1. Ciało: 1
  2. Córka: 1
  3. Droga: 1
  4. Dzieciństwo: 1
  5. Krzywda: 1
  6. Narkotyki: 1
  7. Nauczyciel: 1
  8. Obyczaje: 1
  9. Przemoc: 1
  10. Religia: 1
  11. Rzeka: 1
  12. Starość: 1
  13. Syn: 1
  14. Uczeń: 1
  15. Wiedza: 1
  16. Zabobony: 1
  17. Zbawienie: 1
  18. Zdrowie: 1
  19. Zemsta: 1
  20. Zło: 1

Dokonane uwspółcześnienia:

Pisownia łączna/rozdzielna: Skądby -> Skąd by; po społu -> pospołu, ponad to -> ponadto; nielada -> nie lada; nie godzien -> niegodzien; zwolna -> z wolna; nie dającego się -> niedającego się; nie połączonym -> niepołączonym.

Pisownia wielką/małą literą: mahbubowego -> Mahbubowego (od imienia: Mahbub); mahometowego -> Mahometowego; Pali -> pali (język); Pashtu -> pashtu (język); I co za dzieło! co za dzieło! -> I co za dzieło! Co za dzieło! (2) Oto co mówią gwiazdy: W ciągu trzech dni (…) -> Oto co mówią gwiazdy: w ciągu trzech dni (…).

Inne (ortografia, fleksja): ponoś -> ponoć; rzeźki -> rześki; owe miejsce -> owo miejsce; centkami -> cętkami; Pendżabijczyk -> Pendżabczyk; przysiadszy -> przysiadłszy; heród-baba -> herod-baba; ślipawy -> ślepawy; xeresu -> kseresu; podeszw -> podeszew; werdeby -> wertepy; kozieł -> kozioł; p. Bennett -> pastor Bennett; p. Lurgan -> pan Lurgan (itp.); rupij -> rupii; wakacyj -> wakacji; kompanij -> kompanii; egzamina -> egzaminy; lędźwia -> lędźwie; wszystkie wsi -> wszystkie wsie; kłączów -> kłączy; poletków -> poletek; ochłódła -> ochłodła; udogodniali -> udogadniali; szansął -> szastnął; zawalony jest siedemkroć po siedemdziesięcioma tobołkami -> zawalony jest po siedemkroć siedemdziesięcioma tobołkami; E. 23 -> E-23; C. 25 -> C-25; R. 17 -> R-17 (kryptonimy; zapis z kropką zaburzał interpunkcję zdania).

W przypisach źródła zmieniono: określanych jako Kafrów -> (…) Kafrowie; usunięto: „Czyt. oll-rejt” i „czyt. oll-rajt”.

Uwspółcześniono interpunkcję zgodnie z obowiązującymi zasadami. Ujęto w cudzysłów przytoczenia przemyśleń postaci. W akapitach dialogowych jako jedyną pauzę pozostawiono oddzielającą mowę niezależną od wstawek narracyjnych, pozostałe pauzy zmieniając na przecinek lub niekiedy dwukropek, zależnie od znaczenia tekstu. W niektórych przypadkach, gdy przy próbie dostosowania zapisu do ogólnych wymogów interwencja w tekst byłaby zbyt głęboka, zachowano emocjonalną interpunkcję. Wstawki narracyjne w dialogach w nawiasach oddzielono dodatkowo pauzą.

Błędy źródła: nianka -> niańka; spławiane rzekę Ravee -> spławiane rzeką Ravee; (…) sztuki greckiej, co zawitał tu sposobem jakimś niedocieczonym -> (…) sztuki greckiej, co zawitała tu (…); i i wymamrotał -> i wymamrotał; Ale może tu pomyłka -> Ale może to pomyłka; Spotykałem (…) rzekła baba -> Spotykałam (…); ropowszechnia -> rozpowszechnia; zmarszcze -> zmarszczce; wiedzałem -> wiedziałem; Powtóż -> Powtórz; powinienieś -> powinieneś; słuszał -> słyszał; hiduskiej -> hinduskiej; związnany -> związany; zadrością -> zazdrością; Zanieść mu wiadomość -> Zanieś mu wiadomość; Słyszałem -> Słyszałam (mówi góralka); odewała -> odezwała; poprzestał na kupieniu obłuskanej trzciny cukrowej i hojnym wypluwaniem jej miąższu -> poprzestał na kupieniu obłuskanej trzciny cukrowej i hojnym wypluwaniu (…). W przyp. tłum.: rodzaj cygar (…), przycięte na obu końcach -> rodzaj cygar przyciętych (…).

Rudyard KiplingKimtłum. Józef Birkenmajer

Kim jest Kim?

1

Zdawać by się mogło, że to kalambur — jakby jowialny Bengalczyk Hurree Babu, wyznawca filozofii Herberta Spencera, niesyt triumfów w „urzędowej” angielszczyźnie, nauczył się mówić po polsku i próbował u nas krzewić filozoficzne spekulacje. Tymczasem nie! Pytanie powyższe zadaje sobie raz po raz sam tytułowy bohater niniejszej powieści, młodociany Kimball O'Hara. Odpowiedzią zaś na to pytanie jest — cała książka.

2

Kimże jest więc Kim? Jest przede wszystkim — tak go najczęściej zwą — przyjacielem całego świata; zupełnie jak w znanej bajce Krasickiego:

bardzo go tam zwierzęta lubiły,

i on też używając wszystkiego z weselem

wszystkich był przyjacielem…

3

Kochają go wszyscy: i fakirzy spod Taksalskiej Bramy, i przekupki, i wieśniacy, kocha go stary wiarus, w którym chłopak ożywił wspomnienia wojenne, kocha Kamboh, któremu on syna cudownie uzdrowił zwykłą chininą, kocha dobrotliwy ojciec Wiktor, kocha z głupia frant pułkownik Creighton, kocha (aż o to wybucha scena zazdrości) lekarz pereł Lurgan sahib i wspomniany hakim Hurree Babu, nie mówiąc już o innych, „cyfrowanych” tylko kolegach z tajemniczego „departamentu”. Kocha go kobieta z Kulu, choć mu wymyśla, kocha i kobieta z Shamlegh, choć poprzysięgła nienawiść sahibom (przyczyny tej nienawiści opowiedział Kipling w noweli Lispeth w Gawędach spod Himalajów). Kochały go i kochają nieprzeliczone rzesze czytającej publiczności, i to nie tylko angielskiej, wśród której rozeszły się już setki tysięcy egzemplarzy arcydzieła Kiplingowego — ale i polskiej, która niegdyś była zmuszona czytać tę powieść w najokropniejszym i najlichszym ze wszystkich tłumaczeń (niechże Kim wspaniałomyślnie przebaczy owym „tłumaczom”, jak lama Teshoo przebaczył bezbożnym cudzoziemcom, co go spoliczkowali!)… tłumaczeniu okrojonym i wypranym ze wszystkiego, co żywe, barwne i piękne. Ale najgorętszych, najwierniejszych przyjaciół miał Kim trzech: koniarza Mahbuba Alego, lamę Teshoo, a wreszcie — niżej podpisanego tłumacza.

4

Wyrażając się stylem nieco algebraicznym, można by powiedzieć, że trzy główne osoby powieści: Mahbub, Kim i lama, tworzą razem proporcję ciągłą; jak bowiem Mahbub umie na swoją korzyść obrócić nieświadomość Kima, tak też i Kim ze swej strony nieraz zręcznie wyzyskuje naiwność lamy. Ten sui generis „taniec czynowników” jest jednocześnie stopniowaniem psychiki, dążeń i upodobań trzech wspomnianych osób: z jednej strony materialista-mahometanin, z drugiej idealista-buddyjczyk[1], pomiędzy zaś nimi, jak na rozdrożu, stoi mały Irlandczyk, któremu „i to pachnie i to nęci”. Nie dziwota, że niekiedy, nie rozumiejąc dobrze swej drogi zapyta sam siebie: „Kimże jest Kim?”. W tym założeniu należy, moim zdaniem, upatrywać główną oś architektoniczną tej iście klasycznej powieści, głębszej i bardziej spoistej, niż się niejednemu zdaje. Piszę o tym dlatego, że w jednym dość pedantycznym (oczywiście niemieckim) studium o Kiplingu spotkałem twierdzenie, jakoby „Kim” był „niepowiązany w budowie”.

5

Świat „departamentu”, który stanowi jedną z głównych akcyj[2] niniejszej powieści, zajmował nieraz autora „Departmental Ditties”, co więcej, był jednym z wielu jego discoveries (odkryć) literackich, tak jak było nim kiedy indziej odkrycie poezji życia koszarowego. Dał on autorowi możność wskrzeszenia i istotnego ożywienia obumarłych pono[3] (tak mówili krytycy) przeżytych i rzekomo nieprawdopodobnych „sposobów” cechujących dawną komedię, jak: qui pro quo, podsłuchiwanie cudzych tajemnic, przebieranie się za inną osobę itd.; arcyrealista Kipling dowiódł, że te właśnie, tak od czasów realizmu potępiane, szczegóły mogą być najzupełniej realne, ba, doniosłe w skutkach, oddziaływające na los całych państw i narodów. Ponadto właśnie dzięki nim można realniej i dokładniej niż jakąkolwiek inną drogą poznać krajobraz, życie i obyczaje niemal całych Indii.

6

To zwiedzanie Indii — owa „droga zbawienia” najczęściej mimo woli współmierna z drogą ponęt doczesnych — stanowi drugą główną akcję Kima. Drogą tą kroczą dwaj ludzie — jeden do tańca, drugi do różańca — którzy kontrastem swoich charakterów i upodobań przypominają nieco kontrast Don Kiszota i Sanczo Pansy; tylko gdy w romansie Cervantesa giermek-wyjadacz jest opasły i niezgrabny, a męstwem nie grzesząc, panu swojemu rzemiosło rycerskie zostawuje[4], to „chela” tybetańskiego lamy-marzyciela jest smukły, piękny i zwinny, a znakiem jego jest konstelacja wojny.

7

Nie opowiedział Kipling dalszego ciągu żywota Kima; ale i to, co jest, powinno nam wystarczyć. Nawet bez stawiania horoskopów, za przykładem kapłana z Umballi możemy odgadnąć, jaki będzie dalszy bieg życia tego złotego chłopaka, przedzierzgniętego w mężczyznę. Pozostanie on nadal chłopakiem, bo Kipling obdarzył go wiekuistą młodością; jeżeli skończy — to wysoko. Co ma wisieć, nie utonie… a nad Kima nie było większego wisusa i urwisa; w tym zresztą nadzieja, że urwałby się i z szubienicy. Oto druga odpowiedź na pytanie: „Kim jest Kim?”.

8

Inne odpowiedzi są już zgoła zbyteczne. Tak więc na przykład bez rozstrzygnięcia pozostawimy kwestię, czy był on istotnie siostrzeńcem owej nałogowej palaczki opium, czy był sahibem, czy synem Wschodu; niech się nad tym głowią czytelnicy — może ich to zmusi do uważniejszego przeczytania powieści.

9

Zanim ją oddam do przeczytania, winienem wpierw wyjaśnić rzecz jedną. Powiedziałem powyżej, że prócz Mahbuba i lamy miał Kim jeszcze trzeciego przyjaciela — we mnie. Poznałem się z Kimem na ławie szkolnej, w szkole wielce podobnej do konwiktu w Lucknow; było to wówczas, gdy pospołu z nim poznawałem „język sahibów” — angielszczyznę; później tułaliśmy się razem po Azji… toteż tłumacząc powieść o tym moim kamracie, przeżywałem na jawie jego przygody, przejmowałem się z całej duszy jego zamiarami, współczułem do głębi wszystkim jego radościom i smutkom. Rzec o sobie mogę, żem się zżył i zrósł z tą arcypowieścią Kiplingową, której artyzm i bogactwo chcąc ocenić, trzeba by ją czytać w oryginale. Jej tłumaczenie jest w stosunku do oryginału czymś w rodzaju owej Game of Pearls, jaką zabawiał się Kim z małym Hindusem u Lurgana sahiba; mały Hindus zawsze większym był mistrzem… Starałem się jednak nie przeoczyć żadnego z klejnotów poezji Kiplingowej — w tym celu przełożyłem i wszystkie wiersze, które dawniejsi tłumacze Kiplinga zwykli byli wyrzucać kędyś na śmietnik shamleghski, odejmując wielkiemu poecie to, co w nim najistotniejsze. Czy mój przekład „zdobędzie sobie zasługę” (mówiąc stylem lamy Teshoo) — osądzą czytelnicy.

Józef Birkenmajer

Rozdział I

Wy, coście Wąską Drogą nieprzerwanie

Szli do Dnia Sądu przez piekieł otchłanie,

Wybaczcież, kiedy modłą się poganie

Do swego Buddy w Kamakurze!

10

Lekceważąc sobie rozporządzenia zwierzchności miejskiej, siedział okrakiem na armacie Zam-Zammah, co stała na ceglanym cokole na wprost starego Ajaib-Gher — Domu Cudów, jak lahorskie muzeum nazywają krajowcy. Kto dzierży Zam-Zammah, owego „smoka zionącego ogniem”, jest tym samym władcą Pendżabu, gdyż to wielkie działo z pośniedziałego spiżu zawsze pierwsze bywa łupem zdobywcy.

11

Poniekąd Kima można było usprawiedliwić (zepchnął z lawety armatniej syna Lali Dinanatha): wszak w Pendżabie panowali Anglicy, a Kim był Anglikiem. Wprawdzie miał cerę ogorzałą, jak każdy z tuziemców; wprawdzie w rozmowie oddawał pierwszeństwo gwarze miejscowej, a znajomość języka ojczystego zdradzał jeno urywkowym, niepewnym paplaniem; wprawdzie na prawach zupełnej równości bratał się z małymi andrusami[5]; mimo to Kim był człowiekiem białym, choć białość jego była wielce ubożuchna i skromna. Kobieta mieszanej rasy, opiekująca się nim (była namiętną palaczką opium i ponoć miała skład używanych gratów na placu, gdzie postój dorożek), opowiadała misjonarzom, że jest ciotką Kima; w istocie matka jego była niańką w domu pewnego pułkownika i poślubiła Kimballa O'Harę, młodego chorążego irlandzkiego pułku Mavericków. Ów objął następnie posadę na kolei Sind-Pendżab-Delhi, a pułk bez niego powrócił do kraju. Gdy żona zmarła w Ferozepore na cholerę, O'Hara rozpił się i jął zbijać bąki, wałęsając się wzdłuż linii kolejowej z trzyletnim bystrookim berbeciem. Księża oraz członkowie różnych stowarzyszeń religijnych starali się go pochwycić w obawie o los dziecka, lecz O'Hara wymykał się im, aż poznał się z kobietą, która paliła opium; przejąwszy się od niej tym nałogiem, zmarł tak, jak umierają w Indiach nędzarze z rasy białej.

12

W chwili śmierci całe jego mienie stanowiły trzy dokumenty: pierwszy nazwał on ne varietur, gdyż te słowa były tam umieszczone pod jego podpisem, drugim było świadectwo zwolnienia ze służby wojskowej, trzecim zaś — metryka Kima. Te szpargały (mawiał w chwilach, gdy przebrał miarę w opium) powinny były wykierować kiedyś małego Kimballa na wielkiego człowieka. Kimowi pod żadnym warunkiem nie wolno było rozstawać się z nimi, gdyż wchodziły one w skład wielkich czarów… takich czarów, jakie odbywają się tam z przeciwka, za muzeum, w wielkim biało-niebieskim Jadoo-Gher — Domu Czarnoksięskim, jak u nas zwą lożę masońską. Pewnego dnia (powiadał) wszystko na dobre się obróci i sława Kima rozbrzmiewać będzie wśród kolumn… straszliwych kolumn — piękna i siły. Sam pułkownik, jadąc konno na czele pułku, najlepszego w świecie, pójdzie za Kimem, małym Kimem, któremu w udziale przypadnie lepszy los niż jego ojcu. Dziewięciuset chłopów na schwał, istnych diabłów, których bożyszczem był Ryży Byk w zielonym polu, pójdzie za Kimem… o ile tylko nie zapomnieli O'Hary — biednego O'Hary, który był nadzorcą robotników na kolei w Ferozepore. Potem popłakiwał gorzko, siedząc w połamanym krześle trzcinowym na werandzie… Stąd to poszło, że po jego śmierci kobieta zaszyła pergamin, zaświadczenie i metrykę w skórzaną sakiewkę z amuletami i zawiesiła ją Kimowi na szyi.

13

— A któregoś dnia — mówiła, wspominając jak przez mgłę przepowiednie O'Hary — przyjdzie po ciebie wielki Ryży Byk w zielonym polu i pułkownik jadący na okazałym wierzchowcu… tak… i — tu wpadła w angielszczyznę — dziewięciuset diabłów.

14

— O! — odpowiadał Kim — będę pamiętał. Przyjdzie i Ryży Byk, i pułkownik na koniu, ale wprzódy, jak mówił ojciec, mają przyjść jeszcze dwaj ludzie, którzy przysposobią grunt do tej całej sprawy. Ojciec gadał, że oni zawsze robią w ten sposób i że zawsze tak bywa, gdy mają się odbywać czary.

15

Gdyby kobieta wyprawiła Kima z owymi dokumentami do miejscowego Jadoo-Gher, loża prowincji przyjęłaby go niewątpliwie i odesłała do masońskiej ochronki w Pogórzu; atoli baba nie miała zaufania do tego, co słyszała o czarnoksięstwie, a i Kim miał też samodzielne poglądy. Skoro dorósł do lat zielonej młodości, nauczył się unikać misjonarzy i białych ludzi o surowych obliczach, którzy go pytali, kto zacz i czym się trudni. Albowiem Kim trudnił się tylko nieróbstwem — w czym powodziło mu się doskonale. Prawda, że znał jak własną kieszeń przepysznie obwarowany gród Lahory, od bramy delhijskiej do fosy fortecznej, żył za pan brat z ludźmi, którzy wiedli życie osobliwsze, niżby się śnić mogło samemu Harun al Raszydowi, a sam też pędził żywot niesforny, niby z Tysiąca i jednej nocy — lecz misjonarze i sekretarze towarzystw dobroczynnych nie poznawali się na piękności jego żywota.

16

Załoga nadała mu żartobliwy przydomek „Małego Przyjaciela całego świata”, a ponieważ był zręczny i niepozorny, więc często nocą przekradał się po ludnych dachach domów, spełniając polecenia wymuskanych i urodziwych młokosów eleganckiego świata. Były to oczywiście intrygi miłosne — on wiedział o tym, gdyż odkąd nauczył się mówić, znane mu były wszelkie grzeszki, ale kochał tylko grę dla gry samej, przemykanie się chyłkiem po mrocznych uliczkach i zakamarkach, wydrapywanie się po rynnie, spostrzeżenia i odgłosy z kobiecych pogwarek na płaskich dachach domów i ucieczkę na łeb na szyję z gzymsu na gzyms pod osłoną parnej pomroki. Koło ceglanych kapliczek pod drzewami nadrzecznymi przebywali mężowie świątobliwi, pomazani popiołem fakirowie, z którymi był na stopie nader poufałej; pozdrawiał ich, gdy wracali z włóczęgi po prośbie, a gdy nikogo nie było w pobliżu, jadał wespół z nimi z jednej misy. Jego opiekunka ze łzami w oczach nalegała, by nosił odzież europejską: spodnie, koszulę i wymięty kapelusz. Kimowi jednak, gdy zajęty był pewnymi sprawkami, bardziej dogadzało przebieranie się w strój hinduski lub mahometański. Jeden z młodych wykwintnisiów (ten, którego zwłoki znaleziono na dnie studni w ową noc, gdy było trzęsienie ziemi) podarował mu całkowite ubranie chłopięce, jakie noszą łobuziaki z niższych kast; Kim ukrył je w tajnym schowku pod belkami na dziedzińcu tracza[6] Nila Rama, naprzeciwko Wysokiego Trybunału pendżabskiego, gdzie wonne pnie deodarów[7] spławiane rzeką Ravee leżą, czekając obróbki. Ilekroć nawinął się interes lub swawolna łazęga, Kim nie omieszkał skorzystać ze swej własności, o świcie zaś powracał na werandę, wyczerpany darciem się wniebogłosy za orszakiem ślubnym lub wyciem na uroczystościach hinduskich. W domu niekiedy trafiło się jadło, ale częściej się zdarzało, że nie było co do ust włożyć; wówczas Kim szedł na wyżerkę do przyjaznych mu krajowców.

17

Bębniąc piętami po bokach Zam-Zammah, raz po raz odrywał się od gry w „króla zamczyska” z małym Chota Lalem i Abdullahem, synem cukiernika, i rzucał niewybredne docinki w stronę krajowca-policjanta, który stał na straży rzędów obuwia koło bramy muzeum. Sążnisty[8] Pendżabczyk pobłażliwie szczerzył zęby — znał on już Kima od dawna. W tenże sposób odnosił się do niego i polewacz zraszający zapyloną ulicę wodą z bukłaka z koziej skóry. Tak samo ustosunkował się doń pochylony nad świeżo sporządzonymi skrzyniami Jawihir Singh, co w muzeum był stolarzem; słowem, tak postępował wobec Kima każdy, kto się tu pojawił, z wyjątkiem chłopów okolicznych, spieszących do Domu Cudów celem obejrzenia przedmiotów wyrabianych w ich macierzystej prowincji lub gdzie indziej. Muzeum zawierało okazy sztuki i przemysłu indyjskiego, a kto chciał być tu mądry, mógł poprosić kustosza o objaśnienia.

18

— Wynocha! Wynocha! Puść mnie na górę! — krzyczał Abdullah, wdrapując się na koło armaty.

19

— Twój ojciec był cukiernikiem, twoja matka ukradła ghi! — zaśpiewał Kim. — Wszyscy muzułmanie już dawno pospadali z Zam-Zammah!

20

— Więc puść mnie na górę! — pisnął mały Chota Lal, ubrany w czapeczkę obrębioną szychem[9]. Jego ojca ceniono na jakie pół miliona szterlingów, ale Indie są jedynym w świecie krajem demokratycznym.

21

— Hindusi też stracili Zam-Zammah. Wyparli ich muzułmanie. Twój ojciec był cukiernikiem!…

22

Naraz przerwał śpiewkę. Zza węgła, od strony gwarnego Bazaru Motee, wysunął się człowiek, jakiego Kim dotąd jeszcze nie widział, choć mu się zdawało, że zna wszelkie kasty. Człowiek ów był wysoki prawie na sześć stóp[10], ubrany w fałdzistą szatę z materiału burego niby derka końska, a żadnego z jej zmarszczeń Kim nie potrafił przypodobnić[11] do jakiegokolwiek znanego mu zatrudnienia lub zawodu… U pasa przybysza zwisał podłużny, inkrustowany piórnik żelazny i drewniany różaniec, jaki noszą ludzie świątobliwi. Głowę osłaniał olbrzymich rozmiarów płócienny kapelusz, zapadający na oczy. Twarz była żółta i pomarszczona, podobnie jak u Chińczyka Fook-Shinga, szewca na rynku. Oczy w kącikach zakrzywiały się ku górze i wyglądały jak małe żyłki oniksu.

23

— Kto to? — ozwał się Kim do rówieśników.

24

— Chyba jakiś człowiek! — rzekł Abdullah, trzymając palec w gębie i wytrzeszczywszy oczy.

25

— Jużci[12]! — odparł Kim — ale takiego człowieka to jeszcze w Indiach nie zdarzyło mi się widzieć.

26

— Może kapłan — rzekł Chota Lal, przypatrując się różańcowi. — Patrzcie, on idzie do Domu Cudów!

27

— Nie, nie! — mówił policjant, potrząsając głową — nie rozumiem waszej mowy! — (sam stróż bezpieczeństwa mówił po pendżabsku). — Hej, Przyjacielu całego świata, co on tam szwargocze?

28

— Przyślij go tu! — zawołał Kim i dał susa z Zam-Zammah, wymachując bosymi piętami. — To cudzoziemiec, a z ciebie jest istny bawół!

29

Przybysz, nie mogąc się dogadać, ruszył ku chłopcom. Był to człek już leciwy, a jego wełniana opończa trąciła jeszcze przykrym zapachem bylicy rosnącej w przesmykach górskich.

30

— Hej, dzieci, co to za wielki dom? — ozwał się płynnie narzeczem Urdu.

31

— Ajaib-Gher, Dom Cudów! — Kim nie obdarzył nieznajomego tytułem w rodzaju Lala lub Mian; nie mógł odgadnąć, jakiego wyznania był ten człowiek.

32

— Aha! Dom Cudów! Czy można wejść?

33

— Nad drzwiami napisano… każdemu wolno.

34

— Bezpłatnie?

35

— Ja tam bywam raz po raz, a nie jestem przecie bankierem — zaśmiał się Kim.

36

— Niestety, jestem stary; nie wiedziałem — przesunął palcami po paciorkach różańca i zawrócił ku muzeum.

37

— Z jakiej jesteście kasty? Gdzie wasz dom? Czy dalekoście chadzali? — zapytał Kim.

38

— Idę z Kulu… z tamtej strony Kailasu… lecz cóż ty możesz wiedzieć?… od tych gór, gdzie — (tu westchnął) — powietrze i woda są świeże i chłodne.

39

— Aha! Khtai! (Chińczyk) — rzekł Abdullah wyniośle. Fook Shing wygnał go raz ze sklepu za to, że opluł bożka stojącego nad rzędami obuwia.

40

— Pahari (góral) — rzekł mały Chota Lal.

41

— Tak jest, dziecko… góral z gór, jakich nigdy nie obaczysz w życiu. Czy słyszałeś o Bhotiyalu (Tybecie)? Nie jestem Khitai, lecz Bhotiya (Tybetańczykiem) musiałeś słyszeć… jestem lamą, czyli guru (duchowny), jak się mówi po waszemu.

42

Guru z Tybetu! — rzekł Kim. — Nie widziałem jeszcze takiego człowieka! Więc w Tybecie są Hindusi?

43

— Jesteśmy z tych, co kroczą Drogą Pośrednią, i żyjemy spokojnie po klasztorach, ja zaś chciałbym przed śmiercią zwiedzić cztery miejsca święte. Teraz wy, którzy jesteście dziećmi, wiecie tyle samo, co ja stary.

44

Uśmiechnął się życzliwie do chłopców.

45

— Czy jadłeś co?

46

Pogmerał w zanadrzu i dobył stamtąd wyszczerbioną, drewnianą miseczkę dziadowską. Chłopcy skinęli głową. Wszyscy znajomi im kapłani chodzili na żebry.

47

— Jeszcze mi się jeść nie chce — rzekł, odwracając głowę niby stary żółw grzejący się na słońcu. — Czy to prawda, że w Domu Cudów w Lahorze znajduje się wiele obrazów? — ostatnie słowa powtórzył, jakby chcąc sprawdzić adres.

48

— To prawda — rzekł Abdullah — Pełno tam pogańskich wizerunków. Ty również jesteś bałwochwalcą.

49

— Nie zważaj na to, co on bajdurzy! — rzekł Kim. — To dom rządowy i nie ma tam żadnego bałwochwalstwa, tylko sahib (Europejczyk) z siwą brodą. Chodź ze mną, to ci pokażę.

50

— Cudzoziemscy kapłani zjadają dzieci — szepnął Chota Lal.

51

— A on jest cudzoziemcem i but-parast (bałwochwalcą)! — rzekł mahometanin Abdullah.

52

Kim roześmiał się.

53

— To ci frajer! Uciekajcie schować się za mamusin fartuszek, pędraki! Chodź za mną!

54

To mówiąc, przepchnął się przez drzwi kołowrotowe; starzec poszedł za nim i zatrzymał się w osłupieniu. W przedsionku stały większych rozmiarów posągi grecko-buddyjskie, wykonane (uczonym tylko wiadomo, kiedy) przez zapomnianych mistrzów, których dłonie nie bez zręczności starały się oddać wdzięki sztuki greckiej, co zawitała tu sposobem jakimś niedocieczonym. Znajdowały się tam setki obrazów: fryzy pełne płaskorzeźb, ułamki posągów i tafle marmurowe okryte deseniem, które niegdyś przyozdabiały ceglane mury buddyjskich stupa i vihara na północy, a obecnie wykopane z ziemi i opatrzone napisami stanowiły chlubę muzeum. Lama, rozdziawiwszy usta z podziwu, rozglądał się na wszystkie strony, aż na koniec z pełną zachwytu uwagą zatrzymał się przed sporą wypukłorzeźbą, przedstawiającą koronację czy apoteozę Buddy Pana. Mistrz wyobrażony był w postawie siedzącej, na lotosie, którego płatki były tak głęboko wcięte, że wydawały się nieomal oderwane. Dokoła niego w kornym uwielbieniu stała cała hierarchia królów, dostojników i staroświeckich Buddów; poniżej widać było wodę lotosami porosłą, pełną ryb i ptactwa wodnego. Dwa bóstwa o motylich skrzydłach trzymały wieniec nad jego głową; ponad nimi druga para dźwigała baldachim, na którego szczycie wznosiła się wysadzana klejnotami mitra Bodhisata.

55

— Pan! Pan! To sam Sakya Muni! — zawołał lama, na wpół szlochając, i zaczął półgłosem mruczeć przedziwne zaklęcia buddyjskie:

Ku niemu droga — do prawd — w ustronie —

Którego Maya nosiła w swym łonie,

On pan Anandy — Bodhisat!

56

— I on jest tutaj! Najwznioślejsze Prawo jest również tutaj! Pielgrzymka moja dobrze się zaczęła… I co za dzieło! Co za dzieło!

57

— Sahib jest po tamtej stronie — rzekł Kim i dał nura w bok pomiędzy szafami pawilonu sztuki i rękodzieł. Siwobrody Anglik już od dłuższej chwili przyglądał się lamie, który odwrócił się uroczyście i oddał mu pokłon, po czym pogmerawszy przez chwilę w zanadrzu wydobył notatnik i świstek papieru.

58

— Tak, to moje nazwisko — przemówił kustosz, uśmiechając się na widok pokracznego, dziecinnego gryzmołu.

59

— Dał mi to jeden z naszych braci, co szedł w pąci[13] do miejsc świętych (jest obecnie przełożonym klasztoru Lung-Cho) — jąkał się lama — on opowiadał mi o tym…

60

Drżała mu sucherlawa ręka, gdy zataczał nią wokoło.

61

— Witajże więc, lamo z Tybetu. Tu są obrazy, a ja tu przebywam w tym celu — (tu rzucił okiem na twarz lamy) — by gromadzić wiedzę. Chodź na chwilę do mego gabinetu.

62

Starzec ruszył za nim, drżąc ze wzruszenia.

63

Ów gabinet był jedynie małą drewnianą sypialnią, wyodrębnioną z galerii obrzeżonej rzeźbami. Kim położył się na ziemi, przytknąwszy ucho do szpary w spękanych od gorąca drzwiach cedrowych, a idąc za wrodzonym instynktem, natężył słuch i uwagę.

64

Przeważna[14] część rozmowy była dlań całkiem niezrozumiała.

65

Lama, zrazu wahając się nieco, opowiadał kustoszowi o klasztorze Such-zen, leżącym naprzeciw Malowanych Skał, o cztery miesiące drogi od Lahory. Kustosz wyciągnął ogromny album z fotografiami i pokazał mu owo właśnie siedlisko, sterczące na urwistej grani, spozierające z wysoka na rozległą dolinę o różnobarwnym uwarstwieniu.

66

— Tak, tak! — wołał lama, osadziwszy na nosie okulary chińskiej roboty w rogowej oprawie. — Oto furtka, którędy znosimy drzewo na zimę. A ty… więc Anglicy wiedzą o tym, wszystkim? Ten, który jest obecnie przełożonym klasztoru Lung-Cho, mówił mi o tym, ale nie chciało mi się wierzyć. Czy Pan nasz wszechpotężny odbiera cześć i tutaj? A życie jego jest i u was znane?

67

— Wszystko jest tu wyryte na kamieniach. Chodź obejrzeć, jeżeli nie jesteś utrudzony.

68

Lama wykatulał się do głównej sali i idąc obok kustosza, zwiedzał zbiory z uszanowaniem człowieka nabożnego i oceniającym spojrzeniem biegłego rzemieślnika. Sprawdzał szczegół za szczegółem z pięknej opowieści wyrytej na wyszarzałym kamieniu; niekiedy zbijały go z tropu nieswojskie mu greckie uogólnienia, lecz cieszył się jak dziecko za każdym nowym odkryciem. Gdzie brakło ciągłości, jak na przykład w Zwiastowaniu, kustosz uzupełniał treść, zasięgając pomocy w stosie książek francuskich i niemieckich z fotografiami i rysunkami.

69

Był tam pobożny Asita (coś jakby Symeon z dziejów biblijnych), trzymający na kolanach Świętą Dziecinę, obok niego zaś zasłuchani ojciec i matka; były też zdarzenia z legend o ciotecznym bracie Devadatta. Była tam także i występna kobieta, która mistrza oskarżyła o nieczystość i została zawstydzona; było i kazanie w zwierzyńcu, a również i cud, który o brak zmysłów przyprawił czcicieli ognia; był Bodhisat jako władca, w królewskiej dostojności; było cudowne narodzenie, była śmierć w Kusinagarze, gdzie słaby jego uczeń postradał przytomność. Wprost niezliczone razy powtarzało się rozmyślanie pod drzewem Bodhi, a już na każdym miejscu było wyrażone uwielbienie jego miseczki żebraczej. W czas niedługi kustosz przekonał się, że jego gość nie był ot sobie dziadygą klepiącym pacierze, lecz uczonym o wielkich zdolnościach. Chodzili tam i z powrotem, przyglądając się wszystkiemu, a lama zażywał tabaki, przecierał okulary i z szybkością pędzącego pociągu paplał bez przerwy jakąś wariacką mieszaniną Urdu i tybetańskiego. Słyszał o podróżach chińskich pątników, Fo-Hiana i Hwen-Thianga, i rad był się dowiedzieć, czy istnieje jaki przekład ich pamiętników. Wzdychał głęboko, przerzucając bezradnie stronice książki Béala i Stanisława Juliena.

70

Wszystko jest tutaj. Cały skarbiec zamknięty!

71

Po czym przybrał postawę pełną szacunku, by posłuchać urywków naprędce przetłumaczonych na gwarę urduską. Po raz pierwszy posłyszał o pracach uczonych europejskich, którzy za pomocą tych oraz setki innych dokumentów stwierdzili tożsamość świętych miejsc czczonych przez buddystów. Następnie pokazano mu potężną mapę, poplamioną i wyżółkłą. Brunatny palec lamy posuwał się od znaku do znaku za ołówkiem kustosza. Tu była Kapilavastu, tam Królestwo Środka, indziej zaś Maha Bodhi, Mekka buddystów, a oto Kusinagara, smutne miejsce zgonu świętego. Starzec na chwilę pochylił w milczeniu głowę nad arkuszami, a kustosz zapalił nową fajkę. Kim dawno zasnął. Gdy się obudził, rozmowa, wciąż jeszcze w toku będąca, była już dlań bardziej zrozumiała.

72

— I tak się stało, o źródło mądrości, że postanowiłem udać się do miejsc świętych, po których stąpała jego noga: do miejsca narodzin, do samej Kapili… potem do Maha Bodhi, czyli Buddh Gaya… do klasztoru… do zwierzyńca… do miejsca jego zgonu.

73

Lama zniżył glos.

74

— Sam tu przychodzę… Od pięciu… siedmiu… ośmiu… czterdziestu lat dręczyła mnie myśl, że stary zakon religii naszej nie dochowuje się w stanie nieskalanym, gdyż wkradły się doń sprawy czartowskie, gusła i bałwochwalstwo. Nawet dziecko na ulicy powiedziało o tym przed chwilą. Tak właśnie, powiedziało dziecko: — but parast!

75

— Tak się dzieje z każdą religią.

76

— Tak sądzisz? Rozczytywałem się w księgach mego klasztoru i zdawało mi się, jak gdyby szpik w nich wysechł; a późniejszy obrządek, którym obarczyliśmy się sami, my zwolennicy prawa reformowanego, również nie miał wartości w moich starych oczach. Nawet wyznawcy Najdoskonalszego drą koty pomiędzy sobą. Wszystko to złudzenie, tak, maya, złudzenie. Ale ja pragnę czego innego…

77

Poryta, żółta twarz przysunęła się na trzy cale do twarzy kustosza, a długi paznokieć palca wskazującego pukał po stole.

78

— Wasi uczeni za pomocą tych książek wytropili błogosławione jego stopy we wszystkich jego wędrówkach, lecz są jeszcze rzeczy, których oni nic dociekli. Ja nie wiem nic… nic nie wiem… ale chcę się wyzwolić z błędnego koła wszechrzeczy, krocząc drogą szeroką i otwartą.

79

Uśmiechnął się triumfująco z wielką prostotą.

80

— Jako pątnik do miejsc świętych zdobywam sobie zasługę. Ale na tym nie koniec; posłuchaj rzeczy prawdziwej. Gdy nasz Pan łaskawy w leciech[15] młodych szukał sobie towarzyszki żywota, na dworze jego ojca mówiono, że jest on nazbyt wątły, by mógł wstępować w związek małżeński. Czy wiesz o tym?

81

Kustosz skinął głową, zaciekawiony, co teraz nastąpi.

82

— Przeto ustanowiono trojakie zawody na siłę dla wszystkich, którzy przystąpią do turnieju. Gdy przyszło do próbowania łuku, Pan nasz najpierw złamał łuk, który mu podano, a potem zażądał takiego, którego nikt nie mógł napiąć. Wiesz o tym?

83

— Pisano o tym. Czytałem.

84

— Strzała, prześcignąwszy wszystkie cele, osiągnięte przez innych, pomknęła hen w dal, aż znikła z oczu. Na koniec spadła; tam gdzie dotknęła ziemi, wytrysnął strumyk, który obecnie stał się rzeką, ta zaś (dzięki łaskawości Pana naszego i tych zasług, jakie zdobył sobie, zanim się wyzwolił) ma tę własność, iż zmywa wszelką zmazę i zakałę grzechu z każdego, kto się w niej wykąpie.

85

— Tak napisano — rzekł kustosz markotnie.

86

Lama odetchnął głęboko.

87

— Gdzie ta rzeka? O źródło mądrości, powiedz, gdzie utkwił ów bełt?

88

— Niestety, nie wiem tego, mój bracie — rzekł kustosz.

89

— Nie, jeżeli raczyłeś zapomnieć… to jedyna rzecz, o której mi nie powiedziałeś. Chyba i to jest ci wiadome? Patrz, jestem człowiekiem starym! Błagam cię, kładąc głowę u stóp twoich, o źródło mądrości! My wiemy, że On napiął łuk. Wiemy, że strzała upadła! Wiemy, że wytrysnął strumień! Więc kędyż jest owa rzeka? We śnie słyszałem głos, że ją odnajdę. Dlatego przybyłem… jestem tu… ale gdzież jest rzeka?

90

— Sądzisz, że gdybym wiedział, nie wołałbym na cały głos o tym?

91

— Przez nią zyskuje się wybawienie z Kołowrotu Wszechrzeczy — ciągnął dalej lama, nie zważając na jego słowa. — Rzeka Strzały! Pomyśl jeszcze nad tym!… Może jakiś mały strumyczek, wyschnięty od upałów? Lecz Najświętszy nigdy by tak nie oszukiwał starca.

92

— Nie wiem… nie wiem…

93

Lama znowu przybliżył na odległość dłoni swą twarz, tysiącem zmarszczek okrytą, do twarzy Anglika.

94

— Widzę, że nie wiesz. Ponieważ nie jesteś wyznawcą zakonu, sprawa ta zakryta jest przed tobą.

95

— Tak… zakryta… zakryta…

96

— Jesteśmy obaj związani, ja i ty, mój bracie. Lecz ja — (tu podniósł się, powłócząc miękkimi zwojami grubego sukna) — chcę wyzwolić się przebojem! Chodź razem ze mną!

97

— Mam obowiązki — rzekł kustosz — ale gdzie ty iść zamierzasz?

98

— Najpierw do Kashi (Benares)… gdzieżby indziej? Tam, w tym mieście spotkam jednego z wyznawców czystej wiary w świątyni Jainów. On również jest poszukiwaczem tajemnicy i może od niego nabędę jakichś wiadomości. Może pójdzie on wraz ze mną do Buddh Gaya, stamtąd na północ i zachód do Kapilavastu, tam zaś będę dowiadywał się o rzekę. Nie, będę szukał wszędzie, gdziekolwiek droga mi wypadnie, albowiem nieznane jest miejsce, gdzie upadła strzała.

99

— A jak będziesz szedł? Do Delhi jest spory kawał drogi, a do Benares jeszcze dalej.

100

— Drogami i kolejami. Od Pathânkot, gdy opuściłem góry, aż tutaj jechałem pociągiem. O, jak on jedzie prędko! Zrazu zdumiewałem się, widząc te wysokie drągi, sterczące wzdłuż toru, z których nieustannie wysnuwały się druty — (tu gestami naśladował wznoszenie się i opadanie słupów telegraficznych, migających koło pociągu. — Lecz później chwyciły mnie kurcze i zapragnąłem iść piechotą, jak miałem w zwyczaju.

101

— A czy jesteś pewny drogi? — zapytał kustosz.

102

— O, na to wystarczy się tylko rozpytywać i płacić, a osoby do tego wyznaczone odsyłają każdego na właściwe miejsce. Tego dowiedziałem się z pewnego źródła w klasztorze — rzekł lama chełpliwie.

103

— A kiedy pójdziesz?

104

Kustosza rozśmieszyło to skojarzenie staroświeckiej pobożności i nowoczesnego postępu, które jest cechą dzisiejszych Indii.

105

— Zaraz, skoro będę mógł. Zwiedzę miejsca, gdzie On żył, aż dojdę do Rzeki Strzały. Zresztą… oto papier, na którym wypisano godziny odjazdu pociągów idących na południe.

106

— A jak z jedzeniem?

107

Lamowie zazwyczaj mają przy sobie sporo pieniędzy, lecz kustosz chciał się upewnić co do tego.

108

— W podróży noszę z sobą, za wzorem Mistrza, miskę żebraczą. Tak. Idę tak jak On, zapominając o wygodach mego klasztoru. Gdy opuściłem góry, był ze mną chela (żak), który żebrał dla mnie, jak tego wymagają przepisy, lecz gdyśmy niedługo popasali[16] w Kulu, zmarł na febrę. Teraz nie mam cheli, lecz będę nosił miskę żebraczą i tak ludziom miłosiernym dam sposobność do pozyskania zasług.

109

Wstrząsnął odważnie głową. Uczeni mnisi-lamaiści nie chodzą po prośbie, lecz ten lama był zapaleńcem w swoich poszukiwaniach.

110

— No dobrze — rzekł kustosz, uśmiechając się. — Pozwól teraz, bym ja zdobył zasługę. Jesteśmy obaj z jednego cechu. Oto jest nowy zeszyt z białego angielskiego papieru, tu zaś kilka ołówków grubych i cienkich, dobrych dla pisarza. A teraz użycz mi swych okularów.

111

Kustosz spojrzał przez nie. Były bardzo porysowane, ale siła szkieł była niemal ta sama co w jego okularach, które wręczył lamie, mówiąc:

112

— Spróbuj ich.

113

— Ależ, jak piórko! Jakbym piórko miał na twarzy! — starzec pokręcił głową z zachwytu i zmarszczył nos. — Prawie ich nie czuję, jakże wyraźnie przez nie widzę!

114

— One są bilaur, kryształowe, i nigdy się nie porysują. Niech ci one dopomogą zajść do twej rzeki, gdyż są twoją własnością.

115

— Wezmę je, jak też te ołówki i biały zeszyt — mówił lama — jako znak przyjaźni dwóch kapłanów… a teraz… — podłubał za pasem, wyciągnął inkrustowany piórnik żelazny i położył go na stole kustosza. — To na pamiątkę ode mnie… ten piórnik. Jest on nieco stary, jak i ja sam.

116

Był to wyrób chiński z żelaza, jakiego już dzisiaj nie leją, okryty starożytnym deseniem, a kustoszowi, w którym ozwała się żyłka kolektorska, serce rwało się do niego od pierwszego wejrzenia. Lama żadną miarą, mimo namowy kustosza, nie chciał z powrotem przyjąć swego daru.

117

— Gdy powrócę, odnalazłszy rzekę, przyniosę ci opatrzony napisami obraz Padma Samthory, jeden z tych, jakie malowałem na jedwabiu w klasztorze. Tak… i jeszcze obraz Koła Życia — zachichotał — gdyż jesteśmy obaj mistrzami jednego cechu.

118

Kustosz miał chętkę jeszcze go zatrzymać; już niewielu w świecie było takich, którzy znali tajemnicę tradycyjnych pędzelkowych malowideł buddyjskich, co to są jakby na wpół malowane, a na wpół pisane. Lecz lama, zadarłszy głowę, ruszył krokiem posuwistym i przystanąwszy na chwilę w zamyśleniu przed wielkim posągiem zadumanego Bodhisata, wymknął się przez drzwi obrotowe.

119

Kim poszedł za nim jak cień. To, co podsłuchał, podnieciło go niezmiernie. Ten człowiek był czymś zupełnie nowym we wszystkich jego przeżyciach, więc Kim postanowił go śledzić, całkiem jak gdyby chodziło tu o zbadanie nowego gmachu lub przyjrzenie się jakiemuś osobliwemu obchodowi w mieście Lahorze. Lama był jego odkryciem, więc chłopak zamierzał wziąć go w posiadanie. Matka Kima była też Irlandką!

120

Starzec zatrzymał się koło Zam-Zammah i rozejrzał się wokoło, aż wzrok jego padł na Kima. W tej chwili nie znać było w nim zapału, jaki ożywiał go w pielgrzymce; czuł się starym, porzuconym[17] i doznawał dziwnej pustki.

121

— Nie wolno siadać pod tą armatą! — huknął policjant wyniośle.

122

— Hu-hu! Ty sowo! — odciął się Kim w obronie lamy. — Siądź pod armatą, staruszku, jeżeli masz ochotę. Kiedy to ukradłeś pantofle mleczarce, Dunnoo?

123

Była to potwarz zgoła nieuzasadniona, rzucona pod wrażeniem chwili, ale zdołała uciszyć policjanta Dunnoo, który wiedział, że donośny krzyk Kima potrafi zwołać, w razie potrzeby, zastępy złośliwych uliczników.

124

— Komu oddawałeś tam cześć? — ozwał się Kim uprzejmie, przycupnąwszy w cieniu obok lamy.

125

— Nie oddawałem czci nikomu, moje dziecię. Pokłoniłem się Wzniosłemu Prawu.

126

Kim bez wzruszenia posłyszał o tym nowym bożku; znał się już niecoś na podobnych sprawach.

127

— A czym ty się zajmujesz?

128

— Żebrzę. Przypomniałem sobie, że to już czas niemały, jak nie jadłem i nie piłem. Jaki jest w tym mieście zwyczaj zbierania jałmużny? W milczeniu, jak u nas w Tybecie, czy też głośno?

129

— Ci, którzy żebrzą po cichu, umierają też po cichu z głodu! — rzekł Kim, przytaczając ludowe przysłowie. Lama próbował powstać, lecz zwalił się z nóg i siadł powtórnie, wzdychając za swoim uczniem, który zmarł w odległym Kulu. Kim, odchyliwszy w bok głowę, przypatrywał mu się z zaciekawieniem i w zadumie.

130

— Daj mi miseczkę. Znam ludzi w tym mieście… wszystkich, którzy są miłosierni. Daj, a odniosę ci ją pełną strawy.

131

Starzec potulnie jak dziecko wręczył mu miseczkę.

132

— Odpocznij sobie. Ja znam ludzi tutejszych.

133

Podreptał do straganu kundżri (przekupki z niskiej kasty), co znajdował się naprzeciwko toru tramwajowego, poniżej Bazaru Motee. Znała ona Kima od dawna.

134

— Oho! Czy stałeś się yogi, że chodzisz z tą miską żebraczą? — zawołała.

135

— Nie! — odparł Kim wyniośle. — W mieście zjawił się nowy kapłan… człowiek, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem.

136

— Stary kapłan, młody tygrys! — odezwała się z gniewem kobieta. — Oj, daliż mi się we znaki ci nowi kapłani! Złażą się jak muchy do moich towarów! Czyż ojciec mego syna jest studnią miłosierdzia, by dawać wszystkim, którzy proszą?

137

— Nie! — rzekł Kim. — Twój mąż jest nie tyle yogi (świątobliwy), co yagi (złego charakteru). Lecz ten kapłan jest zupełnie nowym przybyszem. Sahib z Domu Cudów gwarzył z nim za pan brat. No, matko, napełnijcie mi tę miskę! On czeka.

138

— Miskę… ciewy[18]! Toć to cebrzyk wielkości krowiego brzucha! Jesteś tu w łaskach, jak święty byk Shivy. On mi tu już rano wygarnął co najlepsze cebule z koszyka, a teraz, dalibóg, muszę tobie napełniać michę! On tu znów nadchodzi!…

139

Ogromny, myszaty byk bramiński torował sobie drogę wśród różnokolorowej gawiedzi, a z pyska zwisał mu skradziony banan. Zmierzał wprost do straganu, znając dobrze przywileje poświęcanego bydlęcia; pochylił łeb i sapał ciężko nad rzędem koszyków, jak gdyby w nich przebierając. Naraz wystrzelił w górę mały twardy obcas Kima i trzasnął buhaja w oślizgłe, sine nozdrza. Ów parsknął gniewnie i przeszedł na drugą stronę szyn tramwajowych, z wściekłością wstrząsając garbem.

140

— Widzisz! Uratowałem ci trzy razy więcej, niżby cię kosztowało napełnienie tej miski. No a teraz, matko, daj krzynkę ryżu, a na to trochę suszonej ryby… tak, i jeszcze nieco zupy jarzynowej.

141

Z głębi kramika[19], gdzie leżał jakiś człowiek, doszedł pomruk.

142

— On odpędził byka — ozwała się baba półgłosem. — Dobrze przecie dać coś ubogiemu.

