1. Błądzenie: 1
  2. Bogactwo: 1 2
  3. Bogini: 1 2
  4. Bohaterstwo: 1
  5. Bóg: 1 2
  6. Cud: 1
  7. Czary: 1
  8. Dar: 1
  9. Dom: 1
  10. Duch: 1
  11. Dziecko: 1
  12. Gospodarz: 1
  13. Gość: 1
  14. Gwiazda: 1
  15. Historia: 1
  16. Interes: 1
  17. Kara: 1
  18. Kondycja ludzka: 1 2 3 4 5 6
  19. Koń: 1 2 3
  20. Księżyc: 1
  21. Kwiaty: 1
  22. Labirynt: 1
  23. Las: 1
  24. Los: 1 2 3 4 5
  25. Lot: 1
  26. Łzy: 1
  27. Małżeństwo: 1 2
  28. Matka: 1
  29. Miłosierdzie: 1
  30. Miłość: 1
  31. Młodość: 1
  32. Modlitwa: 1 2
  33. Niebezpieczeństwo: 1
  34. Obrzędy: 1 2 3 4
  35. Obyczaje: 1 2 3
  36. Ofiara: 1
  37. Ogień: 1
  38. Ojciec: 1
  39. Ojczyzna: 1
  40. Okrucieństwo: 1 2
  41. Omen: 1 2 3
  42. Oświadczyny: 1 2
  43. Otchłań: 1
  44. Pobożność: 1 2
  45. Podróż: 1 2
  46. Podstęp: 1 2
  47. Poezja: 1
  48. Pogrzeb: 1
  49. Polowanie: 1
  50. Postęp: 1
  51. Poświęcenie: 1
  52. Potop: 1
  53. Potwór: 1 2
  54. Pozycja społeczna: 1
  55. Proroctwo: 1 2
  56. Przemijanie: 1 2
  57. Przysięga: 1
  58. Radość: 1
  59. Raj: 1
  60. Rozstanie: 1
  61. Samobójstwo: 1 2
  62. Samolubstwo: 1
  63. Sen: 1
  64. Sielanka: 1 2
  65. Siła: 1 2
  66. Słońce: 1 2
  67. Sługa: 1
  68. Spotkanie: 1
  69. Starość: 1
  70. Swaty: 1
  71. Szantaż: 1
  72. Szczęście: 1
  73. Ślub: 1 2
  74. Śmierć bohaterska: 1
  75. Śpiew: 1
  76. Tęsknota: 1 2
  77. Tłum: 1
  78. Trup: 1
  79. Upadek: 1 2
  80. Uroda: 1 2
  81. Walka: 1 2 3 4
  82. Wiatr: 1
  83. Wieczór: 1
  84. Wierność: 1
  85. Wina: 1
  86. Wizja: 1
  87. Wspomnienia: 1
  88. Zaświaty: 1 2
  89. Zdrada: 1
  90. Zemsta: 1 2 3 4 5
  91. Zima: 1
  92. Złoty wiek: 1
  93. Zwycięstwo: 1 2 3
  94. Żywioły: 1

Uwspółcześniono pisownię łączną/rozdzielną: pocichu > po cichu; nanowo > na nowo; naoścież > na oścież; codzień > co dzień; co rok > co rok; podziśdzień > po dziś dzień; bezustanku > bez ustanku; zamłodu > za młodu; zawcześnie > za wcześnie; zatrudne > za trudne; naprzemian > na przemian; napróżno > na próżno; nadarmo > na darmo; gdzieindziéj > gdzie indziéj; po nad > ponad; po za > poza; z po za > zpoza; z nad > znad; z po nad > sponad; z za > zza; za nim > zanim; wpoprzek > w poprzek; jabym > ja bym; namby > nam by; chętniebym > chętnie bym; zdala > z dala; zcicha > z cicha; zwolna > z wolna; zdawna > z dawna; wdali > w dali; niéma > nié ma; niedosyć > nie dosyć; niebardzo > nie bardzo; nie jednéj > niejednéj; nie prędko > nieprędko; nie wart > niewart; nawpół > na wpół; napoły > na poły; wpół > w pół ('do połowy': w pół ściany wysoko); po jutrze > pojutrze; zasłaby > za słaby; dla tego > dlatego; sam-na-sam > sam na sam; napół-martwa > na pół martwa; wpół-martwych > wpółmartwych; wielko-xiążęcą > wielkoxiążęcą; dziesięć kroć > dziesięćkroć; Podwakroć > Po dwakroć; powtóre > po wtóre; podziśdzień > po dziś dzień; nienadarmo > nie na darmo itp.

Pozostawiono niemal bez zmian dawną pisownię (np. piérwszy, mlékiem macierzyńskiém, spójrzenie, Bogóm, bobr, xiężyc, męztwo, zpod, rospacz, biedz, zwyciężca, źwierzę (w pieśni II zgodnie z pisownią źródła: zwierzę), miłośny, radośny, jutrzeńka, tańcerz, tentent, puhacz, zmięszany itp.) i fleksję (np. imie, prostemi słowy, wilcy, biegąc itp.), aby nie zaburzać rymów (np. wyśpiéwa — odzywa), rytmu i atmosfery utworu. Formy te opatrzono przypisami. Zmieniono: Świentosław > Świętosław.

Ujednolicono pisownię: morz, mórz > mórz; świéży, świeży > świéży; spiące, uśpionych > śpiące, uśpionych; chrześciańskiéj, chrześcjan, Chrześcijanin; Chrześcjańskiemu > chrześcijański, chrześcijanin; Pergrubją, Pergrubie > Pergrubią, Pergrubie; Sigonota, Sygonota, Sigonnota, Sigonotta > sigonota; Olgerd, Olgierd > Olgierd; Świdrygiełł, Swidrygiełł > Świdrygiełł; Wilia, Wilja > Wilia, Marja, Maria > Maria.

Do przypisów autorskich dodano kwalifikatory, np. (mit. litew.), (z litew. Mėnulis) itp.

Uwspółcześniono pisownię nazw własnych i przymiotników od nich pochodzących: Litewski, litewski > litewski; Kowieński > kowieński; Trocki > trocki; Niemiecki > niemiecki; Żmudzki > żmudzki; Połocki > połocki; Moskiewski > moskiewski; Krzyżacki > krzyżacki; Wschodniéj krainy > Wschodniéj Krainy (mit.); Wschodniéj ziemi > Wschodniéj Ziemi; z ziemi wschodniéj > z Ziemi Wschodniéj; Białém morzu > Białém Morzu; Świętą rzekę > Świętą Rzekę; Świętéj góry > Świętéj Góry; Trockie jezioro > Trockie Jezioro; Xsiążęcą czapkę> xiążęcą czapkę; Boska moc > boska moc; piorun Boży > piorun boży; Chrześcjański > chrześcijański; Żmudzinów (o koniach) > żmudzinów; pogoń Litewska > Pogoń litewska; Wileńce > wileńce; itp.

Zmieniono pisownię formy grzecznościowej Panie > panie, np. w zdaniu: Nie czyń złego, puść mnie, Panie!

Zmieniono pisownię słów obcych oznaczających wyrazy pospolite, tj. zniesiono wielką literę, dodano kursywę (tagi ”słowo_obce”): Kiemas (wieś), Kiemów, Wietów (dymnik), Numa (chata), Wiżos (łapcie), Lajwach (łodzie), Dajnos (śpiewy), Mieciones (napój z krup i miodu), Lietauros (kotły), Wałundę (chwila), Alus (piwo), Smerda (zastępca księcia, gospodarz dworu), Keleweża (woźnica), Swalgon, Wurszajt, Lingussoni, Kunigas, Wejdalota, Sigonota, Krewe, Krewule, Burtynicy/Burtinikaj, Puttones, Ewarte, Bajoras/Bojar; Rajtar, Knecht, Komtur, Mistrz, Papież. Pozostawiono pisownię wielką literą tych wyrazów tam, gdzie wskazują konkretnego bohatera: Krewe Krewejta (o wychowawcy Witola), Kunigas (o Mindowe) itp. Zniesiono też wielką literę w nazwach klas/funkcji ludzi, np. Kapłan, Xiążę, Bojar, Pan, Rycerz, Monarcha, Król, Mnich, a także Chrześcjanin > chrześcijanin itp.

Pozostawiono pisownię wielką literą słów obcych oznaczających nazwy własne (klas) istot fantastycznych i personifikacji (animizowanych zwierząt, roślin, zjawisk przyrody itp.): Kabirowie, Murgowie, Kunkietoj, Jodsy; Dejwa i Dejwas, Bogowie; Giwojte, Aszwa, Gajdis, Gieguze, Peleda, Żaltis, Didalis; Karwilis (kwiecień: ”Kiedy Karwilis ze snu zbudzi drzewa”), Sutinkaj; Lelus-Słońce, Menes-Xiężyc, Aussra-Jutrzeńka, Linxmina (tęcza), Udegita (kometa), Wanda i Wieja (woda i wiatr), Nendry (trzciny), Maras (mór, zaraza) itp.

Interpunkcja — skorygowano dystrybucję przecinków, np.: patrząc w Wschód wieczności stronę > patrząc w Wschód, wieczności stronę; Ryngold umierał, jak żył w ciężkim boju > Ryngold umierał, jak żył, w ciężkim boju; Uchem nie czekał rychło róg zadzwoni > Uchem nie czekał, rychło róg zadzwoni; Bo jéj wróg dotknąć, nie będzie śmiał długo > Bo jéj wróg dotknąć nie będzie śmiał długo; Dał znak, a Trajnys, po bracie jął mówić > Dał znak, a Trajnys po bracie jął mówić; Matką mi, przeszłość, a piastunką, życie > Matką mi — przeszłość, a piastunką — życie itp. Ujednolicono pisownię Krewe-Krewejta, Krewe Krewejta > Krewe Krewejta ; Arcy-Biskup > arcybiskup. Poprawiono błąd źródła: LX > XL (numeracja rozdziału 40 w pieśni II).

Józef Ignacy KraszewskiAnafielas[1]Pieśń z podań Litwy

Pieśń piérwsza[2]. Witolorauda[3]

Wstęp

I

1

Prostemi słowy do prostych serc ludu

Idę z piosenką, kołatam do duszy,

I słucham, pragnąc największego cudu,

Czy piosnka serca zdrętwiałe poruszy?

5

Czy Bogów dawnych i ojców wspomnienie

Łzę choć wyżebrze, wymodli westchnienie?

II

Prostemi słowy[4] śpiewam pieśni stare.

Na twojéj, Litwo, wzrosły one ziemi,

Sławiły męztwo[5], wstyd, cnotę i wiarę,

10

I ojców waszych kołysano niemi.

Śpiew, Poezja, HistoriaPieśni to z mlékiem macierzyńskiém[6] ssane,

Krwią bojów, łzami nieszczęścia skąpane.

III

Pieśni to, które burtynicy starzy

Na ojców waszych nócili[7] pogrzebie,

15

U Bogóm[8] waszym święconych ołtarzy;

Pieśni-sokoły, co po waszém niebie,

Dopóki słońce świeciło pogodne,

Latały silne, wesołe, swobodne.

IV

Upadek, PrzemijanieLecz wieki przeszły — świątynie zrzucone,

20

Zapadłe groby pług synowski orze,

I zamki klękły[9] siwizną omszone,

I wilcy[10] wyją na xiążęcym[11] dworze,

A wały grodów, blizny ran zgojone,

Dźwigają sosny i dęby zielone.

V

25

Słuchajcie pieśni! Pieśń ta z grobu wstała

Przeszłości waszéj dzieje wam wyśpiéwa[12];

Na świecie wschodnim pradziadów widziała,

I ich się głosem do synów odzywa;

Pieśń to urodzin, wesela i bitwy,

30

Staréj kolebki, starych mogił Litwy.

Witolorauda

U brzegu Niemna jest gaj poświęcony,

Stary, jak Litwa, jak Litwinów Bogi[13].

Niemen ramiony[14] objął go sinemi,

Zielone łąki padły mu pod nogi.

35

Wzgórzem się ciągnie i ku niebu wspina.

A na wierzchołku, wpośród lip zielonych,

W gęstwinie krzewiem splecioném podszytéj,

Gdzie tylko ptacy[15] swobodni mieszkają,

A człowiek rzadko dociśnie się kiedy,

40

Jest ołtarz z darna[16] i dzikich kamieni.

Wiejski to ołtarz, i wiejskie ofiary

Palą się na nim: bo wiele ołtarzy,

Wiele po Litwie świątyń pięknéj Mildy[17].

Tu tylko wieśniak wśród nocy, po cichu,

45

Przyjdzie ukradkiem z ubogą ofiarą,

Koźlęciem młodém, lub gołębiąt parą.

I sam je spali na Bóstwa ołtarzu;

A jeśli dym z nich na Dungus[18] nie wzleci,

Jeśli modlitwy Milda nie usłyszy,

50

To lip Ragany[19] potém jéj doniosą,

Lub Kaunis[20] karzeł poszepnie do ucha.

A Milda ładną nie gardzi ofiarą,

Nikogo zemstą i gniewem nie ściga,

Szczęściem nagradza, zapomnieniem karze.

55

Raz w rok tu z Kowna mnogi lud się tłoczy,

Kiedy Karwilis[21] ze snu zbudzi drzewa,

Kiedy się kwiaty w nowe suknie stroją,

Łąki w majowe ubierają szaty.

Gdy cała Litwa święto Mildy święci,

60

I tu naówczas cisną się pobożni.

Lecz prędko potém zarosną drożyny,

I znowu przez rok głucho u ołtarza.

Czemuż ten człowiek wpośród nocy ciemnéj,

Co dzień tą górą ponad Niemna brzegiem,

65

Czy Menes[22] świeci, czy noc zajdzie czarna,

Zawsze posłuszny cierpienióm[23], nadziei,

Do Mildy gaju sam jeden przychodzi? —

Pewnie go piękna zpod[24] Kowna dziewczyna

Tu na miłośne[25] zwabiła spotkanie?

70

Pewnie to miłość noce w dni przemienia

I głuchą puszczę ożywia dla niego?

A może zemsta jeszcze krwią niezlana?

Może wspomnienia, których tutaj szuka?

Może pobożność? Lecz tylu ma Bogów,

75

Czemuż ten ołtarz samotny polubił?

Nad brzegiem morza, świątynia Praurymy[26],

Na Swintorozie płonie Znicz odwieczny,

Gdzieś u Dubissy[27] jest drugie Romnowe[28],

W Kiernowie[29] świecą stare Bogów twarze,

80

Jest dąb z jemiołą w Zantir u Perkuna,

W Rikajoth ołtarz kapłana kapłanów —

Czemuż tam modlić, czemuż do nich prosić,

Czemuż się kłaniać nie pójdzie tam lepiéj?

Czemuż ten prosty ołtarz wiejskiéj Mildy

85

Milszy mu nawet od świątyń kowieńskich,

Gdzie drogi bursztyn wonnémi wstęgami

Płynie z różami usłanych ołtarzów?

Kto jest ten człowiek? nie poznasz po sukni[30].

Prosty go ubior[31] wieśniaka okrywa:

90

Na nogach wiżos[32] z kory wyplecione,

Łuk ze strzałami przypięty na plecach,

A głowę paszcza niedźwiedzia osłania,

Rudemi włosy[33] jeżąc się na skroni.

Szłyk[34] jego, odzież, obówie[35] Litwina,

95

Jak gdyby z numy[36] wychodził na łowy,

Lub wieść o wojnie niósł od kunigasów[37]

Do chat wieśniaczych rozpierzchłych śród lasów.

Tylko mu laski poselskiéj brak w dłoni,

Tylko pośpiechu brak krokóm[38], i czoło

100

Chmurą się myśli sępi i osłania.

Znana mu widać dobrze okolica,

Zatoka Niemna i każda drożyna,

Każdy krzak róży rosnący nad wodą,

I każda ścieżka wijąca się w górę.

105

Idzie — nie patrzy — same idą nogi,

A myśl daleko gdzieś od niego lata;

Błądzi tam, kędy białe Murgów[39] cienie

Z ojcami w złotych rogach alus[40] piją

I na skrzydlatych rumakach latają;

110

Ale zaledwie w lipowy gaj wchodzi,

Gdzie pod leszczyną słowiki śpiewają

I białe róże słodką woń rozlały,

Oczy przed siebie niespokojne zwrócił

I z obcych myśli otrząsł[41] skroń zmarszczoną.

115

Po ścieżce wązkiéj[42] i dziko zarosłéj

Drze się po ciemku, iż do Mildorohu[43]

Gęstemi krzaki szarpie i przemyka.

Suknię szmatami po głogach rozdziera,

I ręce krwawi, i piersi kaleczy,

120

A ciągle z okiem na ołtarz zwróconém

Zdyszany śpieszy, przedziera do niego.

Przedarł się wreście[44], gdzie ołtarz dokoła

Zielona łąka otacza kwiatami;

Stanął; wtém światło z ołtarza zabłysło,

125

Jak piérwsza gwiazda na zachodniém niebie,

Blade i małe; lecz rosło, jaśniało,

Jak xiężyc[45] młody, lub jak chmurka biała,

Która go czasem swą szatą osłoni

I jego blaskiem z nieba się uśmiecha.

130

BoginiJuż ołtarz cały jaśniał mu srébrzysto,

Światło się coraz zwiększało, mieniło,

Aż wreście postać kobiéty przybrało.

Postać to Bóstwa z uśmiechem na ustach,

Z miłością w oczach, różami na skroni,

135

Naga, jak dziécię; w jedném ręku trzyma

Czaszę z bursztynu, a w niéj napój wonny.

Nie miód to słodki z kowieńskich pszczół barci,

Nie alus[46] biały, który w niebie piją,

I nie mieciones[47], którym chorych poją:

140

Bo woń nieznana nad nim się unosi,

Przed którą milczą dzikie róże białe,

I lipy zapach swych kwiatów schowały.

Ujrzał ją Litwin, ona go ujrzała;

Postąpił, ona podbiegła ku niemu,

145

Czarę na świętym ołtarzu rzuciła,

A sama w jego objęcia upadła;

I jak wąż wierzbę opasuje sobą,

Jak powój, co się na olchach zawiesza,

Jak chmiel, co płoty miłośnie owija,

150

Tak ona jego oplotła uściskiem,

I drżąc, jak gdyby z boleści, krzyknęła.

— O Romois — woła — o Romois mój drogi!

Jeszcze noc jedna, jeszcze noc roskoszy[48]!

Może ostatnia! bo czyż wiém, jak długo

155

Miłość się nasza przed Dewajmi[49] skryje?

O! jeszcze jedna! dzięki ci i za nią!

Dzięki, żeś przyszedł jeszcze raz, najdroższy,

I mocniéj kochał, niż się lękał Bogów. —

— Ja bym się lękał! O Mildo Królowo!

160

Ja, co cię kocham tak, że na skinienie

Poszedłbym z Jodsy[50] walczyć w tamte światy,

Z Didalisami[51] po czarnych jaskiniach,

Ja, co bym wyzwał braci twoich, Bogów,

Ja bym się lękał! —

165

— Cicho! Romois! cicho!

Bóg, Kondycja ludzkaO! nie wiész, nie wiész, jak straszne są Bogi!

Chcesz walczyć z niemi[52]! Oni i bez boju,

Bez łuku, miecza, oszczepu i procy,

Na biednych ludzi, gdy zechcą, to skiną,

170

Jedném skinieniem do ziemi przygniotą,

Jedném spójrzeniem[53] słabego zabiją.

Cicho! bo gdyby głos twój usłyszeli,

Naówczas noc ta byłaby ostatnią;

Ostatnią szczęścia, a piérwszą boleści;

175

Żalu bez końca i łez nieśmiertelnych.

Cicho! Bogowie każde słowo słyszą.

Poszept ich każdy uszu dolatuje,

Każdą myśl ludzką przynoszą im duchy.

Ragana[54] jaka, co w drzewie podsłucha,

180

Żaltis[55], co się gdzieś czołga pod liściami[56],

Woda, co płynie, Pucis[57], co powiewa,

I gdyby światła promyk się przecisnął.

Światło, mój miły, nas by oskarżyło. —

Milda skończyła pocałunkiem mowę.

185

Romois zamilkł, na pierś spuścił głowę,

I w jéj objęciu nie o niéj już myślał.

Ona poznała, co się w myślach działo.

— Mój miły! — rzecze — krótka noc wiosenna,

A Ty choć ze mną, nie mój jesteś cały,

190

I myślą smutną ode mnie uciekasz.

Gdy ja dla ciebie niosę napój Bogów,

Gdy ja dla ciebie z między nich uciekam,

Bogini, Samolubstwo, MiłośćOni tam myślą, że ja ponad ziemią

Sypię sny słodkie mężóm i niewiastóm[58],

195

Że młodych żenię i roskosz[59] rozdaję.

Jam tutaj z tobą, a ten świat już dawno

Nie zna miłości. Ja próśb ich nie słucham,

Nikomu w serce miłości nie wleję;

Wszystkąbym jeszcze odebrała ziemi,

200

Ażeby sobie zabrać, oddać tobie.

O mój najdroższy! wkrótce to poznają,

Bo w Litwie już się biją, rozdzierają,

Bo w Litwie już nié ma miłości i zgody.

Lecz co mi po tém, kiedym ja szczęśliwa!

205

Kiedyśmy razem, jak nie siostra Bogów,

Prosta Litewka[60] i twoja kochanka.

O, czemuż prostą nie jestem dziewczyną,

I z tobą zawsze?! —

— Mildo! nie narzekaj.

210

Co twoim smutkiem, to jest szczęściem mojém.

Jestże na płaskiéj a szérokiéj ziemi,

W dziewięciu naszéj Litwy pokoleniach,

Taka, którą bym, jak ciebie, ukochał?

Pamiętam jeszcze najpiérwsze spotkanie,

215

Kiedym tu z Kowna przychodził ofiarą,

I noc mnie w gaju pod lipą zapadła;

Pamiętam, gdym cię piérwszy raz zobaczył,

Wówczas, jakbym się urodził na nowo,

Piérwszy raz oczy na słońce otworzył.

220

Cały świat innym zaświecił przed niemi,

I inne serce w piersi uderzyło,

I w oczach jaśniéj i weseléj było.

Prędkom się potém, za prędko dowiedział,

Żeś ty nie z ziemi, lecz z Bogów krainy;

225

Że gdy ja tutaj wlokę się znużony,

Pracując gorzko na spoczynku chwilę,

Ty w gajach Lajmy[61] królujesz w Dungusie;

Ty, w złotéj chmurze nad ziemią ciągniona,

Lecisz białemi gołębiów skrzydłami

230

Nad wonne gaje, błyszczące ołtarze.

Teraz ja jestem jakby Jodsów dusze,

Skazany cierpieć, i widzieć cierpienia

Długie, bez końca, w przyszłości przede mną;

A tobie zawsze lud kłaniać się będzie,

235

Palić ofiary, posyłać modlitwy;

Ty zawsze szczęście niosąc na swych ręku[62],

Wzlatywać będziesz nad Litwą wesołą. —

— Nie bój się, Romois, bo piorun Perkuna,

Nim w ciebie, wprzódy na córkę uderzy.

240

I ty nie zginiesz, bo ten napój Bogów

Bratem cię naszym nieśmiertelnym czyni. —

To mówiąc, Milda objęła kochanka

I do ust wonną czarę podawała;

Śmierć bohaterska, Kondycja ludzka, BógLecz on odepchnął biały napój Bogów,

245

W ustach jéj szukał słodszego napoju.

— Nie chcę — rzekł do niéj — nie chcę ja być Bogiem.

Nie chcę ja, jak wy, nieśmiertelnym zostać,

Ażeby cierpieć bez nadziei końca

I patrzeć zawsze w chmurne Bogów twarze;

250

Wolę tak umrzeć, jak ojcowie nasi,

Umrzeć z oszczepem w ręku, w polu bitwy,

I pójść do ojców do wschodniéj krainy.

Nie chcę napoju, bo z twoich ust płynie

Słodszy nad ziemi i nieba napoje.

255

Nad wonie jego, milsze tchnienie twoje;

Nad całą wieczność, droższa chwila jedna,

Którą ja w twoim uścisku przeżyję. —

To mówiąc, Romois na piersiach twarz tulił,

A ona, smutno patrzając na niego,

260

— Miły mój! — rzekła — wkrótce będę matką,

Godnego ciebie urodzę ci syna. —

— Syna?! mnie syna?! ty masz mi dać dziécię?!

Zawołał Romois i ręce załamał:

Bo wieść ta w serce, jak kamień na wodę

265

Rzucony dziecka swawolnego dłonią,

Padła: jak fale, tak serce rozbiła.

— Nie chcesz go? — Milda smutnie go zapyta.

— Ja, syna nie chcieć?! lecz gdzież się z nim skryję?

Kiedy w nim będzie choć iskra niebieska,

270

Czyliż go Pramżu nie dójdzie na ziemi?

Czyliż żyć dadzą swéj hańby pamiątce?

Czyż go potrafię wychować, obronić,

I ja, człek jeden, od Bogów zasłonić? —

— O mnieś zapomniał — wszak matkę mieć będzie. —

275

— Gdzież się z nim skryję? kędy go podzieję? —

— Ty bylebyś go od Bogów oblicza

Przez młode lata potrafił zasłonić.

Proroctwo, LosŚwiat nic boskiemu nie zrobi dziecięciu.

Wilk go i niedźwiedź przyjmą w dzikim borze,

280

Pszczoły miód usta nosić będą biały,

Łanie go karmić, koźlęta go bawić,

Pucis go chłodzić, Ragany[63] okrywać,

Kwiaty się kłaniać, słowiki mu śpiewać[64].

Syn Mildy z ręki ludzi nie zaginie,

285

Ani paszczęką źwierz[65] go dotknie krwawą.

Jeden mu straszny jest piorun Perkuna. —

— Lecz czyż go Perkun, co z góry pogląda,

Pomiędzy dziećmi ludzi nie odkryje? —

— Będziesz go chował śród puszczy głębokiéj.

290

Z dala od oka wróżbitów, kapłanów,

Z dala od miejsc tych, w które Perkun patrzy,

Póki nie wzrośnie, nie nabierze siły;

Potém go oddasz woli przezaczenia.

On sam potrafi walczyć z swoim losem.

295

O Romois! czyliż dla twego dziecięcia

W miłości ojca nie znajdziesz osłony,

W ojcowskiéj trwodze nie znajdziesz ukrycia??

Już czuję, jak on na świat się wyrywa.

Jeszcze dzień tylko, a spójrzy na słońce.

300

MatkaO! czemuż dłużéj nosić go nie mogę?!

Czemuż zaledwie piérwszy raz zapłacze,

Już obca ręka usta mu zatuli

I piersi obce pokarm mu podadzą?!

Cierpienie matki w urodzenia chwili

305

Stokroć jest mniejsze, jak drugie, gdy potém

Dziécię jéj losy na wieki odbiorą,

I ten, którego pod sercem nosiła,

Co żył jéj życiem, od niéj oderwany,

Twarzą ku światu zwróci się cudzemu,

310

Myślą ku ludzióm[66] obcym się nakłoni,

Sercem za sercmi[67] nieznanych pogoni. —

Gdy im w uściskach, rozmowie czas płynie,

Noc uszła prędko i Aussra[68] już wstaje,

Błyszcząca toczy na niebo od wschodu,

315

I już jéj promień do lasu zagląda,

Ujrzał go Litwin, zerwał się wybladły.

Wskazał na niebo rumieniące w dali,

Wyrwał z uścisku i z gaju ucieka.

Ale już Aussra ujrzała ich wprzódy,

320

Ujrzała Mildę w objęciu człowieka;

Bieży w obłoki, gdzie Dungus gwiazdzisty[69]

Ponad wysoką górą się rozpina.

Tam Perkun w chmurach, w których śpią pioruny,

Leży, patrzając na świat pod nogami,

325

Jeszcze ciemnością i snami spowity,

Jeszcze na łonie nocy kołysany.

Aż Aussra wbiega, rozdziera podwoje,

I przed Perkurnem zrumieniona staje.

Groźny Bóg okiem przed siebie zatoczył,

330

I brwi namarszczył, ujrzawszy Boginię.

— Cóż to? ty tutaj, gdy czas na świat tobie? —

— Wracam ja ztamtąd[70], Ojcze! Com widziała! —

Rzekła, i oczy złociste zakryła.

— Cóżeś widziała? — groźnie Perkun woła,

335

I wskazał na świat.

— Ojcze! straszne rzeczy!

Wiesz, gdzie jest Milda? —

— Zapewne na ziemi. —

— Prawda, w swym gaju; lecz co ją tam trzyma? —

340

— Noc, to jéj pora. W niéj serca rozgrzewa,

I usta spaja, i sypie roskosze[71]. —

— Ona! A spójrzcie, co się w Litwie dzieje!

Nié ma miłości, ni małżeństw, ni zgody.

Ona w swym gaju nie ofiar wygląda,

345

Lecz u ołtarza pieści się z człowiekiem!!

Oboje razem widziałam przed chwilą,

Kiedy zaledwie uścisk ich się zrywał,

A świętokradźca uciekł Niemna brzegiem.

Ojcze mój! kary na Mildę! piorunu! —

350

Zatrząsł się Perkun, zagrzmiały niebiosa,

I góry wschodnie zadrżały w posadach,

Czarne się chmury na wiatrach podniosły,

I warcząc, burze i zniszczenie niosły.

Wszyscy Bogowie pobledli, a ludzie

355

Zbudzeni ze snu, padli na modlitwę.

Porwał się ojciec, i co w ręku trzymał,

Z gniewem wyrzucił na przelękłą ziemię.

Leciał słup ognia i utonął w morzu,

Aż morze prysło, ziemia się strzaskała.

360

— Gdzież jest ten człowiek? gdzie Milda? — zawołał;

I wnet dwa duchy zpod[72] nóg jego wstały;

Skinął — już oba na ziemię leciały.

Aussra na nieba znowu śpieszy wschodnie,

Ażeby słońce wstające z kąpieli

365

Uprzedzić chwilą i światu zwiastować.

Tymczasem niebo chmurzyło się, wrzało,

Słońce wschodzące w obłok się nurzało;

Z północy, wschodu, zachodu, południa,

Czarne osłony kryły niebo jasne;

370

W chmurach już Perkun buczał groźbą straszną.

Przed któréj głosem, co żyje na ziemi,

Od drobnych muszek aż do dębów świętych,

Tuląc się, płaszcząc, zginało i drżało.

Wiatr, ŻywiołyDwa duchy w chmurach leciały na ziemię,

375

I, jak dwa czarne słupy, się spuściły,

I na przeciwne strony się rozbiegłszy,

Na rękach wiatru winnych pogoniły.

Zemsta, DuchGrajtas[73] od Mildy gaju się zawrócił,

Puszczą się łamiąc, jak ogar za źwierzem,

380

A w drodze drzewa walił poza sobą,

Wysuszał błota, wodą zlewał pola,

Piaskami kręcił, mącił rzeki do dna.

Ponad nim chmury, jak nad ścierwem krucy[74],

Pod nim zniszczenie i postrach leciały.

385

Biegł, potém stanął, jakby śladu szukał,

I niecierpliwy rył ziemię do głębi,

Kręcąc się w miejscu; potém znowu ruszył,

I stanął znowu. Romois szedł przez puszczę

Z oszczepem w ręku i łukiem napiętym.

390

Uczuł go Grajtas po woni, uścisku,

Po tchu zaprawnym Bogini oddechem,

I warknął w górze, a potém się groźny

Zwalił na niego, jak dąb na krzewinę.

Lecz Romois, jakby przykuty do ziemi,

395

Nie zadrżał nawet. Duch podniósł się znowu,

Dokoła obiegł, cisnął wodą w oczy,

Piaskiem i błotem, i drzewy[75] całemi

Miotał na niego, jak deszczem na skałę.

On jedną ręką pociski odpychał,

400

Drugą, jak gdyby widział zemsty posła,

Groził, podnosząc twardą ragotinę[76].

Ale już Grajtas postać swą odmienił,

Leciał na niego ogromnym niedźwiedziem.

Podobnego mu nadniemeńskie puszcze

405

Od potopowych czasów nie widziały.

Na grzbiecie czarna sierść mu się jeżyła,

Oczy, jak głównie[77] nocnego ogniska,

Łapy, jak dębu świętego gałęzie.

Stanął, zaryczał; lecz nim padł na niego.

410

Już Romois, oszczep podniosłszy do góry.

Zwalił go w głowę i czaszkę roztrzaskał.

Wnet Grajtas zrzucił z siebie meszki[78] postać,

I znowu dzikim wilkiem się ukazał.

Zawył, padając pod Romoisa nogi.

415

On krok odstąpił, ragotinę rzucił,

Oburącz źwierzę za gardło pochwycił.

Strząsnął, i o pień odwiecznego dębu

Nieprzyjacielem z całych sił uderzył;

A w oczach jego nie przestrach milczący,

420

Lecz gniew wrzał zjadły, z jakim straszne Bogi

W chwili nieszczęścia na ziemię patrzają.

Walka, Potwór, SamobójstwoA Grajtas jeszcze przywdział smoka postać,

I jak Didalis[79] w powietrze się wznosił.

Żółtą miał głowę, koronę na głowie;

425

Łuskowy pancerz połyskał na grzbiecie

I ogon w sploty zwinięty okrywał;

Na barkach skrzydła skórzane rozpięte,

Pod brzuchem dwoje orlich szpon wisiało.

Świsnął, a ptacy[80] padali nieżywi,

430

I źwierz przelękły gnał się w knieje ciemne.

Ujrzał go Romois, lecz się już nie bronił;

Uczuł, że ludzką nie zmoże go siłą.

I próżno walczyć, i paść by wstyd było.

Porwał swój oszczep, ostrzem w pierś skierował;

435

A nim smok z góry spuścił się na niego.

Trup tylko krwawy drgał, leżąc pod drzewem.

Grajtas zobaczył, gdy duch ulatywał,

I znowu wichrem w niebo się zawrócił.

Drugi brat olbrzym gonił Mildy śladem.

440

Lecz Kierszus[81] cięższą obrał część dla siebie:

Bo któż wyśledzi, kto Bóstwo odkryje.

Co tysiąc kształtów, tysiące postaci

Zmieni na chwilę w jedno oka mgnienie.

Światy przeleci i mija przestrzenie?

445

Kierszus się ubrał długą szatą chmury,

I czarném okiem mierząc ziemię z góry,

Na próżno badał znikłéj Mildy śladów.

To na południe twarzą się obracał,

To ku północy wybiegał zajadły.

450

To do zachodu z wiatrami się gonił,

I wracał na wschód, a wszystko na próżno.

Nareście[82] drżący od gniewu i znoju,

Wrócił na Dungus, padł u stóp Perkuna,

I warczał tylko, nie śmiejąc przemówić.

455

— Zkąd[83] wracasz? — spytał straszny Bogów ojciec.

— Biegłem za Mildą, byłem na północy,

Byłem na świata południowym kraju,

I tam, gdzie słońce do kąpieli schodzi,

I kędy ze swych wyjeżdża pałaców.

460

Nigdzie jéj śladu, nigdzie po niéj znaku,

I wieści nawet nigdzie nie złapałem. —

A Perkun skinął, i Kierszus pod nogi

Padł znowu, jak pies na skinienie pana.

Grajtas czekając, aż go ojciec spyta,

465

Podnosił głowę i patrzał mu w oczy.

— Cóżeś ty zrobił? Gdzie teraz ten człowiek? —

— Leży zabity w nadniemeńskiéj puszczy —

Rzekł, i pod stopy pana się położył.

Milda wybiegła ze świętego lasu,

470

I zaraz mieniąc[84] piękną postać swoję[85],

Niepostrzeżona, to gwiazdą leciała,

To listkiem, wiatróm[86] unosić się dała,

To w chmurach deszczem wilgotnym przesiękłych[87]

Skryta, nie wiedząc, gdzie się kierowała.

475

W sercu jéj smutno, ciężko, niespokojnie,

A w łonie dziécię gwałtownie się rzuca;

Głowę myśl ściska, ciało mróz przejmuje.

Choć nieśmiertelna, a jednak się lęka,

Bo nadzwyczajną boleść w sobie czuje.

480

W chwili, gdy Grajtas, rozpostarłszy skrzydła,

Smokiem się z góry na Romoisa rzucał,

Kiedy pierś jego oszczepem rozbita

Ze zwłok zmęczonych uwolniła ducha,

Milda uczuła śmierć swego kochanka.

485

Duch jego lecąc do wschodniego kraju,

Zaszumiał blizko[88] i mignął koło niéj.

Lecz tyle strachu było w sercu Mildy,

Że nowa boleść już jéj nie dotknęła.

Spójrzała[89] tylko, jękła[90] i leciała —

490

Gdzie? — sama nie wié. A chmury ją niosą,

A nad nią niebo zagniewane, czarne,

Milczące, jakby przed burzy nadejściem.

Nagle jéj dziécię rzucając się w łonie,

Obudza Mildę z zdrętwiałej rozpaczy.

495

Czuje, że wkrótce da życie synowi,

Że czas mu począć utrapione życie,

I matce z nim się na wieki rozdzielić.

Lecz gdzie go złoży? komu go powierzy?

I gdzie się skryje, by go na świat wydać?

500

Myśli, wtém pamięć przychodzi jéj w smutku.

W głębi Pragaras[91] jest Poklus, Bóg zemsty.

Twarz jego blada; słupem oczy stoją;

Na głowie siwy włos płachtą pokryty;

Czérwona broda na piersi mu spływa,

505

W których litości nie znajdziesz kropelki.

On męczy duchy, gdy wynijdą[92] z ludzi;

On zbrodniów[93] straszyć zstępuje na ziemię;

On trzykroć stając w oczach występnemu,

Grozi mu póty, aż krwawą ofiarą

510

Gniewu i zemsty jego nie przebłaga.

Władzca otchłani ma żonę Nijołę.

Niegdyś on sercem namiętném ją kochał;

Lecz młodą jeszcze uniósłszy od matki,

W zastygłém sercu miłość dla niéj stracił,

515

I zamiast raju, który obiecywał,

Dręczył Nijołę, jak podwładne duchy.

Nieraz już ona zbiegłszy po kryjomu,

Prosiła Mildy, by kroplę miłości,

Choćby kropelkę wlała w serce męża,

520

I osłodziła wieczność utrapioną,

Bez końca i bez nadziei męczarnie.

Miłosierdzie, InteresLecz wówczas Milda, Bogini roskoszy[94],

Nie chciała zstąpić na chwilę w otchłanie.

Miléj jéj było nad Kownem wzlatywać,

525

Miłośnych dajnos[95] słuchać z Niemna brzegów,

Z ołtarzy wonne odbierać ofiary,

I sypiąc szczęście, krążyć ponad ziemią,

Błogosławieństwy i dzięki[96] się pojąc.

Teraz, gdy Milda boleści poznała,

530

Kiedy już nad nią ręka ojca mściwa

Wisi i grozi nieuchronną karą,

Kiedy się nié ma schronić gdzie z dziecięciem,

Wspomniała przecię na prośby Nijoły.

Może Romoisa duch lecąc w tę stronę,

535

Za sobą biédną pociągnął kochankę.

W chwili się z chmury zsunęła ku ziemi,

I już przed wroty[97] Pragaru stanęła.

Zaświaty, OtchłańNie było straży u wejścia otchłani:

Bo wszystko od niéj z dala uciekało,

540

Duchy wysoko ponad nią leciały,

Źwierzęta[98] wrota straszliwe mijały,

I ludzie mimo przechodzić nie śmieli;

A duchy do niéj wepchnięte za karę,

Przykute w głębi na wieki, jęczały,

545

I wrót już więcéj nigdy nie widziały.

Z paszczy otchłani buchał jęk stłumiony,

Jakby tysiąca nieszczęśliwych głosy,

Którzy po bitwie na polu konają,

I śmierci prędkiéj, cierpiąc, wyzywają.

550

Milda drżąc w progi piekielne wstąpiła.

Piérwszy raz jeszcze w nieśmiertelnym życiu

Słysząc, jak jęczy, jak woła cierpienie,

Wybladła, w otchłań głęboką leciała,

Drżąca, jak listek osiny od burzy.

555

Pomiędzy duchów uwięzionych tłumy,

Których jęk w smutném sercu się odbijał,

Dwoił w niém, ściskał przestraszoną duszę.

Stanęła wreście[99] przed Poklusa żoną.

Lecz w niéj zaledwie Boginię poznała.

560

Blade jéj lica męczarnie zorały;

Włos miała siwy i oczy przygasłe;

Kłosisty wieniec usechł na jéj skroni;

I szata czarna, pomięta, zbroczona,

Tuliła kości od boleści wyschłe;

565

Łono zapadłe i wychudłe ciało;

Na dłoni sparte utrzymując czoło,

Głęboko, smutnie w przeszłości dumała,

Że Mildy nawet wejścia nie słyszała;

Lecz jakby bytność Bogini przeczuła,

570

Oczy ożyły, wzrok się zapromienił,

I oddech prędszy podniósł piersi wyschłe.

Zadrżała Nijoła, i zwróciwszy głowę,

Padła przed Mildą z krzykiem na kolana.

— Przecięż[100] ty tutaj! litość cię prowadzi!

575

Patrz na mnie, siostro! Jam tu, jak te duchy,

Jak Jodsów dusze, w otchłani przykuta,

Cierpię, i nie wiém, za co te cierpienia!

Cierpię, i nie wiém, kiedy koniec męce!

Siostro! miéj litość! Ty skinieniem jedném

580

Możesz odmienić los i nędzę moję[101]

W szczęście, jakiem się tobie mili poją! —

— Co zechcesz, każesz — Milda jéj odpowié —

Zrobię ci wszystko; lecz, siostro, jam sama,

Jak ty, dziś biédna! jak ty! stokroć gorzéj!

585

Na mnie już Perkun pioruny gotuje,

Za mną olbrzymi wysłani latają;

Tu nawet mogą napaść mnie ukrytą.

O! nie ja ciebie, ty mnie ratuj, siostro!

Mego kochanka zabił ojca poseł.

590

I za mną gonią; a choć nie zabiją.

Dziécię mi wydrą, rzucą gdzie w przepaści.

Na dziką wyspę, między dzikie źwierzę,

A mnie za karę na morza wygnają,

Wkują do łodzi bez wiosła i stéru,

595

Na całą wieczność płakać, i łzy moje

Mięszać[102] z białego morza słoną wodą.

Ja ciebie błagam, ratuj mnie, Nijoło!

W serce Poklusa wszystką miłość wleję;

Co mam, ci oddam: młodość nieśmiertelną,

600

Roskosz[103], nadzieje, co chcesz, czego pragniesz;

Ja twoje włosy zsiwiałe odżywię,

Serce rozgrzeję, lica zarumienię,

Ciało odżywię i młodość przywrócę.

Lecz ocal dziécię! ocal dziécię moje!

605

Błagam cię, siostro! — To mówiąc, upadła,

Wzywając Lajmy[104], rodzących Bogini,

I tak, jak prosta niewiasta, jęczała.

Ale nie boleść jęki jéj wyrwała:

Ona już syna trzymając na ręku,

610

Łzami tak jego oblewała przyszłość,

Nad ojca losem i nad nim jęczała.

— Siostro! weź — rzekła — weźmij mego syna.

Niech go gdzie prosta kobiéta wychowa;

Niech nie wié, kto mu ojcem, a kto matką;

615

Niech długo nie wié! Ja ponad nim z dala

Będę czuwała macierzyńskiém okiem.

Dając mu życie, ciężki los mu dałam;

Serca o przyszłość wówczas nie pytałam;

Ale do walki ja udzielę siły.

620

Wzrośnie on! wówczas drżyjcie nawet Bogi!

Olbrzymy! ludzie! uderzcie mu czołem!

Wszystkich on ziemi mieszkańców zwycięży.

Króle i duchy zdumieni upadną

I harde głowy u stóp jego skłonią.

625

W kolebce wrogi mogłyby go zdusić.

Ty, siostro, ukryj niepoznane dziécię;

A za to jakiéj zapragniesz ofiary.

Jakiéj zażądasz ode mnie nagrody.

Wszystko dla ciebie, dla niego uczynię! —

630

Rzecze Nijoła: — Wróć mi męża miłość!

Ja syna twego ocalę, ukryję,

Najlepszéj straży tajemnie poruczę,

I za to tylko chcę kroplę miłości.

O! gdybyś mego życia tajemnice,

635

Mąk moich wszystką okropność wiedziała!

Co mi z tych ofiar, które ludzie święcą?

Co mi z tych modłów do mnie się cisnących?

Co mi z ołtarzy, które biédni stawią?

Lepiéj mi było, gdym nie żoną Boga,

640

Lecz wolną była litewską dziewczyną.

Krumine matka próżno się cieszyła,

I z méj młodości na przyszłość wrółyża

Mnie szczęścia wiele, a sobie pociechy.

Porwał mnie Poklus sponad brzegów Rosi.

645

Płakałam biédna, lecz nie dzisiejszemi,

Nie temi łzami, któremi dziś płaczę.

Tamto łzy były za matką kochaną,

Dzisiejsze moje za przeszłością całą.

W początkach jeszcze los mój był znośniejszy.

650

Choć już nie taki, jaki był u matki,

Kiedy po łąkach zielonych biegałam,

I w łzy nie wierząc, z cudzych łez się śmiałam.

Wówczas ja byłam młodą i szczęśliwą,

Póki znad Rosi przeklętego brzegu

655

Poklus przez sine nie ujrzał mnie wody,

I do otchłani nie porwał za sobą.

Rok ledwie cały w piekle mi upłynął,

Zaledwie matka z odwiedzin wróciła

Królować w swoim ponad Rosią kraju,

660

A szczęście moje zaraz się zmieniło,

Zsiwiał włos wcześnie, łzy oczy wyjadły,

Westchnienia pieni dziewicze rozbiły.

Ciału zabrakło i zdrowia i siły,

A duszy szczęścia, którém człowiek żyje.

665

Poklus ode mnie dzieci poodbierał

I miłość swoję[105] odebrał na wieki,

Samą mnie tylko z pamięcią zostawił!

O siostro! wróć mi choć kroplę miłości!

Wróć, jeśli możesz, szczęście choć na krótko! —

670

A Milda rzekła, wyciągając ręce:

— Podaj mi czarę, z któréj Poklus pije. —

Nijoła spiesznie złoty róg podała.

Bogini nad nim długi włos czesała,

Szeptała słowa i czyniła znaki.

675

— Z téj czary — rzekła — gdy Poklus wypije,

Znowu cię piérwszą miłością pokocha.

A miłość jego już nigdy nie minie.

Teraz weź syna! Ja na Dungus lecę;

Tam sama stanę w groźne ojca oczy;

680

A jeśli na mnie piorunem uderzy,

Jeśli na wieczne męki mnie odrzuci

I nieśmiertelną do Pragaru skaże,

To syn mój, syn mój przynajmniéj zostanie;

A może kiedy za ojca, za matkę.

685

Może się pomści. —

To mówiąc, ściskała,

Nie mogąc jeszcze z dziecięciem się rozstać;

Rzuciła potém na ręce Nijoły,

I jęcząc, oczy od niego zwróciła,

690

Żeby nie widząc, łatwiéj go porzucić.

Łzy, KwiatyLeciała, więcéj nie zwracając głowy,

A drogę łzami srébrnemi skapiała;

I gdzie łza padła, kwiat wyrósł na ziemi,

Z spuszczoną głową, a listki blademi.


695

Stanęła drżąca Milda przed Perkunem.

Wokoło niego siedzieli w milczeniu

Bogi, Boginie i niebieskie duchy.

Wszyscy zadrżeli, gdy na Dungus weszła;

Zdziwienie usta otwarte zamknęło;

700

Szmer nawet ucichł; i jak się przed burzą

Ciszy szum wiatrów i chmur kołysanie.

Tak w niebie wszystko głębokiém milczeniem

Okryte, burzy czekało ze drżeniem.

A Milda, złote rozpuściwszy włosy,

705

Z rozdartą suknią, z zapłakaném okiem,

Śmiała stanęła przed ojca obliczem;

I jakby sądu bezbronna czekała,

Niema, wśród Bogów zadziwionych stała.

Wtém Pramżu, który wié, co jest i było,

710

Pramżu, którego sam Perkun szanuje,

Stary jak światy, a mądry jak wieki,

Podniósł głos cichy wśród milczących dzieci.

Zemsta, Los— Synu mój! — rzecze, patrząc na Perkuna —

Na przeznaczenia kamieniu wyryto,

715

Że Milda będzie raz kochać człowieka,

Że się z niéj wielki bohatér urodzi,

I że Bogowie tę miłość przebaczą.

Wiesz, że co ręka Przedwieczna wyryła,

Żaden z nas tego, synu, nie przemoże;

720

Ani ty, ni ja, nie zmienim wyroku.

Nie sądźmy Mildy. Ona już skarana:

Ten, co ją kochał, wszak leży zabity,

I czoło wstydem zranione, i dusza

Boleje ciężko za przestępstwo swoje.

725

A Perkun zadrżał, piorunami strząsnął,

I wzrok rzucając na Mildę gniewliwy,

Dziecko— Nie! — rzecze. — Jeśli kamień przeznaczenia

Nosił te słowa, wyryte od wieka,

Że Milda syna mieć będzie z człowieka,

730

Że Mildzie Bogi jéj zbrodnie przebaczą,

Nié ma tam pewnie dziecku przebaczenia!

Niech powié, gdzie je rzuciła kryjomo.

Porwać je zaraz i utopić w morzu,

Albo na pastwę dać dzikiéj potworze.

735

Wówczas swobodna na Dungus powróci.

Jeśli nie ona, niech dziecko nieprawe,

Zrzucone z ziemi do otchłań Poklusa,

Tysiąc lat płacze nad matki występkiem.

Tak, Pramżu! jeśli jednemu przebaczym,

740

Wszyscy ztąd[106] pójdą po kochanków ludzi,

I świat zarzucą olbrzymów potomstwem,

Które się kiedyś na Dungus dobędzie[107]. —

A Pramżu, siwą pogładziwszy brodę,

Rzekł znowu:

745

— Synu! daj pokój dziecięciu.

Jest napisano[108] na odwiecznym głazie,

Że go i Perkun nawet nie zwycięży,

Aż on wprzód wszystkich na ziemi połamie,

I imie[109] swoje na świat cały wsławi.[110]

750

Gdy nic mu zemsta twoja nie zaszkodzi,

Za cóż go nękać, jéj serce rozdzierać? —

— Jest napisano, że ja, pan piorunu,

Ja, co gdy w ziemię uderzę, drży cała,

Ja, co gdy ześlę dwóch tylko olbrzymów,

755

Morza jéj z brzegów na ludzi wyleję,

Ja, co skinieniem gniotę głów tysiące,

I, jak robactwo, oddechem wymiatam,

Ja nic nie zrobię? i komuż? dziecięciu?!

