brudny, boso. Majestatycznym krokiem zbliża się ku ławie i zasiada, podczas gdy
Wykrętowic stoi z uszanowaniem.
SOKRATES
WYKRĘTOWIC
wznosząc doń ręce błagalnie
Naucz ty mnie gadać,
Albowiem lichwa i te psy, lichwiarze,
Drą, żrą, roznoszą mnie żywcem i grabią!
SOKRATES
Jakże się stało, żeś tak zabrnął w długi?
WYKRĘTOWIC
Choroba końska, nosacizna żre mnie:
Wżdy wyucz ty mnie swojej drugiej mowy,
Tego wywodu, co nic nie oddaje...
A ja ci, klnę się na bogi, zapłacę!
SOKRATES
Na jakie bogi klniesz się? Tej monety
Boskiej my wcale nie uznajem.
WYKRĘTOWIC
Tylko
Żelazną? Klniesz się, jako Bizantyńcy,
Na żeleziaki?
SOKRATES
Nie rozumiesz tego.
A czy chcesz poznać li prawdę o bogach?
WYKRĘTOWIC
SOKRATES
Chcesz, by moje Bóstwa,
Chmury, gadały z tobą?
WYKRĘTOWIC
SOKRATES
Siadaj tu zatem na święty trój... tapczan!
WYKRĘTOWIC
Natychmiast siada na tapczanie: w tej chwili przybiega kilku uczniów, niosących przybory potrzebne do rytuału, jako to: wieńce, mąkę w koszyczku, kadzielnicę i żużelnik z ogniem. Wprawnie pomagają mistrzowi w ceremonii.
SOKRATES
z kapłańską powagą wkłada sobie wieniec mirtowy na
głowę, a drugi podają
chłopu.
Ten zaś wieniec włóż na skronie.
WYKRĘTOWIC
z trwogą
Po cóż to? Gwałtu! Chciałbyś mnie, Sokracie,
W ofierze bogom rznąć, jak Atamanta?
SOKRATES
Nie. Obrzęd jednak od wtajemniczanych
Wymaga tego.
WYKRĘTOWIC
wkłada wieniec na głowę z pomocą chłopaków
SOKRATES
Będziesz frant gębą, będziesz mełł, jak pytel: —
Ani truń teraz!
Sypie na głowę
chłopa mąkę i sól z koszyczka.
WYKRĘTOWIC
zasłaniając się rękami przed zbyt grubymi kawałkami soli
Przebóg! Nie zełgałeś;
Wżdy łeb mój zbity zacznie wnet siać mąką!
PARODOS (WEJŚCIE CHÓRU)