143

Wzięła miskę i odniosła ją pełną gorącego ryżu.

144

— Ależ mój yogi nie jest krową! — rzekł Kim poważnie, wygrzebując palcami dziurę w wierzchołku kopiastej strawy. — Przydałoby się trochę polewki i pieczonego ciasta, a kęs smażonych owoców też by go ucieszył, jak sądzę.

145

— Ten dołek jest tak duży, jak twoja głowa! — sarknęła baba; mimo to napełniła wgłębienie smaczną, dymiącą zupą jarzynową, przywaliła to z wierzchu sucharem, na sucharku położyła wiórko[20] świeżo wybitego masła, a z boku pacnęła grudkę kwaśnej marmelady[21] tamaryndowej. Kim z lubością wpatrywał się w ten stos.

146

— No, wystarczy! Ilekroć będę na targowicy[22], byk nie zajrzy do tego domu. Bezczelny z niego żebrak!

147

— A ty? — zaśmiała się przekupka. — Ale wyrażaj no się dobrze o bykach. Czyżeś mi sam nie opowiadał, że kiedyś tam ma przyjść do ciebie z pola Ryży Byk, by ci pomagać. A teraz zabieraj to żarcie i poproś tego świątka o błogosławieństwo dla mnie. Może on też zna jakieś leki na bolące oczyska mojej córki. Zapytaj go o to, Mały Przyjacielu całego świata!

148

Lecz Kim wyfrunął jeszcze przed domówieniem tego zdania, wymykając się kundlom pariasów i zgłodniałym znajomkom.

149

— Tak zbieramy jałmużnę my, którzy wiemy, jak się brać do rzeczy! — rzekł chełpliwie do lamy, który wybałuszył oczy, ujrzawszy zawartość miski. — A teraz frygaj… i ja też z tobą się pożywię. Ohe bhistie! — zawołał na nosiwodę polewającego kleszczowiny[23] koło muzeum. — Daj no tu wody! Nam, ludziom, chce się pić!

150

— Nam, ludziom! — rzekł bhistie, śmiejąc się. — Czy jedna łagiew skórzana wystarczy na dwu takich ludzi? Pijcież sobie w imię miłosierdzia.

151

Wypuścił cienki strumień wody na ręce Kima, który pił na sposób gminu; lecz lama uznał za konieczne wydobyć kubek z niewyczerpanego zanadrza i pił z przejęciem.

152

— To pardesi (cudzoziemiec) — wyjaśnił Kim, gdy starzec niezrozumiałą gwarą wypowiedział coś, co ponoć było błogosławieństwem.

153

Zajadali pospołu z wielkim zadowoleniem, aż wyjedli do czysta całą miskę. Następnie lama zażył tęgi niuch z drewnianej tabakiery o baniastym, potwornym kształcie, przez chwilę przesuwał paciorki różańca i tak nieznacznie, w miarę jak wydłużał się cień Zam-Zammah, staruszek zapadł w snadny[24] sen, właściwy jego wiekowi.

154

Kim powlókł się do najbliższej sklepikarki, co sprzedawała tytoń; była to mahometanka, osóbka jeszcze młoda i dość żwawa. Poprosił ją o mocno woniejące cygaro z gatunku, jaki sprzedają słuchaczom uniwersytetu pendżabskiego, małpującym zwyczaje angielskie. Zapalił je, usiadł pod lufą działa i podparłszy brodę kolanami, zamyślił się. Wynikiem rozmyślań była nagła wyprawa chyłkiem w stronę tartaku Nila Rama.

155

Lama nie obudził się, aż dopiero, gdy z nastaniem wieczoru zatętnił żywszy ruch w całym mieście, gdy rozbłysły latarnie i gdy biało ubrani urzędnicy oraz ich podwładni zaczęli wychodzić z biur rządowych. W oszołomieniu wytrzeszczał oczy na wszystkie strony, ale nikt nie zwracał nań uwagi, oprócz jakiegoś łobuziaka-Hindusa w brudnym zawoju i słomianego koloru szatkach. Nagle pochylił głowę na kolana i jęknął.

156

— Co ci to? — ozwał się chłopak, stając przed nim. — Czy cię okradziono?

157

— Mój nowy chela poszedł sobie precz ode mnie i nie wiem, gdzie się obraca.

158

— A jak wyglądał ten twój żak?

159

— Był to chłopiec zesłany mi z łaski niebios na miejsce tego, który umarł. Byłem przezeń wynagrodzon za zasługę, jaką pozyskałem, oddając tam oto pokłon Zakonowi — tu wskazał ręką w stronę muzeum. — Zjawił się, by pokazać mi drogę, którą straciłem był z oczu. Wprowadził mnie do Domu Cudów i swą gawędą ośmielił mnie do rozmowy ze Strażnikiem Wizerunków, tak iż stałem się rześki i silny na duchu. A gdy osłabłem z głodu, on żebrał o jadło dla mnie, jakby to czynił chela dla swego nauczyciela. Był mi nagle zesłany i nagle też odszedł ode mnie… a ja miałem zamiar uczyć go Zakonu, idąc z nim razem do Benares!…

160

Kim stał, olśniony tymi słowy. Wszak podsłuchał był rozmowę w muzeum i wiedział, że starzec mówił prawdę; a jest to rzecz, którą krajowiec rzadko przypisze cudzoziemcowi.

161

— Lecz teraz widzę, że on był mi zesłany tylko dla jakiegoś celu. Z tego wnoszę, że odnajdę pewną rzekę, której poszukuję.

162

— Rzekę Strzały? — rzekł Kim z uśmiechem wyższości.

163

— Czyżby to był jeszcze jeden zesłaniec niebios? — krzyknął lama. — Nikomu prócz Strażnikowi Wizerunków nie mówiłem o mych poszukiwaniach. Ktoś ty?

164

— Twój chela — rzekł Kim prostodusznie, przysiadając na piętach. — W życiu nie widziałem nikogo, kto by był tobie podobny. Pójdę z tobą do Benares. Poza tym sądzę, że człek tak stary jak ty, mówiący szczerą prawdę ludziom przypadkowo napotkanym o zmroku, bardzo potrzebuje ucznia.

165

— Ale ta rzeka… Rzeka Strzały?

166

— Ee! Słyszałem o niej wtedy, gdy rozmawiałeś z Anglikiem. Leżałem pod drzwiami.

167

Lama westchnął.

168

— Myślałem, że zostałeś mi z niebios zesłany na przewodnika. Takie rzeczy czasem się zdarzają… ale jam tego niegodzien. Więc ty nie wiesz nic o tej rzece?

169

— Nic mi do niej! — roześmiał się Kim jakoś przykro. — Ja chcę szukać… szukać byka… Ryżego Byka w zielonym polu, który ma mi pomagać.

170

Ilekroć ktoś ze znajomych wystąpił z jakim zamiarem, Kim — iście po chłopięcemu — na poczekaniu snuł własne pomysły; i również, jak to chłopak, naprawdę ze dwadzieścia minut wszystkiego myślał o przepowiedni swego ojca.

171

— W czym pomagać, dziecino? — zapytał lama.

172

— Bogu to tylko wiadomo, ale tak mi mówił mój ojciec. Słyszałem w Domu Cudów twoje opowiadanie o tych najprzeróżniejszych dziwnych miejscowościach wśród gór; jeżeli więc ktoś tak stareńki i tak nawykły do mówienia prawdy może puszczać się w podróż dla rzeczy tak błahej, jak jakaś tam rzeka, to zdawało mi się, że i ja też powinienem ruszyć w drogę. Jeżeli naszym przeznaczeniem jest znaleźć te rzeczy, to je odnajdziemy — ty swoją rzekę, a ja swego Byka i te mocne Filary, i jeszcze kilka rzeczy, które już mi wyszły z pamięci.

173

— Ja chciałbym się uwolnić nie od Filarów, lecz od Błędnego Koła — rzekł lama.

174

— Wszystko jedno. Może mnie tam zrobią królem — rzekł Kim pogodnie, przygotowany na wszystko.

175

— W drodze nauczę cię innych i lepszych pragnień — odparł lama tonem zwierzchniczym. — Chodźmy do Benares.

176

— Nie teraz po nocy. Na drodze pełno zbójców. Zaczekajmy do dnia.

177

— Ależ tu nie ma gdzie zanocować.

178

Starzec przyzwyczajony był do klasztornego porządku i choć zgodnie z regułą sypiał na ziemi, jednak wolał i w tym przestrzegać przyzwoitości.

179

— Dostaniemy klawy nocleg w Seraju Kaszmirskim! — rzekł Kim, śmiejąc się z jego zafrasowania. — Mam tam przyjaciela. Chybaj za mną!

180

Skwarne i rojne targowiska świeciły blaskiem oślepiającym, gdy oni przebijali się przez ciżbę, złożoną ze wszystkich ras Górnych Indii; lama szedł po omacku, jak lunatyk. Była to pierwsza jego bytność w wielkim mieście fabrycznym, toteż przepełniony wagon tramwajowy przerażał go ustawicznym zgrzytem hamulców. Raz popychany, to znów ciągnięty za rękę, doszedł wreszcie do wysokich wrót Seraju Kaszmirskiego. Był to duży i odsłonięty plac naprzeciw dworca kolejowego, opasany sklepionymi podcieniami; obozowały tam karawany wielbłądów i koni powracających z Azji środkowej. Przebywali tu ludzie z wszelkich szczepów północnych, pilnując spętanych kucyków i klęczących wielbłądów; ładowali i wyładowywali juki i tłumoki; skrzypiącym żurawiem ciągnęli ze studni wodę na ugotowanie wieczerzy; rzucali sterty siana rżącym i łyskającym ślepiami ogierom; okładali razami warczące psy karawanowe, wypłacali należność poganiaczom wielbłądów, najmowali nową służbę, przeklinali, wrzeszczeli, kłócili się i targowali na zatłoczonym dziedzińcu. Podcienia, do których wiodły po trzy lub cztery murowane schodki, tworzyły przystań bezpieczną dokoła tego burzliwego morza. Większość ich wynajęto przekupniom, tak jak się wynajmuje arkady wiaduktów; przestrzeń między słupami była zamurowana lub podzielona przepierzeniami na izby, których broniły ciężkie, drewniane dźwierze[25] i niezgrabne kłódki wyrobu krajowego. Tu i ówdzie zamknięte na głucho dźwierze świadczyły, że właściciel wyjechał, a nieco koszlawe[26] — czasem nawet bardzo koszlawe — gryzmoły, wypisane kredą lub farbą, głosiły, dokąd się udał. Na przykład:

181

Lutuf Ulah pojechał do Kurdystanu”.

182

A poniżej rubaszny dopisek:

183

O Allachu, który pozwalasz wszom łazić po chałacie Kabula, czemuś pozwolił tej gnidzie, Lutufowi, żyć tak długo?

184

Kim, osłaniając lamę w ścisku rozgorączkowanych ludzi i zwierząt, szedł boczkiem wzdłuż krużganków aż do najdalszego zakątka, tuż przy dworcu kolejowym, gdzie przemieszkiwał handlarz koni, Mahbub Ali, ilekroć powrócił z owego tajemniczego kraju za przełęczami północnymi.

185

Kim miał już wiele styczności z Mahbubem Ali w ciągu swego krótkiego żywota — zwłaszcza w wieku od dziesięciu do trzynastu lat, a rosły i otyły Afgańczyk o brodzie ubarwionej farbką na szkarłatno (był bowiem już podstarzały i nie chciał, by widziano, że ma siwe włosy), cenił w chłopcu wybornego donosiciela plotek. Czasem polecał Kimowi śledzić człowieka, który nie miał nic wspólnego z końmi, chodzić za nim przez cały dzień boży i donosić o każdym, z kim ów rozmawiał. Wieczorem Kim zdawał szczegółowo sprawę ze wszystkiego, a Mahbub przysłuchiwał się bez słowa, a choćby najmniejszego poruszenia. Kim wiedział, że to pachnie jakąś intrygą, ale jej wartość zasadzała się na tym, by nie pisnąć o tym nikomu prócz Mahbuba, który częstował go pysznymi, podanymi na gorąco, potrawami z jadłodajni u wnijścia do seraju, a raz nawet dał mu aż osiem ann w brzęczącej monecie.

186

— Stary jest w domu — rzekł Kim, palnąwszy w nos nadąsanego wielbłąda. — Hej, Mahbubie Ali!

187

Zatrzymał się pod mroczną arkadą i szusnął poza plecy oszołomionego lamy.

188

Koniarz, rozpuściwszy na sobie ciemny, wzorzysty pas bucharski, wylegiwał się na parze jedwabnych czapraków, pykając gnuśnie z ogromnej srebrnej hookah[27]. Posłyszawszy wołanie, nieznacznie tylko odwrócił głowę, a widząc jeno wysoką, milczącą postać, zachichotał w głębi piersi:

189

— Allach! Lama! Czerwony lama! Z Lahory daleko do przełęczy górskich. Cóż ty tu porabiasz?

190

Lama odruchowo podniósł miskę żebracką.

191

— Klątwa boża na wszystkich niewiernych! — ozwał się Mahbub. — Nie dam nic wszawemu Tybetańczykowi, ale poproś moich Baltisów, tam poza wielbłądami. Oni ocenią twoje błogosławieństwa. Hej, koniuchy! Jest tu wasz krajan! Dowiedzcie się, czy nie głodny!

192

Wygolony, przygarbiony Baltis, który przybył z końmi, a był niejako niższego stopnia buddystą, jął nadskakiwać duchownemu i grubymi krtaniowymi dźwiękami zaprosił świątobliwego do ogniska koniuchów.

193

— Idź! — rzekł Kim, trącając go z lekka; lama oddalił się, pozostawiając Kima u węgła podcieni.

194

— Wynocha! — ozwał się Ali Mahbub, zabierając się znów do hookah. — Idźże na cztery wiatry, mały Hindusie! Przekleństwo boże na wszystkich niewiernych! O jałmużnę proś tych z mojej drużyny, którzy wyznają twoją wiarę!

195

— Maharadżo! — zaskomlał Kim, używając hinduskiego sposobu tytułowania i wielce ubawiony tą sytuacją — ojciec mi umarł… matka mi umarła… w żołądku mam pustkę…

196

— Proś moich ludzi, którzy pilnują tabunu, powiedziałem ci już! Wśród mojej czeladzi musi być kilku Hindusów.

197

— Ach, Mahbubie Ali, czyż ja jestem Hindusem? — rzekł Kim po angielsku.

198

Koniarz nie okazał po sobie zdziwienia, lecz spojrzał spod krzaczastych brwi.

199

— Mały Przyjacielu całego świata — przemówił — co to ma znaczyć?

200

— Nic. Jestem obecnie żakiem tego świętego człowieka i razem udajemy się w pielgrzymkę… do Benares, jak powiada. On ma ćwieka w głowie, a mnie już się znudziło w mieście Lahorze. Pragnę innej wody i innego powietrza.

201

— Lecz dla kogo pracujesz? Po coś przybył do mnie? — w głosie jego opryskliwym można było wyczuć podejrzenie.

202

— A do kogóż miałem przyjść? Nie mam pieniędzy. Niedobrze to podróżować bez grosza przy duszy. Ty sprzedasz oficerom wiele koni. Cacane konisie udało ci się nabyć!… jużem się im przyjrzał. Daj mi rupię, Mahbubie Ali, a gdy dochrapię się majątku, wystawię ci rewers i zapłacę.

203

— Hm! — rzekł Mahbub Ali, wpadłszy na nową myśl. — Nigdy mnie dotąd nie okłamałeś. Zawołaj tego lamę… i ukryj się w ciemności.

204

— O, nasze opowiadania będą zupełnie zgodne! — rzekł Kim, śmiejąc się.

205

— Idziemy do Benares — mówił lama, skoro zrozumiał treść pytań Mahbuba Alego. — Chłopiec i ja. Ja chcę szukać jednej rzeki…

206

— Niechta… ale chłopiec?

207

— Jest moim uczniem. Był mi, jak sądzę, zesłany z niebios, by zaprowadzić mnie do tej rzeki. Siedziałem pod armatą, gdy on nagle się zjawił. Oto, co zdarzyło się szczęśliwcowi, któremu dano mieć przewodnika. Ale przypominam sobie… on mówił, że jest z tego świata… jest Hindusem…

208

— A jak się nazywa?

209

— Nie pytałem go o to. Czy nie jest moim uczniem?

210

— A jego kraj… rasa… gmina? Muzułmanin, Hindus, sikh czy jain? Z niższej czy wyższej kasty?

211

— Na cóż go miałem o to pytać? Na Środkowej Drodze nie ma ani wysokich, ani niskich. Jeżeli on jest mym chela, to czyż ktoś zechce… zdoła… potrafi mi go odebrać?… Zważ, że bez niego nie odnajdę mej rzeki! — pokiwał uroczyście głową.

212

— Nikt ci go nie zabierze. Idź, siądź sobie pomiędzy moimi Baltisami — rzekł Mahbub Ali, a lama oddalił się uspokojony obietnicą.

213

— Czyż on nie jest zbzikowany całkowicie? — rzekł Kim, wysuwając się znów ku światłu — Czemuż bym miał cię okłamywać, Hadżi?

214

Mahbub pykał hookah, milcząc; nagle ozwał się niemal szeptem:

215

— Umballa jest na drodze do Benares…. o ile rzeczywiście obaj tam idziecie…

216

— Pff! Pff! Mówię ci, że on nie umie kłamać… jak to my obaj umiemy.

217

— I jeżeli zajdziesz z mym zleceniem do samej Umballi, to dam ci pieniądze. Chodzi tu o konia… białego ogiera, którego sprzedałem jednemu oficerowi, ostatnim razem, gdy wracałem z przesmyków górskich. Lecz wtedy… stań bliżej i podnieś ręce, jakbyś żebrał… rodowód siwego ogiera nie został jeszcze całkowicie stwierdzony i ów oficer, który jest w Umballi, prosił mnie o wyjaśnienia — (tu Mahbub opisał konia i wygląd oficera). — Więc zlecenie, które ci daję do tego oficera, brzmi jak następuje: „Rodowód siwego ogiera jest całkowicie ustalony”. Tym sposobem on pozna, że przychodzisz ode mnie. On wtedy zapyta: „jaki masz dowód?” a ty odpowiesz: „Mahbub Ali dał mi dowód”.

218

— I to wszystko dla białego ogiera! — ozwał się Kim, parskając śmiechem, a oczy mu się zaświeciły.

219

— Ten rodowód dam ci zaraz… moim sposobem… a przy tym kilka przykrych słów.

220

Jakiś cień przemknął się za Kimem i za żującym wielbłądem… Mahbub Ali podniósł głos:

221

— Na Allacha! Czy jesteś jedynym żebrakiem w mieście? Matka ci umarła, ojciec umarł… tak to bywa u nich wszystkich! Dobrze, dobrze… — odwrócił się, jakby szukał czegoś na podłodze za sobą, i cisnął chłopcu pulchną i tłustą grzankę mahometańską. — Idź i prześpij się wraz z lamą pomiędzy koniuchami. Jutro dam ci jakieś zajęcie.

222

Kim wymknął się, a zatopiwszy zęby w grzance znalazł w niej, jak się spodziewał, mały zwitek welinowego papieru zawinięty w ceratę oraz trzy srebrne rupie… niebywała hojność! Uśmiechnął się i włożył pieniądze wraz z papierem do skórzanej sakiewki z amuletami. Lama, wspaniale nakarmiony przez Baltisów Mahbuba Alego, spał już w kącie stajni. Kim położył się obok niego i wybuchnął śmiechem. Wiedział, że wyświadczył jakąś przysługę Mahbubowi Ali, i ani na chwilę nie wierzył bujdzie o rodowodzie ogiera.

223

Atoli Kim nie podejrzewał wcale, że Mahbub Ali, znany jako jeden z najlepszych koniarzy w Pendżabie, bogaty i przedsiębiorczy kupiec, którego karawany docierały aż hen poza tamtą połać świata, był zarejestrowany w jednej z tajnych ksiąg Indyjskiego Oddziału Topograficznego jako C-25 I. B. Dwa lub trzy razy do roku C-25 przysłał tam krótką opowieść, napisaną niewytwornie, ale bardzo zajmującą i zazwyczaj (potwierdzały to raporty R-17 i M-4) najzupełniej prawdziwą. Była w niej mowa o najrozmaitszych odległych księstewkach górskich, o podróżnikach narodowości innej niżeli angielska, o handlu bronią… słowem była to drobna cząstka owej nieprzebranej ilości „otrzymanych wiadomości”, na jakich opiera się rząd indyjski. Lecz niedawno pięciu sprzymierzonych królów, którzy nie mieli powodu do zawierania przymierza, dostało wiadomość od pewnego życzliwego im mocarstwa północnego, że z ich obszarów przedostają się wieści do Indii angielskich. Przeto pierwsi ministrowie owych królów, poważnie zaniepokojeni, postanowili zaradzić temu iście wschodnim sposobem. Mieli w podejrzeniu, pomiędzy wielu innymi, gburowatego, rudobrodego koniarza, którego karawany brnęły przez ich warownie, zapadając się po brzuchy w śniegu; w każdym razie w tym właśnie czasie urządzono dwukrotnie zasadzkę na karawanę i ostrzeliwano ją, a ludzie Mahbuba donosili o trzech nieznanych opryszkach, którzy, kto wie, czy nie byli najęci do tej sprawki. Dlatego Mahbub nie popasał[28] w parszywym mieście Peshawur i nie zatrzymując się poszedł na przełaj do Lahory, gdzie, znając swoich ziomków, spodziewał się ciekawego obrotu dalszych wypadków.

224

To właśnie było powodem, że Mahbub Ali ani na godzinę dłużej, niż należało, nie chciał zatrzymywać przy sobie owego drobno złożonego świstka welinowego papieru, owiniętego w ceratę… inaczej mówiąc, owego bezimiennego, niezaadresowanego doniesienia z pięciu ledwo dostrzegalnymi nakłuciami w rożku, które w najhaniebniejszy sposób zdradzało pięciu sprzymierzonych królów, życzliwe im mocarstwo północne, hinduskiego bankiera w Peshawur, firmę rusznikarską w Belgii i wpływowego, na wpół niezależnego władcę mahometańskiego na południu. To ostatnie było sprawozdaniem R-17, które Mahbub zabrał z sobą za przełęczą Dora i przyniósł w zastępstwie R-17, gdyż ów wskutek okoliczności od niego niezależnych nie mógł opuścić swego posterunku. Dynamit był rzeczą niewinną i błahostką wobec tego raportu C-25; a nawet człowiek Wschodu, mający wschodnie poglądy co do wartości czasu, zdawał sobie sprawę, że im prędzej dostanie się to do rąk właściwych, tym lepiej dla niego. Mahbub nie miał zbyt wielkiej ochoty umrzeć śmiercią gwałtowną, ponieważ czekało go kilka niedokończonych krwawych porachunków rodzinnych za granicą, a dopiero po ich załatwieniu zamierzał osiąść gdzieś na stałe jako mniej więcej cnotliwy obywatel. Przez dwa dni po owym przybyciu nie przekroczył ani razu bramy seraju, tylko sterczał na widoku ludzkim, wysyłając telegramy to do Bombaju, gdzie umieścił część swych pieniędzy, to do Delhi, gdzie jego wspólnik, z tego co on plemienia, sprzedawał konie ajentowi państewka radżputańskiego, to znów do Umballi, gdzie jakiś Anglik natarczywie domagał się rodowodu białego ogiera. Uliczny skrybent, umiejący po angielsku, układał świetne telegramy, jak np.: Creighton, Laurel Bank, Umballa, Koń jest arabski, jak już donoszono. Zmartwiony opóźnieniem rodowodu, który tłumaczę. Później pod tymże adresem: Bardzo zmartwiony zwłoką. Rodowód poślę. Do wspólnika w Delhi telegrafował: Lutuf Ullah. Telegrafowałem dwa tysiące rupij twój rachunek bank Luchmana Naraina. Były to sprawy czysto kupieckie, lecz każdy z owych telegramów był wielokrotnie omawiany przez ludzi postronnych, snadź bardzo w tym zainteresowanych, jeszcze zanim dostały się na stację kolejową, zaniesione przez głupkowatego Baltisa, który wszelkim ludziom pozwalał odczytywać je po drodze.

225

Gdy Mahbub Ali, mówiąc własnym jego obrazowym językiem, zamącił źródła dociekań kijem ostrożności, spadł mu na kark Kim, jakby z nieba zesłany — więc równie sprytny, jak nieliczący się z niczym koniarz, nawykły do korzystania z wszelkich ryzykownych sposobności, zaprzągł go natychmiast do roboty.

226

Wędrowny lama i chłopiec z gminu, pielgrzymując po Indiach, kraju pielgrzymów, mogli na chwilę wzbudzić czyjeś zaciekawienie, lecz nikomu nie przyszłoby na myśl, by ich podejrzewać o cokolwiek, lub, co gorsza, ograbić.

227

Kazał sobie podać nową fajerkę do hookah i zamyślił się nad tą sprawą. Gdyby się to stało, co mogło się stać najgorszego, tj. gdyby chłopcu przydarzyło się jakieś nieszczęście, to świstek papieru nie mógł obwiniać nikogo. A sam Mahbub wolnym czasem[29] udałby się do Umballi i — ryzykując nieco, że wzbudzi nowe podejrzenia — powtórzyłby ustnie swą opowieść osobom zainteresowanym.

228

Jednakowoż jądrem całej sprawy był raport R-17 i byłby to wyraźny pech, gdyby ów nie doszedł do rąk właściwych. Bądź co bądź, Bóg jest wielki, a Mahbub Ali miał przeświadczenie, że uczynił na razie wszystko, co się dało. Kim był jedyną w świecie istotą, która nigdy go nie okłamała. Byłoby to fatalną skazą w charakterze Kima, gdyby Mahbub nie wiedział, że wobec innych ludzi, dla własnych celów lub w interesach Mahbuba, Kim umiał łgać jak prawy syn Wschodu.

229

Następnie Mahbub Ali przetoczył się przez seraj ku bramie harpij, podmalowujących sobie oczy i zastawiających sidła na cudzoziemców, i zadał sobie niejaki wysiłek, by odwiedzić jedną z tych dziewek; jak miał powody przypuszczać, była ona osobistą przyjaciółką gładkolicego pandita kaszmirskiego, który zaczepiał prostodusznego Baltisa na drodze, dopytując się o telegramy. Był to ze strony Mahbuba postępek bardzo niedorzeczny; albowiem wbrew przykazaniom proroka oboje zaczęli pić wonną wódkę, przy czym Mahbub przedziwnie się strąbił, iż rozwarły się wrzeciądze ust jego, zaś następnie jął na chwiejnych od trunku nogach uganiać się za Kwiatem Rozkoszy, aż upadł jak długi na poduszki, gdzie Kwiatuchna z pomocą kaszmirskiego gładysza-pandita obszukała go jak najstaranniej od stóp do głowy.

230

Mniej więcej o tej samej godzinie Kim posłyszał ciche stąpania w opuszczonej stajni Mahbuba. Koniarz (rzecz dość dziwna!) nie zaryglował był drzwi, wychodząc, a ludzie jego, otrzymawszy całą owcę z łaski pana, święcili uroczyście dzień powrotu do Indii. Gracki młodzieniec z Delhi, uzbrojony pękiem kluczy, które Kwiat Rozkoszy odwiązała nieprzytomnemu od pasa, przetrząsnął każdą z osobna skrzynkę, tobołek, siennik i kulbakę należącą do Mahbuba, jeszcze dokładniej, aniżeli Kwiat i pandit obmacali samego właściciela.

231

— A ja sądzę — odezwała się pogardliwie Kwiatuchna w godzinę później, opierając się zgiętym łokciem na chrapiącym cielsku — że on jest po prostu tylko pospolitą świnią, afgańskim koniarzem, co myśleć nie umie o niczym, ino o koniach i kobietach. Zresztą on mógł to już dawno wysłać… jeżeli w ogóle było coś podobnego.

232

— Nie… to, co się tyczy pięciu królów, kryje się pewno przy samym jego czarnym sercu! — rzekł pandit. — Czy tam nic nie było?

233

Człowiek z Delhi, który wszedł w tej chwili, roześmiał się i poprawił zawój.

234

— Szukałem pod podeszwami jego pantofli, tak jak Kwiatuchna przemyszkowała jego odzież. To nie ten człowiek, ale ktoś inny. Przed moim wzrokiem mało co się ukryje.

235

Oni nie mówili, że to ten sam człowiek — rzekł pandit w zamyśleniu. — Powiedzieli mi tylko: zbadaj, czy to on, ponieważ pokrzyżowano nasze zamysły.

236

— Ten kraj północny roi się od koniarzy jak stary chałat od wszy. Tam kupczą: Sikandar-chan, Nur Ali beg, Farrukh-szach… wszystko naczelnicy Kafilów — wtrąciła Kwiatuchna.

237

— Ci jeszcze tu nie zawitali — rzekł pandit — musisz ich później usidlić.

238

— Tfy! — ozwała się Kwiatuchna z głębokim obrzydzeniem, strącając ze swych kolan głowę Mahbuba. — Ale też haruję na te pieniądze! Farrukh-szach to niedźwiedź, Ali beg haraburda, a stary Sikandat-chan… o rety! No wynocha! idę spać. Ten wieprz ani się nie ruszy do białego dzionka.

239

Gdy Mahbub się ocucił, Kwiatuchna palnęła mu tęgie kazanie o grzechu pijaństwa. Azjaci ani okiem nie mrugną, gdy im się uda wywieść wroga w pole, atoli gdy Mahbub Ali przepłukał sobie gardło, przyciągnął pasa i zataczając się, wyszedł na świat, wyiskrzony jeszcze od zarannych gwiazd — niewiele brakowało, a byłby się zdradził.

240

— Ależ to szczenięcy kawał! — mówił sam do siebie. — Jak gdyby pierwsza lepsza dziewka w Peshawur już nie próbowała tej sztuczki! Ale wykonane było co się zowie! Teraz Bogu tylko wiadomo, ilu tam jeszcze po drodze jest takich, którzy mają polecenia, by zbadać mnie… może nawet nożem. Na tym więc stanęło, że chłopiec musi ruszyć do Umballi… i to koleją… gdyż pismo jest rzeczą naglącą. Ja pobędę sobie tutaj, przywalając się do Kwiatuchny i trąbiąc wino, jak przystało na koniarza afgańskiego.

241

Zatrzymał się koło stajni sąsiadującej z jego własną. Ludzie jego spoczywali, ujęci twardym snem — Kim i lama zginęli bez śladu.

242

— Wstawaj! — trącił jednego ze śpiących. — Gdzie poszli ci, którzy tu dzisiaj nocowali… ten lama i chłopiec? Czy co nie zginęło?

243

— Nie — stęknął parobek. — Stary wariat zerwał się za drugim pianiem koguta, mówiąc, że chce iść do Benares, i a ten brzdąc kajsi[30] go wyprowadził.

244

— Przekleństwo Allacha na wszystkich niewiernych! — zaklął Mahbub siarczyście i wygramolił się do własnej stajni, mamrocząc coś pod nosem.

245

W istocie jednak to Kim zbudził lamę — Kim, który, przytknąwszy oko do dziury od sęka pozostałej w przepierzeniu, dostrzegł człowieka baraszkującego wśród skrzyń. Nie mógł to być zwykły złodziej, jeżeli przewracał listy, rachunki i siodła… ani też jakiś tam włamywacz, skoro nożykiem rozcinał po bokach podeszwy mahbubowych pantofli lub tak zręcznie wypruwał szwy w kulbakach. W pierwszej chwili Kim miał zamiar narobić rejwachu — wydając przeciągły okrzyk: choorchoor (złodziej! złodziej!), który nocą zdoła obudzić cały seraj i rozjaśnić go jak w dzień; lecz po chwili zaczął ostrożniej patrzeć na tę sprawę, a położywszy rękę na amulecie, wysnuł sobie właściwe przypuszczenia.

246

— Tu chodzi o rzekomy rodowód tego zmyślonego konia — rzekł sobie — właśnie o to, co mam zanieść do Umballi. Lepiej, żebyśmy ruszyli natychmiast w drogę. Ci, którzy nożami przeszukują tobołki, mogą też z kolei poszperać nożem w brzuchu. Ani chybi, w tym być musi jakaś kobieta. Hej, hej! — szepnął do lekko śpiącego staruszka. — Chybaj! Już czas… czas już iść do Benares.

247

Lama wstał posłusznie i obaj jak cienie wyszli z seraju.

Rozdział II

Racz się swej pychy wyzbyć (nie lekceważ

Człeka ni zwierząt), skłoń ucho, ponieważ

Z duszą całego Wschodu styczność miewasz

Tu, koło Buddy w Kamakurze.

248

Wkroczyli na dworzec kolejowy, co, podobien[31] warowni, czernił się w szarzyźnie ustępującej nocy. Elektryka lśniła, migotała nad dziedzińcem towarowym, gdzie skupia się wielki handel zbożowy całej północy.

249

— To dzieło czarta! — rzekł lama, wzdrygając się wobec głucho odbrzmiewającej ciemności, wobec połyskiwania szyn między murowanymi pomostami i labiryntu belkowania nad głową. Stanął w olbrzymiej hali kamiennej, brukowanej, zda się, pokotem leżących zwłok… byli to podróżni trzeciej klasy, co nabyli bilety na nocny pociąg i spali w poczekalniach. Dla ludzi wschodnich wszystkie godziny doby są jednakowe i ruch pasażerski tętni w nich zawżdy równomiernie.

250

— Oto tutaj zajeżdżają wozy ogniste. Za tym otworem — tu Kim wskazał kasę biletową — stoi człowiek, który da ci papier na przejazd do Umballi.

251

— Ależ my jedziemy do Benares — odparł ów przekornie.

252

— Wszystko jedno. Więc do Benares. Prędko! Już nadjeżdża!

253

— Weź moją sakiewkę!

254

Lama, nie tak otrzaskany z koleją, jak się chlubił, zadrżał na całym ciele, gdy na dworzec wpadł z hukiem pociąg odjeżdżający na południe o godzinie 3 minut 25 rano. Śpiący zerwali się do życia, a dworzec napełnił się wrzawą i rwetesem, nawoływaniem sprzedawaczy[32] wody i łakoci, krzykami policjantów-krajowców i przeraźliwymi piskami niewiast, co zbierały do kupy koszyki, dziatwę i mężulków.

255

— To pociąg… zwykły te-rain[33]. On tu nie przyjdzie. Zaczekaj.

256

Zdumiony niezmierną prostodusznością lamy, który wręczył mu trzosik pełny rupij, Kim poprosił o bilet do Umballi i uiścił należność. Zaspany urzędnik chrząknął i rzucił mu bilet do najbliższego przystanku, odległego tylko o sześć mil.

257

— Nie! — ozwał się Kim, odczytując go z wyszczerzonymi od śmiechu zębami. — Na to wziąć można chłopa, ale ja jestem z miasta Lahory. Mądrze to było zrobione, babu (panie)! Dajże mi teraz bilet do Umballi.

258

Babu spojrzał nań spode łba i dał należyty bilet.

259

— A teraz jeszcze drugi do Amritzar — rzekł Kim, który nie umiałby trwonić pieniędzy Mahbub Alego na coś takiego niedorzecznego jak płatna jazda do Umballi. — Cena wynosi tyle a tyle. Należy się akurat tyle drobnych reszty. Znam się na podróżowaniu koleją… Nigdy żaden yogi nie potrzebował cheli tak jak ty — ciągnął dalej wesoło do zahukanego lamy. — Gdyby nie ja, kazaliby ci wysiadać w Biau Mir. Tędy droga! Chybaj!

260

Oddał mu pieniądze, zatrzymując sobie jedynie po annie od każdej rupii należnej za bilet do Umballi jako porękawiczne[34]… odwieczne tu w Azji porękawiczne.

261

Lama znarowił się znowu u otwartych drzwi napchanego wagonu trzeciej klasy.

262

— Czy nie lepiej byłoby iść? — ozwał się bojaźliwie.

263

Opasły rzemieślnik sikhijski wytknął z wagonu brodaty łeb.

264

— Czy on się boi? Nie bójże się! Pamiętam czasy, gdy i ja się bałem pociągu. Wejdźże! Przecież to rząd zbudował!

265

— Ja się nie boję — rzekł lama. — Czy macie tam miejsce dla dwóch?

266

— Nawet mysz nie znajdzie tu miejsca — pisnęła żona zamożnego rolnika, hinduskiego Dżata z bogatego okręgu Dżullundur. — Nasze pociągi nocne nie są tak wygodnie urządzone jak dzienne, gdzie płeć męska i żeńska jadą w oddzielnych wagonach.

267

— Ach, matko mego syna, możemy zrobić im miejsce — odezwał się jej małżonek w błękitnym zawoju. — Podnieś dziecko. Czy nie widzisz, że to człowiek święty.

268

— A mój podołek zawalony jest po siedemkroć siedemdziesięcioma tobołkami! Czemuż nie poprosisz go, by mi siadł na kolanach, bezwstydniku? Ale wy, mężczyźni, zawszeście jednacy!

269

Rozejrzała się wokoło, szukając poparcia. Lekkich obyczajów dziewczyna z Amritzar, siedząca przy oknie, prychnęła nosem pod ciężką namitką[35].

270

— Wchodźcie! wchodźcie! — krzyknął tłusty lichwiarz hinduski, biorąc pod pachę zmiętoszoną książkę rachunkową, owiniętą w płótno. — Dobrze to być uprzejmym dla ubogich — dodał z obleśnym uśmiechem.

271

— Tak, na siedem procent miesięcznie wraz z zastawem nieurodzonego jeszcze cielęcia! — rzekł młody żołnierz dograński, jadący na urlop na południe. Wszyscy się roześmiali.

272

— Czy pociąg jedzie do Benares? — zapytał lama.

273

— Juści! Po cóż byśmy tu przyszli? Wchodź albo nas zostawią! — krzyczał Kim.

274

— Widzieliście! — zapiszczała dziewka z Amritzar. — On nigdy nie wsiadał do pociągu. Patrzajcie, ludzie!

275

— No, pomóżcie mu! — rzekł kmieć, wysuwając potężną ogorzałą łapę i wciągając nieboraka. — Już po całej paradzie, ojcze!

276

— Ale… ale… siądę na ziemi. Byłoby to wbrew regule, gdybym usiadł na ławce — rzekł lama. — Zresztą nogi mi cierpną.

277

— Powiadam — zaczął lichwiarz, krzywiąc usta — że nie ma takich prawideł przyzwoitego życia, do których naruszenia nie zmuszałyby nas te koleje! Na ten przykład, siedzimy tu jeden obok drugiego, choć należymy do wszelkich kast i narodów.

278

— Tak, i nawet obok największych bezwstydników — odezwała się baba, patrząc złośliwie na dziewkę z Amritzaru, strzelającą oczyma w stronę młodego sipaja.

279

— Mówiłem ci przecież, że mogliśmy jechać wasągiem[36] po gościńcu — rzekł małżonek — przez co zaoszczędzilibyśmy nieco grosza.

280

— Tak… i dwa razy więcej, niżby się zaoszczędziło, wydalibyśmy na jadło przez drogę. Mówiło się o tym dziesięć tysięcy razy!

281

— Tak, i dziesięcioma tysiącami języków! — mruknął chłop.

282

— Niechże Bóg ma w swej opiece nas, biedne kobiety, jeżeliby nie było nam wolno się wygadać. Oho! Ten to jest z tego rodzaju ludzi, co to ani spojrzy na kobietę, ani do niej nie zagada! — (Albowiem lama, skrępowany prawidłami zakonu, nie zwracał na nią najmniejszej uwagi.) — A czy jego żak jest taki sam?

283

— Nie, matko — wypalił Kim bez namysłu. — Wcale nie jestem taki, gdy kobieta jest ładna, a przede wszystkim litościwa dla głodnego.

284

— Odpowiedź godna żebraka — rzekł sikh, śmiejąc się. — Samaś wywołała wilka z lasu, siostro!

285

Kim nadstawił ręce błagalnie.

286

— A dokąd ty się trajdasz? — zapytała kobieta, podając mu połowę placka, który wydobyła z zatłuszczonego zawiniątka.

287

— Aż do Benares.

288

— Pewnoście kuglarze? — domyślał się młody wojak. — Nie pokazalibyście jakich sztuczek dla zabicia czasu? Czemu ten żółty człowiek ani ust nie otworzy?

289

— Dlatego — rzekł Kim wyniośle — że jest to człek święty i myśli o rzeczach, które są ci niedostępne.

290

— Niech sobie myśli zdrów! My, sikhowie loodhiańscy — wypowiedział to głosem dobitnym — nie zaprzątamy sobie głowy mądrościami. My walczymy!

291

— Bratanek mojej siostry jest naikiem (kapralem) w tym pułku — rzekł spokojnie rzemieślnik sikhijski. — Jest tam też kilka kompanii dograńskich.

292

Żołnierz przeszył go wzrokiem, gdyż Dogra jest z innej kasty niż sikh; bankier zachichotał.

293

— Dla mnie oni wszyscy jednacy — ozwała się dziewka z Amritzaru.

294

— O, temu wierzymy! — parsknęła złośliwie wieśniaczka.

295

— Nie… ale ci, którzy z bronią w ręku służą rządowi, stanowią, bądź co bądź, jedno bractwo. Jest jedno braterstwo broni, ale poza tym… — rozejrzała się trwożnie dokoła — związek Pulion… pułk… hę?

296

— Brat mój służy w pułku Jatów — rzekł wieśniak. — Dograsy to dobrzy ludzie.

297

— Tego przynajmniej zdania są twoi sikhowie — rzekł żołnierz, spojrzawszy z ukosa na spokojnego starca w kącie. — Twoi sikhowie tak myśleli, gdy dwie nasze kompanie nie dalej jak trzy miesiące temu przybyły im z pomocą pod Pirzai Kotal przeciwko ośmiu chorągwiom afrydyjskim, stojącym na szczytach gór.

298

Jął opowiadać dzieje bojów pogranicznych, w których dograńskie kompanie sikhów loodhiańskich dzielnie się spisały. Dziewka z Amritzaru uśmiechnęła się, gdyż wiedziała, że opowieść miała na celu zdobycie uznania z jej strony.

299

— Niestety! — ozwała się na koniec kmiotka. — Więc ich wioski zgorzały, a małe dzieci zostały bez dachu?

300

— Oni oszelmowali[37] naszych poległych. Przypłacili to porządnie, bo my, sikhowie, daliśmy im tęgą nauczkę. Tak to było! Czy to już Amritzar?

301

— Tak, i tu przecinają bilety — rzekł bankier, obmacując kaletkę u pasa.

302

Światło lamp już pobladło w rannym brzasku, gdy konduktor mieszanej rasy zaczął obchodzić wagon. Oglądanie biletów jest pracą nader żmudną na Wschodzie, gdzie ludzie ukrywają je po najosobliwszych schowkach. Gdy Kim pokazał swój bilet, kazano mu wyjść z wagonu.

303

— Ależ jadę do Umballi — sprzeciwił się. — Jadę z tym świętym człowiekiem.

304

— Nie pojedziesz ani do diabła zielonego, póki tu jestem. Bilet jest tylko do Amritzar. Fora ze dwora!

305

Kim zalał się łez strugą, upierając się, że lama jest jego ojcem i matką, on zaś sam jest podporą jego lat zgrzybiałych, przeto staruszek zginie bez jego opieki. Cały wagon jął błagać konduktora o litość (bankier był tu szczególnie wymowny) — lecz nieubłagany kolejarz wywlókł Kima na peron. Lama zmrużył oczy, niedowidząc, i nie mógł pojąć, co się stało; Kim podniósł głos i zaczął beczeć, nie odchodząc spod okna wagonu.

306

— Jestem bardzo biedny. Ojciec mi umarł, matuś pomarła. O litościwi ludkowie, jeżeli tutaj pozostanę, któż zaopiekuje się tym starowiną?

307

— Co… to ma znaczyć? — powtarzał lama. — On musi jechać do Benares. On musi jechać ze mną. To mój chela. Jeżeli trzeba zapłacić…

308

— Bądźcie cicho! — szepnął Kim. — Czy jesteśmy radżami, by wyrzucać pieniądze, gdy świat tak jest miłosierny?

309

Dziewka z Amritzaru wysiadała właśnie z tobołkami; na nią to Kim zwrócił baczną uwagę. Wiedział, że damy i tej profesji bywają hojne.

310

— Bilet… maleńki tikkut[38] do Umballi… O kruszycielko serc! — (ona zaśmiała się). — Nie maszże litości?

311

— Czy święty człowiek przybywa z północy?

312

— Z bardzo, bardzo dalekiej północy — krzyknął Kim — aż z gór!

313

— Tam na północy jest śnieg pośród sosen… śnieg jest wśród gór. Moja matka była z Kulu. Naści, kup sobie bilet. Poproś go o błogosławieństwo.

314

— Dziesięć tysięcy błogosławieństw! — darł się Kim piskliwie. — O Najświętszy, oto kobieta obdarzyła nas litościwie tak, iż mogę jechać z tobą… kobieta o złotym sercu… Lecę po tikkut.

315

Dziewka podniosła oczy na lamę, który bezwiednie wyszedł za Kimem na peron. Ów pochylił głowę, by jej nie widzieć, i wymamrotał coś po tybetańsku, gdy minęła go wraz z tłumem.

316

— Lekko przyszła… lekko odeszła! — rzekła złośliwie wieśniaczka.

317

— Zdobyła sobie zasługę — odparł lama. — Pewno to była mniszka.

318

— W samym tylko Amritzar jest dziesięć tysięcy takich mniszek. Wracaj, dziadku, albo cię pociąg odjedzie[39]! — krzyczał bankier.

319

— Nie tylko wystarczyło na bilet, ale nawet się okroiło na kęs jadła — odezwał się Kim, dając susa na swoje miejsce. — Wcinaj teraz, Najświętszy. Patrz, już dzień nadchodzi!

320

Mgły poranne, to złote, to rumiane, szafranowe i różowe, snuły się w dal po płaskich, zielonych równinach. Cały Pendżab, urodzajny i zamożny, rozciągał się w blasku promiennego słońca. Lama wzdrygał się nieco, gdy migać zaczęły słupy telegraficzne.

321

— Wielka jest szybkość pociągu — rzekł bankier z uśmiechem protekcjonalnym. — Odjechaliśmy dalej od Lahory, niżbyś zdołał przejść w ciągu dwóch dni. Wieczorem przyjedziemy do Umballi.

322

— A i stamtąd jeszcze daleko do Benares — rzekł lama posępnie, mrucząc coś nad ciastkami, które podał mu Kim. Wszyscy rozwinęli węzełki i wzięli się do śniadania, po czym bankier, wieśniak i żołnierz nabili sobie lulki i napełnili cały przedział duszącym, gorzkim dymem, spluwając, kaszląc i gawędząc. Sikh i wieśniaczka żuli pan (mieszanina liści i orzeszków betelu); lama zażywał tabakę i liczył różaniec, natomiast Kim, skuliwszy nogi pod siebie, uśmiechał się, myśląc z rozkoszą o nasyceniu żołądka.

323

— Jakie rzeki macie koło Benares? — zagadnął nagle lama, zwracając się do całego wagonu.

324

— Jest Ganges — odparł bankier, gdy ustał pokątny śmiech.

325

— A jakie jeszcze inne?

326

— Jakaż inna, jeżeli nie Ganges?

327

— Nie… bo ja myślałem o pewnej rzece uzdrawiającej.

328

— To właśnie Ganges. Kto się w nim wykąpie, staje się czysty i idzie do bogów. Trzykrotnie odbywałem pielgrzymkę nad Ganges! — rozejrzał się dumnie wokoło.

329

— Było ci to potrzebne! — ozwał się oschle młody sipaj, a śmiech pasażerów spadł tym razem na bankiera.

330

— Czysty… by powrócić znów do bogów… — mamrotał lama. — I na nowo podjąć bieg żywotów… i być wciąż przykutym do Koła… — potrząsnął głową markotnie. — Ale może to pomyłka. Któż więc stworzył Ganges na początku?

331

— Bogowie. Jakiegoś ty wyznania? — zapytał przerażony bankier.

332

— Wyznaję Prawo… najwznioślejsze Prawo. A więc to bogowie stworzyli Ganges? Jacyż to byli bogowie?

333

Wszyscy podróżni spojrzeli nań ze zdumieniem. Było rzeczą niepojętą, jak ktoś mógł nie słyszeć o Gangesie.

334

— Czym… czymże jest twój bóg? — rzekł na koniec lichwiarz.

335

— Słuchajcie! — rzekł lama, przekładając różaniec do ręki. — Słuchajcie, bo oto mówię o Nim! O ludu Indii, słuchaj!

336

Zaczął gwarą urduską opowiadać o władcy Buddzie, lecz poniosły go myśli i z wolna przeszedł w narzecze tybetańskie, przytaczając długie, brzękliwe teksty z książki chińskiej, opisującej życie Buddy. Łagodne, wyrozumiałe pospólstwo patrzyło nań z szacunkiem. Całe Indie pełne są ludzi świętych, bełkocących kazania religijne w obcej mowie, wstrząsanych i trawionych ogniem żarliwości, marzycieli, gadułów, jasnowidzów. Tak było od wieków i będzie do końca.

337

— Uhm! — ozwał się żołnierz z pułku sikhów loodhiańskich. — W Pirzai Kotal obozował tuż koło nas pułk mahometański; ich duchowny (był on, o ile pamięć mnie nie zawodzi, naikiem), gdy go coś napadło, mówił też proroctwa. Ale szaleńcy są pod opieką bożą. Oficerowie niejedno wybaczali temu człowiekowi.

338

Lama powrócił do gwary Urdu, uświadomiwszy sobie, że znajduje się w obcym kraju.

339

— Posłuchajcie opowieści o strzale, którą nasz Pan wyrzucił z łuku.

340

To było im bardziej do smaku, więc słuchali ciekawie jego bajania.

341

— A teraz, o ludu Indii, idę szukać tej rzeki. Czy nie wiecie przypadkiem, jak mógłbym tam dotrzeć, gdyż wszyscy podlegamy złym przypadłościom?