— Jest napisano na przeznaczeń głazie.

760

Tego wyroku nikt z nas nie odmieni. —

Słysząc to Milda, dziękowała Pramżu

Po cichu sercem, wzrokiem i westchnieniem;

A potém śmielsza o dziécię kochane,

Groźnemu Bogu w oczy przystąpiła.

765

Wina, Kara— Ojcze mój! — rzekła — takżeś to dziecięciu,

Takżeś to Mildzie, córce twojéj, srogi?

Czyżem na taką zasłużyła karę,

Że raz w lat tysiąc, ja, co miłość daję,

Ja, co nią życie na ziemi osładzam,

770

Rzucając między tyle cierpień, znoju,

Żem jéj dla siebie jedną kroplę wzięła?

Czyż wina moja nie do przebaczenia?

Bogini morza kochała rybaka[111]

Piorun twój, Ojcze, strzaskał jéj pałace

775

I nad wodami odebrał królestwo.

Toż będzie ze mną? toż będzie z dziecięciem?

Nigdyż nikomu nie przebaczysz? Ojcze!

Człowiek przez twego posła dziś zabity,

Wart był miłości. Nie prosty to wieśniak.

780

Oblicze boskie w urodzenia chwili

Dała mu Lajma[112], i duszę tak czystą,

Jak duchów, które na Dungusie siedzą.

Romois, Perkunie, wart był téj miłości,

I on się do niéj przeznaczony zrodził.

785

Jak on, drugiego nie widziała Litwa;

Od tego morza, co jéj brzegi płócze[113],

Aż po te drugie, którém świat się kończy,

Jak on, drugiego nigdy nie zobaczy.

Za cóż mnie karać? za co dziécię moje?

790

Jeśli kto winien, winno przeznaczenie,

A po niém, Ojcze, nie dziécię — ja, matka! —

A Perkun na to zawoła ze złością:

— Twój syn się kiedyś, jako syn Bogini,

W niebo bić będzie. Ziemia mu za mała,

795

Świst mu za ciasny i morza za płytkie;

Wszystko tam będzie dla niego nikczemném.

Zechce tu głową dostać do Dungusu,

Pod nogi moje będzie bił ciemieniem,

A wówczas może i ja go nie zmogę. —

800

— Ojcze mój! syn to słabego człowieka.

Od nigdy wzrokiem nie sięgnie wysoko.

Dosyć mu będzie świata, wody, ziemi.

Nigdy on nad to więcéj nie zapragnie! —

— Jeśli po ojcu wziął serce potomek,

805

On tak, jak ojciec, sięgać będzie Bogów.

Nie! ścigać za nim będą duchy moje.

Gdziekolwiek Grajtas to dziécię odkryje,

Niech je utopi, zamęczy, ubije,

Niech je do morza głodnym rybóm[114] rzuci,

810

Niech puszcz źwierzętóm[115] odda na pożarcie,

Lub duchóm w piekieł zapędzi otchłanie,

Byleby wstyd ten nie mieszkał na ziemi.

Tobie przebaczam, lecz nigdy dziecięciu.

Biada mu, jeśli Grajtas je odkryje!

815

Puszczam go za niém, jak za dzikim źwierzem

Puszczają strzelcy zajadłe ogary.

Niechaj przetrzęsie ziemię z końca w koniec,

Niechaj go szuka wszędzie, i w otchłani,

I w głębi wody, na paszczach u źwierza,

820

Gdzie tylko żywych głos jaki usłyszy,

Gdzie ziemia rodzi, a twór jaki dyszy. —

Słysząc to Pramżu, potrząsł głową siwą,

I milczał stary, a mówił oczami:

— Nic mu nic zrobi duch zemsty Perkuna,

825

Aż wprzódy wszystkich zwycięży na ziemi

I największego z swych wrogów pokona. —

Mildzie się z oczu srébrne łzy puściły,

A serce piersią wezbraną rzucało.

Boleść jéj widząc zazdrośni Bogowie,

830

Szeptali z śmiechem, zemstą się cieszyli,

Palcem zajadli, szydząc, wytykali.

A Grajtas, głowę zwiesiwszy z obłoka,

Wzrokiem zabójczym patrzał się na ziemię.

Wtém usnął Pramżu, w Dungusie milczenie,

835

Perkun twarz groźną od Mildy odwrócił

I nogą duchy na ziemię wyrzucił.


Milda zleciała z Kaunisem[116] na Litwę,

Nad martwe ciało swojego kochanka.

Łatwo ślad było znaleźć, kędy bieżał;

840

Bo Grajtas, goniec, drzewa powywracał,

Bo ziemię porył, porozlewał wody,

Széroką drogę rozesłał za sobą.

Śladem więc biegła Milda, kędy ciało

Martwe, bez duchu, w głębi puszcz leżało.

845

A tam już ojciec, i bracia, i siostry,

Nad trupem jego łzy lejąc od rana,

Kładli stos wielki ze smolnéj sośniny,

W dolinie, którą głuchy las otaczał,

W pośrodku któréj pagórek zielony

850

Wznosił się darnem i krzewem okryty.

Na nim to łoże Romoisa usłano,

I zimne ciało z oczy zwróconemi

Ku wschodniéj ojców leżeć miało ziemi.

PogrzebKapłani, z Kowna na pogrzeb wezwani,

855

Siedém kroć białym pasem przepasani,

Mieczem na duchy piekielne machając,

Krzycząc, od ciała precz je odpędzali;

Potém je kładli na wierzchołek stosu,

Gdzie go już łoże słomiane czekało.

860

Na niém w wojenném spoczywał ubraniu,

Z mieczem u boku, łukiem i oszczepem.

Na szyi jego ręcznik wisiał biały,

A w węźle pieniądz na wieczności drogę.

Przy nim kładziono oręże rycerza,

865

Gięty łuk jego, sahajdak i strzały.

Drzewce, oszczepy, i dwa miecze białe.

Drogie dwa miecze, jakim w Litwie całéj

Może dwóch drugich podobnych nie było,

Chyba na skarbcu u piérwszego xięcia[117].

870

Kładli dokoła sprzęt jego wojenny,

Krzycząc na duchy starzy lingussoni[118];

A krewni wiedli psy jego najmilsze,

Białe sokoły, które pieścić lubił,

Konia siostrzyną karmionego ręką,

875

I brańców kędyś z dalekiego kraju,

Których wziął Romois u białego morza,

Gdy z wielkich łodzi wypadli na Litwę.

Kapłan miał węgiel ze Znicza ołtarzów;

Modląc się, dmuchał i ogień podłożył;

880

A płomień, skwarcząc, stos z dołu opasał,

I żółtém objął dokoła ramieniem.

Naówczas dwakroć boleśniejsze głosy

Z tłumu się krewnych i przyjaciół wzbiły;

I Milda, lecąc smutna ponad ziemią,

885

Łzę nieśmiertelną nad stosem wylała;

A łza jéj padła na piersi zmarłego

I pożegnanie ostatnie im dała;

A duch je uczuł we wschodniéj krainie,

I za żywotem westchnął upłynionym.

890

Daleko w puszczy rozległy się głosy,

Raz cichsze, znowu wrzaskliwe, płaczące,

To w śpiew zmienione, to w jęki boleści.

Krewni z oczyma na stos wlepionemi

Taką pieśń smutku z kapłany[119] nócili[120]:

Rauda

895

Czy ci co brakło? czy ci źle było?

Po coś nas, bracie, porzucił?

Czy głodno w domu, z nami niemiło?

Czyli[121] cię z nas kto zasmucił?

Czyś nie miał w źwierza bogatych lasów?

900

Nie miał oszczepu na łowy?

Czyś nie miał w twojéj chacie zapasów?

Czyś nie miał złożyć gdzie głowy?

Czyśmy cię, bracie, nie dość kochali?

Czyliś niewierną miał żonę?

905

Czy dzieci twoje cię nie słuchali,

Żeś uciekł w daleką stronę?

Po cóżeś, po co samych zostawił?

Po coś nas, bracie, porzucił?

Matce i żonie serce zakrwawił,

910

Braci i siostry zasmucił?

Rauda II. Wejdalota

Poszedł, gdzie cienie ojców wołały,

Na wieczności góry wschodnie,

Puszczać na Jodsów[122] zatrute strzały,

Pić z ojcami alus[123] biały,

915

Źwierza uganiać swobodnie.

Rzucam ci na stos rysie pazury,

Jastrzębie i orle szpony.

Niemi się wdrapiesz na strome góry,

Przejdziesz przepaści, przebijesz chmury,

920

Wejdziesz w kraj ci przeznaczony.

Rauda III. Tilussoni i Lingussoni

Widzim ducha — na wschód leci;

Dziarski pod nim koń;

Na nim zbroja srébrna świeci;

W złotym hełmie skroń.

925

Już po płaskiéj drodze ściga

Przez nieba na wschód;

W każdym ręku trzy gwiazd dźwiga,

Które z nieba zmiótł.

Na ramienia sokoł siada,

930

I pies bieży w ślad,

I przyjaciół z nim gromada

W wschodni lecą świat.

Za nim ojców cienie płyną,

Gwiazdy świecą z gór —

935

Lecą, lecą, lecą, giną

W złotym płaszczu chmur.

Rauda IV. Lingussoni

Nie płaczcie po nim — tam kraj swobody,

Tam ojców naszych świat;

Tam wiecznie silny, na wieki młody,

940

Nie przeżyje swych lat.

Raj, ZaświatyNie płaczcie za nim — jemu tam lepiéj:

Bo Lachów nié ma tam;

Rusin i Niemiec go nie zaczepi;

Ze swemi będzie sam.

945

Z cieniami ojców, z Kunkietojami[124]

Jodsy tam będzie gnał;

Będzie miał dzikich źwierząt stadami,

Sto łuków, tysiąc strzał.

Będzie pił alus[125] żubrów rogami;

950

Cienie wrogów będzie bił;

Siędzie do uczty wielkiéj z Murgami[126]

Będzie jadł, strzelał i pił.

Rauda V. Wejdalota

Duch jego już się na Anafiel[127] drapie

Po śliskiéj drodze szponami jastrzębia,

955

Pazury wilcze i rysie zagłębia,

A koń drży, parska i chrapie.

Na próżno Wiżun[128] wygląda z pieczary,

Z paszczą otwartą patrzy na rycerza.

On w górę patrzy, nie widzi poczwary,

960

W górę on patrzy i zmierza.

Oto już wdarł się, psy za nim i sługi,

I sokoł leci, i trzy gwiazdy świecą,

I orszak cieniów wlecze się z nim długi

Wszyscy razem na wschód lecą.


965

Ogień, ObrzędySłuchając pieśni, płakali przytomni[129];

A płomień, coraz wyżéj wznosząc głowę.

Konia, i trupa, i psy, i sokoły,

Gęstemi sploty dokoła otaczał;

Potém, gdy wiater na dół go odrzucił,

970

Czarne na stosie skwarczyły się ciała,

Których już nawet przyjaciela oko

I serce matki rozpoznać nie mogło.

A niewolnicy, wyciągając ręce,

Jęcząc boleśnie, rzucali się z stosu

975

Ku swoim żonóm[130], co biedne płakały,

Ku dziecióm, które na nich zawołały,

Ku bracióm tęsknie patrzącym za niemi;

I koń się zrywał na pasze zielone

W stepy i lasy do rżącego stada;

980

Psy wyły smutnie za braćmi ogary,

Brzęcząc łańcuchem, co je w ogniu więził;

I sokoł próżno skrzydły wzniesionemi

W chmury chciał lecieć z ptaki krążącemi.

Wszystko płonęło, aż Romoisa ciało

985

Wkrótce się w zgliszcze i popiół zmięszało[131],

I z niemi razem tocząc się na ziemię,

Nierozpoznane sprzed oczu zniknęło.

I było słychać tylko ognia głosy,

To syk, to chrzęsty, to główni trzaskanie;

990

Czarny dym wlókł się głęboko w dolinie;

Stos obalony słał się węgla kupą

I gasł powoli.

Wówczas przyjaciele

Poszli i kości szukali w popiele;

995

Zebrali szczątki, w naczynie zamknęli

I do naddziadów ponieśli mogiły.

Tam razem, co kto najdroższego nosił,

Złoto i bursztyn, łańcuchy, pierścienie,

Rzucano na grób, by na tamtym świecie

1000

Znalazł, co tutaj za życia używał.

I łzy zebrane, po zmarłym wylane,

W naczyniach u stóp jego położyli;

Na skroń mu węża kładli święconego,

Który troistém[132] opasał je kołem,

1005

Jak wał od duchów wznosząc się nad czołem.

A gdy mogiłę zaparto kamieniem,

Gdy tilussoni[133] modlitwy skończyli,

Kiedy Kabiróm[134] wylano ofiary,

Młodzież, na grobie goniąc z oszczepami,

1010

Zmarłego mienie bojem zdobywała,

I smutną kończąc ten obrzęd biesiadą

Na grobie, ojców śpiewami żegnała,

Kości od uczty i Romoisa cząstkę

Bogóm podziemnym kładąc na ofiarę.

1015

Aż zgasły ognie, rozpierzchły gromady,

I pusto znowu w dolinie i w lesie.

Z krewnych nie jeden żal na sercu niesie,

I wspominając o Romoisa czynach,

Smutny do chaty bezpańskiéj powraca,

1020

Gdzie z sutą ucztą stypa gości czeka.

A próżny stołek, miska wywrócona,

Zmarłego oczóm i sercu wspomina.

Milda na wszystko z wysoka patrzała,

I nieśmiertelna, kryjąc boleść w sercu,

1025

Poszła do Kowna, gdzie ją nad ołtarze

Próżno pieśniami stęskniony lud wzywał.


Nijoła dziécię ukryła do nocy;

Zeszła na ziemie, gdy Poklus usypiał,

Niosąc je z sobą, nie wiedząc, co począć,

1030

Tuląc płacz dziecka uściskiem trwożliwym.

Szła pustym światem, bez myśli przed siebie.

Smutna noc w czarnéj ponad nią osłonie,

I chmury płyną od północy ciężkie,

I wiatr wierzchołki drzew zgina do ziemi.

1035

Aż drogi w troje przed nią się rozłamią.

Stała, i myśli, którą pójść, Nijoła.

A wtém na pamięć matka jéj przychodzi,

Matka tak dawno przez nią zapomniana,

Do któréj dotąd nie śmiała zaglądać,

1040

Żeby jéj swoich nie odkryć boleści.

Więc w prawo ku niéj prędko się zawróci,

I bieży bez tchu ponad Rosi brzegi,

Gdzie gród Kruminy i zamek na górze.

Sen, SielankaWszystko tam razem z słońcem spać się kładło,

1045

Wszystko spokojnym snem już spoczywało,

A Brekszta[135] lała słodkie sny na głowy,

Które po ciężkiéj pracy koło roli,

Nim w niebie Aussra, xiężyca[136] kochanka,

Uśmiechem dniowi otworzyła wrota,

1050

Krótkiéj roskoszy[137] w spoczynku szukały.

Wokoło zamku, wiatrami drażnione,

Zboża na łanach także spać się zdały,

I jakby do snu lekko kołysały,

Wirszajtos domu i chlewów pilnował;

1055

A Usparinia, siedząc nad granicą,

Zbłąkane stada bydląt odpędzała

Od plennych łanów i kwiecistych grządek.

Weszła Nijoła na ojczyste progi.

Młodość, Wspomnienia, Kondycja ludzkaSerce wspomnieniem młodości jéj biło,

1060

A w oczach łzami zroszonych się ćmiło:

Bo przypomniała te młodości lata,

Których i w niebie zapomnieć nie można;

Chwile złocone, które Bogi ludziom

Kładną na brzegu czary przeznaczenia,

1065

By ich wspomnieniem reszty życia słodzić;

Chwile złocone, które im są daléj,

Im je człek głębiéj za sobą porzucił,

Tém częściéj pamięć w przeszłości je ściga.

U wrót się czujne psy szczekiem ozwały,

1070

Lecz, jakby córkę swéj pani poznały,

Padły jéj u stóp i nogi lizały;

Czujni parobcy, pałacowi stróże,

Z snu poczętego z strachem się zerwali;

Krumine sama uwieńczoną głowę

1075

Podniosła z łożu, w podwórzec wyjrzała.

O! gdzież dziecięcia macierzyńskie oko

Nie ujrzy z dala, z dala nie przeczuje?

Nim na krużganki Nijoła wstąpiła,

Już ku niéj matka biegła niespokojna

1080

I w progu jeszcze uściskiem witała;

Lecz widząc dziécię na ręku Nijoły,

— Cóż to jest? — rzecze — to niemowlę twoje?

Czyli cię Poklus z niém razem wypędził? —

— Nie, matko! — rzekła — dawno nie mam dzieci,

1085

I wnuki moje ode mnie odbiegli!

To obce dziécię, to dziécię Bogini,

Pod twoję[138], matko, przynoszę opiekę. —

Naówczas długo jęła opowiadać

Naprzód o Mildzie, a potém o sobie,

1090

Swojego życia i losu nie tając.

Nieraz Krumine łzami się oblała;

Lecz kiedy wolę przedwieczną wspomniała,

Którą w Staubunów[139] wyczytała lesie,

Wyrytą ręką Pramżu na kamieniu,

1095

Cieszyła córkę, nie śmiała wstrzymywać;

I polecając Budintoj[140] opiece,

Nazad do męża ze łzami wysłała.


Krumine dziécię w głębią[141] puszcz oddała

Prostéj kobiécie, żeby ukrytego

1100

Perkun nie dojrzał w nieznanym zakącie,

W prostéj, ubogiéj niewolnika numie[142].

Tam ssąc pierś czarną, w chłodzie i ubóstwie,

Szmatą okryty, syn Mildy Bogini

Z dzieciństwa wyssał bogactwa pogardę

1105

I siły w życiu do walki potrzebne.

A dzicy jego przybrani rodzice

Widzieli nieraz z przestrachem i trwogą,

Jak święty Żaltis[143] w kolebce go pieścił;

Jak psy się przed nim korząc, kładły drżące;

1110

Jak nieraz, kiedy sam jeden na dworze

Igrał z swojemi braćmi i siostrami,

Wilk wyszedł z lasu i pełznął ku niemu,

A przypełznąwszy, lizał jego ręce;

Nieraz też orły, puszcz odwiecznych dzieci,

1115

Niosły mu z krajów dalekich podarki,

Z drzew nieznajomych gałązki zielone,

Z nieznanych brzegów kwiaty niewidane;

Gdy usnął w cieniu u dębu starego,

Gołębie dzikie wokoło siadały

1120

I do snu słodkim głosem wyzywały.

Widzieli biedni, i pojąć nie mogli;

A dziécię obce mieniąc jakimś Bogiem,

Puszczy mieszkańcy kłaniali się przed niém

I troskliwemi słonili[144] pieszczoty.


1125

Już młody Witol, bo tak go nazwano,

Rósł w siły, swoich rówiennych[145] prześcigał,

Co dzień postawy nabierając męzkiéj[146].

Probował łuku, probował oszczepu,

I rad by dawno poleciał na łowy,

1130

By z dzikim wilkiem lub czarnym niedźwiedziem

Piérwszy raz siły i serca sprobować.

Nieraz na klęczkach ojca o to prosił;

Lecz on się lękał, od dnia do dnia zwlekał,

Namawiał jeszcze, by większych sił czekał.

1135

Jemu już nudno w ciemnéj chacie było,

Ciasno w ogródku, podwórku, dolinie,

I wzgórza nie miał, zkąd[147] spójrzeć daleko,

A roił piękne oddalone kraje,

Przygody, walki, inne jakieś życie.

1140

Na próżno stary do roli namawiał,

Próżno mu woły do jarzma zaprzęgał,

I owce kazał pędzać w lesne[148] pasze.

Witol go słuchał; lecz smutny, milczący,

Czuł, że nie o tém serce mu gadało,

1145

Że insze losy, życie miał przed sobą.

Bracia i siostry próżno go pytali.

On milczał, albo od rozmów uciekał,

I dumał, patrząc na głębię puszcz ciemną.

Na próżno matka, któréj pierś ssał dziéckiem[149],

1150

Chciała wesołém słowem go rozchmurzyć.

Milczał, i jakby słów jéj nie usłyszał,

Jak wprzódy smutny, jak wprzód, czegoś dumał.

Raz wieczór, ojciec gdy z łowów powrócił.

I dziką sarnę przyniósł ustrzeloną,

1155

A wilczą skórę, świéżą krwią zbroczoną.

Rozścielał, żeby obeschła z posoli,

Witol ognistym zmierzywszy go wzrokiem,

Rzekł doń:

— Ojcze mój! nie wytrzymam dłużéj

1160

W chacie tak zawsze siedzieć u ogniska.

Czemu ja z tobą nie idę na łowy?

Czemu sam jeden mam roli pilnować,

Albo gnać trzody i wilki odstraszać?

Czy nie mam siły? czy mi brak odwagi? —

1165

— Lat nie masz — ojciec odpowiedział stary.

— Jeśli mam siłę, do czegoż mi lata? —

Wrąc, niecierpliwie Witol na to rzecze —

Na co mam gnuśnieć i dymić się w domu,

Tak, jak kobiéta, nie odstąpić progu,

1170

I życie nudne bydlęcia w zagrodzie

Wlec bez ustanku? O ojcze mój drogi!

Weź ty mnie z sobą! pozwól mi oszczepu!

Zobaczysz, jeili śmiało nie uderzę,

Jeśli ci skóry świéżéj nie przyniosę. —

1175

— Jeszcześ za słaby — znów stary odpowié.

— Jeszczem za słaby? Ojcze! patrzaj siłt! —

To mówiąc, oszczep wiszący na ścianie

Porwał i strzaskał zgięty na kolanie,

A reszty jego, jak trzcinę, odrzucił;

1180

I spójrzał[150] dumny, a pierś mu westchnieniem

Wzniosła się, ogniem blada twarz spłonęła;

Otrząsnął włosy i stanął milczący.

A stary patrzał na drzazgi oszczepu,

To na młodzieńca, to na swoje dzieci,

1185

I już nie wiedział, jak ma odpowiedzieć.

— Ojcze! mam siłę! Jutro dzień mój piérwszy —

Zawołał Witol i uklęknął przed nim;

A silne ręce ścisnąwszy, wejrzeniem

Błagał, ażeby znów mu nie odmówił.

1190

— Jutro, wszak prawda? —

— Jutro dzień złowrogi. —

— Pojutrze, ojcze! pojutrze, lub nigdy!

Pozwolisz, albo już ja sam polecę,

Pójdę, a więcéj nie powrócę nigdy;

1195

Będę się błąkał po puszczy głębokiéj,

Bo mi kobiéce obmierzło już życie;

Pójdę i dam się zabić gdzie na wojnie.

Bo dom mi obrzydł i spokój nasycił,

Bo serce w świat się od dawna wyrywa,

1200

I nad to życie, śmierć bym wolał raczéj. —

Naówczas matka przybiegła i wzrokiem

Mężowi jakiś tajemny znak dała;

A starzec wyrzekł cicho i nieśmiało:

— Jutro złowrogi dzień — nie ruszym z domu.

1205

Pojutrze, synu, twoje piérwsze łowy. —

Witol z radości nogi mu całował.

I matkę ściskał, i z braćmi się pieścił,

I drugi oszczep smalił i probował,

Łuki naciągał, ragotinę rzucał.

1210

Już wszyscy we śnie szukali posiłku,

A on w noc poźną przy zgasłém ognisku

Jeszcze tak czuwał, dumając o łowach,

O owym świecie nieznanym, dalekim,

Rad, że swéj siły w zapasach sprobuje,

1215

I pocznie życie, którego tak żądał.


Gdy on tak duma, Grajtas świat przebiega,

Nad każdém długo przesiada dziecięciem.

Na próżno chaty, zamczyska, chrominy,

Na próżno budy odwiedza wieśniacze —

1220

Nigdzie nie może znaleźć Mildy syna.

Gdy się tak biedzi i na próżno szuka,

Spomniał[151] nareście[152] o prządkach żywota,

Które nić życia każdego człowieka

Snują, wieszając gwiazdkę w końcu nici,

1225

A z reszty łkają płótno jego losu.

Spomniał, i poszedł, gdzie na górze w lesie,

Z wschodzącém światłem kochanka jutrzeńki,

Siadały Bóstwa na siedmiu kamieniach.

Piérwsza Werpeja z niebieskiéj kądzieli

1230

Przędła nić długą, jak przez ziemię całą,

Na niéj gwiazdeczki błyszczące wieszała,

I nici resztę Metantiéj dawała.

Ta snuła przędzę na płótno Audietoj.

Nukirptoj, w ręku trzymajac nożyce,

1235

Czekała chwili, kiedy Pramżu z góry

Wyznaczył śmierci godzinę dla człeka;

Wówczas odcięła płótno, nić od gwiazdy;

I gwiazda, gasnąc, na grób poleciała,

Padła na stosie i znikła na wieki.

1240

Ykształoj płótno życia w świętéj rzece

Z brudów obmywszy, oddawała Bogóm.

Lecz pośród pracy Gadintoj złośliwa

Coraz to siostry gadaniem odrywa,

Plecie im dawne światów, Bogów dzieje.

1245

Nieraz, słuchając, gdy płótno porzucą.

Znajdą pocięte, poszarpane przez nią.

Próżno Sargietoj siostry upomina.

Próżno je budzi, do roboty wzywa.

One o wszystkiém zapomną zdumione,

1250

Słuchając zdradnéj Gadintoj piosenki,

Albo odwiecznych powieści o Bogach.

Do nich szedł Grajtas do świętego gaju,

Nad święty strumień; niewidzialny stanął;

I kiedy siostry Witola nić przędły,

1255

Kiedy Audietoj czyste płótno tkała,

W usta Gadintoj kładł dzikie powieści

I cudne piosnki do ucha podawał.

Sama Sargietoj umilknąć musiała,

A on nić życia rwał, targał i plątał.

1260

— Znacie — wołała — weselną pieśń ziemi? —

— O! cicho! siostro! — Sargietoj błagała —

Do pracy żywo! nie piosnek nam słuchać!

Jeszcze tak wiele do rana zostało,

A wkrótce Ausan dnia otworzy wrota.

1265

Pracujmy skorzéj, dajmy pokój pieśni! —

Sargietoj woła, a Gadintoj śpiewa,

Wszystkie słuchają, rzuciwszy robotę,

A Grajtas targa, plącze nić żywota.

Pieśń weselna ziemi

Nie dziś to, ani wczora, w piérwszą wiosnę ziemi,

1270

Kiedy była dziewicą, niebo ją kochało;

Słońce z xiężycem[153] radami wspólnemi

Gwiazdy za orszak weselny jéj dało.

Kto na weselu koła tańcerzy[154] powiedzie,

I kto im wieńce uplecie na czole?

1275

Ty, słońce, pójdziesz z śpiewaki na przodzie[155],

Promienie twe rozsypiesz po taneczném kole.

Kto przed dziewicą ślubną poniesie pochodnię,

Aby z nią do miłości mogła trafić kraju?

Srébrno-włosy xiężycu, świecący pogodnie!

1280

Do zielonych lip Lajmy[156] zaprowadzisz gaju.

A kto nam będzie śpiewał do tańca i skoków

Przez dziewięć dni wesela, w radośne[157] godziny?

Ty, jutrzeńko[158], co świecisz z porannych obłoków,

Ty rozbudzisz twą pieśnią lasy i doliny.

1285

Któż nam przyszłość wywróży naszéj pannie młodéj?

Oto wieszcz występuje, zza chmury wypływa;

Stary prorok, kometa, idzie sinobrody,

Idzie, i tak się odzywa:

Dziś deszcze, jutro śniegi,

1290

Na łąkach owce pasą się stadami,

Złoto i perły biją o jeziora brzegi,

Ale nie zawsze będzie pokój z nami.

Be złe przyjdzie od dzieci,

Bo bracia się pokłócą,

1295

Dwa serca zerwie trzeci,

Ręce się popchną, serca się porzucą.

Ciemno będzie na niebie,

Xiężyc na pół się skryje.

Gwiazdy pójdą od siebie,

1300

Ciemność ziemię obwije.

A matka rano wyjrzy na niebiosy,

Będzie płakała i czesała włosy,

A czarny obłok ramiona rozszérzy,

I z niego piorun ojcowski uderzy. —

1305

Ledwie skończyła, a już nóci[159] drugą:

— Słuchajcie, siostry, jutrzeńki wesela,

Słuchajcie, siostry, nieszczęścia jutrzeńki:

Na wesele jutrzeńki

Perkun jedzie przez wrota,

1310

Dąb zielony druzgota[160].

— I zbroczył mi sukienki!

Krew, co z dębu wytrysła,

Na wianeczek mój prysła. —

Trzy lata słońca dziécię

1315

Chodziło i płakało,

Poschłe liście zbierało.

Pyta matki: — Gdzie w świecie

Znajdę wodę, by zmyła

Krew, co suknię zbroczyła? —

1320

— Idź, córko moja miła!

Jezioro w cudzéj stronie,

A w niém dziewięć rzek tonie. —

— A gdzież będę suszyła,

Gdzie wywieszę wypraną,

1325

By wiatr bielił zwalaną!? —

— Powiesisz ją w ogrodzie,

W którym dziewięć róż w kwiecie

Zobaczysz, moje dziécię! —

— Kiedyż włożę na siebie

1330

W cudnéj wodzie zmoczoną,

Cudnym wiatrem suszoną? —

— W tym dniu, kiedy na niebie

Ukażą, dziécię moje,

Dziewięć słońc lica swoje. —

1335

Jeszcze głos pieśni płynął po dolinie,

Jeszcze go prządki, dumając, słuchały,

Kiedy Sargietoj, załamując ręce,

Nić poplątaną z przestrachem wskazała.

Lecz Dejwas[161] próżno chciały ją rozplątać,

1340

Bo już Gadintoj, któréj Grajtas szeptał,

Taką powiastkę zaczynała prawić:

Żaltisowa żona

Poszła Egłe[162] z siostrami o wieczornéj porze

Kąpać się niedaleko od sioła w jeziorze.

Biegły w rozmowach wieczorne godziny,

1345

Tyle tam siostry do mówienia miały.

Już Menes świecił, kiedy trzy dziewczyny

Do swoich koszul wracały.

Lecz Egłe, krzycząc, na drugie zawoła:

— Patrzajcie, siostry! dziwna rzecz się stała;

1350

Koszula moja leżała na trawie,

Teraz wąż siedzi w rękawie.

Jak go wypędzić? co na siebie włożę?

Któż mi da radę? kto mi tu pomoże?

Starsza mówiła: — Kijem go zabiję. —

1355

Młodsza mówiła: — Wystraszę kamieniem. —

Lecz wszystkie stały, wyciągały szyje,

I nic nie śmiejąc, patrzały ze drżeniem.

A wąż, co w rękawie siedział,

Tak, sycząc, Egle powiedział:

1360

— Wyjdę sam, jeśli dasz słowo,

Że zostaniesz moją żoną. —

Przestraszona taką mową,

Egłe kryje twarz spłonioną.

— Ach! ach! czyż to być może?

1365

Na cóż żartować ze mnie?

Wyjdź! tak zimno na dworze,

Wyjdź! niech koszulę włożę,

I nie męcz mnie daremnie. —

A wąż, potrząsając głową,

1370

Powtarzał wciąż jednakowo:

— Daj mi słowo, daj mi słowo!! —

Przysięga— Proś sobie ojca, matki.

Oni myślą o mężu.

Mnie czas wracać do chatki.

1375

Wynijdź[163] z rękawa, wężu! —

A wąż, potrząsając głową,

Mówił ciągle jednakowo:

— Daj mi słowo, daj mi słowo! —

Aż Egłe płakać zaczęła.

1380

Starsza jéj szepce do ucha:

— Daj mi słowo, on usłucha.

Ty, byleś koszulę wzięła.

Cóż ci przyrzec mu zaszkodzi? —

Egłe się niby uśmiecha[164],

1385

— Będę twoją! — rzekła z cicha,

A wąż z rękawa wychodzi.

Ledwie wrócili do chaty,

Krzyk na siele[165], krzyk na dwone:

— Jadą swaty! jadą swaty! —

1390

Egłe kryje się w komorze.

Trzech wężów na necce jedzie

Z podniesioną w górę głową,

I jeden starszy na przedzie

Z taką występuje mową:

1395

— Żaltis o swoję[166] prosi narzeczoną.

Dała słowo, jest mu żoną.

Stu nas świadków to słyszało.

Pobłogosławcie rodzice

I oddajcie nam dziewicę,

1400

Bo co się stało, to stało. —

A ojciec z matką płakali w komorze.

— Biedna Egłe dała słowo,

Ale czyliż to być może,

By była żoną wężową?

1405

Nie! — I biegną do sąsiady.

— Ragutieno! daj nam rady,

Co począć z temi swatami? —

Stara w głowę się skrobała

I taką im radę dała.

1410

Podstęp— Byle co węża omami.

Zamiast córki, gęś im dajcie,

I co prędzéj wyprawiajcie. —

Jak kazała, tak zrobili.

Swaty w neckę gęś wsadzili,

1415

Dziękowali i sykali,

Wsiedli i pojechali.

Jechali aż w koniec sioła,

I sioło przejechali,

I ciągnęliby daléj,

1420

Aż kukułka im woła:

— Kuku! kuku! kuku!

Co to się wam stało?

Wzięliście gęś białą!

Kochanka wężowa

1425

W komorze się chowa.

Boją się rodzice

Oddać wam dziewicę.

Lecz dłużéj nie schronią.

Wróćcie, swaty, po nią.

1430

Kuku! kuku! kuku! —

Jak jechali, wrócili,

I stanęli przed chatą,

Z gniewem gęś wyrzucili.

— My jechali nie na to!

1435

Ale po narzeczoną,

Po Żaltisową żonę.

Błogosławcie rodzice,

A oddajcie dziewicę. —

Znów rodzice w rospaczy[167].

1440

— Radź, sąsiadko, inaczéj. —

Ona w głowę się skrobie.

— Gęś, to trochę za mała,

Owca by oszukała.

Niech z owcą jadą sobie. —

1445

Rodzice owcę dali.

Oni siedli, jechali,

Jechali w koniec sioła,

I sioło przejechali,

I ciągnęliby daléj,

1450

Aż kukułka znów woła:

— Kuku! kuku! kuku!

Co to się im stało?

Wzięli owcę białą!

Kochanka wężowa

1455

W komorze się chowa.

Nic chcieli rodzice

Oddać wam dziewicę.

Lecz już jéj nie schronią.

Wracajcie się po nią.

1460

Kuku! kuku! kuku!

Znów powrócili swaty,

Pojechali do chaty,

Córki gwałtem żądają,

I siedzą i czekają.

1465

A rodzice w rospaczy —

— Radź, sąsiadko, inaczéj. —

Ona w głowę się skrobie.

— Kiedy owca za mała,

Oszuka krowa biała.

1470

Niechaj z nią jadą sobie. —

Rodzie krowę dali,

Oni siedli, jechali,

Jechali w koniec sioła,

I ciągnęliby daléj,

1475

Aż Gieguze[168] znów woła:

— Kuku! kuku! kuku!

A cóż się im stało?

Wzięli krowę białą!

Kochanka wężowa

1480

W komorze się chowa.

Dłużéj jéj nie schronią.

Powracajcie po nią.

Kuku! kuku! kuku!

Z szumem, krzykiem i zwadą

1485

Nazad swaty znów jadą,

Krowę białą odwożą

I rodzicóm[169] tak grożą:

— Tak zwodzić się nie godzi!

Źle, kto Żaltisa zwodzi! —

1490

Znów rodzice w rospaczy —

— Radź, sąsiadko, inaczéj. —

Ona w głowę się skrobie.

— Jak tu zrobić, poradzić?

Starszą córkę im wsadzić.

1495

Z nią pojadą już sobie. —

Rodzice córkę dali.

Swaty siedli, jechali,

Jechali w koniec sioła,

I sioło przejechali,

1500

I ciągnęliby daléj,

Aż Gieguze znów woła:

— Kuku! kuku! kuku!

Znów nas oszukano.

Starszą córkę dano.

1505

Kochanka wężowa

W komorze się chowa.

Rodzice ją chronią.

Wróćcie jeszcze po nią.

Kuku! kuku! kuku! —

1510

Z hałasem jadą swaty,

Powracają do chaty,

Starszą córkę rzucili

I rodzicóm grozili:

Swaty, Szantaż— Ej rodzice! rodzice!

1515

Oddajcie nam dziewicę,

Bo jakeśmy wężami,

Źle daléj będzie z wami!

Ługi[170] woda zapławi[171],

Statek[172] wilk wam podławi,

1520

Chatę burza rozwali,

Zboże susza wypali.

Ej! oddajcie nam naszą! —

Gdy tak grożą i straszą,

Ojciec, matka płakali;

1525

I długo jeszcze radzą:

Czy dadzą, czy nie dadzą?

Aż nareście[173] oddali.

Swaty w neckę wsadzili,

Siedli i pojechali;

1530

Ale już nie wrócili:

Bo kukułka spotkała

I tak do nich śpiewała:

— Kuku! kuku! kuku!

Śpieszcie, swaty, bo pora,

1535

Śpieszcie się do jeziora.

Mąż wygląda z daleka.

Narzeczonéj swéj czeka.

Kuku! —

A Egłe we łzach cała

1540

Na jezioro patrzała.

I już blizko[174] topieli,

I już swaty stanęli.

A Żaltis na nią czeka;

Lecz nie wąż to szkaradny,

1545

Ale młody i ładny

Bóg wód w ciele człowieka.

Kiedy Gadintoj od pracy odrywa,

Próżno Sargietoj przeszkadza jéj, prosi,

Próżno popsutą pokazuje przędzę.

1550

Jak gdyby głuche, na powieść zdradliwą

I uszy mają i uwagę całą.

Ledwie skończyła, nim ręce podniosły,

Ona je znowu odrywać zaczyna.

— A wiécie — rzecze — co się potém stało?

1555

Słuchajcie tylko, zaraz się dowiécie.

Wszak będzie jeszcze dość czasu do pracy —

Xiężyc wysoko, dzień jeszcze daleko.

Bracia Żaltisowéj żony

Pięć lat potém upływa,

Jak Egłe już szczęśliwa,

1560

I Żaltis jéj, pod wodą

Roskoszne[175] życie wiodą.

Pięć lat i pięć upływa,

Nie tak Egłe szczęśliwa;

Bo choć dzieci ma troje,

1565

Choć na niczém nie zbywa,

Lecz wspomni sioło swoje,

Żal jéj za rodzicami,

I zalewa się łzami.

Wszystko miała,

1570

Co chciała;

Ale kiedy już komu

Tęskno do swych, do domu,

Nic nie syci, nie poi,

Dom a dom w oczach stoi.

1575

I biednéj Egle było,

Choć w dostatku, niemiło.

Prosiła męża co dnia,

I co dzień odpowiadał:

— Idź przyszłego tygodnia. —

1580

Tak lat kilka odkładał.

Czas na prośbach upływa.

Egłe, mniéj już szczęśliwa,

Męża prosi i nudzi.

— Puść-bo mnie w odwiedziny

1585

Do swoich, do rodziny,

Puść mnie na świat do ludzi.

Ja cię tu nie porzucę,

Za dzień, u dwa powrócę. —

Mąż nie mógł wstrzymać daléj,

1590

Dał się wreście[176] uprosić;

Lecz wprzódy kazał znosić

Trzewiki kute z stali.

Krugis je z Budrajcami[177]

Ogromnemi młotami

1595

Na jéj nóżki zrobili.

Wzięła, myśli; po chwili

Na ogień je rzuciła,

Na żużel przepaliła.

Pochodziła dzień cały —

1600

Trzewiki popadały.

— Ot, trzewików już nié ma!

Teraz nic mnie nie wstrzyma.

Gotowam już do drogi —

Egłe do męża rzekła —

1605

Teraz tylko piérogi

Dziś jeszcze będę piekła. —

On cóś czoło zachmurzył,

I rzekł żonie: — Myśl o tém:

Wszystkiem cebry ponurzył[178];

1610

Nośże wodę rzeszotem.

A nie spiekłszy piéroga,

Za nic i twoja droga. —

Egłe łamała głowę,

Rozczynę zamieniła,

1615

Rzeszoto oblepiła,

Wody niém nanosiła,

I piérogi gotowe.

Żallis żegnał ze łzami,

Całował dzieci swoje,

1620

Wyprawił wszystko troje,

I rzekł: — Gdy wróci z sioła

I stanie nad wodami,

Wprzód mnie żona zawoła

Trzykroć temi słowami:

1625

— Mężu mój! mężu! żona ciebie czeka!

Jeżeliś żywy, wynijdź z pianą z mléka;

Jeżeli ciebie na świecie już nié ma,

Krwią się objaw przed oczyma. —

Co tam było witania!

1630

Jaka radość na siele!

Jak ciekawe pytania!

Jakie różne! jak wiele!

Jak witali wężową

Od dawna opłakaną,

1635

I jak każde jéj słowo

Z ust do ust podawano!

Tak jéj trzy dni przebyło.

Nie myśli o powrocie.

Oj! po długiéj tęsknocie,

1640

Swoich ujrzeć tak miło!

— Jeszcze trzy dni — prosili —

Trzy dni zostań w gościnie.

Dawno z tobą nie byli.

Nim przyjdziesz, długo minie. —

1645

I została wężowa.

Bracia wieczór jechali

Na nocleg w głuchy las,

Chłopca jéj namawiali:

— Jedź z nami, zbudzisz nas. —

1650

Pojechał starszy z niemi.

Gdzieś daleko, w dolinie,

Pokładli się na ziemi

I ogień rozłożyli,

I z chłopcem się pieścili;

1655

A jeść dając chłopczynie,

Zadawali pytania:

— Kiedy wrócicie z sioła

Do waszego mieszkania,

Jak tam matka zawoła,

1660

Żeby ojciec otworzył? —

A chłopce ręce złożył,

I potrząsając głową,

Powtarzał im to słowo:

— Ja nic nie wiém, wujowie!

1665

Matka wié, matka powié. —

Potém prosić zaczęli,

Naokoło stanęli.

— Ty musisz, chłopcze, wiedzieć,

A nie chcesz nam powiedzieć;

1670

Tylko nie żartuj z nami,

Do wysieczem rózgami. —

On wciąż mówił: — Wujowie!

Matka wié, ona powié. —

Dziesięć mioteł nacięto

1675

I chłopca bić zaczęto.

Chłopiec płakał — Wujowie!

Niechaj matka wam powié. —

I na próżno go zbili.

A gdy z rana wrócili,

1680

Egłe pytała syna:

— Co to oczy czérwone? —

— Smolna była łuczyna[179],

Wiatr dym pędził w tę stronę. —

Bracia wzięli młódszego[180].

1685

Zbili znowu na próżno.

Nie powiedział im tego,

Jak ojca wyzwać możno.

Potém wzięli dziewczynę,

I zawieźli w dolinę,

1690

Prosili i pytali.

Długo, długo milczała;

Lecz rózgi pokazali,

I ze strachu wydała.

Bracia śpieszyli skoro

1695

Za sioło nad jezioro,

Kosy z sobą pobrali,

I stanąwszy, wołali:

— Mężu mój! mężu! żona ciebie czeka.

Jeżeliś żywy, wynijdź pianą z mléka;

1700

Kiedy cię na świecie nié ma.

Krwią się objaw przed oczyma. —

Prysły ciche wód łożyska,

Mléczną pokryły się pianą,

A z piany Żaltis wytryska,

1705

Powitać żonę kochaną;

I już na brzeg się toczy,

Z brzegu sunie się daléj.

Wtém go młodzież oskoczy,

I w sztuki rozsiekali.

1710

Minął w gościach dzień trzeci.

Egłe, zabrawszy dzieci,

Tęskna wraca do męża.

Już ujrzała jezioro.

Pośpiesza z dziećmi skoro,

1715

Staje i woła węża.

Pękły ciche wód łożyska;

Lecz krew na falach połyska,

A głos wychodzący z fali

Woła do niéj raz ostatni:

1720

— Tę krew masz z ręki bratniéj.

Bracia mnie rozsiekali. —

Egłe słupem stanęła,

Z oczyma łez pełnemi.

— Cóż ja pocznę? — krzyknęła —

1725

Z sobą, z dziećmi mojemi?

Powrócęż żyć z zbójcami?

Bracia, zbójcy mężowi,

Wyśmieją płacz mój wdowi.

Gdzież ja pójdę ze łzami?

1730

Ach! lepiéj by nam było

Spać pod jedną mogiłą,

Lub wrosnąć z dziećmi memi

Na wieki do téj ziemi. —

Ledwie rzekła te słowa,

1735

Stała jodłą wężowa[181],

Z gałęźmi spuszczonemi,

Jak ręce załamane.

Przy niéj dzieci spłakane

Bogi[182] w drzewa zmieniły:

1740

Starszy dębem się staje,

I zawsze pełen siły,

Wiatróm[183] się nie podaje;

Młódszy[184] w korze jesiona

Rozpościera ramiona;

1745

A mdłe ciałko dziewczyny

Drży listkami osiny.


Kiedy Gadintoj powieść tę kończyła,

A Grajtas życia Witola nić plątał,

Późno Audietoj na płótno spójrzała,

1750

I z krzykiem wątek poczęła naprawiać.

Sargietoj jęła siostry upominać.

Ze wstydem wszystkie rwały się do przędzy.

Ale już Witol, którego nić życia

Splątana w ręku robotnic leżała,

1755

Najpiérwszą próbę przebywał na świecie,

Którą mu Grajtas zdradliwie zgotował;

A sam, wróciwszy do Perkuna tronu,

Spokojny u nóg jego się położył.


Ranek był, kiedy Witol ojca zbudził;

1760

Ledwie się Aussra rumieniąc na niebie,

Słońca niebieski ogień rozkładała.

Jeszcze trzy konie słonecznego wozu

Niezaprzężone pasły się na górze;

A xiężyc[185] smutny, z twarzą wpół-rozciętą,

1765

Przyzostał chwilę, by swoję[186] kochankę,

Rumianą gwiazdę poranku zobaczyć.

Głuche milczenie w głębiach puszcz leżało;

Szérokie knieje, ostępy i bory,

A w nich źwierz dziki, snem porannym spały,

1770

Tylko ptaszyny Swieczpauksztynis[187] budził.

One, świergocąc, niechętnie wstawały,

I nazad w ciepłe gniazdko się tuliły.

Brekszta[188] wszelkiego stworzenia powieki

Snem jeszcze słodkim cisnęła łagodnie.

1775

Próżno Budintoj[189], dla gnuśnych złowroga,

Myślą o pracy ludzi chciała budzić.

Spali spowici potrzebą spoczynku.

Lecz Witol nie spał; przemarzył noc całą;

Bóstwóm[190] się lesnym[191] modlił[192] i Raganom[193]:

1780

Prosił Sznejbrata i dzikiéj Miedziojny[194],

Żeby mu w piérwszych poszczęścili łowach;

Prosił puszcz duchów i lesnych straszydeł,

By do ostępów, w których źwierz się kryje,

Gristis i Jodsy[195] nie broniły wstępu.

1785

Słyszał on często, że łowiec[196] zbłąkany

Spotkał się w puszczy gdzie z dzikim człowiekiem,

Lub ptak go uwiódł, padając co chwila,

Lub jeleń z wolna w ostępy prowadził,

Aż potém więcéj łowca nie ujrzano,

1790

Tylko gdzieś w puszczy garstka białych kości

Pod starym dębem na wieki została,

Postrach myśliwych, niebacznym nauka.

Wstał ojciec, przetarł rozespane oczy;

A matka smolne paliła łuczywo,

1795

Placków na drogę, nabiału i chleba,

Rad macierzyńskich nie skąpiąc młodemu.

— Nie wiesz — mówiła — nie wiesz, co to łowy!

To nie igraszka, jak w podwórku chaty,

Nie w gnieździe wróbli, nie z pliszką to sprawa.

1800

A któż wié, co tam w puszczach się ukrywa?

Tyle straszydeł! niebezpieczeństw tyle!

Tyle srogiego i dzikiego źwierza!

Już brat mój jeden zginął od niedźwiedzi;

Drugiego koza lekko ustrzelona

1805

Wiodła w ostępy, aż zbłądził, i potém

Ledwie w dni kilka wybladły i głodny

Późną się nocą do chaty powrócił;

Ale co widział w Miedziojny krainie,

Nikomu nigdy nie mówił ni słowa,

1810

I więcéj potém nie poszedł na łowy.

Jut lepsza bitwa, niż walka z źwierzęty.

Któż wié, co się tam pod skórą ukrywa?

Czasem zły człowiek wilczą skórę wdzieje,

Czasem czarownik w niedźwiedzia się zmieni,

1815

Lub potwór jaki zastąpi ci drogę,

Albo duch, albo… I kto to odgadnie? —

A Witol słuchał, próbując oszczepu,

I głową tylko potrząsał powoli,

Jak gdyby za nic miał matki przestrogi.

1820

Ojciec tymczasem łuk podjął, wziął strzały,

Wdział wiżos[197], skórą grzbiet okrył niedźwiedzią,

A Witolowi wyniósł strój podobny

Z twardych skór źwierza na łowach odartych.

Piérwszy raz chłopiec szaty męzkie[198] włożył;

1825

Piérwszy raz uczuł, że mu wolno było

Przestać nareście[199] być tylko dziecięciem.

Wyglądał oknem. Już się świt zabielił,

Słońce ze swoich pałaców za chwilę

Na złotym wozie miało wyjść z kąpieli.

1830

Wyszli, a jeszcze Bogóm się domowym

Długo modlili i ofiarę leli.

Stary z szałasu wypuścił psy swoje.

Skoczyły, czując, że pójdą na łowy;

Jeden drugiego z radości porywał,

1835

I, jakby tylko sam chciał iść za panem,

Gryząc go za kark, warczał i wstrzymywał.

Wyszli. Był ranek wiosenny, srébrzysty,

Las milczał jeszcze, czekał słońca wschodu,

Rosa na trawach ciężyła i wonny

1840

Kielich się kwiatów powoli otwierał.

Na wschód się starzec milczący obrócił,

Znajomą sobie skierowawszy drogą.

Witol szedł za nim, całemi piersiami

Łakomie chłodne chwytając powietrze.

1845

Szli puszczą, w któréj śladu ludzkiéj nogi,

Śladu człowieka, ni źwierza nie było.

Ogromne dęby z konary[200] gęstemi,

Pokryte gniazdy[201] i świętą jemiołą,

Wysoko ponad brzeźniak się wznosiły.

