Spis treści

      Henryk SienkiewiczToast

      1

      Było ich około pięćdziesięciu. Mieli jechać na nocny podjazd, ale tymczasem siedzieli przy ognisku i spożywszy kilka baranów, których smakowity zapach czuć było w powietrzu, popijali gorzałką. A zdarzyło się tak dziwnie, że choć była ich garść nieznaczna, zebrali się ludzie z różnych stron Rzeczypospolitej, jako to: wolentarze[1] spod pana Muraszki i spod pana Zboińskiego z Mazowsza, i spod pana Prokszy, któren kresowym ochotnikom przewodził. Komenderowano po kilkunastu z chorągwi dlatego, że każdy pułkownik chciał mieć w podjeździe swoich ludzi.

      2

      Rej przy ognisku wodził, jak zwykle, pan Zagłoba, ale nie był w dobrym humorze, albowiem lubił się wywczasować[2], a tu tymczasem trzeba było czekać komendy, a potem siadać na koń i ciągnąć pod nieprzyjaciela. Pieczony udziec barani i dwie lub trzy kwaterki gorzałki pokrzepiły wprawdzie nieco ducha w starym wojowniku, jednakże nie przestał ludziom dogryzać, co omal nie stało się przyczyną ciężkiej niezgody i wielce ostrych pojedynków. Bo gdy tak siedzieli popijając, trafiło się, że nad przygasłym ogniskiem oberwała się na nocnym niebie gwiazda i ciągnąc za sobą świetlistą strugę zgasła gdzieś w ciemnościach blisko ziemi. Co widząc pan Pluta, Mazur, stary żołnierz spod Zboińskiego, przeżegnał się i rzekł:

      3

      — Może to gwiazda którego z nas.

      4

      Lecz Zagłoba dmuchnął przed siebie po wypiciu nowej kwaterki, odsapnął i rzekł:

      5

      — Nie waścina.

      6

      — A czemu to?

      7

      — Bo Mazurowie ciemną gwiazdę mają, a ta była jasna.

      8

      — Niejednemu już, co tej gwieździe przymawiał, świeczki stanęły w oczach.

      9

      — Świeczki tym potrzeba, którzy się ślepo rodzą.

      10

      — Nie daj, panie Pluta, przymawiać Mazurom — zawołał pan Skulski, który lubo[3] łęczyczanin służył z nimi od dawnych lat.

      11

      Więc pan Pluta — cięta szabla, ale jeszcze ciętszy język, wraz odparł:

      12

      — Mazur ślepo się rodzi, ale za to jak przewidzi, to kpa[4] i przez deskę rozezna.

      13

      Myśleli tedy wszyscy, że pan Zagłoba raz przecie nie znajdzie odpowiedzi, ale on począł tylko przytakiwać głową i rzekł:

      14

      — Słusznie! Słusznie! Ma się rozumieć! Swój swego i przez deskę rozezna.

      15

      Na to śmiech wielki powstał koło ogniska, a najgłośniej śmiał się pan Sipajło spod Oszmiany.

      16

      — Boże ty mój — mówił. — Ot, zapomniał języka w gębie. A ja by się nie dał tak skonfundować nawet i panu Zagłobie. Nie wiedzieć co! Niechby tylko!…

      17

      Tu pan Zagłoba, czując się poniekąd wyzwanym, spojrzał na niego niezbyt życzliwie, a pan Pluta, rad, że może na kogoś złość wywrzeć, huknął:

      18

      — Milczałbyś, boćwino! Nie tobie, któryś prochu nie wąchał, zabierać głos między starymi żołnierzami.

      19

      — Nie wąchał albo i wąchał — odpowiedział z flegmą Sipajło. — Lepiej ja się może i częściej od waszmości potykał.

      20

      — Prawdę mówi! — zawołał Zagłoba. — Przecież to oszmiański szlachcic, co w jednym bucie, a w jednym łapciu chodzi. W takowym stroju, zwłaszcza w zimie na grudzie, musiał się często nie tylko potykać, ale i zgoła przewracać.

      21

      Tu znów roześmieli się wszyscy, a pan Sipajło, więcej wrażliwy niż wymowny, trzasnął z cicha szablą i rzekł:

      22

      — Kto mnie poprosi, temu nie odmówię.

      23

      Lecz witebszczanin, pan Portanty, począł go mitygować:

      24

      — Nie gniewaj się waść i nie ujmuj za głupią modą.

      25

      — Lepiej konserwować[5] taką modę, niż mieć czarne podniebienie[6] jako witebszczanie — odpowiedział Sipajło.

      26

      — Lepsze czarne podniebienie niż głupia głowa!

      27

      — Co, u dytka[7]! — zawołał pan Tretiak spod Humania — dość mi tych swarów przed wyprawą!

      28

      — Czego się waść wtrącasz? — zapytał part Skulski, łęczyczanin.