342

— To Gunga… tylko Gunga (Ganges)… który zmywa grzechy… — poszedł pomruk po całym wagonie. — Bądź co bądź, mamy tu dobrych bogów koło Jullundur — odezwała się wieśniaczka, wyglądając przez okno. — Patrz no, jak pobłogosławili zbiory.

343

— Odszukiwanie każdej rzeki w Pendżabie niełatwym jest przedsięwzięciem — rzekł jej mąż. — Mnie wystarczy strumień, który zostawia mulny osad na mych gruntach, i dziękuję za to Bhumii, bóstwu pieleszy domowych.

344

Wzruszył muskularnym, ogorzałym ramieniem.

345

— Czy myślisz, że nasz Pan zaszedł tak daleko na północ? — rzekł lama, zwracając się w północną stronę.

346

— Być może — odparł Kim tonem pochlebiającym, cyknąwszy na podłogę śliną czerwoną od soku z liści betelu.

347

— Ostatnim z wielkich — rzekł sikh tonem wyższości — był Sikander Julkarn (Aleksander Wielki). On wybrukował ulice Jullundur i zbudował wielki zbiornik wody koło Umballi. Te bruki zachowały się po dziś dzień, a cysterna też się tam znajduje. O twoim bogu zaś nigdy nie słyszałem.

348

— Zapuść długie włosy i mów po pendżabsku — przemówił żartobliwie do Kima młody żołnierz, przytaczając przysłowie północne. — Oto wszystko, na co stać sikha! — ale tego nie dopowiedział nazbyt głośno.

349

Lama westchnął i skurczył się w sobie, tworząc żółtawą, bezkształtną bryłę. W przerwach rozmowy można było posłyszeć stłumione mamrotanie: Om mani pad me hum! Om mani padme hum!… i poszczękiwanie drewnianych gałek różańca.

350

— Męczy mnie to — rzekł w końcu. — Chyżość jazdy i turkot kół wyczerpuje mnie… Poza tym, mój chelo, myślę, że możeśmy już przejechali ową rzekę.

351

— Cichajże, cichaj! — rzekł Kim. — Czyż ta rzeka nie znajduje się koło Benares? Jesteśmy jeszcze daleko od kresu podróży.

352

— Ale… jeśli nasz Pan poszedł na północ, tedy może to być jedna z tych rzeczułek, któreśmy przebyli.

353

— Nie wiem.

354

— Lecz tyś mi był zesłany, czyż nie byłeś mi zesłany?… za zasługi, jakie sobie zdobyłem tam… w Such-zen. Wyszedłeś spoza armaty… miałeś dwie twarze… i dwa ubrania…

355

— Ciszej! Nie należy tutaj mówić o tym… — szepnął Kim. — Byłem tam tylko w jednej postaci. Pomyśl jeszcze, a przypomnisz sobie. Chłopiec… chłopiec hinduski… przy wielkiej, zielonej armacie…

356

— Lecz czyż nie było tam również Anglika z białą brodą… świątnika pomiędzy obrazami… który jeszcze mnie bardziej utwierdził w przekonaniach co do Rzeki Strzały?

357

— On… my… myśmy poszli do Ajaib Gher w Lahorze, by się tam pomodlić do bogów — wyjaśnił Kim przysłuchującemu się towarzystwu. — Sahib z Domu Cudów rozmawiał z nim… tak, naprawdę… jak z bratem… Jest to człek bardzo świątobliwy, hen spoza gór. Usiądźże! Niezadługo będziemy w Umballi.

358

— Ależ moja rzeka… rzeka uzdrowienia?…

359

— Potem, jeżeli twoja wola, będziemy na piechty[40] uganiać się za tą rzeką. Nie ominiemy niczego… nawet najmniejszej strugi w przekopie.

360

— Ale i ty masz czegoś poszukiwać?

361

Lama uradowany, że ma tak dobrą pamięć, wyprostował się jak struna.

362

— A juści! — odrzekł Kim, basując mu. Chłopak był wielce szczęśliwy, że wyrwał się w świat szeroki, gdzie mógł żuć pan i widzieć dobrze usposobionych ludzi.

363

— To był byk… Ryży Byk, co ma przyjść i pomagać ci… i porwać cię… dokąd?…. wyleciało mi z pamięci. Ryży Byk w zielonym polu… nieprawdaż?

364

— Nie, nie porwie mnie nigdzie — rzekł Kim. — Opowiedziałem ci tylko taką bujdę.

365

— Co takiego? — wyrwała się wieśniaczka, pochylając się naprzód, aż zabrzękły[41] bransolety na jej ramieniu. — Czy obaj śnicie na jawie? Ryży Byk na zielonym polu, który porwie cię do nieba… czy też co? Czy było to jasnowidzenie? Czy ktoś gadał proroctwa? Dyć my mamy Ryżego Byka w wiosce za miastem Jullundur… i on lubi się pasać na najzieleńszym z naszych pól!

366

— Daj kobiecie babską klechdę, a krawczykowi[42] włókno i listek, to ci utkają różne dziwa! — rzekł sikh. — Wszyscy święci ludzie cięgiem roją, a ich uczniowie, idąc za mistrzami, też nabywają tej właściwości.

367

— A więc Ryży Byk… czyż nie tak? — powtórzył lama. — Może w poprzednim życiu pozyskałeś zasługę, a byk przyjdzie, by cię wynagrodzić.

368

— Nie… nie… była to tylko bajka, którą ktoś mi opowiedział… ot, żeby sobie zażartować. Mniejsza z tym! Lecz koło Umballi ja będę szukał Byka, a ty zaś możesz dopytywać się o rzekę i ochłonąć od turkotu pociągu.

369

— Może Byk wie o tym… że jest zesłany, by prowadzić nas obu — rzekł lama, pełen dziecięcej nadziei, po czym zwrócił się do obecnych, wskazując Kima: — Ten został mi zesłany dopiero wczoraj… Jak sądzę, nie jest on z tego świata.

370

— Spotykałam już wielu dziadów, a i świątków też niemało, aliści takiego yogi ani takiego żaka jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć! — rzekła baba.

371

Jej mąż stuknął się z lekka palcem w czoło i uśmiechnął się. Lecz niebawem, gdy lama zabierał się do jedzenia, częstowali go tym, co mieli najlepszego.

372

Na koniec — pomęczeni, senni i zakurzeni — wjechali na miejski dworzec w Umballi.

373

— Zatrzymujemy się tutaj z powodu procesu — odezwała się do Kima wieśniaczka. — Mieszkamy u młodszego brata stryjecznego mojego męża. W podwórzu znajdzie się tam ciupka dla twego yogi i dla ciebie. Czy… czy on udzieli mi błogosławieństwa?…

374

— O mężu święty! Kobieta o złotym sercu daje nam nocleg. Ten kraj południowy jest ziemią wielce gościnną. Widzisz, jak nas wspierano od samego świtu?

375

Lama, błogosławiąc, pochylił głowę.

376

— Sprowadzać tych sowizdrzałów na kark bratu stryjecznemu… — zaczął chłop, zakładając na ramię ciężką lagę bambusową.

377

— Twój młodszy brat stryjeczny jest winien coś niecoś stryjecznemu bratu mego ojca jeszcze za ucztę weselną swej córki! — postawiła się okoniem jego połowica. — Niechajże im da żreć na rachunek tego długu. Yogi pójdzie na żebry, w to nie wątpię.

378

— A ino! Pójdę żebrać na niego — rzekł Kim, myśląc tylko o tym, żeby dać lamie jakie schronisko na noc, ażeby sam mógł tymczasem odszukać Mahbubowego Anglika i pozbyć się rodowodu siwego ogiera.

379

— A teraz — odezwał się, gdy lama znalazł przystań w podwórku wystawnej kamienicy hinduskiej poza koszarami — ja odejdę na chwilę… żeby… żeby kupić na rynku coś do jedzenia. Nie oddalaj się stąd, dopóki nie wrócę.

380

— Powrócisz? Na pewno powrócisz? — tu starzec uchwycił go w przegubie. — I czy powrócisz w tej samej postaci? Czy już za późno, by jeszcze dziś w nocy wyruszyć na poszukiwanie rzeki?

381

— Za późno i za ciemno. Uspokój się. Pomyśl, ile drogi mamy już za sobą… jużeśmy o sto kos odjechali od Lahory.

382

— Tak… a jeszcze dalej od mego klasztoru… O rety! Jakiż to wielki i okropny kawał świata!

383

Kim wysmyknął się i dunął w miasto. Nigdy chyba tak niepozorna figurka nie niosła uwiązanego do szyi losu własnego i kilkudziesięciu tysięcy innych ludzi. Wskazówki Mahbuba Alego pozostawiały mu niewiele wątpliwości co do domu, w którym mieszkał rzeczony Anglik; w przekonaniu umocnił go fornal, wracający dwukolną bryczuszką z klubu. Pozostawało jedynie rozpoznać daną osobistość, przeto Kim przedarł się przez żywopłot i ukrył się w kępie bujnej trawy tuż koło werandy. Dom jarzył się od świateł, a służba uwijała się dokoła stołów zastawionych kwiatami, szkłem i srebrem. Naraz wyszedł Anglik ubrany na biało i czarno i nucił sobie jakąś melodię. Było zbyt ciemno, by można było rozeznać jego twarz, więc Kim, na sposób żebraków, chwycił się starego fortelu.

384

— Obrońco ubogich!

385

Anglik odwrócił się w stronę, skąd go doleciał głos.

386

— Mahbub Ali mówi…

387

— Aha! Cóż mówi Mahbub Ali?

388

Nie starał się nawet patrzeć na mówiącego i to potwierdziło domysły Kima.

389

— Rodowód białego ogiera jest całkowicie ustalony.

390

— Jakiż dowód na to?

391

Anglik smagał laseczką po żywopłocie róż, rosnącym wzdłuż alei.

392

— Mahbub Ali dał mi ten dowód.

393

Kim pstryknął palcami, wyrzucając do góry świstek zwiniętego papieru, który upadł na ścieżkę obok mężczyzny; ten przystąpił go nogą, ponieważ w tej chwili koło węgła przechodził ogrodnik. Gdy sługa się oddalił, mężczyzna podniósł zwitek z ziemi i upuścił rupię (Kim wyróżnił jej brzęk), po czym ani się nie obejrzawszy powlókł się do domu. Kim czym prędzej podniósł z ziemi pieniądz; lecz wbrew nawyczkom swego życia miał w sobie na tyle krwi irlandzkiej, że poczytywał srebro za najmniejszy zysk w każdej grze. Nade wszystko pragnął na własne oczy obaczyć skutki swego działania; toteż zamiast dać drapaka, położył się plackiem w trawie i przyczołgał się pod sam dom.

394

Indyjskie bungalow bywają otwarte na przestrzał, więc chłopak zobaczył, że Anglik wszedł do małej szatni w rogu werandy, gdzie było coś w rodzaju biura zawalonego bezładnym stosem papierów i zatłoczonego szafkami na dokumenty; tam usiadł i zaczął zgłębiać doniesienie Mahbuba Alego. Jego twarz, oświecona jasnym płomieniem lampy, mieniła się i posępniała, a Kim, nawykły jak każdy żebrak do obserwowania wyrazu twarzy ludzkich, poznał, że coś się święci.

395

— Willu! Willu, mój drogi! — zawołał głos kobiecy. — Powinieneś być w salonie. Oni tu będą za chwilę.

396

Mężczyzna czytał wciąż z uwagą.

397

— Willu! — ozwał się ten sam głos w pięć minut później. — On już przyjechał. Słyszę już tętent jeźdźców w alei.

398

Mężczyzna wybiegł z gołą głową, właśnie w porę, gdy wielka landara, za którą jechało czterech kawalerzystów-krajowców, zatrzymała się przed gankiem, a z niej wyszedł wysoki brunet, wyprostowany jak strzała, wyprzedzany przez młodego oficera, który śmiał się z zadowoleniem.

399

Kim leżał plackiem na brzuchu, niemal dotykając wysokich kół pojazdu. Jego człowiek i czarny przybysz zamienili z sobą dwa zdania.

400

— Pewnie, panie łaskawy — ozwał się z ochotą młody oficer. — Wszystko na bok, gdy chodzi o konia.

401

— Nie zajmie to nam więcej nad dwadzieścia minut czasu — rzekł człowiek, o którego Kimowi chodziło. — Możesz czynić honory domu… zabawiać ich… i co tam będzie potrzeba.

402

— Każ zaczekać jednemu z konnych — rzekł wysoki mężczyzna i obaj odeszli do szatni w chwili, gdy powóz ruszył z powrotem. Kim zobaczył ich głowy pochylone nad posyłką Mahbuba Ali i słyszał ich głosy — jeden cichy i pełen szacunku, drugi dobitny i stanowczy.

403

— Nie jest to kwestia tygodni, ale dni… niemal godzin — mówił starszy. — Oczekiwałem tego od dłuższego czasu, lecz to — tu plasnął ręką w papier przysłany przez Mahbuba — jest potwierdzeniem mych domysłów. Czy i Grogan jest tu dziś na kolacji?

404

— Tak jest, a Macklin również.

405

— Doskonale. Pomówię z nimi sam. Sprawa będzie, oczywiście, przedstawiona na Radzie, lecz jest to taki wypadek, w którym usprawiedliwione byłoby natychmiastowe podjęcie akcji przez nas. Trzeba ostrzec brygady w Pind i Peshawur. Wprowadzi to nieporządek w luzowaniu straży pogranicznej, ale na to nie ma rady. Nasza w tym wina, żeśmy nie rozbili ich doszczętnie za pierwszym razem. Osiem tysięcy wystarczy.

406

— A jak z artylerią?

407

— Muszę się porozumieć z Macklinem.

408

— Więc to ma być wojna?

409

— Nie. Ukaranie. Gdy jest się skrępowanym działalnością swego poprzednika…

410

— Ale C-25 mógł skłamać.

411

— On dostał wieści od innych. Ściśle rzecz biorąc, oni już przed sześciu miesiącami pokazywali pazury. Lecz Devenishowi się zdawało, że są pewne widoki pokoju. W rzeczywistości oni tylko skorzystali z tego, by się wzmocnić. Wyślij zaraz te telegramy… według nowego klucza, nie według starego… moje i Whartona. Sądzę, że nie powinniśmy dać paniom dłużej czekać na siebie. Resztę możemy obmyślić przy cygarach. Myślałem, że tak się stanie… To kara… nie wojna.

412

Gdy żołnierz kłusem odjechał, Kim przeczołgał się na tyły domu, gdzie polegając na swych doświadczeniach z Lahory spodziewał się znaleźć strawę… i wyjaśnienia. W kuchni rojno było od krzątających się kuchcików, z których jeden go kopnął.

413

— Aj! — krzyknął Kim, udając łzy. — Przyszedłem tu jeno pomyć naczynia, w zamian za wyżerkę.

414

— Cała Umballa przychodzi tu po to. Idźże sobie precz! Zaraz poniosę zupę. Czy myślisz, że my, którzy służymy u Creigthona sahiba, potrzebujemy pomocy obcych kuchcików podczas wielkiej kolacji?

415

— O, to jakaś wielka wieczerza! — rzekł Kim, przyglądając się talerzom.

416

— Nie dziwota! Gościem, którego mamy zaszczyt przyjmować, jest ni mniej ni więcej tylko sam Jang-Lat Sahib (głównodowodzący).

417

— Oho! — rzekł Kim gardłowym głosem, doskonale oddając nutę podziwu. Dowiedziawszy się tego, o co mu szło, skorzystał z chwili, gdy kuchta się odwrócił, i odszedł.

418

— I tyle zachodów — rzekł do siebie, myśląc, jak zwykle, po hindostańsku — o głupi koński rodowód! Mahbub Ali powinien by chodzić do mnie na naukę kłamstwa. Dotychczas, ilekroć nosiłem jakieś zlecenia, była w to wmieszana kobieta. Teraz chodzi o mężczyzn. Tym lepiej. Ten wysoki mówił, że poślą wielkie wojsko, by kogoś… gdzieś… ukarać… wyprawią wieści do Pindi i Peshawur. Są tam i armaty… Gdybym też podkradł się bliżej! To niebywałe nowiny!

419

Powróciwszy do domu, zastał stryjecznego brata wieśniaka omawiającego z wieśniakiem, jego żoną i kilkoma przyjaciółmi cały proces familijny z wszystkimi jego szczegółami i kruczkami, natomiast lama drzemał. Po wieczerzy ktoś podał mu fajkę chłodnicową, a Kim czuł się niemal mężczyzną, gdy wytrząsał ją nad gładką łupiną kokosową, wyciągnąwszy nogi poza próg oblany światłem księżycowym i od czasu do czasu trajkocąc językiem o byle czym. Gospodarze byli dlań bardzo uprzejmi, gdyż wieśniaczka opowiedziała im o tym, jak Kim miał ujrzeć Ryżego Byka, i o tym, iż prawdopodobnie pochodził z innego świata. Ponadto i lama był wielką i godną szacunku osobliwością. Później wśliznął się do izby kapłan rodziny, stary, dobrotliwy bramin sarsucki i, rzecz zrozumiała, rozpoczął spór teologiczny celem wywarcia wrażenia na krewniakach. Ma się rozumieć, że w rzeczach wiary stali oni, jak jeden mąż, po stronie kapłana, wszakoż lama był tu dziś gościem i nowością. Jego potulna uprzejmość i zawrotne cytaty chińskie, brzmiące jak zaklęcia, zachwycały ich niepomiernie; on zaś w tej atmosferze sympatii i prostoty rozwijał się, niby lotos samego Bodhisata, opowiadając o swym życiu wśród wielkich gór w Such-zen, przed ową chwilą, w której (jak mówił) „powstał, by szukać oświecenia”.

420

Zgadało się także i o tym, że w owych dniach żywota ziemskiego był on mistrzem w stawianiu horoskopów i przepowiadaniu przyszłości. Kapłan skierował rozmowę na i opisywanie sposobów wróżenia; każdy z rozmówców wymieniał nazwy planet, których drugi nie mógł zrozumieć, i wskazywali sobie wielkie gwiazdy żeglujące w nocnej pomroczy. Dzieci gospodarzy targały bezkarnie jego różaniec, on zaś na śmierć zapomniał o przepisach zabraniających patrzeć na kobiety — tak się rozgadał o nietopniejących śniegach, urwiskach, zatarasowanych wąwozach, o odludnych turniach, kędy[43] ludzie znajdują szafiry i turkusy, tudzież o onej przedziwnej drodze górskiej, która w końcu prowadzi do samych Wielkich Chin.

421

— Cóż myślisz o tym człeku? — rzekł na uboczu rataj do kapłana.

422

— Święty człowiek… istotnie święty… Jego bogowie nie są bogami, ale jego stopy kroczą właściwą Drogą — brzmiała odpowiedź. — A jego sposoby przepowiadania, choć na tym się nie znasz, są prawdziwe i niezawodne.

423

— Powiedz mi — rzekł niedbale Kim — czy odnajdę Ryżego Byka w zielonym polu, jak mi obiecywano?

424

— Co wiesz o godzinie swych urodzin? — zapytał go kapłan, rosnąc w dumę.

425

— Było to między pierwszym i drugim pianiem kurów w noc pierwszego maja.

426

— Jakiego roku?

427

— Nie wiem; ale w godzinę, kiedy zakwiliłem po raz pierwszy, zdarzyło się wielkie trzęsienie ziemi w Srinagur, w Kaszmirze.

428

Kim wiedział o tym od kobiety, która miała nad nim pieczę, ona zaś wiedziała od Kimballa O'Harry. Trzęsienie ziemi wówczas dało się odczuć i w Indiach, a data jego na długo była w Pendżabie podstawą wszelkich obliczeń.

429

— Ojej! — ozwała się z ferworem jedna z kobiet, jakby ją coś piknęło. Ta okoliczność zdawała się jeszcze bardziej potwierdzać niesamowite pochodzenie Kima. — Czy to nie wtedy urodziła się komuś córka…

430

— A jej matka w ciągu czterech lat dała swemu mężowi czterech chłopaków… wszystko, zdaje się, chłopaki… — krzyczała wieśniaczka siedząca w cieniu poza kółkiem obecnych.

431

— Nikt wychowany w mądrości — rzekł kapłan — nie zapomni, jak ustawione były w swych domach planety w ową noc. — Zaczął rysować coś na piasku podwórka. — W każdym razie ty masz widoki na przyszłość, patrząc na nie ze strony domu Byka. Jak brzmi twoja przepowiednia?

432

— Pewnego dnia — rzekł Kim uradowany zajęciem, jakie obudzał — mam stać się wielkim człowiekiem za sprawą Ryżego Byka na zielonym polu; przedtem jednak przyjdą dwaj ludzie, którzy wszystko przysposobią.

433

— Tak; zawsze w ten sposób rozpoczynają się jasnowidzenia… Gęsta pomroka, która powoli się rozjaśnia… niebawem wchodzi ktoś z miotłą, przygotowując miejsce. Potem rozpoczyna się zjawa. Dwaj ludzie… powiadasz? Tak, tak! Słońce, opuszczając znak Byka, wstępuje pod znak Bliźniąt. Stąd to owi dwaj ludzie w proroctwie. Zbadajmy to. Daj mi pręt, chłopcze.

434

Zmarszczył brwi, bazgrał na piasku jakieś dziwaczne znaki, zamazywał i znów rysował ku zdumieniu wszystkich, z wyjątkiem lamy, który, wiedziony poczuciem delikatności, ani myślał wtrącać się do tego. Po upływie pół godziny bramin odrzucił od siebie pręt i chrząknął.

435

— Hm! Oto co mówią gwiazdy: w ciągu trzech dni przyjdą dwaj ludzie, by przygotować wszystko. Za nimi przyjdzie Byk, ale znak ponad nim jest znakiem wojny i ludzi zbrojnych.

436

— A ino! Gdyśmy jechali z Lahory, w naszym wagonie był jeden z sikhów loodhiańskich! — ozwała się ufnie wieśniaczka.

437

— Ph! ph! Ludzie zbrojni… całe setki… Cóż ciebie obchodzi wojna? — rzekł kapłan do Kima. — Przypadł ci krwawy i srogi znak wojny, który rychło się ziści.

438

— Nie… nie… — odrzekł lama zafrasowany. — Szukamy jeno pokoju i naszej rzeki.

439

Kim uśmiechnął się, przypomniawszy sobie, co podsłuchał w szatni. Stanowczo był wybrańcem gwiazd!

440

Kapłan nogą zatarł nagryzmolone horoskopy.

441

— Ponadto nie potrafię już niczego się dopatrzeć. Za trzy dni, chłopcze, byk przyjdzie do ciebie.

442

— A moja rzeka, moja rzeka! — orędował lama. — Spodziewałem się, że jego byk doprowadzi nas obu do rzeki.

443

— Niestety, o tej dziwnej rzece nic nie wiem, mój bracie! — odparł duchowny. — Takie rzeczy nie każdemu dano poznać…

444

Nazajutrz, mimo że namawiano ich do pozostania, lama uparł się, by wyruszyć. Dano więc Kimowi spory tobołek pełen smakołyków oraz bez mała trzy anny miedziaków na drogę i wśród wielu błogosławieństw przyglądano się obu wędrowcom zmierzającym w szarzyźnie świtu na południe.

445

— Szkoda, że ci ludzie i im podobni nie mogą się wyzwolić z Koła Wszechrzeczy! — ozwał się lama.

446

— Oj nie! A toż by na ziemi pozostali tylko źli ludzie i któż by nam wtedy dał żarcie i dach nad głową? — zawyrokował Kim, krocząc dziarsko ze swoim ciężarem.

447

— Hań dalej jest mała rzeczka. Chodźmy zobaczyć — rzekł lama i skręcił od białego gościńca na przełaj przez pola, aż wpadli w istne gniazdo szerszeni — pomiędzy rozjadłe psy pariaskie[44].

Rozdział III

I tutaj wszelkich dusz pojmiesz wymowę,

Co szły przez życia szczeble i budowę,

Gdy Devadatty prawo — było nowe…

Wiatr ciepły tchnie od Kamakury.

448

Jakowyś chłop rozjuszony, wypadłszy za nimi, jął wymachiwać palicą bambusową. Był to ogrodnik z kasty Arain, hodujący warzywa i kwiaty, które dostawiał na targ w Umballi. Kim znał dobrze to plemię.

449

— Ten człowiek — rzekł lama, nie zważając na psy — jest nieuprzejmy względem obcych, niepowściągliwy w gębie i niemiłosierny. Niechże jego postępowanie będzie ci przestrogą, mój uczniu!

450

— Hej! dziady bezczelne! — wrzeszczał chłop. — Fora stąd! A wynocha!

451

— Odchodzimy już — odpowiedział lama z godnością i spokojem. — Odchodzimy już z tych nieszczęsnych pól.

452

— Och! — ozwał się Kim, nabrawszy tchu. — Jeżeli nie dopiszą ci przyszłe zbiory, to możesz ino[45] sobie sam czynić wyrzuty za własne słowa!

453

Chłop pokręcił się niespokojnie.

454

— W okolicy pełno żebraków — zaczął tonem na wpół usprawiedliwiającym.

455

— A skądeś to wiedział, że my chcemy żebrać u ciebie, o Mali — rzekł Kim z przekąsem, darząc go przezwiskiem, jakiego najbardziej nie lubią przekupnie jarzyn. — Jedyną rzeczą, o którą nam chodziło, było przyjrzenie się tej rzece… tam za polem.

456

— Rzece? Doprawdy! — parsknął śmiechem warzywnik. — Z jakiego miasta przywlekliście się tutaj, że nie poznaliście zwykłego kanału? Płynie on prościutko jak strzała, a ja płacę za wodę, jakby to było roztopione srebro. Tam jest odnoga rzeki. Ale jeżeli chcecie wody, to wam jej dam… a może mleka?

457

— Nie, pójdziemy do rzeki — rzekł lama, zabierając się do odejścia.

458

— Dam wam mleka… i jadła… — zacinał się chłop, przyglądając się wysokiej postaci osobliwego przybysza — ja… nie… nie chciałbym ściągnąć nieszczęścia na siebie… albo na moje plony… ale w obecnych ciężkich czasach jest tylu żebraków…

459

— Przypatrz no się — zwrócił się lama do Kima. — Czerwona mgła gniewu przywiodła go do grubiańskich słów. Gdy ta ćma zdarła się z jego oczu, staje się człowiekiem grzecznym i łagodnego serca. Błogosławione niech będą jego pola! Pamiętaj, gospodarzu, nie sądź ludzi zbyt pośpiesznie.

460

— Spotykałem ludzi świętych, którzy by cię przeklęli od obory aż do ogniska — ozwał się Kim do zawstydzonego chłopa. — Czyż on nie jest człekiem iście świętym? Ja jestem jego uczniem.

461

Zadarł butnie nosa do góry i z wielką godnością jął kroczyć po wąskich miedzach.

462

— Nie bywa pychy — rzekł lama po chwili milczenia — nie bywa pychy u tych, co idą Drogą Środkową.

463

— Przecież sameś powiedział, że był to człek z niskiej kasty i nieokrzesany.

464

— O niskiej kaście nie mówiłem, bo jakoż może być coś, czego nie ma? Później on żałował swej nieuprzejmości, więc zapomniałem o urazie. Zresztą i on jest, jako my, przywiązany do Koła Wszechrzeczy… tylko że nie kroczy drogą zbawienia.

465

Zatrzymał się przy małym strumieniu wijącym się przez niwy i wpatrzył się w brzeg podziurawiony kopytami.

466

— No, a jakże teraz poznasz swą rzekę? — zagadnął Kim, usiadłszy w kucki w cieniu kępki gibkich trzcin cukrowych.

467

— Gdy ją znajdę, na pewno doznam łaski oświecenia. Czuję, że nie jest to jeszcze owo miejsce. O najmniejszy z poników[46], gdybyś umiał mi ty powiedzieć, kędy płynie moja rzeka! Ale bądźże i ty błogosławion, że użyźniasz te niwy!

468

— Patrzaj, patrzaj! — krzyknął Kim, przyskakując doń i odciągając go w tył. Spośród kraśnych, szeleszczących badyli wypełzła ku brzegowi żółtobrunatna wstęga, wyciągnęła szyję ku wodzie, napiła się i legła spokojnie — był to ogromny wąż kobra o nieruchomych oczach pozbawionych powiek.

469

— Nie mam kija… nie mam kija! — ozwał się Kim. — Poszukam kija i przetrącę mu grzbiet.

470

— Za co? I on jest w Kole, jako i my… w żywocie zdążającym wzwyż lub ku dołowi… bardzo mu daleko do wybawienia. Wielkiego grzechu dopuścić się musiała dusza, która spadła do takiej postaci.

471

— Nie cierpię wszelkich gadów! — rzekł Kim. Wychowanie wśród krajowców nie zdoła w człowieku białym wykorzenić odrazy do wężów.

472

— Pozwól mu przeżyć należny okres żywota. — (Zwinięta w kłębek gadzina zasyczała i nieco rozwarła zakapturzony łeb.) — Oby rychło, bracie, nastąpiło twe wybawienie! — prawił lama spokojnie. — A może przypadkowo ty coś wiesz o mojej rzece?

473

— Nigdy nie widziałem człowieka takiego jak ty — szepnął Kim oszołomiony. — Czyż nawet węże rozumieją twą gwarę?

474

— Kto wie? — i przeszedł o jaką stopę odległości od chybotającego się łba kobry. Wąż cały się spłaszczył w zapylonych zwojach.

475

— Chodź ino! — zawołał, oglądając się przez ramię.

476

— Nie pójdę! — rzekł Kim. — Obejdę go dokoła.

477

— Chodź! On ci nic złego nie zrobi.

478

Kim zawahał się na chwilę. Lama poparł swój rozkaz jakimś brzękliwym wersetem chińskim, który Kim poczytał za guślarskie zaklęcie. Usłuchał wezwania i przeskoczył rzeczułkę. Wąż istotnie ani się nie ruszył.

479

— Nigdym nie widział takiego człowieka — mówił Kim, ocierając pot z czoła. — A teraz gdzie pójdziemy?

480

— Tobie o tym mówić wypada. Jestem stary i cudzoziemiec… z dala od mego kraju. Gdyby nie to, że ten wóz rel[47] napełnia mi głowę zgiełkiem diabelskich bębnów, to chętnie bym w nim teraz pojechał do Benares… lecz w takiej przeprawie moglibyśmy ominąć Rzekę… Poszukajmy innego ruczaju.

481

Tam, kędy ciężko uprawiana rola daje żniwa trzy lub i cztery razy do roku — wśród poletek trzciny cukrowej, tytoniu, długich, białych rzodkwi i nol-kol — wałęsali się — obaj przez dzień cały, zbaczając z drogi za każdym ino połyskiem wody; budzili czujne psy po zagrodach i wioski drzemiące w ciszy południowej. Lama, nigdy nie zbity z tropu, z wielką prostotą odpowiadał na grad pytań, jakimi ich zasypywano. Szukali rzeki… rzeki cudownego uzdrowienia. Czy komukolwiek było co wiadomo o takiej strudze? Niekiedy ludzie się śmiali, lecz częściej słuchano opowiadania od deski do deski, ofiarowano przychodniom spoczynek w cieniu, łyk mleka i posiłek. Kobiety były zawsze uprzejme, a mali smarkacze, jak to bywa z dziatwą w całym świecie, na przemian okazywali to onieśmielenie, i to czupurność. Wieczór zastał ich pogwarzających z wójtem pod osłoną gminnego drzewa w małej wioszczynie złożonej z licho skleconych lepianek; właśnie bydło wracało z pastwisk, a kobiety gotowały wieczerzę. Przebyli już pas ogrodów warzywnych okalających wygłodzoną Umballę i znajdowali się pośrodku milami rozpostartej zieloności urodzajnych zbóż.

482

Wójt był to siwobrody, uprzejmy starzec, nawykły do gawędy z cudzoziemcami. Przyturgał dla lamy łóżko siatkowe, zastawił przed nim ciepłą strawę, nabił mu fajkę, a gdy w świątyni wioskowej skończyło się nabożeństwo wieczorne, posłali po miejscowego kapłana.

483

Kim opowiadał starszym dzieciom cudeńka o wielkości i piękności Lahory, o jeździe koleją i tym podobnych dziwach miejskich, tymczasem starsi gwarzyli z wolna, tak jak ich trzody przeżuwają paszę.

484

— Nie umiem tego zgłębić — rzekł w końcu wójt do kapłana. — Co sądzisz o tym gadaniu?

485

Lama, skończywszy opowieść, odmawiał po cichu różaniec.

486

— To Poszukiwacz — odrzekł kapłan. — Pełno takich w naszym kraju. Czy pamiętasz tego… fakira z żółwiem… co tu był niespełna miesiąc temu?

487

— Tak, lecz ów człowiek miał do tego prawo i podstawę, gdyż zjawił mu się sam Krishna, obiecując mu raj bez przejścia przez czyściec, jeżeli odbędzie pielgrzymkę do Prayag. Ten zaś szuka jakiegoś boga, o którym zgoła nic nie wiem.

488

— Cichaj, to człek stary; idzie z bardzo daleka i jest obłąkany — odparł gładko wygolony świątnik. — Słuchaj no! — zwrócił się do lamy — trzy kos (sześć mil angielskich) na zachód stąd ciągnie się wielki trakt wiodący do Kalkuty.

489

— Ależ ja chciałbym dojść do Benares… do Benares.

490

— Także i do Benares… Przecina on wszystkie strumienie z tej strony Indii. A teraz zasyłam prośbę do ciebie, o święty, byś tu pozostał do jutra. Potem wyjdź na drogę — (miał na myśli główny trakt) — i badaj każdy strumień, który ona przecina; albowiem, jak wnoszę, przymioty twej rzeki nie są związane z jedną jej łachą czy też jakąś miejscowością, lecz ujawiają[48] się przez całą długość jej biegu. Przeto, jeżeli taka wola twych bogów, bądź pewny, że dostąpisz wybawienia.

491

— Dobra rada — rzekł lama, wielce przejęty tym pomysłem. — Ruszymy jutro i niech błogosławieństwo spłynie na cię, iżeś starym nogom ukazał tak bliską drogę.

492

Z głębi gardła wydobyty, niezrozumiały przyśpiew chiński stanowił zamknięcie zdania. Uczyniło to wrażenie nawet na duchownym, a wójt zatrwożył się, czy nie jest to urok jakowyś; lecz kto spojrzał na prostoduszną, pełną zapału twarz lamy, nie mógł długo mieć go w podejrzeniu.

493

— Czy widzisz mego chelę? — ozwał się ów, gmerząc w tabakierze i dobywając sutą szczyptę; uważał za swą powinność, by odpłacić grzecznością za grzeczność.

494

— Widzę… i słyszę — odpowiedział wójt, rzucając okiem w stronę, gdzie Kim przekomarzał się z dziewczyną w modrej sukni, podsycającą ognisko trzaskającym chrustem cierniowym.

495

— On ma też własny przedmiot poszukiwań. Nie rzekę, ale byka. Tak, Ryży Byk na zielonym polu ma go kiedyś wynieść do wysokich dostojeństw. Zdaje mi się, że on niezupełnie należy do tego świata. Był mi nagle zesłany do pomocy w poszukiwaniach, a nazywają go Przyjacielem całego świata.

496

Kapłan uśmiechnął się.

497

— Hej tam, Przyjacielu całego świata! — krzyknął poprzez kłęby gryzącego dymu — któżeś ty?

498

— Żak tego świątka! — odrzekł Kim.

499

— On mówi, żeś ty jest but (duch).

500

— Czyż buty mogą jeść? — ozwał się Kim, mrugając oczami. — Bo mnie się chce jeść.

501

— To nie żarty! — krzyczał lama. — Pewien astrolog… z miasta… którego nazwa wyszła mi z pamięci…

502

— Było to nie dalej jak w Umballi, gdzieśmy spędzili noc ostatnią! — szepnął Kim do kapłana.

503

— Aha, czy to nie była Umballa? Ten astrolog stawiał horoskopy i oznajmił, że mój chela w przeciągu dwóch dni odnajdzie cel swych pragnień. Lecz co on mówił o znaczeniu gwiazd, Przyjacielu całego świata?

504

Kim odchrząknął i rozejrzał się po patriarchach wioskowych siedzących wokoło.

505

— Moja gwiazda wróży wojnę! — przemówił z przejęciem.

506

Kilku obecnych roześmiało się, widząc niepokaźnego obdartusa, stąpającego z dumą po ceglanym murku pod rozłożystym drzewem. Krajowiec w takiej sytuacji leżałby spokojnie, ale w Kimie zawrzała krew białego człowieka i postawiła go na równe nogi.

507

— A właśnie, że wojnę! — odciął się.

508

— O to niezawodne proroctwo! — zagrzmiał tubalny głos. — Dyć[49] na granicy ciągiem jest wojna… jak mi wiadomo.

509

Był to stary, sucherlawy człek, który za dni powstania[50] był w służbie rządowej jako oficer w świeżo wystawionym pułku jazdy krajowej. Rząd wynagrodził go pięknym kawałkiem gruntu w wiosce, a chociaż nadmierne wymagania synów (obecnie również siwobrodych oficerów) zubożyły go wielce, był jeszcze człowiekiem możnym i wpływowym. Urzędnicy angielscy — nawet wysłannicy parlamentu — zbaczali z głównego gościńca, by go odwiedzić; w takich okolicznościach ubierał się w dawny mundur i stawał wyprostowany jak stempel karabina.

510

— Ale to będzie wielka wojna… wojna ośmiu tysięcy ludzi! — rozbrzmiał wśród szybko gromadzącej się gawiedzi przeraźliwy głos Kima. który aż jego samego przejął zdumieniem.

511

— Czerwone kurty (Anglicy), czy nasze własne pułki? — pochwycił starzec, jak gdyby pytał równego sobie. Ton jego zapytania wzbudził w obecnych szacunek dla Kima.

512

— Czerwone kurtki — palnął Kim na chybił trafił — czerwone kurty i armaty…

513

— Ależ… ależ astrolog nie mówił o tym ani słowa — krzyknął lama, charcząc dziwnie przez nos w swym podnieceniu.

514

— Ale ja wiem o tym! Miałem o tym objawienie, ja, który jestem uczniem tego męża świętego. Wybuchnie wojna… wojna ośmiu tysięcy czerwonych kurt. Ściągną ich z Pindi i Peshawur. To rzecz pewna.

515

— Chłopak nasłuchał się plotek jarmarcznych — ozwał się kapłan.

516

— Ależ on był wciąż przy mnie — rzekł lama. — Skąd by on to wiedział? Ja nic nie wiedziałem.

517

— Będzie z niego sprytny kuglarz, gdy ten stary zemrze! — bąknął kapłan do wójta. — Cóż to za nowy figiel?

518

— Dowodu!… Daj mi dowód! — huknął naraz stary wojak. — Gdyby się zanosiło na wojnę, synowie moi dawno by mi o tym powiedzieli.

519

— Gdy wszystko będzie gotowe, twoi synowie na pewno będą o tym zawiadomieni. Ale od twoich synów daleka droga do człowieka, w którego rękach spoczywa wszystko.

520

Kim zapalił się do gry, bo mu to przypominało przygody na linii kolejowej, przewożącej pocztę, kiedy to dla zdobycia kilku paisów[51] udawał, że wie więcej, niż wiedział w istocie. Ale teraz grał o wyższą stawkę — o samo tylko podniecenie i poczucie własnej mocy. Nabrał więc tchu na nowo i mówił dalej:

521

— Staruszku, ty daj mi dowód. Czy podwładni mogą nakazać wymarsz ośmiu tysięcy czerwonych kubraków… z armatami?

522

— Nie! — odpowiedział wiarus wciąż takim tonem, jak gdyby Kim był jego rówieśnikiem.

523

— Czy wiesz, kto to jest taki, co wydaje rozkazy?

524

— Przecieżem go widział!

525

— Poznałbyś go znowu?

526

— Znałem go jeszcze, gdy był porucznikiem w topkhana (artylerii).

527

— Jest to człek wysoki… wysoki człek o czarnych włosach… a chodzi w ten sposób… — tu Kim przeszedł parę kroków, uwydatniając chód sztywny, jakby drewniany.

528

— No tak. Ale to mógł zauważyć byle kto.

529

Tłum przysłuchiwał się z zapartym tchem całej tej rozmowie.

530

— To prawda — rzekł Kim. — Ale powiem ci jeszcze więcej. Przypatrz no się. Najpierw ten wielki człowiek chodzi w ten sposób… potem myśli w ten sposób… — (tu Kim przesunął palec wskazujący po czole, potem w dół, aż na koniec zatrzymał go w kącie ust) — następnie w ten sposób strzela palcami… potem bierze kapelusz pod lewą pachę…

531

Kim unaoczniał cały ruch i stanął niby bocian. Stary wiarus warczał coś niezrozumiale z podziwu, a po tłumie przebiegł dreszcz.

532

— Tak… taak… taak! Ale co on czyni, gdy ma wydać rozkaz?

533

— Skrobie się w ten sposób po karku… Potem wyrzuca Jeden palec na stół i z lekka fuczy przez nos… Potem odzywa się:

534

— Zluzować taki a taki pułk! Sprowadzić takie działa!

535

Stary wiarus stanął na baczność i zasalutował.

536

— Bo… — tłumaczył Kim na gwarę gminną dobitne zdania posłyszane w szatni domu w Umballi — bo, powiada on… powinniśmy to uczynić już dawno. To nie wojna, to kara. Fff!

537

— Dosyć. Wierzę ci. Takim go widziałem w ogniu bitwy. Widziałem i słyszałem. To on!

538

— Nie widziałem ognia bitwy! — tu głos Kima przeszedł w urywkowe ględzenie przydrożnego wróżbity. — Widziałem go w ciemności… Najpierw nadszedł człowiek, mający wyjaśnić położenie… Potem przybyli jeźdźcy… Potem przybył on, stojąc w obręczy świetlnej… Dalej było tak, jak mówiłem. Starcze, czy powiedziałem prawdę?

539

— To on; to on bez najmniejszej wątpliwości.

540

Tłum odetchnął przeciągle całą skalą głosów, wlepiając oczy na przemian to w starego wiarusa, wciąż jeszcze stojącego na baczność, to w obdartego Kima. Zmierzch krasił się barwą purpury.

541

— Czyż nie mówiłem… czyż nie mówiłem, że on nie z tego świata? — zawołał lama chełpliwie. — On jest Przyjacielem całego świata! on jest Przyjacielem gwiazd!

542

— No, ale co nam do tego! — zawołał jeden z chłopów. — O młodociany wróżbito, jeżeli duch wieszczy zamieszkuje w tobie o każdej porze… to ja mam czerwono nakrapianą krowinę. Ona mogłaby być siostrą twego byka… o ile mi wiadomo…

543

— Albo o ile mnie to obchodzi! — rzekł Kim. — Moje gwiazdy nie mają nic wspólnego z twoim bydłem.

544

— Ależ nie… ona jest bardzo chora — wmieszała się jakaś babina. — Mój mąż to istny bawół, inaczej dobierałby lepiej wyrazów. Powiedz mi, czy ona się wyliże?

545

Gdyby Kim był zwyczajnym chłopcem, przeciągałby jeszcze tę zabawę; lecz jeżeli ktoś od lat trzynastu znał całe miasto Lahorę lub chociażby wszystkich fakirów przy bramie Taksali, to musiał już dobrze znać i naturę ludzką. Z boku nieco kwaśno spozierał nań kapłan — uśmiechając się oschle i jadowicie.

546

— Cóż? Czy w tej wsi nie ma kapłana? Zdaje mi się, że dopiero co widziałem, i to nie lada, kapłana!

547

— Tak… ale… — zaczęła kobieta.

548

— Ale ty i twój mąż przypuszczaliście, że ktoś wyleczy wam krowę za kopę podziękowań. — Strzał był celny, gdyż to stadło słynęło z największego sknerstwa w całej wiosce. — Niedobrze to oszukiwać świątynię. Daj młodego cielaka kapłanowi, a o ile bóstwa twoje nie pałają nieodwołalnym gniewem, to za miesiąc krowa będzie dawała mleko.

549

— Jesteś mistrzem w żebraniu — markotał niby kot udobruchany kapłan. — Nawet czterdziestoletnie doświadczenie nie mogłoby cię uczynić doskonalszym. Pewno bardzo wzbogaciłeś tego starucha?

550

— Trochę mąki, trochę masła i garść rzeżuchy — odpowiedział Kim, rumieniąc się z pochwały, lecz mając się jeszcze na ostrożności — czyż można się tym wzbogacić? A jak sam pewno widzisz, on ma fioła w głowie. Ale przynajmniej tyle na tym korzystam, że poznaję drogę.

551

Wiedział, jak wyglądali fakirowie pod bramą Taksali, gdy gwarzyli ze sobą, i naśladował nawet same wyrażenia ich wyuzdanych uczniów.

552

— Czyż więc jego poszukiwanie jest prawdą czy też płaszczykiem do pokrycia innych celów? Może to skarby?…

553

— On jest szalony… bardzo szalony… Nie ma w tym nic więcej…

554

W tej chwili przykusztykał stary wiarus i zapytał, czy Kim zostanie u niego na noc. Kapłan namawiał go, by tak uczynił, lecz równocześnie twierdził uporczywie, że zaszczyt podejmowania lamy należy do świątyni, na co lama uśmiechnął się z całą szczerością. Kim rzucił okiem z twarzy jednego na oblicze drugiego — i wyciągnął odpowiednie wnioski.

555

— Gdzie masz pieniądze? — szepnął odprowadziwszy starca na bok w ciemności.

556

— Za pazuchą. Gdzieżby były?

557

— Daj mi je. Daj mi je prędko i po cichu.

558

— Na co? Po co? Tu nie trzeba kupować biletu.

559

— Czy jestem twoim chelą, czy nie? Czyż nie jestem podporą twych starych nóg w podróży? Daj mi pieniądze, a oddam ci je o świcie.

560

Wsunął dłoń za pas lamy i wyciągnął stamtąd kieskę.

561

— Niechże tak będzie… niech będzie… — pokiwał głową starzec. — Świat ten jest wielki i straszny. Nigdym nie sądził, że tylu ludzi żyje na nim.

562

Nazajutrz rano kapłan był wielce nadąsany, natomiast lama czuł się rozkosznie. Kim zaś spędził wieczór bardzo zajmująco ze starym wojakiem, który wyciągnął skądsi swą szablę kawaleryjską i kołysząc ją na chudych kolanach opowiadał mu o powstaniu i młodych kapitanach, spoczywających od trzydziestu lat w grobie… aż chłopca z wolna zmorzył sen.

563

— Zdrowe być musi powietrze w tej okolicy — ozwał się lama. — Sypiam zazwyczaj lekko, jak wszyscy starcy, ale tej nocy spałem jak zabity i nie obudziłem się do białego ranka.

564

— Łyknij sobie gorącego mleka — rzekł Kim, który nierzadko stosował takie lekarstwo względem znajomych palaczy opium. — Czas już ruszyć w drogę.

565

— Na długą drogę, co przecina wszystkie rzeki Indii — rzekł lama radośnie. — Chodźmy. Ale jak myślisz, chelo, odwdzięczyć się tym ludziskom, nade wszystko zaś kapłanowi, za ich wielką uprzejmość? Wprawdzie są to but-parast, ale w przyszłych żywotach może doznają oświecenia? Czy dać rupię na świątynię? Przedmiot, który znajduje się wewnątrz tej świątyni, jest niczym innym, jak tylko kamieniem malowanym na czerwono, ale powinniśmy cenić serce człowieka, gdy jest dobre.

566

— O święty! Czy odbywałeś kiedy drogę samopas? — Kim spojrzał nań ostro, niby jedna z wron indyjskich, co się krzątają po polach.

567

— A juści, dziecię moje: od Kulu do Pathankot… z Kulu, gdzie zmarł mój pierwszy chela. Gdy ludzie byli dla nas dobrzy, składaliśmy datki, a na całym pogórzu okazywano nam życzliwość.

568

— Inaczej jest w Hind (na niżu indyjskim) — rzekł Kim oschle. — Ich bogi mają wiele ramion i są złośliwe. Zostaw je w spokoju.

569

— Chciałbym was odprowadzić przez kawałek drogi, Przyjacielu całego świata… ciebie i twojego żółtego człowieka — ozwał się czyjś głos; to stary wiarus człapał stępa na chudym kucyku o nożycowatych pęcinach, majacząc w brzasku na uliczce wioski — ostatniej nocy w mym wyschłym sercu wytrysły zdroje wspomnień i było to dla mnie błogosławieństwem. Naprawdę wojna rozchodzi się w powietrzu; odczuwam ją… Patrz, wziąłem ze sobą pałasz.

570

Siedział, zwiesiwszy długie nożyska, na grzbiecie małego wierzchowca, a dłonią oparł się na głowicy sążnistego[52] pałasza dyndającego mu przy boku; poglądał srogo hen ponad kraj[53] równinny, ku północy.

571

— Opowiedz no mi jeszcze raz, jak on wyglądał w tej zjawie. Hopnij i siądź za mną. Bestyjka udźwignie nas obu.

572

— Jestem uczniem tego świętego — rzekł Kim, gdy przejechali bramę wioski.

573

Wieśniacy byli, zda się, niemal zmartwieni rozstaniem z nimi, natomiast kapłan pożegnał ich chłodno i z daleka. Zmarnował jeno niepotrzebnie tyle opium na człowieka, który nie nosił z sobą pieniędzy.

574

— Wcale trafne powiedzenie. Nie bardzo się wdaję z ludźmi świętymi, ale szacunek nigdy nie zawadzi. W dzisiejszych czasach już nie szanują człowieka… nawet gdy sahib-komisarz przyjeżdża do mnie w odwiedziny. Lecz czemuż to chodzić z człowiekiem świątobliwym, jeżeli kogoś gwiazda prowadzi do wojny?

575

— Ależ on jest człowiekiem świętym — rzekł Kim z powagą. — Jest naprawdę święty w słowach i czynach. On nie jest podobny innym: nigdy nie widziałem takiego jak on. Nie jesteśmy wróżbitami ani kuglarzami, ani żebrakami.