1850

Poniżéj, brzozy schylone, pogięte,

Jak lud pod panem, niewolnik posłuszny,

Tęsknie za słońca promieniem patrzały.

U spodu, młodéj Lazdony dziedzina[202],

Gęstemi sploty[203] wiła się leszczyna,

1855

Wdzięcznemi łuki gnąc na różne strony.

Z pośrodku dębów, gdzieniegdzie wysmukła

Sosna, u wierzchu ozdobna koroną,

Jakby dziewica do ślubu ubrana,

Wesoło wieńcem niezwiędłym szumiała.

1860

Tu ówdzie biała osina i klony,

I poświęcone Lajmie[204] lipy stare,

Pod poważnemi wyrastały dęby.

A rzadko chwojniak skurczony i biedny,

Jak lud od roli, chérlał na piasczysku.

1865

U stóp drzew kwiaty rozliczne się słały:

Jedne, co jadu strzałóm dostarczały;

Drugie, któremi mądrzy sigonoci[205],

Żebrząc po wioskach, od chorób leczyli;

I inne jeszcze, co nieraz do wieńca

1870

Śmiały parobek przynosił Litewce;

Ponad strumyki kwitły owe modre,

Których Nijoła nieszczęsna zachciała,

Które Krumine gorzko opłakała.

Środkiem ostępów rznęły się strumienie,

1875

Okryte gęstém gałęzi sklepieniem,

I uciekały, lękając się ciszy,

Tęskniąc za ludźmi i zieloną łąką.

Szli, a las milczał; tylko czasem krucy

Wrzeszczeli, z wierzchu sosen się zrywając;

1880

To dzięcioł stuknął, wróbel zaświergotał,

To z nich Gieguze[206], śmiejąc się, szydziła;

Psy cicho u nóg z spuszczonemi głowy

Szły, znaku tylko pańskiego czekały,

A pyski wznosząc ku kniei zwrócone,

1885

Nosem powietrze łapczywie chwytały.

Omen, PolowanieWtém łom[207] zaszumiał i coś się przemknęło.

Witol poskoczył, starzec go zatrzymał —

— Liszka[208]! — zawołał — powrócim do domu. —

— I po cóż wracać z próżnemi rękoma? —

1890

— Przestroga Bogów, byśmy nie szli daléj;

Bo komu tylko liszka przejdzie drogę,

Powinien wrócić, gdy mu spokój miły. —

— Więc w inną stronę, idźmy w inną stronę. —

—Wrócić potrzeba. —

1895

— O! ja nie powrócę,

Póki chociażby najlichszego źwierza.

Choćby ptaszyny małéj nie ubiję. —

Tak mówił Witol, a jego zapałem

Starzec niechętny przekonać się musiał.

1900

— Chodźmyż! niech będzie przeznaczenia wola —

Rzekł, i na drugą stronę się zawrócił.

I znowu cicho: bo oba myśliwi,

Okiem po lesie patrzając ostrożnie,

Nic nie mówili; psy dech wstrzymywały,

1905

Jak gdyby źwierza spłoszyć się lękały.

— Słuchaj — rzekł starzec — jest ztąd[209] niedaleko

Starego dziada niedźwiedzi łożysko

Pod wielkim łomem. W zimie łapy liże,

A latem skryty na pastwę czatuje.

1910

Jeśli usłyszy nas, jeśli napadnie,

Będziem się bronić; lecz straszno zaczepiać.

Wiele on ludzi we wnętrznościach nosi,

I wiele kości bieleje pod łomem,

I strzał niemało próchnieje dokoła.

1915

Radbym go obszedł, lecz w lewo i prawo Głęboki strumień zagradza nam drogę.

Mądry, na saméj ścieżce sidła stawi.

Lecz można cicho ominąć łożysko,

Dech zatrzymując, żeby go nie spłoszyć,

I ostróżnemi[210] minąć go krokami. —

1920

— Ojcze! — rzekł Witol — na cóż się go lękać?

Dwóch nas na niego, czyż nie damy rady?

Wszak to najlepszy na łowy początek. —

— Szaleńcze! cicho! — Witol oszczep podniósł,

i lekko trzęsąc głową, się uśmiechał.

1925

Wtém na łom naszli; za łomem chrzęstnęło;

Psy wzniosy uszy i oczy wywarły;

Ogromny pysk się zza drzewa wychylił,

Potém dwie łapy na łomie oparte,

I czarny niedźwiedź spójrzał na myśliwych.

1930

Stary szedł chyłkiem; lecz Witol z radością

Łuk swój naciągnął i pomiędzy oczy

Strzałę mu ostrą zapuścił głęboko.

ZwycięstwoRyknął źwierz dziki i przez łom przeskoczył

Prosto na niego. Stał Witol z oszczepem;

1935

I kiedy niedźwiedź ku niemu się zbliżył,

W czaszkę go dwakroć z całych sił uderzył;

Wierne psy z tyłu szarpać go poczęły;

On się otrząsnął i na nie zawrócił;

A łowiec młody już mu na kark skoczył,

1940

I w silne ręce za gardło ująwszy,

Stłumił ryk prędko, a z rykiem i życie.

Padli obadwa. Z twarzą rozognioną

Porwał się Witol, nie wierząc źwierzęciu,

I bił go jeszcze, aż na twardym pysku

1945

Skrwawiony oszczep w trzaski podruzgotał;

Naówczas krzyknął radośnie, aż w lesie

Sto razy głos się daleko powtórzył.

Stary, patrzając na łatwe zwycięztwo[211],

Osłupiał, mierząc bojaźliwem okiem

1950

Nieprzyjaciela drgającego jeszcze.

Z radością Witol na pierś mu się rzucił

I ściskał ojca; a łzy mu płynęły,

A piersi oddech wzdymał przyśpieszony;

Potém niedźwiedzia, biegł, deptał nogami,

1955

Szalony piérwszem w swém życiu zwycięztwem.

Siedli ze starcem skórę z niego zdzierać;

Łapy na przysmak odcięli wieczorny,

A ścierwo ptastwu leśnemu rzucili.

— Śpieszmy! — rzekł ojciec. — Obudzone rykiem

1960

Jut puszczy pewnie biegną meszek[212] siada.

Trzeba uciekać! Bierz psy i idź za mną. —

Wstali, a Witol wziął skórę skrwawioną,

I jeszcze drżący wzruszeniem, odwagą,

Szedł, patrząc tylko, zkąd[213] znów dójrzy[214] czego?

1965

Stary na coraz gęstsze wiódł go puszcze;

Czasem z rozmysłem obejrzał się wkoło,

I, jakby dążył po znajoméj drodze,

To tu, to ówdzie kręcił się i zbaczał,

Silném ramieniem gałęzie drzew trzaskał,

1970

Chrósty[215] rozgniatał, przeskakiwał łomy,

I przez strumienie przewodził głębokie.

Aż wyszli wreście[216] w széroką dolinę.

Dokoła czarnym otoczoną lasem.

Łąka to była zielona, jak rola,

1975

Kiedy ją młoda wiosny ruń okryje;

Gdzieniegdzie tylko złociły się kwiatki,

I łoza młode puszczała gałązki.

Tu siedli spocząć; a Witol swą skórę,

Pełen radości, na wietrze rozesłał.

1980

Już było słońce podeszło wysoko,

Śpiesząc do swojéj wieczornéj kąpieli;

Obeschły rosy; na niebios błękicie

Chmury, jak wojska, jęły się gromadzić.

Łowcy posiłek południowy wzięli;

1985

I gwarząc, jak to myśliwcóm[217] się gwarzy,

Z wiernemi psami jadłem się dzielili;

A kości, Bogóm podziemnym ofiarę,

Szepcąc modlitwy, pod ziemię zagrzebli.

Potém szli znowu. Lecz stary, na słońce

1990

Spójrzawszy[218], drogę ku domu zawrócił

Inszemi lasy i dalszemi ścieżki.

— Tu — rzekł do syna — inszy źwierz nas czeka:

Wilk, lis, ryś może, sarna bojaźliwa.

Niechaj psy idą. — Świsnął — niecierpliwe

1995

Prędko się w knieje, przeganiając, wdarły;

A on, wskazując ręką Witolowi,

— Czekaj — rzekł — aż cię głosem uwiadomią,

Gdzie się masz ruszyć. Stój. Ja daléj idę.

Kiedy zawołam, ozwij się, przybywaj. —

2000

Witol zaledwie słowa starca schwytał,

Słuchał psów głosu, za niemi się zrywał,

Zazdrościł wolnych po puszczy przegonów;

Lecz kiedy ojciec, łamiąc się przez chrósty,

Odszedł, a jego samego zostawił,

2005

Uczuł się jakby swobodniejszym jeszcze,

I jak do walki, sparłszy się o drzewo,

Czekał i czekał. A psy gdzieś już w dali

Słabym się głosem raz po raz ozwały.

I cicho znowu; tylko drzewa szumią

2010

I ptacy krzyczą na sosen wierzchołkach.

Wtém zza Witola nagle się wyrywa

Jeleń wysmukły; spójrzał[219], w górę skoczył;

Lecz nim w las pierzchnął, uwięzła w nim strzała.

Padł. Witol za nim. On porwał się znowu,

2015

I szedł, kulejąc. Drugą za nim strzałę

Posłał myśliwiec, i drugą go trafił.

A jeleń coraz szedł wolniéj, rogami

Gałęzie łamiąc. Witol coraz bliżéj

Ściga go z drzewcem, doścignąć nie może.

2020

Drą się po lesie przez mokre bagniska,

O staje[220] tylko od siebie, to bliżéj,

To daléj znowu: bo jeleń poskoczy

I znów ustanie; myśliwiec pośpieszy,

Wstrzymają gąszcze. Wiele strzał w sajdaku

2025

Miał Witol, wszystkie za nim powysyłał;

A jedne poszły po drzewach i lesie,

Raniąc niewinne starych lip Ragany[221],

Inne go z lekka po skórze drasnęły,

Lub padły słabe pod nogi jelenia.

2030

Wciął gonił łowiec, wciąż jeleń uciekał.

Witol rozjadły, z wlepionim weń okiem,

Zapomniał ojca, i przestróg, i puszczy,

Co go dokoła nieznana, tajemna,

Coraz straszniejsza, ciemniejsza, objęła.

2035

Zziajany stanął i chciał dobyć głosu.

Długo się męczył, nim piersi znużone

Słabe huknięcie, obumarłe w puszczy,

Ku stronie ojca z westchnieniem wydały.

Ale daleko ojciec już od niego

2040

Pozostał psami, i glos go nie doszedł.

A jeleń skoczył w głąb kniei i zniknął.

Zmęczony łowiec upadł odpoczywać,

Nie śmiał już krzyczeć i począł rozmyślać.

Słońce się coraz na zachód skłaniało;

2045

Ledwie czérwony promień przez gęstwinę

Jeszcze się tylko obłędny przeciskał.

Las, LabiryntCóż począć było? Witol myślał wracać

Śladem jelenia; leci szukając drogi,

Którą strzałami i krwią był poznaczył,

2050

Nie znalazł nigdzie złamanéj gałęzi

I nigdzie śladu. Wszystko się już było

Znowu poza nim splątało, zamknęło,

Jakby od wieka ni człowiek, ni źwierzę,

Jednéj gałęzi nie poruszył z miejsca,

2055

I ziemi nogą nie dotknął dziewiczéj.

Naówczas Witol odwagi żałował,

I ojca rady za późno przypomniał;

A myśląc, jak by z puszczy się wydobyć,

Próżno dokoła patrzał niespokojny.

2060

Wtém ujrzał dziką barć na staréj sośnie,

W rozwartém dziuplu[222], rojem otoczoną.

Wszystko zjadł z sakiew, pragnienie paliło

I głód go męczył; ale straszno było

Te dzikie pszczoły Bogini Austhei

2065

Wydrzeć, ażeby miodem głód ugasić.

Podnosił jeszcze oczy na barć chciwie.

Wtém zśród[223] gałęzi nad głową zwieszonych

Śmiech jakiś dziki usłyszał, szyderski[224].

Myślał, że jaki ptak się ozwał z sosny?

2070

Gieguze[225] może próżniaczka wesoła?

Lecz znowu cicho i pusto dokoła,

I czuje w duszy: — Nie taki głos ptaka! —

A puszcza milczy, tylko drzewa szumią.

Gdy po nich Witol jeszcze raz pogląda,

2075

Ujrzał nad barcią okropne straszydło.

Byt to człek dziki. Włosami okryty,

Na łbie dwa rogi zakręcone nosił;

Twarz miał poczwarną, dwoje lśniących oczu,

I zęby długie, jak wilczéj paszczęki;

2080

Nogami drzewo objąwszy czarnemi,

Rękoma drażnił Witola, i z góry

Świecące, długie zakrzywiał pazury.

Witol łuk porwał, lecz strzał brakowało;

NiebezpieczeństwoChwycił za oszczep — ten leżał strzaskany.

2085

I drzewce u nóg złamane leżało.

Nie było nawet czém się widmu bronić.

Straszny Girystys po drzewie się spuszczał,

I coraz głośniéj, coraz śmiał się dziczéj;

A zęby ostrząc, pazurami krzywiąc,

2090

Jak gdyby pastwę[226] rozdzierał już swoję[227],

Oka z młodego nie spuścił myśliwca.

Witol odstąpił, skórę z ramion zrzucił,

Rękę wyciągnął i czekał go śmiało;

Lecz gdy już walkę ma począć zuchwałą

2095

W szarym pomroku, ujrzy, aż dokoła

Na każdém drzewie, na każdéj gałęzi

Świecą się oczy, drżą ostre pazury,

I rogi krzywe po liściach szeleszczą.

Pełno ich było, w którą spójrzał[228] stronę.

2100

Walczyć z wszystkiemi? — pomyśleć nie można.

Pobladł młodzieniec, lecz serca nie stracił;

Stanął i czekał. A oni siedzieli,

Szyderskim śmiechem do siebie gadali,

I pazurami sobie wskazywali

2105

Biednego chłopca, który stojąc wryty,

Trzymał łuk próżny i drzewce złamane.

Już skórą świéżą zarzuciwszy plecy,

Myślał się cofać, gdy mu pod stopami

Cóś się ruszyło. Ogromna ropucha,

2110

Jak gdyby mlékiem święconém karmiona,

Dwoje weń oczu wlepiała zielonych.

Rzucił się w stronę. Tu karzeł wyskoczył

Stary, garbaty; na łokieć miał brodę;

Sparty na kiju, sunął się powoli,

2115

I Witolowi sobą zaparł drogę.

Próżno chciał przebić te żywe zapory.

Gdziekolwiek myślą, oczyma się zwrócił.

Zewsząd go dziwne objęły potwory.

Jakby nie w puszczy nadniemeńskiéj błądził,

2120

Lecz w tajemniczym Staubunów gdzieś lesie.

Zamknął już oczy, wyciągając ręce,

I śmiało naprzód rzucił się w gęstwinę.

Wtém puszcza śmiechem tysiącznym zawrzała;

A na ramionach uczuł nieszczęśliwy,

2125

Jak mu się dwoje ostrych szpon wciskało.

Spójrzał[229] — nad głową dwoje ócz[230] ognistych,

Jak dwa pioruny ze chmury, wisiało.

Chciał strząsaj, porwać, nie dostał rękami.

Już Johds go dusił, do gardła dostawał.

2130

Gdy zebrał siły, lecz nie na obronę,

Na krzyk ostatni. Puszcza jęk odbiła,

I nagła jasność spuściła się z góry,

Na białéj chmurze promienista postać

Kobiéty w bieli, przed którą straszydła,

2135

I Johds, co za kark już dusił Witola,

I karzeł, który drogę mu zastąpił,

I Giristysy w gałęziach wiszące,

Wszystko zniknęło i jak sen pierzchnęło,

Tylko krew ciepła po plecach płynęła,

2140

I serce biło, i oczy pałały.

Zdziwiony Witol upadł na kolana,

Bo nigdy, w dzikiéj wychowany chacie,

Takiéj kobiéty, takiego uśmiechu

I takiéj twarzy nie widział, nie marzył.

2145

A gdy ją ujrzał, serce mu zabiło,

Nie strachem, jakiémś uczuciem nieznaném.

— Ktoś ty? — zawołał. — Jam ci winien życie!

Zbłąkany w puszczy, piérwszy raz na łowach,

Byłbym tu nędznie bez stosu, mogiły,

2150

Skonał, jak bydlę, pod potwór[231] zębami.

Ktoś ty? o Dejwa! Czyliś ty Lazdona[232]?

Czyli tych dębów Ragana[233] gościnna?

Czyli Miedziojna[234], myśliwych Bogini?

Czyli Austheja pszczół tych opiekunka? —

2155

— Jam matka twoja — zawołała Milda. —

Leciałam górą, kiedy jęk twój, synu,

Boleśnie w serce tęsknie mnie uderzył.

Jam matka twoja! —

— Tyś jest matką moją!

2160

Nie! Jam jest synem ubogiéj kobiéty.

Małda jéj imie[235]. Ojciec mnie dziś stary

Piérwszy raz, nie chcąc, na łowy prowadził.

On tam gdzieś w puszczy szuka mnie na próżno,

Nie śmié sam jeden do chaty powrócić.

2165

Jam chłopek biédny, ty jesteś Bogini! —

— Ci ludzie nie są to twoi rodzice.

Jam matka twoja. — To mówiąc, troskliwa

Milda go szatą śnieżystą osłania,

Szatą, za któréj dotknięciem cudowném

2170

Najsroższe rany posłuszne się goją;

Krew jego ściera, pocałunkiem blizny,

Uściskiem serce bijące ulecza.

Na próżno Witol zdziwiony się broni,

Próżno się z matki objęcia wyrywa.

2175

Ona, jak w upał jeleń upragniony[236],

Którego strzały od wód nie odpędzą,

Ani się zraża Witola zdumieniem,

Ni zimną jego dla siebie bojaźnią.

Woła nareście[237]: — Nie czujeszże, synu,

2180

Nie czujesz matki? Czyż serce nie bije

I krew ci żywiéj po żyłach nie płynie?

Czyliż nic tobie nie mówi przeczucie? —

Chłopiec milczący bał się i nie wierzył.

— O Dejwa! — mówił — nie chciéj mnie uwodzić.

2185

Jam się w ubogiéj wyrobnika chacie,

Jam się ubogi, nieznany urodził.

Gdybym był twojém, o Dejwa, dziecięciem,

Czegoż bym w puszczy na ciężkiém wygnaniu

Tak nędzne życie, tak długo wlókł biedny? —

2190

— Nie wiész ty, synu, dlaczego cię matka

Daleko oddać i ukryć musiała:

Bo nad twą głową jest zemsta Perkuna,

Na ciebie duchy mściciele czyhają,

I wszędzie stawią zasadzki i sidła.

2195

Musiałam ciebie w obcych oddać ręce,

W dalekie puszcze, żebyś niepoznany

Przeżył dzieciństwo, aż do lat młodzieńczych,

Pod skrzydłem swego ubóstwa tajemnic.

Tutaj spokojnie przepędziłeś lata,

2200

Które gdzie indziéj już by walką były.

Może by Grajtas, szukając po święcie.

Odkrył cię dawno, w kolebce udusił,

A moje serce zakrwawił na wieki! —

— Matko! a za cóż ta zemsta Perkuna? —

2205

— Bo ojcem twoim był nie Bóg, leci człowiek. —

— Gdzież jest mój ojciec? —

— Dawno już zabity.

Gdyś ty się rodził, on, bojąc się zemsty,

Dumny, sam sobie zadał śmierć okrutną! —

2210

— A gdzież jest jego mogiła! o matko! —

— W puszczy nad Niemnem, na wzgórzu zieloném. —

— Pójdźmy tam do niéj, poprowadź mnie, Dejwa! —

— Nie! Tam od dawna Grajtas już czatuje,

Bo wié, że syna najłatwiéj mu znaleźć

2215

U grobu ojca ze łzą i ofiarą.

Kiedyś w noc ciemną polecim tam razem.

Lecz teraz, synu, czas gdzie indziéj tobie.

Nie możesz zawsze w téj chacie pozostać.

Nie dość masz siły na zwalczenie Bogów.

2220

Trzeba, byś poznał świat i jego tajnie,

I wszystko, co się przed tłumem ukrywa,

Co tylko starzy ołtarzów kapłani

Z ust do ust sobie od wieków podają.

Chodź ze mną! — rzekła. Lecz Witol się wzbrania.

2225

— Pozwól mi — rzecze — pożegnać się z ojcem. —

— Jeszcze go potém obaczysz, mój synu! —

— Pozwól mi z matką pożegnać się starą,

I z braćmi memi, siostry, i tą chatą,

W któréj lat tyle spędziłem spokojnie. —

2230

— Nie! Czas nam lecieć! Jeszcze ich zobaczysz.

Kiedyś tu późniéj zawędrujesz może.

Lecz nie płacz po nich, za życiem dziecięcém;

Zapomnij! Inne gotuję ci życie,

Piękne, jak Saule[238], gdy świeci w południe,

2235

Wielkie, jak niebo nad morzem rozpięte,

Głośne, jak grzmoty starego Perkuna.

Syn Mildy miałby płakać lat spędzonych

W pogardzie, w nędzy?! żegnać towarzyszy

Sromoty swojéj?! — To rzekła Bogini,

2240

Witola szatą śnieżystą osłania.

Młodzieniec zadrżał, spogląda zdziwiony,

Tuli się drżący do matki, i wzlata

Ponad drzew wierzchy, wyżéj, ponad chmury,

I nic z wysoka nie widzi już ziemi,

2245

Którą westchnieniem pożegnał żałośném.


Długo oboje lecieli w milczeniu.

Pod niemi słońce upadło czérwone

I Wakarinne[239] weszła na niebiosa;

Pod niemi słychać było tysiąc głosów

2250

W jeden głos zlanych, zmięszanych[240] z wiatrami.

Kiedy się czasem ku ziemi zbliżyli,

Światła migały i szumiały rzeki;

Lasy, czarnemi kołysząc głowami,

Cóś z przelotnemi gwarzyły chmurami.

2255

Oni lecieli ciągle ku północy,

Aż się nad zbiegiem u dwóch rzek spuścili

Nad wielką, cichą, zieloną doliną.

Tu się dąb wznosił stary, rozłożysty,

Sam jeden, jakby strażnik tego miejsca.

2260

Mur sześciościenny wkoło go otaczał,

Jak orszak, który xiążąt[241] w bitwie strzeże.

W jednéj z ścian były wrota do świątyni.

Tam połyskały straszne Bogów twarze:

Perkuna, który grom w rękach piastował,

2265

Czarne Pokole, olbrzyma Atrimpa.

Inni Bogowie dokoła ścian stali.

Tam był Wirssajtos, Sznejbrato, Ziemiennik.

Przy nich ofiarne ołtarze rzędami,

Od krwi i dymu okopciałe, czarne,

2270

Ognia i ofiar jutrzejszych czekały.

U stóp ich jeszcze walały się kości,

I popiół ziemię ubitą pokrywał.

Poza murami wielkie drzewa stosy

Przygotowano na ołtarz Perkuna,

2275

Przed ojca dębów poważne konary.

I widać było świetny blask od Znicza

Wśród ciemnéj nocy, jak xiężyc[242] u wschodu

Połyskujący na murach czérwonych.

A nad ołtarzem, z spuszczonemi głowy,

2280

Strażnicy ognia w milczeniu siedzieli.

Na prawo bramy dom Krewe Krewejty;

Na lewo stała podróżnych gospoda;

Daléj czerniały wejdalotów domy

I sigonotów ubogie chrominy,

2285

I wędrowników pobożnych szałasy.

Wszystko tam spało, tylko u ołtarza

Dwóch wejdalotów ogień podsycało;

Drzewem, bursztynem, żywicą karmiony,

Błyskał i żółtym wznosił się płomieniem;

2290

Niekiedy ostry, jak strzała myśliwca,

To zwity w kłęby, jak chmura wiatrami

Szybko pędzona po zachodniém niebie.

Nad nim dym wonny w górę się unosił,

A w jego mglistych, sinawych zasłonach

2295

I twarze Bogów i strażników twarze,

Zmięszane[243], żyć się i ruszać zdawały.

Milda stanęła: bo Witol zdumiony,

Choć nieraz słyszał o Bogów świątyni

Dziwne powieści przy ogniu wieczornym,

2300

Ciekawe oczy na wszystko otwierał

I chciwie niemi nowy świat pożerał.

— Dość patrzeć, synu! — rzekła doń łagodnie —

Lecą godziny, mnie nazad potrzeba.

W tych murach, które pożerasz oczami,

2305

Mieszka najpiérwszy, najmędrszy z kapłanów.

Jego nie tylko litewski lud słucha,

Lecz barbarzyńskich krajów kunigasy;

Króle północni o radę go proszą

I co rok hołdy i ofiary znoszą.

2310

On godzi swary, wojnę wypowiada,

On wróży szczęście, nieszczęście przepowié,

Bo on wié wszystko i u Bogów może.

Do niego ciebie na naukę wiodę,

Żeby ci odkrył wszystkie tajnie życia,

2315

I dał ci poznać Dungus, Bogów ziemię.

Ten Dungus, który ponad głową twoją

Piorunem grozi i zemstą Perkuna.

Tu sił nabierzesz do walki potrzebnych;

Walki tak długiéj, jak żywot twój cały.

2320

Ten kapłan ojca twojego jest bratem.

W imie[244] go brata zaklnę, będę prosić,

Żeby cię przyjął i schronił od burzy:

Bo to jest jedno miejsce, gdzie cię Grajtas

Szukać nie będzie, domyślić się nie śmié;

2325

Jedno, w którém ty mądrości zaczerpniesz,

Nasłuchasz dziejów i nauczysz świata,

W którém naostrzysz twój oszczep do walki,

I serce twoje na cios zahartujesz,

A umysł młody wprawisz do przebiegów.

2330

Teraz tyś jeszcze jak koźlątko słabe.

Które, gdy w kniei ogary posłyszy.

Stanie zdziwione, uciekać zapomni;

A gdy napadną, nie umié się bronić.

Trzeba ci siły i w ręku i w sercu —

2335

Tak mówiąc Milda, ku drzwióm się zbliżyła,

Tchnęła, i wnet się rozwarły na dwoje.

Oni przed Krewe Krewejtą stanęli.

Starzec był siwy, z pochyloną głową;

Włos u niéj rzadki bielił się srébrzysty;

2340

Zpod[245] wpadłych twarzy oczy mu świeciły

Ostatkiem ognia, resztkami żywota;

Usta, jak gdyby odwykłe od mowy,

W brodzie ukryte, ściśnięte, milczały.

Białą miał szatę, i lniany pas biały

2345

Siedémkroć siedém biodra przepasywał.

Sparty na ręku modlił się w milczeniu

Przed drobnym Boga wielkiego posągiem,

Który na szacie rozpostartéj leżał.

W ciemnéj komnacie blizko[246] niego stała

2350

Trójzębna laska, dostojeństwa godło,

I czarna jakaś wojenna chorągiew,

I czapka strojna w perły i łańcuchy.

On siedział, spójrzał; milcząc, podniósł oczy,

I czekał, aby piérwsi się ozwali.

2355

— Ojcze! — Bogini po cichu wyrzekła —

Raz to już drugi w kobiécéj postaci

Oczóm[247] się twoim objawiam zdumionym;

Piérwszy, gdy brat twój umarł stąd daleko. —

— Bądź pozdrowiona, wielka Dejwa Mildo! —

2360

Zawołał, wstając, i padł na kolana

Starzec; lecz Milda skinieniem znać dała —

Podniósł się z wolna, i, złożywszy ręce,

Z spuszczoną głową słuchał jéj rozkazu.

— Oto jest — rzecze — syn twojego brata.

2365

Wiész, jakie losy Perkun mu gotuje.

Chceszli go przyjąć, wyuczyć tajemnic,

I wlać mu mądrość, którą sam posiadasz,

Do przyszłéj walki uzbroić go w siły? —

— Straszny — rzekł starzec — straszny gniew Perkuna!

2370

Zemście się jego nie oprą i Bogi[248].

Gdzież skryć się przed nim? dokąd nie dosięże?

Dokąd posłańcy jego nie dolecą?

Przez siedém światów piorun jego bije,

Za siedém mórz się prawica wyciąga,

2375

A jego duchy do pieczar Poklusa

I do krainy wschodniéj dolatują.

O Dejwa! straszny, wielki gniew Perkuna!

Bo w jednéj chwili w proch ludzi druzgota[249]! —

— Lękasz się — Milda odrzekła powolnie, —

2380

Nikt tu dziecięcia nie znajdzie u ciebie,

Ja ducha zemsty w inną stronę zwiodę;

Inne, daleko, w drugim końcu świata,

Naznaczę dziécię na zgubę i zemstę.

Przyjm go! Siérota, on nie ma nikogo,

2385

Ni matki nawet! bo i ja dla niego

Zrzec się go muszę, by, kryjąc, nie zgubić!

Na pamięć brata, co w śmierci godzinie,

Kiedy duch jego na wschód ulatywał,

Jeszcze o tobie wspominał przed zgonem,

2390

Ty przyjm go, starcze! ocal od zagłady! —

Słuchał jéj Krewe w posępném milczeniu.

— O wielka Dejwa! niechaj się tak stanie —

Rzekł wreście[250] — taka na mnie losów wola.

Ja go przyjmuję. Będzie moim synem.

2395

Jeśli na starość przyjdą z nim nieszczęścia,

Jeśli mi skończyć ciężko przeznaczono,

Wolą się moją wyroki nie zmienią.

Niechaj zostanie. Tak Pramżu napisał. —

Powiedział starzec, i na znak przysięgi

2400

Ręką się prawą za gardło uchwycił.

— Przysięgam, Dejwa, wszystko w niego wleję,

Cokolwiek długie doświadczenia lata

Przed mojém okiem tajemnic odkryły;

Wszystko mu oddam po sobie w puściźnie;

2405

Co już od dawna w méj duszy zamarło,

Co się w pamięci zatarło latami,

Dobędę znowu wszystko i przypomnę,

Wszystkiém do walki strasznéj go uzbroję:

Bo całe jego życie widzę z czoła,

2410

A życie jego będzie długim bojem. —

Skończył i oczy podniósł; a Bogini,

Szatą się mglistą osłoniwszy cała,

Rzuciła uśmiech w nagrodę starcowi,

Znikła; a Witol sam się z nim pozostał.


2415

O wieku młody! Tyś wiosną człowieka!

Na tobie ziarno przyszłości on sieje!

Twoim on ogniem resztę wieku żyje!

Biada, kto młody na świat patrzy staro,

Zimnemi piersi, obojętném okiem,

2420

I nic nie znając, nic poznać nie żąda,

Nic nie uczuwszy, nic uczuć nie pragnie!

Lecz błogo, błogo, gdy z duszą młodzieńczą

Wynijdzie na świat chciwy świata człowiek;

Wszystkiego żąda; wszystko chciałby w chwili

2425

Pożreć i objąć, pojąć i zrozumieć!

O! wówczas życie, to podróż wesoła!

Co chwila nowe objawią się kraje,

I coraz świéże wabią go obrazy;

Świat rąk tysiącem serce mu opłata,

2430

Tysiącem myśli głowę mu uwieńcza,

Tysiącem żądzy duszę mu kołysze.

O wówczas młodość jest słodką godziną!

Człowiek się uczy, pragnie i spodziewa.

A czegóż więcéj do szczęścia potrzeba?

2435

Pragnienia tylko, zapału, nadziei.

Tu Witol młody, gdy w insze wszedł życie,

Gdy świat tak wielkim zrozumiał, obaczył,

Gdy tysiąc cudów odgadnąć zapragnął,

Chciwy na starca nauki się rzucił;

2440

A on, jak gdyby niepotrzebne skarby,

Długiemi laty mądrość przyzbieraną,

Któréj nikt nie chciał, nikt mu nie zazdrości,

W gorącą duszę Witola wylewał,

Jak drogi napój w kosztowne naczynie.

2445

Słodko mu było u życia zachodu

Widzieć, jak myśli, które w nim przygasły,

W młodzieńczéj duszy kwitnęły rumiane,

I nową siłą pojone, ożyły;

Słodko mu było widzieć, jak to ziarno,

2450

Ledwie zasiane, zielono bujało;

Słodko mu było w téj dziewiczéj duszy

Drugiego siebie uczuć, z złotém skrzydłem,

Z odważną piersią i długą nadzieją.

Starzec powoli w wieczorne godziny

2455

Dawne mu ojców opowiadał dzieje;

O Dejwach uczył, o przodkach, o duchach,

I o tych gwiazdach, co duszy człowieczéj,

Patrząc się z góry, strzegą i pilnują.

Nieraz wśród ciszy, gdy spało Romnowe,

2460

A święty ogień gasnął na ołtarzach,

Gdy Menes smutny, z porąbaną twarzą.

Szedł wolno w chmurach, czatując jutrzeńki[251],

Oni czuwali; i w długiéj rozmowie

Noc im przebiegła, jak strzała do celu;

2465

Noc, jaką człowiek kiedy raz przeczuwa,

Będzie ją potém do śmierci wspominał.

— Ten świat tak wdzięczny — mówił do Witola

Krewe Krewejto, siwą gładząc brodę —

Ten świat już tak jest odwieczny, tak stary!

2470

Tysiąc tysiąców lat po nim stąpało;

Tysiąc tysiąców pokoleń przepełzło,

A pamięć czasów i ludzi wspomnienia

Wody rozmyły i wiatry rozwiały;

I ludzkie kości w mogiłach spróchniały,

2475

I na mogiłach puszcze powzrastały.

Tam, gdzie się świeci złota gwiazda wschodu,

Tam ojców naszych, i naszych nadziei,

Przeszłości naszéj, przyszłości kraina.

Skłoń głowę — ojców tam mieszkają cienie.

2480

W tamtéj to stronie dziadów naszych kości

Śpią, nogą obcych wdeptane do ziemi.

I my tam pójdziem połączyć się z niemi.

Dawno to, dawno, ojców naszych dziady

Z braćmi się swemi darli w tamtym kraju.

2485

Ciasno im było; głód ich nękał ciężki;

I gdy się dziécię rodziło, płakali:

Bo dziecku miejsca nie było w ojczyźnie.

Tak co dzień gorzéj, głodniéj, ciaśniéj było,

Co dzień się mnożył niepokój i zwady.

2490

Trupy się braci walały po drogach.

O garstkę zboża, o dzikie owoce,

Rodzeni bracia bili się, jak źwierzę[252].

Naówczas starszy kapłan lud swój zwołał,

I płacząc, mówił, żeby szli na zachód;

2495

Że tam jest ziemia pusta i dostatnia.

Która ich wszystkich przyjmie i wyżywi.

Ale nikt nie chciał w tak daleką drogę,

Nikt nie chciał swoich i kraju porzucić,

I mogił ojców, i chaty pradziadów.

2500

Każdy chciał zostać, a choćby i umrzeć,

Byleby w swojéj ziemi, między swemi.

Lecz kapłan młódszéj[253] braci iść rozkazał;

Przyrzekł, że wrócą do ojców krainy,

A duch ich do niéj po śmierci przyleci,

2505

Jeśli się wzajem zabijsć nie będą,

I o swéj wierze i ojczystych Bogach

Dis obcéj ziemi nie stracą pamięci.

Wyszli więc młódsi. Szli długo przez góry,

I szli przez rzeki, i po morza brzegach,

2510

Aż przyszli w Litwę, i znużeni drogą,

U morza, Niemna i Neris osiedli.

Widziałeś, synu, mogiły wysokie,

Które po lasach wznoszą się, dębami,

Sosny staremi i lipy[254] pokryte.

2515

Upadek, Złoty wiekTu ojców groby. W nich leżą olbrzymi.

Myśmy skarlałe wielkoludów szczątki,

Myśmy potomki ojców, których kości

W dziecinnych naszych nie udźwigniem ręku.

Bogi[255] skarały, i ogromne ludy

2520

Zeszły na karły bezsilne, trwożlie,

Z duszą tak małą, jak drobne ich ciała.

Spójrz w te mogiły. Gdy je wiatr rozwieje,

W nich kość, jak dębu stary pień, bieleje;

Czaszka, miedzianym wężem uwieńczona,

2525

Strzaskana w czworo, większa, niż ty cały;

A wielka dusza gdzieś w ojców krainie

Płacze, bo się już nie odrodzi w synie[256],

Bo dziecióm z woli Bogów się dostało

Dusza zmalała i zdrobniałe ciało.

2530

Dawno już Pramżu ten stary świat stworzył,

I piérwsze lata młodéj jeszcze ziemi

Słodkie, jak każda młodość, być musiały.

Ale niedługo ludzie się popsuli:

Bo tyle złego sama ziemia płodzi

2535

Z temi darami, które dla nas rodzi!

PotopPowstały wojny, nienawiści, zdrady —

Brat zabił brata, ojciec przeklął syna,

A matka córkę, a dzieci rodziców.

Naówczas Pramżu spójrzał z okna niebios;

2540

Spójrzał, i swojéj nie mógł poznać ziemi.

— Toż to jest świat mój?! toż to moje dzieci!

Gdzież jest ta zgoda, która ja posiałem?

Gdzież są te cnoty, które w dusze wlałem? —

Rzekł, ręką wrota otchłani odrzucił,

2545

Gdzie duchy, siedząc, rozkazów czekały;

Dwa z nich wywołał, kazał im na ziemię.

Wanda i Wieja[257] poszły; w ręce wzięły,

Zaczęły światem kołysać i chytać,

Aż wszystkie morza do góry się wzdęły

2550

I z brzegów swoich na ziemię się lały.

Zalały wzgórza, doliny zrównały.

Przez dni dwadzieścia, przez dwadzieścia nocy,

Trwał potop wielki. Ludzie z gór na góry

Próżno się biedni rzucali, płynęli;

2555

Nigdzie im Pramżu suchego kawałka,

Nigdzie suchego nie zostawił kraju:

Bo na przeznaczeń kamieniu odwiecznym

Wyryto było, że wszyscy wyginą.

Lecz kiedy wyjrzał na skaraną ziemię,

2560

Widział ją Pramżu pustą i zalaną, Widział, jak morskie pląsały potwory

I ponad całą ziemią panowały,

Żal mu był ludzi. A jeszcze ich dwoje

Gdzieś na wierzchołku góry jednéj drżało.

Pramżu jadł właśnie niebieskie orzechy,

2565

I rzucił z góry orzecha łupinę.

Wsiedli w nią starzy. Pramżu zamknął duchy

I znowu wrota u otchłań zarzucił.

Morza do brzegów, rzeki do łożyska,

Wszystko, jak dawniéj, na miejsce wróciło,

2570

I ziemia znowu zielenieć zaczęła,

A trawa kości skaranych pokrywać.

Dwojgu tym ludzióm na znak pojednania

Pramżu na niebie zawiesił Linxminę[258],

Laskę pokoju, obietnicę zgody.

2575

Lecz z tylu ludzi tysiąców zostało

Dwoje ich tylko, i to starców dwoje:

Niewiasta, która rodzić już przestała,

I mąż, co władać oszczepem nie zdążał.

Linxmine wolą[259] Bogów im przyniosła.

2580

Ona im rzekła: — Skaczcie przez kamienie,

A każdy kamień w człeka się przemieni. —

Ilekroć stara skoczyła niewiasta,

Tyle się kobiét narodziło młodych;

A ile razy ów starzec przeskoczył,

2585

Tyle się synów od ziemi podniosło.

Tak od nich dziewięć par powstało ludzi,

I dziewięć piérwsze Litwy pokolenia,

Które po dziś dzień mieszkają na ziemi;

Dziewięć pokoleń, jak dziewięć jest maści

2590

Koni ofiarnych, które święcą Bogóm.

Było to dobrze przed ojców podróżą.

Jeszcześmy wszyscy we wschodniéj krainie,

Na swojéj ziemi długi czas mieszkali;

Jeszcze naówczas nie skarlały ludy,

2595

I rosły wyżéj głową ponad lasy,

A morze było w kolano olbrzymóm[260].

Cięższe już było po potopie życie.

Człowiek za grzechy piérwszych pokutował:

Bo ziemia była niepłodna i mokra,

2600

A błót i jezior z potopu zostało

Więcéj niż lasu i suchego pola.

Ludzie pomiędzy puszcze się tulili,

W budach i dołach od burz się chronili,

Żołędzią spiekłą i mięsem surowym

2605

Nędzne swe życie krzepiąc, jak źwierzęta.

Bronią im pałka, a odzieżą skóra,

A chatą były lasy niedostępne.

Jeszcze dziś ujrzysz podobnych, co dziko

Poza błotami w ostępach się kryją,

2610

I z dzikiém źwierzem, jak źwierz dziki, żyją.

Leci gdy lat wiele spokojnie tak przeszło,

Królowa krajów znad morza białego[261],

Krumine, córkę powiła Nijołę,

W zamku nad rzeką Rossą zbudowanym.

2615

Kraj bowiem z dawna miał swych kunigasów[262],

Co temi ludy po puszczach rządzili;

Ale, jak one, nędzni także byli.

Nijoła piękną wyrosła dziewczyną;

Ale się matka nie cieszyła długo —

2620

Ujrzał ją Poklus wielki Bóg podziemny,

Straszną miłością w sercu się zapalił,

I przysiągł, że ją mieć będzie za żonę.

Czatował na nią, ale porwać nie mógł —

Matka jéj strzegła jak skarbu drogiego.

2625

Rzadko Nijoła wyrwała się straży,

Żeby z dziewczęty[263] pobiegać wiejskiemi.

Raz tylko wyszła dla matki po kwiaty,

Co ponad brzegiem rzeki rozkwitały;

Chciała je sama własną zerwać ręką;

2630

Na suchéj trawie zrzuciła obówie[264].

Wstąpiła w wodę — już Poklus czatował,

Chwycił i zaniósł na ręku do piekła.

Naówczas krzykiem rozbiegły się brzegi.

Pobiegły dziéwki, leciała Krumine,

2635

Przyszła nad rzekę, lecz zastała tylko

W zielonéj trawie zrzucone obówie[265].

I nikt nie widział, gdzie córka najdroższa,

Kędy się młoda Nijoła podziała.

Królowa w gniewie córki swojéj sługi

2640

Zaklęła w Nendry[266], co rzeki pilnują.

Suche, smutnemi kołysząc głowami.

Patrzą i swojéj królewnéj[267] czekają,

Czyli[268] się znowu nie pokaże z wody.

Krumine wyszła córki swojéj szukać.

2645

Przeszła świat płaski, nigdzie jéj nie było.

Płacząc, się nazad do Litwy wróciła.

PostępAle z podróży przyniosła do kraju

Drogie nasiona zbóż, uprawę roli.

Wówczas się Litwa w żyzny kraj zmieniła.

2650

Wycięto puszcze, podniesiono skiby.

Zasiano ziarno, i dzicy raz piérwszy

Zeszli się w kiemas[269] na insze już życie.

Odtąd powoli dzicz znikać zaczęła;

Ludy z daleka przyszły tu handlować;

2655

Jedni na lajwach[270] ku nam przypływali,

Drudzy przez kraje dobiegli sąsiednie,

Niosąc nam srébro i złoto za bursztyn,

Za skóry źwierząt i wosk naszych barci.

Ale gdy obcy wypatrzyli u nas

2660

Lud silny, ziemię, co długi len rodzi,

I drogi bursztyn, który morze daje,

Pozazdrościli nam Litwy, i wkrótce

Wiele ich zbrojnych na lajwach przybyło.

Zaczęli Litwę bezbronną mordować,

2665

Gwałcić niewiasty, mężów pętać w łyka,

Bo kraj nasz posiąść zwyciężony chcieli.

Przestrach po Litwie poleciał jak strzała.

Jedni w las biegli, drudzy w progu domu

Płakali, myśląc, co się z niemi stanie.

2670

Wtém poseł Krewy z laską kraj przeleciał.

Krewe się wszystkim rozkazał gromadzić.

Zwycięstwo, ZemstaKażdy wziął oszczep, i pożegnał żonę,

Dzieci uściskał, jakby na stos idąc:

Wszyscy się bowiem napastników bali,

2675

I pewnéj śmierci lub pęt wyglądali.

Nikt nie śmiał nawet myśleć o zwycięztwie[271].

Lecz Perkun Khawę[272] udst im os wodza.

Litwini wpadli na oboz wśród nocy.

Pobili obcych, zatopili łodzie,

2680

A resztę w ciężką zaprzęgli niewolę.

Długo ich potém widziano na Litwie

Wiodących życie z bydlęty[273] po chlewach,

Lub pług ciągnących ciężki po nowinach[274].

Tak mówił starzec, wpatrując się w niebo.

2685

A Witol, słowa połykając chciwie,

Siebie i świta dla nich zapominał.

Potém mu starzec cześć Bogów tłómaczył[275]:

— Ten niewidzialny, odwieczny, niezmienny,

Który napisał przed laty, co będzie,

2690

Którego wyrok na włos się nie zmieni,

Jest Okkapirmas, Bóg nad wszystkie Bogi[276].

Syn jego Pramżu panuje nad ziemią,

Strzeżąc[277] spełnienia ojcowskich przeznaczeń;

Czyta, co ojciec wyrył na kamieniu,

2695

I wié, co będzie; lecz co jest, nie zmieni.

Perkun nad ludźmi panuje przestrachem;

On w ręku trzyma pioruny i burze;

On grozi, kiedy cześć Bogów się zmniejsza;

Piorunem karze, gdy go człek rozgniewa.

2700

Pramżu nie patrzy na ludów mrówisko[278];

On czyta losy w przeznaczenia głazie,

Co było, będzie, przed wieki, na wieki.

Lecz rzadko oczy na ziemię odwraca.

Perkuna piorun ludzi tylko ściga,

2705

Drzewa obala i puszcze druzgoce;

Lecz Pramżu kiedy uderzy o ziemię,

Kiedy ją pocznie ćwiczyć silną dłonią,

Drży ziemia z strachu i trzęsie się cała[279].

Perkun z innemi władzę swoję[280] dzieli:

2710

Sotwar oświeca, Atrimp wód pilnuje,

A Poklus piekieł, w których jęczą dusze,

Ziemiennik głody lub urodzaj daje. —

I jął mu starzec liczyć Bogów wiele,

Obrzędy ofiar, tajemnic i wróżby.

2715

— Kiedy rok nową wiosną się zaczyna,

Karwilis[281] łąkóm świéżą odzież daje,

Twéj matki Mildy obchodzimy święto.

Wielkie to Bóstwo, co węzłem braterskim

Łączy nas wszystkich i uściskiem spaja;

2720

Co przypomina, że dziewięć pokoleń

Z jednéj się pary w jednym dniu zrodziło;

Wielkie to Bóstwo, co małżeństwóm świeci,

Zsyła im zgodę i roskosze[282] mnoży.

Ciągną się starce, młodzieńcy, dójrzali,

2725

Przed ołtarz Mildy z ofiarą nabożną;

Stary, co miłość doznaną wspomina;

Młody, co jeszcze miłości wygląda;

Dójrzały[283], co jéj trwanie chce przedłużyć.

Nawet źwierzęta jéj władzy posłuszne

2730

Płaszczą się przed nią; dzicy puszcz mieszkańce[284]

Zapomną walki, łagodni się staną,

Gdy na nich Bóstwo okiem tylko rzuci.

Na wiosnę także Pergrubią[285] witamy;

Prosim Perkuna, by powściągnął burze;

2735

Swajstyxa[286], żeby światła nam nie skąpił;

Pilwity[287], żeby dary swe mnożyła;

A Mildy, żeby wszystko osłodziła,

I dała zgodę, pokój między bracią,

i miłość droższą nad Pilwity skarby.

2740

W piérwszy dzień wiosny, kiedy słońce wstaje,

Litewskich kiemów[288] dziewczęta się budzą,

Biegąc[289] u wschodu powitać Pergrubie

W wozie Lelusa[290] przez nieba jadącą.

Zda się naówczas, że wszystko odżywa:

2745

Bo to dzień wielki, dzień to tajemniczy.

Wszystko stworzenie jemu się raduje.

Kwiaty ku słońcu wesoło patrzają;

I więcéj w tym dniu jednym ich rozkwita,

Kiedy Sutinkaj[291] nad niemi zaświeci,

2750

Niżeli potém przez całe miesiące.

Dzień to wesela — wszystko po wsiach żyje;

Młodź i kobiéty ofiary składają;

Każdy się do niéj choć cząstką przyłoży;

A kiedy Dejwie wiosny kozła biją,

2755

Krew jego lejąc, te słowa śpiewają:

— O Pani nasza! Bogini Pergrubie!

Ty, która zimę precz od nas odpędzasz,

Ty, która trawy i kwiaty ożywiasz,

Prosim cię, spójrzyj i na zboża nasze,

Pomnóż nam plony, wytęp chwasty szkodne,

I podnieś kłosy, jak podnosisz trawy. —

Jeśli ich nędza, ciężki głód uciska,

Inną modlitwą Auszlawisa proszą,

Żeby im rękę podał i uzdrowił;

Lub Puschajtisa podziemnego Boga,

2760

Żeby się do swéj starszéj braci wstawił.

Kondycja ludzka, Modlitwa, PobożnośćO ciemni ludzie! zamiast się poprawić

I zemstę Bogów od siebie odwrócić,

Oni Bóstw nowych w Dubgusie szukają,

Niezasłużonéj prosząc u nich łaski.

2765

Nim Pilwit nowe zeszle[292] im dostatki,

Oni na uczcie, oni na weselu

Drogi czas pracy przetrawią i zgubią.

Na wiosnę także jest pastusze święto.

W trzodzie wieśniaka bogactwo i doba.

2770

Proszą, ażeby Goniglis[293] jéj bronił,

A Lelus[294] swojém światłem dobroczynném

Drapieżne źwierzę od trzody odganiał,

Kiedy się w puszczy zdradliwe zakrada.

Ujrzysz ty kiedyś te wiejskie obrzędy.

2775

Co się na uczcie kończą i biesiadzie

Szałem pijanych, młodzieży rozpustą;

Posłyszysz kiedyś tę piosnkę pastuszą,

Którą, pamiętam, w zielonych dolinach

Słyszałem kiedyś, biegając chłopięciem[295]:

— Goniglu Bożku! paś moje stado,

Paś mi buhajka i krowę;

Nie puść złodzieja wilka, o Lado,

W łąki nasze i dąbrowę.

Owoce pasiemy po błoni,

Ciebie, wilku, nie lękamy —

Bóg z złotym włosem na skroni

Nasze stado pasie z nami. —

2780

Latem przychodzi wielkie święto Rosy.

Jest to odwieczna uroczystość nasza,

Święto nad święta, którego początku

W dalekich wiekach za nami nie widać:

Bo je przodkowie ze wschodniéj krainy

2785

Przynieśli tutaj z Bogami swojemi.

