Spis treści

      Maria Pawlikowska-JasnorzewskaNajpiękniejszy sen

      1

      Wczoraj śnił mi się znów, dla odmiany,

      najpiękniejszy mój sen — niezrównany! —

      o pływaniu w powietrzu jak w wodzie.

      Ludzie ze snu nic o tym nie wiedzą.

      5

      Wciąż się szczycą postępem i wiedzą

      i są z prawem grawitacji w zgodzie.

      Siedzę z nimi, piję czarną kawę,

      omawiamy rzeczy nieciekawe,

      wychwalamy jakąś panią okropną…

      10

      Nagle strącam talerzyk i ciastko,

      skaczę na stół, ręce składam spiczasto

      i wypływam przez otwarte okno.

      W niebie czystym jak turkus i diament

      słyszę z dołu dochodzący lament,

      15

      krzyk, że diabeł mnie porwał w powietrze!

      Tłum ponury zalega ulice —

      zapalają kadzidło, gromnice —

      widzę twarze od papieru bledsze.

      Więc odpływam coraz dalej i dalej,

      20

      bryły wiatru roztrącam jak fale,

      zaśmiewając się z głupiej parafii —

      z sercem twardym, unurzanym w dumie,

      że tej sztuki nikt prócz mnie nie umie —

      każdy patrzy, a nikt nie potrafi.

      25

      Odpoczywam na drzewnych wierzchołkach

      i w obłokach udaję aniołka,

      choć policjant z dołu na mnie woła.

      I znów pływam najnowszą metodą,

      wzdycham piersią niestrudzoną, młodą

      30

      i jaskółki odgarniam znad czoła.

      Potem w dali doganiam pilota,

      co się w chmurach koziołkuje i miota,

      głową na dół, wśród wspaniałych skrętów.

      Ścigam jego samolot po niebie —

      35

      aż mnie wciąga silną ręką do siebie,

      jak syrenę, co się czepia okrętu.

      O, nie całuj, nie całuj, pilocie!

      Nie ogarniaj mnie ramieniem w locie,

      bo za prędko spadniemy na ziemię.

      40

      Twarz masz słodką, brązową i świętą,

      ascetyczną jak mnich z quattrocento,

      szczęście moje pod Twym skrzydłem drzemie.

      A wieczorem powracam piechotą —

      siadam w domu pod żarówką złotą,

      45

      jakby nigdy nic nie było zaszło.

      Wszyscy siedzą, uroczyści ogromnie,

      obrażeni, nikt nie mówi do mnie —

      przecierają okulary i kaszlą.

      Rok 1928

      Zamknij
      Proszę czekać…