576

— Ty nie jesteś… to widzę, ale nie znam tego drugiego. Bądź co bądź, maszeruje raźnie.

577

Świeży dech poranku ożywił lamę, który śmigał wielkimi, rześkimi krokami podobnymi do chodu wielbłąda. Zatopiony był w rozmyślaniach i odruchowo pobrzękiwał różańcem.

578

Szli drogą wiejską, pełną kolein i wybojów, co wiła się po równinie wśród wielkich, ciemnozielonych gajów mangowych[54]; na wschodzie bledziuchno rysowały się śniegiem przykryte Himalaje. Całe Indie wyroiły się na pola, do roboty; słychać było zgrzyt kołowrotów studziennych, pokrzykiwanie oraczy za bydłem i swarzenie się wron. Nawet kucyk poszedł za dobrym przykładem i ruszył prawie truchtem, gdy Kim położył rękę na puślisku.

579

— Żałuję, żem nie dał rupii na kaplicę — rzekł lama, przebiegłszy palcami wszystkie osiemdziesiąt jeden paciorków różańca.

580

Stary wojak warknął coś pod wąsem, a lama teraz dopiero zauważył jego obecność.

581

— Czy i ty szukasz rzeki? — rzekł, odwracając się.

582

— Dzień ledwo się zaczął — brzmiała odpowiedź. — Po kiego licha mi rzeka? Chyba do napojenia konia przed zachodem słońca! Jadę, żeby pokazać ci krótszą drogę do wielkiego gościńca.

583

— Nie zapomnę ci tej grzeczności, człowiecze dobrej woli, ale na cóż ten pałasz?

584

Stary wiarus tak się zawstydził, jak dziecko przyłapane na zmyślaniu.

585

— Ten pałasz… — odezwał się obmacując swój oręż — o, to jeno[55] moje upodobanie… upodobanie starego człowieka… Wprawdzie był rozkaz z policji, że w całych Indiach nie wolno nikomu nosić broni, ale — zaśmiał się i plasnął po rękojeści — mnie znają wszyscy policjanci w okolicy.

586

— Niedobre to upodobanie — rzekł lama. — Cóż komu przyjdzie z zabijania ludzi?

587

— Niewiele… ile wiem; ale gdyby od czasu do czasu nie zabijano złych ludzi, niedobrze byłoby na tej ziemi bezbronnym marzycielom. Nie wyssałem tego z palca, bom ci widział kraj od Delhi na południe zalany krwią.

588

— Cóż to za szał ogarnął wówczas ludzi?

589

— Wiadomo to tylko bogom, którzy zesłali tę plagę. Wżarł się ten szał w całą armię i zaczęto buntować się przeciwko oficerom. Było to pierwsze zło, ale dałoby się jeszcze je załagodzić, gdyby się pohamowali; alić oni woleli zabijać żony i dzieci sahibów. Wtedy przybyli sahibowie zza morza i zrobili z nimi surowy porachunek.

590

— Pewne pogłoski o tym, jak mi się zdaje, dotarły do mnie przed wielu laty. Jak sobie przypominam, nazwano ów rok „Czarnym Rokiem”.

591

— Jakimże ty żyłeś trybem, że nie wiesz o tym roku? Pogłoski, ciewy[56]! Cała ziemia wiedziała i trzęsła, się ze strachu.

592

— Nasza ziemia nigdy się nie trzęsła, tylko raz… i w dniu, gdy Najdoskonalszy doznał oświecenia.

593

— Brrmh! Ja widziałem przynajmniej trzęsienie ziemi w Delhi, a Delhi jest pępkiem świata.

594

— Więc oni zwrócili się przeciwko kobietom i dzieciom? To był czyn zły, za który nie można uniknąć kary.

595

— Niektórzy starali się temu zapobiec, ale na nic to się nie zdało. Byłem wtedy w pułku konnicy. Ten się zbuntował. Z sześciuset osiemdziesięciu szabel ilu pozostało wiernie przy swych dowódcach? Jak sądzisz? Trzech tylko! Ja byłem jednym z nich.

596

— Tym większa zasługa.

597

— Zasługa! Nie uważaliśmy tego wówczas za zasługę. Moi ludzie, przyjaciele, bracia opuścili mnie, mówiąc: „Skończyły się czasy panowania Anglików. Niech każdy wywalczy sobie nieco mienia”. Lecz ja już mówiłem, był z ludźmi z Sobraon, z Chillianwallah, z Moodkee i Ferozeshah; przeto rzekę: „Poczekajcie no trochę, a wiatr się zmieni; te sprawki nie przyniosą wam szczęścia”. W owych to dniach przejechałem konno siedemdziesiąt mil, wioząc na łęku angielską memsahib[57] z dzieckiem. (Ej, to był wierzchowiec w sam raz dla sielnego chłopa!) Zawiozłem ich w miejsce bezpieczne i powróciłem do swego oficera, jedynego z naszych pięciu, którego nie zabito. „Daj mi jaką posadę — powiadam mu — bo jestem wyrzutkiem mego rodu i szabla moja ocieka krwią bratnią”. „Bądź spokojny — rzecze ów — wielka praca jeszcze nas czeka. Skoro ten szał przeminie, przyjdzie nagroda”.

598

— Tak, czy to pewne, że przyjdzie nagroda, gdy szał przeminie? — mruknął lama na wpół do siebie.

599

— Nie obwieszano jeszcze wówczas medalami każdego, kto przypadkiem posłyszał huk działa. Nie! Uczestniczyłem w dziewiętnastu gorących bitwach, w czterdziestu sześciu potyczkach konnych, a drobnych utarczek było bez liku. Odniosłem dziewięć ran; mam medal, cztery odznaki i jeden order, bo moi kapitanowie, którzy obecnie są jenerałami, pamiętali o mnie, gdy Kaiser-i-Hind (cesarzowa Indii) dożyła pięćdziesięciolecia panowania, a cały kraj się radował. Powiedzieli: „Dać mu order Berittish India[58]”. Noszę go teraz na szyi. Z rąk państwa otrzymałem też jaghir (posiadłość)… jako wolną darowiznę dla siebie i swoich. Moi znajomkowie z lat dawnych (obecnie są komisarzami) przyjeżdżają do mnie nieraz na przełaj przez oziminę… sadząc dumnie na koniach, iż widzi ich cała wieś… i gwarzymy sobie o dawnych bojach… a imię jednego z nieboszczyków zaraz nam przywodzi na myśl drugie…

600

— A potem? — ozwał się lama.

601

— O, potem oni odjeżdżają, ale nie wcześniej, aż im się cała wieś napatrzy.

602

— A w końcu co myślisz uczynić?

603

— W końcu umrę.

604

— A potem?

605

— Niech bogowie o tym stanowią! Nigdy nie naprzykrzałem się im modlitwami; sądzę, że i oni nie będą mnie dręczyć. Bo, widzisz, w ciągu długiego żywota mego zdołałem zauważyć, że ci, którzy ustawicznie napastują istoty nadziemskie utyskiwaniem, skargami, rykiem i płaczem, bywają co rychlej wezwani na tamten świat, podobnie, jak to nasz pułkownik zwykł był wzywać do siebie mazgajowatych chamów wiejskich, co za wiele pytlowali jęzorem. Nie, ja nigdy nie dokuczyłem bogom. Oni o tym będą pamiętali i dadzą mi cichy kącik, gdzie będę mógł spokojnie lancą wywijać i czekać przybycia mych synów; mam ich w wojsku ni mniej ni więcej, tylko trzech: wszyscy są ressadar-majorami[59].

606

— I oni tak samo, przykuci do Koła, przechodzą z żywota do żywota… z jednego zwątpienia w drugie — rzekł lama, westchnąwszy — zgorączkowani, znękani szarpią się w bezsilności…

607

— A jakże! — zachichotał wiarus. — Trzej rotmistrze w trzech pułkach! Trochę szulerzy, ale i jam od nich nie lepszy. Muszą jeździć na pięknych rumakach, a przecież nie można tak zdobywać koni, jak w dawnych latach zdobywało się kobiety. No, no, moje gospodarstwo mogłoby opędzić wszystkie wydatki. Jak ci się zdaje? Jest to szmat żyznej ziemi, ale moja czeladź mnie podbiera. Ja nie umiem niczego dochodzić, chyba ostrzem lancy. Uuch! Srożę się i klnę, co wlezie, a oni udają skruchę, lecz poza plecami przezywają mnie starym, bezzębnym małpiszonem.

608

— Czy nigdy nie tęskniłeś do niczego innego?

609

— O tak!… Tak!… Po tysiąc razy! Jeszcze bym raz chciał mieć grzbiet prosty i zwierające się kolana… żwawy kułak i bystry wzrok… i ten szpik w kościach, co człeka robi silnym… O dawne lata… szczęśliwe lata, gdym był krzepki i zdrowy!

610

— Ta krzepkość jest słabością.

611

— Na to ona zeszła; ale pięćdziesiąt lat temu pokazałbym co innego! — odrzekł stary wiarus, bodąc kantem strzemienia wychudły bok kucyka.

612

— Ale ja wiem o rzece wielkich uzdrowień.

613

— Piłem ci ja wodę z Gungi (Gangesu), co się zmieści, aż mi brzuszysko napęczniało. Nabawiłem się ino biegunki, a nijakiej tam siły mi nie przybyło.

614

— To nie o Gangesie mowa. Rzeka, o której wiem, zmywa wszelką zmazę grzechu. Wyszedłszy na brzeg przeciwległy, jest się pewnym wybawienia. Nie znam twego życia, lecz twarz twoja świadczy, żeś zacny i uprzejmy. Trzymałeś się swojej drogi, okazując wierność wówczas, gdy ciężko było trwać w wierności… w owym „Czarnym Roku”, o którym przypominam sobie teraz jeszcze inne opowieści. Wejdź teraz na drogę pomierną[60], która jest ścieżką zbawienia. Słuchaj najwznioślejszego prawa, a nie idź za mrzonkami.

615

— Mów więc, staruszku — uśmiechnął się wiarus, salutując z lekka. — Wszyscy w tym wieku stajemy się gadułami.

616

Lama przysiadł pod osłoną drzewa mangowego, którego cień igrał mu różnowzorowymi cętkami po twarzy; wiarus siedział prosto jak pieniek na kucyku, a Kim, upewniwszy się, że tu nie ma wężów, położył się na kłębowisku splątanych korzeni.

617

Skroś jasnej spieki słonecznej rozbrzmiewał gnuśny szmer drobnego życia, gruchanie gołębi i senny pobrzęk kołowrotów studziennych pośród pól. Lama jął mówić powoli i z przejęciem. Po upływie dziesięciu minut wiarus ześliznął się z kucyka, by lepiej dosłyszeć (jak mówił), i usiadł, owinąwszy uzdę dokoła przegubu ręki. Głos lamy załamywał się — okresy zdaniowe się wydłużały. Kim tymczasem uważnie śledził szarą wiewiórkę. Gdy mały, przekorny kłębuszek sierści znikł, przywarłszy gdzieś do gałęzi, kaznodzieja i słuchacz spali już jak zabici; stary oficer przyhołubił na ramieniu swą mocno pokiereszowaną głowę, a lama oparł swoją na wznak o pień drzewa, gdzie połyskiwała niby żółtawa kość słoniowa.

618

Skądsi przykatulał się mały, naguśki berbeć, wytrzeszczył ślipięta[61] i tknięty nagłym odruchem szacunku złożył lamie uroczysty ukłon… atoli malec był tak krótki i tłusty, że przewrócił się przy tym w bok, a Kim zaczął się śmiać z jego grubych nóżąt fikających w powietrzu. Dziecko, przestraszone i obudzone, zaczęło drzeć się wniebogłosy.

619

— Hej, hej! — ozwał się wiarus, zrywając się na równe nogi. — Co się stało? Jakie rozkazy? To… dziecko! Śniło mi się, że to alarm. No, maluśki… malunki… nie becz… Czy spałem? To doprawdy bardzo niegrzecznie z mej strony!

620

— Ja się boję, ja się boję! — zarykiwał się dzieciak.

621

— Czego tu się bać? Dwóch dziadów i chłopca? Jaki z ciebie będzie kiedyś żołnierz, paniczku?

622

Lama też się obudził, lecz nie zwracał uwagi na dziecko i tylko klepał różaniec.

623

— Co to? — zapytało dziecko, zaprzestawszy nagle beków. — Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Daj mi ten dzyndzyk.

624

— W sam raz! — odrzekł lama, uśmiechając się i powlókł całym sznurkiem paciorków po murawie, nucąc:

Pęczek rzeżuchy i osełka ghi[62],

Garsteczka ryżu i jagły

I suchych strączków — wystarczy nam dwom,

Aby uśmierzyć głód nagły.

625

Dziecko zakrzyczało z radości i pochwyciło ciemne, połyskujące paciorki.

626

— Ho, ho! — ozwał się stary wojak. — Kędy[63] żeś się nauczył takich śpiewanek, ty, co gardzisz światem doczesnym?

627

— Nauczyłem się w Pathânkot… siedząc w progu jednego domu — rzekł lama nieśmiało. — Dobrze to być życzliwym dla dzieci.

628

— O ile pamiętam, to zanim nas zmorzył śpik, opowiadałeś mi, że ożenek i płodzenie potomstwa są zaćmieniem prawdziwego świata, są zawadą na Drodze. Czy w twoim kraju dzieci spadają z nieba? Czy ową Drogą ma być śpiewanie takich piosenek?

629

— Nikt nie jest w zupełności doskonały — rzekł lama poważnie, zgarniając z powrotem różaniec. — Chybaj teraz do matusi, mój mały!

630

— Ciewy[64]! — ozwał się wiarus do Kima. — On się tego wstydzi, że zrobił uciechę dziecku! No, brachu, świat stracił w tobie dobrego ojca rodziny! Hola, smyku! — cisnął dziecku pais. — Łakocie, to zawsze rzecz smaczna!

631

A kiedy maleństwo odbiegło w podskokach na rozłogi zalane blaskiem słonecznym, stary rębacz dodał:

632

Taki to później wyrasta i bywają z niego ludzie. O święty człecze, przykro mi bardzo, że zasnąłem w środku twego kazania. Przebacz mi!

633

— Obaj jesteśmy starzy — rzekł lama. — Mnie winę przypisać należy. Słuchałem twej gawędy o świecie i jego szaleństwach, a jeden błąd pociągnął za sobą drugi.

634

— Ludzie, słuchajcie! Cóż to szkodzi twoim bogom, że sobie pogwarzysz z takim basałykiem? A śpiewka to ci się udała! Chodźmy dalej, a ja ci zaśpiewam pieśń o Nikal Seynie pod Delhi… bardzo to stara pieśń.

635

Wyruszyli z pomroczy gaju mangowego; donośny, przenikliwy głos starego wygi niósł się po łanach i łęgach, opiewając w kwilących, przeciągłych zawodzeniach dzieje Nikal Seyna (Nicholsona) — jest to dumka, którą po dziś dzień śpiewają w Pendżabie. Kim był oczarowany, a lama przysłuchiwał się jej z wielkim zaciekawieniem.

Hej — Hej! Nikal Seyn zginął… zginął pod Delhi!

Lance północy, pomścijcie śmierć Nikal Seyna!

636

Wywodził trele w zakończeniu każdej zwrotki i wybijał takt, uderzając płazem pałasza o zad koński.

637

— A teraz dochodzimy do wielkiego gościńca — rzekł, wysłuchawszy pochwał Kima, bo lama milczał znamiennie. — Od dawna już nie jeździłem tą drogą, ale rozruszało mnie to gadu-gadu z twoim chłopcem. Patrz no, święty człecze: oto wielki trakt, który jest kością pacierzową całego Hindu. W znacznej części jest ocieniony, jak tutaj, czterema rzędami drzew; to środkowy, cały wybrukowany, jest przeznaczony do szybkiej jazdy; zanim nastały koleje, sahibowie jeździli tędy całymi setkami tam i z powrotem; obecnie jeżdżą tędy tylko wasągi chłopskie i inne bryczki. Po prawej i lewej stronie jest gorzej utrzymana droga dla ciężkich fur… ze zbożem, bawełną, drzewem, bhossa, wapnem i skórami. Idzie się tędy bezpiecznie, gdyż co kilka kos jest posterunek w policji. Ci policjanci, to złodzieje i wydrwigrosze (ja, gdyby to ode mnie zależało, ustanowiłbym tu patrole konnicy z młodych rekrutów pod dowództwem surowego kapitana), ale przynajmniej nie znoszą konkurencji innych hultajów. Ciągną tędy ludzie wszelkich kast i pokrojów. Spójrz no! Bramini i chumary, bankierzy i kotlarze, golibrody i bunniasi, pątnicy i garncarze… cały świat snuje się tędy. Wydaje mi się, jakby to była rzeka, z której zostałem wyrzucony jak kłoda po powodzi.

638

Istotnie wielki gościniec przedstawia ciekawe widowisko. Biegnie jak strzelił i bez natłoku unosi cały ruch Indii na przestrzeni tysiąca pięciuset mil — takiej rzeki życia nie ma drugiej na całym świecie. Jęli się przyglądać tej długiej smudze nakrytej sklepieniem zieloności i usianej plamkami cieni; jej białe tło było przez całą szerokość nakrapiane gromadkami z wolna wlokącego się ludu, a z przeciwnej strony wznosiła się dwuizbowa wartownia policji.

639

— Któż to nosi broń na przekór ustawom? — zawołał z jej wnętrza roześmianym głosem policjant, ujrzawszy pałasz wiarusa. — Czyż mało policji, by tępić opryszków?

640

— Kupiłem ją właśnie… przeciwko policji — brzmiała odpowiedź. — Czy wszystko w porządku w Hind (Indiach)?

641

— Wszystko w porządku, ressaldar-sahibie (panie rotmistrzu)!

642

— Jestem, jak widzicie, niby stary żółw, co to umyka z głową, a potem ją znów na brzeg wystawi. Tak, to jest droga Hindostanu. Wszyscy tędy chodzą…

643

— A ty, świńskie pomiotło, czy wygodna strona gościńca ma służyć do tego, żebyś tu skrobał się po plecach? Ojcze wszelkich rozpustnic i mężu dziesięciu tysięcy niecnotliwych podwik[65]! Twoja matka zaprzedała się czartu, nastręczona przez rodzoną matkę! Twoje ciotki nie miały nosów od siedmiu pokoleń! Twoja siostra!… Jaki to głupi ciemięga kazał ci się tarabanić z wozami w poprzek ulicy? Co?… koło złamane? Naści tu jeszcze łeb rozbity i pozbieraj sobie to wszystko wolnym czasem do kupy!

644

Głos ten wraz ze zjadliwym trzaskiem bicza dobywał się z tumanu kurzawy, o jakie pięćdziesiąt sążni[66] opodal gdzie leżała złamana fura. Z tej całej bryndzy wystrzeliła jak rakieta smukła klacz katiwarska z rozognionymi chrapami i oczyma, parskając i wierzgając, gdy jeździec zwracał ją w poprzek drogi, w pogoni za wrzeszczącym człowiekiem. Był to mężczyzna rosły, z brodą szpakowatą, siedział na rozhukanym wierzchowcu, jak gdyby tworzył jedno z nim ciało, i wśród jego szczupaków z wielką zręcznością smagał swą ofiarę.

645

Twarz starego wiarusa zajaśniała dumą.

646

— Mój syn! — ozwał się zwięźle i usiłował wędzidłem skierować swego kuca w odpowiednią stronę.

647

— Czyż wolno mnie bić w oczach policji? — jęczał woźnica. — Sprawiedliwości! żądam sprawiedliwości!…

648

— A czy mnie ma zagradzać drogę jakaś wrzaskliwa małpa, która wywala dziesięć tysięcy worków przed nosem mego konia? W ten sposób można klacz znarowić!

649

— On mówi prawdę, mówi prawdę! Ale też ona trzyma się swego pana! — ozwał się stary wiarus. Woźnica uciekł pod koła swej fury i stąd odgrażał się wszelkiego rodzaju zemstą.

650

— Ależ to walne chłopy z twoich synów! — rzekł policjant pogodnie, dłubiąc w zębach. Jeździec wymierzył woźnicy jeszcze jeden bolesny cios i jechał dalej kłusa.

651

— Mój ojciec! — zawołał, ściągając konia cuglami o dziesięć sążni[67], i zsiadł na ziemię.

652

Starzec w mig zeskoczył z kucyka i uściskali się tak, jak to zwykli czynić na Wschodzie ojciec i syn.

Rozdział IV

To nie kobieta — bodaj ją trzysta!… —

Lecz najszczekliwsze pod słońcem babsko!

Harna, wierzgliwa i narowista —

Trudno ujeździć to dzikie szkapsko!

Gdy ją powitasz — huknie na przybysza!

Gdy ją zaczepisz — toś pewien odprawy!

Puść kantem trochę zajadłą zrzędziochę,

To cię jak na złość schwyci za rękawy!

Hojności! hojności, o dolo!

Wolno ci dawać lub skąpić!

Chociaż o los się nie troszczę,

Los musi za mną postąpić!…

Czapeczki czarodziejskie.

653

Potem jęli rozmawiać przyciszonym głosem. Kim chciał spocząć pod drzewem, ale lama szarpnął go niecierpliwie za rękaw.

654

— Chodźmy dalej. Tu jeszcze nie ma rzeki.

655

— Tere-fere! Albośmy to dziś nie odwalili ładnego kawałka drogi? Rzeka nam nie ucieknie. Uzbrój się w cierpliwość, a ten stary nie poskąpi nam jałmużny.

656

— Ten oto — odezwał się nagle stary rębacz — jest Przyjacielem gwiazd. On to mi wczoraj przyniósł te nowiny. Widział ci on w objawieniu samego wodza naczelnego wydającego rozkazy do wojny.

657

— Hm! — rzekł syn głosem wydobytym aż kędyś ze samego dna rozrosłej piersi. — Pewno usłyszał jakąś plotkę na rynku i chce z niej skorzystać.

658

Ojciec zaśmiał się.

659

— W każdym razie nie przyjechał do mnie, by wycyganić nowego konia i bogi wiedzą, ile rupij. Czy pułki, w których służą twoi bracia, otrzymały też rozkazy?

660

— Nie wiem. Wziąłem urlop w te pędy i pojechałem do ciebie na wypadek…

661

— Na wypadek, gdyby tamci ubiegli cię w tej prośbie. Ach, wy kostery i rozrzutniki! Ale tyś jeszcze nigdy nie brał udziału w szarży kawaleryjskiej. Tam potrzeba dobrego konia, a juści! A w marszu też się przyda dobry foryś wraz z dobrym kucem. Zobaczymy… zobaczymy.

662

Brzęknął w rękojeść pałasza.

663

— Tu nie miejsce na obrachunki, mój ojcze. Jedźmy do domu.

664

— To przynajmniej zapłać temu smykowi; nie mam ni paisa przy duszy, a on przyniósł mi nader ważne wieści. Hej! Przyjacielu całego świata, jakaś wojna się kroi! Dobrześ przepowiedział.

665

— Nie, ta właśnie wojna, o której mi wiadomo! — odrzekł Kim z zimną krwią.

666

— Hę? — ozwał się lama, przebierając palcami po paciorkach i rwąc się całą duszą do drogi.

667

— Mój mistrz nie naprzykrza się gwiazdom dla zysku. Przynieśliśmy wieści, to je sprawdzaj; myśmy przynieśli wieść, a teraz idziemy dalej! — i wygiął rękę nieznacznie w bok.

668

Syn starego wojownika cisnął srebrny pieniądz połyskujący w słońcu i coś tam zrzędził na żebraków i kuglarzy. Pieniądz był wart cztery anny i mogli się za niego utrzymywać przez kilka dni. Lama widząc połysk kruszcu wygulgotał jakieś błogosławieństwo.

669

— Idź, kędy droga cię wiedzie, Przyjacielu całego świata! — krzyczał stary wojak, zawracając swego wierzchowca. — Raz przecie w życiu spotkałem prawdziwego proroka… który nie służył w wojsku…

670

Ojciec i syn razem ruszyli w dalszą drogę; starzec siedział w siodle tak prosto jak młodszy jego towarzysz.

671

Policjant-Pendżabczyk w żółtych płóciennych szarawarach zerkał z ukosa na drogę. Rzucony pieniądz nie uszedł jego baczności.

672

— Stój! — krzyknął piorunującą angielszczyzną. — Czy nie wiecie, że ci, którzy wchodzą na trakt z tej bocznej drogi, płacą takkus (taksę) po dwie anny na głowę, co razem daje cztery anny? Taki jest rozkaz Sirkaru (rządu Indii), a pieniądze idą na sadzenie drzew i upiększenie dróg…

673

— …i brzuchów policji — dodał Kim, dając susa w bok, gdzie go nie mogło dosięgnąć ramię strażnika. — Miejże choć na chwilę rozum w głowie, człowiecze, a nie kiełbie we łbie! Czy sobie myślisz, żeśmy wyleźli z najbliższej kałuży jak ropucha, twoja teściowa? Czy słyszałeś kiedy o swym bracie?…

674

— No, kimże on był? Dajże chłopakowi święty spokój! — krzyknął starszy policjant, wielce ubawiony, przysiadłszy na ganku, by wypalić fajkę.

675

— Odkleił etykietę z butelki belaitee-pani (wody sodowej) i wywiesiwszy ją na moście pobierał przez cały miesiąc rogatkowe od przechodniów, mówiąc, że taki jest rozkaz Sirkaru. Aż na koniec przyszedł jakiś Anglik i rozbił mu łeb. Hoho, brachu! Jestem ci ptaszek z miasta, nie jakowyś gawron wiejski!

676

Policjant cofnął się ze wstydem, a Kim hukał i pogwizdywał za nim przez całą drogę.

677

— Czy był kiedy taki żak jak ja? — zawołał wesoło do lamy. — Obdarto by cię do kości już o dziesięć mil od miasta Lahory, gdybym nie czuwał nad tobą.

678

— Sam nad tym nieraz się zastanawiam, czy nie jesteś czasem duchem, a niekiedy złośliwym chochlikiem — ozwał się lama z lekkim uśmiechem.

679

— Jestem twym chelą — i rzekłszy to, Kim ruszył wraz z nim krokami posuwistymi, owym niedającym się opisać chodem człapiącym i stukliwym, cechującym tych, co zeszli kawał świata.

680

— No, chodźmy, chodźmy — burknął lama i w takt pobrzękiwania jego różańca szli w milczeniu milę za milą. Lama, jak zwykle, był pogrążony w rozmyślaniach, natomiast jasne oczy Kima były szeroko otwarte. Ta szeroka, roześmiana rzeka życia (myślał sobie) była czymś niezmiernie doskonałym wobec wykoślawionych i tłocznych ulic Lahory. Na każdym kroku zjawiały mu się nowe widoki i nowi ludzie… typy, jakie znał, i kasty, jakie po raz pierwszy w życiu zdarzyło mu się widzieć.

681

Spotkali czeredę długowłosych, srodze cuchnących Sansisów, którzy na plecach dźwigali kosze jaszczurek i innej nieczystej strawy; chude psiska obwąchiwały im pięty. Ci ludzie trzymali się tylko jednej strony ulicy, posuwając się szybko i niepewnie, jakby ukradkiem, a inne kasty omijały ich z daleka, bo zetknięcie z Sansisem uważa się za splugawienie. Za nimi, szeroko powłócząc drętwymi girami, snadź nie wyzbywszy się jeszcze wspomnienia kajdan, kroczył jakiś człek, świeżo wypuszczony z więzienia; zaokrąglony brzuszek i świecąca cera świadczyły, że rząd żywi więźniów lepiej, aniżeli mogą się sami na własny koszt odżywiać najuczciwsi ludzie. Kim znał dobrze ten chód i przedrzeźniał go, gdy mijali tego człowieka. Następnie pysznym krokiem przeszedł koło nich akali, świętoszek sikhijski o mierzwiastych włosach i dzikim wejrzeniu, odziany na znak swej wiary w długą szatę w niebieskie kratki, a na stożku wysokiego, błękitnego turbanu lśniły mu krążki polerowanej stali; wracał z gościny w jednym z niezawisłych państewek sikhijskich[68], gdzie śpiewał starodawną chwałę Khalsy książątkom wychowanym w wyższej uczelni, a noszącym buty z cholewkami i sznurowane pludry. Kim wystrzegał się, by nie podrażnić owego człowieka, bo akali ma usposobienie gwałtowne i prędkie ramię. Tu i owdzie natknęły się na nich, ba, czasem i zagarnęły ze sobą, pstrokato przyodziane gromady z całych wiosek, zdążające na jakiś kiermasz w okolicy; kobiety z nieletnią dziatwą u boku szły za mężami, starsi chłopcy harcowali jak na koniach na prętach trzciny cukrowej, wlekli za sobą niezgrabne parowoziki miedziane, jakie sprzedają za pół pensa, lub z małych tandetnych lusterek puszczali starszym w oczy bastówki świetlne. Na pierwszy rzut oka postrzec można było, co kto kupił, a gdyby były jakieś wątpliwości, dość było przyjrzeć się kobietom, które, przytykając wzajem jedna drugiej brązowe ramiona, porównywały świeżo nabyte bransolety z dymnego szkła, sprowadzane z północnego wschodu. Wszyscy ci weseli kumowie i kumoszki szli noga za nogą, nawołując się wzajemnie, stając, by wytargować się z piernikarzami lub zmówić pacierz przed jedną z kapliczek przydrożnych — czasem hinduską, czasem muzułmańską — którymi ze wzorową bezstronnością dzielą się pomiędzy sobą ludzie prości obu wyznań. Jednolita smuga błękitna, to wznosząc się, to opadając, niby obły grzbiet pełzającej szybko gąsienicy, wynurzała się z drgającego pyłu i mijała ich wśród rozhoworu i żwawych chichotań. Był to zastęp changarek — kobiet, które wzięły na siebie umacnianie wszelkich nasypów i grobel na kolejach północnych, w modre spódnice przyodziany cech robotnic ziemnych o płaskich stopach, wydatnych piersiach i potężnych odnóżach, śpieszący na północ, w poszukiwaniu zarobku i nigdy nietracący czasu w drodze. Należą do kasty, która nie liczy się z ludźmi, więc szły, potrącając przechodniów łokciami, kołysząc się w biodrach i zadzierając głowy do góry, jak przystało kobietom dźwigającym wielkie ciężary. Nieco później na wielki trakt wkraczał orszak weselny z muzyką i hukaniem, a woń kaczeńców i jaśminu była mocniejsza nawet od swędu kurzawy. Syn, Córka, ObyczajeMożna było dostrzec lektykę panny młodej — pstrokaciznę szychu i czerwieni, kołyszącą się skroś tumanu, gdy równocześnie przybrany wieńcami kucyk pana młodego zwracał się w bok, by uszczknąć wiązkę z mijającego ich wozu z sianem. Wówczas Kim przyłączał się do burzy oklasków, powinszowań i pustackich żartów, życząc młodej parze, jak to mówią, stu synów i ani jednej córki. Jeszcze większe bywało zaciekawienie i większa zrywała się wrzawa, gdy wędrowny kuglarz z półoswojonymi małpami czy dychawicznym niedźwiedziem albo też kobieta z przywiązanymi do nóg rogami koźlimi, tańcząca na linie, budzili popłoch wśród koni a wśród bab długie, przeciągłe trele podziwu.

682

Lama ani razu nie podniósł oczu. Nie zauważył lichwiarza, co śpieszył na krótkoogoniastym kucyku, by gromadzić krwawe zyski; ani gromadki urlopowanych żołnierzy krajowców, idących jeszcze w szyku wojskowym a pokrzykujących przeciągle na całe gardło z radości, że się pozbyli już bryczesów i puttee (owijaków), i bezczelnie zaczepiających najczcigodniejsze niewiasty. Nie widział nawet sprzedawcy wody gangesowej, choć Kim spodziewał się, że jego towarzysz kupi przynajmniej butelkę tego drogocennego płynu. Starzec patrzył uporczywie w ziemię kroczył tak bez ustanku godzinę za godziną — snadź dusza jego czymś była zajęta. Atoli Kim był z radości w siódmym niebie. Wielki trakt był w tym miejscu zbudowany na nasypie, celem zabezpieczenia przed zimowymi wylewami ze wzgórz, tak iż szło się niejako wspaniałym korytarzem ponad okolicą, widząc całą krainę indyjską rozpostartą z obu stron. Miło było spoglądać na wielosprzężne furgony ze zbożem i bawełną, wlokące się po chłopskich drogach; słychać było ich osie skwirczące na milę, coraz to bliżej, aż wreszcie same wozy, wśród krzyków, jazgotań, złorzeczeń i wzajemnej besztaniny woźniców, gramoliły się po stromej pochyłości i wyłaniały się na bitym torze środkowym. Równie miło było przyglądać się ludziom — małym bryłkom czerwonym, błękitnym, różowym, białym i szafranowym, zbaczającym w stronę swych wiosek, rozpraszającym się po dwóch i trzech i coraz to malejącym na gładkiej równinie. Kim odczuwał piękno w tym wszystkim, ale i nie umiał wyjęzyczyć swych uczuć, więc poprzestał na kupieniu obłuskanej trzciny cukrowej i hojnym wypluwaniu jej miąższu przez całą drogę. Od czasu do czasu lama zażywał tabaki. Na koniec to milczenie zaczęło Kimowi ciężyć nieznośnie.

683

— To ładny kraj… ta kraina południa! — przemówił. — Powietrze tu dobre, woda dobra… Hę?

684

— A oni wszyscy uwiązani do kołowrotu żywotów — rzekł lama. — Uwiązani w tym życiu i przyszłym. Żadnemu z nich nie pokazano Drogi! — otrząsnął się z zadumy, wracając na ten świat.

685

— Odbyliśmy już ciężką drogę — rzekł Kim. — Chyba niedługo zajdziemy do parao (na popas). Może się zatrzymamy? Patrz, już słonko się nachyliło.

686

— Kto nas dziś przyjmie na noc?

687

— To obojętne. W tej okolicy nie brak dobrych ludzi. Zresztą — (tu zniżył głos, domawiając szeptem) — mamy forsę!

688

Ciżba na drodze robiła się coraz większa, w miarę jak zbliżali się do miejsca popasu, które stanowiło kres ich całodziennej podróży. Rząd klitek, gdzie sprzedaje się niewykwintnie wiktuały i tytoń; za nimi sąg drzewa opałowego, wartownia policyjna, studnia z korytem do wodopoju, kilka drzewek, a pod nimi wydeptane boisko, nakrapiane tu i owdzie sczerniałymi zgliszczami starej watry oto wszystko, czym poszczycić się może parao na wielkim trakcie, jeżeli się wyłączy żebraków i wrony… jednakowo zgłodniałe.

689

Tymczasem słońce jęło już przeszywać szerokimi promieniami złotolitymi niższe gałęzie drzew mangowych; papużki i gołębie setkami wracały na gniazda; swarliwe wrony o szarych grzbietach, gwarząc o wypadkach dnia, snuły się po dwie lub trzy tuż prawie pod stopami podróżnych, a wielkie szurum-burum wśród konarów wskazywało na to, że nietoperze gotowały się już do nocnej wyprawy. Potem światło skupiło się w sobie i na chwilę ubarwiło twarze ludzkie, koła wozów i rogi byczków. Niebawem zapadła noc, wionąc odmiennym powiewem, rozsnuwając po całej okolicy przyziemną, płaską mgłę, ni to błękitnawy całun pajęczyny, i roznosząc ostrą i wyrazistą woń dymu drzewnego i nawozu oraz miły zapach placków pieczonych w popiele. Z wartowni policyjnej wyruszył patrol wieczorny wśród znaczących pochrząkiwań i powtarzania rozkazów. Kawałek węgla drzewnego w fajce przydrożnego woźnicy jarzył się krwawo, a Kim bezmyślnie przyglądał się ostatnim odbłyskom słońca na mosiężnych szczypczykach.

690

Życie w parao bardzo przypomniało w pomniejszeniu tryb życia w Seraju Kaszmirskim. Kim pogrążył się z głową w niefrasobliwym bałaganie azjatyckim, który, o ile na to komu czas pozwoli, może człowiekowi małych wymagań zapewnić wszystko, co potrzeba.

691

Jego wymagania były niewielkie, jako że lama nie uznawał żadnych zastrzeżeń kastowych i można by poprzestać na gotowanej strawie z najbliższego kramiku, ale Kim dla zbytku kupił garść mierzwy, by rozniecić watrę. Wszędzie dokoła krzątający się przy małych ogniskach ludkowie krzykiem domagali się to oliwy, to zboża, to łakoci, to tytoniu, szturchając się wzajemnie w oczekiwaniu swej kolei u studni, a pośród głosów męskich słychać było z przysłoniętych, stojących wozów cienkie piski i chichoty kobiet, którym na miejscach publicznych nie wolno ukazywać twarzy.

692

Obecnie wykształceni krajowcy są zdania, że gdy ich niewiasty podróżują — a mają one dużo do zwiedzania — to lepiej przewozić je prędko koleją w specjalnych przedziałach; ten zwyczaj coraz bardziej się rozpowszechnia. Zawsze jednak trafiają się ludzie starej daty, którzy trzymają się obyczaju przodków; nade wszystko stare kobiety — bardziej zatwardziałe od mężczyzn — na schyłku swych dni udają się w pielgrzymkę. Te, wyniszczone już i niepowabne, w pewnych okolicznościach nie sprzeciwiają się odsłanianiu twarzy. Po długim odosobnieniu, podczas którego zawsze miały styczność z tysiącem spraw pozadomowych, lubią ruch i gwar na otwartej drodze, gromadzenie się przy kapliczkach i nieskończenie liczne sposobności plotkowania z im podobnymi kumoszkami. Bardzo często na rękę to bywa długo nękanej rodzinie, że długojęzyczna, stara herod-baba, matka rodziny, przewietrzy się w ten sposób po Indiach; albowiem pielgrzymki na pewno miłe są bogom. Przeto w całych Indiach, w najbardziej zapadłych dziurach jak i w najbardziej rojnych skupiskach ludzkich, można nadybać gromadkę przysiwiałych sług, rzekomo na rozkazach sędziwej matrony, która jest mniej lub więcej zasłonięta i schowana w wozie, zaprzężonym w byczki. Tacy ludzie są bardzo stateczni i dyskretni, a gdy zbliża się Europejczyk lub człowiek wyższej kasty, wypełniają swe obowiązki z największą ostrożnością; atoli w zwykłych, doraźnych okolicznościach taka ostrożność nie obowiązuje. Stara niewiasta jest, bądź co bądź, w każdym calu człowiekiem i lubi przyglądać się życiu.

693

Kimowi wpadł w oko jaskrawo przystrojony ruth, czyli wóz rodzinny, ciągnięty przez woły, a nakryty haftowanym baldachimem o dwóch kopułach, podobnym do dwugarbnego wielbłąda; wóz ów właśnie zajeżdżał do parao. Ośmiu ludzi tworzyło jego poczet, a dwaj z nich byli uzbrojeni zardzewiałymi szablami — znak to niezawodny, że towarzyszyli jakiejś wybitnej osobistości, gdyż gmin nie nosi broni. Zza kotar dobywał się rosnący zgiełk narzekań, rozkazów, żartów i słów, które Europejczyk nazwałby obelżywymi. Była tam widocznie kobieta nawykła do rozkazywania.

694

Kim krytycznym wzrokiem przyglądał się tej drużynie. Połowę z nich stanowili siwobrodzi Oriasi z nizin, o nogach jak tyczki; drugą zaś górale z północy, odziani w wełniane gunie i pilśniowe kapelusze. Ta mieszanina starczyła Kimowi za całą opowieść o tych ludziach, nawet gdyby nie słyszał nieustannego czubienia się obu oddziałów. Stara jejmość jechała na południe w odwiedziny — zapewne do bogatego krewniaka, najprawdopodobniej do swego teścia, który wysłał eskortę na znak uszanowania. Górale musieli być jej własnymi ludźmi — z plemienia Kulu lub Kangra. Było rzeczą najzupełniej jasną, że nie wiozła córki do ślubu, bo w takim razie kotary byłyby pozaciągane, a strażnik nie pozwoliłby nikomu podejść bliżej ku wozowi.

695

„Jakaś wesoła i rogata dama!” — pomyślał sobie Kim, wymachując krowim łajnem w jednej ręce a gotowanym jadłem w drugiej i skierowując lamę w tę stronę lekkim szturchnięciem ramienia. Z tego spotkania można było coś niecoś skorzystać. Lama wprawdzie nie mógł mu niczym dopomóc, ale Kim, jako świadom rzeczy chela, chętnie żebrał za dwóch.

696

Rozłożył ognisko, ile można, najbliżej wozu, czekając, by ktoś z eskorty kazał mu się oddalić. Lama osunął się ciężko na ziemię, tak jak opada owocożerny nietoperz, i powrócił do różańca.

697

— Odknaj dalej, dziadu! — wrzasnął jeden z górali tonem rozkazującym w łamanej gwarze hindostańskiej.

698

— Eech! To ino pahari (góral)! — ozwał się Kim, obejrzawszy się przez ramię. — Odkąd to osły górskie wzięły Hindostan w posiadanie?

699

Odpowiedzią na to był żywy i barwny opis rodowodu Kima od trzech pokoleń.

700

— Ach! — ozwał się Kim głosem niebywale słodkim, krusząc nawóz na drobne kawałki. — W moim kraju nazywa się to początkiem gruchania miłosnego.

701

Szorstkie, piskliwe szwargotanie za kotarami podbechtało górala do nowej napaści.

702

— Nie tak ostro nie tak ostro! — rzekł Kim spokojnie. — Miej się, brachu, na ostrożności, bo i my, my, powiadam, gotowiśmy ci się odpłacić przekleństwem lub czymś podobnym. A nasze przekleństwa potrafią być bardzo jadowite.

703

Oriasi zaśmiali się: góral skoczył groźnie naprzód, lama podniósł znienacka głowę, wystawiając swój ogromny, sukienny kapelusz na jasny odblask ogniska, świeżo roznieconego przez Kima.

704

— Co takiego? — przemówił.

705

Góral zatrzymał się jak skamieniały.

706

— Ja… ja… zostałem wybawiony od wielkiego grzechu — wyjąkał.

707

— Cudzoziemiec nareszcie poznał w nim kapłana — szepnął jeden z Oriasów.

708

— Hej! Czemu nie obijecie, jak się należy, tego żebraczego pomiotła? — krzyczała stara jejmość.

709

Góral powrócił do wozu i szepnął coś przez kotarę. Nastało głuche milczenie, a potem pomruk.

710

„Klawo się nam powodzi!” — myślał Kim, udając, że nic nie widzi ani nie słyszy.

711

— Kiedy… kiedy… on się pożywi — łasił się góral Kimowi — to… proszę, by mąż święty raczył porozmawiać z osobą, która pragnie jego rozmowy.

712

— Gdy mąż święty spożyje wieczerzę, położy się spać — odparł Kim czupurnie; nie wiedział, jaki nowy obrót wzięła sprawa, lecz uwziął się, że wyciągnie z niej korzyść. — A teraz postaram się o jedzenie dla niego.

713

Ostatnie zdanie, wypowiedziane głośno, zakończyło się westchnieniem — niby wskutek zmęczenia.

714

— Ja… ja sam i inni moi ziomkowie zajmiemy się tym… jeżeli pozwolicie…

715

— Pozwalamy — rzekł Kim jeszcze butniej. — O święty mężu, ci ludzie chcą tobie przynieść jadło.

716

— To dobry kraj… cały kraj południowy jest dobry… świat wielki i straszny… — bełkotał lama na wpół sennie.

717

— Daj mu spać — rzekł Kim — lecz postaraj się o to, żebyśmy byli dobrze nakarmieni po jego przebudzeniu. To jest człek ogromnej świętości.

718

Znów jeden z Oriasów burknął jakieś pogardliwe określenie.

719

— To nie fakir; to nie żebrak z nizin — mówił Kim surowo, zwracając się ku gwiazdom. — To najświętszy z świętych. On jest ponad wszelkimi kastami. Ja jestem jego chelą.

720

— Chodź no tu! — odezwał się przyciszony, cienki głos za kotarą. Kim poszedł, świadom tego, że oczy, których nie mógł dostrzec, były weń wlepione. Jakiś wychudły, brunatny palec, pokryty grubymi pierścieniami, spoczywał na krawędzi wozu. Taki był przebieg rozmowy:

721

— Kto jest ów człek?

722

— Człek nadzwyczaj świątobliwy. Przybywa z daleka, aż z Tybetu.

723

— Z jakich okolic Tybetu?

724

— Spoza śniegów… z miejscowości bardzo odległej. Zna się na gwiazdach, stawia horoskopy i odczytuje dni urodzin. Ale nie robi tego za pieniądze. Czyni to z dobroci wielkiego miłosierdzia. Ja jestem jego uczniem. Nazywają mnie też Przyjacielem gwiazd.

725

— Ty nie jesteś góralem?

726

— Jego zapytaj, a powie ci, że byłem zesłany mu z gwiazd, abym pokazał mu kres pielgrzymki.

727

— Phhii! Pamiętaj, skurczybyku, że jestem kobietą starą i do tego wcale nie głupią. Znam lamów i darzę ich szacunkiem, lecz ty tak jesteś jego prawowitym chelą, jak ten mój palec mógłby być dyszlem tego wozu. Jesteś Hindusem, bez kasty, zuchwałym i bezwstydnym żebrakiem, który pono[69] dla zysku przyczepił się do świętego człowieka.

728

— Czyż my wszyscy nie pracujemy dla zysku? — Kim zmienił natychmiast ton, dostrajając się do toku rozmowy. — Słyszałem… — (było to napięcie łuku na oślep) — słyszałem…

729

— Cóżeś słyszał? — fuknęła, stukając palcem.

730

— Dobrze nie pamiętam… były to takie sobie plotki jarmarczne, zapewne kłamliwe… że nawet radżowie… drobni radżowie górscy…

731

— Ale nie ci, co pochodzą z zacnej krwi Radżputów[70]

732

— Właśnie, że z dobrej krwi… Oni podobno dla zysku sprzedają nawet piękniejsze ze swych kobiet. Sprzedają je na południe… zemindarom (obszarnikom) i tym podobnym ludziom z Oudh.

733

Nie ma w świecie rzeczy, której by tak starali się zaprzeczyć drobni radżowie górscy, jak tej właśnie obmowie; atoli tak się składa, że jedynie te zarzuty znajdują posłuch u ludzi, gdy na rynku poczną rozprawiać o tajemniczym handlu niewolnikami w Indiach. Stara jejmość dobitnym i pogardliwym sykiem oznajmiła Kimowi aż nadto wyraźnie, jakiego pokroju i w jakiej mierze był kłamcą. Gdyby był pisnął jej coś podobnego, gdy była panną, byłby tego samego wieczora zmiażdżony przez słonia. To święta prawda!

734

— Ojej! Rety! Jestem tylko pomiotłem żebraczym, jak się wyraziła Źrenica piękności! — zajęczał Kim z przesadnym strachem.

735

— Źrenica piękności! Widzicie go! Kimże ja jestem, że obsypujesz mnie żebrackimi pochlebstwami? — Mimo to śmiała się z dawno niesłyszanego słowa. — Czterdzieści lat temu można było to powiedzieć i nie bez słuszności… ba, nawet przed trzydziestu laty. Ale oto skutki tego włóczenia się tam i z powrotem po całych Indiach. Wdowa po królu musi się ocierać o wszelkie szumowiny tego kraju i narażać się na drwiny żebraków!

736

— Wielka królowo — rzekł Kim pośpiesznie, gdyż słyszał, jak trzęsła się z oburzenia — ja sam jestem choćby i tym, czym mnie nazywa Wasza Królewska Mość, niemniej jednak mój mistrz jest człowiekiem świętym. On jeszcze nie słyszał rozkazu Wielkiej Królowej, ażeby…

737

— Rozkazu? Ja miałabym rozkazywać człowiekowi świętemu… nauczycielowi prawa… ażeby przyszedł i rozmawiał z kobietą?… Nigdy!

738

— Wybacz mej głupocie. Myślałem, że był to rozkaz…

739

— Nie… to była prośba… Czyż to nie wyjaśnia wszystkiego?

740

Srebrny pieniądz zadzwonił o krawędź wozu. Kim podniósł go i złożył głęboki salaam (pokłon wschodni). Stara jejmość poznała, że należało go sobie zjednać, jako tego, co był wzrokiem i słuchem lamy.

741

— Jestem tylko sługą świętego. Gdy on już się posili, może przyjdzie.

742

— O ty łajdaku i bezczelny francie! — Palec ozdobiony klejnotami pogroził karcąco w jego stronę; ale chłopak dosłyszał chichot starej damy.

743

— No, o cóż chodzi? — ozwał się, przechodząc w ton najbardziej uprzejmy i poufały, któremu, jak wiedział, mało kto mógł się oprzeć. — Czy… czy w rodzinie nie potrzeba syna… Mów śmiało, bo my kapłani… — Ostatnie zdanie było dosłownie ściągnięte z ust fakirów koło bramy taksalskiej.

744

— My kapłani! Jeszcześ nie dorósł do tego, żeby… — przerwała dowcip nowym wybuchem śmiechu. — Wierz mi, o kapłanie, że my, kobiety, niekiedy myślimy o czym innym niż o synach. Zresztą, moja córka już wydała na świat męskiego potomka.

745

— Dwie strzały w sajdaku lepsze od jednej, a trzy jeszcze lepsze! — Kim przytoczył to przysłowie, kaszląc znacząco i patrząc dyskretnie w ziemię.

746

— Juści, prawda!… prawda! Ale może i do tego dojdzie. Pewno, że ci bramini z nizin są zgoła psa warci. Posyłałam im dary i pieniądze i znów dary, a oni prorokowali…

747

— Ach! Prorokowali!… — wycedził Kim z nieopisaną wzgardą; nie uczyniłby tego lepiej zawodowy wróżbita.