Wielkie to święto, wielka radość ludu!

— Lado! — wołają, biegając szaleni,

I ognie palą, cieszą się, weselą,

Całą noc krótką czuwając na dworze.

2790

Noc ta jest nocą tajemnic i cudów;

Lecz tłum choć czuwa, nic nie widzi wkoło,

Biesiadą tylko zajęty i gwarem.

Biada tym, którzy to święto znieważą!

Ludzie odepchną, Bogi[296] ich ukarzą,

2795

I pójdą nędzni gdzieś w pogańskie kraje

Dokonać reszty nędznego żywota

Z przeklęctwem[297] braci ciężącém[298] na karku

I zemstą Bogów wyrytą na czole.

LosTéj nocy ludzie mogli, gdyby chcieli,

2800

Dostać od Bogów mądrości i siły;

Lecz oni wolą przy ogniach ucztować.

I tak jest dobrze — takie przeznaczenie.

Gdy piérwsza kosa dotknie zbóż dojrzałych,

Obchodzą po wsiach wesołe zażynki

2805

Ofiarą wielkiéj Królowéj Krumine,

Która im piérwsze przyniosła nasiona.

Gdy Sillu miesiąc na niebo się wtoczy,

A w polu wszystkie roboty skończone,

Naówczas wielką dziękczynną ofiarę

2810

Ziemiennikowi ze źwierząt składają;

Biją je, warzą, przy śpiewach wesołych

I przy modlitwach wiejskiego wurszajta[299],

Którego na ten obrzęd uroczysty

Zpośrodka[300] starszych na wiosce wybiorą.

2815

Szczęście, ObrzędyJest w Szwenta-Mesta posąg Ziemiennika,

Który co roku, kiedy z pola zbiorą,

Stary zdejmują i tłuką w kawałki,

A nowy święcą, bijąc mu ofiary.

Jest to nauką, by lat, co skonały,

2820

Zapomnieć nieszczęść, żyć jutra nadzieją.

Może to cała szczęścia tajemnica.

Jest potém święto na ojców pamiątkę.

Dzień to Wellony. Jéj krewni wzywają,

Ażeby braci, ojców, matek, żony

2825

Duchóm[301] na ziemię zstąpić dozwoliła,

I znowu zasiąść za stołem ze swemi.

Święto Chauturej jest świętem pamiątek.

Wszyscy się ciągną na ojców mogiły,

Umarłym jadło i napój przynoszą,

2830

I płacząc po nich, do uczty spraszają.

Ten dzień nas łączy z umarłym już światem.

Nieraz naówczas ze wschodniego kraju,

Wyrwane jękiem, prośbą i modlitwą,

Duchy nad ziemię naszą się zniżają,

2835

I łzawym oczóm potomków się jawią:

Albo jak mara, co w nocy przelata,

Albo jak ptaszek, co na bzach świergoce,

Albo jak Lejlas[302], na którego skrzydłach

Duch śmierci wyrył tajemnicze runy.

2840

Ubodzy potém, po zmarłych dziedzice,

Resztki biesiady z mogił zabierają.

Na Ilgi święto Perkuna przypada,

W wielkim miesiącu. Po nim na wsiach Litwy

Święto Wajżganta kobiéty obchodzą:

2845

Bo len jest także bogactwem Litwina.

Dni Messedrines są Bożka Raguta.

Pora to szału, rozpusty, pijaństwa.

Ode wsi do wsi srokatym zaprzęgiem

Wiozą bałwana[303], wykrzykując pieśni,

2850

Cichych przechodniów ciągnąc do biesiady,

Którą kapłani Potinikaj święcą.

Z dala za tłumem starce i staruchy

Wloką się, pieśnióm wtórując pijanym,

Skacząc i krzycząc: — Ragutas, Ragutas! —

2855

PobożnośćLud w owym szale pracy zapomina,

I resztę siły na jutro potrzebnéj

W długiéj rozpuście rozprasza niebaczny,

Myśląc, że tego wymagają Bogi[304].

Potém już koniec trzynastu miesięcy

2860

Obchodzim w święcie największém Kolady.

Naówczas lud się od grzechów oczyszcza

Kozłem ofiarnym, gorącą modlitwą;

Kapłan ofiarną krwią skrapia zebranych;

A po godzinie ciszy i spokoju,

2865

Znowu do szału i biesiad wracają;

I w Blukku Wakars paląc rok przeżyty,

Cieszą się, że już daleko za niemi;

A nowy bałwan ubrawszy w błyskotki,

Jako skarb drogi, do domów odnoszą.

2870

Radość, Kondycja ludzkaO! lud nasz, synu, lubi się weselić;

Nawet ofiary, naszych Bogów święta,

Ucztą, biesiadą i szałem zamyka;

Bitny on w polu, pracowity w domu,

Ale na jutro i siebie niepomny;

2875

Czci dzień dzisiejszy, jak ojców wspomnienie,

A burza, która nad głowy się zbiera,

Dopiéro straszna, kiedy weń uderzy.

Nigdy jéj Litwin przewidzieć nie żąda,

Nigdy się od niéj uchronić nie stara.

2880

Gdy pełne chaty, nabite stodoły,

Jedzą i piją, dopóki wystarcza;

Przyjdzie głód potém — wszyscy się rozbiegą[305]

I pójdą chleba daleko gdzieś szukać. —

Tak mówił starzec; a Witol spragniony

2885

Słuchał go duszą młodą i ciekawą.

Drugi raz patrząc w niebo mądry Krewe,

W błyszczące gwiazdy zgasłe oczy wlepiał,

I Witolowi dawne prawił dzieje

Xiężyca[306], słońca i gwiazd ich orszaku:

2890

— Słońce Bogini jest xiężyca żoną.

Co dzień powstaje ze wschodniego kraju,

Z mokréj kąpieli, na wozie złocistym,

W którym trzy konie wprzężone hasają.

Powolnie niebo przejeżdża dzień cały,

2895

Aż znowu wróci na łoże spokojne.

Z ich się małżeństwa gwiazdy porodziły.

Co jaśniejszemi promieniami świecą.

Mniejsze, ich wnuki, niedorosła dziatwa.

Synowie słońca zaludnili niemi,

2900

Wprzód puste jeszcze, te nieba szérokie.

Zdrada, Zemsta, Słońce, Księżyc, MałżeństwoNiedługo xiężyc został żonie wierny,

Jak piérwszéj wiosny, piérwszego dnia ziemi;

Wkrótce on córkę jutrzeńkę pokochał,

Unikał słońca, w nocy zaczął chodzić,

2905

I pod dzień biały na niebie się bawić.

Słońce raz wyszło wcześniéj z łoża swego,

I niewiernego z jutrzeńką zastało;

Naówczas miecz swój ogromny porwało,

Oblicze męża rozcięło na dwoje,

2910

I odtąd Menes skarany na wieki,

Co miesiąc dawne powtarzając dzieje,

Wschodzi rozcięty, póki nie uprosi,

Aż słońce twarz mu zrąbaną przywróci.

Ta wielka gwiazda jest to Wakarinne[307],

2915

Gwiazda wieczorna, co w piérwszym dniu ziemi,

Z piérwszych uścisków słońca i xiężyca,

Zmrokiem się zaraz na niebo wtoczyła.

Ona przychodzi świecić od wieczora;

Pod ranek niknie, na słoneczném łożu

2920

Odpocząć przez dzień do nowéj podróży.

Każda z gwiazd mniejszych jest Gulbi[308] człowieka.

Z wierzchu żywota nici przywiązana

Świeci, dopóki on żyje na ziemi;

Odcięta ręką Nukirptoj, upada.

2925

Ilekroć, synu, tę gwiazdę postrzeżesz,

Co się gasnąca ku ziemi przybliża,

Człek to umiera, a duch jego wzlata

W paszczę Wiżuna, lub na wschodnie góry.

Ten starzec z brodą, to prorok jest świata,

2930

To Udegita[309], co przyszłość zwiastuje.

Kiedy ku ziemi z brodą się nachyli,

Głód, mór lub wojnę otrzęsa ze włosów.

On to w noc piérwszą po słońca weselu

Piérwszy niewierność xiężyca wywróżył,

2935

I zamiast pieśni weselnéj tańcerzóm[310],

Nieszczęścia wróżby na głowy im rzucił.

Patrzaj na północ — tam Griżułas świeci,

Wóz tajemniczy bez rumaków stoi.

Dawno to, dawno, na słońca weselu,

2940

Wioząc dziewicę do lip Lajmy[311] gaju,

Złamany, w drodze na wieki pozostał.

Ta biała pręga zwie się ptaków drogą.

Nią dusze lecą do krainy wschodu.

To jest Juksztandis, to Tikutis świetny;

2945

Gwiazda, LosTa wielka gwiazda jest gwiazdą Perkuna,

Jak on odwieczna, jak on nieśmiertelna.

Inne są takie, która Bogóm naszym

Na jasnych czołach stupromienne świecą;

Mniejsze zwieszone ponad ludu głową.

2950

Ile ich w górze widzisz tam błyszczących,

Tyle jest duchów, i Bogów, i ludzi,

A każdy w niebie mieszka gwiazdą swoją.

Ponad wszystkiemi ma rząd Żwajgżdunoka.

Ona je zrzuca, gdy człowiek umiera;

2955

Ona zapala, gdy dziécię się rodzi;

Ona im światła z wozu słońca bierze

I co dzień świéże na plecach roznosi.

Gwiazd Boga żona z nim razem swą trzodę

Po modréj pasie co nocy równinie. —

2960

Tak mówił starzec; co dzień, co wieczora,

Nową naukę w młodzieńca przelewał;

I jak jaskinia ponad morza brzegiem,

W którą od wieków morze skarby składa,

Bursztyn, korale i drogie kamienie,

2965

Póki ich rybak znalazłszy nie wydrze,

Tak starzec wieści, które sto lat zbierał,

Teraz dopiéro wylał ze swéj duszy.

A Witol z całym młodzieńca zapałem

Wszystko połykał, i zawsze łakomy,

2970

Nowego żądał i o więcéj prosił.

Tak mu spłynęły dwa lata w Romnowe;

Zmieniły myśli, rozszérzyły serce.

Widział już świat ten, w który miał się rzucić,

Przeczuciem młodych, a nauką starca.

2975

Śmielszy do boju, kiedy przyszłość marzył,

Nie tak ją straszną i czarną już widział;

I już starego ojca nie żałował,

Ni chaty w puszczy, ni zabaw dziecięcych,

Które nie jeden raz wprzódy opłakał;

2980

A w sercu uczuł ten zapał do boju,

I to pragnienie walki z ciężkim losem,

Których któż w życiu choć raz nie doświadczył?

Starość, PrzemijanieTymczasem prędko płynął czas w Romnowe.

Krewe Krewejtę pochylały lata;

2985

I jak ta kropla, co pełne naczynie

Jedna przepełni, tak jemu godziny,

Które długiego domierzały życia,

Już się na próżno wezbrane zlewały.

Nie czuł ich starzec; ni w życiu roskoszy[312],

2990

Ni w duszy swojéj sił na dalsze życie,

Ni w sercu węzła, coby go do świata,

Coby go jeszcze do ludzi krępował.

Wszystkie już dawno pęknięte leżały.

Wzdychał za cichym spoczynkiem w mogile,

2995

Za połączeniem z ojcami swojemi;

Płakał nad Litwą; to znowu bezsilny

Często wśród ofiar usnął i spoczywał,

Jakby już duszą w wschodni kraj ulatał.

Gdy się rok skończył, w Oczyszczenia święto,

3000

Po raz ostatni zawołał Witola.

— Synu! — rzekł — czas już, bym życia dokonał,

Tak, jak przede mną wszyscy poprzednicy.

Stanę na stosie i za lud mój spłonę,

Którego grzechów nie kozieł ofiarny,

3005

Ni modły żadne od kar nie zasłonią.

Krwi méj potrzeba — oddam im krew moję[313].

Tobie, Witolu, zostawuję skarby

Najdroższe z skarbów — doświadczeń owoce.

W ciebie przelałam myśl moję i duszę.

3010

Idź w świat, i niech cię pioruny Perkuna

Miną w godzinie świętéj jego zemsty.

Ja z ojcem twoim i z ojcy[314] naszemi

Idę się złączyć. — Gdy tak mówił Krewe,

Błyszczącém okiem w młodzieńca poglądał;

3015

A on łzę srébrną ukradkiem z powieki

Ręką ocierał, i kraj starca szaty,

W milczeniu cisnąc i płacząc, całował.

— Ojcze! — rzekł — cóż się ze mną biednym stanie?

Gdzież się podzieję? Matka się wyrzekła,

3020

Duchy mnie gonią i zemsta nade mną! —

— Oto — rzekł starzec — miecz, którym ty duchy

I nieprzyjaciół pokonasz najsroższych.

Miecz to wielkiego na Litwie rycerza.

Nigdy on ręki nie zawiódł walecznéj.

3025

Nie tylko ziemskich przemoże on wrogów,

Lecz duchów nawet odpędzi od ciebie.

Weź go. To druga jest po mnie puścizna[315].

Gdy się stos święty zawali pode mną,

Idź z nim w stronę, w którą cię powiedzie

3030

Piérwszy liść wiatrem przed tobą pędzony.

On przeznaczenia pokaże ci drogę. —

To rzekł, i zwołał starzec wejdalotów,

Przyszli z nieszczerą obłudników twarzą,

Spuszczoném okiem i kornym pokłonem.

3035

Dawno już oni téj chwili czekali,

Bo jeden z nich miał nastąpić po Krewie.

— Zwołajcie lud mój — rzekł starzec. — Ja czuję,

Że czas mi spłonąć na śmiertelnym stosie.

Wielką zgotujecie ucztę i ofiarę,

3040

Bo pora Bogów straszny gniew przebłagać. —

Upadli przed nim i poszli z rozkazem.

Każdy przed sobą niósł laskę poselską,

I ze wsi do wsi, od chaty do chaty,

Lud zwoływali na obrzęd w Romnowe.

3045

Wszyscy śpieszyli, zewsząd lud się cisnął.

W puszczach głębokich wieścią obudzony

Zrywał się Litwin, i z oszczepem w ręku,

Z ofiarą w sakwach, biegł oglądać Krewy,

Ostatnią chwilę i obrzęd ostatni.

3050

Nareście[316] nadszedł dzień ów uroczysty.

Ponad rzekami tłum ludu dolinę

Gwarny, ciekawy, zmięszany[317] zalegał.

Za świętym dębem z najdroższego drzewa

Stos wejdaloci układli[318] wysoki.

3055

Do niego słane białemi płótnami,

Sypane kwieciem prowadziły wschody[319].

Po rogach stosu ofiarne ołtarze

I ognie święte trzy doby płonęły.

W blizkiéj[320] zagrodzie podarki, ofiary

3060

Które lud znosił, składali kapłani.

Cztérech ewarte przy ołtarzach stało;

Przy każdym po dwóch Krewe w białych szatach,

W wieńcach na skroni i laskami w ręku;

Za nimi rzędem pomniejsi krewule

3065

I wejdalotów gmin niepoliczony,

Wiejscy wróżbici, sigonoci biedni,

Co się po siołach za jałmużna włóczą,

I burtinikaj z gęślami na ręku,

Puttones, którzy zwaśniony lud godzą.

3070

Wszyscy tam przyszli za jałmużną lichą,

Z gęślami, wróżbą, z miłośnemi leki[321],

Ubóstwem swojem i prośbą na ustach.

Powstało słońce wielki dzień oświecić

Krewe Krewejty ofiary i śmierci.

3075

Już wejdaloci krzątali się wkoło,

A lud u stosu cisnął się ciekawy.

Nareście[322] drzwi się świątyni rozwarły,

Starzec niesiony na ręku kapłanów

Wyszedł do ludu — lud upadł na twarze,

3080

I panowało milczenie nad tłumem.

Wokoło Krewy gęślarze, śpiewacy,

I grajków orszak szedł z pieśnią poważną;

Za nim kapłani, kapłanki, dziewice;

Niesiono Bogów posągi straszliwe,

3085

I zielonemi liśćmi drogę słano.

Krewe Krewejto w białéj siedział szacie;

Siedémkroć siedém pas go opasywał;

Przez prawe ramie[323] przepaska wisiała;

Na skroni czapka wysoka, błyszcząca

3090

Złotem i drogich kamieni wyborem,

I zielonością świéżą uwieńczona.

Szli aż do stosu w milczeniu głębokiém,

Które gęślarze przerywali smutnie.

Lud patrzał cichy i pochylił głowy;

3095

A wejdaloci świętéj rzeki wodą

Tłumy zebrane, śpiewając, kropili,

Kapłani starca już na stos podnieśli,

I wszyscy zeszli; on został sam jeden.

Znów cisza — czeka lud słowa w milczeniu.

3100

Starzec ostatni raz z piersi wydobył

Głos, co za chwilę na wieki miał zgasnąć.

— Ludu mój! — rzecze — klęski na was spadły!

Wróg niszczy Litwę i brańców zabiera!

Co dzień mniéj ludzi z wyprawy powraca,

3105

I co dzień sioła szérocéj pustują[324],

I co dzień pola szérzéj chwast pokrywa!

Głód na was patrzy! Bogi gościnności

Mór ciężki, karę na winnych zesłały!

Leci na Litwą i płachtą powiewa;

3110

A gdzie się czarny pokaże posłaniec,

Sypią mogiły i po numach[325] płaczą!

Grad wasze pola, ulewa ogrody,

A burza lasy co dzień niszczy straszniéj!

I jeszczeż o swych występkach wątpicie?

3115

Jeszcze o gniewie Bogów swych nie wiecie?

Co dzień, to gorzéj! co dzień klęski srogie

Idą, jak płomień po lesie puszczony!

Ludzie padają i sioła się walą!

I Udegita płomienistą brodę

3120

Zwiesił na niebie, czerwonemi oczy[326]

Spogląda na was i zemstę wam wróży!

Jeszczeż to Bogów błagać wam nie pora?

Oto ja za was na święty stos idę.

Może śmierć moja gniew Bogów ukoi,

3125

Może krew moja zemstę zaspokoi.

Idę i spłonę za was, ludu Litwy!

Lecz bądźcie godni przebaczenia Bogów.

Długo ich zemsta nad ludem się zwleka,

I długo Perkun z piorunami czeka;

3130

A kiedy piérwszy wyrzuci z swéj dłoni,

Nieprędko, dzieci, ujrzycie ostatni!

Trzeba wam wrócić do ojców prostoty,

Do pobożności, do zgody i cnoty;

A wówczas Bogi oblicze rozświecą

3135

I łaski swoje na głowy wam zleją.

O dzieci! nie tak za ojców bywało,

Jako się teraz w naszéj Litwie dzieje!

Częściéj lud Bogów odwiedzał ołtarze,

Lepszemi dary zemstę ich zaklinał

3140

I szczérszém sercem niósł dla nich ofiary.

Insze też czasy przeszły po téj ziemi —

Lata spokojne. Wróg jéj nie napadał,

I mór do pogan daleko gdzieś leciał,

I Perkun burzą nie niszczył zasiewów,

3145

I Ziemiennikas dawał urodzaje,

I Atrymp wody utrzymywał w brzegach;

Podziemne duchy pobożnym służyły.

Nie, jak dziś dla was, szkodliwemi były.

Teraz Pilwite[327] twarz od was odwraca,

3150

Auszlawis chorób nasyła tysiące,

Których ni popiół ze Znicza ołtarzów,

Ani kapłanów nie leczy zaklęcie.

O dzieci moje! czas się upamiętać!

Niechaj podróżni swobodni wędrują;

3155

Niech nikt gościowi nie odmówi chleba,

Ni dachu w słotę, ni w nocy posłania,

Ani ogniska, by osuszyć szaty;

Niech zgoda dzieci z ojcami połącza;

Niecił się brat z bratem nie waśni zajadle;

3160

A wówczas Bogi twarz do was obrócą,

I miecz przez poły[328] wyjęty nad wami

Nie dotknie karków litewskiego ludu. —

Tak mówił starzec; lud płakał, słuchając;

A wejdaloci na cztérech ołtarzach

3165

Palili Bogóm błagalne ofiary.

Ofiara, Poświęcenie, Samobójstwo, ObrzędyPotém znów Krewe podniósł głos do ludu,

I długo mówił, i mówił ze łzami,

I żegnał wszystkich; wszyscy go żegnali,

Padali na twarz i łkając płakali.

3170

Nareście[329] ustał starzec, ręką skinął,

Stanął na stosie, wzniósł oczy do nieba,

Modlił się długo i lud błogosławił.

Usiadł; a ogień wziąwszy poświęcony,

Sam stos, ostatnią ofiarę, podpalił.

3175

Wyschłe się drzewo zajęło, i w chwili

Gęsty dym starca osłonił dokoła.

Niekiedy tylko wiater[330] go rozpędzał;

I wówczas widać było na wierzchołku,

Jak siedział niemy bez krzyku, bez jęku,

3180

I zdał się wolno w płomieniach usypiać.

Trąby i rogi, śpiewy i piszczałki,

Razem z płomieniem dokoła zawrzały.

Nim Bodziawołos[331] wałundę[332] dosypał[333],

Popioły tylko zostały z ofiary,

3185

A starca tylko u ludu pamiątka.

I już nowego krewe wejdaloci

W wrota świątyni wesoło przywiedli;

Tłum go odgłosem powitał wesołym,

I łez wylanych przed chwilą zapomniał.

3190

Kiedy ostatnia głównia[334] dogasała,

Witol, z łez mokre ocierając oko,

Westchnął i spójrzał[335] — przed nim liść wzlatywał;

I on za liściem w nieznajomą stronę

Puścił się, modląc do Boga podróżnych[336].


3195

Szedł smutny Wilol ze spuszczeną głową;

A miecz Krewejty zwieszony u pasa

Wlókł się po trawie, brzęczał po kamykach.

Za nim z Romnowe pomięszane[337] głosy.

Jakby wspomnienia przeszłości, goniły.

3200

Szedł ku południu, bo tam liść przewodnik

Leciał, wiatrami po drodze niesiony.

Piérwszy raz sam się puszczał w podróż długą;

Lecz chociaż świata mało widział okiem,

Przeczuł go duszą i zmierzył myślami.

3205

Marząc, do lasu dostał się gęstego,

I usiadł spocząć na zieloném wzgórzu,

Pod wielką jakiejś rodziny mogiłą.

Na niéj, jak gdyby gwiazda z niebios spadła,

Leżały siwe w sześć promieni głazy.

3210

Z strony południa zawarte kamieniem

Wrota mogiły, na resztę rodziny,

Ns dzieci ojców i ta mężów żony,

Zieloném darniem[338] kryjąc się, czekały.

Tu usiadł Witol spocząć i podumać.

3215

Gaj, szumiąc cicho, do snu go wyzywał;

I strumień święty, nad którego brzegiem

Choroby starte na szmatach wisiały,[339]

Szemrał, w gęstwinę lasu się wdzierając.

Zaledwie oczy lekki sen przymykał

3220

I stos mu Krewy marzyć się zaczynał,

Usłyszał łoskot. Górą ptak przeleciał;

Kracząc, zawisnął ponad nim wysoko,

I znowu zniknął za drzew gałęziami.

Lecz w głosie ptaka, i locie, i pierzu,

3225

Poznał, że puszczy nie był to mieszkaniec,

Ale duch zpod[340] stop Perkuna puszczony,

Który po świecie zemstę jego nosił;

Powstał więc, jakby do walki wyzywał,

I oparł rękę na rękojeść miecza

3230

Wtém białą drogą, wijącą się w gaju,

Ujrzał ku sobie idącego starca.

Siwą miał brodę, ubogie odzienie,

Laskę podróżną, nogi bez obówia[341],

Na plecach sakwy, nakrycie na głowie,

3235

Co sigonotów włóczęgów znaczyło

Zbliżał się, chwiejąc, powoli, i mruczał,

I na Witola zpode[342] łba spozierał;

Stawał, szedł mowo; a gdy się z nim zrównał,

Odetchnął chwilę i tak go powitał:

3240

— W imie[343] Bentisa, w imię Kielo-Dewas[344],

Bądź pozdrowiony, wędrowniku młody!

Wszak pewnie idziesz od strony Romnowe? —

— Z Romnowe, ojcze! — I ja się tam ciągnę.

Ale za późno: bo Krewe Krewejto,

3245

święty nasz ojciec, pewnie się już spalił? —

— Kiedy ostatnia głównia stosu gasła,

Jam wówczas, starcze, z Romnowe wychodził. —

— Szkoda! straciłem do ludu przemowę!

A tak z daleka szedłem na ten obrzęd,

3250

I po jałmużnę, którą już zapewne

Pomiędzy naszych rozdzielić musieli. —

— Śpiesz się, a może trafisz na jałmużnę.

Ja nie mam, czém ci dopomódz[345] na drogę,

Sam jestem biedny, a idę daleko. —

3255

— Niechaj cię Bogi szczęśliwie prowadzą.

Dokądże idziesz? —

— Na Litwę głęboką. —

— Wojak, czy dworak, czyś poseł xiążęcy[346]? —

— Podróżny tylko. — Wolny, czy poddany? —

3260

— Spójrzyj[347] na włosy, dość ci tego będzie;

Spójrzyj mi w oczy, ja ci nie odpowiém. —

— Do swoich pewnie, do ojca, do matki? —

— Jestem sierota, idę — do mogiły. —

— Do ojca? —

3265

— Prawda. Zkądże[348] wiész to? starcze! —

— Zkąd? Wszak mówiłeś, bym ci spójrzał w oczy;

A ja z twych oczu więcéj cóś poznałem,

Niż może chciałeś, żebym się dowiedział. —

— Nie mam tajemnic, z niczém się nie kryję. —

3270

— Z niczém? Żartujesz ze starca, młodzieńcze!

Wielem ja ludzi widział już na świecie,

Wielem ja rzeczy ukrytych odgadnął;

I w twém jest sercu wielka tajemnica. —

— Może. Idź, starcze! Niech cię Kielo wiedzie.

3275

Trafisz w Romnowe jeszcze na jałmużnę.

Ztąd[349] niedaleko. Nie baw[350] się, pośpieszaj.

Na prawo droga wiedzie na dolinę,

Kładka na rzece, i ujrzysz dąb święty. —

— Chwilę, mój młody! Czegoż się mam śpieszyć?

3280

Wszakże usiadłeś spocząć pod mogiłą.

Spoczniemy oba. Bentis dopomoże,

I my się lepiéj zapoznamy z sobą. —

Witol nieufnie na starca poglądał:

Bo z oczu jego jakiś blask złowrogi,

3285

Jakaś myśl dzika zdawała się łyskać;

Lecz na Bentisa zatrzymał się imie[351];

Nie śmiejąc ruszyć, pozostał na miejscu.

Starzec swe sakwy na ziemi porzucił,

A sam powoli usiadł pod mogiłą.

3290

Milczeli oba, spoglądali tylko.

Z podróżnych węzłów dobył sigonota

Mizerną strawę, i, szepcąc modlitwy,

Rzucił ofiarę, nim zaczął pożywać.

Witol w milczeniu spoglądał na niego.

3295

— Idziesz daleko — rzekł mu wróżbit[352] stary —

A z czémżeś, bracie, wybrał się na drogę?

Czy masz ty zapas? czy ufasz w gościnę? —

— W imie Nemejas i Peskis gdy wezwę,

Któż mi ogniska i chleba odmówi? —

3300

— O! jest już Maras[353] na Litwie od dawna,

A to znak przecię jest niegościnności.

Źleś się, mój młody, wybrał w długą drogę. —

— Mam łuk, by ptaka w południe zastrzelić,

I miecz, by drzewa na ogień narąbać. —

3305

— Nie zawsze ptaki na podróżnych lecą,

Nie zawsze lasy będziesz miał na drodze.

A wiészże drogę do ojca mogiły? —

— Wiém — odpowiedział Witol zadziwiony,

Zmierzając starca oczy ciekawemi.

3310

Lecz sigonota na dół spuścił głowę,

I znów spokojny jedzenie pożywał.

— Pozwól — rzekł potém — powróżyć na drogę. —

— Nie mam, mój ojcze, czém za wróżbę płacić. —

— A kiedy nie chcę od ciebie zapłaty? —

3315

— To i ja wróżby od ciebie nie żądam. —

— Dasz mi twycb włosów garsteczkę w zastawie. —

— Nic nie dam, ojcze! — Witol powstał z ziemi

I chciał odchodzić. Lecz i starzec powstał;

Ale nie starcem; wzniósł się na mogile,

3320

Urósł w wielkiego za chwilę olbrzyma,

I głową dosiągł najwyższego dębu,

A ręce długie, jak dębu konary,

Ku młodzieńcowi wyciągnął skwapliwie.

On za miecz porwał, i o drzewo sparty

3325

Czekał napadu śmiało i spokojnie.

— Dasz mi twych włosów! — krzyknął duch szydersko —

dasz mi ich z głową razem, Mildy synu!

Znam cię, kto jesteś! Dwadzieścia lat szukam,

Zbiegałem puszcze, i zamki, i numy[354],

3330

Niedźwiedzie łomy, Staubunów pieczary,

A nigdzie dotąd nie odkryłem ciebie.

Lecz kiedy dusza Krewejty leciała,

Na białéj sukni Perkun postrzegł plamę.

Plamę tę twoje łzy na niéj zrobiły.

3335

I po niéj przecie do ciebie doszedłem:

Bo któż by cię był u dębu Perkuna

Pod płaszczem Krewy mógł szukać i znaleźć?

Teraz tyś moim! —

I Grajtas poskoczył,

3340

Wyciągnął ręce; lecz Witol go mieczem

Popchnął tak silnie, że upadł na ziemię,

Porwał się Grajtas drżący, rozzłoszczony;

Widać, obrony takiéj się nie spodział

I takiéj siły w młodzieńca ramieniu;

3345

Odskoczył, przypadł i pełznął pod nogi,

Chcąc go wywrócić. On w stronę się umknął.

Naówczas Grajtas, zmieniwszy się w ptaka,

Trzepnął skrzydłami, podnosząc wysoko,

Wzbił się do góry, w powietrzu zawiesił,

3350

I nagle z świstem, jak kamień, upadał,

Dziob[355] roztworzywszy, nasrożywszy szpony;

Lecz Witol ostrze cudownego miecza

Ku górze zwrócił i przebił nim ptaka.

Znów krzycząc Grajtas, podniósł się do góry,

3355

Długiego węża skórę wdział na siebie,

Pełznął po drzewie, syczał smoczym głosem,

Chciał go pochwycić, uwikłać i zdusić;

Ale się Witol ucieczką ratował,

I miecz podniosłszy, uciął głowę gadu.

3360

Wtém wszystko znikło, jak senne marzenie,

I krwi na mieczu nawet nie zostało.

Grajtas gdzieś z wichrem uciekł zawstydzony.

Witol szedł daléj.

Już blisko noc była,

3365

Ale zawady spotykał co chwila:

Droga się coraz w ścieżynę zmieniała;

Łomy ją, w poprzek leżące, grodziły;

Rzeki, jak gdyby umyślnie, pod nogi,

Pieniąc i szumiąc, biegły, podpływały;

3370

Przez nie zaledwie wązka[356] wiodła kładka,

Lud dąb spróchniały z gałęźmi rzucony,

Co się pod nogą chylił i uginał.

Ze śmiałém sercem szedł Witol przed siebie,

Łamał gałęzie grodzące mu drogę

3375

I wązkie kładki jednym mijał skokiem.

Noc coraz bliżéj, a nie widać chaty,

Ni dróg do sioła, ani życia znaku,

Nie spotkał bydła idącego z paszy,

Ani wieśniaka z wozem smolnych drewek.

3380

Zewsząd go głucha objęła pustynia.

Już noc gwiazdzista[357] ponad nim wisiała,

A co krok nowe i cięższe zawady:

To wąż ogromny, sycząc, pełznął drogą;

To wilk otwartą paszczę zpoza[358] krzaku

3385

Wychylał, mierząc go okiem błyszczącém,

Jakby chciał poznać, czy ma się czém bronić;

To po dolinie niedźwiedź się przesuwał,

I ukrył w puszczy, rycząc przeraźliwie,

Jak gdyby braci na pomoc przyzywał;

3390

To ptacy[359] jacyś nieznanemi głosy[360]

Z wierzchołka dębów żałobnie krakali,

I ponad głową Witola skrzydłami,

Lecąc, powietrze z szumem rozbijali.

Podstęp, BłądzenieNareście[361] słabe w oddali światełko

3395

Mignęło, ludzkie mieszkanie zwiastując;

Mdłe i białawe pod lasem błyskało.

Witol ku niemu zwrócił się radośnie;

Lecz szukał ścieżki, a ścieżki nie było.

Za gęstym łomem, pomiędzy pniakami,

3400

Niekiedy tylko z dala zaświeciło;

Lecz w lewo, w prawo zdawało się błąkać,

I podróżnego naumyślnie zwodzić.

Stanął, i wspomniał Grajtasa wybiegi,

A potém nazad ku drodze się zwrócił.

3405

Natrafił ścieżkę, i światła nie patrząc,

Z dobytym mieczem szedł daléj drożyną.

Światło zniknęło, znów ciemność dokoła,

I głucha cisza, przerywana tylko

Szelestem liści, krzykami Peledy[362].

3410

Długo tak Witol pośród nocy ciemnéj

Drapał się puszczą i pola przebiegał,

Błota przegrzęzał i rzeki przebywał.

I zdało mu się, że ta podróż nocna

Dłużéj niżeli przez noc zwykłą trwała,

3415

Jakby dwie nocy bez końca zimowe.

Spoglądał na wschód, upatrując ranku:

A ranek z Aussrą[363] jeszcze nie przychodził.

Ludzi i wiosek nie było ni śladu,

Ani mogiły nad drogą wyniosłéj,

3420

Ani świętego kamienia podróżnych,

Ani pastwiska zbitego trzodami,

Ani ogniska wiejskich nocleżanów;

Tylko go dzikie otaczały bory

I błota trawą wysoką zarosłe,

3425

I puste pola okryte wrzosami.

Długo tak błądził. Aż się las otworzył.

Małemi krzaki[364] i trawą usłane

Szérokie pole przed nim się ciągnęło.

Na polu w dali widać było wioskę,

3430

W któréj już ranne łuczywa świeciły,

I dym z wietów[365] ku niebu się zwijał.

Lżéj mu się stało: bo już odpoczynku

Po nocnym trudzie i chleba zapragnął.

Śpieszył do sioła

3435

U brzegu strumienia

Leżały numy[366], wiśniowemi drzewy[367],

Bzy i lipami osłonione wkoło.

Po jednéj stronie chrominy wieśniacze,

Po drugiéj gumna i obory stały.

3440

Kręta ulica wiodła środkiem sioła.

W ogródkach ujrzał przy świetle poranka

Rutę zieloną, poświęcone śmiecia,

Które zrzucają na cześć Mahslu Babie,

I krzywe wiśnie pod Kirnisa[368] strażą.

3445

Piały koguty, witając jutrzeńkę[369],

A skrzętny lud już do pracy powstawał;

Pastusi[370] trzodę pędzili na łąki,

Goniglisowi[371] składając ofiary.

Gospodarz, GośćDo sioła tego ostatniéj chrominy

3450

We drzwi ubogie zapukał podróżny,

I w imie[372] Peskia o gościnę prosił.

Przyszedł gospodarz i rygiel odsunął,

Ku podróżnemu wyciągając rękę,

— Bracie! — zawołał, patrząc przelękniony —

3455

Cóż cię to nocą przez te puszcze gnało?

Jakiémże szczęściem przebyłeś je cało?

Czyli cię duchy w drodze nie zbłąkały?

Chodź, usiądź z nami, i przyjmij, co mamy. —

To mówiąc, powiódł do chaty Witola.

3460

Uboga była, dymem zakopcona.

DomNad progiem Kobol, Bożek domu, wisiał.

W ognisku smolne płonęło łuczywo,

I oświecał wnętrze, ściany czarne,

Ławy przy ogniu i siwe kamienie,

3465

Stół zbity z desek, i bydląt zagrodny,

I chlebną dzieżę, poważnie siedzącą

Na piérwszem miejscu, pod Bożków opieką,

Okrytą białym zwieszonym ręcznikiem.

U okien błoną zaciągnionych żółtą

3470

W maleńkich kubkach stał popiół ze Znicza,

Woda ze świętych strumieni czerpana,

I krew ofiarna, co bydła zarazę,

Mór i nieszczęścia od chaty odgania.

Daléj wisiały szaty ich ubogie,

3475

Mała kolebka ze śpiącą dzieciną,

Oszczep starego i kądziel niewieścia.

Po ziemi kury chodziły swobodnie,

Krzycząc i dziobiąc ziarno rozsypane.

Ledwie podróżny przestąpił próg chaty

3480

I przed Kobolem wiszącym się schylił,

Wyszła kobiéta, i zagrzała wodę,

Ażeby nogi obmyć mu znużone;

Parobcy z siana wysłali mu łoże;

A młoda dziéwka już się u ogniska,

3485

Śpiewając, koło jadła zakrzątnęła.

Gospodarz słuchał Witola powieści,

Dziwił się jego przez puszcze podróży,

I prosił spocząć przy ogniu gościnnym;

Lecz Witol śpieszył, i na pół dnia ledwie

3490

Dał spocząć nogóm, przyjąwszy gościnę;

Znów się z południa w dalszą puścił drogę.

Sam gdzie nie wiedząc, wędrował jak wczora.

Ranek był letni, świéży i pogodny.

Wszyscy na pola do pracy wybiegli;

3495

On jeden tylko bez myśli i celu,

Nie wiedząc dokąd szedł, nie wiedząc po co.

I w duszy smutno Witolowi było,

Że nigdzie swoich, że nigdzie ojczyzny,

I krewnych sobie, przyjaciół nie znajdzie,

3500

Że nie ma dokąd, nie ma iść do kogo.

Los, Kondycja ludzka, BohaterstwoCzasem wzrok tęskny ku niebu podnosił,

Jak gdyby matki nieśmiertelnéj wzywał;

A czasem ludu prostemu zazdrościł

Cichego życia u siebie, ze swemi.

3505

Na całym świecie on nie miał nikogo,

Prócz jednéj ojca mogiły na Litwie;

Ale gdzie była, i o niéj nie wiedział;

I tam go może zasadzki czekały.

Myślał; i myśląc, na wspomnienie boju,

3510

Czuł, jakby go coś do ziemi wiązało;

Czuł roskosz[373] jakąś w swojem przeznaczeniu,

W walce z duchami, w nieskończonéj walce,

Co go nad prostych wynosiła ludzi,

Z nieśmiertelnemi bratając Bogami.

3515

Reszta dni zeszła na dalszéj podróży.

Nic w niéj nowego Witol nie postrzegał.

Przechodził sioła i chaty pomijał,

I gęste lasy porzucał za sobą,

Darł się przez bory, przepływał przez rzeki;

3520

A ciągle w jedną kierując się stronę,

Nie wiedział nawet, wiele[374] od Romnowe

Kraju go, błota i puszczy dzieliło.

Znów nadszedł wieczór. Ponad święteą rzeką,

Która wśród gajów lipowych płynęła,

3525

Na Auszlawisa natrafił świątynię,

I pustą, ale spokojną gospodę,

A w niéj starego tylko wejdalotę,

Co tam nad brzegiem żył z lichéj jałmużny

I wędrowników pobożnych przyjmował.

3530

Z nim święte jego Giwojte[375] mieszkały,

Kilku Żaltisów i stara Raupuże[376].

On z niemi gadał, za nadrą[377] je chował;

Karmiąc i pieszcząc, Bogów w nich szanował.

Kapłan był stary. Stąpając po grzbiecie,

3535

Lata go zgniotły i w pół przełamały,

I na policzkach, w zmarszczkach napisały

Wszystko, co doznał, przebył i przecierpiał.

Zapadłe oczy jak przez mgłę patrzały

Na świat, którego nie żądał już starzec;

3540

A usta w skargach i żalu skrzywione

Zdały się boleć, nawet gdy milczały.

Suknię miał zwykłą wędrownych kapłanów,

Starą, podartą. Ledwie na niéj ślady

Białego szycia i pętlic potrójnych;

3545

A szerść[378] bydlęca od dawna po ziemi

Wlokąc się, wszystka wytarła po krajach.

Smutny był wieczór w kapłańskiéj gospodzie.

Starzec wyglądał zwyczajnéj jałmużny,

Prosił o litość, wzywał do wód świętych,

3550

Wróżbą go nęcił za małą zapłatę;

Lecz widząc, że się młodzieniec opierał

I kątek tylko w gospodzie uprosił

Na niedowiarstwo i oziębłość ludu,

I na zepsucie powszechne narzekał.

3555

Sen nie brał powiek smutnego Witola;

Nie czuł się jeszcze podróżą znużony.

A starzec smolne zażegał łuczywa;

Ze skargi w skargę przechodząc i żale,

Jął swego życia powiadać przygody.

3560

Dawno już, temu lat nie wiém jak wiele,

Urodziłem się na litewskiém siele,

Z ojca i matki ubogich wieśniaków,

Do roli, znoju, pracy przeznaczony.

Ale Auszlawis, co mnie wybrał z tłumu,

3565

Inną mi dolę na przyszłość gotował:

Bo kiedym ojca trzodę gnał w pastwiska,

Kiedy do żniwa młodego mnie brano,

Nie czułem, żebym w tém życiu wieśniaczém

Wytrwał do śmierci. Było Bogów wolą

3570

Wezwać mnie, żebym ludzióm[379] dopomagał

Nie pracą moją, lecz modłami memi.

Kiedym lat doszedł, na poblizkiéj[380] wiosce

Ojciec dorodną opatrzył mi żonę,

I zapowiedział, że mi ją przeznaczył.

3575

Posłali do niéj Pirszle i Pirszlisa[381]

Nie była ona, tak, jak my, uboga,

A jednak swatów przyjęto od ojca,

I dano słowo, i piwem zapito.

Mnie nic jednakże do niéj nie wiązało:.

3580

Bo chociaż młoda i piękna Baniuta,

Choć nam jéj mieniem polepszyć się miało,

Mnie cóś innego wówczas się marzyło:

Co nocy bowiem Żaltis, Bogów poseł,

Przychodził do mnie, kładł mi się na piersi,

3585

Spał ze mną, pokarm z méj ręki przyjmował,

I znów nad rankiem w podziemia uchodził.

Poznałem, że mnie Bogowie wzywali,

Ażebym kiedyś został ich kapłanem;

Ale staremu nie mówiłem ojcu:

3590

Bo on ubogi nie byłby pozwolił,

Mnie tylko mając pomocą na starość.

Po zapoinach długo się ciągnęło.

Ojciec na wojnę po zdobycz wyprawiał.

Mnie się na wojnę, równie jak do pracy,

3595

Serce gdzie indziéj wezwane, wzdrygało.

Lecz gdy kunigas[382], przez braci ścigany,

Ognie wojenne po górach zapalił,

Gdy w wszystkich wioskach zapłonęły stosy

I młodzież nasza z oszczepy[383] wybiegła,

3600

I jam iść musiał ze swojego sioła.

Wszystkich nas razem w bratni kraj wysłano

Burzyć i palić, nim się wróg pozbiera.

I myśmy z łupem i jeńcy wrócili,

Nim oni ognie wojenne zażegli;

3605

A siół spalonych dymiące się zgliszcza

Za stosy wojny już im posłużyły.

Jam z częścią łupu do domu powrócił.

Było to mego przyborem wesela.

Obyczaje, ŚlubOjciec oznajmił rodzicóm Baniuty,

3610

Że w przyszły tydzień córkę im porwiemy

I dwie sztuk bydła za posag zapłacim.

Nadszedł dzień. Stryja syn, mój keleweże[384],

Dwa dziarskie konie do wozu założył

I z przyjaciółmi po dziewkę pojechał.

3615

Wzięli Baniutę na jéj chaty progu

I wieźli do nas. Na naszéj granicy

Ja sam, porwawszy żagiew zapaloną,

A w drugą rękę kubek z piwem białém,

OmenBiegłem ich spotkać. Trzykroć wóz obiegłem

3620

I trzykroć piosnkę zwyczajną śpiewałem:

Nie płacz, nie płacz po kryjomu,

Łzóm[385] swym nie daj biedz[386].

Jakeś strzegła ognia w domu,

Będziesz u nas strzedz[387].

Ale, śpiewając, na twarz jéj patrzałem.

Łez tam nie było! Zaraz źle wróżyłem.

Która nie płacze po rodziców domu,

I po mężowskiéj nie zapłacze śmierci.

3625

Biegłem przed niemi, wróciłem do chaty,

I smutny siadłem za zasłanym stołem.

Wtem Żaltis święty zpod[388] ławy swą głowę

Pokazał żółtą i do rąk mi przyszedł.

Smutniejszy jeszcze wziąłem go na piersi.

3630

I we drzwi chaty niespokojném okiem

Patrzałem. Aż ci turkot na podwórku.

— Już keleweże wiezie pannę młodą! —

Wołają wszyscy i naprzeciw biegną.

On u drzwi konie zhukane porzucił,

3635

Wbiegł w izbę, i chciał na stołek wyskoczyć,

Na który późniéj sadzą panną młodą;

Ale się noga sękata złamała,

Zśliznął[389] się, upadł, i z rozbitą głową

W komorze z strachu ukryć się poleciał.

3640

Zła to jest wróżba. A gdy weszli drużby,

Musiano drugi stołek przygotować,

Żeby Baniutę pośród nich posadzić.

Tak Mergu Wakars[390] przeszedł niewesoło:

Bo przyjaciele biegali za bratem,

3645

Chcieli go wybić za złą wróżbę skoku;

A stary swalgon[391] kiwał smutnie głową;

I, chociaż milczał, dość mówił wejrzeniem;

Odmową wróżby już dla nas źle wróżył.

Obyczaje, Pozycja społecznaSzły potém dziéwki z Baniutą do dworu,

3650

Z ofiarą panu, smutną pieśń śpiewając,

Prosząc, ażeby dziewictwo poddanki,

Dał się przebłagać, mężowi darował,

Albo datkami pozwolił okupić.

Lecz srogi pan nasz śmiał się z dziéwek pieśni,

3655

Len, miód i kury, podarki wykupne,

Nazad dziewczętóm wyrzucił pod nogi,

A narzeczonéj kazał na noc zostać.

Jam smutny siedział, kiedy brat przyleciał

Zdyszany, niosąc od dworu nowinę:

3660

— Baniuta na noc we dworze została.

Wykupnym datkiem pan wzgardził, nie przyjął,

Wianek zielony podeptał nogami,

Na płacz i jęki śmiechem odpowiedział. —

Cała się chata krzykami rozległa.

3665

Zeszli się starcy, zbieżeli się młodzi;

Swalgon cóś mruczał, nie mogąc poradzić;

Staruchy cicho po kątach szeptały;

A jam sam jeden za stołem pozostał.

Widziałem, jak się młodzież ze mnie śmiała,

3670

Jak wszyscy na mnie ukosem patrzali.

Jak ojciec, chodząc, załamawszy ręce,

Próżno do Bogów modlił się domowych,

A matka w kącie przy ogniu płakała.

— I ja — myślałem — od pańskiego łoża

3675

Wezmę Baniutę z wiankiem rozerwanym!

Ja miałbym żyć z nią! przyjąć ją za żonę!

Nigdy! nie? nigdy! Lepiéj uciec z domu! —

Ta myśl ucieczki nie piérwszy raz w głowie

Stawała mojéj. Nieraz mnie chęć brała

3680

Uciec od ojca do świętych ołtarzów.

Teraz to był mój ostatni ratunek.

Żaltis, co mi się na piersiach rozgrzewał.

Zdawał się jeszcze dodawać odwagi,

Zdawał się wzywać do świętéj podróży.

3685

Noc była, kiedy wyszedłem przed chatę.

Wokoło ludzie gwarzyli po cichu;

Opodal znowu swawolny śmiech młodych

Serce mi krajał, twarz wstydem oblewał.

Niepostrzeżony odszedłem od chaty,

3690

Biegłem do piérwszéj świątyni do Kowna,

I w Antos służbę ołtarzy przyjąłem.

Wielem tam cierpiał w piérwszych lat posłudze!

Bogowie moi przez ręce kapłanów

Ciężkich prób po mnie z początku żądali.

3695

Nie było nawet na modlitwę czasu —

Wodę mi nosić, drwa rąbać kazano,

Ognia pilnować, kiedy wszyscy spali,

Lub wejdalotóm[392] sporządzać jedzenie.

Trudno tam piérwsze lata wytrwać było;

3700

Ale Auszlawis dodawał mi siły.

Karmiąc Giwojte[393], łaskę ich zyskałem.

Ja jeden potém służyć im chodziłem,

I mnie jednego w podziemnéj świątyni

Nie sykiem, ale pieszczotą witały.

3705

Z sługi zostałem świątyni strażnikiem.

Lżejsze to życie. Ale mi niedługo

Ostatek siły odebrały Bogi.

Musiałem tutaj, żebrając jałmużny,

Nad świętą rzeką usiąść śmierci czekać. —

3710

Tęsknota, Ojczyzna— I więcéj swego nie widziałeś sioła? —

Zapytał Witol starego kapłana.

— O! raz tam byłem przechodem — rzekł cicho,

W lat dziesięć może po ucieczce z domu.

W jesienny wieczór ujrzałem przed sobą

3715

Rodzinną wioskę; i anim z radością,

Anim ją z żalem ujrzawszy, powitał;

Byłem jéj obcy: bo tu moja dusza

Srodze się łzami i wstydem napiła.

Szedłem bez myśli; a ludzie przede raną

3720

Nizko[394] się, prosząc o zdrowie, kłaniali.

Niejeden podał ubogą ofiarę,

Niejeden prosił o popiół z ołtarzy,

Nikt mnie nie poznał, jam wszystkich zapomniał.

Tak wolnym krokiem przyszedłem przed chałę;

3725

Alem ją znalazł pustą, drzwi podparte,

Dymnik zwalony, płoty wywrócone,

I sadek pusty; tylko śmiecia kupa

Zielonym chwastem porasta wysoko;

Psa nawet w chacie opuszczonéj szczeku,

3730

Ni żywéj duszy odgłosum[395] nie słyszał.

— Cóż to — spytałem — w téj chacie się stało?

Czy Krajwa umarł? gdzie żona i córka? —

— Wszyscy umarli — rzekł mi jakiś starzec —

Wszyscy, bo straszny był tu mór przed rokiem.

3735

Mówią, że Bogi za syna się mściły,

Który gdzieś uciekł od żony daleko,

Uciekł w dzień ślubu i więcéj nie wrócił. —

Poszedłem daléj; i nic mnie już we wsi,

I nic na świecie nigdzie nie wiązało.