      29

      — Bo mi się podoba!

      30

      — A mnie się nie podoba. Patrzcie go! Humańczuk… Potrafią i waści przymówić.

      31

      — To przymów.

      32

      — A dobrze! Bre! Bre! Humański dureń, co z cudzego woza bere, na swój kłade[8].

      33

      — Stulże gębę, piskorku! Siedem razy kaczka cię połknęła i siedemeś razy się wyśliznął.

      34

      — Ty się zaś nic wyśliźniesz… Parol[9]!

      35

      — Dobrze! Parol! Jutro!

      36

      — To i ja kogo poproszę! — rzekł Pluta.

      37

      — Lepiej moich wnuków — odparł pan Zagłoba.

      38

      — A jaż to ostatni? — zapytał pan Sipajło.

      39

      — Kogo waść prosisz?

      40

      — At! co wybierać… wszystkich, i kwita!

      41

      — Baczność! — zawołał Zagłoba.

      42

      Jakoż do ognia zbliżył się oficer spod chorągwi pana Radrożewskiego, a jednocześnie ozwało się ciche trąbienie przez musztuk[10].

      43

      — Na koń! — skomenderował oficer.

      44

      Po czym do pana Zagłoby:

      45

      — Siła[11] na tym podjeździe zależy, więc staraj się waść dostać koniecznie języka[12], choćbyś też sam miał polec z połową ludzi.

      46

      — Dobrze — odpowiedział stary rycerz — lubo[13] muszę waści rzec, że takie polecenie łatwiej komuś dać, niż samemu spełnić!

      47

      Oficer ruszył ramionami i zawrócił, a oni pojechali. Noc była gwiaździsta, ale bez księżyca. Za majdanem[14] pół mili borku, dalej niezmierne łąki, na nich, jako zwykle latem, biały, nisko leżący tuman[15], niby morze bez końca. Wąska, pachnąca torfem droga biegła przez owe łęgi, aż hen ku dalszym borom, między którymi stał nieprzyjaciel.

      48

      Gdy wjechali w tuman, ledwie człek człeka mógł dojrzeć, a o kilka kroków nie było widać nic.

      49

      — Choć w pysk daj! — mruknął Zagłoba.

      50

      Ujechali milę i drugą. W tumanie i mroku nie było słychać nic prócz parskania koni.

      51

      Aż tu naraz trzej ludzie, którzy jechali w przedniej straży, wrócili w cwał, krzycząc:

      52

      — Nieprzyjaciel! Nieprzyjaciel!

      53

      Tuż za nimi słychać było tętent nadbiegającej jazdy. Pan Zagłoba zdarł bachmata i krzyknął:

      54

      — Bij!

      55

      I po chwili zwarli się tak, iż mogli się rękami za piersi chwytać. We mgle rozległ się szczęk szabel, a czasem huk samopału, czasem kwik koński i okrzyki walczących. Pan Zagłoba rykiem żubrowym przerażał ludzi w ciemnościach, ale i miotał się okrutnie, gdyż straszny to był żołnierz, gdy go zanadto do muru przyparto.

      56

      Pan Skulski ciął jadowicie, po łęczycku, tuż koło pana Tretiaka. Pana Portantego chlaśnięto przez policzek i byłby zginął, gdyby nie pan Sipajło, który odbiwszy drugi cios, sztychem nieprzyjaciela w gardło ugodził. Pan Pluta, stary i cięty żołnierz, wił się wśród skrzętu jak wąż w mrowisku — i bił w całe kupy, jak jastrząb w stado dzikich kaczek.

      57

      I wzajem jeden ratował życie drugiemu, a wtem wstał powiew. Tuman zrzedł trochę. Mogli się lepiej widzieć.

      58

      Więc przyrosło im serca i poczęli pokrzykiwać, aby tym lepiej każdy mógł rozpoznać, co się z towarzyszem dzieje i kogo ma przy sobie. Pierwszy pan Sipajło, który Plucie żywot zawdzięczał, krzyknął z głębi serca w tumanie:

      59

      — Górą Mazury!

      60

      — Żywie Oszmiana! — odgłosił Pluta.

      61

      A inni, nie chcąc się dać wyprzedzić, nuż wołać:

      62

      — Sława Łęczycy!

      63

      — Chwała witebszczanom!

      64

      — Górą Humań!

      65

      — Wiwat Rzeczpospolita!

      66

      Ale tymczasem natarto na nich z boków — ba — i z tyłu, tak że wpadli jako wilkowi w gardziel. Że jednak byli z różnych stron, przeto wstydzili się siebie wzajem, więc żaden nie prosił pardonu, i bili się do upadłego — bez nadziei, ale na śmierć.