748

— I modły moje nie były wysłuchane, póki sobie nie przypomniałam o swoich bóstwach. Wybrałam dobrą godzinę i… może twój święty słyszał o przełożonym klasztoru w Lung-Cho? Do niego to zwróciłam się w tej sprawie i oto w oznaczonym czasie wszystko stało się, jakem sobie życzyła. Bramin w domu ojca mego zięcia mówił odtąd, że stało się to dzięki jego modlitwom… ale to mała pomyłka, którą mu wyjaśnię, skoro dojdziemy do kresu podróży… A potem udam się do Buddh Gaya, by odbyć shraddha za ojca mych dzieci.

749

— I my tam idziemy.

750

— W dwójnasób dobra wróżba — szczebiotała stara jejmość. — Co najmniej drugi syn!

751

— O Przyjacielu całego świata! — To lama się obudził i dobrodusznie niby dziecko, czując się nieswojo w obcym łóżku, zawołał na Kima.

752

— Idę już, idę, o święty! — rzekł chłopak i prysnął w stronę ogniska, gdzie zastał lamę, otoczonego już półmiskami z jadłem; górale okazywali mu wprost uwielbienie, natomiast południowcy spoglądali nań kwaśno.

753

— Wynocha! Usuńcie się! — krzyczał Kim. — Czyż mamy jeść na widoku wszystkich jak psy?

754

W milczeniu spożyli wieczerzę, nieco odwróciwszy się od siebie, a Kim uwieńczył ją papierosem krajowego i wyrobu.

755

— Czyż nie mówiłem po sto razy, że południe to dobry kraj? Oto tu przebywa cnotliwa i szlachetnie urodzona wdowa radży górskiego, udając się, jak mówi, w pielgrzymkę do Buddh Gaya. Ona to przysyła nam te potrawy, a kiedy sobie dobrze wypoczniesz, chciałaby z tobą porozmawiać.

756

— Czy i to jest twoim dziełem? — zapytał lama, grzebiąc głęboko w tabakierze.

757

— A któż jak nie ja, czuwał nad tobą od początku cudownej podróży? — Kim aż przewrócił oczyma, wypuszczając nosem cuchnący dym i rozwalając się na zapylonej ziemi. — Czyż omieszkałem[71] starać się o twe wygody, święty?

758

— Błogosławię cię za to — lama pochylił z namaszczeniem głowę. — Znałem wielu ludzi w ciągu mego żywota, a uczniów też niemało. Ale do żadnego z ludzi (o ile ciebie zrodziła kobieta) serce me nie przywiązało się tak, jak do ciebie… jesteś pomysłowy, rozgarnięty i gracki, choć jest w tobie i coś z diablika.

759

— Ja też nigdy nie widziałem takiego kapłana jak ty! — Kim przyglądał się uważnie każdej kolejno zmarszczce na tej żółtej, dobrotliwej twarzy. — Jeszcze nie ma trzech dni, jak razem wędrujemy, a zdaje się, jakby to już sto lat zbiegło.

760

— Może w życiu poprzednim dane mi było wyświadczyć ci jakąś przysługę. Może — (uśmiechnął się) — uwolniłem cię z samołówki albo też schwytawszy cię na haczyk, wówczas kiedym jeszcze nie był oświecony, wrzuciłem cię z powrotem do rzeki.

761

— Być może — rzekł Kim spokojnie. O tego rodzaju teoriach słychiwał[72] niejednokrotnie z ust ludzi, których Anglicy nie uważaliby za urojeńców. — A teraz, co się tyczy tej kobiety w kibitce bawolej, ja sądzę, że ona pragnie drugiego syna dla swej córki.

762

— To nie ma związku z Drogą! — westchnął lama. — Ale, bądź co bądź, ona pochodzi z gór… Ach, góry!… i śnieg na górach!…

763

Powstał i majestatycznie podszedł ku kibitce. Kim oddałby wiele za to, by mógł również pójść i posłuchać, ale lama nie poprosił go z sobą, a nieliczne słowa, jakie chłopak zdołał uchwycić, były wypowiedziane w niezrozumiałym języku — albowiem rozmawiali jakąś gminną gwarą góralską. Kobieta, jak się zdaje, zadawała pytania, nad którymi lama zastanawiał się długo, zanim odpowiedział. Od czasu do czasu doleciało jakieś pęk-brzdęk rytmicznych wersetów chińskich. Osobliwy to był widok, który Kim obserwował przez przymrużone powieki. Lama, nadzwyczaj sztywny i wyprostowany — tak iż głębokie fałdy jego żółtej odzieży rysowały się czarnymi kresami w blasku ognisk parao, zupełnie jak sękaty pień drzewa przekreślają cienie padające od słońca w zenicie — przemawiał do brokatowego i lakierowanego ruth, które w tymże niepewnym oświetleniu połyskiwało niby różnobarwny klejnot. Desenie na złotem wyszywanych kotarach to biegły w górę, to w dół, zlewając się z sobą i przekształcając, w miarę jak ich zagięcia łopotały lub drżały na wietrze; gdy zaś rozmowa stawała się poważniejsza, ubrylancony palec rozsiewał drobne iskierki pomiędzy haftami. Za wozem wznosił się zwał niewyraźnej pomroki, nakrapiany maluchnymi ognikami i ożywiony na wpół uchwytnymi postaciami, twarzami, cieniami. Odgłosy przedwieczerza stłumiły się w jednolity, kołyszący szmer, którego najniższą nutą było ustawiczne trykanie się byczków na zdeptanej ściółce, a najwyższym tonem brzęczenie sitary jakiejś tanecznicy bengalskiej. Mężczyźni, podjadłszy sobie, przeważnie zaciągali się głęboko dymem z bulgoczących i charkotliwych hookak, które podczas pełnego wdechu rechotały jak żaby-kumki.

764

Na koniec lama powrócił. Za nim szedł góral, niosąc watowaną kołdrę bawełnianą, którą troskliwie rozścielił koło ogniska.

765

„Ona zasługuje na dziesięć tysięcy dzieci — myślał Kim. — Bądź co bądź, gdyby nie ja, nie spadłby nam tu żaden z tych podarków”.

766

— Cnotliwa niewiasta… no, i mądra — mówił lama, układając się z wolna do spoczynku niby ociężały wielbłąd. — Świat jest pełen dobroci dla tych, co kroczą Drogą wybawienia.

767

Przerzucił większą część kołdry na Kima.

768

— A cóż ona mówiła? — pytał Kim, otulając się swoją częścią kołdry.

769

— Zadawała mi wiele pytań i prosiła o rozwiązanie wielu zagadnień… były to przeważnie bzdurne bajania, jakich się nasłuchała od zaprzedanych czartu kapłanów, co to udają, iż kroczą Drogą wybawienia. Na niektóre odpowiedziałem, a niektóre określiłem jako niedorzeczne. Wielu ludzi nosi szaty kapłańskie, lecz niewielu trzyma się Drogi.

770

— Prawda! Tak, to prawda! — Kim użył roztropnego tonu pojednawczego, jakiego używają ci, którzy chcą z kogoś wydobyć zwierzenia.

771

— Ale w swoich poglądach jest bardzo rozsądna. Bardzo pragnie, żebyśmy z nią udali się do Buddh Gaya, ponieważ, ile zrozumiałem, przez wiele dni wypada nam ta sama droga na południe.

772

— I…?

773

— Chwilę cierpliwości. Odpowiedziałem jej na to, że nade wszystko są ważniejsze moje poszukiwania. Ona słyszała wiele niedorzecznych legend, ale o wielkiej prawdzie, o istnieniu mej rzeki, nigdy jej wieść nie doszła. Tacy to są duchowni na Niższym Pogórzu! Znała przeora z Lung-Cho, ale nie dowiedziała się o mojej rzece ani też nie znała podania o Strzale.

774

— I cóż…?

775

— Mówiłem więc o poszukiwaniu i Drodze, i o innych rzeczach zbawiennych, ona zaś tylko pragnie, ażebym jej towarzyszył i modlił się o przyjście na świat drugiego syna.

776

— Aha! My kobiety nie myślimy o niczym, jak tylko o dzieciach… — wygłosił Kim sennie.

777

— Na razie, ponieważ drogi nasze przez czas jakiś idą razem, sądzę, że nie odstąpimy od naszych poszukiwań, jeżelibyśmy jej nawet towarzyszyli… przynajmniej do… zapomniałem nazwy tego miasta.

778

— Hej! — ozwał się Kim donośnym szeptem, zwracając się do jednego z Oriasów leżącego o parę sążni[73] opodal. — Gdzie znajduje się dom waszego dziedzica?

779

— Kawałek za Saharunpore, pośród sadów — i wymienił nazwę wioski.

780

— Oto to! Ta właśnie miejscowość! — przytaknął lama. — Otóż w każdym razie do tego miejsca możemy jej towarzyszyć.

781

— Muchy lecą do ścierwa! — ozwał się Orias roztargnionym głosem.

782

— Dla chorej krowy wrona, bramin dla chorego człeka! — wypalił Kim znanym przysłowiem w pomrocz konarów drzewnych nad głową, nie stosując go zresztą osobiście do nikogo.

783

Orias chrząknął i umilkł.

784

— Czyż więc pójdziemy z nią, o święty?

785

— Czyż jest taki powód, który by przemawiał przeciwko temu? Mogę wciąż iść obok niej i badać wszystkie rzeki, które przecina droga. Ona pragnie, bym tam zaszedł. Ona bardzo tego pragnie…

786

Kim przydusił śmiech kołdrą. Skoro już raz ta harda, stara kobieta wyzbyła się nawet wrodzonej nieśmiałości wobec lamy, uważał za rzecz możliwą, że była godna przysłuchiwać się jego słowom.

787

Już prawie śpik go zmorzył, gdy nagle lama wygłosił przysłowie:

788

— Małżonkowie kobiet gadatliwych otrzymują w przyszłości wielką nagrodę.

789

Potem Kim usłyszał, jak lama zażył po trzykroć tabaki: na koniec, wciąż śmiejąc się, zapadł w drzemkę.


790

Diamentowy promienny świt pobudził jednocześnie ludzi, byczki i wrony. Kim usiadł, ziewnął, otrząsnął się i drgnął z zachwytu. To się nazywało widzieć świat w najistotniejszej rzeczywistości, to było życie, jakiego pożądał: krzątanina i wrzawa, spinanie rzemieni, chłostanie byczków i skrzypienie kół, rozniecanie ognisk i gotowanie strawy, oraz nowe widoki za każdym obrotem zadowolonych oczu. Mgła poranna rozwiewała się w srebrnych skrętach, papugi z wrzaskiem pomknęły zieloną gromadą ku jakiejś dalekiej rzece; kędy zasięgnąć słuchem, wszystkie kołowroty studzienne podjęły pracę. Zbudziła się kraina indyjska, a pośród niej stał Kim, baczniejszy i bardziej podniecony niż ktokolwiek inny i nagryzał witkę, której i chciał właśnie użyć jako szczoteczki do zębów — albowiem przyswajał sobie na prawo i lewo wszelkie obyczaje kraju, który znał i kochał. Nie potrzeba było troszczyć się o żywność… nie potrzeba było wydawać ani kauri[74] w zatłoczonych straganach. Był uczniem świętego człowieka, zagarniętego pod władzę fertycznej staruchy. Wszystko będzie dla nich przyrządzone i przysposobione, a skoro otrzymają pełne szacunku zaproszenie, wówczas raczą zasiąść do jadła… Ponadto — tu Kim zachichotał czyszcząc sobie zęby — jego chlebodawczyni będzie jeszcze pomnażać uciechę całej drogi! Badawczo przyjrzał się jej buhajkom, które ruszyły, pochrząkując i sapiąc pod jarzmem. Gdyby poszły zbyt szybko — na co się nie zanosiło — toć było dla niego wygodne siedlisko na dyszlu; lama siadłby wówczas koło woźnicy. Eskorta, ma się rozumieć, iść będzie piechotą. Stara jejmość (też ma się rozumieć) będzie dużo gadała, a wnosząc z tego, co słyszał, gadanina ta nie obejdzie się bez pieprzu. Już teraz rozkazywała, wygłaszała przemówienia, łajała i (trzeba to powiedzieć) obrzucała przekleństwami służbę za opieszałość.

791

— Dajcie jej fajkę! Na miłość boską, dajcie jej fajkę i zatkajcie tę złowieszczą gębę! — krzyczał jeden z Oriasów, podwiązując niezgrabne tłumoczki z pościelą. — Ona, to w sam raz jak te papugi. Skrzeczą od samego rana.

792

— Przednie byczki! Hej, uważaj na przednie byczki! — (Te cofały się i skręcały, bo oś wozu ze zbożem zaczepiła je za rogi). — Ty, synu puszczyka, którędy jeździsz? — krzyknął na wymizdrzonego woźnicę.

793

— Ojojoj! Tam w tej budzie jedzie królowa Delhi, by modlić się o syna! — odkrzyknął ów człek spoza wysokiej sterty. — Zróbcie miejsce królowej Delhi i jej pierwszemu ministrowi, szarej małpie, wspinającej się po własnym pałaszu!

794

Tuż za nim nadjechał drugi wóz, naładowany korą przeznaczoną dla garbarni w nizinie, a woźnica dorzucił jeszcze kilka komplementów; tymczasem woły wraz z ruth cofały się i cofały coraz bardziej.

795

Spoza dygocących zasłon lunął grad obelżywych słów. Nie trwało to długo, ale rodzajem i jakością przeszło wszystko, co Kimowi kiedykolwiek zdarzyło się słyszeć — były to słowa wprost napęczniałe jadem i złośliwością. Ujrzał, że odsłonięta pierś woźnicy aż wgięła się ze zdumienia, gdy ten złożył pełen czci salaam w stronę, skąd dobywał się głos, po czym zeskoczył z dyszla i pomagał czeladzi wciągnąć ów wybuchowy gejzer z powrotem na główną drogę. Wówczas głos zza kotary opowiedział mu dokładnie, jaką to żonę poślubił i co ona czyniła w jego nieobecności.

796

— O! Shabash! — mruknął Kim, nie mogąc się powstrzymać, gdy ów człek umknął cichaczem.

797

— Niedobrze postąpiłam, co? To wstyd i hańba, że biedna kobieta nie może jechać, by się pomodlić do swych bogów, bo ją zaraz potrąca i znieważa hołota z całego Hindostanu!… że musi przełykać gali (obelgi), jak inni ludzie przełykają ghi. Ale ja jeszcze mam rozmach w języku, parę stosownych słówek przyda się przy sposobności. A jeszcze nie mogę się doczekać tytoniu! Któryż to ślepawy i upośledzony niedojda nie przygotował mi jeszcze fajki?

798

Jeden z górali nabił ją czym prędzej, a niebawem smugi gęstego dymu z wszystkich rogów kotary wskazywały, iż spokój został przywrócony.

799

O ile dnia poprzedniego Kim kroczył dumnie jako uczeń świętego człowieka, o tyle dziś stąpał z dziesięćkroć większą dumą w orszaku na pół królewskiego pochodu, mając przyznane sobie poczesne miejsce i szczególne względy u starej damy o zachwycającym obejściu i niewyczerpanych zasobach. Przyboczna drużyna, z głowami obwiązanymi według zwyczaju krajowców, snuła się z obu stron kibitki, wzbijając ogromne kłęby kurzu.

800

Lama i Kim szli nieco z boku. Kim żuł źdźbło trzciny cukrowej i nie usuwał się z drogi nikomu, kto nie piastował wysokiej godności kapłańskiej. Do ich uszu dochodził wciąż głos starej jejmości, która bez przerwy pytlowała językiem, niby młynek do łuskania ryżu. Nagabywała czeladź, by jej opowiadała, co cię dzieje na drodze, a skoro stracili z oczu parao, odsunęła kotary i zerkała w świat, zasłaniając namitką[75] ledwie trzecią część twarzy. Jej ludzie nie patrzyli wprost na nią, gdy się do nich zwracała, wskutek czego prawidła przyzwoitości były mniej więcej zachowane.

801

Okręgowy nadkomisarz policji, chmurny, wyżółkły Anglik w przepisowym uniformie, przejeżdżał właśnie kłusem na zziajanym wierzchowcu, a poznawszy po jej orszaku, co to za osobistość, zaczął ją drażnić.

802

— Matko! — zawołał. — Czy tak się robi w zenanach?[76]. A nuż nadejdzie jaki Anglik i zobaczy, że nie masz nosa?

803

— Co? — pisnęła w odpowiedzi. — Czy twoja rodzona matka nie ma nosa? Po cóż więc to rozgłaszasz na otwartej drodze?

804

Było to pyszne odparowanie ciosu. Anglik wyrzucił rękę do góry z miną człowieka ugodzonego w fechtunku. Zaśmiała się i kiwnęła głową.

805

— Czy taka twarz zasługuje, by kusić czyjąś cnotę?

806

Odsłoniła całą namitkę i spojrzała mu w oczy.

807

Nie była bynajmniej ponętna, ale Anglik, zebrawszy cugle, nazwał ją Księżycem Raju, Kusicielką Niewinności i innymi jeszcze fantastycznymi przydomkami, które w dwójnasób napełniły ją radością.

808

— A to ci dopiero hultaj! — ozwała się. — Wszyscy policjanci to hultaje, ale policjanci-wallah (zawodowi) są najgorsi. Hej, mój synu, nie nauczyłeś się tego dopiero po przyjeździe z Belaitu (Europy). Któż to cię wykarmił?

809

Pahareen, góralka z Dalhousji, moja matko. Ukryj w cieniu swą krasę, o Rozdawczyni Rozkoszy! — i odjechał.

810

— On jest z tych… — zaczęła tonem subtelnego sądu i zapchała sobie usta betelem. — On jest z tych, co dbają o sprawiedliwość. Inni, świeżo przybyli z Europy, wykarmieni przez białe kobiety i z książek uczący się naszych języków, są gorsi od zarazy. Oni krzywdzą królów.

811

I opowiedziała wszem wobec długą a długą gawędę o żółtodziobym policjancie, co to w jakimś błahym sporze granicznym pomieszał szyki pewnemu pomniejszemu radży z pogórza, który był dla niej dziesiątą wodą po kisielu; w całą opowieść wplatała cytaty z dzieła bynajmniej nie pobożnego.

812

Potem napadły ją inne fochy: rozkazała jednemu z przybocznych, by zapytał, czy lama raczy iść koło niej i roztrząsać zagadnienia religijne. Wtedy Kim z wolna cofnął się w kłąb kurzawy i powrócił do swej trzciny cukrowej. Przez godzinę albo i więcej pirogowaty kapeluch lamy przebłyskiwał jak księżyc skroś mgły; a Kim z tego, co doszło do jego uszu, nabrał przekonania, że stara jejmość płacze. Jeden z Oriasów omal że się usprawiedliwiał ze swego grubiaństwa, okazanego w nocy ubiegłej, mówiąc, że nigdy nie widział swej pani w tak łagodnym usposobieniu: przypisywał to obecności cudzoziemskiego kapłana. On sam osobiście wierzył w braminów, choć jak wszyscy krajowcy dobrze widział ich chytrość i chciwość; atoli, skoro bramini żebrackimi żądaniami tylko drażnili teściową jego pana, a ona odprawiła ich w takim gniewie, że ci rzucili klątwę na cały orszak (to było istotną przyczyną, że drugi byczek po prawej stronie zaprzęgu okulał, a zeszłej nocy złamał się dyszel), gotów był zgodzić się na byle jakiego kapłana o innym tytule z Indii albo spoza Indii. Kim mu przytakiwał, kiwając mądrze głową i zwrócił uwagę Oriasowi, że lama nie bierze pieniędzy i że koszt wyżywienia jego i Kima będzie stokrotnie wynagrodzony szczęściem, jakie odtąd oczekuje całą karawanę. Opowiedział też różne zdarzenia z miejskiego życia Lahory i zaśpiewał kilka piosenek, które eskortę pobudziły do śmiechu. Jako bywalec miejski, doskonale znający najnowsze piosenki najmodniejszych kompozytorów (a w większej jeszcze mierze kompozytorek), Kim miał stanowczą przewagę nad mieszkańcami małej i pełnej sadów wioski koło Saharunpore, ale wyższość tę uważał za rzecz samo przez się zrozumiałą.

813

W południe zeszli z drogi, aby się posilić, a obiad był dobry, obfity i pięknie podany na talerzach z czystej blachy, zupełnie przyzwoicie, z dala od tumanów kurzawy. Ochłapy oddali kilku żebrakom, żeby życzenia wszystkich mogły być zaspokojone, po czym zasiedli do długiego i rozkosznego palenia fajek. Stara jejmość schowała się za kotarami, niemniej jednak z całą swobodą wtrącała się do, rozmowy, a służba spierała się z nią i przekomarzała, jak to jest zwyczajem służby wszędzie na Wschodzie. Pani porównywała chłód i sosny z gór Kangra i Kulu z pyłem i mangowymi drzewami południa; opowiedziała baję o kilku starych bożkach krajowych znad granicy posiadłości jej męża; zrzędziła ustawicznie na tytoń, który paliła, złorzeczyła braminom i bez ogródek obmyślała sposoby, jakby mieć wielu wnuków.

Rozdział V

Oto wróciłem znów do mojej włości,

Zaznałem jadła, względów, litości,

Rodzina do mnie znowu prawa rości

I ojciec łzy wylewa…

Tłusty dziś cielec ucztą mą podepcze,

Lecz dla mnie — młóto było w smaku lepsze…

Czułem się dobrze tam, gdzie były wieprze,

Więc wracam znów do chlewa.

Syn marnotrawny

814

Ociężały, sznurem wyciągnięty, człapiący pochód ruszył znów w drogę, a baba spała, póki nie dowlekli się do najbliższej stacji pocztowej. Marsz ten był nader krótki, a jeszcze brakowało godziny do zachodu słońca, toteż Kim rozmyślał o tym, jakby się zabawić.

815

— Czemu nie usiądziesz i nie wypoczniesz? — ozwał się któryś z czeladzi. — Tylko diabły i Anglicy włóczą się tam i sam po próżnicy.

816

— Nie zawieraj nigdy przyjaźni z diabłem, małpą i chłopcem! Nie wiadomo, co które z nich uczyni za chwilę! — rzekł jego towarzysz.

817

Kim pogardliwie odwrócił się do nich plecami (nie miał bowiem ochoty słuchać starej bajki, jak to czart bawił się z chłopcami i potem tego żałował) — i jął snuć się bezczynnie po okolicy.

818

Lama poszedł w trop za nim. Przez cały dzień, ilekroć mijali jakiś strumień, staruszek zbaczał z drogi, by takowemu się przypatrzeć, ale ani razu nie otrzymał ostrzeżenia, że odnalazł swą rzekę. Co więcej, błogie uczucie, że może z kimś porozmawiać uczeńszym językiem oraz że doznaje szczególnych względów i poważania od zacnie urodzonej niewiasty, której jest duchowym doradcą, niepostrzeżenie odwiodło po trosze jego myśli od poszukiwań. Ponadto był przygotowany na to, by spokojnie strawić całe lata na włóczędze, boć nie miał w sobie ani krzty niecierpliwości białego człowieka, jeno[77] wielką wiarę.

819

— Gdzie idziesz? — wołał na Kima.

820

— Nigdzie… marsz był niedługi, a to wszystko — (tu szeroko zatoczył rękoma w powietrzu) — jest dla mnie nowością.

821

Ona jest bez wątpienia mądra i roztropna kobieta. Ale przykro pomyśleć, że…

822

— Wszystkie kobiety są jednakie! — przemówił Kim niby sam Salomon.

823

— U nas przed klasztorem — mruczał lama, wyciągając wytarty różaniec — był szeroki chodnik kamienny. Zostawiłem na nim ślady moich stóp… chodząc tam i na powrót… z tym oto…

824

Brzęknął w paciorki i nabożnie jął odmawiać swoje Om-mani-padme-hum, pełen dziękczynienia za chłód, ciszę i oddalenie od kurzu drogi.

825

Jeden po drugim szczegół na równinie przyciągał niefrasobliwe oko Kima. Jego włóczęga nie miała upatrzonego celu… co najwyżej wygląd szałasów pobliskich wydał mu się osobliwym; więc pragnął je zbadać.

826

Wyszli na szeroki wygon pastwiska, brunatny i czerwienny w poblasku przedzachodnim; pośrodku sterczała przysadzista kępa drzew mangowych. Uderzyło to Kima, że — rzecz dziwna! — w tak stosownym do tego zakątku nie było wcale ołtarza; chłopak miał na tym punkcie wyrobioną spostrzegawczość, niby istny kapłan. Hen, przez równinę szli ramię w ramię czterej ludzie, którzy w tej odległości wydawali się bardzo maluścy. Przyglądał się im bacznie, przysłoniwszy oczy zgiętymi w pałąk dłońmi; spostrzegł błysk mosiądzu.

827

— Żołnierze! Biali żołnierze! — ozwał się. — Chodźmy ich zobaczyć!

828

— Zawsze ino[78] żołnierzy spotykać musimy, gdy idziemy samowtór[79]. Ale jeszczem nie widział białych żołnierzy.

829

— Oni nikomu nie czynią nic złego, chyba że są podchmieleni. Schowaj się za to drzewo.

830

Weszli za grube pnie w chłodnej pomroczy zagajnika mangowego. Dwie małe figurki zatrzymały się, dwie drugie poszły naprzód niepewnym krokiem. Była to szpica maszerującego pułku, wysłana, jak zwykle, celem wytyczenia obozu. Nieśli tyczki długie na pięć stóp, z trzepoczącymi proporczykami, i nawoływali się wzajemnie, rozsypując się po równinie.

831

Na koniec, ciężko stąpając, weszli do zagajnika.

832

— Tu… albo gdzieś koło tego miejsca… namioty oficerskie, dajmy na to, pod drzewami, a reszta nas może rozmieścić się na zewnątrz. Czy oznaczono tam z tyłu miejsce dla taborów?

833

Znów krzyknęli na towarzyszy w oddali; w zamian doleciał chrapliwy odzew, przyciszony i niewyraźny.

834

— Zatknij więc tu chorągiewkę — rzekł jeden.

835

— Co oni tu zamierzają? — ozwał się lama przerażony. — Wielki i straszny jest ten świat. Jakie jest godło na tej chorągwi?

836

Jeden z żołnierzy zatknął o kilka stóp od nich jakiś drążek, chrząknął z niezadowoleniem, wyrwał go z powrotem, porozumiał się z towarzyszem, który zmierzył okiem cienisty schron zieloności, i wbił na nowo tyczkę.

837

Kim wpatrywał się w to wszystko całą siłą wzroku, a urywany dech świstał mu przez zęby. Żołnierze, tupiąc nożyskami, wyszli znów na przestrzeń oświeconą słońcem.

838

— O święty mężu!… — dyszał chłopak — moje horoskopy!… To co na piasku rysował kapłan w Umballi!… Przypomnij sobie, co mówił… Najpierw przyjdą dwaj… ferashowie[80]… ażeby wszystko przysposobić… w miejscu ciemnym, jak to zawsze bywa na początku jasnowidzenia.

839

— Ależ to nie jasnowidzenie! — rzekł lama. — To jeno złuda światowa i nic więcej…

840

— A po nich nadejdzie byk… Ryży Byk na zielonym polu… Patrz, oto on!

841

Wskazał na chorągiewkę, która o jakie dziesięć stóp od nich łopotała z tchnieniem wietrzyka wieczornego. Była to sobie najzwyklejsza w świecie chorągiewka do wytyczania obozowiska, lecz pułk, zawsze niezmiernie skrupulatny we wszystkich ozdobach, przybrał ją jeszcze godłem pułkowym Ryżego Byka, który jest herbem Mavericków… godłem Ryżego Byka na tle irlandzkiej zieleni.

842

— Widzę i teraz sobie przypominam — ozwał się lama. — Ani chybi, to twój Byk. Tak samo też, ani chybi, przyszli już dwaj ludzie, by wszystko przysposobić.

843

— To żołnierze… biali żołnierze… Co mówił kapłan? „Znak nad Bykiem jest znakiem wojny i zbrojnych ludzi”. O święty, to ma związek z tym, czego szukam.

844

— Prawda… prawda! — Lama wlepił oczy w godło, które pałało niby rubin w pomroce. — Kapłan w Umballi mówił, że twój znak jest znakiem wojny.

845

— Co teraz czynić?

846

— Czekać… Zaczekajmy…

847

— Nawet mrok się rozjaśnia! — rzekł Kim. Było to rzeczą zgoła do przewidzenia, że zniżające się słońce przedrze się w końcu poprzez pnie drzewne, napełniając cały zagajnik na parę chwil złotym i sypkim blaskiem; atoli[81] Kimowi wydało się to uwieńczeniem przepowiedni bramina umbalskiego.

848

— Słuchaj! — ozwał się lama. — Ktoś tam bębni… bardzo daleko…

849

Dźwięk ów, płynący z dala, jak gdyby przecedzony przez cichy przestwór powietrza, z początku przypominał uderzenie tętnicy w skroniach. Niebawem dołączył się do niego dźwięk wyraźniejszy.

850

— E! Muzyka! — wyjaśnił Kim. Znał on odgłos kapeli wojskowej, ale lama popadł w zdumienie. Hen, na krańcu równiny ukazała się sunąca ciężkim krokiem kolumna wojska, cała w obłokach kurzawy; następnie z wiatrem przyleciała śpiewka:

Słuchajcie — jeśli łaska czyja —

Powieści i raportu

Jak idzie gwardia Mulligańska

Marszem do Sligo portu…

851

Tutaj w nutę wpadły przeraźliwe piszczałki:

Na ramię broń!

Marsz! Marsz! Marsz!

Szliśmy hen!

Od Phoenix Parku

Na dublińską przystań —

Wśród bębnów warku,

Wśród fletowych świstań

Szliśmy z gwardią Mulligańską, —

Marsz! Marsz! Marsz!

852

To kapela Mavericków grała pułkowi przychodzącemu na leże, albowiem żołnierze obciążeni rynsztunkiem odbywali drogę według oznaczonej marszruty. Falująca kolumna rozwinęła się na równinie, a poza nią wozy; następnie rozdzieliła się na lewo i prawo, rozbiegła się jak mrowisko i…

853

— Ależ to istne czary! — ozwał się lama.

854

Równina upstrzyła się namiotami, które w wielkiej rozsypce zdawały się wszędy wyrastać z wozów. Jedna gromada ludzi wtargnęła do zagajnika, rozbiła tam ogromny namiot, obok niego wzniosła jeszcze osiem czy dziewięć innych, wydobywała sagany, patelnie i tłumoki, którymi natychmiast zajęła się czereda sługusów-krajowców… I oto w oczach dwóch widzów cały gaik mangowy zamienił się w niepodległe miasteczko!

855

— Chodźmy! — ozwał się lama, słaniając się z przerażenia, gdy zamigotały ognie, a biali oficerowie pobrzękując pałaszami udali się do namiotu stołowego.

856

— Schowaj się w cieniu. Nikt nie dostrzeże ciebie spoza światła ognisk — rzekł Kim, wciąż wpatrując się w chorągiewkę. Nigdy wpierw nie miał możności stwierdzić na własne oczy, z jaką to wprawą wyćwiczony pułk rozbija obóz w przeciągu trzydziestu minut.

857

— Patrz! Patrz! Patrz! — zakwokał lama. — Tam oto idzie kapłan!

858

Jakoż szedł, kulejąc, Bennett, anglikański kapelan pułkowy, przyodziany w zakurzoną czarną kapotę. Któraś z jego owieczek pozwoliła sobie była na szorstkie uwagi o gorliwości kapłańskiej, więc Bennett, by zawstydzić pyskacza, maszerował przez cały dzień krok za krokiem wraz z żołnierzami. Czarna suknia, złoty krzyż na łańcuszku od zegarka, wygolona twarz i miękki, czarny kapelusz iz szeroką krezą wyróżniłyby go na całym obszarze Indii jako osobę duchowną. Osunął się w krzesło polowe koło cnamiotu stołowego i zdjął buty. Otoczyło go kilku oficerów, śmiejąc się i żartując z jego rycerskiego czynu.

859

— Rozmowa białych ludzi jest zgoła pozbawiona godnościl — rzekł lama, który sądził jedynie z tonu. — Ale przyjrzałem się twarzy tego księdza i mniemam, że to człek uczony. Chyba on zrozumie naszą gwarę? Pomówię z nim omych poszukiwaniach.

860

— Nie rozmawiaj nigdy z człowiekiem białym, póki i się nie naje! — ozwał się Kim, przytaczając pospolite przysłowie. — Oni teraz zasiędą do jedzenia, a., nic zdaj mi się, by łatwo było coś u nich wyżebrać! Wracajmy na miejsce postoju. Gdy się posilimy, przyjdziemy tu znowu. To z pewnością był Ryży Byk… mój Byk Czerwony!

861

Obaj byli zastanawiająco roztargnieni, gdy czeladź starej jejmości zastawiała przed nimi wieczerzę, przeto nikt nie przeszkadzał ich skrytym myślom, boć niedobrze to naprzykrzać się gościom.

862

— A teraz — rzekł Kim dłubiąc w zębach — powrócimy na to miejsce; ale ty, o święty, musisz krzynkę przyI zostać z tyłu, ponieważ twoje nogi są badziej ociężałe od moich, a mnie pali niecierpliwość, by się dowiedzieć czegoś więcej o tym Ryżym Byku.

863

— Ale jak ty zrozumiesz tę ich mowę? Idź powoli. Droga tak ciemna — odparł lama niechętnie.

864

Kim puścił to mimo uszu.

865

— Widziałem koło drzew miejsce — ozwał się — gdzie możesz siedzieć, póki cię nie zawołam. Nie, ani-ani! — dodał, gdy lama bąknął coś na kształt sprzeciwu — pamiętaj, że to mój trop… mój Ryży Byk. Znak wśród gwiazd nie tobie był pisany. Znam trochę zwyczaje białych żołnierzy i zawsze mnie korci, by zobaczyć coś nowego.

866

— Czegóż ty jeszcze nie znasz na tym świecie? — rzekł lama i posłusznie przycupnął w małej jamce, niespełna sto łokci od kępy drzew mangowych czerniejącej na tle niebios usianych gwiazdami.

867

— Zostań tu, póki cię nie zawołam.

868

Kim chynął[82] w ciemność. Wiedział, że wokoło obozu według wszelkiego prawdopodobieństwa stoją wartownicy, i uśmiechnął się pod nosem, słysząc odgłos grubych butów jednego z nich. Smyka, który potrafi przekradać się w noc księżycową po dachach śródmieścia Lahory, korzystając z każdego kącika i smużki ciemności, by zmylić czujność prześladowców, nie zdoła capnąć nawet linia najsprawniejszych żołnierzy. Zrobił im ten zaszczyt, że przeczołgał się pomiędzy wedetą, po czym, to biegnąc, to zatrzymując się, kurcząc się i padając plackiem, dotarł aż do namiotu oficerskiego; tam, przywarłszy do drzewa mangowego, czekał, czy jakieś przypadkowe słowo nie da mu odpowiednich wyjaśnień.

869

Jedyną rzeczą, która obecnie zaprzątała jego myśli, było uzyskanie dalszych wiadomości odnoszących się do Ryżego Byka. O ile mu było wiadomo — a określenia miewał Kim tak osobliwe i dorywcze jak i dociekania — to ci ludzie, inaczej mówiąc, owych dziewięciuset zatraconych diabłów z proroctwa jego ojca, powinni byli z nadejściem nocy modlić się do tego zwierzęcia, jak Hindusi modlą się do świętej krowy. Tak przynajmniej nakazywałaby słuszność i rozsądek, a duchowny ze złotym krzyżem byłby wówczas osobą, od której można by zasięgnąć zdania w tej mierze. Z drugiej strony — że tylko wspomnieć księży o surowym obliczu, których unikał w Lahorze — ksiądz mógł być ciekawskim nudziarą i kazałby mu się uczyć. Ale czyż w Umballi nie dowiedziono mu, że znak na niebiosach wróżył wojnę i ludzi orężnych? Czyliż on sam nie był Przyjacielem gwiazd, zarówno jak i całego świata, napchanym aż po gardło straszliwymi tajemnicami? Na koniec — a właściwie, najpierwej w podświadomości jego chyżych myśli — ta awantura, chociaż nie znał angielskiego na to wyrażenia, była pysznym ptaszkiem[83]: cudnym wznowieniem dawnych dyrdań po dachach domów, a jednocześnie wypełnieniem doniosłej przepowiedni. Położył się na brzuchu i podpełznął jak wąż do drzwi namiotu stołowego, obejmując ręką amulet wiszący na szyi.

870

Było tak, jak się domyślał. Sahibowie modlili się do swego bóstwa; albowiem na środku stołu kasynowego — jako jedyna ozdoba tegoż, gdy wojsko znajdowało się w podchodzie — stał złoty byk, stanowiący ongi część zdobyczy z pałacu letniego w Pekinie… czerwono-złoty byk z opuszczonym łbem, hasający po polu irlandzkiej zieleni. Sahibowie wyciągali ku niemu szklanki, pokrzykując głośno w bezładnym gwarze.

871

Otóż wielebny Artur Bennett zawsze odchodził od stołu po tym toaście, a ponieważ marsz dał mu się tęgo we znaki, ruchy jego stały się gwałtowniejsze, niż po inne czasy. Kim, podniósłszy nieznacznie głowę, jeszcze wlepiał oczy w swe godło, gdy ni stąd ni zowąd pastor przydeptał mu prawą łopatkę. Kim umknął pod naciskiem obcasa, a staczając się w bok, obalił kapelana, który jako człek zawsze energiczny chwycił go za grdykę i omal nie zdusił na śmierć. Wówczas Kim z rozpaczy kopnął go w brzuch. Imć Bennett stęknął i zwinął się w kłęby, niemniej jednak, nie rozwierając garści, wydostał się znów na wierzch i w milczeniu zaciągnął Kima do własnego namiotu. Maverickowie są niepoprawnymi kawalarzami, więc Anglikowi przyszło na myśl, że najlepiej będzie, jeżeli zachowa milczenie, póki nie dojdzie do ostatecznych wyników śledztwa.

872

— Ha! To chłopiec! — ozwał się, przyciągnąwszy swą zdobycz pod światło latarni zatkniętej na kołku namiotu, a potem wytarmosiwszy surowo nieboraka, huknął: — Coś tam robił? Jesteś złodziejem! Choor! Mallum? (rozumiesz?)

873

Jego znajomość hindostańczyzny była wielce skąpa, przeto zmiętoszony i skwaszony Kim zamierzał wytrwać w narzuconej mu roli. Nabrawszy tchu, zmyślał na poczekaniu cudownie prawdopodobną bujdę o swym pokrewieństwie z jednym z kuchcików oficerskich, a jednocześnie zerknął nieznacznie pod lewą pachę kapelana. Nadeszła sposobność… chłopiec dunął w stronę drzwi, lecz długie ramię znienacka wysunęło się ku niemu i capnęło go za kark, rozrywając tasiemkę amuletu i przyciągając amulet.

874

— Proszę mi to oddać! O, proszę oddać! Czy się nie zgubiło? Proszę oddać mi papiery.

875

Słowa te wypowiedziane były po angielsku — szczebiotliwą, wypiłowaną angielszczyzną jaką spotyka się u krajowców. Kapelan odskoczył.

876

— Szkaplerz — rzekł, otwierając dłoń. — Nie, jakieś gusła pogańskie. Co… co? Ty mówisz po angielsku? Chłopcy dostają w skórę za kradzież… czy wiesz o tym?

877

— Ja nie… ja nie kradłem… — Kim wił się kurczowo jak jamnik na widok podniesionego kija. — O, proszę mi to oddać. To mój przedmiot czarnoksięski. Nie kradnij mi pan tego.

878

Kapelan nie zważał na to bynajmniej, ale podszedłszy ku drzwiom namiotu zawołał na kogoś głośno. Zjawił się człek dobrej tuszy, starannie wygolony.

879

— Chciałbym się ciebie poradzić, ojcze Wiktorze — rzekł Bennett. — Zdybałem tego basałyka w ciemności koło namiotu oficerskiego. W powszednim wypadku przetrzepałbym mu skórę i wygnał na cztery wiatry, bo uważam go za złodziejaszka. Ale on, zdaje się, włada angielszczyzną i przywiązuje wielką wagę do jakowychś uroków, które nosił na szyi. Sądzę, że może będziesz łaskaw mi w tym dopomóc.

880

W przekonaniu Bennetta pomiędzy nim a rzymskokatolickim kapelanem wojska irlandzkiego leżała nieprzebyta przepaść; atoli, rzecz znamienna, ilekroć kościół anglikański miał do czynienia z zagadnieniem ziemskim, odwoływał się niechybnie do pomocy kościoła rzymskiego. Urzędową niechęć Bennetta do katolicyzmu i jego obrządków równoważył jedynie osobisty szacunek dla ojca Wiktora.

881

— Więc to złodziej mówiący po angielsku? Obejrzymy te jego czarnoksięstwa. Nie, to nie jest szkaplerz Bennecie — i wyciągnął rękę.

882

— Ale czy wolno nam to otworzyć? Tęga chłosta…

883

— Ja nie kradłem — zaprzeczył Kim. — Pan ponabijał mi guzy na całym ciele. Proszę mi oddać mój przedmiot czarodziejski, a pójdę sobie precz.

884

— Nie tak prędko; najpierw zbadamy ten przedmiot — ozwał się ojciec Wiktor, spokojnie rozwijając pergaminowy ne varietur śp. Kimbala O'Hary, jego zwolnienie czynnej służby i metrykę chrztu Kima. Na metryce O'Hara, mając niejasną świadomość, że czyni Bóg wie co dla swego syna, nagryzmolił wielokrotnie; Dbajcie o chłopca. Proszę, dbajcie o chłopca… i podpisał się w całej rozciągłości swym nazwiskiem i cyfrą pułku.

885

— Precz, moce ciemności! — ozwał się ojciec Wiktor, podając wszystko imć Bennettowi. — Czy pan wiesz, co to takiego?

886

— Tak — rzekł Kim. — To wszystko moje, a chcę już odejść.

887

— Zgoła nic nie rozumiem — rzekł imć Bennett. — On to pewno przyniósł umyślnie. Może to jakiś żebracki fortel.

888

— Nie widziałem zatem nigdy żebraka, który by mniej pragnął pozostać w towarzystwie swych bliźnich. Tu coś zakrawa na jakąś wesołą mistyfikację. Czy pan wierzysz w Opatrzność, Bennecie?

889

— No chyba!

890

— Dobrze, a ja wierzę w cuda, co wychodzi na jedno i to samo. Moce piekielne! Kimball O'Hara! I jego syn!… Ale przecie ten chłopak to krajowiec, a ja sam na własne oczy widziałem, jak Kim żenił się z Annie Shott! Od jak dawna masz, chłopcze, te szpargały?

891

— Jeszcze od czasu, gdym był małym pędrakiem.

892

Ojciec Wiktor postąpił prędko parę kroków w przód i rozpiął Kimowi ubranie na piersiach.

893

— Widzisz pan, Bennecie, on nie bardzo jest smagły. Jak ci na imię?

894

— Kim.

895

— Czyli Kimball?

896

— Być może. Czy pozwolicie mi odejść?

897

— I jak jeszcze?

898

— Nazywają mnie Kim Rishti-ke, to znaczy: Kim z Rishti.

899

— Co znaczy to Rishti?

900

Aj-riszti… to był pułk… mego ojca…

901

— Irlandzki![84] aha, rozumiem!

902

— Taak! Właśnie tak opowiadał mi tato… Mój ojciec jeszcze wtedy żył.

903

— Gdzie żył?

904

— Żył. Oczywiście umarł… zszedł ze świata.

905

— Och!… Czy masz zwyczaj zawsze odpowiadać tak zwięźle?

906

Tu w rozmowę wmieszał się Bennett.

907

— Możem skrzywdził tego chłopca. To z pewnością jest biały, chociaż widocznie zdziczało niebożątko. Zdaje mi się, żem go trochę potłukł. Sądzę, że trochę spirytusu nie…

908

— Daj mu więc szklankę kseresu[85] i pozwól mu się wyciągnąć na łóżku polowym. No, Kimie — ciągnął ojciec Wiktor — teraz już nikt nie myśli ci dokuczać. Wypij to i opowiedz nam o sobie. Wyznaj szczerą prawdę, jeżeli ci nic nie stoi na przeszkodzie.

909

Kim zakaszlał, odstawiając wypróżnioną szklankę, i zamyślił się. Sytuacja zdawała się wymagać ostrożności — i głowy na karku. Mali chłopcy, którzy baraszkują koło obozowisk, bywają zazwyczaj wydalani po uprzedniej chłoście. Ale on nie otrzymał batów — widocznie amulet działa na jego korzyść i wszystko tak wyglądało, jak gdyby horoskop w Umballi i kilka słów, jakie zdołał zapamiętać z mamrotań swego ojca, sprawdzały się w sposób przecudowny. Gdyby tak nie było, to czemuż by tłusty padre (ksiądz) był tak wzruszony, a ten drugi, chudy, dawał mu szklankę żółtego, rozgrzewającego wina?

910

— Mój ojciec zmarł w mieście Lahorze, kiedym był jeszcze maleńki. Kobieta, co miała sklep, kabarri (graciarnię) koło miejsca postoju dorożek… — zaczął Kim na chybił trafił, nie mając jeszcze pewności, o ile prawda może mu być przydatna.

911

— Twoja matka?

912

Nie! — żachnął się Kim. — Matka zmarła po moim narodzeniu. Mój ojciec dostał te papiery z Jadoo-Gher, jak tam się u was to nazywa? — (Bennett kiwnął głową) — ponieważ był na… dobrym stanowisku… jak to się u was zowie? — (Bennett skinął powtórnie) — To mi opowiedział tato. A mówił mi też… i tak samo bramin, który dwa dni temu kreślił rysunki na piasku… on mi mówił, że znajdę Czerwonego Byka na zielonym polu i ten Byk będzie mi pomagał.

913

— Wprost niebywały młodociany kłamca! — burknął Bennett.

914

Apage[86], mocy nieczysta! Cóż to za kraj! — mruczał ojciec Wiktor. — Mów dalej, Kimie!

915

— Ja nie kradnę. Zresztą od niedawna jestem uczniem bardzo świątobliwego człowieka… siedzi on za obozem. Widzieliśmy dwóch ludzi nadchodzących z chorągiewkami celem wyznaczenia miejsca. Tak zawsze bywa we śnie albo przed spełnieniem… tego… przepowiedni… Toteż poznałem, że spełni się niezawodnie. Widziałem Czerwonego Byka na zielonym polu, a mój ojciec mawiał: „Dziewięciuset diabłów… pukka[87] diabłów… i pułkownik jadący na koniu będą się tobą opiekowali, gdy znajdziesz Ryżego Byka! Kiedy zobaczyłem Byka, nie wiedziałem, co mam robić, więc oddaliłem się, a potem wróciłem, gdy było ciemno. Chciałem znów zobaczyć Byka… i zobaczyłem Byka… w otoczeniu sahibów, którzy się modlili do niego. Myślę, że Byk będzie mi pomagał. Tak samo mówi i święty człowiek. On siedzi tam na dworze. Czy zrobicie mu co złego, gdy go teraz przywołam? On jest bardzo świątobliwy. On może poświadczyć wszystko, co mówię, i wie, że nie jestem złodziejem.

916

— Oficerowie modlili się do byka! Cóż to za brednie, u licha! — ozwał się Bennett. — Uczeń świętego człowieka! Czyż ten chłopak ma bzika?

917

— O, to z pewnością syn O'Hary! Syn O'Hary sprzymierzony z wszystkimi mocami ciemności. Trzeba było widzieć, co wyprawiał jego ojciec, gdy był pijany. Lepiej sprowadźmy tu tego świątobliwca. On może coś wie.

918

— On nic nie wie — rzekł Kim. — Pokażę go wam, jeśli pójdziecie za mną. To mój mistrz. Potem pójdziemy sobie precz.

919

— Moce ciemności! — było to wszystko, co zdołał wymówić ojciec Wiktor, gdy tymczasem Bennett ruszył krokiem wojskowym, trzymając Kima za ramię krzepką dłonią.

920

Znaleźli lamę tam, gdzie się był wtulił.

921

— Moje poszukiwania już dobiegają końca! — huknął Kim w narzeczu. — Znalazłem Byka, lecz bogi raczą wiedzieć, co dalej się stanie. Oni ci nie zrobią nic złego.Religia Chodź do namiotu tłustego księdza z tym cienkim człowiekiem i czekaj, jak to się skończy. Tam wszystko jest nowe, a oni nie umieją mówić po hindusku; są to tylko osły o niewyprawionej skórze.

922

— Wobec tego nie wypada żartować z ich nieświadomości — odparł lama. — Rad jestem, żeś się uweselił, chelo!

923

Z godnością i bez podejrzliwości wkroczył do małego namiotu, po kapłańsku pozdrowił obu duchownych i usiadł przy blasze z żarzącymi się węglami drzewnymi. Światło lampy, odbijając się od żółtej podszewki namiotu, narzuciło na jego twarz barwę złotawo-czerwoną.

924

Bennett spoglądał nań z wyniosłą obojętnością, charakterystyczną dla religii, która dziewięć dziesiątych całego świata nazywa w czambuł „poganami”.

925

— A jaki był koniec poszukiwań? Jaki dar przyniósł ci Ryży Byk? — zwrócił się lama do Kima.

926

— On się pyta: „co chcecie czynić?”.

927

Bennett niespokojnie wpatrywał się w ojca Wiktora, a Kim przyjął na siebie we własnym interesie obowiązki tłumacza.

928

— Nie wiem, co ma ten fakir do tego chłopca, który jest zapewne ofiarą jego oszustwa albo jego wspólnikiem — zaczął Bennett. — Nie możemy pozwolić, by chłopak, Anglik z rodu… przypuściwszy, że jest on synem masona, to im prędzej odda się go do ochronki masońskiej, tym lepiej dla niego.

929

— Aha, tak się zdaje panu jako sekretarzowi loży pułkowej! — ozwał się ojciec Wiktor. — Ale przecie może powiemy temu staruchowi, co zamierzamy uczynić. On nie wygląda na prostaka.

930

— Wiem z doświadczenia, że nigdy nie podobna zgłębić umysłu wschodniego. A teraz, Kimballu, chciałbym, żebyś powtórzył temu człowiekowi słowo w słowo, co ci powiem.