3740

Więcéj do sioła nigdym już nie wrócił. —

Tak mówił starzec; a Witol go słuchał

I jego myśli ze swojemi bratał:

Bo i on także sam jeden był w świecie;

Ale inaczéj czuł sieroctwo swoje,

3745

Które na piersi srodze mu ciężyło.

Znużony kapłan usnął, pieszcząc węża;

A Witol, widząc wschodzącą jutrzeńkę,

Nadziawszy wiżos[396], wziął miecz i szedł daléj.


Trzeci dzień drogi, jak piérwsze, upłynął;

3750

Lecz kraj weselszy roztoczył się wkoło,

I lud weselszy śpiewał pieśni żniwa;

Po drodze uczty dożynek spotykał;

Wszędzie go sioła w gościnę wzywały;

Chętnie z nim każdy rozłamał się chlebem

3755

I u ogniska piérwsze miejsce dawał.

Lecz gościnności Witol nie zażądał,

Ani, przyjąwszy, odpoczywał długo:

Nadludzka bowiem siła w nim mieszkała.

Szedł, nie czuł znoju, nie chciał odpoczynku,

3760

I brnął przez rzeki, cisnął się przez lasy,

Gałęźmi wkoło uściełając drogę.

Jeśli mu w ręku nie starczyło siły,

To miecz, cudowny dar Krewe Krewejty,

Jak najwierniejszy druh mu dopomagał,

3765

I drogę trzebił, i wrogów odganiał.

Znowu się miało do zmroku, gdy Witol

Szukał oczyma na nocleg gospody.

Ale dokoła nigdzie jéj nie było.

Wśród lasu tylko wydarte nowiny[397]

3770

Świeciły, kopy żółtemi nasiane,

Których nikt nie strzegł od źwierza i szkody.

Głuche milczenie zaległo opodal.

Dziwił się Witol, nigdzie budy, nawet

Biednéj strażnika nie widząc chrominy;

3775

Aż na zakręcie ujrzał dwór wysoki

Na wzgórzu, które dwie rzeki odnogi

Pomiędzy siebie, ściskając się, wzięły.

Dokoła z dębu i sośniny bite

Wysokie płoty wejścia jego strzegły,

3780

Czarnemi ściany dworzec opasując.

Nad niemi nigdzie zielonéj gałęzi,

Nigdzie nie było wierzchołka drzewiny.

Który by smutny wierzch góry umajał.

Biały dwór tylko zza płotów wyglądał.

3785

Ściany miał z cisu, dębu i modrzewia.

Dach czarném darnem[398] wysoko ubity;

A dymnik jeden, jak paszczęka smoka,

Wysoko ponad górą się wynosił.

Przez wązkie[399] rzeki od drogi koryto

3790

Wątły most wewnątrz zamczyska prowadził.

Na nim straż zbrojna w oszczepy okute,

Z łukiem na plecach i procą u pasa,

Milcząca stała i wejścia broniła.

Tę niegościnna górę z podziwieniem

3795

Zmierzył podróżny; potém na most śmiało

Wszedł i jednego ze straży zapytał:

— Czyj to dwór? bracie! Czy pan wasz gościnnie

Przyjmie na nocleg błędnego wędrowca? —

Strażnicy oba po sobie spójrzeli;

3800

A jeden potém na szaty przychodnia

Zwróciwszy oczy, potrząsnąwszy głową,

— Idź — rzekł mu — daléj. Tu przyjmą podróżnych

Ale nie takich, jakoś ty, mój bracie! —

— Jakichże przecię? — zapytał go Witol.

3805

— Przyjmują u nas bogatych, z orszakiem.

Wówczas kunigas z napełnionym rogiem

Sam na most wyjdzie witać w Peskij imie[400].

Ubogich każe na sioła odprawiać.

Albo…. — I reszty nie dokończył strażnik.

3810

— Czyliż to nié ma — Witol odpowiedział —

Ubogim u was położyć gdzie głowy? —

— O, jest! — z uśmiechem rzekł strażnik szyderskim —

Ale na twardém w podziemiach posłaniu.

Kunigas Raudon niewolników łapie,

3815

I niemi puste wioski i zamczyska

Osadza swoje; lub w tłumie żołnierza

Pędzi ich potém w dalekie wyprawy.

Kto tu raz obcy przez ten most przechodzi,

Nazad się chyba z dybami powróci,

3820

Płacząc nad stratą najdroższéj swobody,

Próżno w rodzimą poglądając stronę.

Chcesz gościnności? — dodał żołnierz cicho —

W imię Nemejas daję radę tobie:

Uciekaj prędzéj i szukaj jéj daléj.

3825

Teraz wiész wszystko. Idź, wędrowcze, zdrowo,

Ani się nawet na zamek oglądaj.

Aby cię jeszcze daleko na drodze

Nie postrzegł Raudon i gonić nie kazał. —

A Witol na miecz u boku zwieszony

3830

Spójrzał, pomyślał, i nie chciał uciekać.

— Idź — mówił strażnik. — Wieczór się przybliża,

Kunigas z łowów powróci niedługo;

Biada ci będzie, gdy cię tu zasianie. —

— Jam wolny człowiek — Witol odpowiedział.

3835

— Cudzyś, czy wolny, nie będzie się pytał.

Wolny być możesz, tak jak kot Liethuwy,

A on cię w dyby zabije dlatego:

Bo mu potrzeba wiele jeszcze ludzi.

Bo się nikogo na świecie nie boi,

3840

W litewskich Bogów potęgę nie wierzy. —

Witol się oparł na mosta poręczy

I słuchał straży. Wtém z lasu świstanie

Dało znać, że już kunigas przybywał,

I na sokoły wzlatujące wołał,

3845

Aby na pięści sokolnika siadły.

Witol stał jeszcze. Na próżno go straże

Pchały od mostu. Zszedł tylko na drogę

I siadł na świętym podróżnych kamieniu.

Wtém z lasu kilka puściło się koni.

3850

Jeden na przedzie. Na nim jechał krępy,

Barczysty, włosem, jak niedźwiedź, porosły,

Kunigas zamku i siół okolicznych.

Pod brwią rzęsistą małe jasne oko,

Jak ślepie wilcze wśród nocy, błyskało.

3855

Brodę miał rudą, i rude kędziory

Po barkach jego na suknię spływały.

Na głowie kołpak szkarłatny ze złotem,

Na piersi łańcuch misterną robotą,

Miecz miał u boku wielki obosieczny.

3860

Siedział na koniu pod niedźwiedzią skórą,

Która po ziemi srébrnemi pazury

Wlokła się, pyły podnosząc po drodze.

Z prawego boku, na złocistym sznurze,

Łuk w sahajdaku ze strzałami wisiał,

3865

Siekierka z stali i noż[401] w srébrnéj pochwie.

Za nim jechali bajoras i smerdy[402],

Na małych koniach, w bogatéj odzieży,

W szłykach wysokich, z łukami, drzewcami;

Za niemi dworscy z oszczepami w ręku:

3870

Sokolnik, wabiąc świstaniem sokoły;

Psiarz, co ogary ciągnął na łańcuchu,

I kilku lóznych[403], wlokących się z tyłu.

Już się zbliżali. Wtém Raudon, ujrzawszy,

Że któś na drodze przeciw zamku siedział,

3875

Przypuścił konia i zbliżył się nagle.

— Ktoś ty? — zapytał zagniewanym głosem.

— O wielki Panie! — Witol odpowiedział —

Jestem ubogi, z daleka podróżny. —

— I zkądże[404] idziesz? — Raudon nań zawoła.

3880

— Z świętego idę Romnowe, gdzie właśnie

Krewe Krewejto za nasz lud się spalił. —

— A dokąd? po co? czy cię kto posyła? —

Kunigas głosem zbadywał[405] go groźnym.

— Idę, gdzie zechcę — rzekł Witol spokojnie.

3885

— Słyszysz?! — znów Raudon do swego orszaku. —

A! na Perkuna! jeszczem w mojem życiu

Takich słów do mnie rzeczonych nie spotkał! —

I śmiał się dziko. Pochlebcy patrzali,

I na wzór pański śmieli się półgłosem,

3890

Wzgardliwém okiem patrząc na młodzieńca.

— Gdzie chcesz, tam idziesz; lecz dokąd i po co?

Na to mi musisz odpowiedzieć przecię.

Czy służby szukasz? czyś uciekł od pana? —

— Ja nie mam pana, nikomu nie służę —

3895

Odrzekł mu na to Witol z oburzeniem.

— Otoż Liethuwi kot siedzi przed nami! —

Zakrzyknął Raudon, zbliżając się jeszcze.

— Wolny! bez pana! nie służy nikomu! —

A wzrok wlepiając w młodzieńca, pomruknął:

3900

— Szpieg może jaki od moich sąsiadów?! —

Witol, nie wstając z kamienia, go słuchał,

I, jakby nie chcąc, z wolna odpowiadał.

— Kędyż na nocleg idziesz? mój podróżny! —

— Gdzie zechcę. Może tutaj przenocuję. —

3905

— A mnie nie prosisz nawet o gospodę?

Moja to ziemia, mój to zamek przecię;

Gdzie złożysz głowę, kraj to mój jest cały.

Uderz mi czołem i proś mojéj łaski. —

— Zamku nie proszę, a droga każdemu

3910

Wolna jest wszędzie. Wszakże Kielo-Dewas[406],

Nie wy, téj ziemi kawałka jest panem.

Jeśli wśród drogi spocznę utrudzony,

To jego, nie was, będę o to prosił,

I jemu, nie wam, za to podziękuję. —

3915

Kunigas słuchał; małe jego oko

Coraz jaskrawiéj z gęstych brwi błyskało;

I do swych ludzi nieraz się obrócił,

Usta otwierał i znowu zamykał.

— Lecz — rzekł, miarkując rosnący gniew w sobie —

3920

Kiedy kunigas do zamku poprosi,

Kiedy wyniesie gościnności czarę,

Czyliż podróżny obojga odmówi,

I woleć będzie kamienne posłanie

Nad miękkie łoże na zamku gościnnym,

3925

I zimny nocleg nad moje ognisko,

A rosę nieba nad róg z piwem białém? —

— Jeśli kunigas — rzekł Witol spokojnie —

Do swego zamku podróżnego zwabi,

Żeby go okuć w dyby, w loch posadzić,

3930

Albo go gwałtem potrącić w niewole,

Czyż ma podróżny za miękkie postanie.

Miejsce u ognia i róg z piwem białém

Swobodę swoję[407] na wieki zaprzedać? —

— Co?! — wrzasnął Raudon — a zkadżeś[408] to słyszał?

3935

Zkąd wieści takiéj, nieszczęsny, dostałeś?

Na swoję zgubę wyrzekłeś te słowa!

Sameś już wyrok napisał na siebie.

Pójdziesz mi za to w podziemia zamkowe! —

Skinął na sługi. Skoczyli ku niemu;

3940

Ale, jak gdyby niewidzialną siłą

Pchnięci, czekali, aż znowu rozkaże.

— Wziąć go i okuć, wsadzić do ciemnicy —

Wrzeszczał kunigas, wskazując go ręką.

Znam go. To zbiegły z moich siół niewolnik,

3945

Wojenny jeniec, poganin z północy,

Co przyszedł jeszcze urągać się ze mnie.

Słyszycie! — Słudzy rzucili się śmiało;

Lecz Witol dobył miecz Krewe Krewejty,

Który, jak piorun, w rękach jego błysnął,

3950

Pokrwawił śmielszych, zdruzgotał oszczepy,

I wszystkich strachem odepchnął od siebie;

Sam się znów oparł na świętym kamieniu,

I, poglądając w Raudona oblicze,

— Taka to — rzecze — jest Litwy gościnność!

3955

Tak to, kunigas, wolnych łapiesz ludzi!

Tysiąc ich może spętałeś zdradliwie.

Mnie mieć nie będziesz, ja ci się obronię. —

Słyszał to Raudon i podniósł siekierę,

Sam już z nią piérwszy na Witola leciał;

3960

Tuż za nim ciżba sług się posunęła,

Z hałasem, krzykiem, wzniesionemi drzewy.

On stał, i mieczem słoniąc[409] się święconym,

Czekał napaści. — Widzieli Bogowie,

Żem cię nie wyzwał — rzekł — szedłem swą drogą,

3965

Piérwszym cię słowy złemi nie znieważył.[410]

Niechaj mi teraz Kawas dopomoże,

I Kielo-Dewas opiekun podróżnych!

Niechaj przez moje ręce Perkun mściwy

Za tyle ofiar pomstę ci wymierzy! —

3970

Mówił, i pędem rzucił się na niego,

Konia za głowę pochwycił, powalił,

A wzniósłszy oręż, Raudona za kudły

Czérwone strząsnął i na cięcie mierzył.

Gdy słudzy z tyłu chwycili za nogi,

3975

I oba razem walczący upadli.

Naówczas walka wszczęła się zajadła.

Silny, jak niedźwiedź, kunigas go chwycił,

Rękami na wpół przejął i ucisnął;

Ale w téj chwili uczuł miecz na gardle,

3980

I chrapiąc — Przebacz! — ze strachem zawołał.

— Precz! słudzy! z dala odstąpcie ode mnie! —

Rzekł Witol. — Jeśli dotknie z was mnie który,

Ja go zabiję! Precz! — powtórzył jeszcze.

I — Precz! — wybąknął drżącym gniewu głosem,

3985

Szarpiąc się Raudon pod mieczem cudownym,

Który już zimném ostrzem go dotykał.

Pierzchnęli słudzy, a Witol kolanem

Ścisnął mu piersi, nie zdejmując miecza.

— Przysiąż mi — rzecze — na ojca i matkę,

3990

I na Perkuna, i na głowę twoję[411],

Że więcéj słabych nie skrzywdzisz podróżnych,

Że tych, coś okuł, rozpuścisz dziś jeszcze;

Przysiąż; lub chwila, a duch twój Pokole

Poniesie szarpać w podziemnym Pragarze. —

3995

Z przestrachem słudzy, stojąc w oddaleniu,

Przysięgi pana swojego słuchali;

A Raudon, drżący z wstydu, niewyraźnie,

— Kad man Perkunas sumusztu[412] — wyjąknął.

Naówczas Witol zdjął z piersi kolano

4000

i miecz od gardła cudowny odsunął.

Kunigas, złością i wstydem miotany,

Strząsnął pył z sukni; a potém, spójrzawszy[413],

Jak Witol w inną odwraca się stronę,

Znów się nań rzucił i znów go pochwycił.

4005

— Słyszeli Bogi[414], przysięgałeś krzywo! —

Zawołał Witol, znów za miecz cudowny

Chwycił się. Słudzy do pana przybiegli.

— Precz! — rzekł im Raudon — ja go sam zabiję.

Śmiałeś mnie krzywoprzysiężcą nazywać!

4010

Albożem[415] przysiągł, że się mścić nie będę? —

WalkaI oba znowu darli się, rzucali,

Razem po ziemi, szarpiąc się, tarzali;

A Witol miecza nie upuszczał z dłoni,

I drugą ręką za barki chwyciwszy,

4015

Suknię mu przedarł i ciało wydzierał.

Zębami twarz mu rozognioną krwawił,

Nogami trzymał i deptał pod sobą.

Naówczas łucznik najlepszy Raudona,

Co nieraz strzelał jaskółki w polocie,

4020

Zmierzył się z dala do piersi Witola;

A wtém się Raudon wysunął zpod[416] niego —

Strzała mu w oku uwięzła żelazem.

Wrzasnął straszliwie, łucznik w las uciekał,

Słudzy gonili, popłoch między dworem.

4025

Witol, chwytając za gardło raz drugi,

Miecz mu na sercu oparł, przebił suknie,

I już się zmierzał ostatni cios zadać.

Usłyszał zdrajca chłodny pocałunek,

I krew, jak ciepła, po piersiach spływała.

4030

— Puszczaj umie! — wrzasnął — puszczaj mnie! na Bogi!

Jeśli masz ojca, na ojca zaklinam;

Jeśli masz matkę, na wnętrzności maiki;

Jeśli masz żonę, na pamięć twéj żony;

Na imie[417] Pramżu, na imie Perkuna,

4035

W imie litości! Ratujcie mnie, Bogi!

O Markopole! wyrwij mnie od śmierci!

Puszczaj! a powiedz, czego chcesz ode mnie?

Przysięgi?? — ja ci na wszystko przysięgnę. —

A Witol, mieczem cisnąc, rzekł powoli:

4040

— Przysiężesz, żebyś połamał przysięgi!

Nie chcę ja przysiąg; znam, co ci kosztują[418];

Chcę śmierci twojéj i kary za zbrodnię. —

— Któż jesteś? człeku! — jękł Raudon boleśnie —

Czy duch Perkuna na zemstę przysłany?

4045

Czy brat mój, czyli niewolnik, co wczora?….

Któś ty? Ach! puść mnie! Chceszli skarbów moich? —

— Nic, tylko śmierci twéj, krzywoprzysiężco! —

A Raudon jęczał i rwał się zpod[419] niego,

Lecz słabiéj coraz. Krew płynęła z oka,

4050

Miecz mu tkwił w piersi, kolano cisnęło,

I ręka wroga barki mu szarpała.

Opodal, w strachu zmięszani[420] dworzanie,

Jedni do zamku biegli, drudzy w lasy,

Tamci krzyczeli, insi straż wołali.

4055

Na most się ludu wielki tłum wytoczył;

Co kto miał, porwał, i na pomoc biegli;

Ale niespiesznie: bo wszyscy zarówno; —

Nienawidzili okrutnego xięcia[421].

Wrzask jego, jakby ryk dzikiego źwierza.

4060

Daleko się aż po lasach rozlegał.

Nareście[422] Witol chęć zemsty odmienił.

— Puszczam cię — rzecze — lecz na noc dzisiejszą

Przysiąż mi jeszcze bezpieczną gościnę. —

— O, na me gardło przysięgam! lecz puszczaj!

4065

Skrwawiony powstał, wyrwał z oka strzałę,

Wlókł się do zamku; a za nim zwycięzca

Szedł z wolna, milcząc; zwalane odzienie

Otrząsał z pyłu i ze krwi ocierał.

Wszystek dwór pierzchnął na widok Raudona,

4070

Przed gniewem jego; dwóch tylko strażników

Na moście stało w ponurem milczeniu.

Przeszli most razem, weszli na podwórzec.

Tu niewolników wynędzniałych tłumy

Zpod[423] wrót blademi patrzały twarzami

4075

I kląć się zdały milczącemi usty[424].

Szedł Raudon naprzód, ściąwszy usta sine;

Jęku nie wydał, nie przemówił słowa;

W milczeniu tylko krew z oka wysączał,

A drugiem czasem patrzał na Witola,

4080

Jakby go szukał i spotkać się lękał.

W przysionku słudzy naprzeciw wybiegli.

Jednych odepchnął, a drugich skinieniem

W głąb domu Raudon przed siebie odprawił.

Witol, przeszedłszy próg piérwszéj komnaty

4085

I powitawszy Kobole zamkowe,

Usiadł przy ogniu, który się wpośrodku

Szérokim, smolnym płomieniem podnosił.

Wkoło ogniska ławy i kamienie,

I stoły były z cisowego drzewa;

4090

Ponad nim otwór, przez który dym czarny

Wijąc się, w kłęby ku górze unosił.

Raudon, chcąc ukryć wstyd i boleść swoję[425],

Uciekł daleko do izby nałożnic.

Słudzy przynieśli miód w złoconym rogu,

4095

I ciepłą wodę na znużone nogi;

Przyszły kobiéty pył otrząść[426] z odzienia,

Obmyć Witola i do stołu służyć.

Kunigas, hańbę swą kryjąc w komnacie,

Już przed zwycięzcą więcéj się nie stawił;

4100

Lecz słychać było krzyk jego z podwórca,

I widać było biednych niewolników,

Skrwawionych ręką okrutnego paua,

Pod gołém niebem w podwórzu leżących,

Nagich i sinych od smagań i chłodu.

4105

Najstarszy smerda[427] z Witolem wieczerzał,

Ale milczący, nie bawił rozmową,

Ani do uczty wesoło zapraszał;

Ledwie, podając, w róg usta umoczył,

Ledwie mięsiwo podnosząc pieczone

4110

I placki białe, dotknął ich wargami.

Kobiéty także służebne milczały.

I nic nie było słychać, oprócz jęków,

Które z podwórca przez okna wpadały,

Szelestu kroków i trzaskania ognia.

4115

Tak, choć wieczerza zostawiona suto,

Choć nie brak było ni piwa, ni miodu,

Przymusu tylko jéj nie dostawało.

Wszystko bez niego złém się wydawało.

Lecz noc nadbiegła, czas już spocząć było.

4120

Smerda Witola do izby gościnnéj,

Na drugi koniec domu poprowadził.

Tam go już ze skór niedźwiedzich posłanie,

Ciepłe ognisko i dzban piwa czekał.

Witol się z mieczem u boku położył,

4125

I sen udając, dał wypocząć ciału

Po trudach drogi i walki z Raudonem;

Lecz sen prawdziwy nie zszedł mu na oczy.

Na próżno mrużył; znowu je odmykał,

I niespokojny z łoża się porywał.

4130

Słuchał, jak sowy, latając, huczały,

I ogień trzaskał, i koguty piały.

Cicho na dworze; tylko czasem straże

Wołały, budząc hasłem jedna drugą.

Wszystkie ich krzyki syn Mildy policzył,

4135

I wszystkie kurów piania, co, jak straże,

Wśród cichéj nocy, wróżąc dzień, krzyczały.

Pomiędzy piérwszém a drugiém ich pianiem

U drzwi powolne usłyszał stąpanie

I jakby ciche szepty kilku ludzi;

4140

Powstał z pościeli, miecz w rękę pochwycił,

Nastawił ucho — znowu cicho było.

— Czyli tam słudzy drzwi strzegli, czy może

Raudon już jaką zasadzkę gotował —

Myślał, bo jego przysiędze nie wierzył.

4145

Lecz cichość znowu, i szepty ustały,

A wkrótce drugi raz Gajdis[428] zaśpiewał.

Naówczas jakby kto ku drzwióm się zbliżał,

Miękkiemi wiżos[429] po podłodze stąpał,

I szeptał cicho — zdało mu się znowu.

4150

Chwila — podwoje cicho zaskrzypiały,

I resztki ognia oświeciły twarze

Raudona, smerdy i kilku siepaczy.

Nieśli oszczepy, siekiery i miecze,

Dyby i powróz z łyka upleciony.

4155

Weszli, stanęli u drzwi. Witol leżał,

A dłonią drżącą od gniewu i złości

Ściskał miecz, aż mu własną rękę krwawił.

Stali, patrzyli. Raudon krok postąpił

I dał znak zbójcóm[430]. Już go chwytać mieli,

4160

Gdy nagle Witol z łoża się pochwycił,

I miecz podnosząc nad głową Raudona,

Walka, Sługa— Giń! zdrajco! — krzyknął; i za jedném cięciem

Szkaradna głowa, z wyłupioném okiem,

Padła, tocząc się po twardéj podłodze.

4165

Kadłub stał chwilę i chwiał się na nogach,

Potém padł. Słudzy z krzykiem się cofnęli.

A ogień, nagle wznosząc płomień jasny,

Drgające cielsko na ziemi oświecił,

I miecz skrwawiony, i krew rozbryzganą.

4170

Naówczas smerda i słudzy xiążęcia[431]

Do stóp Witola czołem się rzucili.

— Przebacz! — wołali. — Tyś pewnie jest Bogiem.

Przebacz nam! Myśmy rozkazów słuchali,

Myśmy niewinni, on winien za wszystkich —

4175

— Wynieście trupa — Witol im odpowie —

Rzućcie w podwórzec, a moich rozkazów

Czekajcie do dnia. Gdy dzień wejdzie biały.

Wstanę z posłania i wynijdę[432] do was. —

Wyszli, unosząc z sobą trup Raudona.

4180

Witol gasnące podsycił ognisko

I na zbroczonéj skórze się położył.

Ale zaledwie śmierci kunigasa

Wieść się rozeszła, wszyscy się zbudzili,

Krzykiem radosnym zamek się rozlega,

4185

Zażegli ognie, biegną niewolnicy,

Ze łzami w oczach, płacząc, się ściskają,

Kobiéty także i dzieci porwane

Z siół okolicznych w tłumy się gromadzą,

I jedni drugim nowinę tę niosą,

4190

I jedni drugim swobody winszują.

— On krzywo przysiągł! Bogi go skarały! —

Wołają wszyscy. — Będziemy znów wolni,

Pójdziem do swoich, pójdziem do rodziny. —

A kunigasa podli ulubieńce,

4195

Co wolę jego nad ludem spełniali,

Okuci przez nich, związani, wybledli.

Wyroku śmierci zwyciężcy[433] czekali.

Lecz i dzień nadszedł, Witol wstał z postania,

Wyszedł w podwórzec i rzecze do ludu:

4200

— Wy, niewolnicy, wracajcie do swoich;

Tamci niech życie unoszą daleko.

Nic chcę ich karać. Ukarzą ich Bogi.

Łzy wezmą za łzy, krew za krew przelaną.

Nim ztąd[434] ujdziecie, w cztéry zamku rogi

4205

Podłóżcie ogień, dzielcie się skarbami.

Mnie tylko topór, łuk, i róg, i konia,

Białe sokoły, psy jego zostawić.

Resztę wam daję. Niech z téj wilczéj nory

Nic nie zostanie, prócz garści popiołu. —

4210

Rzekł, a radośnym[435] krzykiem tłum powtórzył

Rozkaz i dzięki. Rozbiegli się razem.

Co kto mógł, chwytał, zabierał, unosił:

Ci drogie skóry, bursztynowe czary,

I szaty jasne, i konie, i miecze;

4215

Inni sztabami kruszec drogi nieśli,

Drogie kamienie przygarściami brali,

Sobolém futrem grzbiety nawieszali,

Świetnemi szłyki ubierali głowy.

Zgiełk, zamięszanie[436] w podwórcu zamkowym.

4220

A Witolowi topór złotem kuty,

I łuk przynieśli ogromny Raudona,

I róg, z którego białe piwo spijał,

I dwa sokoły do łowów uczone,

I dwa ogary, za które przed rokiem

4225

Raudon stu ludzi zaprzedał w niewolę.

Koń, BogactwoPotém mu konia przywiedli zza morza,

Którego Raudon, jak drogiego skarbu,

Pilnował okiem matki i złodzieja,

W ozdobnéj stajni trzymał, z rąk go karmił,

4230

Zrebiec był wielki, czarny, białogrzywy;

Łeb na wyniosłym karku dumnie nosił;

A z niego dwojgiem zapalonych oczu,

Jak król, wzgardliwie po światu spoglądał;

U kopyt złote brzęczały podkowy;

4235

Na grzbiecie skóra nieznanego źwierza,

Połyskująca włosem najeżonym,

Aż ponad ziemię zwieszona spływała;

Uzdę ze złota czystego miał laną,

Drogim kamieniem na głowie sadzoną.

4240

Tego mu konia niewolnicy wiedli,

I, bijąc czołem, całując po nogach,

Uzdę do ręki Witola podali.

— Dla ciebie, Panie, koń ten — powiedzieli —

Pewnie się zrodził, chodował[437] i czekał.

4245

Tobie, kunigas, dosiąść go przystoi.

On cię, gdzie skiniesz, poniesie na wojnę,

Albo do twoich, do twojéj rodziny.

Raudon go niegdyś nad wszystkie przekładał.

Nie było w stadach, i w skarbie nie było,

4250

Coby on więcéj, coby równie cenił.

Dawno już jakiś czarownik go xięciu[438]

Przywiódł zza morza; i wziął tyle złota,

Ile go cztéry pociągnęło byki.

Pieścił go Raudon, a rzadko nań wsiadał:

4255

Bo Jodź, gdy uczuł pana na swym grzbiecie,

Zżymał się, spinał i o ziemię zrzucał.

Mówili ludzie, że w nim duch zaklęty

Mieszka, i przezeń nawet się odzywa.

Często kunigas w nocy szedł do stajni;

4260

Ludzie słyszeli, jak z koniem rozmawiał. —

Wziął Witol uzdę, za grzywę pochwycił,

Jodź go powąchał i potrząsnął sobą,

Potém uklęknął i rękę polizał.

Naówczas słudzy, co na to patrzali,

4265

Znów przed Witolem upadli na twarze.

— To Bóg jest pewnie! Bóg to jest — wołali!

On na posłuszny grzbiet rumaka skoczył;

A widząc, że już uniesiono skarby,

Że lud się w pola radosny rozbiegał,

4270

Rozkazał ogień podłożyć w zamczysko,

Ażeby pamięć tylko po Raudonie

Została w zgliszczu, zwaliskach i rumie[439];

Skinął — i zewsząd ognie wybuchnęły;

Zerwał się wicher, co je gnał ku sobie

4275

I kręcił niemi, po dachach i ścianach

Rozdymał płomień, a zemstę przyśpieszał.

Ludzie już z zamku tłumem uciekali,

Wiodąc i niosąc, co komu przypadło:

Ten konie, tamten bydło, tamten szaty,

4280

Ów oręż, inny kruszec, inny zboże.

Witol, usiadłszy na Jodzia, powoli

Wyjeżdżał z niemi, wpośród tłumu krzyków

I błogosławieństw, któremi mu drogę

Usłali ludzie, wiodąc go oczami,

4285

Jak bóstwo jakie. Kiedy już ostatni

Przez most przebiegli, runęły mośnice,

I ściany zamku, dachy i dymniki;

Gęsty dym w górę puścił się kłębami,

Potém buchnęły płomienie, objęły

4290

I całkiem w sobie ukryły zamczysko,

Nad którem tylko sowy i — puhacze[440],

I głodni krucy[441], krakając, wzlatali.

Gdy się znów Witol obejrzał za siebie,

Kupę już gruzów dymiącą się tylko

4295

I lud w dolinie ujrzał rozpierzchniony.

Naówczas konia na drogę skierował.

Jodź potrząsł[442] głową, podniósł ją, poleciał.


Leciał koń, leciał z nozdrzy[443] rozdartemi,

Spienionym pyskiem, rozpuszczoną grzywą;

4300

Pod kopytami jego tuman pyłu

Wznosił się, kręcił i jeźdźca okrywał,

Potém za koniem zostawał daleko,

Gonił go chwilę i padał bezsilny.

Wiatry, po bokach chyląc się, świszczały,

4305

I, dziwiąc biegu, w tyle zostawały.

A z oczu jeźdźca prędko znikły zgliszcza,

I okolica, i włości Raudona.

Jakby na skrzydłach ptaka uniesiony,

Dziwił się Witol szybkiemu lotowi:

4310

Bo koń i ziemi, zda się, nie dotykał,

Nie czuł wędzidła, jeździec mu nie ciężył,

Przez drogi, bez dróg, doliny i gaje

Silną się piersią przedzierał, jak strzału.

Lot, Koń, PodróżZaledwie Witol ujrzał wieś przed sobą,

4315

Już jéj nie było, już za nim znikała.

Rzeki jak wstęgi migały srébrzyste;

Gaje, jak wieńce z zieloności wite;

Pola, jak żółte i czerwone plamy.

Ponad nim chmury pędzone wiatrami

4320

Stać się zdawały, i milcząc poglądać;

A ziemia, jakby zpod[444] stóp uciekała,

Kręcić się, zwijać, w tył cofać zdawała.

Ogary jego daleko zostały,

Sokół gdzieś w lesie uwiązł na gałęzi.

4325

Sam jeden Witol leciał bez oddechu,

Nie wiedząc, gdzie go dziki koń poniesie.

Coraz przez nowy pędząc kraj nieznany,

Czuł, jak mil wiele za nim już zostało.

Wieczór, SłońceSłońce się nawet na zachód skłaniało,

4330

I w chmur drużynie różowych, złocistych,

Jak młoda xiężna[445] śród swych dziewek dworu,

Kiedy ją wiodą do chłodnéj kąpieli,

Coraz łagodniéj na ziemię patrzało,

Coraz się miléj ziemi uśmiechało.

4335

Widać, już wozu jego gasły ognie,

Już odpoczynku zbliżała się chwila;

Nad lasów wierzchy czerwone od znoju

Chylić się zacznie, i patrzy, i stoi,

Jak gdyby jeszcze żałowało ziemi

4340

Opuścić drogiéj, jakby ją żegnało;

I jeszcze długo patrzało pół-okiem,

Tęskno, łagodnie; aż nareście[446] tylko

Koronę swoję[447] zostawia na niebie,

A samo wpadło do chłodnéj kąpieli.

4345

Potém się odblask ognistego wozu

Świecił czerwono na srébrnych obłokach.

Po drugiéj stronie ukradkiem twarz bladą

Niewierny słońca mąż, xiężyc[448], pokazał,

I smutny wyszedł z skrwawioném obliczem

4350

Błądzić po niebie do wschodu jutrzenki.

A Wakarinne[449] wyszła go szpiegować,

I Żwajgzdunokiéj zapalone ręką

Tysiąc gwiazd innych błysło z chmur osłony.

Drużyna słońca, obłoki złocone,

4355

Z niém razem zeszły do mokréj kąpieli,

Czysty już błękit; czasem tylko czyja

Gwiazda upadnie; drogę złotolitą

Za sobą pisząc, leci do mogiły,

I gaśnie blada z ostatnim oddechem

4360

Tego, którego przyświecała głowie.

Noc była cicha i niebo pogodne,

Szumiały lasy. Nie wiatr rzucał niemi,

Same tak sobie po cichu szeptały,

Kołysząc do snu gałęźmi staremi

4365

Ragany[450] pod ich czarną korą skryte.

A koń, parskając, biegł daléj i daléj.

Nic go zatrzymać nie mogło śród[451] biegu.

Zdawał się coraz nowycb sił nabierać,

Zdawał się coraz prędzéj lecieć jeszcze.

4370

Nareście[452] zwolnił błyskawicy biegu,

I coraz stąpał powolniéj, ostróżniéj[453].

Przebywał puszczę; wybiegł na dolinę,

Na któréj wielka ciemniała mogiła;

Parsknął i stanął; a Witol odgadnął.

4375

Po biciu serca, po duszy przeczuciu,

Że to był ojca jego grób, Romojsa.

Koń, WiernośćKoń pysk spieniony ku panu zawrócił,

Stanął; a Witol, zeskoczywszy z niego,

Zdjął uzdę, i rzekł, wolno go puszczając:

4380

— Czuję, że to jest ojcowska mogiła.

Ty, coś mnie tutaj przyniósł na swym grzbiecie,

Bądź za to wolny; leć, gdzie stada dzikie;

Leć, o mój Jodziu, kędyś[454] się urodził. —

A koń, jak gdyby tę mowę rozumiał,

4385

Podniosłszy[455] głowę, oczy nań obrócił,

Potrząsnął grzywą i zakopał nogą,

I znów szedł za nim do ojca mogiły.

Kiedy się Witol ku niemu obrócił,

On głowę oparł na ramieniu pana,

4390

I stanął smutny, jakby myśli jego

Pojmować umiał, potrafił podzielać;

A okiem w oczy Witola wlepioném

Mówił mu: — Panie! nie chcę cię porzucić,

Pójdę za tobą, nie odstąpię ciebie.

4395

Niepewny, drżący szedł Witol do grobu,

Szukał drzwi jego z południowéj strony,

I znalazł kamień, który je przypierał,

Dzikiemi chwasty pokryty i zielem.

Xiężyc[456] się właśnie podnosił zza chmury

4400

I dał mu runy wyczytać grobowe.

Ze drżeniem serca ujrzał ojca imie[457]

Jeszcze starości nieporosłe mchami,

W górze dwa węże, godło jego rodu.

Padł syn naówczas, i gorzkiemi łzami

4405

Polał mogiłę, jęknąwszy boleśnie;

Modlił się Bogóm[458], cieni ojca wzywał.

— Ojcze! — zawołał — zlituj się nad synem!

Zejdź z tamtych światów na twoję[459] mogiłę

I ukaż mu się w dawniejszéj postaci!

4410

Oto cię błagam! oto cię przyzywam

Usty i sercem, modlitwą i łzami!

Ojcze mój! pokaż twarz swoję z mogiły!

Niech ją raz ujrzę, raz na życie całe.

Potém polecę, w sercu ją poniosę,

4415

Jak złoty pieniądz, co do grobu kładą

Na długą drogę wieczności umarłym.

Jeśli żal tobie dziadów twoich cienie,

Albo wesołą biesiadę z Murgami[460],

I łowy miłe na chwilę porzucić,

4420

Powrócisz, ojcze! na wieczność powrócisz!

Niechaj ja ujrzę twoję twarz promienną,

Choćby tak krótko, jak blask błyskawicy.

Jak strzałę gromu, co pada i znika.

Matka raz do mnie z nieba się spuściła,

4425

A tyż ni razu mnie się nie ukażesz?

Ja zemstę Bogów tu za ciebie noszę,

Ja zn twą winę błąkam się po ziemi

I walczę z duchem wysłańcem Perkuna.

Ojcze! ty wszystko nagrodzisz synowi,

4430

Życie zasłodzisz[461], do walki zagrzejesz,

Jeśli mu tylko ukażesz twarz swoję! —

Westchnął i spójrzał[462], płakał i narzekał.

Wizja, Modlitwa, Ojciec, SpotkanieWtém na niebiosach coś błyskać zaczęło,

I białe cienie na białych rumakach,

4435

Krając powietrze skrzydłami białemi,

Ponad mogiłę wzleciały. Syn spójrzał,

Wyciągnął ręce, srébrne łzy wylewał.

A drogą mléczną lecieli ku niemu:

Ojciec na przedzie, w złotem litéj szacie,

4440

Promienny cały; po trzy gwiazd miał w ręku,

Jedną na czole, a na piersi jedną;

U boku jego złoty miecz zwieszony,

I łuk z strzałami chwiał mu się na barkach;

Zniżał się, zniżał, stanął na mogile;

4445

A za nim orszak jego towarzyszy,

Jak on, na koniach białych i skrzydlatych.

Stanęli. Witol padł na twarz przed ojcem.

— Ojcze! — rzekł, wznosząc spłakane oblicze —

Dozwól się dosyć napatrzyć twéj twarzy.

4450

Niech się jéj obraz na duszy wyryje,

Abym go nosił życie moje całe;

Ażebym, jeśli na Dungus przylecę,

Jeśli do wschodniéj powrócę krainy.

Piérwszego poznał, piérwszego powitał!

4455

O, lżéj mi będzie walczyć teraz z duchem,

Lżéj będzie cierpieć i zginąć na ziemi,

Kiedym cię w życiu mojém raz zobaczył. —

Mówił i ręce do ducha wyciągał;

A duch, jak gdyby chciał, nie mógł się zbliżyć;

4460

Chwiał się na białym, skrzydlatym rumaku;

I gdyby w kraju, z którego przeleciał,

Mógł się żal rodzić, łzy mogły popłynąć,

Rzekłbyś, że mu się łzy w oczach świeciły.

Otworzył usta i tak rzekł do syna:

4465

— Śmiało idź, synu, śmiało idź po ziemi!

Choć zemsta Bogów niewinnego ściga,

Jeśli się zbrodnią nie skalasz ni razu,

Wrócisz do ojców, do wschodniéj krainy,

Przejdziesz Anafiel; a pamięć o tobie,

4470

Jak złote ziarno posiane na ziemi,

Zostanie tutaj; i z niéj się urodzi

Potomstwo wielkie, bohatery sławne.

Śmiało idź! synu! Ja ojcowską ręką

Do boju życia błogosławię tobie. —

4475

Rzekł ojciec. Potém znowu orszak duchów

Z mogiły ruszył, popłynął ku niebu;

Bielał przez chwilę; na tle nocy czarnéj

Świecił, jak gwiazda, i malał, i zniknął.

Pozostał Witol, uderzył się w rękę, —

4480

I krew swą lejąc na ojca mogile,

Modląc się, krwawą święcił mu ofiarę.

Tak noc ubiegła. Piérwszy raz od dawna

Usnął podróżny; a wierny koń jego

Z rozdartém nozdrzem wartował na straży

4485

l rżeniem równo z jutrzeńką obudził.

Witol przypomniał na ducha zasadzki;

Dłużéj na grobie nie mogąc pozostać,

Oblał go jeszcze łzami, i żegnając,

Znów w swoję[463] drogę puścił się przez lasy.

4490

Smutny szedł krętą w zarośla drożyną;

Jodź za nim, jakby sługa szedł za panem

Powoli; kroki mierzył z jego chodem;

Czasem się srożył i najeżał grzywę,

To znów spokojny trawę gryzł i liście;

4495

Jak pies, co rękę zna, co go karmiła,

i szuka śladu, i tęskni za panem,

Tak on drożyną za nim postępował;

I próżno łąki wabiły zielone,

Próżno do niego dzikie stada rżały —

4500

On nawet ku nim oczu nie obrócił,

Na chwilę nawet pana nie porzucił.

Tak długo w głębią[464] puszczy się ciągnęli.

A Witol kraj ten jakby przez sen widział,

Zdał się poznawać, zdał się przypominać.

4505

I zdało mu się, jak gdyby za młodu

Ścieżki podobne i podobne gaje,

Też same rzeczki, doliny też same

Kiedyś już widział i dawniéj przebiegał.

Witał je z jakiemś uczuciem radości,

4510

A sam uczucia nie pojmował swego.

Coraz biegł prędzéj. Na ścieżki zawrocie

Wyszedł w dolinę, i ujrzał przed sobą

Chatę — tę samą, w któréj się wychował.

Też same wiśnie dach jéj ocieniały,

4515

Też same płoty dokoła ogródka,

Taż sama wkoło zielona dolina,

Taż sama sosna z barcią niedaleko,

Kamień, na którym z pastuszki ofiarę

Palił on niegdyś Goniglowi[465] Bogu;

4520

A w dali tenże las, na który chciwie,

Rwąc się do łowów, patrzał tyle razy,

Też same dęby z gałęźmi krzywemi,

I sosny smukłe, i brzozy schylone,

Blada osina, splątane leszczyny,

4525

Taż sama niwka pod lasem zasiana.

I, jakby wczora odszedł ztąd[466] dopiéro,

Nic się tu jeszcze nie zmieniło wkoło —

Cicho, jak było, i pusto, jak było.

Ranek, więc matka musi być w oborze,

4530

Ojciec na łowach, z bydłem poszły dzieci,

Parobcy w lesie, w polu, na nowinach.

Psia buda stoi otworem i pusta.

Też same nawet sroki i śmieciuchy

Skaczą przed progiem i ziania szukają.

4535

Witol, jak gdyby tylko z łowów wracał,

Śpieszył, i stając na chrominy progu.

Modlił się naprzód Kobolóm i duchóm[467],

Co go dziecięciem pod tym dachem strzegły;

Zapukał potém. Wyszła stara Małda;

4540

Ale pod pięknéj postaci młodzieńcem

Owego dziecka, co się gdzieś zbłąkało,

Już nie poznała. On poznać się nie dał,

I prosił tylko, jak łowiec zbłąkany,

Aby się chwilę ogrzać przy ognisku

4545

I do podróży dalszéj mógł wypocząć.

Poszła mu stara wodę grzać na nogi

I placków upiec świątecznych pod żarem,

Plaster mu miodu na stół postawiła,

I sér, i mléko na misie drewnianéj;

4550

Lecz choć na niego sto razy spójrzała,

Choć głos słyszała, nie poznała przecię,

Że się ten niegdy jéj synem nazywał,

i na jéj ręku piosenką dziecinną,

Straszony cieniem Pokola, usypiał.

4555

Wtém na podwórku psy się odezwały

I któś zagadał. Rozpoznał po głosie

Witol starego i łowcze ogary.

Wybiegła Małda gościa mu zwiastować;

Ale po Jodziu wiedział już gospodarz,

4560

Że jakiś obcy w chacie odpoczywa.

— Któż to? — zapytał żony w progu chaty.

— Kto? — Bogi wiedzą! Zaszedł, jak zbłąkany,

Piękny młodzieniec. Miecz wielki u boku,

Łuk ma na plecach i topor u pasa,

4565

I wiżos[468] drogim sznurem oplatane,

I twarz wesołą, a piękną jak Saule[469]. —

— Nie bluźńże, stara! A toć byłby bogiem. —

— Kto wié! Prawdziwie na niego wygląda.

Widziałam dawniéj kunigasów wielu.

4570

Ludzie to, jak my; to, nie jak my człowiek.

I mało darów gościny skosztował,

Milczy i patrzy, jakby na co czekał. —

Stary porzucił oręż swój u proga,

Proch z nóg otrząsnął, zdjął szłyk[470] z siwéj głowy,

4575

I, uchylając drzwi, gościa powitał:

— Niechaj wam będzie błogo w naszym domu. —

— I tobie, starcze, niech Bogi przyczynią —

Odrzekł mu Witol — niechaj wam Puschajtis

U Markopola dostatki wyprosi.

4580

Z łowów wracacie? — zapytał po chwili.

— Z łowów — rzekł starzec — idę, miły gościu! —

A mówiąc, pilnie w twarz mu się wpatrywał;

I, jakby sobie głos ten przypominał,

Jakby pod męzką[471] chciał odgadnąć twarzą

4585

Rysy dziecięcia, patrzał z podziwieniem.

— Jakże wam łowy dziś się poszczęściły? —

Znowu go Witol zapytał z uśmiechem.

— Nie bardzo, Panie! Od lat to już kilku,

Jak wychowaniec mój, biedny sierota,

4590

Gdzieś mi na łowach, przez duchy zbłąkany,

Zginął, że nawet i śladu żadnego

Znaleźć nie mogłem, od tego mi czasu

Ani na łowach, ni się szczęści w domu.

A Bogi wiedzą, jakem go przestrzegał.

4595

Lecz w las młodemu, jak rybie do wody.

Ani pamiętał na moje przestrogi.

— Liszka[472] nam drogę przebiegła — mówiłem —

Wróćmy się nazad — on nie chciał powracać;

Stać mu kazałem, puściwszy ogary —

4600

On w las poleciał i zginął gdzieś w lesie. —

— Dawnoż to temu? — znów Witol się pyta.

— Lat nie liczyłem, lecz kilka ich mija.

Oszczep strzaskany znalazłem śród kniei,

Lecz ani słychu, co się z młodym stało.

4605

Gdyby go źwierzę pożarło, to szaty

Znalazłbym może, lub kości pogrzebał;

A wszystkiem lasy przetrząsnął dokoła,

I nié ma miejsca, gdzie bym go nie szukał. —

— Któż to był? zkądże[473] wzięty był sierota? —

4610

Znów Witol starca zapytał ciekawy.

— Jeszcze go dzieckiem przynieśli z daleka,

Z dworu Kruminy; kobiéta służebna,

Tajemnie, w białe spowitego płótno.

Żonie oddała, i mieli nagrodzić.

4615

Ale gdy chłopiec z mojéj zginął winy,

Nikt się o niego nie dopomniał więcéj.

Myśmy nagrody i prosić nie śmieli.

Nie było za co. Baliśmy się kary.

Wielka Krumine straszna, gdy jest w gniewie. —

4620

— I nikt o niego u was nie zapytał? —

Powtórzył Witol z westchnieniem bolesném.

— Nikt; tylko lata przeszłego kobiéta

Taż sama w polu spotkała mnie znowu.

— Dziecka już nié ma? — powiedziała do mnie.

4625

— Nié ma! — odrzekłem, i chciałem uciekać.

— Wiém! — zawołała, idąc daléj drogą.

Lecz nie groziła zemstą, ani karą,

Ani się więcéj u mnie rozpytała.

Jam dumał: ona zkąd[474] wiedziała o tém?

4630

Dlaczego nic mi nie mówiła za to?

Chociaż go swoi nie płakali może,

Ja nieraz po nim szczére łzy wylałem.

Ach! byłby teraz w domu mi pomocą.

Siłę niedźwiedzia, a rozum miał węża,

4635

Odwagę wilków szalonych i rysia.

Młody, a już mu w piersi boje wrzały,

I nie mógł z braćmi trzody gnać na pole,

Rwał się do łuku, oszczepem się bawił,

O łowach marzył i tęsknił za niemi.

4640

Ja teraz stary! Czemuż go tu nié ma?! —

A Witol słuchał starca i żałował.

Stara ze swoim przyszła znowu żalem;

Z założonemi rękami, podparta,

Przypominała biednego sierotę,

4645

Który z jéj piersi ssał przed laty życie.

— Jam go, jak własne dziécię, ukochała —

Płacząc, mówiła, potrząsając głową —

Jak swoje dziecko piersiami karmiłam.

Ale znać było, że nie nasze dziécię.

4650

Insza twarz, serce, i inna w nim dusza.

Jemu niesmaczne dziecinne zabawki,

Jemu niemiłe dziecinne swawole;

O łowach tylko i bitwach od młodu

Marzył i gadał, przez sen nawet, biedny. —

4655

— I jemu przyszło — rzekł starzec — tak zginąć!

Nie darmo liszka przebiegła nam drogę.

Prosiłem: wróćmy! On nie chciał powracać;

Zaledwie w inną dał się zwrócić stronę.

Poszedł i zginął! O! żal mi sieroty. —

4660

— Nie żałuj, ojcze! — rzekł Witol do niego,

I wstał z za stołu, szedł, uściskał starca. —

Jam to jest Witol, ja to ów sierota. —

— Ty!! — zawołali z wykrzykiem oboje. —

Ty? Panie! — Zaraz wszystko zapomnieli,

4665

Ściskać go, płacząc, i pytać zaczęli.

Witol się cieszył, jak gdyby rodzinę

Własną odzyskał — tak czule witali,

Ze łzami w oczach, z uśmiechem radości.

A stary patrzał, Witola oglądał,

4670

Dziwił wzrostowi, mieczowi, ubraniu,

O wszystko pytał, wszystkiego ciekawy,

I stokroć jedno powtarzać mu kazał.

Zaraz się dzieci starca dowiedziały.

— Witol powrócił! — Biegają pastuszki,

4675

Wołają, trzody puścili samopas,

I wszyscy biegną zobaczyć do chaty,

Jak ich rowieśnik[475] na wielkiego męża

I na wojaka wyrósł potężnego,

Jakiego konia, jaki miecz u boku,

4680

Jakie miał piękne, bogate ubranie.

Tak gdy ptak z gniazda daleko uleci

I w obcych gajach pierzem się okryje

A potém znowu na gniazdo powróci,

Pozna go matka, dziwią mu się bracia,

4685

I w obcym dawną witają znajomość.

Na próżno Małda troskliwa Jodziowi

Najczystszy owies sypała na trawie;

Próżno mu dzieci, głaszcząc go, nosiły

Wody najświświéższéj z krynicy od boru —

4690

On nic jeść nie chciał, niczego się napić,

Hasał w dolinie, znów do chaty wracał,

I, u drzwi stojąc, kopał ziemię nogą,

Rżał i Witola ku sobie wyzywał.