      67

      Byliby też wszyscy polegli, gdyby nie to, że pan Zboiński wiedząc, iż w małej liczbie i w nocy nietrudno o przygodę, pociągnął za nimi w trzysta Mazurów, chłopów dobrych. Ów odegnał nieprzyjaciela, złamał, rozbił, część wyścinał, część zagarnął i uwolnił podjazd sprzed przemocy. Lecz nie mógł powstrzymać zdziwienia widząc ich robotę — gdyż istotnie, po desperacku się bijąc, naszatkowali ludzi jak kapusty.

      68

      — Już chyba i aniołowie nie potykaliby się grzeczniej — rzekł.

      69

      Za czym wrócili radośnie do obozu.

      70

      Ale choć świt uczynił się, nim dojechali, nie poszli spać, a to od wielkiej uciechy i dlatego, że poczęto ich zaraz częstować. Oni zaś jedli i pili wysławiając jeden drugiego i słuchając pana Zagłoby, który coś skromnie o Termopilach[16] wspominał.

      71

      Aż gdy już dobrze podpili, pan Portanty przyłożył nagle palec do ust i rzekł:

      72

      — Ba, a nasz parol? Jakoż z nim będzie?

      73

      — Parol? Zjadł go nieprzyjaciel.

      74

      — I trochę mu niezdrowo — dodał Zagłoba.

      75

      A wtem pan Pluta, który się pokrzepił lepiej od innych, począł uderzać się dłońmi po piersiach, aż rozległo się w izbie — i wołać żałosnym głosem:

      76

      — Ja na stare lata miałbym Kainem[17] zostać i rozlewać niewinną krew Abla? na stare lata? ja? Pluta?

      77

      I zawył wielkim płaczem, co usłyszawszy inni, kiedy bo nie rykną — aż ludzie spod innych chorągwi zaczęli ich otaczać, ciekawi, co im się mogło wydarzyć.

      78

      Tymczasem powstał pan Zagłoba i podniósłszy z niezmierną powagą garniec miodu rzekł:

      79

      — Komilitoni[18] moi, dzieci eiusdem matris[19]! Dwa jeno słowa powiem, ale kiep, kto mi nie przywtórzy: Kochajmy się!

      80

      — Kochajmy się! — powtórzyły wszystkie usta.

      81

      A w tejże chwili na rogach majdanu poczęto trąbić — nie przez musztuk, ale rozgłośnie, jak czyniono zwykle przed wielką bitwą.

      Przypisy

      [1]

      wolentarz (daw.) — ochotnik, służący w wojsku bez żołdu. [przypis edytorski]

      [2]

      wywczasować się (daw.) — wypocząć. [przypis edytorski]

      [3]

      lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]

      [4]

      kiep (daw.) — dureń, głupiec. [przypis edytorski]

      [5]

      konserwować (daw.) — tu: zachować. [przypis edytorski]

      [6]

      mieć czarne podniebienie — być złośliwym, napastliwym. [przypis edytorski]

      [7]

      u dytka — tu: u diabła; dytko: demon w mitologii słowiańskiej. [przypis edytorski]

      [8]

      bere (…) kłade (rus.) — bierze, kładzie. [przypis edytorski]

      [9]

      parol — dosł. z fr.: słowo; słowo szlacheckie zobowiązujące do dotrzymania obietnicy, tu: wezwanie do stawienia się na pojedynek. [przypis edytorski]

      [10]

      musztuk właśc. munsztuk (daw.) — ustnik. [przypis edytorski]

      [11]

      siła (daw.) — wiele. [przypis edytorski]

      [12]

      dostać (…) języka — dowiedzieć się; zdobyć informacje. [przypis edytorski]

      [13]

      lubo — chociaż. [przypis edytorski]

      [14]

      majdan — plac, szczególnie w obozie wojskowym. [przypis edytorski]

      [15]

      tuman — mgła. [przypis edytorski]

      [16]

      Termopile — symbol bohaterskiej postawy niewielkiej grupy obrońców przyjmujących na siebie zadanie powstrzymania przeważających sił wroga ze świadomością, że poniosą w tym starciu śmierć; tu: użyty iron.; pierwotnie Termopile to nazwa wąwozu w Tesalii stanowiącego przejście w kierunku Grecji środkowej i z tego powodu będącego miejscem, gdzie stoczono wiele bitew na przestrzeni wieków, z których najsławniejszą, tą, która uzyskała rangę symbolu, była obrona Termopilów przez trzystu Spartan pod wodzą króla Leonidasa w 480 r. p.n.e., próbujących powstrzymać marsz wojsk perskich pod wodzą Kserksesa na Ateny; wszyscy obrońcy zginęli. [przypis edytorski]

      [17]

      Kain — w Biblii: pierwszy zabójca, morderca własnego brata, Abla. [przypis edytorski]

      [18]

      komiliton (z łac., daw.) — towarzysz broni. [przypis edytorski]

      [19]

      eiusdem matris (łac.) — tej samej matki. [przypis edytorski]

      Zamknij
      Proszę czekać…