931

Kim zebrał w pamięci treść kilku następujących potem zdań i zaczął tymi słowy:

932

— O święty, ten tyczkowaty dureń, co podobny jest do wielbłąda, gada, że jestem synem sahiba.

933

— Skądże znowu?

934

— O tak, to prawda. Ja o tym wiedziałem od urodzenia, on zaś zdołał się o tym przekonać dopiero wtedy, gdy przeczytał amulet z mej szyi i wszystkie moje papiery. On myśli, że kto raz jest sahibem, jest nim zawsze, obaj zaś pomiędzy sobą uradzili, żeby mnie zatrzymać w pułku lub posłać do madrissah (szkoły). To już raz się zdarzyło i zawsze tego się wystrzegałem. Ten tłusty patałach plecie jedno, a ten wielbłądowaty zasię co innego. Ale nie ma się o co dąsać! Spędzę tu jedną noc, a może i następną. I to się zdarzało dawniej. Ale potem ucieknę i powrócę do ciebie.

935

— Ale powiedz im, że jesteś moim chelą. Opowiedz im, jak przyszedłeś do mnie, gdy byłem słaby i zbłąkany. Opowiedz im o naszych poszukiwaniach, a oni z pewnością wypuszczą cię natychmiast.

936

— Jużem to im opowiedział. Oni się śmieją i wspominają o policji.

937

— Co tam mówicie? — zapytał pastor Bennett.

938

— O-wa! On tylko powiada, że jeżeli mnie nie puścicie, będzie to przeszkodą w jego zajęciach… w jego sprawie prywatnej, niecierpiącej zwłoki.

939

To podkreślenie było naśladowaniem rozmowy z pewnym Eurazjatą[88], pisarzem w wydziale kanalizacji, ale wywołało to tylko uśmiech, co dotknęło go do żywego.

940

— A gdybyście wiedzieli, jakie jest jego zatrudnienie, nie staralibyście się w sposób tak nieludzki temu przeszkodzić.

941

— Więc cóż to takiego? — rzekł ojciec Wiktor nie bez wyrozumiałości, przyglądając się obliczu lamy.

942

— W tym kraju jest rzeka, którą on strasznie życzy sobie znaleźć. Została ona wydobyta przez strzałę, która… — (Tu Kim niecierpliwie postukiwał nogą, przekładając sobie w myśli język krajowy na kulawą angielszczyznę). — Eech! zrobił ją pan nasz… no wiecie, Budda… a jeżeli się wykąpiecie w niej, to będziecie obmyci z wszystkich grzechów i staniecie się biali jak bawełna… — (Kim swojego czasu przysłuchiwał się pogadankom misyjnym). — Jestem jego uczniem i musimy znaleźć tę rzekę. Jest to dla nas rzecz strasznie ważna.

943

— Powtórz to raz jeszcze! — ozwał się Bennett. Kim usłuchał rozkazu, nie szczędząc upiększeń.

944

— Ależ to bluźnierstwo! — krzyknął duchowny angielski.

945

— Pst! Pst! — rzekł ojciec Wiktor życzliwie. — Wiele bym dał za to, żebym umiał mówić językiem krajowców. Rzeka, która obmywa grzechy! A jak dawno już jej szukacie?

946

— O, już długo! A teraz chcemy odejść i znów jej szukać. Pan widzi, że jej tu nie ma.

947

— Widzę! — rzekł poważnie ojciec Wiktor. — Ale on nie może nadal chadzać w towarzystwie tego starucha. Byłoby wszystko inaczej, Kimie, gdybyś nie był synem żołnierza. Powiedz mu, że pułk zaopiekuje się tobą i wykieruje cię na porządnego człowieka, jak twój… e-hm!… tak porządnego człowieka, jak tylko będzie można. Powiedz mu, że jeżeli wierzy w cuda, powinien uwierzyć, iż…

948

— Nie potrzeba wcale grać na jego łatwowierności! — obruszył się Bennett.

949

— Wcale tego nie czynię. On musi wierzyć, że przybycie tego chłopca tutaj… do macierzystego pułku… gdy poszukiwał swego czerwonego byka… ma cechy cudu. Zważ, panie Bennecie, wszystkie szanse przeciwko temu! Że to na całe Indie ten właśnie jeden chłopczyna… aż z tylu pułków właśnie nasz jeden maszerował, żeby się z nim spotkać!… To już wszystko z góry było przewidziane w wyrokach niebios. Tak! Powiedz mu, że to kismet. Kismet, mallum (rozumiesz)?

950

Z tym zapytaniem zwrócił się do lamy, do którego równie dobrze mógłby mówić o Mezopotamii[89].

951

— Oni mówią — a oczy starca zaświeciły na te słowa Kima — mówią, że treść mojej przepowiedni już się ziściła i że skoro powróciłem (choć wiesz, że tylko przyszedłem tu z ciekawości) do tych ludzi i Czerwonego Byka, to muszę chodzić do madrissah i przeobrazić się w sahiba. Teraz udaję, że się zgadzam, bo w najgorszym razie zejdzie na to, że zjem kilka razy obiad z dala od ciebie. Potem czmychnę i podążę gościńcem do Saharunpore. Przeto, o święty, trzymaj się cięgiem tej kobiety z Kulu… żadną miarą nie wałęsaj się daleko od jej kibitki, póki nie powrócę. Niewątpliwie mój znak jest znakiem wojny i ludzi zbrojnych. Patrz! Dali mi się napić wina i posadzili mnie na honorowym łożu! Mój ojciec musiał być tu grubą rybą! Więc jeżeli mnie zaszczycą u siebie wielkim dostojeństwem, to dobrze, a jeżeli nie, to drugie dobrze. Cokolwiek z tego wyniknie, ucieknę z powrotem do ciebie, gdy mnie to znuży. Ale trzymaj się Radżputani, bo inaczej zgubię twój ślad… Ooch, ta-ak! — przemówił po angielsku — opowiedziałem mu wszystko, coście mi polecili.

952

— Ja zaś nie widzę powodu, czemu by ten człowiek miał jeszcze zwlekać — ozwał się Bennett, obszukując kieszeń spodni. — Szczegóły możemy zbadać później… a ja dam mu ru…

953

— Daj mu jeszcze chwilkę czasu. Zdaje się, że on przywiązał się do tego chłopca — rzekł ojciec Wiktor, zatrzymując w połowie ruch pastora.

954

Lama wyciągnął różaniec i zaciągnął na oczy ogromną krezę kapelusza.

955

— Czego on teraz może chcieć?

956

— On mówi… — tu Kim wzniósł dłoń w górę. — On powiada: bądźcie cicho! On chce porozmawiać ze mną sam na sam. Widzicie, że nie rozumiecie ani słówka z tego, co on mówi, a sądzę, że jeżeli będziecie gadali, może rzucić na was straszne klątwy. Ilekroć bierze w ten sposób te paciorki, wiedzcie, że wtedy zawsze domaga się ciszy.

957

Obaj Anglicy usiedli zgnębieni, ale w oczach Bennetta wyczytać można było obietnicę, że z Kimem będzie krucho, skoro chłopak będzie oddany pod władzę duchowną.

958

— Sahib i syn sahiba… — lamie głos zachrypł z bólu. — Ależ żaden z białych ludzi nie zna tego kraju i jego obyczajów tak, jak ty. Jakże to może być prawdą?

959

— O to mniejsza, o święty; ale pamiętaj, że to tylko na jedną noc lub dwie… Wspomnij, że umiem się zmieniać błyskawicznie. Wszystko się odbędzie jak wtedy, gdym po raz pierwszy rozmawiał z tobą pod wielkim działem Zam-Zammah…

960

— Jako chłopak w stroju białych ludzi… gdym po raz pierwszy podchodził do Domu Cudów. Za drugim razem byłeś Hindusem. Jakież będzie trzecie wcielenie? — zagderał posępnie. — Och, chelo, wyrządziłeś przykrość starcowi, bo moje serce przylgnęło do ciebie.

961

— I moje do ciebie. Ale skądże mogłem wiedzieć, że Czerwony Byk wciągnie mnie w takie korowody?

962

Lama ponownie zasłonił twarz i gorączkowo pobrzękiwał w różaniec. Kim przykucnął koło niego i uchwycił jeden z fałdów jego sukni.

963

— Więc teraz zrozumiano, że chłopiec jest sahibem? — ciągnął lama dalej przytłumionym głosem. — Takim sahibem, jakim był ten, który opiekował się wizerunkami w Domu Cudów. — (Wiadomości lamy o ludziach białych były bardzo szczupłe, wyglądało to, jak gdyby powtarzał wyuczoną lekcję.) — Wobec tego nie przystoi, by czynił co innego, jak to, co czynią inni sahibowie. On musi wrócić do swego narodu.

964

— Na dzień, noc i jeszcze jeden dzień! — wymawiał się Kim.

965

— Nie, nic z tego! — ozwał się ojciec Wiktor, widząc, że Kim boczkuje ku drzwiom, i nogą zagrodził chłopcu drogę.

966

— Nie rozumiem obyczajów białych ludzi. Kapłan wizerunków w lahorskim Domu Cudów był grzeczniejszy od tego chudzielca. Zabiorą mi tego chłopca. Chcąż zrobić sahiba z mego ucznia? Biadaż mi, jakże odnajdę swoją rzekę? Czyż oni nie mają uczniów? Zapytaj ich.

967

— On mówi, że bardzo jest tym strapiony, iż nie zdoła już wcale znaleźć swej rzeki. Pyta, czy nie macie własnych uczniów, że uwzięliście się jego właśnie nękać? On chce być obmyty z grzechów.

968

Ani Bennett, ani ojciec Wiktor nie zdobyli się na natychmiastową odpowiedź. Kim, przerażony bezsilnością starca, ozwał się po angielsku:

969

— Myślę, że jeżeli puścicie mnie na wolność, odejdziemy sobie spokojnie i nie ukradniemy niczego. Będziemy szukali owej rzeki, jak przed moim pojmaniem. Wolałbym tu wcale nie przychodzić po to, by znajdować Czerwonego Byka i inne bzdurstwa! Całkiem mi to niepotrzebne!

970

— Jest to najlepszy zarobek, jaki kiedykolwiek sobie zdobyłeś, młokosie! — rzekł Bennett.

971

— Miły Boże, nie wiem, jak pocieszyć tego biedaka — ozwał się ojciec Wiktor, wpatrując się uporczywie w lamę. — Nie można pozwolić, by wziął z sobą chłopaka, a przecie to człek dobry… mam pewność, że to człek dobry. Mości Bennecie, jeżeli dasz mu pan tę rupię, to on cię przeklnie z całym pokoleniem!

972

Przez trzy… przez całe pięć minut… przysłuchiwali się wzajemnie swym oddechom. Potem lama podniósł głowę i spojrzał kędyś poza nich — w pustkę i przestrzeń.

973

— I ja jestem pątnikiem Drogi Żywota — przemówił z goryczą. — Mój jest grzech i moja też kara. Wmówiłem w siebie… tak, teraz zdaję sobie sprawę z tego, że było to jeno urojenie… żeś był zesłan, by pomagać mi w poszukiwaniach. Przeto serce moje przylgnęło do cię za twoją dobroć, uprzejmość i wielką nad wiek twój roztropność. Ale ci, którzy idą Drogą Żywota, nie powinni dopuszczać do siebie ognia pożądliwości ani przywiązania, boć to wszystko jest złudą. Jak powiada… — tu przytoczył stary, niezmiernie stary tekst chiński, poparł go drugim, a wzmocnił jeszcze trzecim. — Zboczyłem z drogi, mój chelo. Nie poszło to z mej winy. Radowałem się widokiem życia i nowych ludzi spotykanych po drodze oraz twoją uciechą z oglądania tego wszystkiego. Byłem zadowolony wespół z tobą, ja, com winien był myśleć o swych poszukiwaniach i o niczym ponadto. Teraz jestem pełen smutku, bo zabierają mi ciebie, a rzeka moja jest daleko ode mnie. Otom złamał zakon!

974

— Przepadnijcie, moce ciemności! — wymówił ojciec Wiktor, który jako doświadczony spowiednik wyczuwał ból w każdym zdaniu lamy.

975

— Widzę teraz, że znak Czerwonego Byka był przestrogą zarówno dla mnie, jak i dla ciebie. Wszelka pożądliwość jest czerwona… i zła. Będę odbywał pokutę i sam na własną rękę szukać będę tej rzeki.

976

— W każdym razie powróć do tej kobiety z Kulu — rzekł Kim — bo inaczej zginiesz na drodze. Ona cię będzie żywiła, póki nie wrócę do ciebie.

977

Lama machnął ręką, dając do zrozumienia, że sprawę tę już obmyślił w głowie.

978

— A teraz — głos mu się zmienił, gdy się zwrócił do Kima — co oni z tobą uczynią? Ja, bądź co bądź, zdobywając sobie zasługi, mogę zmazać przeszłe zło.

979

— Zrobią ze mnie sahiba… tak im się zdaje… Pojutrze wrócę. Nie martw się.

980

— Jakiego? Czy takiego jak ten, czy takiego jak tamten? — (tu wskazał na ojca Wiktora. ) — A może jednego z tych, których widzieliśmy dziś wieczorem… co noszą pałasze i chodzą ciężkim krokiem?

981

— Być może.

982

— To niedobrze. Ci ludzie idą za pożądliwością i dochodzą do pustki duchowej. Ty nie powinieneś być taki.

983

— Kapłan w Umballi mówił, że moją gwiazdą jest wojna — wtrącił Kim. — Zapytam tych kpów… ale, prawdę mówiąc, jest to zgoła zbyteczne. Ucieknę jeszcze tej nocy, mimo że chciałbym się przyjrzeć nowym rzeczom.

984

Po czym zadał ojcu Wiktorowi parę pytań po angielsku, tłumacząc odpowiedzi lamie. Brzmiało to tak:

985

— On powiada: „Bierzecie go ode mnie i nie umiecie powiedzieć, na co go wykierujecie”. On powiada: „Powiedz mi, zanim odejdę, bo rzecz to niemałej wagi wychować dziecko”.

986

— Poślemy cię do szkoły. Co potem, zobaczymy. Kimballu, przypuszczam, że chciałbyś być żołnierzem?

987

Gorah-log (białe pospólstwo)! Nie-e! Nie-e! — Kim gwałtownie potrząsnął głową. Karność i posłuch zgoła nie przemawiały mu do przekonania. — Nie chcę być żołnierzem!

988

— Będziesz tym, czym ci być każą — odezwał się Bennett — i powinieneś być wdzięczny, że chcemy ci dopomóc.

989

Kim uśmiechnął się z politowaniem. Jeżeli ci ludzie łudzą się, że on będzie robił coś, co mu się nie podoba — tym więc lepiej dla niego.

990

Zapanowała znów dłuższa cisza. Bennett wiercił się z niecierpliwości i radził zawezwać wartę, by na zbity łeb wyrzuciła fakira.

991

— Czy u sahibów uczą darmo, czy za zapłatą? Zapytaj ich — ozwał się lama, a Kim to przetłumaczył.

992

— Mówią, że nauczycielowi się płaci… ale pieniądze na to łożyć będzie pułk… Ale na cóż tyle zachodów? To tylko na jedną noc.

993

— A… czy im więcej się płaci, tym lepszą pobiera się naukę? — lama puścił mimo uszu plany Kima co do rychłej ucieczki. — Nic w tym złego, że się płaci za naukę; zawszeć to zasługa, jeżeli nieukowi dopomaga się w zdobywaniu wiedzy.

994

Różaniec zachrobotał gwałtownie niby liczydło. Po chwili lama znów spojrzał w oczy swym prześladowcom.

995

— Zapytaj ich, za jaką sumę pieniężną udzielają oni mądrej i przyzwoitej nauki? I w jakim mieście ona się odbywa?

996

— No — odrzekł ojciec Wiktor po angielsku, gdy Kim przełożył powyższe słowa — to zależy. Pułk płaciłby za ciebie przez cały czas twego pobytu w sierocińcu wojskowym; albo zostałbyś wpisany na listę pendżabskiego przytułku masońskiego (ani on, ani ty nie zrozumielibyście, co to znaczy); ale najlepsze wykształcenie chłopiec może otrzymać, rzecz oczywista, w zakładzie św. Ksawerego in partibus koło Lucknow.

997

Tłumaczenie tych słów zajęło sporo czasu, bo Bennett chciał już raz z tym skończyć.

998

— On chce wiedzieć, jaka będzie cena? — ozwał się Kim spokojnie.

999

— Dwieście do trzystu rupii rocznie.

1000

Ojciec Wiktor nie okazywał po sobie najmniejszego zdziwienia. Bennett, zniecierpliwiony, nic z tego nie rozumiał.

1001

— On mówi: „Napisz tę nazwę i ilość pieniędzy na skrawku papieru i oddaj mu to”. I mówi też, że musisz pod spodem napisać swoje nazwisko, ponieważ on ma zamiar za parę dni napisać list do ciebie. Powiada, że z ciebie dobry człowiek. Powiada też, że ten drugi, to cymbał. On się już zabiera stąd.

1002

Lama powstał raptownie.

1003

— Idę na poszukiwania! — krzyknął i wyszedł z namiotu.

1004

— On się natknie na wartowników! — zawołał, zrywając się z miejsca, ojciec Wiktor, ledwie lama wysunął się z namiotu. — Ale nie mogę opuścić chłopaka.

1005

Kim poruszył się żywo, by iść za nim, ale się pohamował. Na dworze nie było słychać żadnych nawoływań. Lama zniknął.

1006

Kim usiadł spokojnie na wyrku kapelana. Bądź co bądź lama obiecał, że zostanie przy Radżputance z Kulu, a reszta była drobnostką. Podobało mu się, że obaj duchowni byli tak widocznie podnieceni. Rozmawiali długo półgłosem; ojciec Wiktor do czegoś bardzo namawiał Bennetta, który zdawał się nie ufać tym radom. Wszystko to było osobliwe i intrygujące, ale Kima zaczęła ogarniać senność, Potem zwołali jakichś ludzi do namiotu (jednym z nich był na pewno pułkownik, jak przepowiedział ojciec) — ci zaś zadawali chłopcu nieskończenie wiele pytań, zwłaszcza tyczących się kobiety, która się nim opiekowała; Kim na wszystko odpowiadał zgodnie z prawdą. Oni ponoć nie uważali tej kobiety za dobrą opiekunkę.

1007

Koniec końców dla Kima była to najnowsza z jego przygód. Prędzej czy później, jeśli mu się spodoba, będzie mógł czmychnąć w szeroki świat — pomiędzy szary, nierozeznawalny gmin indyjski, kędyś daleko od namiotów, księży i pułkowników. Na razie, jeżeli można czymś wywołać wrażenie u sahibów, powinien był uczynić, co w jego mocy, by im zaimponować. Wszak i on był białym człowiekiem.

1008

Po długiej wymianie zdań, której nie mógł zrozumieć, oddano go pod opiekę sierżantowi, któremu surowo polecono, by go nie spuszczał z oka. Pułk udawał się do Umballi, a Kima miano wysłać — częścią na koszt loży, a częścią za pieniądze ze składki — do miejscowości zwanej Sanawar.

1009

— To ci cud nad wszelki podziw, panie pułkowniku! — rzekł ksiądz Wiktor, nagadawszy się o wszystkim przez dobre dziesięć minut. — Jego przyjaciel, buddysta, zwiał bez śladu, wziąwszy mój adres i nazwisko. Nie mogę się połapać, czy chce płacić za naukę chłopca, czy też własnym kosztem wyprawić jakieś sztuczki czarnoksięskie.

1010

Potem zwrócił się do Kima:

1011

— Dożyjesz jeszcze chwili, gdy będziesz dziękował swemu przyjacielowi, Bykowi Ryżemu. W Sanawar zrobimy z ciebie człowieka… choć co prawda kosztem tego, że może zostaniesz protestantem.

1012

— Z pewnością… z całą pewnością! — potakiwał Bennett.

1013

— Ależ wy nie pójdziecie do Sanawar! — rzekł Kim.

1014

— Właśnie, że pójdziemy do Sanawar, mój malcze. Taki jest rozkaz głównodowodzącego, który jest osobą nieco ważniejszą od syna O'Hary.

1015

— Nie pójdziecie do Sanawar. Pójdziecie na wojnę.

1016

W całym, zatłoczonym namiocie zahuczał gromki śmiech.

1017

— Gdybyś nieco lepiej znał swój własny pułk, Kimie, nie mieszałbyś pogotowia marszowego z pogotowiem bojowym. Ale spodziewamy się, że kiedyś pójdziemy na wojnę.

1018

— Oo! Ja wiem wszystko!

1019

Kim znów naciągnął łuk na chybił trafił. Jeżeli oni nie idą na wojnę, tedy w każdym razie nie wiedzieli tego, co on, o rozmowie na werandzie w Umballi.

1020

— Wiem, że teraz nie jesteście na wojnie, ale powiadam wam, że skoro dojdziecie do Umballi, będziecie wysłani na wojnę… nową wojnę… Jest to wojna ośmiu tysięcy ludzi, nie licząc armat.

1021

— O, jak dokładnie! Czy obok innych zdolności masz i dar prorokowania? Weźże go z sobą, sierżancie. Wydostań dla niego mundur od doboszów i uważaj, żeby ci się nie wymknął z rąk. I mówić tu, że wieki cudów już minęły! Ale pono[90] czas mi już iść spać. Już biedna moja łepeta odczuwa zmęczenie.

1022

W godzinę później kędyś na krańcu obozowiska siedział Kim, oniemiały jak dzikie zwierzątko, świeżo wymyty od stóp do głów i odziany w jakowyś straszny mundur ze sztywnego sukna, które drapało mu ręce i nogi.

1023

— A to ci cudaczny ten młody kos! — gadał sierżant. — Włóczy się jako pachołek żółtogłowego capa-bramina, mając na szyi metryki wydane przez lożę jego ojcu, i bajdurzy, Bóg wie co, o jakimciś czerwonym byku. Ten cap-bramin ulatnia się bez opowiedzenia, a chłopak siada z założonymi nogami na łóżku kapelana, prorokując wszem wobec krwawą wojnę. Te Indyje, to diabelski kraj stworzony na zgubę bogobojnego człeka, Przywiążę mu zaraz nogę do kołka namiotu, na wypadek, gdyby chciał uciekać. Co tam mówiłeś o wojnie?

1024

— Osiem tysięcy ludzi, nie licząc dział — odrzekł Kim. — Lada dzień się przekonacie.

1025

— Pocieszny z ciebie hultaj. Połóż się pomiędzy doboszami i luli!… Ci dwaj chłopcy koło ciebie będą czuwać nad twym snem.

Rozdział VI

Pamiętam jeszcze moich kamratów,

Na nowych morzach — starych wiarusów,

Jakeśmy kiedyś auripigmentem

Kupczyli pośród dzikusów.

Dziesięć tysięcy mil na południe,

Trzydzieści lat żyję w dali —

Oni nie cnego Valdeza Diego,

Tylko mnie znali, kochali…

Pieśń o Diegu Valdezie

1026

Bardzo wczesnym rankiem białe namioty runęły i znikły, a Maverickowie pomaszerowali boczną drogą w stronę Umballi. Droga ta nie przechodziła koło miejsca postoju na trakcie, toteż Kim, wlokąc się koło wozu taborowego i wystawiony na krzyżowy ogień docinków ze strony żon żołnierskich, nie był już tak pewny siebie, jak zeszłego wieczora. Zauważył, że był pilnie strzeżony przez ojca Wiktora z jednej strony a przez pastora Bennetta z drugiej.

1027

Przed południem kolumna wojska zatrzymała się. Ordynans, który przygonił na wielbłądzie, wręczył pułkownikowi jakiś list. Ten przeczytał pismo i coś powiedział jednemu z majorów. Kim, znajdujący się w tylnej straży o jakie pół mili od nich, posłyszał chrapliwy i radosny zgiełk, posuwający się ku niemu skroś gęstej kurzawy. Potem ktoś trzepnął go w kark, krzycząc:

1028

— Powiedz nam, skąd to wiedziałeś, mały diabliku? Ojcze drogi, spróbuj, czy ci się nie uda wydobyć z niego prawdy!

1029

Kucyk kapelana zrównał się z nimi i Kima przytroczono do łęku siodła.

1030

— No, mój synu, twoje proroctwo wczorajsze się sprawdziło. Otrzymaliśmy rozkaz, by jutro zawagonować się w Umballi i ruszyć na front.

1031

— Co to znaczy? — zapytał Kim, bo „zawagonować” i „front” były to słowa obce dla niego.

1032

— My idziemy na wojnę, jakeś powiedział.

1033

— Istotnie idziemy na wojnę. Powiedziałem to wczoraj wieczorem.

1034

— Tak, powiedziałeś; ale, na moce ciemności, skądeś to wiedział?

1035

Kimowi zaiskrzyły się oczy. Zaciął wargi, pokiwał głową i tak wyglądał, jak gdyby krył tajemnicę. Kapelan posuwał się naprzód w tumanach kurzu, a szeregowcy, sierżanci i oficerowie niższego stopnia zwracali jeden drugiemu uwagę na chłopca. Pułkownik, stojący na czele kolumny, wpatrzył się weń z ciekawością.

1036

— Widocznie plotkowano już o tym coś niecoś po mieście — ozwał się — ale nawet i wtedy… — (Tu przyjrzał się listowi, który miał w ręce). — Pal go diabli! Wszak zaledwie upływa dwadzieścia cztery godziny, jak rzecz tę zadecydowano.

1037

— Czy w Indiach jest wielu takich jak ty? — rzekł ojciec Wiktor — czy też ty masz stać się lusus naturae[91]?

1038

— A skorom ci to opowiedział — ozwał się chłopak — czy pozwolisz mi wrócić do mego staruszka? Jeżeli on nie przyłączył się do tej baby z Kulu, boję się, że zginie.

1039

— Z tego, com widział, wnoszę, że on umie dbać o siebie tak samo, jak i ty. Nie. Przyniosłeś nam szczęście i my chcemy wykierować cię na człowieka. Odprowadzę cię z powrotem do twego furgonu, a dzisiaj wieczorem przyjdziesz do mnie.

1040

Przez resztę dnia osoba Kima stała się przedmiotem różnych roztrząsań ze strony kilkuset białych ludzi. W opowiadaniach nie pomijano ani jednego szczegółu z dziejów jego pojawienia się w obozie, rozpoznania jego rodowodu, jako też jego przepowiedni. Sążnista, niezgrabna baba białej rasy, siedząca na stosie piernatów, zapytała go tajemniczo, czy sądzi, że mąż jej wróci z wojny. Kim zamyślił się poważnie i odrzekł, że powróci, za co kobieta poczęstowała go jadłem. Ten ogromny korowód, któremu od czasu do czasu przygrywała muzyka — ten tłum, co gwarzył i śmiał się wesoło — z wielu względów przypominał uroczyste obchody w śródmieściu Lahory. Na razie nie zapowiadało się, by Kima miała tu czekać jakaś ciężka praca, więc postanowił darzyć swymi względami to widowisko. Pod wieczór na ich spotkanie wyszły orkiestry wojskowe i odprowadzały Mavericków muzyką aż do obozu w pobliżu umbalskiego dworca kolejowego. Noc przechodziła bardzo interesująco. Żołnierze z innych pułków przychodzili odwiedzić Mavericków, a i Maverickowie ze swej strony też wybierali się w odwiedziny. Wypadały i patrole, by ściągnąć ich z powrotem, a spotykały się z patrolami innych pułków, wyprawiającymi się w tymże celu; I potem, w czas jakiś, trąby zaczęły ożywać się z wściekłością, wzywając większą ilość patroli z oficerami na czele, celem uśmierzenia zamętu. Maverickowie mieli opinię hulaków i haraburdów.

1041

Lecz nazajutrz w doskonałej karności i porządku stawili się na dworcu, a Kim, pozostawiony wraz z chorymi, z kobietami i dziećmi, z uniesieniem wykrzykiwał słowa pożegnania mijającym go pociągom. Jak dotąd, życie jego jako sahiba było zajmujące, jednakowoż przyjmował je z wielką ostrożnością.

1042

Następnie odesłano go, jako dobosza, do pustych, wybielonych koszar, gdzie podłogi były zasypane rumowiskiem, sznurkami i papierami, a powały dudniły odgłosem jego samotnych kroków. Zwyczajem krajowców zwinął się w kłębek na łóżku bez pościeli i zamierzał się zdrzemnąć; z werandy wytarabanił się jakiś człek nadąsany, zbudził go i oznajmił, że jest nauczycielem. Kim wiedział, czym to pachnie, więc zwinął się jak ślimak. Umiał odgadywać różne obwieszczenia policji angielskiej, ponieważ chodziło w nich często i o jego skórę, a pośród wielu gości, którzy odwiedzali jego opiekunkę, był swego czasu pewien dziwak, Niemiec, który malował dekoracje dla wędrownego teatru parsyjskiego[92]; ten opowiadał Kimowi, że „w roku czterdziestym ósmym był na barykadach” i dlatego — przynajmniej tak Kim sobie wyrozumował — chciał nauczyć go pisania w zamian za jadło. Kim dobił się ostatecznie znajomości poszczególnych liter, ale nie uważał ich za rzecz wielce potrzebną.

1043

— Ja nic nie wiem! Odwal pan ode mnie! — żachnął się przeto, węsząc coś niedobrego. Na to ów człowiek schwycił go za ucho, zaciągnął do izby w oddalonym skrzydle budynku, gdzie siedziało kilkunastu doboszyków podzielonych na klasy, i zapowiedział mu, że jeżeli nic nie umie, tedy przynajmniej powinien cicho się zachowywać. To udało mu się znakomicie. Belfer przez pół godziny coś tam objaśniał za pomocą białych kresek na czarnej tablicy, a Kim dalej ciągnął przerwaną drzemkę. Obecny stan rzeczy nie podobał mu się wcale, gdyż była to właśnie taka szkoła i taka karność, od jakiej dotychczas pilnie się wymigiwał przez dwie trzecie swego młodocianego żywota. Naraz strzelił mu do głowy pyszny pomysł, aż sam się zadziwił, że przedtem nigdy nie myślał o czymś podobnym.

1044

Belfer wypuścił uczniów na pauzę, a pierwszym, który hulnął przez werandę na świeże powietrze, był Kim.

1045

— Hej, ty! Zatrzymaj się! Stój! — zabrzmiał cienki głosik tuż za nim. — Dostałem cię pod swą opiekę. Dano mi rozkaz, bym nie spuszczał cię z oka. Gdzie się trajdasz?

1046

Był do doboszyk, który kręcił się dokoła niego przez całe przedpołudnie — pucata i piegowata pokraka, lat może czternastu; Kim obmierził go sobie od podeszew jego butów aż po naszywki na czapce.

1047

— Na targ… by kupić słodyczy… dla ciebie — odrzekł Kim po namyśle.

1048

— No, targ jest poza rejonem koszarowym. Jeżeli tam pójdziemy, dostaniemy wcieranie. Wracaj no!

1049

— Jak blisko możemy zajść? — Kim nie rozumiał, co znaczy „rejon”, ale pragnął być (na razie) uprzejmy.

1050

— Jak blisko? Jak daleko, chciałeś powiedzieć? Możemy dojść aż do tego drzewa wedle drogi.

1051

— Więc ja tam pójdę.

1052

— I owszem. Ja nie pójdę. Za gorąco dzisiaj. Mogę cię stąd pilnować. Nie wyjdzie ci to na dobre, jeślibyś chciał uciekać. Jeżeli drapniesz, wytropią cię… poznają po odzieży! Nosisz na sobie mundur pułku. Pierwszy lepszy patrol w Umballi odprowadziłby cię z powrotem prędzej, niżbyś stąd wyruszył.

1053

Ostatnie słowa nie wywarły na Kimie takiego wrażenia, jak świadomość, że ubranie zdradzi go w razie usiłowania ucieczki. Przylgnął do drzewa, stojącego na zakręcie szarej drogi wiodącej w stronę targowicy[93], i przyglądał się przechodzącym krajowcom. Byli to przeważnie posługacze koszarowi najniższej kasty. Kim zawołał na jednego z zamiataczy, który bez namysłu obrzucił go w odpowiedzi stekiem zgoła niewłaściwych złorzeczeń, przypuszczając, rzecz prosta, że mały Europejczyk nie zdoła mu się odwzajemnić. Grubiańska, prędka odpowiedź wywiodła go z błędu. Kim włożył w nią całą spętaną duszę, dziękując zrządzeniom losu, które na koniec pozwoliły mu zwymyślać kogoś tą mową, jaką znał najlepiej.

1054

— A teraz idź do najbliższego skrybenta[94] na rynku i każ mu tu przyjść. Chciałbym napisać list.

1055

— Ale… ale jaki z ciebie biały człowiek, że potrzeba ci skrybenta ulicznego? Czyż w koszarach nie ma nauczyciela?

1056

— Tak, a w piekle jest też pełno tego nasienia! Wykonaj mój rozkaz, ty… ty ciemięgo! Twoja matka brała ślub w kojcu! Sługo Lal Bega — (Kim znał boga zamiataczy) — wykonaj w te pędy moje zlecenie albo porozmawiamy znów z sobą.

1057

Zamiatacz poleciał co sił.

1058

— Tam koło koszar pod drzewem czeka jakiś biały chłopak, który nie jest białym chłopcem… — wyjąkał do pierwszego skrybenta, na jakiego się natknął. — On ciebie potrzebuje.

1059

— Czy zapłaci? — ozwał się wymuskany pisarz, składając z wielką starannością pulpit, pióro i wosk do pieczętowania.

1060

— Nie wiem. On nie jest podobny do innych chłopców. Idź i zobacz. Opłaci się.

1061

Kim skakał z niecierpliwości, gdy ukazał się jego oczom młody, smukły Kayeth. Gdy już ów był od niego na odległość, gdzie mógł dojść głos, chłopak jął kląć nań zawzięcie.

1062

— Najpierw odbiorę zapłatę — ozwał się przepisywacz. — Obelgi zmusiły mnie do podwyższenia ceny. Ale kimże ty jesteś, że ubierasz się jedną modą, a wyrażasz zgoła inną?

1063

— Oho! O tym właśnie będzie w liście, który masz napisać. To niebywała historia. Ale mnie się wcale nie śpieszy; może mi usłużyć i inny grypsak! W Umballi jest ich pełno, tak jak i w Lahorze.

1064

— Cztery anny — ozwał się pisarz, siadając i rozwijając swój tobół w cieniu opustoszałego skrzydła koszar.

1065

Kim odruchowo przykucnął koło niego — tak jak to umieją kucać tylko krajowcy — pomimo że przeszkadzały mu ohydne, obcisłe spodnie.

1066

Pisarz przyjrzał mu się z boku.

1067

— Takiej ceny można żądać od sahibów — ozwał się Kim — teraz powiedz mi prawdziwą.

1068

— Półtorej anny. Skąd mogę wiedzieć, że po napisaniu tego listu nie dasz drapaka?

1069

— Nie wolno mi wychodzić poza to drzewo, a zresztą trzeba również pomyśleć o znaczku pocztowym.

1070

— Nie robię interesu na cenie znaczka. Ale pytam cię jeszcze raz, jakiż to z ciebie biały człowiek?

1071

— O tym będzie mowa w liście do Mahbuba Alego, handlarza koni w Seraju Kaszmirskim, w Lahorze. Jest to mój przyjaciel.

1072

— Dziw za dziwem! — mruczał przepisywacz, zanurzając pióro trzcinowe w kałamarzu. — Czy pisać po hindusku?

1073

— A ino! Więc do Mahbuba Ali. Zaczynaj! Aż do Umballi jechałem ze starym koleją. W Umballi zaniosłem wiadomość o rodowodzie gniadej kobyły.

1074

Po tym, co widział w ogrodzie, nie miał zamiaru pisać o białych ogierach.

1075

— Trochę wolniej… Co ta gniada klacz ma wspólnego… Zatem to Mahbub Ali, ów wielki handlarz?

1076

— Któż, jak nie on? Byłem u niego w służbie. Nabierz więcej atramentu. Dalej. Zrobiłem tak, jak nakazano. Potem pieszo ruszyliśmy w stronę Benares, ale na trzeci dzień spotkaliśmy pewien pułk. Czy już napisane?

1077

— Tak, pulton — mruknął pisarz, cały zamieniony w słuch.

1078

Wszedłem do ich obozu i złapano mnie, a dzięki czarom, które, jak wiesz, noszę na szyi, stwierdzono, że jestem synem jakiegoś człowieka z tego pułku, zgodnie z przepowiednią o Czerwonym Byku, która, jak ci wiadomo, była przedmiotem częstych plotek na naszym placu targowym.

1079

Kim zaczekał przez chwilę, by ten pocisk mógł się pogrążyć w sercu przepisywacza, po czym odchrząknął i znów podjął:

1080

Pewien kapłan przebrał mnie i dał mi nowe imię. Jeden kapłan natomiast był bardzo głupi. Ubranie jest bardzo ciężkie, lecz jestem sahibem, a w sercu mi też ciężko… Wysyłają mnie do szkoły i biją mnie. Nie podoba mi się tutejsze powietrze i woda. Przybądź więc, Mahbubie Ali, i pomóż mi albo przyślij mi trochę grosza, bo nie stać mnie na to, by zapłacić skrybentowi, który to pisze.

1081

— „Który to pisze”. Moja to wina, żem się dał wziąć na kawał. Jesteś chytry jak Husain Bux, który podrabiał bilety Izby Skarbowej w Nucklao. Ale cóż to za opowieść! Czy aby tylko jest prawdziwa?

1082

— Na nic się nie zda okłamywać Mahbuba Alego. Lepiej pomóc jego przyjaciołom, pożyczając im znaczek. Gdy pieniądze nadejdą, to ci zapłacę.

1083

Przepisywacz chrząknął z niedowierzaniem, ale wyjął znaczek z pulpitu, zapieczętował list, wręczył go Kimowi i oddalił się. Nazwisko Mahbuba Alego znaczyło niemało w Umballi.

1084

— Oto sposób zdobycia sobie zasługi u bogów — krzyknął Kim za nim.

1085

— Zapłać mi w dwójnasób, skoro przyjdą pieniądze! — odkrzyknął pisarz poza siebie.

1086

— Coście wy sobie tam przyświadczali z tym… Murzynem? — ozwał się dobosz, gdy Kim wrócił na werandę. — Przyglądałem się wam.

1087

— Tak sobie z nim tylko rozmawiałem.

1088

— Czy umiesz mówić po murzyńsku?

1089

— Nie-e! Nie-e! Tylko trochę gadam. Co będziemy teraz robić?

1090

— Za pół minuty zatrąbią na obiad. Mój Bo-o-że! Wolałbym pójść na front z pułkiem. To okropna nuda nic nie robić, tylko wciąż chodzić do budy. Czy i tobie to nie obrzydło?

1091

— O, i jak jeszcze!

1092

— Uciekłbym na cztery wiatry, gdybym wiedział, dokąd się udać, ale jak to ludzie pedają[95], w tych przeklętych Indiach wszędy jesteś ino więźniem. Nie możesz drapnąć, żeby cię nie capnęli i nie odstawili z powrotem.

1093

— Czy byłeś w Be… w Anglii?

1094

— Juści! Dopiero w czasie ostatniego werbunku wyjechałem stamtąd z matką! Ma się rozumieć, że byłem w Anglii. Jaki z ciebie głupi łapserdak! Czyś się wychował w zlewie? Co?

1095

— O, tak. Opowiedz mi coś o Anglii. Stamtąd pochodził mój ojciec!

1096

Prawdę mówiąc, Kim (choć tego nie wyjawiał) nie wierzył ani słowu z tego, co doboszyk opowiadał o przedmieściach Liverpoolu, które były mu całą Anglią. Na tej rozmowie upłynęło sporo uciążliwego czasu aż do obiadu, a raczej wielce obrzydliwego jadła, które podano chłopcom i kilku inwalidom w rogu jednej z izb koszarowych. Gdyby nie napisanie listu do Mahbuba Ali, Kim czułby się niemal zgnębiony. Był przyzwyczajony do obojętności ze strony krajowców, ale to zupełne osamotnienie pośród białych było dlań udręką, Ucieszył się więc, gdy po południu jakiś sążnisty żołnierz zaprowadził go do ojca Wiktora, który mieszkał w innym gmachu za drugim dziedzińcem koszarowym pełnym kurzu. Ksiądz zajęty był odczytywaniem listu napisanego po angielsku szkarłatnym atramentem. Na wchodzącego Kima spojrzał z jeszcze większym zaciekawieniem niż kiedykolwiek.

1097

— Jakże ci się tu podoba dotychczas, mój synu? Nie nadzwyczajnie, hę? Musi to być trudno… trudno takiemu dzikiemu rumakowi. No, a teraz słuchaj. Otrzymałem przedziwny list od twego przyjaciela.

1098

— Gdzież on jest? Czy dobrze mu się powodzi? Jeżeli on wie, jak pisać do mnie listy, to wszystko w porządku.

1099

— Więc ty go lubisz?

1100

— A pewnie, że go lubię! On mnie lubi.

1101

— Wygląda na to, przynajmniej, jeśli sądzić z pozorów. Czy on umie pisać po angielsku? Hę?

1102

— O, nie! Nic o tym nie wiem… ale chyba on znalazł pisarza, który umie dobrze pisać po angielsku, i tak napisał. Myślę, żeście mnie zrozumieli?

1103

— Wszystko za tym przemawia. Czy wiesz cokolwiek o jego sprawach pieniężnych?

1104

Twarz Kima wskazywała, że nie wiedział.

1105

— Skądże by znowu?

1106

— O to się właśnie pytam. A teraz posłuchaj, czy zdołasz tu powiązać całość. Wstęp opuścimy… List ten pisany z gościńca Jagadhir… W głębokiej zadumie siedzę przy drodze, ufając, że wasza wielebność zaszczyci swym uznaniem obecne postanowienie, które w imię Boga Wszechmogącego polecam waszej wielebności wypełnić. Wykształcenie jest tym większym błogosławieństwem, im jest lepsze. Inaczej na nic się nie zda na ziemi. Doprawdy, staruszek tym razem ugodził w sedno rzeczy! Jeżeli wasza wielebność raczy dać memu chłopcu najlepsze wykształcenie Ksawerego (przypuszczam, że miało być: u św. Ksawerego in partibus), stosownie do warunków naszej rozmowy w waszym namiocie dnia 15 bm. (tu zupełnie jakby styl urzędowy!), tedy niech Bóg Wszechmogący błogosławi poczynaniom waszej wielebności aż do trzeciego i czwartego pokolenia i (posłuchaj no teraz!) proszę zaufać pokornemu słudze waszej wielebności, że będzie rok rocznie wysyłał per hoondie[96] trzysta rupii jako opłatę wystarczającą na kosztowne kształcenie u św. Ksawerego w Lucknow i proszę dać trochę czasu na wyprawienie tego per hoondie w każdą okolicę Indii, jaką wskaże adres waszej wielebności. Ten sługa waszej wielebności obecnie nie ma miejsca, gdzie by mógł skłonić swą głowę, ale odjeżdża pociągiem do Benares z powodu prześladowania ze strony starej niewiasty, co tyle gada, nie chcąc przebywać w Saharunpore i być używanym do żadnych spraw domowych. Cóż u licha wszystko to znaczy?

1107

— Ja sądzę, że ona od niego żądała, ażeby być puro, jej kapłanem, w Saharunpore. On nie chciał tego uczynić ze względu na swą rzekę. Ona umiała mleć gębą!

1108

— Więc dla ciebie to jasne, hę? Dla mnie to rzecz zgoła niezwykła. Przeto udaje się do Benares, gdzie znajdzie adres i wyśle rupie dla chłopca, który jest mu oczkiem w głowie; na miłość Boga Wszechmogącego proszę dopełnić tego wykształcenia, a zanoszący prośbę niniejszą będzie zawsze modlił się za was pokornie, jak nakazuje obowiązek wdzięczności. Co powyższe, napisał Sobrao Satai, niedoszły student uniwersytetu Allahabad, imieniem[97] czcigodnego lamy Teshoo, kapłana z Such-zen i poszukiwacza pewnej rzeki; adresować: Benares, zwierzchność świątyni Tirthankerów, p. g. Dnia… po południu. Proszę zapamiętać, że chłopak jest oczkiem w głowie, a rupie będą wysyłane per hoondie po trzysta na rok. Na miłość Boga Wszechmogącego. A teraz niech no mi kto powie, czy to majaczenia obłąkanego, czy też propozycja kupiecka? Pytam się ciebie, bo mnie tu już zabrakło konceptu.

1109

— Jeżeli mówi, że będzie mi dawał trzysta rupii rocznie, to będzie je dawał.

1110

— Ach! Więc tak się na to zapatrujesz?

1111

— Naturalnie! Jeżeli on tak mówi!…

1112

Ksiądz zaczął pogwizdywać, a potem zwrócił się do Kima, jak do równego sobie:

1113

— Ja temu nie wierzę… ale zobaczymy. Dzisiaj masz odjechać do sierocińca wojskowego w Sanawar, gdzie pułk będzie cię utrzymywał, póki nie dorośniesz, byś mógł zaciągnąć się do pułku. Będą cię tam wychowywali w duchu kościoła anglikańskiego, to sprawka Bennetta. Z drugiej strony, jeślibyś poszedł do zakładu pod wezwaniem św. Ksawerego, otrzymałbyś lepsze wykształcenie i… i mógłbyś być człowiekiem religijnym. Czy widzisz moje trudne położenie?

1114

Kim nic nie widział, prócz obrazu lamy jadącego na południe i niemającego nikogo, kto by dlań zbierał jałmużnę.

1115

— Tak, jakby to niemal każdy uczynił na moim miejscu, mam zamiar nieco zaczekać. Jeżeli twój przyjaciel przyśle ci pieniądze z Benares… precz, moce ciemności! Skąd taki dziad wytrzaśnie trzysta rupii?… Pojedziemy do Lucknow i zapłacę za twoje utrzymanie, boć nie mogę tknąć pieniędzy składkowych, skoro zamierzam zrobić z ciebie katolika. Jeżeli nie przyśle, to pójdziesz do sierocińca wojskowego na koszt pułku. Dam mu trzy dni czasu, choć wcale w to nie wierzę… Nawet później, gdyby zalegał z opłatą… ale to już nie do mnie należy. Możemy, dzięki Bogu, tylko jeden krok stawiać naraz. A tu oni wysłali Bennetta na front, a mnie zostawili na tyłach. Niech się wiele nie spodziewa!

1116

— O, tak! — rzekł Kim w roztargnieniu. Ksiądz pochylił się.

1117

— Oddałbym miesięczną gażę, byle zbadać, co się tam dzieje w twojej okrągłej łepetynce.

1118

— Nic tam nie ma! — odparł Kim i poskrobał się w nią. Głowił się nad tym, czy Mahbub Ali przyśle mu choćby całą rupię. Wtedy mógłby zapłacić przepisywaczowi i kropnąć listy do lamy w Benares. Może Mahbub Ali odwiedzi go za najbliższą bytnością, w przejeździe z końmi na południe. Musiał on wiedzieć niechybnie, że list, doręczony przez Kima oficerowi w Umballi, wywołał wielką wojnę, o której tak głośno rozprawiali ludzie dorośli i chłopcy za stołem w koszarach. Lecz jeżeli Mahbub Ali nic nie wiedział, byłoby bardzo niebezpiecznie mówić mu o tym. Mahbub Ali był srogi dla chłopców, którzy wiedzieli za wiele lub mniemali, że wiele wiedzą.

1119

— No dobrze, zanim otrzymam dalsze nowiny — wyrwał go z marzeń głos ojca Wiktora — możesz sobie biegać i bawić się z innymi chłopcami. Coś niecoś tu cię nauczą… ale zdaje mi się, że ci się to nie będzie podobało.

1120

Dzień dowlókł się z wolna do końca. Gdy Kim zabierał się do spania, dawano mu wskazówki, jak ma składać ubranie i ustawiać buty; inni chłopcy natrząsali się z niego. O świcie obudziły go sygnały trąb; po śniadaniu złapał go nauczyciel, wetknął mu pod nos stronicę z bezsensownymi gryzmołami, nadawał im zgoła niedorzeczne nazwy i tłukł go bez powodu. Kim myślał zatruć go za pomocą opium pożyczonego od zamiatacza koszarowego, ale przyszło mu na myśl, że ponieważ wszyscy jadali przy jednym stole na widoku publicznym (to szczególnie oburzało Kima, który wolał podczas jedzenia odwracać się do całego świata plecami), więc przedsięwzięcie było niebezpieczne. Potem czynił zabiegi, by uciec do wsi, gdzie kapłan usiłował uśpić lamę, wsi, gdzie żył stary wojak. Lecz dalekowidzące straże za każdym wyjściem zawracały z drogi małą szkarłatną figurkę. Spodnie i kurtka krępowały mu zarówno ciało, jak duszę, więc porzucił ten projekt i wschodnim obyczajem jął oczekiwać czasu i sposobności. Trzy dni katuszy zbiegły mu w rozległych, pustych izbach, odbrzmiewających pogłosem. Po południu przechadzał się pod nadzorem doboszyka, a z ust swego towarzysza słyszał zawsze tylko parę błahych słów, które, zdaje się, stanowiły dwie trzecie przekleństw białego człowieka. Kim znał je wszystkie i dawno miał je w pogardzie. Ów chłopak (rzecz całkiem zrozumiała) odwzajemniał się biciem za to milczenie i brak zainteresowania; nie interesował się żadnym ze sklepów w rejonie, a wszystkich krajowców nazywał „Murzynami”. Za to służący i zamiatacze rzucali mu w oczy ohydne przezwiska, a on, zmylony ich pełną szacunku postawą, nie domyślał się niczego; to przynajmniej nieco wynagradzało Kimowi otrzymane razy.