A w chacie radość, a w chacie wesele.

4695

Nie śmieli pytać: — Czy zostaniesz z nami? —

Mógłżeby teraz Witol z niemi zostać,

Ubogiém życiem z niciernimie się podzielić?

Już oni nawet o tém nie myślili;

Tylko prosili: — Zostań dzionek z nami,

4700

Zostań dni dziewięć, potém miesiąc cały. —

— A potém, może — myśleli — on sobie

Podoba[476] z nami i zawsze zostanie. —

Ale Witola insze czeka życie.

Potrzeba było walczyć z zemsty duchem,

4705

I świat przebiegać, i wojenny sławę

Pozyskać głośną. Czuł, że mądra Budte[477]

I Łajbegełda[478] stuustna mu w duszy

Żądzą miotały i walki i sławy.

On się już nie mógł tém życiem spokojném

4710

Łowów, spoczynku, odludnéj pustyni,

Dosyć nakarmić. Głos Krewe Krewejty

Szérzéj mu świata dokoła pokazał,

Inną mu przyszłość daleką zwiastował.

Młodzieńczym duchem piął się Witol w górę,

4715

Marzył o walkach z posłami Perkuna,

Dalekich krajach i rozgłośnéj sławie.

I próżno w chacie prosił ojciec stary,

Próżno go bracia o trzy dni prosili.

Jodź kopał nogą, pode drzwi przychodził,

4720

Swém rżeniem panu odjazd przypominał

I do podróży wyzywał go nowéj.

A każde rżenie konia w jego sercu,

Jak róg do boju wzywający, brzmiało.

Musiał się Witol pożegnać ze starcem.

4725

— Wróciszże kiedy? — smutnie pytał stary.

— Nie wiém, mój ojcze! — Któż wié, czy powróci,

Kiedy na wojny leci przeciw śmierci? —

Rozstanie— Daleko jedziesz szukać boju, synu!

Cicho dokoła, nie słychać tu wojny. —

4730

— Znajdę ją, ojcze! Ona na mnie czeka.

Gdzie ja, tam ona. Pójdę w świat przed siebie.

Wspomnijcie o mnie, kiedy mnie nie będzie.

Ztąd[479] niedaleko jest w lesie mogiła.

Mego tam ojca złożone popioły.

4735

Kiedy Chauturej przyjdzie zmarłych święto,

Przez pamięć dla mnie złóżcie tam ofiarę. —

Przyrzekli wszyscy; z łzami go żegnali.

Wyjechał. Długo za nim spoglądali;

Długo, przed chatą stojąc na podwórku,

4740

O sobie, o nim gwarzyli po cichu.

Zniknął im z oczu, i każdy do swojéj

Z cichém westchnieniem powrócił roboty.

Chmurny był wieczór, kiedy Jodź Witola

Uniósł przez puszcze od wieśniaczéj chaty;

4745

Na niebie, jakby podartemi szmaty,

Brudne obłoki, rozpierzchłe, wisiały;

Wiatr w górze szumiał; wielkiemi kroplami

Deszcz się niekiedy oznajmował ziemi;

A piorun, tocząc się ze chmury w chmurę,

4750

Warczał, nim upadł na przelękłych głowy.

Jodż, jakby burzę czy wroga przeczuwał,

Coraz biegł prędzéj, coraz chyżéj ścigał.

Ledwie się za nim migały w oddali

Puszcze, Witola młodości schronienie;

4755

I Niemen, w którym niebo się odbiło,

Jako pas czarny pozostał za niemi.

Oni lecieli. Nad Witola głową

Już Grajtas czyhał pod ptaka postacią,

Skrzydła rozpuścił, szyję na dół zwiesił,

4760

Rozwarł dziob ostry i zakrzywił szpony;

A Jodź najeżał rozczochraną grzywę,

Rzucał się, parskał i pędził szalony;

Lecz duch Perkuna prześcignąć się nie dał,

Ciągle nad niemi przez chmury szybował,

4765

Ciągle ich okiem ognistém pilnował.

Tymczasem burze warczały po chmurach;

Huk wprzód daleki, teraz bliższy coraz,

Gęstszą co chwila błyskawicą groził;

I wicher ku nim wiał ciepły, siarczysty,

4770

Z powietrzem ciężkiém, gęstemi wyziewy.

Oni lecieli coraz chyżéj, chyżéj.

Jodź głową w górę potrząsnął i stanął.

— Panie mój! — rzecze — duch nad tobą krąży.

Duch to Perkuna. Przed nim nie ucieczem.

4775

Wejdź w moję[480] głowę i schowaj się przed nim.

Ja z tobą wówczas lżéj jeszcze polecę;

A on, gdy ciebie nie ujrzy pod sobą,

Może się nazad na Dungus zawróci. —

— Wejść w głowę twoję? — Witol go zapytał —

4780

Jakże ja w głowie pomieszczę się twojéj? —

— Panie! — koń rzecze — jest w niéj pałac wielki.

Każdy naszego rodu koń go z sobą nosi.

A gdy pan jego siadzie na spoczynek,

On leci daléj, kędy mu rozkaże. —

4785

— Zkądżeś[481] ty rodem? cudowny mój koniu! —

— Z daleka, Panie! z północnéj krainy.

Naszego rodu jest już tylko dwoje.

Jeden król tylko ma klacz mnie podobną.

Lecz nie trać czasu. Stanę, pysk otworzę,

4790

Wnijdź[482] do pałacu i uśnij spokojnie. —

Stanął, a Witol spuścił się na ziemię.

Jodź, białą pianą zlany, pysk otworzył.

Skoczył syn Mildy, i znalazł się cudem,

W gmachu przepysznym, który okien dwoje

4795

(Dwa oczy Jodzia) jasno oświecało.

Wszystko tam było do jego wygody:

Z skór miękkich łoże, stół i miodu czasze,

Na stole pieczeń, zubrzy[483] róg złocony,

I ogień nawet palił się w ognisku,

4800

A dym przez nozdrza konia się wywijał[484]

Kiedy Jodź stawał, Grajtas już się spuszczał,

Wymierzył w środek na Witola głowę

I ostrym dziobem już ku niéj kierował,

Spójrzał raz jeszcze — nie było Witola,

4805

Kod tylko pędził. Ptak za nim poleciał,

Na próżno pastwy[485] upatrując swojéj.

To się raz spuszczał nad głowę rumaka,

To wkoło niego kręcił i szybował.

Nigdzie Witola. Myślał: — Koń go zrzucił,

4810

Pozostał w tyle, a jam go ominął. —

Spuścił się nizko[486] i leciał nad drogą.

Jodź spójrzał w górę — jeszcze burze grzmiały,

Potopy deszczu lały się na ziemię,

Ale już ptaka nad nimi nie było.

4815

Jeszcze dwie mile, a daléj pogoda

I odpoczynek w zielonéj dolinie.

Skoczył dwie mile i stanął zdyszany.

— Panie! — rzekł — wynijdź[487], bo już niema ducha. —

Witol ze swego wyskoczył pałacu,

4820

I, głaszcząc konia, usiadł na murawie.

— Cóż ty chcesz, koniu, za twoje usługi? —

— Nic, o mój Panie! Chciałbym ja raz tylko

Swojego rodu klacz odwiedzić cudną,

Która na dworze północnego króla,

4825

Ztąd[488] jest daleko. Potém bym ci za to

Służył tak wiernie, jak dotąd służyłem,

Póki twojego życia lylko sianie,

I póki życia we wschodniéj krainie.

Uciekać nie chcę, rzucić cię nie mogę.

4830

Czarownik jeden zaklął mnie w niewolę.

Iż komu cugle raz w ręce oddane,

Tego na wieki sługą pozostanę. —

— Gdzież ta klacz cudna? i długaż to droga? —

— Trzy razy trzy dni będziemy lecieli,

4835

Siedémkroć siedém będziemy powracać. —

— Odpocznij, Jodziu. Polecimy za nią. —

Jodź wstrząsł się cały. — Nie trzeba spoczynku.

Siadaj! mój Panie! siadaj! Jam gotowy. —


Jechali ciągle ku chmurnemu niebu,

4840

Na północ, przeciw Griżulas świecących;

I chociaż prędko jak piorun lecieli,

Już się im droga długą zdała obu.

Kraj się odmienił. Znikły Litwy gaje;

Śnieg ziemię przysuł[489]; białych brzóz i jodeł

4845

Chwiały się bory pod płatami śniegu,

Pod białą zimy śmiertelną koszulą:

A niebo mgliste wisiało nad nimi,

I rzeki martwe u stóp ich głazami

Leżały, jakby trupy na smętarzu[490].

4850

Nigdzie człowieka. Czasami źwierz biały

Gdzieś się z daleka po śniegach im migał

I bojaźliwy po zaspach przesuwał,

A w borze czarnym kryjąc się głęboko,

Znikał w gęstwinach, z splątanych gałęzi

4855

Śniegiem strzęsionym zasypując ślady.

W nocy miljony[491] gwiazd świeciły z nieba,

Ale nieznane Witolowym oczóm.

Innych to ludzi i innego świata

Strażnice były, inaczéj świeciły.

4860

W północnéj stronie co nocy olbrzymy

W czerwonéj zorzy wbiegali na niebo

I krwawe walki wiedli, i krwią swoją

Na długo jeszcze pole walk broczyli;

Czasem przez wielkie pędzili jeziora,

4865

Martwe i lśniące, które pod kopytem

Chicho i straszno w głębinach tętniały;

To znów przez zaspy śniegu się kopali,

Które, jak góry wznosząc się olbrzymie,

Tysiącem pyłów gwiaździstych błyskały.

4870

Pochmurne niebo czasem się iskrzyło,

Jak drugie szkliste nad głową jezioro;

Czasem się w siwe ubierało szaty;

Lub białym śniegiem wiatr kręcąc nad ziemią.

Chmurą ich zewsząd śnieżną opasywał.

4875

W niéj jak gdyby się ziemi nie tykali,

Jakby w obłoku jasnym się pędzili[492].

Lecz Jodź z rozdartém nozdrzem nigdy drogi

Nie szukał nawet: ciągle wprost przed siebie,

Przez góry, doły, i zaspy śnieżyste,

4880

I przez zamarzłe pędził się jeziora.

Ni jemu w nocy spoczynku gdzie w lesie.

Owsa ni wody nie trzeba mu było.

Jakby cudowną ożywiany siłą,

Im dłużéj leciał, t sięm raźniéj i chyżéj,

4885

Czując, że coraz był od celu bliżéj.

Wiele dni w drodze podróżnym ubiegło.

Dni tylko mrokiem i światłem liczyli:

Bo rzadko słońce widzieli nad sobą,

I rzadko xiężyc[493] zza chmury twarz bladą

4890

Pokazał, i znów wśród zamieci śniegu

Okrył się płaszczem tumanów i zniknął.

A Witol pytał konia: — Czy tak długo

Biedz[494] jeszcze mieli, czy jeszcze daleko? —

— Jeszcześmy, Panie, ubiegli pół drogi. —

4895

I znowu leciał tak prędko, jak wprzódy.

PodróżA kraj się coraz dzikszy ukazywał.

Czasem w ustroni chata między drzewy[495],

I człek brodaty, śniegiem opruszony[496]

Wieku i zimy, wychylał twarz czarną,

4900

Na widok jeźdźca schyloném bił czołem,

I, ozierając, z przestrachem uciekał.

Czasami stada głodnych wilków, wyjąc,

Stały na wzgórzach, oczami świeciły,

Z otwartym pyskiem na jeźdźca patrzyły;

4905

Lecz Jodź poskoczył, i w tyle zostały;

Wiatr tylko wycie przynosił z daleka.

Potém znów było cicho, jak przed chwilą.

Znowu wędrują przez morza śnieżyste.

A Witol pyta: — Daleko? mój koniu! —

4910

— Panie mój! jeszcze do króla daleko. —

ZimaI znowu jadą i pędzą śniegami,

A mroźny wicher wkoło nich się zwija.

Już twarz i suknie Witola przemarzły,

I oręż jego posiwiał u boku,

4915

I koń, jak gdyby kamieńmi drogiemi

Okryty, w pyłach zamarzłych połyskał.

— Zimno nam, koniu! — mówił Witol znowu.

— Nie mnie: bo pędzę do swojéj kochanki[497].

Ani mnie nogi od biegu martwieją,

4920

Ani mi siły od znoju ustają;

Bo czuję Aszwę[498] kochankę przed sobą.

Ty tylko, Panie, musisz być znużony.

Tobie i mroźny wiatr musi dokuczać.

Tobie i nudno i ciężko być musi:

4925

Bo do nikogo i po nic nie jedziesz. —

— O, mnie nie nudno, mnie droga nie długa;

Lecz przyśpiesz biegu, bo odpocząć trzeba. —

— Czemuż wejść nie chcesz do swego pałacu? —

Bo lubię patrzeć na ten świat północny,

4930

I chcę na jego napatrzeć się dziwy,

Ażeby o nim w starości pamiętać

I przy ognisku kiedyś opowiadać. —

Znowu więc biegli. Jodż począł ustawać.

— Blizko[499] już? koniu! — Witol go zapytał.

4935

— Blizko już, Panie! — koń mu odpowiedział.

Za mgłą, na górze wysokiéj, nad rzeką,

Wysoki, biały gmach się ukazywał;

U spodu góry wielki las sosnowy

Zielonym wieńcem miasto opasywał;

4940

Świeciły dachy i wieże wysokie;

Dymy na bokach góry się zwijały,

I w czarnych kłębach, nad wierzchołkiem lasu,

Jak szata ciemna, z wiatrem kołysały.

Jodź zarżał, patrząc na górę wysoką,

4945

I jeszcze chyżéj biegł po krętéj drodze.

Pomiędzy lasem széroko ubitéj:

Wspinał się silny i na skały drapał;

Z nozdrza mu ogień, zda się, wyparskiwał;

Uszy nastawił i nasrożył grzywę;

4950

Tak aż do bramy zamkowéj doleciał.

Tu Witol porwał zwieszony u pasa

Róg i zatrąbił. Zaraz służba mnoga

Biegła, ciekawie patrząc na wędrowca.

— Swemu królowi powiedzcie ode mnie —

4955

Rzekł Witol, stojąc u zapartéj bramy —

Że z południowych oddalonych krajów

Przybywam prosić gościny u niego. —

Od wrót pobiegli na zamek dworzanie.

Król oknem wyjrzał; poznał po postawie,

4960

Że gość to musiał być wielkiego rodu

Rozkazał puścić na zamek, do siebie;

Sam nawet wyszedł naprzeciw spotykać.

Stary i siwy, na łokieć miał brodę.

Złocistą suknię, na głowie koronę,

4965

Długi miecz w pochwach u boku zwieszony;

Krzepki, barczysty. Znać, że długie lata

Siły w nim wielkiéj jeszcze nie przybiły:

Bo kiedy dłoń swą Witolowi podał,

W uścisku jego znać było nie starca,

4970

Lecz w kwiecie wieku silnego wojaka.

Co był zwyklejszy[500] miecz pieścić w swéj dłoni

Niż przyjacielską podawać u proga.

Potém obadwa do komnat bogatych

Poszli i siedli. Liczni słudzy króla

4975

Jadło, napoje, biały miód i mléko,

I piwo nieśli srébrnemi konwiami.

Na drogich skórach siedzieli za stołem,

A niewolnicy, klęcząc, im służyli.

Wpośrodku uczty zwołani śpiewacy

4980

Z gęślą i pieśnią wesołą nadeszli;

Inni na rogach i trąbach im grali,

W lietauros[501] bili, jak gdyby do wojny

Wojenną pieśnią rozgrzewając serca,

Wspomnieniem zwycięztw[502] rozjaśniając czoła.

4985

I tak weseli, do wieczora oba

O swoich krajach, o Bogach, o wojnach,

I król i Witol pospołu gwarzyli.

Gdy noc nadeszła, najstarszy dworzanin

Powiódł Witola w komnatę osóbną,

4990

Bogatą bardzo i bardzo ozdobną.

Dziewięciu sług mu dał król na rozkazy,

Którzy noc całą pod drzwiami czuwali.

Nazajutrz szaty przynieśli bogate

I miecz złocisty w podarku od króla.

4995

Przywdział je Witol, lecz Krewe Krewejty

Miecza nie rzucił, choć oka nie wabił,

Ani się świecił bogatą pozłotą.

Znowu, jak wczoraj, dzień minął wesoło,

W uczcie i śpiewach, nad dzbanami miodu.

5000

W samo południe na podwórzec wyszli

Przygotowaném bawić się igrzyskiem.

W środku ścian cztérech z białego kamienia,

Które podwórzec wielki otaczały,

Spuszczono naprzód niedźwiedzia z ogary[503].

5005

Niedźwiedź był głodny; a psy rozjuszone

Wpadły nań, wyjąc; lecz lasów mieszkaniec,

Z starości siwy, podniósł się na łapach.

Przypuścił zjadłe ku sobie ogary,

Potém, jak muchy, w uścisku rozszarpał.

5010

Naówczas większe drugie psy puszczono.

Te, kiedy wroga przed sobą postrzegły

I ciała braci w posoce drgające,

Wyjąc, pobiegły ukryć się pod murem,

I bojaźliwém poglądając okiem,

5015

Zdały się, patrząc do góry, litości

Żałosnym jękiem od ludzi wyzywać.

Naówczas Witol zaczął króla prosić:

— Pozwól sam na sam z niedźwiedziem się zmierzyć. —

— Gościu mój! — rzekł król — gdybyś był mi wrogiem,

5020

Chętnie bym na śmierć pewną cię wyprawił.

Chyba jéj żądasz. Lecz szukaj gdzie indziéj.

Nie ściągaj na mnie zemsty swoich Bogów

Za połamane gościnności prawa. —

— Nie żądam śmierci — Witol odpowiedział. —

5025

Chcę ci pokazać naszych krajów łowy,

I siłę naszą pokazać, o Królu! —

A król ogromne od bramy wrzeciądze

Rozkazał przynieść, i w ręce ująwszy,

Milcząc, z łatwością, jak słomę, rozkruszył.

5030

— I ja mam siłę — rzekł — ale nie człeku

Z dzikiém źwierzęciem mierzyć się i walczyć. —

— Królu! — znów Witol — lat już temu wiele,

Jeszczem był ledwie u ojca chłopięciem,

Kiedym takiego położył niedźwiedzia,

5035

Co był postrachem okolicznéj puszczy.

Którego łoże pomijali łowce,

Bo się od kości z daleka bielało.

Jeżeli zginę, ni żony, ni dzieci,

Nikogo nie mam, ojca, coby płakał,

5040

Ni krewnych, coby pogrzeb mi sprawili.

Dozwól mi, Królu! a wówczas zobaczysz,

Jakiegoś jeszcze nie widział, igrzysko. —

— Nieraz — król rzecze — widziałem podobne,

Kiedy niewolnik za zbrodnię skazany

5045

Z psami lub dzikim niedźwiedziem się ścierał.

Nigdym nie widział, by zwyciężył człowiek.

Rzuć tę myśl, gościu, i nie chciéj probować[504]. —

A Witol naglił, prosił, aż król stary

Rzekł: — Chcesz umierać, wolno ci, idź walczyć:

5050

Lecz jeśli padniesz, krew twoja nie na mnie,

Ani na dom ten nie spadnie niewinny.

Sam chciałeś, wolnyś, i sam się zabijesz. —

Gdy tak mówili, wyły psy u bramy,

Niedźwiedź rozdartych wnętrzności wydzierał,

5055

Leżał, i łapy liżąc, je pożerał.

Z podziwem wszyscy patrzali, gdy młody

Wędrowiec, z lichym orężem u boku,

Bez zbroi, łuku, oszczepu i drzewca,

Przeszedł wśród wszystkich, podwórzec otworzył,

5060

I stanął śmiało przed siwym niedźwiedziem.

Tamten zaledwie mordę zakrwawioną

Podniósł i oczy wytrzeszczył czerwone.

Potém spokojny wrócił do swéj pastwy.

Witol z dobytym mieczem się przybliżał;

5065

I niedźwiedź, mrucząc, psie cielsko porzucił,

Zaryczał, stanął, na niego się zwrócił.

Spójrzeli stojąc nieruchomi oba.

Wtém cudownego oręża zamachem

Syn Mildy łeb mu na dwoje rozpłatał:

5070

Potém, porwawszy za kark, poza mury

Ogromne cielsko, zlane krwią, przerzucił.

Milczeli wszyscy, i sam król osłupiał.

W chwilę, jak gdyby oczóm nie wierzyli,

Jedni na drugich patrzali, nie śmiejąc

5075

Ni ust otworzyć, ni nawet się dziwić.

A Witol z wolna na miejsce powrócił,

I resztę gonitw w milczeniu przesiedział,

Ani się słowem odezwał do króla,

Ani z łatwego chlubił się zwycięztwa[505].

5080

Lecz król północny, dziwiąc się téj sile,

Igrzysko zamknął, do zamku powrócił.

Czary— Tyś czarnoxiężnik[506] — rzecze do Witola. —

Dobrze! W téj sztuce i jam nie pośledni[507].

Jednak, choć młody, tyś mnie w niéj przesadził.

5085

— Nie umiém czarów, i nie znam, co czary —

Rzekł Witol. — Siła, moja tajemnica;

Taką mam, jaką Bogowie mi dali;

Anim jéj sztuką powiększył, ni zmienił. —

— Król słuchał, głową trzęsąc, i nie wierzył.

5090

— Nie chcesz mi, gościu, wydać swych tajemnic,

Dlatego czarów sztuki się zapierasz.

Jednak téj siły nikt nie ma pod słońcem,

Z taką się jednak nikt z ludzi nie rodzi.

Kto ją posiada, czarami pozyskał,

5095

Modły, ofiarą, zaklęciem uprosił.

Próżno się Witol przed królem zapierał.

On, złość swą kryjąc i gniew w serca głębi,

Choć przyjaznemi przemawiał słowami,

Zazdrośném[508] sercem źle gościowi życzył,

5100

I na miecz patrzał u boku zwieszony,

Jeszcze niedźwiedzia posoką zbroczony.

— Gościu mój! — rzecze — sto za jeden mieczów,

Stu niewolników, jeśli chcesz, w zamianę. —

— Ten miecz — rzekł Witol — pamiątka jedyna.

5105

Braci, rodziny nie mam w swoim kraju.

On bratem moim, przyjacielem, sługą,

On mi po ojcu przybranym puścizną[509].

Za twą koronę, i kraj twój, o Królu,

Miecza mojego nie oddam w zamianę. —

5110

Umilkł; a stary spójrzał nań ponuro

I wzrok pochmurny przed siebie utopił.

Kiedy za stołem usiedli i piją,

Słudzy gorące roznoszą mięsiwa,

Dworscy im w rogi białe miody leją,

5115

Gęślarze pieśni wojennemi bawią,

A stary, ślepy, odwieczne im dzieje

Przeciągłym głosem wśród pieśni powtarza.

Nagle, jak gdyby góra się zatrzęsła,

Stu koni biegiem i stu koni rżeniem

5120

W okno zamczyska bije tentent[510] wielki

I po powietrzu rżenie się rozlega.

Król klaczy swojéj poznał głos miłośny[511],

A Witol Jodzia zapalczywe rżenie.

Król, gniewem płonąc, porwał się od stoła.

5125

— Kto klacz cudowną puścił na dolinę?!

Śmierć mu! Już za nią żrebiec[512] się upędza! —

I biegł do okna, i oczyma szukał.

Pod górą zamku oba konie stały;

Już miłośnemi złączone pyskami

5130

Wzajem poznawać i cieszyć się zdały.

Klacz króla rżała do swego kochanka,

Grzywa jéj wiatrem wzniesiona latała,

Oczy płonęły, a nozdrze rozdarte

Zdało się ogniem buchać, wiać płomieniem.

5135

Pobladł król stary i przeklinał sługi,

Którzy na twarze padali w milczeniu.

Potém, nim Witol miał czas go zrozumieć,

On czarodziejskie jął czynić zaklęcia,

I, zabiegając, by olbrzymich koni

5140

Ród się na ziemi z téj pary nie mnożył,

Skinął — zpod[513] zamku runął kawał góry

I urwiskami zarzucił ich dwoje.

— A! — wrzasnął — teraz śmierć na tego sługę.

Który cudowną klacz z stajni wypuścił!

5145

Ja po niéj będę do méj śmierci płakał,

Bo jéj podobnéj nie było na świecie.

Lecz zkądże[514] sobie równego kochanka

Aszwa znalazła? Powiązać stajennych

I rzucić dzikim źwierzóm[515] na pożarcie. —

5150

Mówił; a Witol ku niemu poskoczył

Ziejący gniewem, zrospaczony[516] żalem.

— Królu! — zawołał — najdroższego skarbu,

Koniaś mnie mego pozbawił zdradliwie.

Gdybyś za niego królestwo oddawał,

5155

Niczém mi takiéj nie nagrodzisz straty! —

Król zadumiony próżno się wymawiał.

— Patrz — rzecze — na mnie; i ja równą tobie

Stratę poniosłem: klacz mi ukochaną

Razem z twym koniem własnemi rękami,

5160

Zbójca, zagrzebłem pod górą zamkową!

Biada mi! biadał — I rwał siwe włosy,

I sługi swoje odpychał od siebie.

Po ziemi tarzał z jęki[517] bolesnemi.

A Witol także, po srogiéj utracie,

5165

Po Jodziu swoim, płakał łzy[518] rzewnemi;

Ale, na boleść królewską patrzając,

Zabył[519] on swojéj, uśmierzył ją w duszy,

Podał mu rękę. — Królu! — z żalem rzecze —

Stało się! Nie czas na próżno się trapić.

5170

Obaśmy winni, obadwa skarani.

Podaj mi rękę, i przebaczmy sobie. —

Nic nie rzekł stary, lecz jęczał strapiony

I sługi swoje od siebie odpychał,

A koniuszego do wilczéj zagrody

5175

Wrzucić rozkazał.

Noc była nadeszła.

Kobiéty króla pocieszać przybiegły.

Wrzawą i płaczem szumiał zamek cały.

Witol do swojéj précz uszedł świetlicy.

5180

Po drogim koniu tęskniąc, przyjacielu;

I długo, długo siedząc u ogniska,

Wspominał o nim, próżny żal podsycał.

Tymczasem starca nie pocieszą słudzy.

Próżno piosenki młoda córka nóci[520],

5185

Bojary[521] jego łudzą go nadzieją,

Że w świat pobiegną i klacz taką drugą

Od czarodzieja zza morza dostaną.

Król wié, że drugiéj takiéj nié ma w świecie,

I ciężko wzdycha, i targa włos biały,

5190

Do snu się nawet, choć północ, nie kładzie.

A córka słowy przemawia czułemi,

I pyta ojca: co począć rozkaże,

Czém gniew ukoić, uspokoić żale?

On rzekł do córki: — A po Aszwie mojéj

5195

Żal nie ustanie póki mego życia.

Lecz byłby mniejszy, gdybym cudownego

Dostać mógł miecza od gościa mojego.

Miecz ten u boku bezustannie nosi,

I za nic oddać nie chciał go w zamianę. —

5200

— Miecz ten od niego ja, ojcze, dostanę —

Rzekła mu córka. Z siedzenia się zrywa,

Do staréj mamki czarownicy śpieszy,

Szepce z nią długo, długo się naradza,

Wraca do ojca i powtarza znowu:

5205

— Miecz ten od niego ja, ojcze, dostanę.

Jutro go rano u łoża twojego

Ujrzysz, mój ojcze! Usypiaj spokojny. —

I poszła córka; w podwórcu zamkowym

Zebrała sługi; śle ich do świetlicy,

5210

Kędy sam jeden Witol odpoczywał.

— Kto miecz cudowny od gościa dostanie.

Swoboda jemu i dziecióm na wieki,

Stu niewolników na sto gonów ziemi! —

Rzekła, i słudzy upadli na twarze.

5215

Biją im serca na obietnic tyle.

Wszyscy pobiegli do gościa świetlicy.

Witol nie usnął, jeszcze na posłaniu

Siedział i płakał na nieszczęście swoje,

Gdy drzwi széroko otwarli posłani,

5220

Wpadną na niego i więzy narzucą,

A starszy smerda, ulubieniec pani,

Miecz mu od pasa chce oderwać siłą;

Lecz pas go trzyma u Witola boku,

I, jakby przyrósł, odjąć się nie daje.

5225

Na próżno szarpią, próżno się szamocą.

Nie wziąść[522] go ręką, nie oderwać mocą.

A Witol walczy z siepaczy wszystkiemi,

I co dwóch rzuci, podepce na ziemi,

To cztérech znowu do niego przyskoczy,

5230

Targa, i wiąże, i siłą ugniata.

Miecza do ręki Witol wziąść nie może —

Ręce spętane; jeszcze spętanemi

Broni się silny, niewolników rzuca;

Aż wysilony matkę przypomina,

5235

I, wzniósłszy oczy, zawoła z rospaczą[523]:

— Ratuj mnie! Mildo! matko! ratuj syna! —

I w chwili padną na stronę siepacze.

Drzwi się rozwarły, jasna postać w bieli

Weszła, skinęła. Witol poznał matkę,

5240

I ręce do niéj wyciąga żebrzące.

— Ratuj mnie! — woła. — Zgwałcono gościnę.

Król ze mną chlebem rozłamał się białym,

Pił z jednéj czary, a zdradę uknował,

Konia mnie zbawił[524], i miecz chce cudowny

5245

Wyrwać mi gwałtem. Wśród nocy podeszli

Słudzy wysłani, więzy narzucili!

Matko! — A matka rękę mu podała.

I wstał z posłania, otrząsnąwszy łyka[525].

— Biada ci! Królu! wam — krzyknął — siepacze!

5250

Jam wolny. Idę. Lecz gdy tu powrócę,

Nie z jednym mieczem, nie sam jeden tylko! —

To mówiąc, z siebie zrywał króla dary,

Bogate suknie, jaśniejące szaty,

Wdział swoje na się, i z matką wybiega.

5255

— Matko! ty syna przeniesiesz na Litwę.

Mam w sercu zemstę, dokonać jéj muszę.

Muszę się pomścić, kraj jego zwojować.

Zabrać w niewolę jego, żony, dzieci,

I niemowlętóm nawet nie daruję,

5260

A z jego zamkiem i z krajami jego

To, co z Raudona uczynię sadybą.

O matko moja! jeśli w twojém ręku

Jest jeszcze jaka zemsta najstraszniejsza,

I téj dla syna nie odmawiaj twego! —

5265

Wówczas Bogini, litując się syna,

Którego w gniewie i żalu tuliła,

Na kraj północny przeklęctwo[526] rzuciła,

Żeby w nim, póki zemsta się nie spełni,

Iskierki nawet miłości nie było,

5270

Ani roskoszy[527] miłośnych[528] uczucia.

— Niech, jak te lody, ostygną! — wyrzekła —

Niech żadne czucie serca nie rozgrzeje!

I, póki zemście twéj dosyć nie będzie,

Niech w walkach, sporze i bez zgody żyją!

5275

Niechaj się sami szarpią, zabijają!

Mąż żonę niechaj odpycha od siebie,

A córka ojca, starych dziadów dzieci!

Niechaj, dopóki ty im nie przebaczysz,

Przeklęctwo moje cięży[529] im nad głową! —

5280

Tak mówiąc, syna uniosła od ziemi,

I polecieli nad Litwę rodzinną.

Tu Milda w puszczy, ponad Niemna brzegiem,

Syna ze swego wysadziła wozu

I skarby wielkie na wojsko mu dała.

5285

Przejęty żalem, pałający gniewem,

Witol z puszcz dzikich zaczął lud zwoływać.

Posłańcy jego poszli w cztéry strony,

Na wszystkie dziewięć pokoleń litewskich.

Zewsząd, ujęty nadzieją nagrody,

5290

Lud się naciskał tłumnie i gromadził.

Biegli, oszczepy niosąc, drzewce, łuki,

I rzadkie jeszcze żelazne oręże. —

U chaty starca Witol stanowisko

I obóz wybrał w zielonéj dolinie.

5295

Dzień za dniem coraz rosły jego siły;

Dzień za dniem z dala przybiegali ludzie

Ze stron dalekich, dziwnie uzbrojeni

W proce i groty, kamienne siekiery;.

Dzikich; dalekich, głuchych puszcz mieszkańce,

5300

Okryci skórą pobitego źwierza,

W szłykacb z łbów dziczych, niedźwiedzi i wilków,

Stali na rozkaz do boju gotowi.

Jednych nadzieja bogatego łupu,

Drugich zapłaty wielkiéj obietnica,

5305

Innych krew młoda i do boju wrząca,

Do Witolowéj napędzały zgrai.

Od swych kapłanów wziąwszy wróżbę drogi,

Biegli młodzieńcy, rodzinne ogniska

Starych rodziców, narzeczone młode

5310

Ochotném sercem wesoło żegnając,

A prędki powrót i łupy bogate

Z północnych krajów obiecując swoim.

Wkrótce na puszczy pełno ludu było.

TłumObóz daleko wyszedł za dolinę,

5315

Ciągnął się w lasy głęboko, że Witol

Wojska swojego zliczyć nie potrafił.

Kiedy ruszali z wojennemi Bogi

I wróżbitami na długą wyprawę.

Każdy wziął tylko na prawą dłoń piasku,

5320

I rzucił, kędy był obóz w dolinie.

Nim wszyscy przeszli, stanęła mogiła,

Co drzew wierzchołki głową przewyższyła.

Wiosną się z Litwy na wojnę wybrali;

Lecz zimą ledwie, przez śniegi i lody

5325

Ciągle na północ idąc, doszli góry,

Na któréj zamek był króla północy.

Omen, Obyczaje, Obrzędy, Okrucieństwo, ProroctwoNaówczas Witol kazał chwycić jeńca

I wieszczą zrobić kapłanóm ofiarę.

Złapany wieśniak stanął w wojska kole;

5330

A wejdalota piersi mu obnażył,

Potém nóż podniósł i wpośrodek serca

Uderzył; spójrzał — krew czerwoną strugą

Na dobrą wróżbę, jak woda, płynęła;

Krzyknął do wojska — radosnym odgłosem

5335

Wojsko za wróżbę Bogóm dziękowało,

Wznosząc oszczepy i łuki do góry,

Rzucając szłyki kosmate w powietrze.

Jeńca na stosie pod górą spalono.

I najpiękniejszą z kobiét tego kraju

5340

Bogóm ofiarą dać Witol ślubował.

Potém zamkową otoczyli górę.

A król północy z wysokiego gmachu

Ujrzał ogromne wojsko na dolinie,

I zląkł się bardzo, i wysłał swe posły[530],

5345

Żeby pytali, czego chcą od niego?

— Zemsty za Jodzia — Witol odpowiedział. —

Król wasz pogwałcił gościnności prawa,

I najdroższego konia mnie pozbawił.

Idę po zemstę na jego królestwo,

5350

Jego i dzieci chcę zabrać w niewolę.

Zamek rozburzyć, kraj jego spustoszyć. —

Odeszli posły[531] z straszną odpowiedzią.

Słońce krok uszło, król nowych przysyła.

Wszystkie swe skarby Witolowi daje,

5355

Córkę w zamężcie[532] z królestwem przyrzeka,

Lecz prosi, żeby nie pustoszył kraju,

Życiem go zbawił i nie mścił się więcéj.

— Nie chcę ja jego córki, ni korony,

Chcę jego głowy — Witol odpowiedział. —

5360

Głowa za głowę! a i to za mało.

Za jedną Jodzia tysiąc wziąść[533] nie wiele.

Ród zdrajców waszych chcę wyplenić z ziemi,

Aby się po nim mogiła została

I kupa kości nauką sąsiadóm[534]. —

5365

Znowu posłowie odeszli z przestrachem.

Dar, BogactwoSłońce krok uszło, znowu posły śpieszą.

Przez nich król drogie podarki wysyła:

Konie litemi kobiercami kryte,

I futra drogie, wielkie bydła stada,

5370

Sto jak śnieg białych na łowy sokołów,

Sto wozów złota i drogich kamieni,

Sto szat cudownych, gdzieś we wschodnim kraju

Duchów nie ludzi mądrą ręką tkanych.

A Witol nazad podarki odsyła

5375

Z śmiechem pogardy, zelżywemi słowy.

— Nie podarunkiem zemstę on przebłaga,

Nie złotem swojém za Jodzia zapłaci.

Głowa za głowę! i tego za mało.

Śmierć mu za zdradę, jemu i ludowi,

5380

Żeby się zły ród nie szérzył po ziemi! —

Widząc król, że już nic go nie ocali,

Bez wojska, ludu, na łasce Witola,

Posłał swą córkę na obóz zwyciężcy[535],

Żeby go łzami i prośbą błagała

5385

Albo wdziękami serce mu zmiękczyła;

Ale gdy orszak niewieści postrzegli

I starsi o nim wodzowi znać dali,

Jak gdyby łez się dziewiczych przestraszył

Lub serca swego stałości nie wierzył,

5390

Zamknął się w swoim namiocie, a posłów

Nazad do zamku odpędzić rozkazał.

Ruszyło wojsko, okrążając górę.

Kapłani z tyłu świętą pieśń nócili[536]

Do Khawy Boga wojny i zwycięztwa[537].

5395

Biją w Lietaury, a rogi i trąbyl

O strasznym boju odgłosem znać dały.

Pod górą, którą król narzucił konie,

Smok Pukis, z ciała tych źwierząt zrodzony,

Mieszkał i skarbów niezmiernych pilnował.

5400

Spał, kiedy w jego jaskinię odgłosy

Wojny znak dały. Obudził się, wyjrzał,

I widząc ludu niezliczone tłumy,

Na twardych szponach oparł się o skalę,

Skórzane skrzydła strząsnął, i z jaskini,

5405

Świszcząc, wypełznął naprzeciw Witola.

Był to jedyny téj góry obrońca:

Bo nikt się nie śmiał przeciw wojsku stawić.

A nowe posły już spiesznie ciągnęli:

Lecz, widząc smoka, zdumieni stanęli.

5410

Sam jeden Witol wystąpił na niego,

Miecz swój cudowny w prawém podniósł ręku,

Procę u pasa, łuk miał i siekierę.

Lecz nieprzyjaciel miał żądło zatrute,

I wzrok, którego wejrzeniem zabijał,

5415

Skrzydła, któremi mógł się wznieść do góry,

I do szarpania swéj pastwy pazury,

I ostre zęby, błyskające w paszczy.

Witol się jednak nie uląkł przed wrogiem,

Do Boga wojny ślub w sercu uczynił

5420

I szedł ku niemu. Smok i on stanęli,

Jasnemi oczy[538] na siebie patrzali,

I krok stąpili, znów się mierzą wzrokiem,

Straszą się tylko, ten orężem groźnym,

Tamten ostremi zęby i pazury[539].

5425

A wojsko, patrząc w milczeniu glębokiém,

Drżało z przestrachu przed walki widokiem.

Nareście[540] smok się skórzanemi skrzydły

Ku górze podniósł, paszczękę rozdziera,

I z góry lecąc, na wodza uderzył.

5430

Gotów do walki Witol, oszczep twardy

W pysk mu zabiwszy, ciął mieczem po głowie;

Ale miecz na łbie w iskry się posypał,

A w zębach pałka jak próchno się zgniotła.

Ustąpił na krok Witol, odpiął procę,

5435

Podniósł się, ręką między oczy zmierzył,

I z bukiem w głowę poczwary uderzył.

Ze świstem kamień przeszywał powietrze;

Ale, dotknąwszy ledwie smoczéj głowy,

Tocząc się, upadł bezsilny na ziemię.

5440

I smok, jak wprzódy, sunął się na niego

Sycząc straszliwie, przeraźliwym wzrokiem

Szukając oczu swego przeciwnika,

Ażeby przestrach wlać do jego duszy.

Lecz Witol wzroku smoczego unikał,

5445

I, łuk napiąwszy, w tył się cofnął jeszcze

Potém, zatrutą wypuszczając strzałę,

W samą paszczękę roztwartą ją posłał.

Znikła gdzieś w głębi wnętrzności pożarta;

Ale znać było i z oczu i z syku,

5450

Że smok już boleść uczuł, poznał wroga.

Sparty o górę Witol nie uciekał;

A kiedy Pukis rzucił się ku niemu,

On na kark jego, jak na konia, skoczył,

A w ręku pancerz łuskowy ścisnąwszy,

5455

Język i oczy na wierzch mu wysadził.

Wówczas potwora, szybując skrzydłami,

Z Witolem razem w powietrze się wzbiła,

I coraz nikła na pochmurném niebie,

Aż gdzieś za szarym obłokiem się skryła.

5460

Wojsko patrzało w ponurem milczeniu,

I dwór królewski z zamczyska poglądał,

I posły, stojąc na góry wierzchołku,

Czekali z strachem, kto na ziemię zleci?

Zwycięstwo, Trup, PotwórŚwist tylko przeszył spokojne powietrze,

5465

A potéw głuche nad wojskiem milczenie.

Wszystkich się oczy do góry zwracały,

Gdy z chmury czarna wysunęła bryła,

Pędem ku ziemi lecąc ze krwi strugą.

Smok to był, ale z paszczęką obwisłą;

5470

Skrzydła obcięte, nogi miał skurczone:

Z karku się czarna sączyła posoka:

A oczy zgasłe i z powiek wyparte,

Jak dwa owoce na drzewie, wisiały.

Na szyi jego z podniesionym mieczem

5475

Siedział zwyciężca we krwi ubroczony.

Bez szłyka, łuku, w podarłem odzieniu,

Ale sam cały, nieranny i zdrowy,

Jak gdyby jechał na koniu z wyprawy.

Upadł na ziemię wpośród wojska swego

5480

Wielkim okrzykiem radości witany;

A król północy, który z okien zamku

Patrzał na walkę, i smoka mściciela

Swą czarodziejską posiłkował mocą,

Kiedy go ujrzał zabitym i trupem,

5485

Stracił ostatnią, jedyną nadzieję.

Padł na twarz, jęcząc, i ręce załamał.

Jednym się jękiem góra odezwała;

Kobiéty, dzieci płakały z przestrachu,

I posły z góry wierzchołka z popłochem

5490

Spiesznie się nazad do zamku wrócili.

Tymczasem Witol do smoczéj jaskini

Szedł ze swoimi; a króla starszyzna

Na wielką radę zbiegła się do niego.

Jedni się poddać i błagać litości,

5495

Drudzy mu posłać radzili królewnę,

Inni skarbami wojsko kupić chcieli,

Inni go zgładzić tajemnie wnosili;

Ale gdy przyszło zabójcę wybierać,

Najśmielsi nawet na drugich składali.

5500

Tak dzień upływał. Witol skarby smocze

Pomiędzy wojsko porozdzielał swoje,

A trupa kazał zawlec do jaskini

I otwór wielkim kamieniem przywalić.

Kiedy powraca, ujrzy, aż znów z góry

5505

Sam jeden poseł, z białą laską w dłoni,

Z rozdartą szatą i okrytą głową,

Ku obozowi z wolna kroki zmierza.

Był to wieszcz stary, mędrzec tego kraju,

Który ostatni szedł słowy[541] pokoju

5510

Serca zwyciężcy jeszcze raz probować.

— Wodzu! — rzekł starzec, nachylając głowę

I bijąc czołem — czyliż serca twego

Żadna już prośba nie zmiękczy, nie dotknie?

Czyliżeś sroższy od dzikiego źwierza,

5515

Które się łzami człeka da ubłagać?

I za cóż zemstą dotykasz nas swoją?

Za cóż te wojska na nasze zniszczenie

Z dalekich krajów aż tutaj przygnałeś?

Król gdy na konia twego górę rzucił,

5520

Razem z nim zabił najdroższą klacz swoję[542],

A że był twoim, o koniu nie wiedział.

ZemstaSłudzy bez jego napadli rozkazów;

By panu swemu żalu ulżyć z serca,

Chcieli miecz dostać; lecz winni skarani:

5525

Głowy ich dawno bieleją po polu,

A członki końmi rozdarto dzikiemi,

Ciałem się spaśli sępy i sokoły.

Król nic nie winien. Za cóż zemsty z niego?

Czyż za to karać kraj cały, nas wszystkich?

5530

Czyżeś tak żalem serce twe skamienił,

Że ni głos króla, ni niewieście płacze,

Ni dary ciebie przebłagać nie mogą?

Wodzu! pokornym daj miłość uprosić:

Bo z kimże walczyć, z kim będziesz potykać?

5535

Z starcy siwemi? z kobiéty słabemi?

Z służbą zlęknioną? drżącemi kapłany?

Gdyby choć garstka wojska przy nas była,

Walczyć by można i dać ci zwycięztwo;

Lecz kiedy nié ma komu spotkać z mieczem,

5540

Jakież to będzie zwycięztwo i walka?

Chcesz mścić się? wyznacz, na kim pomsty żądasz?

I padną głowy, które ty naznaczysz;

Lecz nie burz zamku i nie niszcz nam kraju;

Starcu królowi daj życie mizerne

5545

Spokojnie skończyć: bo mu już niewiele

Bogi zapewne wyznaczyły życia.

Ty, coś i smoki i dzikie źwierzęta

Pokonał, Wodzu! czyż się skalasz teraz

Krwią słabych niewiast i bezsilnych starców?

5550

Chciéj nam przebaczyć! a i tak zwyciężysz. —

Rzekł starzec, umilkł; błagającym wzrokiem

Zdawał się strasznéj odpowiedzi czekać.

A Witol dumał na mieczu oparty,

I tak nareście[543] starcu odpowiedział:

5555

— Powiedz królowi, że upokorzony

Znalazł przede mną łaskę, przebaczenie.

Ja wojsko moje nazad poprowadzę.

On niech na przyszłość gościnności prawo

Święciéj dla drugich przychodniów zachowa.

5560

Mógłbym za konia, za skarb mój najdroższy,

Mógłbym za zdradę i sromotę moje

Całe królestwo zburzyć i spustoszyć,

I jego okuć w haniebne kajdany,

I córkę spalić na ofiarnym stosie.

5565

Lecz mu przebaczam. Nieś, starcze, odpowiedź. —

Stary wieszcz upadł twarzą przed Witolem,

Kraj szaty jego całował ze łzami,

I z odpowiedzią na zamek pośpieszył.

Cały dwór płakał w podwórcu zamkowym;

5570

I król, rozdarłszy szały, jęczał, leżąc;

Dokoła córki szlochały i żony:

Bo już od wroga nie było nadziei,

A góra, zewsząd wojskiem opasana,

Nawet ucieczki przed zemstą nie dała.

5575

Lecz przyszedł starzec z wesołą nowiną,

I radośnemi głosy góra cała,

Jakby ożyła, nagle się ozwała.

Powstał król stary i córkę uściskał;

Bogate dary jął zaraz wyprawiać:

5580

Sto wozów złota i sto srébra wozów,

Sto skór kosztownych i sto szat złocistych,

Sto wozów mieczy i zbroi bogatych,

Sto koni kazał na obóz prowadzić;

Stu niewolników szło przed temi dary,

5585

I sto niewolnic w purpurowych szatach.

Wszystko to stary król posłał zwyciężcy.

A Witol wojsku pół darów rozdzielił,

I najpiękniejszą dziéwkę na ofiarę

Na stosie spalił Bogóm nieśmiertelnym.

5590

Potém się obóz ruszył na południe;

A Witol próżno do zamku wzywany

Nie chciał przestąpić więcéj jego progów.

Nie chciał ni króla starego zobaczyć,

Ni córki jego, którą mu za żonę,

5595

Z całém swém państwem, korząc się, oddawał.

Z radośną[544] pieśnią szło wojsko do kraju.

Ale niejeden nie doszedł znużony,

I w śniegach zasnął, żegnając ze swemi,

Płacząc, że leżeć będzie w obcéj ziemi,

5600

Kędy łza żadna mogiły nie skropi,

Ani ofiara ducha nie wywoła.

Długo tak, długo szli nazad do Litwy;

A kiedy Niemen niebieski ujrzeli,

Padli na ziemię, Bogóm dziękowali,

5605

I wszyscy poszli rodziny powitać.

Lecz Witol nie miał, nie witał rodziny;

Znów jeden został, bez celu dla życia,

Bez dachu, coby przyjął go gościnny,

I sług, którzy by tęsknotę pieśniami

5610

Rozerwać mogli, czarną myśl rozproszyć.

Nad sinym Niemnem błąkał się on długo,

I zapominał o Perkuna duchu,

Który ponad nim, wyglądając chwili,

Z zemstą we szponach, krakając, wzlatywał.

5615

Śmielszy zwycięztwy[545], jakby go wyzywał,

Nie krył się więcéj, nad rodzinną rzeką

Usiadł i skinął. Na zielonéj górze

Gród z cisowego drzewa stawić każe.

Z białych kamieni mur dokoła wznosi,

5620

Puszczają wodę w przekopy Niemnową,

Biją zaborol, mostem łączą brzegi;

I, jak zażądał, stoi gród potężny,

Z pogardą patrzy na dalekie kraje,

A wały swemi zakrywa lud mnogi,

5625

Który się zbieżał na zamkowe progi.


Naówczas w Litwie był olbrzym potężny.

Alcis miał imie[546]. Kędy się urodził,

Kto mu był ojcem, i kto matką jego,

Próżne domysły; nikt o tém nie wiedział;

5630

Ale po całéj Litwie jego imie,

Groźne i straszne, z ust do ust latało.

SiłaWielu on xiążąt[547] z zamków powyrzucał,

Wielu zwyciężył, porozwalał grody,

Wojska zamachem jednym porozbijał,

5635

Statki, o skały rzuciwszy, zgruchotał,

Gdy uciśniony szedł z płaczem do niego,

Biegł, niosąc pomstę. Straszna zemsta była!

Bo on sam jeden więcéj niżli wojska,

Niż zagon wrogów, mógł spustoszyć kraju,

5640

Był to ostatni z litewskich olbrzymów,

Szczątek — dawnego zgasłego ich rodu.

On jeden jeszcze miał naddziadów siłę,

I wzrost swych ojców, dziwowisko ludu.

Gdy chodził, wielką sosną się podpierał;

5645

A brnąc przez rzeki, ledwie się zamoczył;

Głową nad puszcze litewskie przenosił;

Wielkiemi skały, wrosłemi do ziemi,

Jak dzieci piaskiem, przerzucał na dłoni.

Biada złym było, którędy przechodził!

5650

Bo zbrodnie karał, i całe krainy,

Jak straszna burza, niszczył i pustoszył.

Zawsze w podróży, szukał walk i przygód.

Nie miał ni dworu, ni rodzinnéj ziemi,

Ani zamczyska, coby go przyjęło

5655

Utrudzonego daleką podróżą.