1121

Na czwarty dzień rano owego dobosza dosięgła kara. Poszli razem w stronę umbalskiego toru wyścigowego. Dobosz wrócił sam, zapłakany, przynosząc wieść, że młody O'Hara, któremu on nie wyrządził nigdy nic złego, przywołał jakiegoś czerwonobrodego „Murzyna” jadącego wierzchem; ów Murzyn wrzepił mu kilka wnyków jakimś dziwnie lgnącym do ciała harapem, porwał młodego O'Harę i uniósł go w pełnym galopie. Wieści te doszły wnet do ojca Wiktora, któremu jeszcze bardziej się wyciągnęła i tak już długa warga dolna. Był i bez tego dostatecznie zaskoczony listem ze świątyni Tirthankerów w Benares, zawierającym własnoręczny czek bankiera-krajowca na 300 rupii z przedziwną modlitwą do „Boga Wszechmogącego”. Lama byłby jeszcze bardziej zafrasowany niż ksiądz, gdyby wiedział, jak pismak uliczny przetłumaczył jego zwrot: „zdobywanie zasług”.

1122

— Precz, moce ciemności! — burknął ojciec Wiktor mnąc kwit. — A on w sam raz czmychnął z jednym z dawnych swych przyjaciół! Nie wiem, czy większą będzie mi ulgą, gdy go odzyskam, czy też, gdy go utracę. Nie mogę go zrozumieć. Czart nadał… tak, to jego mam na myśli… skądże żebrak uliczny mógł wytrzasnąć pieniądze na kształcenie białych chłopców?…

1123

O trzy mile stąd, na umbalskim torze wyścigowym, Mahbub Ali, trzymając za wodze szpaka-ogiera kabulskicgo, a Kima mając przed sobą, przemawiał:

1124

— Ale, mały Przyjacielu całego świata, trzeba mieć na uwadze mój honor i dobrą opinię. Wszyscy sahibowie oficerowie we wszystkich pułkach, także i cała Umballa, znają Mahbuba Alego. Widziano, żem cię porwał i złoił skórę temu chłopakowi. A teraz widać nas z daleka na tej równinie. Jakże mogę cię zabrać hen z sobą lub usprawiedliwić się z twego zniknięcia, jeżeli puszczę cię na ziemię i pozwolę ci uciec kędyś w pole? Wtrącono by mnie do więzienia. Bądź cierpliwy! Zawsze, co sahib, to sahib. Jak dorośniesz… kto wie… może będziesz wdzięczny Mahbubowi Ali.

1125

— Umieść mnie poza ich strażami, gdzie mógłbym zrzucić z siebie te czerwone chadry. Daj mi pieniędzy, a pójdę do Benares i będę znów chodził z lamą. Nie chcę być sahibem, a pamiętaj, że wykonałem owo polecenie.

1126

Ogier rzucił się dzikim skokiem. Mahbub Ali przez nieostrożność drasnął go do żywego ostrokańciastym strzemieniem. (Nie był on z tych nowomodnych i grackich koniarzy, co to noszą angielskie buty i ostrogi). Z tej nieostrożności Kim wysnuł odpowiednie wnioski.

1127

— O, to była drobnostka! Przecież było ci to po drodze do Benares. I ja, i sahib mieliśmy już czas o tym zapomnieć. Posyłam tyle listów i zleceń do ludzi, którzy dopytują się o konie, że nie mogę dobrze spamiętać, co było pomiędzy jednym a drugim. Czy chodziło tu o gniadą klacz, której rodowodu życzył sobie sahib Peters?

1128

Kim od razu poznał zastawioną na siebie pułapkę. Gdyby powiedział „gniada klacz”, Mahbub z samej jego skwapliwości w powtórzeniu tego uzupełnienia domyśliłby się, że chłopak coś podejrzewa. Odpowiedział więc:

1129

— Gniada klacz? Nie! Ja nie zapominam tak łatwo danych mi zleceń. Chodziło o białego ogiera.

1130

— Tak, tak! Biały ogier arabski. Ale ty pisałeś do mnie o gniadej kobyle.

1131

— Komuż na tym zależy, by wyznawać prawdę przepisywaczowi? — odrzekł Kim, czując na sercu dłoń Mahbuba.

1132

— Hej Mahbubie, stary draniu! Zatrzymaj się! — ozwał się głos donośny i z boku przycwałował jakiś Anglik na małym kucyku, jakich używają do gry w polo.

1133

— Pędzę za tobą przez połowę równiny. Ten kabulczyk ma dobry chód. Na sprzedaż, jak sądzę?

1134

— Wpadł mi w rękę młody przychówek, jakby stworzony do delikatnej i trudnej gry w polo. Nie ma sobie równego… On…

1135

— Gra w polo i usługuje do stołu. Tak. Znamy się na tym. Cóżeś to za diaska wytrzasnął?

1136

— Chłopca — rzekł Mahbub z powagą. — Bił go drugi chłopiec. Ojciec jego był niegdyś białym żołnierzem w czasie wielkiej wojny. Chłopiec spędził dzieciństwo w mieście Lahorze. Gdy jeszcze był pędrakiem, bawił się z moimi końmi. Teraz, zdaje mi się, chcą z niego zrobić żołnierza. Niedawno został schwytany przez pułk swego ojca… ten pułk, co to w zeszłym tygodniu poszedł na wojnę. Lecz tak mi się widzi, że on nie chce być żołnierzem. Wziąłem go na przejażdżkę. Powiedz mi, gdzie są twoje koszary, a ja cię tam odwiozę.

1137

— Puść mnie. Sam trafię do koszar.

1138

— A jeżeli wyrwiesz, któż powie, że to nie z mojej winy?

1139

— On wyrwie tam, gdzie mu dają obiad. Dokądże miałby uciekać? — zapytał Anglik.

1140

— On się urodził w tym kraju. Ma przyjaciół. Pójdzie, gdzie mu się spodoba. To chabuk sawai (chłopak rozgarnięty). Wystarczy mu tylko zmienić odzież, a w mig przeobrazi się w chłopaka-Hindusa z niskiej kasty.

1141

— Diabłać on tam potrafi! — Anglik przyjrzał się chłopcu wzrokiem krytycznym, Mahbub zaś skierował się w stronę koszar. Kim zacisnął zęby, a Mahbub urągał mu, jak to umieją niewierni Afgańczycy:

1142

— Poślą go do szkoły, dadzą ciężkie buty i obleką go w mundur. Wtedy zapomni wszystkiego, co umie. No, a teraz powiedz, który z baraków jest twój?

1143

Kim, nie mogąc już głosu wydobyć, wskazał ręką na pobliski pawilon ojca Wiktora, aż rażący oczy blaskiem swej białości.

1144

— Może on wyjdzie na dobrego żołnierza — rzekł Mahbub po namyśle — a przynajmniej będzie z niego dobry ordynans. Posłałem go kiedyś z Lahory z pewnym zleceniem. Zlecenie dotyczyło rodowodu białego ogiera.

1145

Było to ciężkie urągowisko obok jeszcze cięższej krzywdy… A sahib, któremu chłopak kiedyś tak przemyślnie doręczył ów list, będący hasłem do wojny, słyszał to wszystko!… Kim już w duchu oglądał Mahbuba Alego smażącego się w ogniu piekielnym za zdradę, ale dla siebie widział tylko jeden długi sznur szarych koszar, szkół i znów koszar. Wpatrywał się błagalnie w starannie wygoloną twarz Anglika, w której ani błysk nie zdradzał, że ów go poznaje; atoli nawet w tej ostateczności nie przyszło mu ani raz przez głowę, by odwołać się do łaskawości białego człowieka lub wydać Afgańczyka. Mahbub z całą rozwagą wlepiał oczy w Anglika, ten zaś równie rozważnie przyglądał się drżącemu Kimowi, któremu język zamarł z trwogi.

1146

— Mój koń jest dobrze ujeżdżony — ozwał się koniarz. — Inny na pewno by wierzgał.

1147

— Aha! — rzekł wreszcie Anglik, trąc trzonkiem szpicruty wilgotne kłęby swego kucyka. — Kto tego chłopca chce zrobić żołnierzem?

1148

— On mówi, że pułk, który go znalazł, a zwłaszcza padre-sahib (kapelan) tego pułku.

1149

— Oto padre! — wykrztusił Kim, gdy ojciec Wiktor z obnażoną głową spłynął ku nim z werandy.

1150

Apage, moce ciemności! Toć O'Hara! Iluż to jeszcze najrozmaitszych przyjaciół masz w Azji! — zawołał, gdy Kim zsunął się na ziemię i stanął przed nim bezradny.

1151

— Dzień dobry, ojczulku — ozwał się wesoło pułkownik. — Znam księdza doskonale ze słyszenia. Już przedtem wypadało mi przyjść z wizytą. Jestem Creighton.

1152

— Z Inspektoratu Etnologicznego? — ozwał się ojciec Wiktor, co pułkownik potwierdził skinieniem. — Bardzo więc się cieszę, żem się z panem spotkał; ponadto winienem panu wdzięczność za odprowadzenie chłopca.

1153

— Nie mnie dziękuj, księże. Zresztą chłopiec nie uciekał. Ksiądz nie zna starego Mahbuba Alego — (koniarz siedział na skwarze słonecznym, jakby znieczulony) — ale go ksiądz pozna, skoro pobędzie miesiąc w garnizonie; od niego to kupujemy wszystkie nasze szkapska. Ale ten chłopak jest nie lada osobliwością. Czy mógłby mi ksiądz coś o nim opowiedzieć?

1154

— Czy mógłbym panu opowiedzieć? — obruszył się ojciec Wiktor. — Pan będziesz jedynym człowiekiem, który zdoła rozjaśnić moje wątpliwości. Powiedzieć panu? Moce piekielne, to mnie rozsadza chęć, by opowiedzieć o tym komuś, kto zna krajowców!

1155

Koło węgła przechodził jeden z fornali. Pułkownik Creighton podniósł głos, mówiąc narzeczem Urdu:

1156

— Doskonale, Mahbubie Ali, ale na co mi opowiadasz te koszałki-opałki o kucyku! Dam trzysta pięćdziesiąt rupii… ani paja więcej!

1157

— Sahib jest trochę zgrzany i gniewny po przejażdżce! — odciął się koniarz, zerkając z ukosa jak uprzywilejowany żartowniś. — Ale później przypatrzy się dokładniej zaletom mego konia. Zaczekam, aż pan skończy rozmowę z padre. Zostanę pod tym drzewem.

1158

— A niechże cię!… — zaśmiał się pułkownik. — Oto skutki przyglądania się jednemu z koni Mahbuba. To ci dopiero stara pijawka, księże! Czekaj więc, Mahbubie, jeżeli masz tyle czasu do stracenia. Teraz jestem na twoje usługi, księże. Gdzie ten chłopak? Aha, poszedł łasić się Mahbubowi. Dziwny to chłopak! Czy mogę prosić, by moją klaczkę zaprowadzono pod dach?

1159

Zapadł w krzesło, z którego można było wyraźnie widzieć Kima i Mahbuba Alego, pogwarzających w cieniu drzewa. Ksiądz poszedł do mieszkania po szyruty[98].

1160

Creighton słyszał, jak Kim mówił z goryczą:

1161

— Wierz braminowi więcej niż żmii, żmii więcej niż wszetecznicy, a wszetecznicy więcej niż Afgańczykowi, Mahbubowi Alemu!

1162

— Wszystko jedno! — poruszyła się uroczyście czerwona broda. — Dzieci nie powinny przyglądać się kobiercowi na warsztacie tkackim, póki deseń nie stanie się wyraźny. Wierz mi, Przyjacielu całego świata, czynię ci wielką przysługę. Oni nie zrobią z ciebie żołnierza.

1163

„Oho, stary przechero! — pomyślał Creighton. — Ale nie bardzoś się omylił. Chłopca nie należy psuć, jeżeli on taki, za jakiego go podają”.

1164

— Przepraszam na pół minuty — zawołał padre z wnętrza domu — ale muszę wydostać odnośne dokumenty.

1165

— Jeżeli przeze mnie spłynie na ciebie łaska tego dzielnego i światłego sahiba-pułkownika i będziesz zaszczycony dostojeństwami, to jak odwdzięczysz się Mahbubowi Alemu, gdy dorośniesz?

1166

— Nie, nie! Prosiłem cię, żebyś pozwolił mi puścić się w drogę, gdzie byłbym bezpieczny; ty zaś sprzedałeś mnie znów Anglikom. Ile ci oni zapłacą za moją głowę?

1167

— Rozkoszny diablik! — pułkownik zagryzł cygaro i zwrócił się uprzejmie do ojca Wiktora.

1168

— Cóż to za listy, którymi ten gruby ksiądz tak wymachuje przed pułkownikiem? Stań za ogierem, jak gdybyś przyglądał się uździenicy! — ozwał się Mahbub Ali.

1169

— List od mego lamy, pisany z drogi Jagadhir, w którym oznajmia, że będzie płacił trzysta rupii rocznie za mą naukę.

1170

— Ho, ho! więc to stary Czerwony Kapeluch na to się zdobył? W jakiejże szkole?

1171

— Bóg wie. Zdaje mi się, że Nucklao.

1172

— Tak. Jest tam wielka szkoła dla synów sahibów i pół-sahibów. Widywałem ją, gdym tam sprzedawał konie. Zatem lama też kochał Przyjaciela całego świata?

1173

— A jakże. Ale on nie łgał i nie oddawał mnie na powrót w niewolę.

1174

— Nie dziwota, że padre nie umie rozwikłać tej gmatwaniny. Jak prędko on mówi do sahiba-pułkownika! — (Mahbub Ali zachichotał). — Na Allacha! — (bystre jego oczy przemknęły na chwilę po werandzie) — twój lama przysłał coś, co wygląda na czek. Miewałem ci ja drobne interesy w hoondie. Sahib-pułkownik przygląda się temu.

1175

— Cóż mi z tego? — rzekł Kim posępnie. — Ty pójdziesz sobie precz, a oni odeślą mnie do tych pustych izb, gdzie nie ma porządnego miejsca do spania i gdzie chłopcy mnie biją.

1176

— Co innego sądzę. Uzbrój się w cierpliwość, moje dziecko. Nie każdy Pathan jest niewierny… chyba, co się tyczy koniny…

1177

Upłynęło tak pięć… dziesięć… piętnaście minut, a ojciec Wiktor wciąż rozprawiał zawzięcie lub zadawał pytania, na które pułkownik odpowiadał.

1178

— No, jużem panu opowiedział od deski do deski wszystko, co wiem o chłopcu, i jest mi to ulgą stokrotną. Czy pan słyszał kiedy coś podobnego?

1179

— Koniec końców, stary przysłał forsę. Czeki z podpisem Gobinda Sahaia są ważne stąd aż do samych Chin — rzekł pułkownik. — Im więcej się zna krajowców, tym trudniej powiedzieć, co oni zrobią lub nie zrobią.

1180

— To pociecha… ze strony naczelnika Inspektoratu Etnologicznego. Cały ten galimatias czerwonych byków i rzek zbawienia (biedny poganin, Boże bądź mu miłościw!), czeków i masońskich świadectw… Czy pan przypadkowo nie jest masonem?

1181

— Na Jowisza, jestem nim i teraz dopiero przyszło mi to na myśl. Ale to uboczna racja — rzekł pułkownik w roztargnieniu.

1182

— Cieszę się, że pan widzi w tym rację. Ale, jakem powiedział, ten zamęt wypadków przechodzi moją pomysłowość. A jak to on prorokował naszemu pułkownikowi, siedząc na moim łóżku, w tej koszulinie rozchełstanej, przez którą było widać jego białą skórę!… I jak to proroctwo się sprawdziło! Czy go wyleczą z tych wszystkich zabobonów u św. Ksawerego, hę?

1183

— Pokrop go ksiądz święconą wodą — zaśmiał się pułkownik.

1184

— Słowo daję, niekiedy marzę, że powinienem to uczynić. Ale nie tracę nadziei, że wychowają go na dobrego katolika. Niepokoi mnie jedynie, co się stanie, jeżeli stary żebrak…

1185

— Lama, lama, kochany księże dobrodzieju; niektórzy z nich są prawdziwymi panami w swym kraju.

1186

— No, więc ten lama w przyszłym roku może będzie zalegał z opłatą? Umie on przepysznie układać sobie plany pod wrażeniem chwili, ale pewnego pięknego dnia musi przecie umrzeć. I brać pieniądze od poganina na wychowanie dziecka w duchu chrześcijańskim…

1187

— Przecież on sam powiedział wyraźnie, czego chce. Widocznie, skoro dowiedział się, że chłopak jest z rasy białej, zaraz uzgodnił z tym swe rozporządzenia. Oddałbym gażę miesięczną, by słyszeć, jak on to wszystko wyjaśnił w świątyni Tirthankerów w Benares. Wiesz co, padre, nie chwalę się wielkim zasobem wiadomości o krajowcach, ale jeżeli taki powie, że zapłaci, to zapłaci… za życia czy po śmierci. Chcę przez to powiedzieć, że spadkobiercy wezmą na siebie ten dług. Radzę księdzu wysłać Kima do Lucknow. Jeżeli wasz kapelan anglikański sądzi, żeś go ksiądz ubiegł….

1188

— Bodajże tego Bennetta!… Posłano go na front zamiast mnie. Doughty uznał mnie za fizycznie niezdolnego. Wyklnę Doughty'ego, jeżeli powróci żyw! Pewnie, że Bennett winien poprzestać na…

1189

— Sławie, zostawiając religię księdzu. Otóż, właśnie tak! Prawdę mówiąc, myślę, że Bennett się tym nie przejmie. Proszę całą winę zwalić na mnie. Ja… hrrm!… gorąco polecam wysłać chłopca do zakładu św. Ksawerego. Może jechać tam za przepustką, jako sierota po żołnierzu, przez co oszczędzi się wydatku na kolej. Możesz mu ksiądz sprawić całe oporządzenie za pieniądze ze składki pułkowej. Loża uwolni się od ponoszenia kosztów jego wychowania i to wprawi ją tylko w dobry humor. Da się to łatwo uskutecznić. W przyszłym tygodniu mam jechać do Lucknow. Będę czuwał nad chłopcem w drodze… oddam go pod opiekę mej służbie i tak dalej…

1190

— Dobry z pana człowiek.

1191

— Bynajmniej. Niech ksiądz się nie myli co do tego. Lama przysłał nam pieniądze w określonym celu; nie możemy, ot, tak sobie ich odesłać. Powinniśmy zrobić tak, jak on poleca. A zatem sprawa ubita, czy tak? Powiedzmy, w najbliższy wtorek… to znaczy za trzy dni… ksiądz przyprowadzi mi go do nocnego pociągu jadącego na południe… zgoda? Tylko trzy dni. Przez te trzy dni chłopak nie potrafi wiele nabroić.

1192

— Ciężar spadł mi z duszy, ale… ta oto rzecz? — mignął przekazem. — Nie znam Gobinda Sahaia ani też jego banku, który może jest tylko dziurą w murze.

1193

— Widać, że ksiądz nigdy nie był zadłużonym poruczniczyną! Pozwoli ksiądz, że zainkasuję to i przyślę kwity w należytym porządku.

1194

— Ale przy pańskich zajęciach!… To wymaga…

1195

— Naprawdę, nie jest to żadną fatygą! Ot… Widzi ksiądz, mnie, jako etnologa, rzecz ta bardzo zaciekawia. Chciałbym o tym wspomnieć w pewnym memoriale, który właśnie sporządzam dla rządu. Takie przeobrażenie herbu pułkowego, niby waszego Ryżego Byka, w jakiś rodzaj fetysza, za którym chodzi ten chłopiec, to rzecz niebywale ciekawa.

1196

— Doprawdy, nie potrafię panu należycie się odwdzięczyć.

1197

— Jedną rzecz ksiądz potrafi. Wszyscy my, etnologowie, jesteśmy wzajemnie zazdrośni jak kawki co do swych odkryć. Pewnie, że nie obchodzi to nikogo prócz nas samych, ale ksiądz wie, do jakiej manii dochodzą zbieracze. Otóż, niech ksiądz nie wspomina słówkiem ani pośrednio, ani bezpośrednio o azjatyckich przywarach charakteru tego chłopca… o jego przygodach, przepowiedniach i tak dalej. Ja sam później wygrzebię je z tego chłopca i… ksiądz rozumie?

1198

— Rozumiem. Pan chce z tego zrobić cudowną opowieść. Nie pisnę nikomu ni słówka, zanim nie obaczę wszystkiego w druku.

1199

— Dziękuję. Trafia to wprost do serca etnologa. No, ale muszę wracać na śniadanie. Nieba miłosierne! Stary Mahbub jeszcze tutaj? — zawołał, gdy koniarz wyszedł spod cienia drzewa. — No i jakże?

1200

— Co się tyczy tego młodego konia… — zaczął Mahbub — powiem panu, że jeżeli źrebak się urodził na kucyka do gry w polo… jeżeli bez trenowania idzie za piłką… gdy taki źrebak siłą przeczucia rozumie się na grze… tedy powiadam ci, sahibie, jest rzeczą zgoła niewłaściwą marnować takie źrebię w ciężkim zaprzęgu.

1201

— Ja też tak mówię, Mahbubie. Źrebak będzie używany tylko do gry w polo. (Te draby o niczym nie myślą, księże, jak tylko o koniach). Zobaczę się z tobą jutro, Mahbubie, jeśli masz coś odpowiedniego na sprzedaż.

1202

Koniarz odsalutował dłonią odsuniętą na zewnątrz, obyczajem ludzi swego zawodu.

1203

— Bądź trochę cierpliwy, Przyjacielu całego świata — szepnął do struchlałego Kima. — Los twój się już rozstrzygnął pomyślnie. Wkrótce pojedziesz do Nucklao, a… naści tu trochę pieniędzy na opłacenie skrybenta. Sądzę, że się jeszcze zobaczymy wiele razy… — i odjechał kłusa gościńcem.

1204

— Posłuchaj no — ozwał się z werandy gwarą krajową pułkownik. — Za trzy dni pojedziesz ze mną do Lucknow, a co chwilę będziesz widział i słyszał coraz to nowe rzeczy. Przeto siedź spokojnie przez te trzy dni i nie uciekaj. Pójdziesz do szkoły w Lucknow.

1205

— Czy spotkam tam mojego świątka? — chlipnął Kim.

1206

— Lucknow znajduje się, bądź co bądź, bliżej Benaresu niż Umballa. Być może, że pojedziesz tam pod moją opieką. Mahbub Ali wie o tym i bardzo by się gniewał, gdybyś teraz znów poszedł na wagary. Pamiętaj: opowiadano mi wiele rzeczy, których nie zapomnę.

1207

— Będę czekał — rzekł Kim — ale chłopcy będą mnie bili…

1208

Wtem zatrąbiono na obiad.

Rozdział VII

Dla kogóż się na niebie wielkie słońca ważą,

A wraz blade księżyce i gwiazd sprzężne roje?

Wejdź w ich tłum — twego przyjścia tu nie zauważą…

Niebo — w górze, na dole ziemia toczy boje,

Dziedzicząc one swary, te trwogi, ów zamęt,

(Przez ciężki grzech Adama dolę cierpiąc wrażą[99]);

Patrz w górę i niebieski odczytuj firmament,

Jaka gwiazda naprawia, łamie losy twoje…

Sir John Christie.

1209

Po południu czerwonolicy belfer oznajmił Kimowi, że „zwolniono go z rygoru”; nic mu to nie wytłumaczyło, póki nie otrzymał polecenia, by wyszedł się pobawić. Wtedy chłopak pobiegł na targowicę[100] i odnalazł młodego pisarza, któremu był winien za list.

1210

— Teraz płacę — rzekł Kim z królewską wyniosłością — ale musisz mi zaraz napisać nowy list.

1211

— Mahbub Ali jest w Umballi — ozwał się pisarz uprzedzająco grzecznym tonem. Był on, ze względu na swój zawód, istnym biurem wszelkich fałszywych wiadomości.

1212

— To nie do Mahbuba, lecz do pewnego kapłana. Bierz pióro i pisz w te pędy: Do lamy Teshoo, męża świętego z Bhotiyal, poszukującego rzeki, który obecnie przebywa w świątyni Tirthankerów w Benares. Weź no więcej atramentu! Za trzy dni mam pojechać do Nucklao, do szkoły w Nucklao. Nazwa tej szkoły brzmi Ksawer. Nie wiem, gdzie znajduje się ta szkoła, ale jest ona w Nucklao.

1213

— Ależ ja znam Nucklao! — przerwał pisarz. — Widziałem tę szkołę.

1214

— Opowiedz mu, gdzie ona, a dam ci pół anny.

1215

Trzcinowe pióro skrzypiało zawzięcie.

1216

— No, już się nie pomyli! — rzeki pisarz, podnosząc głowę. — Któż to się nam przygląda z tamtej strony ulicy?

1217

Kim spojrzał czym prędzej w górę i zobaczył pułkownika Creightona we flanelowym stroju tenisowym.

1218

— Ach, to pewien sahib, co zna grubego księdza w koszarach. Właśnie kiwa na mnie ręką.

1219

— Cóż tu robisz? — zapytał pułkownik, gdy Kim przydreptał ku niemu.

1220

— Ja… ja nie uciekam. Posyłam list do mojego świątka w Benares.

1221

— Nie przyszło mi to na myśl. Czy doniosłeś mu, że zabieram cię do Lucknow?

1222

— Nie, nie napisałem mu. Proszę przeczytać list, jeżeli pan wątpi.

1223

— Więc czemu opuściłeś moje nazwisko, pisząc do tego męża świętego? — uśmiechnął się jakoś dziwnie pułkownik. Kim zebrał całą odwagę.

1224

— Powiedziano mi raz, że nie należy wypisywać nazwisk ludzi obcych, biorących udział w danej sprawie, gdyż wymienianie nazwisk pokrzyżowało już wiele dobrych zamierzeń.

1225

— Dobrze cię pouczono — odparł pułkownik, a Kim zarumienił się. — Zostawiłem u księdza na werandzie pudełko z cygarami. Przynieś je dziś wieczorem do mego domu.

1226

— Gdzie ten dom? — ozwał się Kim. Silnie rozwinięta domyślność mówiła mu, że chciano go zażyć z mańki w ten lub inny sposób, przeto miał się na ostrożności.

1227

— Zapytaj kogokolwiek na wielkim placu targowym.

1228

Pułkownik oddalił się.

1229

— On zapomniał pudełko z szyrutami — mówił Kim, powracając — a ja mam mu przynieść je dziś wieczorem. To wszystko, co miałem powiedzieć w liście, jeszcze tylko trzeba dodać trzykrotnie: Przyjedź do mnie! Przyjedź do mnie! Przyjedź do mnie! A teraz zapłacę za list i wrzucę go do skrzynki.

1230

Powstał, by odejść, i jakby od niechcenia zapytał:

1231

— Któż to jest ten sahib o srogiej twarzy, co zgubił pudełko z cygarami?

1232

— O, to tylko chyba sahib Creighton… bardzo głupi sahib, który jest pułkownikiem, a nie ma pułku.

1233

— Czym on się zajmuje?

1234

— Bóg raczy wiedzieć. Wciąż kupuje konie, na których nie umie jeździć, i wypytuje się o różne dzieła boże… takie jak rośliny, kamienie i zwyczaje ludzkie. Handlarze nazywają go ojcem głupców, bo tak łatwo ocyganić go na koniach. Mahbub Ali mówi, że jest to największy bzik ze wszystkich sahibów.

1235

— Aha! — rzekł Kim i oddalił się. Dotychczasowe przejścia wyrobiły w nim już pewne pojęcie o charakterze ludzkim i miał przekonanie, że głupcom nie dawano by informacji, które powołują do broni osiem tysięcy ludzi, nie licząc armat. Naczelny wódz całych Indii nie rozmawia z głupcami w ten sposób, jak to słyszał Kim na własne uszy. Gdyby pułkownik był głupcem, to i głos Mahbuba Alego nie zmieniałby się za każdym razem, gdy wzmiankował jego nazwisko. Stąd wniosek (i to pobudzało Kima do żywej radości), że kryła się tu jakaś tajemnica, zaś Mahbub Ali zapewne szpiegował na rzecz pułkownika, jak Kim na rzecz Mahbuba. A jak koniarz, tak i pułkownik widocznie szanował ludzi, którzy nie wydawali się sami sobie zbyt mądrzy.

1236

Cieszył się, że się nie zdradził, iż zna dom pułkownika; a gdy, powróciwszy do koszar, przekonał się, że nie pozostawiono tu żadnego pudełka z cygarami, rozpromieniał z zachwytu. To ci był człowiek w jego guście: wykrętna i skryta osobistość prowadząca jakąś grę tajemniczą. Jeżeli taki człowiek mógł być głupcem, to równie dobrze mógł być nim i Kim.

1237

Nie dał nic poznać po sobie, gdy ojciec Wiktor przez trzy dłużące się poranki wykładał mu o zgoła nowym zastępie bogów i bożków — zwłaszcza o Bogini, zwanej Marią, która, jak się Kim domyślał, była jednoznaczna z Bibi Miriam w teologicznych pojęciach Mahbuba Alego. Nie okazywał najmniejszego wzruszenia, gdy po nauce ojciec Wiktor ciągnął go od sklepu do sklepu, kupując różne szczegóły wyprawy, ani też nie skarżył się, gdy zazdrośni dobosze kopali go za to, że wybierał się do wyższej szkoły — lecz z ciekawością w duszy oczekiwał gry zdarzeń. Poczciwy ojciec Wiktor odprowadził go na dworzec, wsadził go do pustego przedziału drugiej klasy, tuż obok pierwszej klasy zajmowanej przez pułkownika Creightona, i pożegnał go ze szczerą serdecznością.

1238

— U św. Ksawerego zrobią z ciebie człowieka, O'Haro… człowieka białego i, mam nadzieję, dobrego. Wiedzą tam już wszystko, co potrzeba, o twoim przybyciu, a pułkownik będzie czuwał, ażebyś gdzie nie przepadł ani nie zawieruszył się po drodze. Wyrobiłem w tobie jakie takie pojęcie o rzeczach religii… tak mi się przynajmniej zdaje… więc gdy cię zapytają o religię, będziesz wiedział, że jesteś katolikiem. Lepiej mów, że rzymskim katolikiem, choć nie lubię tego słowa.

1239

Kim zapalił siarczystego papierosa (był na tyle przezorny, że kupił ich cały zapas na targu) i położył się, by rozmyślać. Ta samotna jazda była zgoła odmienna od owej wesołej podróży z lamą w trzeciej klasie.

1240

„Sahibowie nie mają wielkiego upodobania do włóczęgi — rozmyślał. — Hej-hej! Ja to przelatuję z miejsca na miejsce jak piłka. To mój kismet. Nikt nie uchroni się od kismet. Ale mam teraz modlić się do Bibi Miriam i jestem sahibem — spojrzał z żałością na swe buty. — Nie; jestem Kimem. Świat ten jest wielki, a ja jestem tylko Kimem. Któż to jest Kim?”

1241

Zaczął się zastanawiać nad własną jaźnią, co mu się dotąd nigdy nie zdarzało, aż wreszcie zamąciło mu się w głowie. Był jedną tylko, niepozorną osóbką w tym wielkim, huczącym odmęcie Indii i jechał na południe… sam nie wiedział, na jaką dolę…

1242

Potem zawezwał go pułkownik i gawędził z nim czas dłuższy. O ile Kim zdołał wyrozumować, miał być pilny i wstąpić jako geometra do Indyjskiego Instytutu Mierniczego. Jeżeli będzie sprawował się wzorowo i zda wymagane egzaminy, tedy, mając lat siedemnaście, będzie mógł zarabiać trzydzieści rupii miesięcznie, a pułkownik Creighton postara się dla niego o przyzwoite stanowisko.

1243

Kim zrazu udawał, że rozumie zaledwie co trzecie słowo z tej rozmowy. Wówczas pułkownik, widząc omyłkę, jął mówić płynnie i obrazowo narzeczem urdyjskim, co przemówiło do przekonania Kimowi. Nie mógł być durniem człowiek, który tak biegle władał tą mową, człowiek, który poruszał się z taką wytwornością i spokojem, i którego oczy tak się różniły od głupawych, wybałuszonych oczu innych sahibów.

1244

— Tak jest… i musisz się nauczyć, jak rysować drogi, góry i rzeki… nosić te obrazy w oku, póki nie nadejdzie czas odpowiedni, byś mógł nakreślić je na papierze. Może pewnego pięknego dnia, gdy będziesz miernikiem i będziemy wespół pracowali z sobą, powiem ci: „Idź za te góry i zobacz, co leży za nimi”. Wtedy ktoś powie: „W tych górach żyją źli ludzie, którzy zabiją mierniczego, jeżeli będzie wyglądał na sahiba”. Cóż ty na to?

1245

Kim zamyślił się. Czy bezpiecznie było odpowiadać na to, na co naprowadzał go pułkownik?

1246

— Opowiedziałbym, co mówił ten ktoś.

1247

— Lecz jeżelibym ci odpowiedział: „Dam ci sto rupii za wiadomość o tym, co jest za tymi górami… za rysunek pewnej rzeki i parę wieści o tym, co mówią ludzie po wsiach?”

1248

— Cóż mam odpowiedzieć? Jestem dopiero chłopcem. Niech pan zaczeka, aż będę duży. — A widząc, że pułkownik nachmurzył brwi, podjął za chwilę: — Ale zdaje mi się, że za parę dni zarobiłbym sto rupii.

1249

— W jaki sposób?

1250

Kim potrząsnął czupurnie głową:

1251

— Gdybym powiedział, jak je zdobędę, kto inny mógłby mnie podsłuchać i uprzedzić. Nie należy sprzedawać swych umiejętności za darmo.

1252

— Powiedzże teraz — rzekł pułkownik, podnosząc rupię. Ręka Kima już podniosła się ku niej do połowy drogi i znów opadła.

1253

— Nie, sahibie, nie! Wiem, ile płaci się za odpowiedź, ale nie wiem, w jakim celu mnie pytają.

1254

— Weź więc to w podarunku — rzekł Creighton, rzucając mu pieniądz. — Masz nie lada zdolności, nie dajże im zmarnieć u św. Ksawerego. Jest tam wielu chłopców, co gardzą czarnymi.

1255

— Ich matki były przekupkami — rzekł Kim. Wiedział doskonale, że żadna nienawiść nie dorównywa tej, jaką odczuwają mieszańcy rasowi ku swym powinowatym.

1256

— To prawda: ale ty jesteś sahibem i synem sahiba. Przeto nigdy nie daj się nakłonić do pomiatania czarnymi. Znałem chłopców świeżo przyjętych do służby rządowej, którzy udawali, że nie rozumieją mowy lub zwyczajów ludzi czarnych. Obcięto im płacę za nieuctwo. Nie ma grzechu większego nad nieuctwo. Zapamiętaj to sobie.

1257

W ciągu przewlekłej, dwudziestoczterogodzinnej jazdy na południe pułkownik jeszcze kilkakrotnie przywoływał Kima i zawsze rozwijał dopiero co wspomniany wątek rozmowy.

1258

„Aha, więc jesteśmy wszyscy u jednego dyszla — rzekł sobie Kim na koniec — pułkownik, Mahbub Ali i ja… o ile zostanę „omentrą”. On pono[101] będzie się mną wyręczał, jak wyręczał się mną Mahbub Ali. Nie mam nic przeciwko temu, jeżeli pozwoli mi powrócić znów do życia włóczęgowskiego. Ta moja obecna odzież nie staje się wcale lżejszą, gdy ją dłużej nosić”.

1259

Gdy wyszli na ludny dworzec w Lucknow, nie było tam lamy ani śladu. Chłopak przełknął cisnące mu się na usta rozgoryczenie. Tymczasem pułkownik zapakował go wraz ze schludniutkimi manatkami do ticcagharii (dorożki) i wyprawił samopas do zakładu św. Ksawerego.

1260

— Nie żegnam się z tobą, ponieważ zobaczymy się wkrótce — krzyknął. — Zobaczymy się, i to wiele razy, jeżeli jesteś coś wart. Ale jeszcze nie dałeś się wypróbować.

1261

— Nawet w ową noc, gdym przyniósł ci — (Kim odważył się użyć tu poufałego tykania ludzi równych sobie) — rodowód białego ogiera?

1262

— Wiele się zyskuje przez zapominanie, braciszku! — ozwał się pułkownik, rzucając spojrzenie, które przeszyło Kima aż pod łopatkę, gdy schronił się do powozu.

1263

Upłynęło z jakie pięć minut, nim ochłonął; następnie wprawnym węchem jął rozeznawać nowe powietrze.

1264

— Bogate miasto — rzekł. — Bogatsze od Lahory. Jakie muszą tu ładne być place targowe. Dorożkarzu, powoź mnie trochę po tutejszych bazarach!

1265

— Kazali mi zawieźć ciebie do szkoły.

1266

Dorożkarz odezwał się do niego per ty, co jest grubiaństwem, jeżeli się zwracać do ludzi białych. Kim w najczystszej i najpotoczniejszej gwarze wytknął mu omyłkę, wdrapał się na kozioł i usadowiwszy się tak, że mógł wszystko doskonale pojąć, jeździł przez parę godzin to tu, to tam, oceniając okiem wszystko, co widział, porównywając i radując się wszystkim. Z wyjątkiem Bombaju, królowej wszech stolic, nie ma miasta piękniejszego w swej wytworności jak Lucknow, czy to przyjrzeć mu się z mostu na rzece, czy ze szczytu Imambary, skąd widać złocone kopuły Chutter Munzillu i drzewa, w których chowa się całe miasto. Królowie przyozdabiali to miasto fantastycznymi budowlami, wyposażali je łaskami, napełniali gwardią przyboczną i pławili we krwi. Jest ono środowiskiem wszelkich zbytków, lenistwa i knowań i na równi z Delhi rości sobie jedyne prawo do czystej wymowy języka Urdu.

1267

— Urocze miasto… cudne miasto!

1268

Dorożkarz, jako rodowity mieszkaniec Lucknow, bardzo był ujęty tą chwalbą i opowiadał Kimowi wiele zdumiewających rzeczy o tym, co przewodnik angielski nazwałby buntem sipajów.

1269

— A teraz pojedziemy do szkoły! — rzekł na koniec Kira.

1270

Wielka stara szkoła św. Ksawerego in partibus infidelium, tworząca zwartą masę niskich białych budynków, wznosi się na rozległej równinie nad rzeką Gumti, w pewnej odległości od miasta.

1271

— Jacy to ludzie są w tej szkole? — ozwał się Kim.

1272

— Młodzi sahibowie… same diabły; lecz prawdę powiedziawszy, to choć ich wielu woziłem tam i sam z dworca, nigdy nie widziałem, żeby który miał w sobie tyle wcielonego diabła, co ty… co ten młody sahib, którego teraz wiozę.

1273

Ma się rozumieć, że ponieważ nigdy go nie uczono, by takie towarzystwo miało być w jakimkolwiek względzie nieodpowiednie dla niego, Kim zmitrężył sporo czasu na pewnej ulicy za sprawą kilku swawolnych dam w oknach pierwszego piętra, i rzecz równie zrozumiała, że wywiązał się doskonale z wymiany obopólnych komplementów. Miał właśnie odwdzięczyć się woźnicy za świeżą obelgę, gdy naraz w zapadającym zmroku wzrok jego padł na jakowąś postać siedzącą pod jednym z pobielanych filarów bramy na długim zwale rumowiska muru.

1274

— Stój! — krzyknął. — Zatrzymaj się tutaj. Nie pojadę jeszcze do szkoły.

1275

— Ale co trzeba mi zapłacić za to dryndanie się tam i nazad? — ozwał się zuchwale woźnica. — Czy ten chłopak zwariował? Przedtem tancerka, teraz znowu kapłan!

1276

Kim w lot był już na drodze i klepał starca po zakurzonych stopach, wystających spod zbrukanej, żółtej sukni[102].

1277

— Czekałem tu już półtora dnia — zaczął lama spokojnym głosem. — Nic strasznego! Miałem przy sobie ucznia. Dał mi go mój przyjaciel w świątyni Tirthankerów za przewodnika w tej podróży. Wyjechałem koleją z Benares zaraz po doręczeniu mi twego listu… Tak, jestem najedzony. Nie potrzeba mi niczego.

1278

— Ale czemu nie pozostałeś u tej Kuluinki, o święty? Jakimże sposobem dostałeś się do Benares? Ciężko mi było na sercu, odkądeśmy się rozstali.

1279

— Kobieta nużyła mnie ciągłym zalewem gadulstwa i żądaniem czarów na rodzenie dzieci. Oddaliłem się od tego towarzystwa, pozwalając jej, by zdobywała sobie zasługi hojnością. Bądź co bądź, jest to kobieta szczodrobliwa, więc obiecałem, że powrócę do jej domu, gdy zmusi mnie potrzeba. Potem, że jestem samotny jak palec w tym wielkim i strasznym świecie, przypomniałem sobie o te-rain jadącym do Benares, gdzie mam znajomego, co podobnie jak ja zajmuje się poszukiwaniem.

1280

— Ach, twoja rzeka! — wtrącił Kim. — Zapomniałem o rzece.

1281

— Tak prędko, mój chelo? Ja nigdy o niej nie zapomniałem; lecz skorom ciebie opuścił, wydało mi się, że lepiej będzie, gdy pójdę do świątyni i zasięgnę rady, bo widzisz, Indie są bardzo rozległe, a kto wie, czy kilku z tych mędrców, co byli przed nami, nie pozostawiło jakiej wzmianki o miejscu, gdzie płynie nasza rzeka. Nad tą sprawą toczy się właśnie narada w świątyni Tirthankerów: jedni twierdzą tak, drudzy inaczej. To ludzie bardzo uprzejmi.

1282

— Niechże sobie będą; ale co ty teraz porabiasz?

1283

— Zdobywam sobie zasługę przez to, że tobie, mój chelo, pomagam w nabywaniu wiedzy. Kapłan tego zgromadzenia, które służy Czerwonemu Bykowi, pisał mi, że stanie się wszystko, czego sobie życzyłem dla ciebie. Posłałem kwotę pieniężną, wystarczającą na rok, a potem, jak widzisz, przybyłem, by czuwać nad twym wstąpieniem w podwoje wiedzy. Czekałem półtora dnia… nie jakoby mnie wiodło jakieś uczucie względem ciebie… to nie ma związku z mą Drogą… lecz ponieważ stosownie do tego, co mówiono mi w świątyni Tirthankerów, wypadało mi po zapłaceniu pieniędzy za naukę dopilnować końca sprawy. Moje wątpliwości rozwiano najoczywistszymi dowodami. Obawiałem się, że może tu jadę wiedziony chęcią zobaczenia ciebie… omamiony czerwoną mgłą uczucia. Ale tak nie jest… Zresztą zaniepokoił mnie pewien sen…

1284

— Ale, o święty, chyba nie zapomniałeś o naszej włóczędze i o wszystkim, co się nam zdarzyło po drodze? Chyba przybyłeś po trosze i dlatego, by zobaczyć się ze mną?

1285

— Konie mi zmarzły i już czas by dać im obroku! — skamlał dorożkarz.

1286

— Wynoś się do piekła i zamieszkaj tam ze swą bezwstydną ciotką! — warknął Kim poza siebie. — Jestem sam jak palec w tym kraju; nie wiem, gdzie idę, ani co się ze mną stanie. Serce moje było w tym liście, który wysłałem do ciebie. Z wyjątkiem Mahbuba Alego (a ten jest Pathan) nie mam przyjaciela, jak tylko ciebie. Nie odchodź już na zawsze ode mnie.

1287

— I o tym pomyślałem — rzekł lama drżącym głosem. — Jest rzeczą zrozumiałą, że od czasu do czasu winienem zdobywać sobie zasługę (o ile przedtem nie znajdę mej rzeki), upewniając się, czy stopy twoje ugruntowane są na fundamencie mądrości. Nie wiem, czego cię tu będą uczyć, ale ksiądz pisał mi, że żaden syn sahiba w całych Indiach nie otrzyma lepszego wykształcenia jak ty. Przeto od czasu do czasu będę tu wracał. Może będziesz takim sahibem, jak ten, co dał mi te okulary — (lama przetarł je starannie) — w Domu Cudów w Lahorze. W tym cała moja nadzieja, bo on był źródłem mądrości… mądrzejszy był od wielu znanych mi przeorów… Ale też być może, że zapomnisz o mnie i o naszych spotkaniach…

1288

— Jeśli jem twój chleb — krzyknął Kim w uniesieniu — jakże mogę kiedy zapomnieć o tobie?

1289

— Nie… nie… — tu lama odsunął chłopca od siebie. — Muszę powracać do Benares. Teraz, skoro już wiem o istniejącym w tej krainie zwyczaju wyręczania się skrybentami, będę ci co pewien czas przysyłał listy, a czasami przyjadę, by ciebie odwiedzić.

1290

— Lecz dokądże mam posyłać listy? — kwilił Kim, chwytając się jego szaty i zapominając, że jest sahibem.

1291

— Do świątyni Tirthankerów w Benares. To miejsce sobie obrałem, póki nie znajdę swej rzeki. Nie płacz; zważ, że wszelkie pragnienie jest jeno złudą i nowym przykuciem do Koła. Wnijdź w Podwoje Wiedzy. Niech zobaczę, że wchodzisz… Czy mnie kochasz? Więc idź, bo mi się serce kraje… Przyjdę jeszcze. Na pewno powrócę.

1292

Lama powiódł oczyma za ticcagharri wjeżdżającą z turkotem na dziedziniec i odszedł z wolna, za każdym posuwistym krokiem zażywając tabaki.

1293

„Podwoje Wiedzy” zatrzasnęły się z łoskotem.


1294

Chłopiec, który urodził się i wychował wśród krajowców, ma swoiste maniery i nawyczki, jakim podobnych nie spotyka się w żadnym innym kraju; przy tym nauczyciele starają się go sobie zjednać sposobami, których nie zdołałby pojąć angielski pedagog. Dlatego mało kto zaciekawiłby się przygodami Kima jako wychowanka zakładu św. Ksawerego pośród dwustu czy trzystu gołowąsów, z których większość nigdy nie widziała morza. Powszednią była mu kara za samowolne wychodzenie poza obręb szkoły, gdy w mieście szerzyła się cholera; było to, zanim jeszcze nauczył się pisać biegle po angielsku i wskutek tego był zmuszony uciekać się do pomocy przepisywacza. Skarżono się też na niego, rzecz prosta, za palenie papierosów i używanie tak cuchnących złorzeczeń, jakich jeszcze dotąd nie słyszano w tej szkole. Nauczył się myć z lewicką skrupulatnością, cechującą rodowitego krajowca, który w głębi serca zawsze uważa Anglika za nie dość czystego. Płatał pospolite figle cierpliwym kulisom (służącym), poruszającym wielkie wachlarze, zwane punkah w sypialniach, gdzie w czasie upalnych nocy chłopcy robili głośny harmider, opowiadając sobie dykteryjki aż do białego rana — i spokojnie mierzył się z najzarozumialszymi kolegami.

1295

Kolegami jego byli synowie niższych urzędników kolejowych, funkcjonariuszów wydziału telegrafów lub kanalizacji, oficerów policyjnych, często dymisjonowanych lub pełniących obowiązki głównodowodzącego w sojuszniczej armii któregoś z radżów, synowie kapitanów marynarki indyjskiej, faktorów rządowych, plantatorów, kupców Kompanii Angielsko-Indyjskiej i emisariuszy. Niektórzy byli młodszymi latoroślami starych rodów eurazjatyckich, które silnie zakorzeniły się w Dhurrumtollah, jak Pereirowie, De Souza i D'Silvowie. Ich rodzice mogliby doskonale wychowywać ich w Anglii, ale cóż robić, kiedy pokochali tę szkołę, gdzie kształcili się sami w młodości, toteż jedno po drugim śniadolice pokolenie szło do św. Ksawerego. Ich gniazda rodzinne były rozsiane na przestrzeni od Howrah, gdzie mieszka ludność jeżdżąca koleją, aż do głuchych zakątków, jak Monghyr i Chunar, po schowane kędyś ogrody herbatnie wzdłuż nurtów Shillong; po wioski w Oudh i Dekanie, gdzie ich ojcowie byli wielkimi obszarnikami; po stacje misyjne odległe o tydzień drogi od najbliższej kolei; po miasta portowe leżące tysiąc mil na południe i wpatrzone w brązowe przewały Oceanu Indyjskiego; i aż po plantacje chinowych drzew na samym Południu. Na samą opowieść o ich przygodach, doznanych w czasie jazdy do szkoły lub z powrotem, zjeżyłyby się włosy na głowie chłopca z Zachodu; oni zaś nie uważali tego nawet za przygody. Przywykli włóczyć się samopas sto mil w głąb dżungli, gdzie zawsze można mieć przemiłą sposobność, że człeka przydybią tygrysy; ale żaden z nich nie wykąpałby się w angielską pogodę sierpniową w kanale La Manche, tak samo jak żaden z ich pobratymców na szerokim świecie nie wyleżałby spokojnie, gdyby mu lampart sapnął koło palankinu. Trafiali się chłopcy piętnastoletni, którzy spędzali niekiedy półtora dnia na wysepce na środku wezbranej rzeki, biorąc, jak się należy, pod swą opiekę kompanię szalonych pątników wracających z miejsca odpustowego. Byli i starsi, którzy pewnego razu w imię św. Franciszka Ksawerego zażądali słonia od przypadkowo napotkanego radży, gdy deszcze zmyły doszczętnie drogi kołowe, wiodące do majątku ich ojca, i doszli cało, postradawszy tylko olbrzymie zwierzę w ruchomych piaskach. Był też chłopak, który, jak mówił (a nikt nie wątpił w słów jego prawdziwość), pomógł ojcu swemu wystrzelać z werandy szajkę Akasów, w owym czasie, gdy opryszkowie rzucali się zuchwale na ustronne plantacje.

1296

A każda z tych gawęd wypowiadana była spokojnym, beznamiętnym głosem, cechującym rodowitych krajowców, i urozmaicona osobliwymi uwagami przejętymi bezwiednie od piastunek z ludu oraz zwrotami, które świadczyły, że tłumaczono je naprędce z języka krajowego. Kim przyglądał się, przysłuchiwał i chwalił sobie to wszystko. Nie była to już niedorzeczna i urywkowa pogwarka doboszów. Wszystko w tych opowieściach dotyczyło życia, jakie znał i częściowo rozumiał. Czuł się dobrze w tej atmosferze i rósł w niej nad podziw. Gdy nastała pora skwarniejsza, dano mu biały kostium ćwiczebny i chłopak radował się ze świeżo poznanych wygód fizycznych, podobnie jak radował się z biegłości swego bystrego umysłu, z jaką rozwiązywał wyznaczone mu zadania. Jego pojętność zachwyciłaby pedagoga angielskiego, ale w zakładzie św. Ksawerego wiedziano, jak to w dwudziestym drugim lub trzecim roku życia marnieją umysły rozwijające się zrazu szybko pod wpływem słońca i otoczenia.