Ciągle, jak Bogów mścicieli posłaniec,

Litewskie kraje wzdłuż i w szérz przechodził.

Raz, w długiéj drodze, smok z czarnéj jaskini,

Didalis[548], drogę zastąpił olbrzyma;

5660

Ale o skałę wysoką rozbity,

Skarby mu swoje w puściźnie[549] zostawił,

Skarby, na których od wieków wylęgły

Leżąc, czuwając, dniem, nocą pilnował.

Znalazł tam Alcis wielkie złota bryły,

5665

I stosy srébra, i góry bursztynu,

I kubły pełne najdroższych kamieni.

Wielkim więc głazem jaskinię przywalił,

I sam znów daléj szedł w Litwę wędrować.

UrodaW rok potém przybył na dwór kunigasa,

5670

I trafem córkę obaczył jedyną,

Ze wszystkich dziewic w Litwie najpiękniejszą.

Twarzy jéj samo słońce zazdrościło,

A oczy miała jak błękitne niebo,

A włosy jakby z bursztynu przędzione,

5675

A ciało jakby z najbielszego płótna

Palcami duchów na Dungusie tkane.

Próżno ją ojciec zazdrośny ukrywał.

Alcis przez okno pańskiego domostwa

SiłaUjrzał dziewicę, miłością pokochał.

5680

I ona miału siłę niezwyczajną.

Nieraz się bawiąc z dziewczęty w dolinie,

Przyszła przed stado, i wołu za rogi

Porwawszy, przez się, jak ptaszka, rzuciła.

Ale nie siłę Alcis w niéj ukochał,

5685

Tylko cudowną dziewiczą urodę,

Jasny blask oczu i wdzięk słodkiéj mowy.

W nocy on podszedł pod okna Zjedyny[550]

I widząc oczy jéj w oknie jak gwiazdy,

Takiemi słowy miłość swą objawił:

5690

— Piękna Zjedyno! ty słyszałaś o mnie.

Na Litwie jestem największym mocarzem:

Bo nikt przeciwko mnie się nie postawi,

Nikogo nié ma, coby mnie zwyciężył.

Lecz nie mam ziemi, domu, ni zamczyska.

5695

Bo wszystko moje, i gdzie chcę, wędruję.

Ja ciebie kocham! Chceszli, żebym wielkie

Twojemu ojcu dał skarby za ciebie?

Pójdziesz ty ze mną? Ja ciebie na plecach

Przenosić będę, żebyś białéj nogi

5700

Po ciężkich drogach chodem nie znużyła;

Na noc ci łóżko z wonnych ziół uścielę;

Z ogromnych dębów ognisko rozłożę;

Z białych brzóz co dzień nowy gmach wysławię.

Ty z ramion moich będziesz świat oglądać,

5705

I czasem w drodze chmurne czoło moje

Rozjaśnisz piosnką, pieszczotą, spójrzeniem.

Oświadczyny, Małżeństwo, ŚlubChceszli pójść ze mną? Chcesz, piękna Zjedyno,

Żebym cię porwał i ojcu twojemu

Wielkiemi skarby za ciebie zapłacił? —

5710

Zjedyna nic mu nie odpowiedziała,

Ale od okna przed nim nie uciekła.

Alcis zrozumiał, wziął ją na ramiona,

Poniósł daleko; i w lipowym gaju

Piérwszą miłości noc na wonném łożu,

5715

Wpośród słowików pieśni i róż woni,

Pod Alexoty opieką spędzili.

Nazajutrz ojciec stroskany rwał włosy,

Kiedy sto wozów zaszło na podwórze,

I wielkie skarby za córkę oddali,

5720

A poseł ojcu małżeństwo oznajmił.

Kunigas złotem łatwo się pocieszył.

Alcis, swą żonę wziąwszy na ramiona,

Daléj po Litwie, jak przedtem, wędrował;

Tylko gdy walkę miał stoczyć, naówczas

5725

Córkę pod ojca opieką zostawiał.

Raz, idąc kędyś przez północne kraje,

Słyszał od ludzi o najściu Witola,

O jego bitwie ze srogim niedźwiedziem,

O jego walce ze smokiem Pukisem;

5730

Potém na Litwie, u zgliszczów Raudona,

Spotkał pieśń ludu o jego zwycięztwie,

O jego zemście na krzywoprzysiężcy,

Spaleniu zamku, uwolnieniu ludzi;

Słyszał, jak wieśniak opowiadał stary

5735

Cuda o wielkiéj Witola prawicy;

I znów nad Niemnem, u Witola góry,

Ujrzał z daleka bielejący zamek;

Ujrzał, i w duszy powiedział, że jeszcze

Braknie mu w Litwie zwyciężyć Witola.

5740

Wtém Grajtas, który bezsilny czatował,

Jak Gulbi[551], który nie opuszcza człeka,

I ślad w ślad za nim, pilnując go, chodzi,

Grajtas się w starca ubogiego zmienił. »

I temi słowy jął judzić Alcisa:

5745

— O Dzidziawirze wielki! na téj górze

Widzisz ten zamek? — to zamek Witola;

Widzisz tę ziemię dokoła podbitą? —

To jego ziemia. Tu on skarbów wielkich,

Które w północnym zawojował kraju,

5750

Strzeże, i co dzień łupami przymnaża.

Nié ma na Litwie, prócz ciebie, o Panie,

Jemu równego w mądrości i sile,

Czyliż przed sobą dasz jemu przodkować?

Czyli z nim także nie zechcesz się zmierzyć? —

5755

A Alcis milczał, i sosną wstrząsając,

— Na Bogi! — krzyknął po chwili namysłu —

Trzeba go wyzwać, zwyciężyć i zabić.

Żeby nikt nie śmiał mnie z nim porównywać. —

I szedł do zamku, u wrót w róg uderzył,

5760

Aż się daleko wstrzęsły puszcz wnętrzności,

I góry z strachu zadrżały w posadach,

A wody rzeczne wstrzymały się w biegu.

Sam Witol wyszedł przeciw Dzidziawira;

A choć go Alcis przenosił postawą,

5765

Chociaż pod dachem w zamku Witolowym

Nie mógł się nawet Dzidziawir położyć,

Przecięż syn Mildy nie zatrząsł się przed nim.

— Wielki Alcisie! — rzekł, kiedy z postaci

Poznał olbrzyma — czego żądasz u mnie?

5770

Czy gościnności? — wszystko, co mam, twoje.

Czyli pomocy? — skarby ci otwarte.

Mam wojsko mnogie, oręże żelazno.

Powiedz, co żądasz, do czego mnie wzywasz? —

A Alcis dumnym odpowiedział głosem:

5775

— Chcę z tobą walczyć: bo na całéj Litwie

Jest nas dwóch równych, a jeden być musi.

Jeden drugiemu swoją sławą szkodzi.

Niech jeden będzie. Ja chcę walczyć z tobą. —

Witol mu na to: — Pozwól mi wziąć oręż.

5780

Pójdę, i oba wynijdziem na pole;

A tam nas Bogi i siły rozsądzą,

Komu pójść na śmierć, a komu pozostać. —

Olbrzym Witola okiem tylko zmierzył,

I śmiał się, wcześnie gotując zwyciężyć;

5785

Odrzucił sosnę, którą trzymał w ręku,

I bez oręża stawił się do boju.

Witol wziął procę, oszczep, miecz cudowny,

I chociaż ufał na zręczność i siłę,

Straszna Alcisa postawa, wejrzenie,

5790

Trudną i ciężką walkę zwiastowały;

Więc Bogu wojny i matce swéj Mildzie

Wylał ofiarę, nim do boju stanął.

Wyszli obadwa. Wielkie ludu tłumy

Ze stron się wszystkich zebrały przyglądać;

5795

I okoliczne wzgórza mnogą zgrają,

Jak pola kłosów niezliczoném mnóstwem,

Okryte były; a jak lasy szumią,

Tak uciszony lud, czekając walki,

Po cichu szemrał i z przestrachem gwarzył.

5800

Nigdy takiego jeszcze przeciwnika

Witol przed sobą i mieczem nie widział:

Bo łatwiéj było dzikie puszcz niedźwiedzie,

Smoka, mieszkańca jaskini głębokiéj,

Niżli olbrzyma Alcisa zwyciężyć.

5805

Z spuszczonym mieczem, łukiem tylko w dłoni,

Witol olbrzyma spotkać się gotował.

Alcis, széroko rozwarłszy ramiona,

Walka, OkrucieństwoAlcis, co grody wywracał pod nogą,

Szedł przeciwnika w objęciach zgruchotać.

5810

Lecz Witol w prawe oko z łuku zmierzył,

I trafna strzała utkwiła w źrenicy.

Oburącz Alcis za twarz się pochwycił;

A Witol, z chwili korzystając błogiéj,

Nogę mu porwał, pociągnął, powalił,

5815

I z nim się razem na ziemię wywrócił.

Oślepły Alcis szukał wroga wkoło.

On się przypełznął aż do jego głowy,

I, obie ręce kładnąc w oczu dwoje,

Jął je wydzierać, a gardło nogami

5820

Deptać obiema. Jeszcze Alcis z dziwu

Nie mógł powrócić do sił i pamięci,

Kiedy syn Mildy, już jego zwyciężca,

Na twarzy, oczach i na gardle siedział,

Cudownym mieczem dotykając szyi.

5825

— Chciałeś — rzekł — walki, więc masz ją, Alcisie!

Bogi widziały, że raczéj gościny

I dobréj z tobą żądałem przyjaźni. —

Czując miecz chłodny, olbrzym się potrząsnął;

Ale, upadkiem zgruchotawszy ciało,

5830

Oko przebite mając ostrą strzałą,

Która daleko zawisła mu w głowie,

Z bolu[552] bezwładny, za gardło ciśniony,

Nie mógł się podnieść. Próżno silną dłonią

Witola chwytał i precz chciał odrzucić.

5835

Witol się wężem do gardła uczepił

I rękę wpoił pod krwawe powieki.

— Dosyć już walki! Przebacz! Dzidziawirze!

Daruj mi życie! Przyjaciółmi bądźmy. —

Te słowa jęcząc gdy Alcis wymówił,

5840

Witol go puścił, i piérwszy, klęknąwszy,

Jął mu krew z oka i ranę obmywać.

Podniósł się Alcis; lecz wstyd od krwi gorzéj

Oblał mu dotąd nieskalane czoło;

Smutny przed Mildy synem się pochylił

5845

I rzekł: — Tyś większy, boś ty mnie zwyciężył.

Ty jesteś Bogiem, ja tylko olbrzymem. —

Tymczasem jedném Witola skinieniem

Zbiegły się tłumy, i nad Niemna brzegiem

Z ogromnych dębów szałas wysławili,

5850

Wielkie ognisko smolne rozłożyli;

A z zamku rogi przynieśli złocone,

Miody, mięsiwo i kosztowne dary.

Z ziół wyciśniętym sokiem sigonota

Olbrzyma oko na klęczkach polewał,

5855

I sto niewolnic nogi jego myło.

Alcis przyjazną dłoń do Mildy syna

Wyciągnął, ścisnął, i przyrzekł na wieki

Być z nim i za nim, nigdy przeciw niemu.

— Teraz — rzekł — tyś jest piérwszy, a jam drugi.

5860

Jam wielki ciałem i siłą, ty duszą,

Którą Bogowie odwieczni ci dali.

Nie chcę twych darów, żądam drużby twojéj. —

Grajtas z obłoku poglądal na bitwę,

Z rospaczy[553] świstał wichrami i burzą;

5865

A kiedy ujrzał, jak olbrzym upadał,

Jak gdyby upadł zwyciężony razem,

Jęknął i przed tron Perkuna powrócił.

Tam, milcząc, w myślach utonął głęboko.

— Czemuż on — dumał — silniejszy ode mnie?

5870

Silniejszy niż smok, silniejszy niż olbrzym?

Czyli mu Milda swoję[554] siłę dała?

Czy tajemnice dał Krewe Krewejto?

Lecz jam duch wieczny, a on tylko człowiek —

Czemuż i ja go nie mogę zwyciężyć?

5875

Próżno się smoczą skórą obszywałem,

Próżno niedźwiedzią szerścią[555] okrywałem.

Zawsze ze wstydem uciekłem pobity.

Czyli go Gulbi niewidzialny strzeże?

Czyli płaszcz Mildy od ciosów zasłania?

5880

Czy, choć syn człeka, a przecię jest Bogiem? —

Tak myślał Grajtas, do walki nie śpieszył,

Nie czuł sił w sobie, bo odwagę stracił.

A Alcis poszedł za morze wędrować,

I gdzieś w dalekiéj ukrył się północy,

5885

Kędy nikt jego nie wyrównał sławie

I z jego siłą nie ważył się mierzyć.


Spokojny Witol, ponad Niemna brzegiem,

W krainie matki, pędził życie błogie.

Chociaż mu tysiąc zasadzek zdradliwych

5890

Duch niewidzialny rozścielał na drodze,

Wszystkie orężem i mądrością swoją

Zwyciężał lekko; z wszystkich wyszedł cały.

Jednak choć sławę jego Łajbegelda

Széroko wszędzie rozniosła po Litwie,

5895

Choć z jego mieczem nikt nie śmiał się mierzyć,

On nieraz tęskny, w przyjaciół swych tłumie,

Niepojętego czegoś szukał wkoło;

A sam nie wiedząc, czego mu brak było,

Czuł jednak, iż mu czegoś brakowało,

5900

I myślał wówczas: — Nie skarbów ja żądam.

Mam, ile zechcę. One mnie nie cieszą.

Zgłodniałéj duszy nie nasycę złotem,

Ani zwycieztwy, ani sławą wielką.

Ni niewolników i licznych sług tłumem.

5905

Ci mi się na nic do szczęścia nie zdali.

Byłem sam jeden, i sam jeden sobie

Umiałem przecię służyć i wystarczyć.

Nie żądza sławy serce moje wzburza.

Miałem ja dosyć zwycięztwa i sławy.

5910

Nie znajdziesz w Litwie na puszczach chrominy,

Gdzie by me imie[556] już nie doleciało,

Gdzie by nie znano pieśni o Wilolu.

I czegoż żądam? czego mi brakuje? —

Sam nie pojmował, i myślał, że zrosły

5915

W wojnie i walkach, znów tęsknił za niemi.

Kiedy tak tęskni i noce bezsenne

W grodu swojego wrotach przesiaduje,

Znów matki wezwał sercem nie ustami,

I po raz trzeci ujrzał ją przed sobą.

5920

Chciał mówić — Bóstwo usta mu zawarło.

— O synu! twoję[557] wiém[558] ja tajemnicę,

Znam boleść tajną, rozumiém tęsknicę.

Tyś sam na świecie. Gorzko sercu twemu.

Za drugiém sercem wkoło się oglądasz.

5925

Znajdziesz, Witolu, znajdziesz, czego żądasz.

Ale mi smutno: bo duchy swą władzą

Długiego szczęścia kosztować nie dadzą!

Rozjaśnij czoło, nie szukaj: bo samo

Przed ciebie przyjdzie przeznaczenie twoje. —

5930

Rzekła, i szatą osłoniona białą

Zniknęła w chmurce, co na wschód leciała.

Raz, kiedy słudzy spali jeszcze, rano.

Wdział Witol wiżos[559], prostą odzież włożył,

I miecz przypasał, i łuk przypiął krzywy,

5935

I procę wartką zawiesił u pasa,

A potém wyszedł, nie wiedząc, gdzie idzie.

Jesienny ranek przed zimy uśpieniem

Lasy w rozliczne szaty ufarbował:

Tam jakby świéżą krwią polane drzewa,

5940

Ówdzie jak złote liście powiewały,

I słabe z wiatrem w powietrzu igrały;

A wpośród lasów pożółkłych i zbladłych

Gdzieniegdzie dąb się zielony podnosił,

Lub sosna czarna, jodła, co gałęźmi

5945

Płacząc ku ziemi, los żony wężowéj

I wieczne łzy jéj ludzióm przypomina;

Niżéj na krzewiach głóg błyszczał czérwony,

Dojrzałych kalin grona zrumienione,

I jarzębiny żółtawe jagody,

5950

Ponad któremi wzlatywali ptacy.

Nigdzie już kwiatu. Pożółkłe rośliny

Równo z drzewami owocem się gięły;

Dąb, suchy żołądź otrząsając z siebie,

Zrzucał na pastwę stadóm dzików głodnych;

5955

Drzewo Lazdony[560], przez chłopców odarte,

Wysmukłe laski wznosiło do góry,

Jakby opieki pod dębów konarem

I bezpieczeństwa dla siebie szukało;

Pożółkły pola; trawy pozsychały;

5960

Wody się mętne w koryta zebrały;

A wiatr, choć niebo świeciło pogodą,

Szumiał po lasach i liście otrząsał,

I źwierza z gajów wypędzał na pole.

Sam jeden Witol szedł z myślami swemi,

5965

I, nie pilnując drogi, między puszczę,

W ostęp się gęsty, kędy jesień nawet

Jeszcze nie doszła, powoli przeciskał.

Szedł długi ranek, kiedy źródło czyste

Na chwilę jego wędrówkę wstrzymało.

5970

Ujrzał doń ścieżkę wijącą się z góry,

A wpośród drzewek na górze dom biały;

Stanął; wtém piosnkę usłyszał wesołą,

Dobrze na Litwie dziewczętóm znajomą:

Hola ptaszki! hola źwierzę!

Chodźcie do mnie tu!

Mój pan dzisiaj żonę bierze —

Trzeba służyć mu.

W szaréj świcie[561] ty, kwiczole,

Siodłaj konie nam;

Bobr[562] ma kuni szłyk na czole,

Jemu wieźć nas dam;

Zając przed końmi pobieży;

Słowik śpiewak nasz;

Sroka wodzem dla tancerzy;

Wilk będzie dudarz;

Niedźwiedzia ja będę prosić,

Będzie kłóć nam drwa;

A kruk wodę musi nosić,

Bo grzbiet krzywy ma;

Jaskółka z fartuchem białym

Będzie miski myć;

A ogonem wybujałym

Wiewiórka stół trzéć;

Lis, co w futrze, jak pan, chodzi,

Może za stół wieść,

Siąść, gdzie siądą państwo młodzi,

Z jednéj miski jeść.

Hola ptaszki! hola źwierzę!

Chodźcie do mnie tu!

Mój pan dzisiaj żonę bierze —

Trzeba służyć mu.

Witol, wesołéj słuchając piosenki,

5975

Nie wiedział, czemu uczuł lżéj na sercu.

Głos ten, jak gdyby czarnoxięzką[563] władzą,

Stęsknioną duszę powoli kołysał.

Przed nim po ścieżce szła młoda Litewka[564]

Z dzbanem po wodę; za nią koni para,

5980

Z spuszczoną głową, wlokła się powoli;

I trzodka owiec, becząc, po drożynie

Za panią swoją goniła wesoło;

I kozieł[565] czarny, z brodą na piędź[566] długą,

Poważny, swoich małżonek pilnował;

5985

A krówka biała dwór wiejskiéj dziewczyny,

Z srokatym ciołkiem[567] idąca, kończyła.

Uroda, SielankaDziewczyna miała bieluchną koszulę,

Trzy sznury wielkich na szyi bursztynów;

U jéj fartucha maleńkie dzwoneczki

5990

Za każdym ruchem wesoło brzęczały;

W włosach wetkniętych kilka liści ruty

I piękne grono czerwonéj kaliny;

Warkocz, spadając, aż do stóp dosięgał,

Pozaplatany kwiatkami jesieni,

5995

Jak długa wstęga poza nią powiewał.

Kiedy Witola ujrzała, stanęła,

Chciała ociekać i do domu wrócić;

Ale syn Mildy z łagodnym uśmiechem

Strach jéj słodkiemi uspokoił słowy:

6000

— Nie bój się, dziewczę! nie jestem Ajtwaros[568]

Ani Giristis, co kobiéty straszy,

Ani Erajczyn, co czyha w ogrodzie.

Blizkiego[569] zamku ponad Niemna brzegiem

Jestem ja panem. Chodź napoić trzodę,

6005

A ja ci wody naczerpać pomogę. —

Stanęło dziewczę, nie wiedząc, co czynić.

Czy nazad wracać, czy do źródła schodzić.

Ale Witola łagodne wejrzenie

Uspokoiło jéj bojaźń dziewiczą.

6010

Zeszła, ukradkiem patrzając na niego.

A on jéj dzbanem wodę lał w koryto

I tak powoli pytania zadawał:

— Jak się nazywasz? o piękna dziewczyno! —

— Romussa[570], Panie! — Kto twoi rodzice? —

6015

— Tutaj na górze, w téj chacie, mieszkają. —

— Któż jest twój ojciec i kto twoja matka? —

— Ojciec jest strzelcem; był kiedyś żołnierzem,

Ale już teraz z dzikiemi źwierzęty,

Z sarną, zającem i wilkiem się bije. —

6020

— Tyś u nich jedna? — O! są u nas bracia.

Jeden już nawet starszy był na wojnie,

A młódszy[571] jeszcze przy rodzicach w domu.

Ojciec go na dwór jaki kunigasa

Chciałby już wysłać; lecz boi się stary,

6025

Aby pan jaki bezduszny i chciwy

Za niewolnika sobie nie przyswoił.

Wolał go jeszcze przy sobie zostawić. —

— Mogę zajść z tobą do waszego domu? —

— A czemuż? Panie! Rodzice gościnnie

6030

Każdego w domu, czém mogą, przyjmują.

Pewnieś strudzony i odpocząć zechcesz. —

I Witol poszedł, niosąc dzban dziewczyny,

Krętą drożyną do domku białego.

Stał on wpośród drzew i gęstéj leszczyny,

6035

Białemi okny do wschodu pozierał.

Za nim ogródek, w którym jesień płowa

Łodygi tylko i chwasty wyniosłe

W osieroconych grzędach zostawiła.

U progu matka córki wyglądała,

6040

A ojciec stary z synem cóś rozmawiał,

Który kamienną łupał drwa siekierą.

— Oto wam gościa przyprowadzam, matko! —

Prześcigając go, wołała Romussa. —

Rycerz to jakiś, bo ma miecz u boku,

6045

I łuk na plecach, i procę u pasa.

Znać z jego twarzy, że to pan być musi;

A mówił, że tu ma nad Niemnem zamek. —

Matka do domu pobiegła, a ojciec

Powstał, i siwą obnażywszy głowę,

6050

Gościa, dziękując za łaskę, powitał.

Weszli do chały, a Witol Kobolóm

Naprzód u proga izby się pokłonił.

I zaraz na stół podali miód biały,

Pieczone koźlę, sér i mléko świéże.

6055

Witol, dla Bogów wylawszy ofiarę,

I gospodarza z sobą jeść poprosił.

— Słyszałem, ojcze — rzekł — od waszéj córki,

Że chcecie syna oddać na dwór pański;

Ale się tylko boicie, by potém

6060

Pan w niewolnika nie chciał go obrócić? —

— Prawda to, Panie! — odpowiedział stary. —

Ma lata słuszne, niechby szedł na wojnę.

Może by z wojny bogatszy powrócił,

Przyniósłby może za co się ożenić.

6065

Ale strach teraz. Nieraz człek swobodny

Na całe życie pozostanie sługą.

Pstry dzięcioł, bardziéj pstre jest ludzkie życie[572].

Bogi nam losy złe i dobre dają;

Lecz przeciw losu nie godzi się śpieszyć

6070

I naumyślnie z nieszczęściem probować. —

— Czyliż — rzekł Witol — nie znajdziecie pana,

któremu byście powierzyli syna? —

— Jeden jest tylko. Ten siedzi spokojny,

O wojnie więcéj nie myśli podobno. —

6075

— Któż to jest?

— Witol.

— Dziękuję za słowo.

Ja to nim jestem. —

— Kto? ty jesteś? Panie! —

6080

I starzec powstał z przestrachem od stołu;

Ale go Witol za rękę powstrzymał.

— Zostań tu ze mną. Chcę pomówić z wami. —

— Ja bym śmiał? Panie! —

— Siadaj! bądź spokojny.

6085

Syna do dworu wezmę i obdarzę.

Będzie się za co miał za rok ożenić:

Bo chociaż z wojną nie idę w kraj obcy,

Umiém swym sługóm ze skarbcu[573] nagrodzić. —

To mówiąc, wstawał, chciał odejść, znów siadał;

6090

Nie wiedział, co go w téj chacie trzymało;

Lecz niespokojny, jakby czekał na co,

Chciał próg przestąpić, a coś go trzymało.

Wtém ze świronka[574], na misce drewnianéj,

Piękna Romussa wyniosła orzechy;

6095

Pod jego wzrokiem płomieniąc się cała,

Ledwie oddawszy, wnet nazad uciekła.

Pożegnał łowca[575] Witol i szedł daléj;

Stanął u źródła, stał i myślał długo:

Powoli potém na zamek powrócił.

6100

Całą noc mu się Romussa marzyła,

Całą noc widział, jak trzodę poiła,

Z misą orzechów jak biegła ku niemu,

I swój rumieniec ucieczką taiła.

Ledwie przywiodła ranek biały Anssrn,

6105

Witol od zamku znów się puszczą gonił;

Znowu u źródła, jak gdyby niechcący,

Usiadł i czekał na przyjście dziewczyny.

Chwila tak zbiegła, nic nie słychać było;

Potém się znowu ozwała piosenka:

O! sama nie wiém, co się dzieje ze mną!

W sercu mi smutno i tu oczach mi ciemno!

Piosnkę przerywam westchnieniem!

Uśmiech kończę łez strumieniem!

Powiédz, kukułko,

Powiédz, przyjaciółko,

Co to jest?

— Może źle w chacie? — kukułka mówiła —

Może cię matka za szkodę wybiła?

Może ojciec stary gdéra?

Lub brat tobą poniewiéra? —

— O, nie, kukułko,

Nie to, przyjaciółko,

Nie to jest! —

— Może ci ruta w ogródku uwiędła?

Możeś ślubnego płótna nie doprzędła?

Może twój luby na wojnie?

Tobie w sercu niespokojnie? —

— O, nie, kukułko,

Nie to, przyjaciółko,

Nie to jest! —

— Może ci nudno? — kukułka mówiła —

Może ci chata ojcowska niemiła?

I swatów wyglądasz?

I kochanka żądasz? —

— Może, kukułko,

Może, przyjaciółko,

Może to! —

6110

Kiedy ostatnie dośpiewała słowa,

Podniosła oczy, i znowu u źródła

Dumającego Witola ujrzała;

I znowu uciec i wracać myślała.

Sama nie wiedząc, jak poradzić sobie.

6115

Twarz jéj rumieńcem kaliny płonęła,

Siała, a Witol ośmielać ją zaczął.

— O! nie bójże się, Romusso! zejdź śmiało.

Ja i dziś trzodę napoić pomogę. —

Pomimo woli, w milczeniu schodziła.

6120

Nie wiedząc sama dziewczyna, co czyni.

Potém oboje napajali trzodę,

Nie śmiejąc mówić; tylko czasem wzrokiem

Ku sobie strzelą, i znów spuszczą oczy.

Tak gdy się bydło, napiwszy, wróciło,

6125

Poszła i młoda za trzodą Romussa.

Witol, jak wczoraj, nie poszedł w gościnę,

Ale milczący na zamek powrócił.

Nazajutrz on już nie poszedł do źródła,

Lecz we śnie widział znów piękną Romussę,

6130

I z jéj obrazem w głowie się obudził.

Znów więc się zerwał następnego ranka.

Wziął wiżos[576], łuk swój przez plecy przerzucił,

I, czarodziejskim urokiem ciągniony,

Biegł ścieżką w puszczę do znanego źródła,

6135

A biegąc[577], w duszy tak mówił do siebie:

— Czy Milduwniki czarownym napojem

Serce tam moje ciągną do dziewczyny?

Czy jaki urok jéj wzrok na mnie rzucił,

Żem dla niéj pokój, sny moje spokojne,

6140

I żądzę sławy nawet z duszy stracił? —

Tuk Witol myślał, biegąc ku zdrojowi,

I usiadł przy nim. Aż znowu z daleka

Piosnka dziewczyny nad krętą drożyną

Temi się słowy, dźwięcząc, odezwała:

Oj polecę ja daleko!

Bo mnie serce ciągnie ztąd[578].

Tam za górą, tam za rzeką,

Czyjeś czary duszę wleką

W nieznajomy ziemi kąt.

Oj polecę! oj porzucę!

Niechaj płacze ojciec, brat.

Ja się tutaj próżno smucę.

I weselsza tu powrócę,

Kiedy ze mną przyjdzie swat.

Chcę ja lecieć, chcę, nie mogę —

Serce ciągnie, w oczach łzy,

I już na próg stawię nogę,

I boję się sama w drogę.

O Kaunisie[579]! pomóż mi.

Ja nie pójdę. Lepiéj mego

Tu młodzieńca przyszlij[580] nam.

Próżno czekam ja na niego.

Serce wzdycha, łzy mi biegą[581],

I złe myśli o nim mam.

O Kaunisie! Mildo Pani!

Zlitujcie się moim łzóm,

Niech przyjdą swaty wysłani,

I rodzice zastrzygani

Poprowadzą w jego dóm!

6145

Pieśń kończąc, spójrzy — zlękła się dziewczyna:

Witol, u źródła siedząc zamyślony,

Czekał już na nią. Pieśń jéj w ustach kona.

Romussa bieży i w krzaki się chowa.

Na próżno Witol łagodnie jéj wołał.

6150

Ona, się kryjąc w leszczyny gałęziach,

Patrzyła, cała zrumieniona wstydem,

A wyjść nie śmiała jemu się pokazać.

Witol ją, biegąc drożyną, dogonił.

— Czegóż się lękasz? — rzekł — czego? dziewczyno!

6155

Czyli się wstydzisz śpiewanéj piosenki? —

— O! nie! mój Panie! lecz ciebie się wstydzę. —

Końcem fartucha twarz piękną zakryła,

I szła powoli, patrzając[582] zpod[583] oka.

Jak Witol za nią w ślad nazad powracał.

6160

Zeszli i trzodę u źródła poili.

— Kochasz ty kogo? — zapytał — dziewczyno! —

— Ojca, i matkę, i siostry, i braci. —

— A więcéj? —

— Więcéj? — więcéj już nikogo.

6165

— Czyli do ciebie słano kiedy w swaty? —

— Jeszcze ni razu. Jestem taka młoda!

— A chceszże, żebym przysłał ich? Romusso! —

Ona spójrzała, dzbanek się potoczył,

I nic nie mówiąc, do chaty uciekła;

6170

A trzoda, rycząc, biegła za nią śladem;

A Witol, milcząc, do domu powrócił.

Nazajutrz przez las, przez gęstą dąbrowę.

Jechali swaty do leśnika chaty,

Ale bogato przybrani i strojno,

6175

Na pięknych koniach. Za nimi szły wozy.

Wieźli dla ojca i dla przyszłéj żony

Bogate dary i piękne ubiory.

Witol ich posłał. Stanęli przed domom.

Szedł ojciec ku nim i oczóm nie wierzył.

6180

— Witol nas, Pan nasz, do ciebie przysyła,

On twoją córkę, Romussę, pokochał.

Prosi was, ojcze i matko dziewczyny,

Żebyście mu ją za żonę oddali. —

Siany rodzice słuchali, milczeli.

6185

Pobiegli bracia Romussy się pytać.

Ona się skryła gdzieś w głębi świronka,

I jedném okiem płakała po domu,

A drugiém szczęściu przyszłemu się śmiała.

— Wielkie to szczęście — ojciec odpowiedział —

6190

OświadczynyWielkie to szczęście; lecz, panowie swaty,

Może kunigas z ubogiego szydzi? —

— Nie — rzekł najstarszy smerda Witolowy. —

Na dowód chęci dary wam przysyła.

Dobrem je sercem przyjmijcie od niego.

6195

Jutro wóz zajdzie, jutro keleweże

Górkę na zamek u Niemna powiezie,

I zięć wam za nią, jak chcecie, zapłaci. —

Ojciec i matka w zadumieniu stali,

Jakby im szczęście tak wielkie się śniło.

6200

Już Witolowe swaty odjechali,

A oni jeszcze do siebie nie przyszli;

Lecz gdy zaczęto podarki wyjmować,

I drogie szaty, i sznury bursztynu,

Złote łańcuchy, i szuby bogate.

6205

Oni, jak cudze, ostrożnie wznosili,

I jak na cudze, dziwiąc się, patrzali.

Dzień przeszedł w ciągiem zdumieniu i gwarze.

Romussa ciągle w świronku płakała.

Nadeszło jutro — drużki pieśni smutne

6210

Nócić[584] jéj, czesząc długi włos, zaczęły:

O mój ojcze drogi!

Moja matko miła!

Kto będzie mył nogi,

Które córka myła?

Kto łoże uściele?

Zgotuje wieczerzę?

Córkę obcy bierze,

Wiezie za mil wiele.

O ogniu domowy!

Kto ciebie rozpali?

Swaty przyjechali

Z ślubnemi namowy.

Kury! kury moje!

Kto wam ziarna rzuci,

Kiedy wasza pani

Do was już nie wróci?

Krówko moja biała!

Kto ciebie napoi?

Ty będziesz ryczała.

Nié ma pani twojéj!

Gdy tak śpiewali, na wozie złocistym,

Strojny bogato, wjechał na podwórek

Smerda Witola, jego keleweże.

A w wozie białych czétry konie było.

6215

Ledwie woźnica utrzymał je w ręku.

Kiedy Romussę wsadziły dziewczęta,

I wóz, i konie, ruszyły z łoskotem,

Mignęły tylko i znikły wśród lasu.

Ledwie przez chwilę słychać turkot było.

6220

Po chwili wszystko dokoła ucichło.

Rodzice, stojąc na progu, płakali;

A jedno drugie cieszyło jéj losem.

Tymczasem leciał piorunem woźnica.

Już do granicy zbliżał się Witola,

6225

Ku niemu rycerz wyjechał na koniu,

W ręku miał żagiew, w drugiém kubek miodu.

Trzykroć wóz z ogniem obleciał dokoła,

Dał narzeczonéj miodu pokosztować,

I znikł z pochodnią na drodze zamkowéj.

6230

Jadą; aż wreście[585] na drogi zawrócie[586],

Gdzie las rozrzedniał, pole się rozlega,

Ujrzeli zamek, który światłem błyska,

I bucha kłęby czarnemi z dymników,

I gwarem z dala weselnym już gada;

6235

Odbity jeszcze w Niemnowéj odnodze,

Dwakroć się dziwniéj Romussie zaświecił;

I hałas dwakroć zdawał jéj się sroższy.

Aż strach jéj serce dziewicze ucisnął,

I łzy się z oczu puściły gorące,

6240

I, jakby domu i swoich żal było,

Głowę ku swojéj obróciła stronie,

Za rodzicami wzdychając Romussa.

Pod kopytami zatętnił podwórzec.

Zniknął woźnica. Dziewczynę porwali,

6245

Wiedli do pięknéj zamkowéj komnaty.

Kędy się wielkie paliło ognisko.

Swalgoni[587] w bieli, nócąc[588] pieśń weselną,

Kobiéty, starce i tłum wielki ludu,

Ściśnieni w głębi, ciekawie patrzali.

6250

Witol za stołem pokrytym obrusem

Siedział milczący. Romussę wiedziono,

I na kobierzec, na szyte wezgłowie,

Na postrzyżyny drużki posadziły.

Zdjęto ruciany wianek jéj dziewiczy,

6255

I na ramiona spłynęły warkocze,

A zpod[589] rzęs czarnych białe łzy upadły.

Drużki już smutną pieśń znowu nóciły[590]:

Biedna, biedna dziewczyno!

Gdzie jest wianek twój?

Żegnałaś się z rodziną!

Z oczu twoich łzy płyną!

Nie wrócisz już do domu!

Ni pocieszać cię komu!

Teraz tutaj dom twój!

Biedna! Lepiéj ci było

W chacie z matką żyć.

Wszystko cię porzuciło.

Co było, jak nie było.

Teraz idziesz to niewolę,

Zaczynasz ciężką dolę,

Bo z mężem będziesz żyć!

O Romusso! płacz łzami!

Jest czego łzy lać.

Za twemi rodzicami,

Swobodą, wspomnieniami,

I za braćmi drogiemi,

I za Bogi twojemi,

Mąż ci łez nie da lać!

Potém podeszli rodzice przybrani

I przez obrączkę włosów nadpalili.

6260

Składaną Bogóm ofiarę zbierali.

Miód i pieniądze na progu rzucili.

I znowu pieśni nócili. A Witol

Siedział za stołem, i na narzeczoną

Patrzał wpół smutku, wpół nadziei okiem.

6265

Wiedli ją potém około ogniska,

I, zawiązawszy oczy, od drzwi do drzwi

Chodząc, u progów zboże i pieniądze

Starzy swalgoni, śpiewając, sypali.

Potém najstarszy z weselnych kapłanów,

6270

Róg miodu wziąwszy, połączył ich ręce;

A pijąc, do nich wołał: — Niech wam Bogi

Szczęście, dostatek dadzą, i potomstwo,

I długie lata w miłości i zgodzie! —

Od izby drugiéj rozwarto podwoje.

6275

Tam na cisowym zgotowano stole

Ucztę weselną. Już starzy rodzice

Na młodą parę za stołem czekali.

Wśród pieśni tłum się do izby przeciskał.

Zasiedli młodzi; uderzono w rogi;

6280

Piszczałki, trąby z śpiewem się ozwały;

A taneczników postrojonych koło

Wesołym skokiem okrążyło stoły.

Witol, przy pięknéj usiadłszy Romussie,

Choć czoło jasne, oblicze spokojne,

6285

Chociaż miał szczęściem rozjaśnione oczy,

Wspomniał w téj chwili na zemstę Perkuna,

I mimowolnie czoło zaszło chmurą,

A oręż smutnie zabrzęczał u boku.

Grajtas się patrzał zwieszony nad gmachem,

6290

Grajtas, co zemstą i gniewem oddychał.

Szumiała daléj weselna biesiada;

Krążyły rogi; pieśń ucztę stroiła,

Jak skroń dziewczyny stroi ruty wianek:

Starzy swalgoni długie szczęścia lata

6295

Wróżyli wnukóm ich wnuków przez wieki;

A Grajtas leciał pod stopy Perkuna,

Jęknął boleśnie, aż go pan usłyszał.

— Co ci jest? duchu! —

— Spójrz, ojcze, na ziemię

6300

Spójrz, ojcze, tylko! — nie będziesz mnie pytać.

Synowi Mildy zemstę poprzysiągłeś,

Mnie z nią zesłałeś słabego na ziemię.

Twoja się zemsta o niego rozbiła,

Jak kropla wody o skalę odwieczną.

6305

Milda mu dała silę niepożytą,

Kapłani mądrość, odwagę nadludzką.

Ja go nie mogę zwyciężyć, o panie!

A on na ziemi z twéj się zemsty śmieje.

Czemuż nie spuścisz na niego piorunu?

6310

Ty grozisz tylko, a on się weseli;

Ty ducha za nim wysyłasz z swą zemstą,

On ślubowiny ponad Niemna brzegiem,

Ucztę wesołą, spokojnie obchodzi.

Wszędziem go ścigał, nigdziem nie zwyciężył.

6315

I twój posłaniec pohańbione czoło

Nieraz milczący ukrył w czarnéj chmurze.

Mamże się poddać, przyznać mu zwycięztwo?

Daszże ty, ojcze, tak mu szydzić z siebie?

Ludzie powiedzą: — Perkun się zestarzał,

6320

Nie umie nawet i pioruna rzucić. —

I lud odejdzie od twoich ołtarzy,

Innego Boga będzie sobie szukać.

Ojcze! dlaczego, przysiągłszy na zemstę,

Jednemu człeku dajesz szydzić z siebie?

6325

Tyś go swym palcem na zgubę naznaczył;

Bogi i duchy siły mu dodały —

Twój wyrok poszedł, jak dziecięce słowo,

Jak wiater, co się po wierzchołkach lasu,

Nie śmiejąc ruszyć gałęzi, kołysze.

6330

Ojcze! pozwolisz, aby ród przeklęty

Z niego na twojéj ziemi się rozmnożył?

Czy nie masz więcéj piorunu w twém ręku?

Lepszego, niż ja, twojéj zemsty posła? —

Mówił, a lice Perkuna pałało,

6335

I oczy jego, jak zarzewie krwawe,

Coraz błyszczały pod chmurną powieką;

Mówił, a ręka Boga się wznosiła

I drżała długo, aż z niéj piorun błysnął.

Warpelis łoskot po niebach roztoczył,

6340

A w błyskawicy ponad Niemna brzegiem

Zajaśniał zamek Witoia płomieniem:

Bo piorun upadł w nowożeńców parę,

I, świętym gmachy objąwszy pożarem,

Weselną ucztę w stos śmiertelny zmienił.


6345

Piorun, co upadł na Witola głowę,

Odbił się w sercu nieszczęśliwéj matki.

Ona nieszczęście uczuła z daleka,

Zadrżała, okiem powiodła przed siebie,

I, rozpuściwszy wonnéj szaty skrzydła,

6350

Leciała ponad syna swego zamek.

Płonął on, żółtym płomieniem objęty.

Dusza Witola na Jodziowym cieniu

Leciała na wschód, do ojców krainy.

Z mieczem Krewejty i głową zwieszoną.

6355

Smutny, na zgliszcza zamczyska patrzając,

Powoli mléczną odjeżdżał już drogą.

Spójrzała matka, zalała się łzami,

I szatą mglistą cień syna owiała;

Mówić nie mogąc, łkała i płakała.

6360

Tęsknota— Ty jedziesz, synu, z ojcem się połączyć.

Czemuż ja z tobą polecieć nie mogę

Do wschodniéj ziemi, ojców waszych kraju?! —

— O matko! — rzekł duch — dawniéj ku wschodowi,

Jakby ku szczęściu, poglądałem chciwie;

6365

Teraz powoli jadę, patrzę w ziemię,

Bom cóś drogiego na ziemi zostawił. —

— Żal tobie świata? nie płacz go[591], mój synu!

Żal skarbów lobie? tam ich nie potrzeba.

Żal może sławy? pójdzie ona z tobą. —

6370

— O matko! nie żal mi świata i życia,

Nie żal mi skarbów — ja ich nie kochałem,

Nie żal mi sławy — sława idzie z duchem,

Lecz żal mi młodéj narzeczonéj mojéj,

Która tam za mną srébrne łzy wylewa

6375

I w dzień wesela z popiołem się żeni;

Żal mi: bom życia nie dożył swojego,

Bo się u Niemna serce pozostało,

Co mnie w tył, nawet od ojców krainy,

Ciągnie do żony, która po mnie płacze. —

6380

Matka, słuchając mowy téj, dumała;

Potém mu rzekła: — Zaczekaj w tym gaju.

Nim się trzy razy słońce do kąpieli

Spuści, i wyjdzie obmyte i świéże,

Ja wrócę tutaj. Na Dungus polecę.

6385

Zapytam Pramżu o wyrok kamienny,

I u Perkuna może co wybłagam. —

Rzekła, uściskiem pożegnała syna,

I znów ku nieba Milda poleciała;

A cień Witola u ojca mogiły

6390

Trzy dni i nocy na Jodziu się błąkał.

Na próżno czekał i jęczał na próżno:

Bo dnia piérwszego nie wróciła matka,

I dnia drugiego nie widać jéj było,

I trzeci dzień się kłonił do wieczora,

6395

I wieczór przyszedł, zeszło z paszy bydło.

Niebo już coraz ciemniało i zachodu,

A jeszcze matki z Dungusu nie było.

Na próżno Witol wyglądał po niebie —

Nic nie mignęło, nikł nie przelatywał.

6400

Nareście[592] Aussra czwarty dzień już wiodła,

Kiedy cień biały zsunął się ku niemu

I Milda ręce otwarła do syna.

— Pramżu przeczytał odwieczne wyroki,

Na starym w Dungus wyryte kamieniu.

6405

Ty życia swego pod inną postacią

Możesz tu dożyć, nim na wschód powrócisz.

Twoja Romussa dla ciebie orlicą

Resztę żywota dopędzić wzleciała.

Ty za nią orłem polecisz, mój synu!

6410

A kiedy łowiec orlicę zastrzeli,

Albo na gnieździe od starości skona,

Ty wolny skrzydła orle tu otrząśniesz

I wrócisz wówczas do ojców krainy. —

Jeszcze mówła, już się duch Witola

6415

Orlemi skrzydły uniósł w nowe życie;

A przeciw niemu leciała orlica,

Krzykiem wesołym Witola wołając.

Spójrzała matka, ale za chmurami

Nie było widać nic, tylko z daleka

6420

Krzyk ją milośnéj pary dolatywał.


Płynęły lata szczęścia, jak godziny.

Witol z Romussą, skrzydłami białemi

Pod chmury razem wznosząc się swobodnie,

Lecieli, coraz nowe kraje, światy,

6425

Oglądać z góry.

Siedém mórz minęli,

Na siódméj ziemi na chwilę spoczęli,

I słali gniazdo na wyniosłéj skale.

Ale na obcym niemiło im brzegu.

6430

Nie ta już ziemia, którą ukochali,

I nie to sionce, które Litwie świeci.

Tęskno za puszczą obu nadniemnową.

Podnieśli skrzydła i na wschód wędrują.

Sześć mórz mijają, siódme białe morze,

6435

I brzeg znajomy, i litewską mowę

Słyszą pod sobą. Usiedli na dębie,

Skrzydła spuścili, pozwieszali głowy.

Ale niedługo i tu pozostali.

Orłu piersiami chce się próć[593] powietrze,

6440

Orzeł chce nowych krajów, nowych światów.

Wierna orlica orła nie porzuci.

I lecą jeszcze na wschód, ojców kraju

Szukać, i mogił zapomnianych dziadów,

Które nad drugiém morzem się podnoszą.

6445

A tam znów tęskno za Litwą kochaną.

To się wracają i na zachód płyną,

i posiadali nad Niemnowym brzegiem.

Tak wieki płyną, wydając się chwilą;

Lata migają, jak piorunów błyski.

6450

Oni dziś w gnieździe na litewskiéj ziemi,

Jutro daleko w cudzy kraj wędrują,

I lecą jeszcze i wracają znowu.

Aż orle pióra od słońca zbielały.

Szpony osłabły i piersi mu wyschły.

6455

I począł tęsknić za duchów krainą,

Kędy go czekał ojciec i dziadowie.

Roztoczył skrzydła, chciał lecieć — Romussa

Jękliwym głosem Witola wstrzymała.

— Dokąd? mój luby! —

6460

— Czas do ojców ziemi. —

I tęskno z Litwy, i tęskno za niemi;

Tęskno: bo cóż się po mnie pozostanie?

Gniazdo na dębie, w gruzach gród mój stary,

Pamięć zagasła i piosnka u ludu! —

6465

— I dziécię — cicho Romussa mu powié. —

Spójrzyj — to syn twój. — Roztoczyła skrzydła —

Rozbite jaje na gnieździe leżało;

W niém dziécię białe, jak w kolebce, spało.

Witol nań oczy spoglądał orlemi,

6470

I czuł, że nie tak żal mu było ziemi.

Ale na czyjąż zda dziécię opiekę?

Myślał, i siwe roztoczywszy skrzydła,

Wzbił się w powietrze, nad puszcze poleciał.

A matka siedzi i tuli piersiami

6475

Dziécię kochane, i ojca wygląda

Dzień jeden, dwa dni; głosem go przyzywa;

Strach ją przejmuje; coraz częściéj woła.

Wabi Witola; ale puszcza głucha

Szumem jéj tylko dzikim odpowiada;

6480

I nic nie słychać, nic widać nikogo.

CudSiedém dni mija, słychać tentent[594] w lesie —

Stu jeźdźców zbrojnych przez gościniec jedzie,

A stary orzeł przed niemi ich wiedzie.

Stali u drzewa i patrzą do góry.

6485

Orzeł swe gniazdo ścisnął w silne szpony

I z dzieckiem razem u stóp wodza złożył.

Spójrzeli, krzykną zdziwieni rycerze.

Śpi dziécię w gnieździe pod orłów skrzydłami.

Kunigas Witen do niego się zbliża,

6490

Patrzy na cudo, i orla siwego,

Jak Bóstwo, wita, uderzywszy czołem.

Ptak głos radośny ostatni wydaje,

Wzleciał, nie ptakiem — rycerz to na koniu

Złotemi skrzydły pędzi wschodnią drogą;

6495

Z gwiazdą na czole i gwiazdą na piersi,

Z białym na ręku sokołem, z ogary,

Na Anafielas odważny się wspina.

Za nim tuż tęskny duch orlicy leci;

Spogląda na wschód, to na dziécię swoje,

6500

To znów na niego, dzieląc się na dwoje.

Znikli. A chłopię w gnieździe się obudzi,

Z strachem pogląda na stojących ludzi,

Wyciąga ręce za matką orlicą.

Witen do piersi przytula je swojéj.

6505

— Boski dar — rzecze — radośnie przyjmuję.

Niechaj na Bogów służbę się wychowa.

W gnieździć znalezion, gniazdo da mu imie[595].

Lizdajkon[596] będziesz zwał się, orli synu!

Przypisy

[1]

Anafielas a. Anafiel (mit. litew.) — Góra Wieczności, stroma skała, na którą wspinają się dusze zmarłych, aby na szczycie poddać się sądowi i trafić do nieba lub piekła. Grzechy i bogactwa, nazbierane za życia, obciążają duszę i utrudniają jej wspinaczkę. [przypis edytorski]

[2]

Pieśń piérwsza — Pieśń pierwsza ukazała się w 1846 r., poprzedzona przez drugą (1843) i trzecią (1845). Numeracja pieśni podyktowana jest chronologią opisywanych zdarzeń: pierwsza, Witolorauda, dotyczy czasów mitycznych, druga, Mindows, rozgrywa się w XIII w., a trzecia, Witoldowe boje, w XIV i XV w. [przypis edytorski]

[3]

Pieśń piérwsza. Witolorauda — wydanie źródłowe z 1846 r. zawiera dodatkowo ilustracje, drzeworyty Wincentego Smokowskiego (1797–1876) oraz zapis nutowy muzyki Stanisława Moniuszki (1819–1872). Książka ukazała się w drukarni Józefa Zawadzkiego, prowadzonej wówczas przez jego syna Adama (1814–1875). [przypis edytorski]

[4]

prostemi słowy — dziś popr. forma N. lm: prostymi słowami. [przypis edytorski]

[5]

męztwo — dziś popr. pisownia: męstwo. [przypis edytorski]

[6]

macierzyńskiém — dziś popr. forma N. lp. przym.: macierzyńskim. [przypis edytorski]

[7]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[8]

Bogóm — dziś popr. forma C. lm: Bogom. [przypis edytorski]

[9]

klękły — dziś popr. forma: klęknęły. [przypis edytorski]

[10]

wilcy — dziś popr. forma M. lm: wilki. [przypis edytorski]

[11]

xiążęcy — dziś popr. pisownia: książęcy. [przypis edytorski]

[12]

wyśpiéwa (…) odzywa — autor zdecydował się na taki rym ze względu na ówczesną reg. wymowę wyśpiéwa, z é zbliżonym do i. [przypis edytorski]

[13]

Bogi — dziś popr. forma M. lm: Bogowie. [przypis edytorski]

[14]

ramiony sinemi — dziś popr. forma N. lm: sinymi ramionami (tj. niebieskimi odnogami rzecznymi). [przypis edytorski]

[15]

ptacy swobodni — dziś popr. forma M. lm: ptaki swobodne. [przypis edytorski]

[16]

darn (tu r.m.) — darń (r.ż.). [przypis edytorski]

[17]

Milda (mit. litew.) — bogini miłości. [przypis autorski]

[18]

Dungus (litew. Dangus) — Niebo. [przypis autorski]

[19]

Ragany (mit. litew.) — bóstwa drzew w nich ukryte. [przypis autorski]

[20]

Kaunis (mit. litew.) — bożek miłości. [przypis autorski]

[21]

karwilis (z litew.) — miesiąc kwiecień [por. litew. karvelis: jedna ze starych nazw kwietnia. Red. WL]. [przypis autorski]

[22]

Menes (z litew. Mėnulis) — xiężyc. [przypis autorski]

[23]

cierpienióm — dziś popr. forma C. lm: cierpieniom. [przypis edytorski]

[24]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[25]

miłośny — dziś popr. pisownia: miłosny. [przypis edytorski]

[26]

Prauryma (litew. Praurimė) — według XIX-wiecznego historyka T. Narbutta litewska bogini świętego ognia, jej istnienia nie potwierdzają inne źródła historyczne ani tradycja ludowa. [przypis edytorski]

[27]

Dubissa (litew. Dubysa) — rzeka w środkowej części Litwy, dopływ Niemna. [przypis edytorski]

[28]

Romnowe, częściej Romowe, litew. Romovė — miejsce kultu pogańskich Bałtów, gdzie pośrodku stał wielki dąb z wyobrażeniami trzech najważniejszych bogów; siedziba Krewe. Takich miejsc było na terenie Prus i Litwy kilka. [przypis edytorski]

[29]

Kiernów (litew. Kernavė) — miasteczko na Litwie, położone ok. 40 km na płn. zachód od Wilna, uważane za najdawniejszą stolicę Litwinów, w średniowieczu ważny ośrodek pogańskiego kultu bogów litewskich. [przypis edytorski]

[30]

suknia — tu daw.: ubranie, strój (także męski). [przypis edytorski]

[31]

ubior — dziś popr. pisownia: ubiór. [przypis edytorski]

[32]

wiżos (z litew.) — łapcie. [przypis autorski]

[33]

rudemi włosy — dziś popr. forma: rudymi włosami. [przypis edytorski]

[34]

szłyk (daw.) — czapka z futra. [przypis edytorski]

[35]

obówie — dziś popr. pisownia: obuwie. [przypis edytorski]

[36]

numa (z litew.) — chata. [przypis autorski]

[37]

kunigas (z litew.) — xiążę. [przypis autorski]

[38]

krokóm — dziś popr. forma C. lm: krokom. [przypis edytorski]

[39]

Murgowie (mit. litew.) — duchy szczęśliwe, rycerze polegli w boju. [przypis autorski]

[40]

alus (litew.) — piwo. [przypis autorski]

[41]

otrząsł — dziś popr. forma: otrząsnął. [przypis edytorski]

[42]

wązki — dziś popr. pisownia: wąski. [przypis edytorski]

[43]

Mildoroh (trad. litew.) — ołtarz Mildy. [przypis autorski]

[44]

wreście — dzię popr. pisownia: wreszcie. [przypis edytorski]

[45]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[46]

alus (litew.) — piwo. [przypis edytorski]

[47]

mieciones (z litew.) — napój z wywaru krup z miodem. [przypis autorski]

[48]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[49]

Dejwas (z litew. dievas) — bóg. [przypis autorski]

[50]

Jodsy (mit. litew.) — złe duchy. [przypis autorski]

[51]

Didalis (mit. litew.) — Smok. [przypis autorski]

[52]

niemi — dziś popr. forma N. lm: nimi. [przypis edytorski]

[53]

spójrzenie — dziś popr. pisownia: spojrzenie. [przypis edytorski]

[54]

Ragana (mit. litew.) — tu: bóstwo drzewa. [przypis edytorski]

[55]

żaltis (z litew. žaltys) — wąż. [przypis autorski]

[56]

liściami — dziś popr. forma N. lm: liśćmi. [przypis edytorski]

[57]

Pucis (mit. litew.) — wiatr łagodny. [przypis autorski]

[58]

mężóm i niewiastóm — dziś popr. forma C. lm: mężom i niewiastom. [przypis edytorski]

[59]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[60]

Litewka (daw.) — Litwinka. [przypis edytorski]

[61]

Lajma a. Laima (mit. litew.) — Słońce [Laima jest litewską boginią losu, przedstawianą w postaci kukułki lub staruszki, jej ulubionym drzewem była lipa. Red. WL]. [przypis autorski]

[62]

na swych ręku — dziś popr. forma Msc. lm: na swych rękach. [przypis edytorski]

[63]

Ragana (mit. litew.) — tu: bóstwo drzewa. [przypis edytorski]

[64]

okrywać (…) śpiewać — słowa te w ustach autora mogły uchodzić za rym ze względu na ówczesną reg. wymowę śpiéwać, z é zbliżonym do i, co nie zostało oznaczone w druku (por. formę wyśpiéwa we wstępie). [przypis edytorski]

[65]

źwierz — dziś popr. forma: zwierz, zwierzę. [przypis edytorski]

[66]

ludzióm — dziś popr. forma C. lm: ludziom. [przypis edytorski]

[67]

sercmi — dziś popr. forma N. lm: sercami. [przypis edytorski]

[68]

Aussra (mit. litew.: Aušros deivė) — Jutrzeńka. [przypis autorski]

[69]

gwiazdzisty — dziś popr. pisownia: gwiaździsty. [przypis edytorski]

[70]

ztamtąd — dziś popr. pisownia: stamtąd. [przypis edytorski]

[71]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[72]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[73]

Grajtas (z litew.) — Prędki. [przypis autorski]

[74]

krucy — dziś popr. forma: kruki. [przypis edytorski]

[75]

drzewy całemi — dziś popr. forma N. lm: całymi drzewami. [przypis edytorski]

[76]

ragotina (z litew.) — oszczep. [przypis autorski]

[77]

głównia (daw. reg.) — głownia, płonący kawałek drzewa. [przypis edytorski]

[78]

meszka — tu: niedźwiedź. [przypis autorski]

[79]

Didalis (mit. litew.) — smok. [przypis autorski]

[80]

ptacy — dziś popr. forma M. lm: ptaki. [przypis edytorski]

[81]

Kierszus (z litew.) — mściwy. [przypis autorski]

[82]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[83]

zkąd — dziś popr. forma: skąd. [przypis edytorski]

[84]

mienić — zmieniać. [przypis edytorski]

[85]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[86]

wiatróm — dziś popr. forma C. lm: wiatrom. [przypis edytorski]

[87]

przesiękły — dziś: przesiąknięty. [przypis edytorski]

[88]

blizki — dziś popr. pisownia: bliski. [przypis edytorski]

[89]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[90]

jękła — dziś popr. forma: jęknęła. [przypis edytorski]

[91]

Pragaras (mit. litew.) — Piekło. [przypis autorski]

[92]

wynijść (daw.) — wyjść. [przypis edytorski]

[93]

zbrodzień (daw.) — zbrodniarz, przestępca. [przypis edytorski]

[94]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[95]

miłośne dajnos (z litew.) — miłośne śpiewy [z lit. daina: pieśń, piosenka. Red. WL.] [przypis autorski]

[96]

błogosławieństwy i dzięki — dziś popr. forma N. lm: błogosławieństwami i dziękami (podziękowaniami). [przypis edytorski]

[97]

przed wroty — dziś popr. forma N. lm: przed wrotami. [przypis edytorski]

[98]

źwierzęta — dziś popr. forma: zwierzęta. [przypis edytorski]

[99]

wreście — dziś popr. pisownia: wreszcie. [przypis edytorski]

[100]

przecięż — dziś popr. pisownia: przecież. [przypis edytorski]

[101]

moję — daw. forma B. lp, dziś popr.: moją. [przypis edytorski]

[102]

mięszać — dziś popr. pisownia: mieszać. [przypis edytorski]

[103]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[104]

Lajma, właśc. Laima (mit. litew.) — bogini losu, wzywana w przełomowych chwilach, takich jak ślub, poród i śmierć. Przedstawiano ją w postaci staruszki, a czasem kukułki, jej ulubionym drzewem była lipa. [przypis edytorski]

[105]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[106]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[107]

dobyć się — dostać się, wtargnąć. [przypis edytorski]

[108]

jest napisano — dziś popr.: jest napisane. [przypis edytorski]

[109]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[110]

Jest napisano na odwiecznym głazie, że go i Perkun nawet nie zwycięży, aż on wprzód wszystkich na ziemi połamie, i imie swoje na świat cały wsławi. — napis na głazie przeznaczenia stanowi, że Perkun będzie mógł zwyciężyć syna Mildy dopiero wtedy, kiedy ten pokona wszystkich nieprzyjaciół na ziemi. [przypis edytorski]

[111]

Bogini morza kochała rybaka — w mit. litew. Jurata (Jūratė, od litew. jūra: morze), bogini Bałtyku, zakochała się w rybaku, za co Perkun zniszczył jej bursztynowy pałac i pozbawił ją władzy. [przypis edytorski]

[112]

Lajma, właśc. Laima (mit. litew.) — bogini losu, wzywana w przełomowych chwilach, takich jak ślub, poród i śmierć. Przedstawiano ją w postaci staruszki, a czasem kukułki, jej ulubionym drzewem była lipa. [przypis edytorski]

[113]

płókać — dziś popr. pisownia: płukać. [przypis edytorski]

[114]

rybóm — dziś popr. forma C. lm: rybom. [przypis edytorski]

[115]

źwierzętóm — dziś popr. pisownia: zwierzętom. [przypis edytorski]

[116]

Kaunis (mit. litew.) — bożek miłości. [przypis edytorski]

[117]

xiążę — dziś popr. pisownia: książę. [przypis edytorski]

[118]

lingussoni (trad. litew.) — kapłani pogrzebowi. [przypis autorski]

[119]

z kapłany — dziś popr. forma N. lm: z kapłanami. [przypis edytorski]

[120]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[121]

czyli (tu daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

[122]

Jodsy (mit. litew.) — złe duchy. [przypis edytorski]

[123]

alus (litew.) — piwo. [przypis edytorski]

[124]

Kunkietojowie (mit. litew.) — cienie rycerzy. [przypis autorski]

[125]

alus (litew.) — piwo. [przypis edytorski]

[126]

Murgowie (mit. litew.) — duchy szczęśliwe [niżej autor daje objaśnienie: rycerze polegli w boju; Red. WL]. [przypis autorski]

[127]

Anafiel (mit. litew.) — Góra wieczności. [przypis autorski]

[128]

Wiżun (mit. litew.) — smok pilnujący góry Anafielas. [przypis autorski]

[129]

przytomny (tu daw.) — obecny. [przypis edytorski]

[130]

żonóm — dziś popr. forma C. lm: żonom. [przypis edytorski]

[131]

zmięszać — dziś popr. pisownia: zmieszać. [przypis edytorski]

[132]

troisty — potrójny. [przypis edytorski]

[133]

tilusson (z litew.) — kapłan pogrzebowy. [przypis edytorski]

[134]

Kabirowie (mit. litew.) — duchy podziemne. [Kabiróm — dziś popr. forma C. lm: Kabirom. Red. WL]. [przypis autorski]

[135]

Brekszta (mit. litew.) — bogini snów. [przypis autorski]

[136]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[137]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[138]

twoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: twoją. [przypis edytorski]

[139]

Staubunów las (mit. litew.) — Smoków las. [przypis autorski]

[140]

Budintoj (mit. litew.) — bóstwo czuwania, opieki, straży. [przypis autorski]

[141]

w głębią — dziś popr. forma B. lp. wyrazu głębia: w głębię. Obecnie raczej użyłoby się sformułowania w głąb lub w głębinę. [przypis edytorski]

[142]

numa (z litew.) — chata. [przypis autorski]

[143]

święty żaltis (z litew. žaltys) — wąż święty. [przypis autorski]

[144]

słonić — dziś: osłaniać, chronić. [przypis edytorski]

[145]

rówienny — rówieśnik, równolatek. [przypis edytorski]

[146]

męzkiéj — dziś popr. pisownia: męskiej. [przypis edytorski]

[147]

zkąd — dziś popr. forma: skąd. [przypis edytorski]

[148]

lesny — dziś popr. pisownia: leśny. [przypis edytorski]

[149]

dziéckiem — tu: będąc dzieckiem; w dzieciństwie. [przypis edytorski]

[150]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[151]

spomnieć — wspomnieć, przypomnieć sobie, pomyśleć o czymś. [przypis edytorski]

[152]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[153]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[154]

tańcerz — dziś popr. pisownia: tancerz. [przypis edytorski]

[155]

powiedzie (…) przodzie — autor zdecydował się na taki rym, zatem prawdopodobnie wymawiał: na przedzie. [przypis edytorski]

[156]

Lajma, właśc. Laima (mit. litew.) — bogini losu, wzywana w przełomowych chwilach, takich jak ślub, poród i śmierć. Przedstawiano ją w postaci staruszki, a czasem kukułki, jej ulubionym drzewem była lipa. [przypis edytorski]

[157]

radośny — dziś popr. pisownia: radosny. [przypis edytorski]

[158]

jutrzeńka — dziś popr. pisownia: jutrzenka. [przypis edytorski]

[159]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[160]

druzgota — dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: druzgocze a. druzgoce. [przypis edytorski]

[161]

Dejwas (z litew. deivė: bogini) — Boginie. [przypis autorski]

[162]

Egłe (litew. Eglė) — jodła [właśc.: świerk. Red. WL]. [przypis autorski]

[163]

wynijść (daw.) — wyjść. [przypis edytorski]

[164]

uśmiecha (…) z cicha — autor zdecydował się na taki rym prawdopodobnie ze względu na ówczesną reg. wymowę uśmiécha, z é zbliżonym do i, co nie zostało oznaczone w druku. [przypis edytorski]

[165]

sioło — wieś. [przypis edytorski]

[166]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[167]

rospacz — dziś popr. pisownia: rozpacz. [przypis edytorski]

[168]

gieguze (z litew. gegutė) — kukułka. [W mit. litew. kukułka była ulubionym ptakiem Laimy, bogini losu, znała przeznaczenie i potrafiła je przepowiedzieć. Red. WL]. [przypis autorski]

[169]

rodzicóm — dziś popr. forma C. lm: rodzicom. [przypis edytorski]

[170]

ług — tu: łąka. [przypis edytorski]

[171]

zapławić — zalać. [przypis edytorski]

[172]

statek — tu: dostatek, dobytek, tj. zwierzęta hodowlane. [przypis edytorski]

[173]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[174]

blizki — dziś popr. pisownia: bliski. [przypis edytorski]

[175]

roskoszny — dziś popr. pisownia: rozkoszny. [przypis edytorski]

[176]

wreście — dziś popr. pisownia: wreszcie. [przypis edytorski]

[177]

Krugis z Budrajcami (mit. litew.) — bóstwa kowali, główne i posługacze. [przypis autorski]

[178]

Wszystkiem cebry ponurzył — wszystkie wiaderka potopiłem. [przypis edytorski]

[179]

łuczyna — pochodnia, płonący kawałek drzewa służący do oświetlania. [przypis edytorski]

[180]

młódszy — dziś popr. pisownia: młodszy. [przypis edytorski]

[181]

Stała jodłą wężowa — żona węża stała się jodłą. [przypis edytorski]

[182]

Bogi — dziś popr. forma M. lm: Bogowie. [przypis edytorski]

[183]

wiatróm — dziś popr. forma C. lm: wiatrom. [przypis edytorski]

[184]

młódszy — dziś popr. pisownia: młodszy. [przypis edytorski]

[185]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[186]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[187]

Swieczpauksztynis (mit. litewska) — bożek opiekujący się ptakami. [przypis edytorski]

[188]

Brekszta (mit. litew.) — bogini nocy i ciemności. [przypis edytorski]

[189]

Budintoj (mit. litew.) — bóstwo czuwania, opieki, straży. [przypis edytorski]

[190]

bóstwóm — dziś popr. forma C. lm: bóstwom. [przypis edytorski]

[191]

lesny — dziś popr. pisownia: leśny. [przypis edytorski]

[192]

modlić się bóstwom — dziś popr.: modlić się do bóstw. [przypis edytorski]

[193]

Ragana (mit. litew.) — tu: bóstwo drzewa. [przypis edytorski]

[194]

Miedziojna (litew. Medeina) — bogini lasów. [przypis edytorski]

[195]

Jodsy (mit. litew.) — złe duchy. [przypis edytorski]

[196]

łowiec — łowca, myśliwy. [przypis edytorski]

[197]

wiżos (z litew.) — łapcie, buty plecione z łyka lub skóry. [przypis edytorski]

[198]

męzki — dziś popr. pisownia: męski. [przypis edytorski]

[199]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[200]

z konary gęstemi — dziś popr. forma N. lm: z gęstymi konarami. [przypis edytorski]

[201]

gniazdy — dziś popr. forma N. lm: gniazdami. [przypis edytorski]

[202]

Lazdony dziedzina — zarośla leszczynowe; Lazdona była bóstwem opiekuńczym tego drzewa. [przypis edytorski]

[203]

gęstemi sploty — dziś popr. forma N. lm: gęstymi splotami. [przypis edytorski]

[204]

Lajma, właśc. Laima (mit. litew.) — bogini losu, wzywana w przełomowych chwilach, takich jak ślub, poród i śmierć. Przedstawiano ją w postaci staruszki, a czasem kukułki, jej ulubionym drzewem była lipa. [przypis edytorski]

[205]

sigonota — zielarz. [przypis edytorski]

[206]

gieguze (z litew. gegutė) — kukułka. W mit. litew. kukułka była ulubionym ptakiem Laimy, bogini losu, znała przeznaczenie i potrafiła je przepowiedzieć. [przypis edytorski]

[207]

łom — tu: obszar leśny z dużą ilością wiatrołomów, poprzewracanych drzew. [przypis edytorski]

[208]

liszka (tu daw.) — lis. [przypis edytorski]

[209]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[210]

ostróżny — dziś popr. pisownia: ostrożny. [przypis edytorski]

[211]

zwycięztwo — dziś popr. pisownia: zwycięstwo. [przypis edytorski]

[212]

meszka — tu: niedźwiedź. [przypis autorski]

[213]

zkąd — dziś popr. forma: skąd. [przypis edytorski]

[214]

dójrzeć — dziś popr. pisownia: dojrzeć. [przypis edytorski]

[215]

chrósty — dziś popr. pisownia: chrusty. [przypis edytorski]

[216]

wreście — dziś popr. pisownia: wreszcie. [przypis edytorski]

[217]

myśliwcóm — dziś popr. forma C. lm: myśliwcom. [przypis edytorski]

[218]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[219]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[220]

staje — daw. jednostka długości, licząca w różnych czasach i regionach od 100 do 1000 m. [przypis edytorski]

[221]

Ragana (mit. litew.) — tu: bóstwo drzewa. [przypis edytorski]

[222]

dziupel (daw. reg.) — dziupla. [przypis edytorski]

[223]

zśród — dziś: spośród, spomiędzy. [przypis edytorski]

[224]

szyderski — dziś: szyderczy. [przypis edytorski]

[225]

gieguze (z litew. gegutė) — kukułka. W mit. litew. kukułka była ulubionym ptakiem Laimy, bogini losu, znała przeznaczenie i potrafiła je przepowiedzieć. [przypis edytorski]

[226]

pastwa (daw.) — ofiara. [przypis edytorski]

[227]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[228]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[229]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[230]

ócz — dziś popr. forma D. lm: oczu. [przypis edytorski]

[231]

potwora (daw.) — potwór. [przypis edytorski]

[232]

Lazdona — bóstwo opiekuńcze leszczyn. [przypis edytorski]

[233]

Ragana (mit. litew.) — tu: bóstwo drzewa. [przypis edytorski]

[234]

Miedziojna (litew. Medeina) — bogini lasów. [przypis edytorski]

[235]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[236]

upragniony — tu: spragniony. [przypis edytorski]

[237]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[238]

Saule (z litew. Saulė) — Słońce. [przypis autorski]

[239]

Wakarinne (z litew. Vakarinė) — Gwiazda wieczorna. [przypis autorski]

[240]

zmięszany — dziś popr. pisownia: zmieszany. [przypis edytorski]

[241]

xiążę — dziś popr. pisownia: książę. [przypis edytorski]

[242]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[243]

zmięszany — dziś popr. pisownia: zmieszany. [przypis edytorski]

[244]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[245]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[246]

blizki — dziś popr. pisownia: bliski. [przypis edytorski]

[247]

oczóm — dziś popr. forma C. lm: oczom. [przypis edytorski]

[248]

Bogi — dziś popr. forma M. lm: Bogowie. [przypis edytorski]

[249]

druzgota — dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: druzgocze a. druzgoce. [przypis edytorski]

[250]

wreście — dziś popr. pisownia: wreszcie. [przypis edytorski]

[251]

jutrzeńka — dziś popr. pisownia: jutrzenka. [przypis edytorski]

[252]

źwierzę — prawdopodobnie powinno być w lm: źwierze (tj. jak zwierzęta). [przypis edytorski]

[253]

młódszy — dziś popr. pisownia: młodszy. [przypis edytorski]

[254]

sosny staremi i lipy — dziś popr. forma N. lm: starymi sosnami i lipami. [przypis edytorski]

[255]

Bogi skarały — dziś popr. forma: Bogowie skarali (ukarali). [przypis edytorski]

[256]

w synie — dziś popr. forma Msc. lp: w synu. [przypis edytorski]

[257]

Wanda i Wieja (litew. Vanduo, Vėjas) — woda i wiatr. [przypis autorski]

[258]

Linxmina (mit. litew.) — tęcza. [przypis autorski]

[259]

wolą — dziś popr. forma B. lp: wolę. [przypis edytorski]

[260]

olbrzymóm — dziś popr. forma C. lm: olbrzymom; morze było w kolano olbrzymóm — morze sięgało olbrzymom do kolan. [przypis edytorski]

[261]

morze białe (trad. litew.) — tu: Bałtyk. [przypis autorski]

[262]

kunigas (z litew.) — xiążę. [przypis autorski]

[263]

z dziewczęty — dziś popr. forma N. lm: z dziewczętami. [przypis edytorski]

[264]

obówie — dziś popr. pisownia: obuwie. [przypis edytorski]

[265]

obówie — dziś popr. pisownia: obuwie. [przypis edytorski]

[266]

nendry (z litew. nendrė) — trzciny. [przypis autorski]

[267]

królewnéj — dziś popr. forma D. lp: królewny. [przypis edytorski]

[268]

czyli (tu daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

[269]

kiemas (litew. kaimas) — wieś. [przypis autorski]

[270]

lajwas (litew. laivas) — łódź, statek. [przypis autorski]

[271]

zwycięztwo — dziś popr. pisownia: zwycięstwo. [przypis edytorski]

[272]

Khawa (mit. litew.) — bóg wojny. [przypis autorski]

[273]

z bydlęty — dziś popr. forma N. lm: z bydlętami. [przypis edytorski]

[274]

nowina — tu: ziemia świeżo wykarczowana, uprawiana po raz piérwszy. [przypis edytorski]

[275]

tłómaczyć — dziś popr. pisownia: tłumaczyć. [przypis edytorski]

[276]

nad wszystkie Bogi — dziś popr. forma B. lm: nad wszyskich Bogów. [przypis edytorski]

[277]

strzeżąc — dziś popr. forma: strzegąc. [przypis edytorski]

[278]

mrówisko — dziś popr. pisownia: mrowisko. [przypis edytorski]

[279]

Lecz Pramżu kiedy uderzy o ziemię (…) drży ziemia z strachu i trzęsie się cała — trzęsienie ziemi. [przypis autorski]

[280]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[281]

karwilis (z litew.) — miesiąc gołębi, maj [wyżej autor podaje, że karwilis to kwiecień. W języku litewskim karvelis to jedna ze starych nazw kwietnia. Red. WL]. [przypis autorski]

[282]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[283]

dójrzały — dziś popr. pisownia: dojrzały. [przypis edytorski]

[284]

mieszkańce — dziś popr. forma M. lm: mieszkańcy. [przypis edytorski]

[285]

Pergrubie (mit. litew.) — bogini wiosny, kwiatów [Pergrubrijus a. Pergrubius był też męskim bóstwem wiosny. Na jego cześć 22 marca składano ofiary ze zwierząt. Red. WL]. [przypis autorski]

[286]

Swajstyx, dziś Sveistiks, litew. Svaikstikas (mit. litew.) — bóg gwiazd. [przypis edytorski]

[287]

Pilwite (mit. litew.) — bóstwo dostatku, bogactwa. [przypis autorski]

[288]

kiemas a. kiem (litew. kaimas) — wieś. [przypis autorski]

[289]

biegąc — dziś popr. forma: biegnąc. [przypis edytorski]

[290]

Lelus (mit. litew.) — Słońce. [przypis autorski]

[291]

Sutinkaj (trad. litew.) — pierwszego dnia roku nazwanie. [przypis autorski]

[292]

zeszle — dziś popr. forma: ześle. [przypis edytorski]

[293]

Goniglis (mit. litew.) — bóstwo pastusze. [przypis autorski]

[294]

Lelus (mit. litew.) — Słońce. [przypis autorski]

[295]

biegając chłopięciem — biegając, kiedy byłem małym chłopcem. [przypis edytorski]

[296]

Bogi — dziś popr. forma M. lm: Bogowie. [przypis edytorski]

[297]

przeklęctwo — dziś: przekleństwo. [przypis edytorski]

[298]

ciężący — dziś popr. forma: ciążący. [przypis edytorski]

[299]

wurszajt (trad. litew.) — kapłan wiejski. [przypis autorski]

[300]

zpośrodka — spomiędzy, spośród. [przypis edytorski]

[301]

duchóm — dziś popr. forma C. lm: duchom. [przypis edytorski]

[302]

Lejlas (z litew.) — motyl. [przypis autorski]

[303]

bałwan — tu: bożek, kukła a. rzeźba przedstawiająca bóstwo. [przypis edytorski]

[304]

Bogi — dziś popr. forma M. lm: Bogowie. [przypis edytorski]

[305]

rozbiegą — dziś popr. forma: rozbiegną. [przypis edytorski]

[306]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[307]

Wakarinne (z litew. Vakarinė) — Gwiazda wieczorna. [przypis edytorski]

[308]

Gulbi (mit. litew.) — stróż [duch opiekuńczy; Red. WL]. [przypis autorski]

[309]

Udegita (z litew. uodega: ogon) — kometa. [przypis autorski]

[310]

tańcerzóm — dziś popr. forma C. lm: tancerzom. [przypis edytorski]

[311]

Lajma, właśc. Laima (mit. litew.) — bogini losu, wzywana w przełomowych chwilach, takich jak ślub, poród i śmierć. Przedstawiano ją w postaci staruszki, a czasem kukułki, jej ulubionym drzewem była lipa. [przypis edytorski]

[312]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[313]

moję — daw. forma B. lp, dziś popr.: moją. [przypis edytorski]

[314]

z ojcy naszemi — dziś popr. forma N. lm: z naszymi ojcami. [przypis edytorski]

[315]

puścizna (daw.) — spadek, dziedzictwo, spuścizna. [przypis edytorski]

[316]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[317]

zmięszany — dziś popr. pisownia: zmieszany. [przypis edytorski]

[318]

układli — dziś popr. forma: ułożyli. [przypis edytorski]

[319]

wschody (daw.) — dziś: schody. [przypis edytorski]

[320]

blizki — dziś popr. pisownia: bliski. [przypis edytorski]

[321]

z miłośnemi leki — dziś popr. forma: z miłosnymi lekami; tj. z ziołami wywołującymi miłość. [przypis edytorski]

[322]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[323]

ramie — dziś popr. forma: ramię. [przypis edytorski]

[324]

sioła szerocéj pustują — szerzej (tj. na coraz większym obszarze) pustoszeją wsi. [przypis edytorski]

[325]

numa (z litew.) — chata. [przypis edytorski]

[326]

czerwonemi oczy — dziś popr. forma: czerwonymi oczami. [przypis edytorski]

[327]

Pilwite (mit. litew.) — bóstwo dostatku, bogactwa. [przypis edytorski]

[328]

przez poły (daw.) — w połowie, do połowy. [przypis edytorski]

[329]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[330]

wiater (reg.) — dziś popr.: wiatr. [przypis edytorski]

[331]

Bodziawołos — zegar. [przypis autorski]

[332]

wałunda (z litew.) — chwila, pewny rozmiar czasu. [przypis autorski]

[333]

Nim Bodziawołos Wałundę dosypał — zegar Bodziawołos był zatem zegarem piaskowym, klepsydrą. [przypis edytorski]

[334]

głównia (daw., reg.) — głownia, płonący kawałek drzewa. [przypis edytorski]

[335]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[336]

Bóg podróżnych (mit. litew.) — Kielo Dewas. [przypis autorski]

[337]

pomięszany — dziś popr. pisownia: pomieszany. [przypis edytorski]

[338]

zieloném darniem (daw. reg.) — w dzisiejszej polszczyźnie wyraz darń jest r.ż., więc popr. forma: zieloną darnią. [przypis edytorski]

[339]

strumień święty, nad którego brzegiem choroby starte na szmatach wisiały — opis wierzeń: wytarcie się skrawkiem materiału i pozostawienie go nad wodą uważaną za leczniczą miało uwolnić człowieka od choroby. [przypis edytorski]

[340]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[341]

obówie — dziś popr. pisownia: obuwie. [przypis edytorski]

[342]

zpode — dziś popr. pisownia: spode. [przypis edytorski]

[343]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[344]

Kielo Dewas (mit. litew.) — bóg podróżnych. [przypis edytorski]

[345]

dopomódz — dziś popr. forma bezokol.: dopomóc. [przypis edytorski]

[346]

xiążęcy — dziś popr. pisownia: książęcy. [przypis edytorski]

[347]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[348]

zkądże — dziś popr. forma: skądże. [przypis edytorski]

[349]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[350]

bawić się (tu daw.) — zatrzymywać się w jakimś miejscu, przebywać. [przypis edytorski]

[351]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[352]

wróżbit — dziś popr.: wróżbita. [przypis edytorski]

[353]

Maras (z litew.) — Mór [tj. zaraza. Red. WL]. [przypis autorski]

[354]

numa (z litew.) — chata. [przypis autorski]

[355]

dziob (daw. reg.) — dziś popr. pisownia: dziób. [przypis edytorski]

[356]

wązki — dziś popr. pisownia: wąski. [przypis edytorski]

[357]

gwiazdzisty — dziś popr. pisownia: gwiaździsty. [przypis edytorski]

[358]

zpoza — dziś popr. pisownia: spoza. [przypis edytorski]

[359]

ptacy (…) krakali (daw.) — dziś popr. forma: ptaki krakały. [przypis edytorski]

[360]

nieznanemi głosy — dziś popr. forma N. lm: nieznanymi głosami. [przypis edytorski]

[361]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[362]

Peleda (z litew. pelėda) — sowa. [przypis autorski]

[363]

Aussra (mit. litew.: Aušros deivė) — Jutrzenka. [przypis edytorski]

[364]

małemi krzaki — dziś popr. forma N. lm: małymi krzakami. [przypis edytorski]

[365]

wiet (z litew.) — dymnik. [przypis autorski]

[366]

numa (z litew.) — chata. [przypis edytorski]

[367]

wiśniowemi drzewy — dziś popr. forma N. lm: wiśniowymi drzewami. [przypis edytorski]

[368]

Kirnis (mit. litew.) — bożek, stróż drzew wiśniowych. [przypis autorski]

[369]

jutrzeńka — dziś popr. pisownia: jutrzenka. [przypis edytorski]

[370]

pastusi — dziś popr. forma M. lm: pastuchy (częściej: pasterze). [przypis edytorski]

[371]

Goniglis (mit. litew.) — bożek pastuchów. [przypis autorski]

[372]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[373]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[374]

wiele — tu: ile. [przypis edytorski]

[375]

Giwojte (mit. litew.) — gady święte. [przypis autorski]

[376]

Raupuże (z litew. rupūžė) — Ropucha. [przypis autorski]

[377]

za nadrą — za pazuchą, w zanadrzu. [przypis edytorski]

[378]

szerść — sierść; tu zapewne: paski krowiej skóry, którymi obszyto brzeg ubrania. [przypis edytorski]

[379]

ludzióm — dziś popr. forma C. lm: ludziom. [przypis edytorski]

[380]

poblizki — dziś popr. pisownia: pobliski. [przypis edytorski]

[381]

Pirszle i Pirszlis (trad. litew.) — swaty. [przypis autorski]

[382]

kunigas (z litew.) — xiążę. [przypis autorski]

[383]

z oszczepy — dziś popr. forma N. lm: z oszczepami. [przypis edytorski]

[384]

keleweże (trad. litew.) — woźnica wojenny. [przypis autorski]

[385]

łzóm — dziś popr. forma C. lm: łzom. [przypis edytorski]

[386]

biedz — dziś popr. forma bezokol.: biec. [przypis edytorski]

[387]

strzedz — dziś popr. forma bezokol.: strzec. [przypis edytorski]

[388]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[389]

zśliznąć — dziś popr.: ześliznąć. [przypis edytorski]

[390]

Mergu Wakars (trad. litew.) — Dziewic wieczór. [przypis autorski]

[391]

swalgon (trad. litew.) — kapłan weselnych obrzędów. [przypis autorski]

[392]

wejdalotóm — dziś popr. forma C. lm: wejdalotom. [przypis edytorski]

[393]

Giwojte (mit. litew.) — święte gady. [przypis edytorski]

[394]

nizko — dziś popr. pisownia: nisko. [przypis edytorski]

[395]

odgłosum nie słyszał — nie słyszałem odgłosu. [przypis edytorski]

[396]

wiżos (z litew.) — łapcie, buty plecione z łyka lub skóry. [przypis edytorski]

[397]

nowina — tu: ziemia świeżo wykarczowana, uprawiana po raz piérwszy. [przypis edytorski]

[398]

darn (tu r.m.) — darń (r.ż.). [przypis edytorski]

[399]

wązki — dziś popr. pisownia: wąski. [przypis edytorski]

[400]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[401]

noż — dziś popr. pisownia: nóż. [przypis edytorski]

[402]

bajoras i smerdy — dworzanie księcia, wasale. [przypis edytorski]

[403]

lózny — tak w tekście źródłowym; dziś popr. pisownia: luźny (tu określenie sługi nie pełniącego żadnej wyznaczonej funkcji). [przypis edytorski]

[404]

zkądże — dziś popr. forma: skądże. [przypis edytorski]

[405]

zbadywać — dziś: badać, wypytywać. [przypis edytorski]

[406]

Kielo Dewas (mit. litew.) — bóg podróżnych. [przypis edytorski]

[407]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[408]

zkądżeś — dziś popr. forma: skądżeś. [przypis edytorski]

[409]

słonić — dziś: osłaniać, chronić. [przypis edytorski]

[410]

Piérwszym cię słowy złemi nie znieważył (daw.) — nie znieważyłem cię jako pierwszy złymi słowami. [przypis edytorski]

[411]

twoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: twoją. [przypis edytorski]

[412]

Kad man Perkunas sumusztu (z litew.) — Bodaj mnie Perkun zabił. [przypis autorski]

[413]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[414]

Bogi — dziś popr. forma M. lm: Bogowie. [przypis edytorski]

[415]

albożem przysiągł — tu: czyżbym przysiągł; przecież nie przysięgałem. [przypis edytorski]

[416]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[417]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[418]

znam, co ci kosztują — wiem, ile są dla ciebie warte. [przypis edytorski]

[419]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[420]

zmięszany — dziś popr. pisownia: zmieszany. [przypis edytorski]

[421]

xiążę — dziś popr. pisownia: książę. [przypis edytorski]

[422]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[423]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[424]

milczącemi usty — dziś popr. forma N. lm: milczącymi ustami. [przypis edytorski]

[425]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[426]

otrząść — dziś popr.: otrząsnąć. [przypis edytorski]

[427]

smerda — wasal, dworzanin. [przypis edytorski]

[428]

gajdis (z litew. gaidys) — kur [kogut]. [przypis autorski]

[429]

wiżos (z litew.) — łapcie, buty plecione z łyka lub skóry. [przypis edytorski]

[430]

zbójcóm — dziś popr. forma C. lm: zbójcom. [przypis edytorski]

[431]

xiążę — dziś popr. pisownia: książę. [przypis edytorski]

[432]

wynijść (daw.) — wyjść. [przypis edytorski]

[433]

zwyciężca — dziś popr.: zwycięzca. [przypis edytorski]

[434]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[435]

radośny — dziś popr. pisownia: radosny. [przypis edytorski]

[436]

zamięszanie — dziś popr. pisownia: zamieszanie. [przypis edytorski]

[437]

chodować — dziś popr. pisownia: hodować. [przypis edytorski]

[438]

xiążę — dziś popr. pisownia: książę. [przypis edytorski]

[439]

rum — tu: rumowisko, ruiny. [przypis edytorski]

[440]

puhacz (daw., por. ros. pugat': straszyć) — dziś popr. pisownia: puchacz. [przypis edytorski]

[441]

głodni krucy — dziś popr. forma: głodne kruki. [przypis edytorski]

[442]

potrząsł — dziś popr. forma: potrząsnął. [przypis edytorski]

[443]

z nozdrzy rozdartemi — dziś popr. forma N. lm: z rozdartymi (tj. rozszerzonymi) nozdrzami. [przypis edytorski]

[444]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[445]

xiężna — dziś popr. pisownia: księżna. [przypis edytorski]

[446]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[447]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[448]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[449]

Wakarinne (z litew. Vakarinė) — Gwiazda wieczorna. [przypis edytorski]

[450]

Ragana (mit. litew.) — tu: bóstwo drzewa. [przypis edytorski]

[451]

śród (daw.) — wśród; tu: w czasie, podczas. [przypis edytorski]

[452]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[453]

ostróżniéj — dziś popr. pisownia: ostrożniej. [przypis edytorski]

[454]

kędyś się urodził — tam gdzie się urodziłeś. [przypis edytorski]

[455]

podniosłszy — dziś popr.: podniósłszy. [przypis edytorski]

[456]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[457]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[458]

Bogóm — dziś popr. forma C. lm: Bogom. [przypis edytorski]

[459]

twoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: twoją. [przypis edytorski]

[460]

Murgowie (mit. litew.) — rycerze polegli w boju [tj. duchy szczęśliwe; Red. WL]. [przypis edytorski]

[461]

zasłodzić — tu: osłodzić. [przypis edytorski]

[462]

spójrzeć — dziś popr. pisownia: spojrzeć. [przypis edytorski]

[463]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[464]

w głębią — dziś popr. forma B. lp. wyrazu głębia: w głębię. Obecnie raczej użyłoby się sformułowania w głąb lub w głębinę. [przypis edytorski]

[465]

Goniglis (mit. litew.) — bożek pastuchów. [przypis edytorski]

[466]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[467]

Modlił się naprzód Kobolóm i duchóm — dziś popr. rekcja: modlił się do Koboli i duchów. [przypis edytorski]

[468]

wiżos (z litew.) — łapcie, buty plecione z łyka lub skóry. [przypis edytorski]

[469]

Saule (z litew. Saulė) — Słońce. [przypis autorski]

[470]

szłyk — czapka. [przypis edytorski]

[471]

męzki — dziś popr. pisownia: męski. [przypis edytorski]

[472]

liszka (tu daw.) — lis. [przypis edytorski]

[473]

zkądże — dziś popr. forma: skądże. [przypis edytorski]

[474]

zkąd — dziś popr. forma: skąd. [przypis edytorski]

[475]

rowieśnik — dziś popr. pisownia: rówieśnik. [przypis edytorski]

[476]

on sobie podoba z nami (daw.) — spodoba mu się u nas. [przypis edytorski]

[477]

Budte (mit. litew.) — bogini mądrości. [przypis autorski]

[478]

Łajbegełda, właśc. Laibegelda a. Luibegelda (mit. litew.) — bóstwo sławy. [przypis autorski]

[479]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[480]

moję — daw. forma B. lp, dziś popr.: moją. [przypis edytorski]

[481]

zkądżeś — dziś popr. forma: skądżeś; zkądżeś ty rodem — skąd pochodzisz. [przypis edytorski]

[482]

wnijść (daw.) — wejść. [przypis edytorski]

[483]

zubrzy (daw.) — żubrzy a. żubrowy, tj. związany z żubrem. [przypis edytorski]

[484]

I ogień nawet palił się w ognisku, a dym przez nozdrza konia się wywijał — podanie o koniu Witola tak mówi. [przypis autorski]

[485]

pastwa (daw.) — ofiara. [przypis edytorski]

[486]

nizko — dziś popr. pisownia: nisko. [przypis edytorski]

[487]

wynijść (daw.) — wyjść. [przypis edytorski]

[488]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[489]

przysuć (daw.) — zasnuć, spowić. [przypis edytorski]

[490]

smętarz (daw. reg.) — cmentarz. [przypis edytorski]

[491]

miljony — dziś popr. pisownia: miliony. [przypis edytorski]

[492]

pędzić się (daw. reg.) — pędzić. [przypis edytorski]

[493]

xiężyc — dziś popr. pisownia: księżyc. [przypis edytorski]

[494]

biedz — dziś popr. forma bezokol.: biec. [przypis edytorski]

[495]

między drzewy — dziś popr. forma N. lm: między drzewami. [przypis edytorski]

[496]

opruszony — dziś popr. pisownia: oprószony. [przypis edytorski]

[497]

kochanka (tu daw.) — ukochana. [przypis edytorski]

[498]

Aszwa (z litew.) — klacz. [przypis autorski]

[499]

blizki — dziś popr. pisownia: bliski. [przypis edytorski]

[500]

był zwyklejszy (daw.) — był bardziej przyzwyczajony, przywykł bardziej; był zwyklejszy miecz pieścić w swéj dłoni niż przyjacielską podawać u proga — był bardziej przyzwyczajony do walki niż do przyjaznego witania gości. [przypis edytorski]

[501]

lietauros, częściej litaury (z gr. polytauréa) — bębny, kotły. [przypis autorski]

[502]

zwycięztwo — dziś popr. pisownia: zwycięstwo. [przypis edytorski]

[503]

z ogary — dziś popr. forma N. lm: z ogarami. [przypis edytorski]

[504]

probować — dziś popr. pisownia: próbować. [przypis edytorski]

[505]

zwycięztwo — dziś popr. pisownia: zwycięstwo. [przypis edytorski]

[506]

czarnoxiężnik — dziś popr. pisownia: czarnoksiężnik. [przypis edytorski]

[507]

pośledni (daw.) — ostatni; gorszy. [przypis edytorski]

[508]

zazdrośném — dziś popr. pisownia: zazdrosnym. [przypis edytorski]

[509]

puścizna (daw.) — spadek, dziedzictwo, spuścizna. [przypis edytorski]

[510]

tentent — dziś popr. pisownia: tętent. [przypis edytorski]

[511]

miłośny — dziś popr. pisownia: miłosny. [przypis edytorski]

[512]

żrebiec (daw.) — koń, ogier. [przypis edytorski]

[513]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[514]

zkądże — dziś popr. forma: skądże. [przypis edytorski]

[515]

źwierzóm — dziś popr. forma C. lm: zwierzom, tj. zwierzętom. [przypis edytorski]

[516]

zrospaczony — dziś popr. pisownia: zrozpaczony. [przypis edytorski]

[517]

z jęki bolesnemi — dziś popr. forma N. lm: z bolesnymi jękami. [przypis edytorski]

[518]

łzy rzewnemi — dziś popr. forma N. lm: rzewnymi łzami. [przypis edytorski]

[519]

zabyć (daw. reg.) — zapomnieć. [przypis edytorski]

[520]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[521]

bojar — rycerz, członek drużyny księcia, wasal. [przypis edytorski]

[522]

wziąść — dziś popr.: wziąć. [przypis edytorski]

[523]

rospacz — dziś popr. pisownia: rozpacz. [przypis edytorski]

[524]

zbawić (tu daw.) — pozbawić. [przypis edytorski]

[525]

łyka — tu: więzy. [przypis edytorski]

[526]

przeklęctwo — dziś: przekleństwo. [przypis edytorski]

[527]

roskosz — dziś popr. pisownia: rozkosz. [przypis edytorski]

[528]

miłośny — dziś popr. pisownia: miłosny. [przypis edytorski]

[529]

ciężyć — dziś popr.: ciążyć. [przypis edytorski]

[530]

swe posły — dziś popr. forma B. lm: swych posłów. [przypis edytorski]

[531]

posły — dziś popr. forma M. lm: posłowie. [przypis edytorski]

[532]

zamężcie — dziś popr. pisownia: zamęście; w zamężcie — tu: za żonę. [przypis edytorski]

[533]

wziąść — dziś popr.: wziąć. [przypis edytorski]

[534]

sąsiadóm — dziś popr. forma C. lm: sąsiadom, tj. dla sąsiadów. [przypis edytorski]

[535]

zwyciężca — dziś popr.: zwycięzca. [przypis edytorski]

[536]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[537]

zwycięztwo — dziś popr. pisownia: zwycięstwo. [przypis edytorski]

[538]

jasnemi oczy — dziś popr. forma N. lm: jasnymi oczami. [przypis edytorski]

[539]

ostremi zęby i pazury — dziś popr. forma N. lm: ostrymi zębami i pazurami. [przypis edytorski]

[540]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[541]

słowy — dziś popr. forma N. lm: słowami. [przypis edytorski]

[542]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[543]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[544]

radośny — dziś popr. pisownia: radosny. [przypis edytorski]

[545]

zwycięztwy — dziś popr. forma N. lm: zwycięstwami; zwycięztwo — dziś popr. pisownia: zwycięstwo. [przypis edytorski]

[546]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[547]

xiążę — dziś popr. pisownia: książę. [przypis edytorski]

[548]

didalis (mit. litew.) — smok. [przypis edytorski]

[549]

puścizna (daw.) — spadek, dziedzictwo, spuścizna. [przypis edytorski]

[550]

Zjedyna (z litew.) — kwiecista. [przypis autorski]

[551]

Gulbi (mit. litew.) — duch, stróż człowieka. [przypis autorski]

[552]

bolu — dziś popr. pisownia: bólu. [przypis edytorski]

[553]

rospacz — dziś popr. pisownia: rozpacz. [przypis edytorski]

[554]

swoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: swoją. [przypis edytorski]

[555]

szerść — sierść. [przypis edytorski]

[556]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[557]

twoję — daw. forma B. lp, dziś popr.: twoją. [przypis edytorski]

[558]

twoję wiém ja tajemnicę (reg.) — znam twoją tajemnicę. [przypis edytorski]

[559]

wiżos (z litew.) — łapcie, buty plecione z łyka lub skóry. [przypis edytorski]

[560]

Drzewo Lazdony — leszczyna; Lazdona była bóstwem opiekuńczym tego drzewa. [przypis edytorski]

[561]

świta (daw.) — kurtka. [przypis edytorski]

[562]

bobr (dwa. reg.) — bóbr. [przypis edytorski]

[563]

czarnoxięzki — dziś popr. pisownia: czarnoksięski. [przypis edytorski]

[564]

Litewka (daw.) — Litwinka. [przypis edytorski]

[565]

kozieł — dziś: kozioł. [przypis edytorski]

[566]

piędź — daw. miara długości, ok. 20 cm. [przypis edytorski]

[567]

ciołek (daw., reg.) — cielak. [przypis edytorski]

[568]

Ajtwaros, Giristis, Erajczyn (mit. litew.) — bóstwa i duchy, które napastowały kobiety. [przypis autorski]

[569]

blizki — dziś popr. pisownia: bliski. [przypis edytorski]

[570]

Romussa (z litew.) — Skromna. [przypis autorski]

[571]

młódszy — dziś popr. pisownia: młodszy. [przypis edytorski]

[572]

Pstry dzięcioł, bardziéj pstre jest ludzkie życie — przysłowie. [przypis autorski]

[573]

ze skarbcu — dziś popr. forma D. lp: ze skarbca. [przypis edytorski]

[574]

świronek (reg.) — spiżarnia. [przypis edytorski]

[575]

łowiec — łowca, myśliwy. [przypis edytorski]

[576]

wiżos (z litew.) — łapcie, buty plecione z łyka lub skóry. [przypis edytorski]

[577]

biegąc — dziś popr. forma: biegnąc. [przypis edytorski]

[578]

ztąd — dziś popr. pisownia: stąd. [przypis edytorski]

[579]

Kaunis (mit. litew.) — bożek miłości. [przypis edytorski]

[580]

przyszlij — dziś popr. forma: przyślij. [przypis edytorski]

[581]

biegą — dziś popr. forma: biegną. [przypis edytorski]

[582]

patrzając — dziś popr. forma: patrząc. [przypis edytorski]

[583]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[584]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[585]

wreście — dziś popr. pisownia: wreszcie. [przypis edytorski]

[586]

zawrót — zakręt. [przypis edytorski]

[587]

swalgon — kapłan obrzędów weselnych. [przypis edytorski]

[588]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[589]

zpod — dziś popr. pisownia: spod. [przypis edytorski]

[590]

nócić — dziś popr. pisownia: nucić. [przypis edytorski]

[591]

nie płacz go — dziś raczej: nie płacz po nim, nie żałuj go. [przypis edytorski]

[592]

nareście — dziś popr. pisownia: nareszcie. [przypis edytorski]

[593]

próć — dziś popr. pisownia: pruć. [przypis edytorski]

[594]

tentent — dziś popr. pisownia: tętent. [przypis edytorski]

[595]

imie — dziś popr. forma: imię. [przypis edytorski]

[596]

Lizdajkon — litew. lizdas: gniazdo; patrz w Stryjkowskim podaniu o przodku Radziwiłłów Lezdejce, albo właściwiéj Lizdajkonie. [przypis autorski]

Zamknij
Proszę czekać…