1297

Niemniej pamiętał, by zachowywać należytą powściągliwość. Gdy w duszne noce opowiadano sobie różne baje, Kim nie wygrywał zakładów swoimi wspomnieniami; albowiem w zakładzie św. Ksawerego wzgardą otaczają takich chłopców, którzy „zeszli całkiem na krajowców”. Nigdy nie wolno zapominać, że się jest sahibem, i kiedyś, po zdaniu egzaminów, będzie się rządziło krajowcami. Kim zakarbował to sobie w pamięci, gdyż zaczął rozumieć, do czego prowadzą egzaminy.

1298

Tymczasem nadeszły wakacje trwające od sierpnia do października… wielkie wakacje, narzucone przez upały i deszcze. Zawiadomiono Kima, że pojedzie na północ do jakiejś stacji w górach za Umballą, gdzie zajmie się nim ojciec Wiktor.

1299

— Czy do szkoły koszarowej? — ozwał się Kim, zadawszy wiele pytań, a więcej jeszcze przetrawiwszy w myśli.

1300

— Tak mi się zdaje — rzekł nauczyciel. — Nic by nie szkodziło ustrzec cię od złego. Możesz jechać aż do Delhi z młodym De Castro.

1301

Kim rozważył wszechstronnie tę sprawę. Był pilny, tak właśnie, jak mu zalecał pułkownik. Dni wolne były całkowitą własnością uczniaka — tego przynajmniej nauczyły go rozmowy z kolegami — a szkoła koszarowa mogła być tylko udręką po zakładzie św. Ksawerego. Ponadto (a była to sztuka nie bez wartości) umiał już pisać. W ciągu trzech miesięcy dowiedział się, jak ludzie mogą porozumiewać się z sobą bez pośrednictwa osoby trzeciej, kosztem pół anny i odrobiny wiedzy. Od lamy nie otrzymał ni słówka wieści, ale zawsze świat był otwarty przed nim szeroko. Kim tęsknił do pieszczoty grząskiego błota, przeciskającego się między palcami nóg, a usta jego łaknęły baraniny duszonej z masłem i kapustą, ryżu natykanego woniejącą silnie rzeżuchą, ryżu barwionego szafranem, czosnku, cebuli i zakazanych tłustych smakołyków ze straganu. W szkole koszarowej żywiono by go stale niedopieczoną wołowiną na półmisku, a palić mógłby tylko ukradkiem. Tak czy owak był przecie sahibem i wychowankiem zakładu św. Ksawerego, a ten wieprz Mahbub Ali… Nie, Kim nie będzie szukał gościnności Mahbuba Alego, a jednak… Myślał o tym w samotni sypialnego pokoju i doszedł do wniosku, że był niesprawiedliwy względem Mahbuba.

1302

Szkoła już była pusta; prawie wszyscy nauczyciele wyjechali. Kim trzymał w ręce bilet wolnej jazdy otrzymany od pułkownika Creightona i pysznił się tym, że pieniędzy Creightona sahiba czy Mahbuba nie roztrwonił na hulaszcze życie. Był jeszcze posiadaczem dwóch rupii siedmiu ann. W pustej sypialni leżał jego nowy kuferek z cielęcej skóry, opatrzony literami K. O. H., i tobołek z pościelą. Kim pokiwał nad nimi głową.

1303

— Sahibowie zawsze są związani ze swymi bagażami — ozwał się. — Zaczekajcież wy sobie tutaj.

1304

Uśmiechnął się po łotrowsku i wyszedłszy na ulicę, pomimo że mżył ciepły deszcz, odnalazł pewien dom, którego fasadę już dawniej zapisał sobie w pamięci…

1305

Arrè! Czy nie wiesz, cośmy za kobiety… tu… w tej dzielnicy? O, wstyd!

1306

— Czyż urodziłem się dopiero wczoraj? — Kim przykucnął sposobem krajowców na poduszkach w owym pokoju na górze. — Potrzeba mi trochę farby i trzy łokcie materiału do spłatania figla. Czy wiele?

1307

— Kimże jest ona? Jak na sahiba, jesteś jeszcze zgoła za młody na podobne wybryki.

1308

— Ach ona? Ona jest córką pewnego nauczyciela w kwaterującym tutaj pułku. Obił ci on mnie dwa razy, że w tym ubraniu przełaziłem przez mur jego ogrodu. Teraz chciałbym się wkraść tam w przebraniu ogrodniczka. Starzy bywają bardzo zazdrośni.

1309

— To prawda. Trzymajże teraz gębę spokojnie, a namażę cię sokiem.

1310

— Tylko nie nazbyt czarno, Naikan. Nie chciałbym przed nią wyglądać na hubshi (Murzyna).

1311

— O, miłość nie zważa na takie drobnostki! A ile ona ma lat?

1312

— Dwanaście, jak mi się zdaje, — rzekł bezczelnie Kim. — Posmaruj mi także piersi. Może jej ojciec zedrze ze mnie ubranie, a jeżeli okaże się, żem srokaty… — i roześmiał się.

1313

Dziewczyna pracowała gorliwie, maczając gałganek w małym dzbanuszku brunatnej farby, która trzyma się dłużej niż jakikolwiek sok orzechowy.

1314

— A teraz poślij no kogo, by mi kupił materiału na turban. Niedoloż moja! Łepetę mam nieogoloną, a on z pewnością ściągnie mi zawój z głowy.

1315

— Nie jestem golibrodą, ale zrobię, co potrafię. Urodziłeś się na zdobywcę serc! I cała ta maskarada ma służyć na jeden wieczór? Pamiętaj, że farba się nie zmywa! — Zatrzęsła się od śmiechu, aż zabrzęczały bransolety na jej rękach i nogach. — Ale kto mi za to zapłaci? Sama Huneefa nie dałaby ci lepszej farby.

1316

— Ufaj bogom, siostro moja — ozwał się Kim poważnie, krzywiąc twarz, gdy zasychała na niej farba. — Zresztą czyż nigdy przedtem nie pomagałaś sahibowi umalować się w ten sposób?

1317

— Nigdy, w rzeczy samej. Ale figiel nie jest jeszcze pieniądzem.

1318

— Dobry żart więcej wart niż pieniądze.

1319

— Dzieciaku, nie ma dwóch zdań, jesteś najbezczelniejszym synem szatana, jakiego w życiu zdarzyło mi się widzieć! Zabierać czas biednej dziewczynie, a potem powiedzieć: „czy nie dość ci hecy?”. Daleko zajdziesz na tym świecie!

1320

Z szyderstwem złożyła mu ukłon — niby baletnica.

1321

— Wszystko jedno! Spiesz się i zgol mi do reszty głowę!

1322

Kim przebrał się od stóp do głów, a oczy mu się skrzyły radością na myśl o czekających go dniach hulanki. Dał dziewczynie cztery anny i zbiegł ze schodów; wyglądał teraz w każdym calu na małego Hindusa z niższych warstw społeczeństwa. Pierwszym celem jego odwiedzin była jadłodajnia, gdzie ucztował w zbytku i tłustej obfitości.

1323

Na dworcu lucknowskim zobaczył, jak młody De Castro, cały zlany rzęsistym potem, wchodził do przedziału drugiej klasy. Kim zaszczycił swą obecnością trzecią klasę i był jej duszą i życiem. Wyjaśnił towarzyszom podróży, że jest pomocnikiem kuglarza, który pozostawił go tu chorego na febrę, i że on teraz chciałby zdybać swego mistrza w Umballi. W miarę, jak zmieniali się podróżni w wagonie, Kim urozmaicał swą opowieść lub przyozdabiał ją wykwitami rozwijającej się fantazji, tym bujniejszej, że od tak dawna nie było mu dane wypowiadać się w języku krajowym. Tej nocy nie było w całych Indiach istoty tak wesołej jak Kim. W Umballi wysiadł i skierował się na wschód, chlupiąc po rozkisłych polach, ku wsi, gdzie mieszkał stary wiarus.

1324

Mniej więcej w tym czasie pułkownik Creighton w Simli otrzymał telegraficzną wiadomość, że młody O'Hara gdzieś się zapodział. Mahbub Ali bawił podówczas w mieście, handlując końmi; jemu to pewnego poranku zwierzył się z wiadomością o całym zdarzeniu pułkownik Creighton, cwałując po anandalskim torze wyścigowym.

1325

— O, to fraszki! — rzekł koniarz. — Ludzie są jak konie. Co pewien czas potrzeba im soli, a jeżeli tej soli nie ma w żłobie, to będą zlizywały ją z ziemi. On poszedł na pewien czas w szeroki świat. Znudziła go madrissah. Wiedziałem, że tak będzie. Kiedy indziej sam zabiorę go z sobą w podróż. Nie martw się, sahibie Creightonie. To zupełnie, jak gdyby kucyk, używany do gry w polo, urwał się i pobiegł uczyć się sam tej gry.

1326

— Więc on nie umarł? Tak sądzisz?

1327

— Mogłaby go zabić chyba febra; poza tym nie mam żadnych obaw co do chłopca. Małpa nie spadnie na ziemię, gdy hasa po drzewach.

1328

Nazajutrz na tym samym torze ogier Mahbuba mknął znów równolegle z wierzchowcem pułkownika.

1329

— Jest tak, jak sądziłem! — ozwał się koniarz. — W każdym razie przechodził przez Umballę i tam, dowiedziawszy się o moim pobycie, napisał do mnie list.

1330

— Przeczytaj — rzekł pułkownik z westchnieniem ulgi. Było to wprawdzie rzeczą niezbyt stosowną, by człowiek na jego stanowisku miał się zajmować losem małego obieżyświata rodem z tego kraju; lecz pułkownik pamiętał rozmowę w pociągu i w ciągu kilku ostatnich miesięcy niejednokrotnie łapał się na tym, że myślał o dziwnym, milczącym chłopaku, tak umiejącym panować nad sobą. Jego wyprawa była oczywiście postępkiem nad wyraz bezczelnym, ale dowodziła nie byle jakiej pomysłowości i zręczności.

1331

Mahbub zamrugał oczyma, kierując konia na środek małej kotliny, gdzie nikt nie mógł podejść ku nim niepostrzeżenie.

1332

Przyjaciel gwiazd, który jest Przyjacielem całego świata

1333

— Cóż to takiego?

1334

— To przydomek, nadany mu przez nas w Lahorze. Przyjaciel całego świata wziął urlop, by iść ku swoim stronom. Powróci na dzień oznaczony. Kufer i tobół z pościelą każ mi przysłać; a jeżeli ciąży na mnie jakaś wina, spraw, by ręka przyjaźni odwróciła bicz klęski. Jeszcze jest tu coś niecoś, ale…

1335

— Mniejsza o to, czytaj!

1336

Pewne rzeczy są nieznane tym, którzy jadają z pomocą widelców. Czasami lepiej jest jadać oburącz palcami! Przemów łagodnymi słowy do tych, którzy tego nie rozumieją, i niech mój powrót będzie pomyślny. Otóż sposób wyrażenia jest niewątpliwie dziełem skrybenta, lecz niech pan zważy, jak dowcipnie ten chłopak ujął samą treść, tak iż dociec jej może tylko wtajemniczony.

1337

— Czy ręka przyjaźni ma odwracać bicz klęski? — zaśmiał się pułkownik.

1338

— Proszę zważyć, jaki to smyk przebiegły! Chciałby powrócić znów do włóczęgi, jakem przepowiedział. Nic znając jeszcze pańskiego zawodu…

1339

— Nie dałbym za to trzech groszy! — burknął pułkownik.

1340

— …zwraca się do mnie, bym był rozjemcą między wami. Czy to nie łepak? Mówi, że powróci. On tylko doskonali się w swej umiejętności. Pomyśl, sahibie! Był trzy miesiące w szkole, a on jeszcze za miękki w pysku do tego wędzidła! Ja ze swej strony jestem rad: kucyk uczy się grać w polo.

1341

— No, tak! Ale na przyszły raz nie powinien iść sam.

1342

— Czemu? Chodził sobie luzem, zanim dostał się pod opiekę sahiba-pułkownika. Kiedy dorośnie do wielkiej gry, będzie musiał chadzać luzem… luzem… i z niebezpieczeństwem nad głową. A wtedy, jeżeli splunie, kichnie lub usiądzie inaczej niż ludzie, których podpatruje, ci mogą go zabić. Po cóż mu więc teraz czynić wstręty? Pamiętaj, jak mawiają Persowie: szakal, co przemieszkuje w rozłogach Mazanderanu, da się schwytać jeno ogarom z Mazanderanu.

1343

— Prawda. To prawda, Mahbubie Ali. Jeżeli więc temu basałykowi nie zdarzy się nic złego, to nie wiem, czego nadto mam sobie życzyć. Ale z jego strony jest to wielka bezczelność.

1344

— On nawet mi nie mówi, dokąd się wybiera — rzekł Mahbub. — Oho, on nie głupi! Gdy minie czas naznaczony, przyjdzie hultaj sam do mnie! Już czas go oddać w ręce Lekarza Pereł… Chłopak za szybko się rozwija… jak utrzymują sahibowie.

1345

Przepowiednia ta spełniła się co do joty w miesiąc później. Mahbub udał się znów do Umballi, przywożąc nowy tabun koni; Kim spotkał go o zmierzchu, jadącego samotnie gościńcem kalkańskim. Poprosił go o jałmużnę i otrzymawszy jedynie wymyślanie, odciął się po angielsku. Na odległość głosu nie było nikogo, by mógł usłyszeć, jak Mahbub sapnął z podziwu.

1346

— Ho, ho! Kędy żeś to bywał?

1347

— Tu i tam… tam i tutaj…

1348

— Chodź pod drzewo, gdzie nie jest tak mokro, i opowiedz.

1349

— Przez jakiś czas mieszkałem u starego człeka koło Umballi; potem u znajomej mi rodziny w Umballi. W towarzystwie jednego z tej rodziny pojechałem na południe aż do Delhi. To ci cudowne miasto! Potem byłem za poganiacza bawołu u teli (olejarza) jadącego na północ; ale posłyszałem o wielkiej zabawie urządzanej w Puttiali i pojechałem tam w towarzystwie pirotechnika. O, byłoż to wielkie święto! — (Kim pogładził się po brzuchu). — Widziałem radżów i słonie w złotych i srebrnych czaprakach; zapalono naraz wszystkie ognie sztuczne, przy czym zginęło jedenastu ludzi, między nimi mój pirotechnik ja zaś przekopyrtnąłem się przez namiot, ale mi się nic nie stało. Potem powróciłem na rêl[103] z pewnym koniuchem sikhijskim, u którego za wikt byłem fornalem… i otom tutaj.

1350

Shabash! — ozwał się Mahbub Ali.

1351

— Ale co na to mówił sahib-pułkownik? Bo nie chciałbym brać wnyków!

1352

— Ręka przyjaźni odwróciła bicz nieszczęścia, lecz na przyszły raz, gdy puścisz się na wertepy, to już w moim towarzystwie. Teraz jeszcze było za wcześnie.

1353

— Dla mnie aż za późno: W madrissah nauczyłem się czytać, a po trosze i pisać po angielsku. Wkrótce będę już do reszty sahibem.

1354

— Ciewy[104]! — zaśmiał się Mahbub, spoglądając na małe przemoknięte licho, podskakujące wśród pluchy. — Salaam, sahibie! — pokłonił mu się złośliwie. — No, sprzykrzyła ci się włóczęga czy też pojedziesz ze mną do Umballi i będziesz mi znów oporządzał konie?

1355

— Pojadę z tobą, Mahbubie Ali.

Rozdział VIII

Chwalę ja ziemię za jej płody plenne,

Chwalę dań życia… lecz jakimiż słowy

Sławić Allacha, że mi dał odmienne

Oblicza z dwóch stron mej głowy?

Wolałbym chodzić bez butów lub giezła,

Stracić przyjaciół, tytoń, chleb razowy,

Niż żeby jakimś przypadkiem mi sczezła

Jedna z dwóch stron mojej głowy…

1356

— A więc w imię Boże, zamień błękit na czerwień! — rzekł Mahbub, przymawiając Kimowi z powodu hinduskiej barwy jego turbanu.

1357

Kim odparował docinek starym przysłowiem:

1358

— Zmienię wiarę i legowisko, ale ty za to zapłacisz.

1359

Koniarz tak się śmiać zaczął, że omal nie spadł z konia. W sklepiku na przedmieściu dokonano przemiany i Kim stał się, przynajmniej z powierzchowności, mahometaninem.

1360

Mahbub wynajął pokój naprzeciw dworca i wysłał chłopaka po świeżo upieczone, wyborne ciasta, wysadzane migdałami (zwiemy je balushai) oraz po cienko krajany tytoń lucknowski.

1361

— To lepsze niż to osobliwe mięso, jakie jadałem u sikha! — rzekł Kim, szczerząc zęby, skoro usiadł — a i w mojej madrissah nie dają z pewnością takich przysmaków.

1362

— Pragnąłbym usłyszeć coś o tej waszej madrissah. — To mówiąc, Mahbub napychał się wielkimi kęsami pieprznej i korzennej baraniny smażonej w tłuszczu, z kapustą i złotawo-brunatną cebulą. — Ale wpierw opowiedz mi dokładnie i szczerze, jakim sposobem drapnąłeś? Albowiem, o Przyjacielu całego świata — (tu popuścił trzeszczącego pasa) — zdaje mi się, że nieczęsto się zdarza, by sahib i syn sahiba dawał stamtąd drapaka.

1363

— Jakżeby mogli? Przecież nie znają kraju. To drobnostka! — rzekł Kim i zaczął opowieść o swoich przygodach. Gdy doszedł do sceny swego przebrania i pogawędki z dziewczyną uliczną, Mahbuba Alego opuściła zwykła powaga i jął się śmiać do rozpuku, uderzając się dłonią po udzie.

1364

Shabash, shabash! O, pysznie, mój mały! Cóż na to powie uzdrowiciel turkusów? No, opowiedz mi teraz z kolei, co się działo później… szczegół za szczegółem, niczego nie pomijając.

1365

Więc Kim opowiadał szczegół za szczegółem ze swych przygód, pokaszliwając niekiedy, gdy wonny tytoń podrażnił mu płuca.

1366

— Mówiłem — mruczał Mahbub Ali pod nosem — mówiłem, że jest to kucyk, wyrywający się do gry w polo. Bestyjka już dorosła… trzeba ją tylko wdrożyć do wyścigów i chodu, do rózgi i ryzów. Posłuchaj no! Odwróciłem bizun pułkownika od twej skóry, a jest to niemała przysługa.

1367

— Prawdać to! — dmuchnął Kim pogodnie. — Święta prawda!

1368

— Ale nie myśl sobie, że takie włóczenie się tam i sam wyjdzie ci na dobre.

1369

— To były moje wakacje, Hadżi! Przez wiele tygodni byłem niewolnikiem. Czemuż nie miałem sobie pohasać, gdy szkołę zamknięto? Zważ ponadto, że żyjąc kosztem przyjaciół lub zarabiając na chleb, jak u tego sikha, oszczędziłem pułkownikowi wielkich wydatków.

1370

Mahbubowi drgnęły wargi pod pięknie wymuskanym bisurmańskim wąsem.

1371

— Cóż to dla sahiba-pułkownika znaczy parę rupii — tu Pathan machnął niedbale ręką. — On je wydaje w wiadomym jemu celu, a nie dla twoich pięknych oczu.

1372

— O tym — wycedził Kim — wiedziałem od dawna.

1373

— Kto ci mówił?

1374

— Sahib-pułkownik we własnej osobie. Nie tymi akurat słowami, niemniej jednak dość zrozumiale dla tego, kto nie jest kompletnym półgłówkiem. Ba, nawet powiedział mi to w te-rain, gdyśmy jechali do Lucknow.

1375

— Dajmy na to! Wobec tego powiem ci jeszcze więcej, Przyjacielu całego świata, choć tym wyznaniem oddaję swoją głowę w twe ręce.

1376

— Oddałeś mi ją — ozwał się Kim z głębokim upodobaniem — już w Umballi, gdy porwałeś mnie na koń z rąk dobosza, który mnie bił.

1377

— Mów nieco jaśniej. Cały świat może opowiadać łgarstwa, prócz ciebie i mnie. Albowiem i twoje życie również zależy od mojej woli, jeśli mi przyjdzie ochota choćby palcem kiwnąć.

1378

— Wiem i to! — rzekł Kim, przykładając do cygara żarzący się węgielek. — Rzecz ta stanowi silny węzeł pomiędzy nami. Oczywiście, twój chwyt jest silniejszy nawet od mojego, bo któż by odczuł stratę chłopca zatłuczonego na śmierć albo może nawet wrzuconego do przydrożnej studni? Natomiast wielu ludzi i tutaj, i w Simli, i poza przełęczami górskimi pytałoby: „cóż się przydarzyło Mahbubowi Ali?”, gdyby znaleziono go nieżywego wśród tabunu koni. Zapewne i pułkownik wszcząłby śledztwo Lecz zresztą — (tu twarz Kima zmarszczyła się przebiegle) — nie przeciągałby nazbyt śledztwa, żeby ludzie nie pytali: „cóż to ten sahib-pułkownik zajmuje się tak owym szkapowłókiem?”. Ale ja… gdybym żył…

1379

— Ależ zginąłbyś na pewno…

1380

— Być może; lecz powiadam, gdybym żył, to tylko sam… ja jedynie… wiedziałbym, że ktoś tam, może niby pospolity złodziejaszek, przyszedł nocą do zagrody Mahbuba Alego w seraju i tam go zabił; przedtem zaś lub potem ów złodziejaszek przetrząsnąłby dokładnie jego kulbaki i podeszwy jego pantofli. Czy należałoby tę wiadomość zanieść pułkownikowi, czy też powiedziałby mi (nie zapomniałem, jak posłał mnie po pudełko z cygarami, którego wcale nie zostawił)… powiedziałby mi może: „A cóż mnie obchodzi Mahbub Ali?”.

1381

Kłąb ciężkiego dymu wytrysnął w górę. Nastała długa chwila ciszy, następnie Mahbub Ali przemówił głosem pełnym podziwu:

1382

— Więc mając to wszystko w głowie, chcesz przycupnąć jak trusia i znów ukazać się pomiędzy małymi synami sahibów w madrissah i potulnie przyjmować wskazówki swych nauczycieli.

1383

— Taki jest rozkaz — rzekł Kim słodko. — Kimże ja jestem, bym miał krytykować dane mi rozkazy?

1384

— Jesteś najsprawniejszym z synów Eblisa[105] — odrzekł Mahbub Ali. — Ale cóż to oznacza owa bajka o złodzieju i poszukiwaniach?

1385

— To, com widział — rzekł Kim — w ową noc, gdyśmy obaj z lamą nocowali koło twej izby w Seraju Kaszmirskim. Drzwi pozostawiono niezaryglowane, co, jak mi się zdaje, nie jest twoim obyczajem, Mahbubie. Ten człowiek wszedł do środka, jakby upewniony, że nierychło powrócisz. Przytknąłem oko do dziury w przepierzeniu, pozostałej po wypadłym sęku. Przybysz jakby czegoś szukał… nie derki, nie strzemienia, nie wędzidła, nie garnka mosiężnego… szło mu o jakąś rzecz drobną i starannie ukrytą. Gdyby było inaczej, to czemuż by rozpruwał żelazem podeszwy twych pantofli?

1386

— He! — uśmiechnął się Mahbub Ali. — A jakie wysnułeś przypuszczenia na ten widok, o studnio prawdy?

1387

— Żadnych. Położyłem rękę na amulecie, który noszę zawsze na samym ciele, i przypomniawszy sobie rodowód siwego ogiera, który wygryzłem z kromki chleba muzułmańskiego, odjechałem do Umballi, domyślając się, że widocznie powierzono mi ważne zlecenie. Gdyby mi się spodobało, byłoby już w ową godzinę po tobie! Wystarczyłoby, żebym odezwał się do owego człowieka: „Mam tu jakiś papier tyczący się pewnego konia i nie mogę nic z tego odczytać”. A wtedy?…

1388

Kim spojrzał przenikliwie spod brwi na Mahbuba.

1389

— Wtedy byś się napił wody jeszcze dwa razy… a może trzy… Zdaje mi się, że nie więcej jak trzy razy!… — rzekł Mahbub bez ogródek.

1390

— To prawda. Myślałem po trosze i o tym, ale najwięcej myślałem o tym, że kocham cię, Mahbubie. Dlatego pojechałem, jak wiesz, do Umballi, ale (o czym nie wiesz) potem przyczaiłem się na trawniku ogrodowym, by zobaczyć, co uczyni pułkownik Creighton, odczytawszy rodowód białego ogiera.

1391

— A co on zrobił? — zapytał Mahbub, gdyż Kim na tym uciął rozmowę.

1392

— Czy ty dostarczasz wiadomości z amatorstwa, czy też sprzedajesz? — zapytał Kim.

1393

— Sprzedaję… i kupuję… — tu Mahbub wydobył z kalety monetę czteroannową i podniósł ją w górę.

1394

— Osiem! — rzekł Kim, bezwiednie idąc za żyłką targowania się, właściwą ludziom Wschodu.

1395

Mahbub roześmiał się i odłożył pieniądz.

1396

— Zbyt łatwo się targuję na tym rynku, Przyjacielu całego świata. Powiedz mi dla samej przyjaźni. Każdy z nas ma życie drugiego w swoim ręku.

1397

— Doskonale. Widziałem, jak sahib Jang-i-lat (naczelny wódz) przybył na wielką ucztę. Widziałem go w gabinecie sahiba Creightona. Widziałem, że obaj razem odczytywali rodowód białego ogiera. Słyszałem nawet sam rozkaz rozpoczęcia wielkiej wojny.

1398

— Ha! — skinął głową Mahbub, a ogień żarzył mu się w głębi źrenic. — Gra przeprowadzona wspaniale! Ta wojna już stała się czynem, a zło, miejmy nadzieję, uległo zmrożeniu, zanim zdołało rozkwitnąć… Stało się to dzięki mnie… i tobie. Cóżeś później czynił?

1399

— Zrobiłem sobie z tej wieści niejako haczyk do poławiania jadła i zaszczytów pośród mieszkańców jednej wsi, gdzie kapłan chciał uśpić mego lamę. Ale ja zabrałem staruszkowi sakiewkę i bramin nie znalazł ani szeląga. Toteż ci się pieklił na drugi dzień! Ho-ho! Z owej wieści skorzystałem również, gdym wpadł w ręce białego pułku wraz z ich Bykiem!

1400

— Była to nierozwaga z twej strony! — nadąsał się Mahbub. — NarkotykiWiadomości nie trzeba rozrzucać jak nawóz, ale używać ich oszczędnie jak bhang[106].

1401

— I ja jestem tego zdania; zresztą nie wyszło mi to na pożytek. Lecz było to dawno — uczynił taki ruch, jak gdyby chciał wszystko zetrzeć chudą, brązową ręką — a od tego czasu, zwłaszcza w noce spędzane pod punkah w madrissah, rozważyłem tę sprawę bardzo poważnie.

1402

— Czy wolno zapytać, dokąd to dążyła myśl Niebianina? — wysilił się Mahbub na złośliwość, gładząc szkarłatną brodę.

1403

— Wolno, wolno! — rzekł Kim i odciął się tymże tonem — W Nucklao mówią, że żaden sahib nie powinien wobec czarnego przyznawać się do pomyłek.

1404

Mahbub pochwycił go ręką za pierś, gdyż nazwanie Pathana „czarnym człowiekiem” (kala admi) jest dlań śmiertelną zniewagą. Naraz opamiętał się i rzekł ze śmiechem:

1405

— Mów, sahibie; twój czarny słucha.

1406

— Ależ — wyjaśnił Kim — ja nie jestem sahibem i powiem ci, Mahbubie Ali, iż zbłądziłem w Umballi w ów dzień, gdym klął, mniemając, żem zdradzony przez Pathana. Byłem nierozsądny; ale zważ, że byłem świeżo pojmany i chciałem tego powsinogę dobosza… Teraz mówię ci, Hadżi, że stało się dobrze; widzę teraz przed sobą całkiem wyraźnie drogę wiodącą do dobrej służby. Pozostanę w madrissah, póki nie dorosnę.

1407

— Dobrze mówisz. W tej grze nauczyć się trzeba przede wszystkim oceny odległości, znajomości liczb i sposobów używania cyrkla. Tam wysoko w górach mieszka ktoś, co cię z tym zapozna.

1408

— Będę się uczył ich mądrości, ale pod jednym warunkiem… że gdy zamkną madrissah, dadzą mi bez żadnych zastrzeżeń swobodę rozporządzania czasem wolnym. Wyjednaj mi to u pułkownika.

1409

— Ale czemu nie poprosić o to pułkownika językiem sahibów?

1410

— Pułkownik jest sługą rządu. Za jednym słówkiem posyłają go to tu, to tam, a musi też myśleć o awansie. (Widzisz, ilem się już nauczył w Nucklao!) Zresztą pułkownika znam dopiero od trzech miesięcy, a niejakiego Mahbuba Alego znam od sześciu lat. Tak! Będę chodził do madrissah. W madrissah będę się uczył. W madrissah będę sahibem. Ale gdy zamkną madrissah, wtedy muszę być wolny i pójść pomiędzy swoich ludzi. Inaczej umrę.

1411

— A cóż to są ci twoi ludzie, Przyjacielu całego świata?

1412

— Wszyscy, co zamieszkują cały ten kraj wielki i piękny! — rzekł Kim, zataczając ręką krąg dokoła małej, gliną utykanej izdebki, oświetlonej mdłym blaskiem lampki oliwnej, przezierającym z wnęki poprzez smugi dymu tytoniowego. — Następnie chciałbym zobaczyć się znów z lamą. Wreszcie, potrzeba mi pieniędzy.

1413

— Tego każdemu potrzeba! — rzekł Mahbub z żalem. — Dam ci osiem ann, bo niewiele pieniędzy da się wykrzesać z kopyt końskich, a i to musi wystarczyć na wiele dni. Co się zaś tyczy reszty, jestem zupełnie zadowolony i dalsza gawęda jest zgoła zbyteczna. Spiesz się z nauką, a za trzy lata… może i wcześniej… będziesz pomocnikiem, nawet moim.

1414

— Czyż dotychczas byłem ci kulą u nogi? — zapytał Kim, chichocząc po chłopięcemu.

1415

— Nie odpowiadaj za mnie — sarknął Mahbub. — Jesteś teraz moim nowym fornalem. Idź, połóż się spać wśród moich ludzi. Znajdują się wraz z końmi w pobliżu północnego narożnika dworca kolejowego.

1416

— Wyżeną[107] mnie kijem aż na południowy narożnik, jeżeli przyjdę bez upoważnienia.

1417

Mahbub podłubał w kalecie, potarł zwilżony kciuk o laskę chińskiego tuszu i namazał odcisk palca na skrawku miękkiego papieru wyrobu krajowego. Od Balkhu do Bombaju znano dobrze kształt tego ostro zarysowanego palca wraz z biegnącą w poprzek niego zastarzałą blizną.

1418

— Wystarczy pokazać to temu pomocnikowi. Rano wyjeżdżam.

1419

— Jaką drogą?

1420

— Od strony śródmieścia; jest tylko jedna. Potem zaś wrócimy do sahiba Creightona. Ocaliłem cię od cięgów.

1421

— Allach! Co znaczy bicie, gdy sama głowa ledwo się trzyma ramion?

1422

Kim wysunął się nieznacznie w pomrocz nocną, obszedł dom półkolem, przyciskając się do samej ściany, potem zaś odszedł przeszło milę od dworca. Wówczas, nakładając kołowaniem kawał drogi, szedł nieskwapliwie, gdyż potrzeba mu było czasu, by zmyślić jakąś bujdę na wypadek, gdyby któryś z pachołków Mahbuba wziął go na spytki.

1423

Obozowali na skrawku pustego pola koło kolei, a ponieważ byli krajowcami, więc oczywiście nie wyładowali dwóch wagonów, w których stały rumaki Mahbuba pośród transportu koni krajowych, zakupionych przez bombajską spółkę tramwajową. Nadzorca, przygarbiony muzułmanin wyglądający na suchotnika, huknął z góry na Kima, lecz uspokoił się na widok odręcznego znaku Mahbuba.

1424

— Hadżi w swej łaskawości przyjął mnie na służbę — rzekł mrukliwie Kim. — Jeżelibyś wątpił, zaczekaj, aż on przyjdzie nad ranem. Tymczasem dajcie mi miejsce przy ognisku.

1425

Wszczęła się pospolita, bezpretensjonalna gadanina, jaką przy lada sposobności podejmuje nieodbicie każdy krajowiec niskiej kasty. W jakiś czas gawęda zamarła i Kim położył się za małą gromadką parobków Mahbuba, prawie pod samymi kołami wagonu, mając za okrycie wypożyczoną derkę. Takie legowisko wśród ułamków cegły, drzazg i śmieci, pomiędzy natłoczonymi końmi i niechlujnymi Baltisami nie nęciłoby wielu białych chłopców, ale Kim był nad wyraz szczęśliwy. Zmiana dekoracji, służby i otoczenia niosły rzeźwiący powiew jego małym nozdrzom, a myśl o czystych białych domkach zakładu św. Ksawerego, osłoniętych punkah budziła w nim taką uciechę, jak powtarzanie tabliczki mnożenia po angielsku.

1426

„Jestem już bardzo stary! — myślał przez sen. — Z każdym miesiącem staję się o rok starszy. Byłem jeszcze bardzo młody i głupi jak but, gdy zanosiłem zlecenie Mahbuba do Umballi. Nawet gdy byłem w tym białym pułku, byłem bardzo młody i za grosz nie miałem oleju w głowie. Ale teraz uczę się z każdym dniem; za trzy lata zabierze pułkownik mnie z madrissah i puści wraz z Mahbubem w szeroki świat, by polować na rodowody końskie… a może pójdę na własną rękę. Kto wie, może odnajdę lamę i pójdę z nim, Juści! Tak byłoby najlepiej. Poszedłbym znów ze swym lamą, jako jego chela, gdy on powróci do Benares”.

1427

Myśli snuły się coraz to wolniej i bez związku. Już wpływał w piękną krainę sennych marzeń, gdy wtem pochwycił uchem jakiś szept, ostry i przenikliwy, górujący nad jednostajnym gwarem dokoła ogniska. Szept ten pochodził spoza wagonu końskiego okutego żelazem.

1428

— Więc go tu nie ma?

1429

— Gdzieżby był, jak nie na hulance w mieście? Kto tam zważa na szczura w żabim bajorze? Idź stąd. To nie nasz człowiek.

1430

— On nie powinien przejść powtórnie za przełęcze. Taki rozkaz.

1431

— Wynajmij jaką kobietę, żeby go otruła. Wystarczy parę rupii i nikt nie będzie wiedział.

1432

— Oprócz kobiety. Trzeba pewniejszego sposobu. A pamiętaj o cenie na jego głowę.

1433

— A jakże! Ale policja ma długie ramię, a granica daleko. Gdyby to było w Peshawar!

1434

— Tak, w Peshawar! — zadrwił drugi głos. — W Peshawar pełnym jego krewniaków… pełnym szpiegowskich nor i kobiet, za których spódnicę szelma potrafi się schować. Taki Peshawar czy piekło byłoby nam jednakowo dogodne.

1435

— Jakiż więc plan działania?

1436

— O durniu! Czyż ci tego nie mówiłem ze sto razy? Poczekaj, aż on wróci na spoczynek… a potem: jeden celny strzał! Wagony dzielą nas od pogoni. Wystarczy przebiec tor i iść spokojnie drogą. Nie poznają, skąd wypadł strzał. Poczekaj tu przynajmniej do świtu. Jaki z ciebie fakir, że boisz się czuwać przez chwilę?

1437

„Oho! — myślał Kim, nie otwierając powiek. — Znów chodzi o Mahbuba. Doprawdy, niedobrze to handlować z sahibami rodowodem białego ogiera! A może Mahbub sprzedał jakieś nowe wiadomości? Cóż teraz czynić, Kimie? Nie wiem, gdzie kwateruje Mahbub, a jeżeli on tu przyjdzie przed świtem, to go zastrzelą. Nie wyjdzie ci to na korzyść, Kimie. Do policji z tym zwracać się nie można; nie wyszłoby to na korzyść Mahbubowi… a — (tu omal w głos się nie roześmiał) — nie mogę sobie przypomnieć żadnej lekcji z Nucklao, która by mi się tu mogła przydać. Allah! Tu jest Kim, a tam są oni. Najpierw więc Kim musi się obudzić i odejść w taki sposób, żeby oni nie podejrzewali. Zły sen zrywa człowieka na nogi… zatem…”

1438

Odrzucił derkę z twarzy i zerwał się nagle, ozywając się przeraźliwym, bełkotliwym, niezrozumiałym krzykiem, jaki wydaje Azjata obudzony przez zmorę.

1439

— Urr-urr! Urr-urr! Ya-la-la-la! Narain! Churel! Churel!

1440

Churel jest to szczególnie złośliwy upiór kobiety zmarłej w połogu. Straszy ona na odludnych drogach, ma stopy wykręcone w kostkach i ciągnie ludzi na męki.

1441

Coraz to głośniej rozlegały się wrzaski Kima; na koniec chłopak skoczył na równe nogi i odszedł, zataczając się. Obozujący zwymyślali go, że ich pobudził. Uszedłszy jakie dwadzieścia jardów wzdłuż toru, położył się, starając się, by ludzie, którzy szeptali z sobą, słyszeli jego chrząkania i niby przedsenne poziewania. Po kilku minutach spokojnego leżenia stoczył się w stronę gościńca i jął się przekradać w gęstwę ciemności.

1442

Machał szybko naprzód, aż doszedł do kamiennego mostka; ukrył się za nim, kładąc podbródek na poziomie obrzeża. Tu mógł objąć wzrokiem cały ruch uliczny, nie będąc sam widziany przez nikogo.

1443

Kilka wozów przejechało, pobrzękując żelastwem, w stronę przedmieścia; przeszedł kaszlący policjant i przemknęło się kilku pieszych przechodniów, którzy śpiewali jakieś zaklęcia, aby odegnać złe duchy. Wtem zatętniły podkowy kopyt końskich.

1444

„O! to chyba Mahbub!” — pomyślał Kim, gdy koń spłoszył się na widok małej główki nad mostkiem.

1445

— Hola! Mahbubie Ali! — syknął chłopak. — Strzeż się!

1446

Jeździec ściągnął cugle, aż koń niemal przysiadł na zadzie, po czym dał szczupaka w stronę mostku.

1447

— Nigdy już — mówił Mahbub — nie wezmę podkutego konia na nocne przejażdżki. W mieście zrywają sobie nogi i gwoździe. — Zsiadł z konia, by obejrzeć przednią nogę konia, i zbliżył głowę na odległość piędzi ku głowie Kima.

1448

— Na dół… schowaj się! — mruknął. — Noc ma tysiące oczu.

1449

— Za wagonem z końmi dwaj ludzie czekają twego przybycia. Chcą cię zastrzelić, gdy będziesz spał, ponieważ nałożono cenę na twoją głowę. Słyszałem to, drzemiąc w pobliżu.

1450

— Czyś ich widział?… Stójże spokojnie, diabelska mości! — krzyknął z wściekłością na konia.

1451

— Nie.

1452

— Czy jeden był ubrany jak fakir?

1453

— Jeden mówił do drugiego: „jakiż z ciebie fakir, że boisz się czatować przez chwilę?”.

1454

— Dobrze. Wracaj do obozu i połóż się spać. Nie zginę dziś w nocy.

1455

Mahbub skierował konia w bok i zniknął. Kim odbył drogę powrotną rowem, aż dotarł do miejsca na wprost drugiego miejsca noclegu, przemknął się przez drogę jak łasica i otulił się znów derką.

1456

„Przynajmniej Mahbub już zawiadomiony — myślał z zadowoleniem. — Przy tym, ani chybi, mówił tak, jakby się tego spodziewał. Zdaje mi się, że ci dwaj ludzie nic nie wskórają na dzisiejszych czatach”.

1457

Upłynęła godzina; a Kim mimo najlepszych usiłowań, by nie zmrużyć oka przez całą noc, zasnął twardo. Raz po raz w odległości dwudziestu stóp od niego dudnił po szynach pociąg nocny; ale chłopak odznaczał się iście wschodnią niewrażliwością na pospolity hałas, który nawet nie wplątał się w jego senne widziadła.

1458

Mahbub nie spał bynajmniej. Bardzo go to niepokoiło, że ludzie nie z jego plemienia i niemający doń urazy za przygodne miłostki czyhali na jego życie. Pierwszym jego i naturalnym odruchem był zamysł, by przejechać tor nieco dalej, nadjechać znów z powrotem i, zaskoczywszy czatowników z tyłu, zgładzić ich jednym zamachem. Ale pomyślał sobie ze smutkiem, że wtedy inny wydział rządu, zgoła niezwiązany z pułkownikiem Creightonem, mógłby zażądać wyjaśnień, których niełacno byłoby mu udzielić; wiedział też, że na południe od granicy nieraz o byle truposza ludzie wszczynają śmieszny wprost rwetes. Odkąd wyprawił Kima ze zleceniem do Umballi, nie dybano nań jeszcze w ten sposób, tak iż przypuszczał, że w końcu poniechano podejrzeń.

1459

Naraz strzelił mu do głowy wspaniały pomysł.

1460

— Anglicy wszędzie zawsze mówią prawdę — powiedział sobie — dlatego my w tym kraju wychodzimy na dudków. Na Allacha, czyż mam powiedzieć prawdę Anglikowi? Od czegóż jest policja państwowa, jeżeli biednemu kabulczykowi kradną konie z angielskich wagonów? Zupełnie jakby to było w Peshawar! Wniosę zażalenie na stacji… albo jeszcze lepiej, pójdę ze skargą do jednego z młodych sahibów na kolei. Są oni wielce służbiści, a jeżeli złapią złodzieja, liczy się to im za zasługę.

1461

Przywiązał konia koło dworca i wyszedł na peron.

1462

— Hola! Mahbubie Ali! — ozwał się młody pomocnik okręgowego kierownika ruchu, wybierający się na oględziny toru; był to wysoki, kołtuniasty i dziobaty młokos w popielatym ubraniu płóciennym. — Cóż tu porabiasz? Sprzedajesz szkapy… hę?

1463

— Nie; nie chodzi mi o konie. Przyszedłem szukać Lutufa Ullaha. Mam naładowany wagon na torze. Czy mógłby kto zabrać towar bez wiedzy władz kolejowych?

1464

— O to nie miej obawy, Mahbubie. Mógłbyś wnieść na nas zażalenie, gdyby tak ktoś uczynił.

1465

— Widziałem dwu ludzi, którzy prawie przez całą noc czatują pod jednym z wagonów. Fakirowie nie kradną koni, więc nie zaprzątnąłem sobie nimi głowy. Chciałbym znaleźć Lutufa Ullaha, mego wspólnika.

1466

— A bodajże cię! Toś ty sobie tym nie zaprzątał głowy? Słowo daję, przynajmniej dobrze, żem ciebie spotkał. Jak oni wyglądali, hę?

1467

— Byli to po prostu fakirowie. Potrafią co najwyżej ukraść nieco zboża z jednego z wagonów. Państwo na tym nie traci ni ociupinki… Przyszedłem tu, by odszukać mego wspólnika, Lutufa Ullaha…

1468

— Co mi tam twój spólnik! Gdzie twoje wagony z końmi?

1469

— Trochę z tej strony… na samym końcu… tam gdzie ustawiają lampy dla pociągów…

1470

— Na semaforze. Aha!

1471

— Na szynach najbliższych drogi po prawej ręce… patrząc… o tak! Wzdłuż toru. Lecz co się tyczy Lutufa Ullaha… jest to człek słusznego wzrostu, ma nos złamany… i chodzi z chartem perskim… Ojej!

1472

Młodzik biegł już w te pędy, by obudzić młodego i zapalczywego policjanta, bo, jak mówił, kolej poniosła niemało strat wskutek kradzieży w magazynach. Mahbub Ali tłumił śmiech pod umalowanym wąsem.

1473

— Oni tam pójdą w butach i narobią hałasu, a potem będą zachodzić w głowę, czemu z fakirów nie zostało ani słychu-dychu. Grackie to chłopaki… sahib Barton i sahib Young!

1474

Czekał bezczynnie przez parę chwil, spodziewając się, że zobaczy ich biegnących wzdłuż ogrodzenia toru na miejsce działania. Przez stację przemknął się mały parowóz, a na jego tendrze Mahbub ujrzał w przelocie postać Bartona.

1475

— Skrzywdziłem tego smarkacza. On wcale nie głupi. Wziąć wóz ognisty na złodzieja to całkiem niezwykła zabawa!

1476

Gdy Mahbub Ali o świcie przybył do obozowiska, nikt na razie nie uważał za stosowne opowiedzieć mu o zajściach tej nocy. Nikt, z pewnością nikt, oprócz chłopca stajennego, świeżo przyjętego do służby, którego Mahbub zawołał do swego maciupkiego namiotu, bo mu potrzeba było wyręki w jakimś pakowaniu.

1477

— Wiem o wszystkim — szeptał Kim, pochylając się nad kulbaką. — Dwaj sahibowie przyjechali w te-rainie (pociągu). Biegałem w ciemności tam i z powrotem z tej strony wagonów, w miarę jak te-rain posuwał się z wolna tam i sam. Wpadli na dwóch ludzi siedzących pod wagonem… Hadżi, co mam zrobić z tą paczką tytoniu?… Czy zawinąć w papier i położyć ją pod worek z solą? Tak… i obalili ich na ziemię. Lecz jeden z tych ludzi ugodził sahiba rogami koźlimi… — (Kim miał na myśli połączone rogi czarnego kozła, które są jedynym przygodnym uzbrojeniem fakirów) — trysnęła krew. Wtedy drugi sahib, ogłuszywszy wpierw swego przeciwnika, postrzelił zbója z krótkiej strzelby, która wypadła z ręki pierwszego. Tłukli się z sobą jak wariaci.

1478

Mahbub uśmiechnął się z pogodną rezygnacją.

1479

— Jest to nie tyle dewanee[108], co nizamut (sprawa gardłowa). Strzelba, powiadasz? Dobre dziesięć lat więzienia!

1480

— Potem obaj leżeli cicho, lecz zdaje mi się, że tam ledwo który zipał, gdy ich zaniesiono do te-rain. Głowy im, o-o, tak się kiwały. A na torze pełno krwi. Czy pójdziesz zobaczyć?

1481

— Widziałem ci już nieraz krew. Więzienie jest miejscem bezpiecznym… zapewne podadzą zmyślone nazwiska i pewno przez długi czas nikt ich nie odnajdzie. To byli moi nieprzyjaciele. Twój los jest, zdaje się, związany z moim. Będę miał co opowiadać Uzdrawiaczowi Pereł! A teraz zwijaj się raźnie z tą kulbaką i patelnią. Wyładujemy konie i hajże do Simli!

1482

Z pośpiechem — jak to pośpiech rozumieją ludzie Wschodu — czyli wśród długich objaśnień, łajań i gadania na wiatr, a za to bez najmniejszego ładu, zatrzymując się po sto razy celem odszukania zgubionych fatałaszków, ruszył ten cały niesforny obóz w chłodzie poranku deszczem zmytego, wyprowadzając na gościniec kalkański pół tuzina krnąbrnych i narowistych koni. Kim, uważany przez wszystkich, którzy chcieli być w dobrych stosunkach z Pathanem, za ulubieńca Mahbuba Alego, nie był zapędzany do roboty. Wlekli się niewielkimi etapami, zatrzymując się co parę godzin w stanicach-przydrożnych. Gościńcem kalkańskim przeciąga wielu sahibów, a jak powiada Mahbub Ali, każdy młody sahib nieodwołalnie musi uważać się za znawcę koni i chociażby siedział po uszy w długach u lichwiarza, musi udawać, że chciałby nabyć wierzchowca. To było przyczyną, że sahibowie, przejeżdżający dyliżansem, jeden po drugim zatrzymywali się i nawiązywali rozmowę. Niektórzy nawet schodzili z pojazdów i obmacywali koniom pęciny, zadawali głupie pytania albo też, wskutek gruntownej nieznajomości języka krajowego, wymyślali w sposób grubiański niestropionemu handlarzowi.

1483

— Gdy po raz pierwszy handlowałem z sahibami, a było to wtedy, gdy pułkownik-sahib Soady był gubernatorem twierdzy Abazai i na złość komisarzowi zalał mu błonia — zwierzał się Kimowi Mahbub, gdy chłopak, siedząc w cieniu drzewa, nabijał mu fajkę — nie wiedziałem jeszcze, jacy to durnie, i postępowanie ich napełniało mnie gniewem. Na przykład… — i opowiedział Kimowi anegdotkę o pewnym wyrażeniu źle użytym w najlepszej wierze, co w dwójnasób rozweseliło chłopaka. — Teraz jednak widzę — mówiąc to wyzionął z siebie z wolna smugę dymu — że z nimi tak bywa, jak z innymi ludźmi… w jednych rzeczach są mądrzy, a w innych głupi jak drągi. Dowodem wielkiej głupoty jest używanie słów obraźliwych w stosunku do cudzoziemca; bo choć oni w głębi serca zapewne nie myślą, by kogoś obrazić, to jednak skądże o tym może wiedzieć człek obcy? A nuż (co bardziej prawdopodobne) dochodzić będzie prawdy sztyletem?

1484

— Istotnie! Prawdę mówisz — rzekł Kim uroczyście. — Na przykład, głupcy mówią o kociaku, gdy kobieta urodzi dziecko. Słyszałem to na własne uszy.

1485

— Przeto w takim położeniu, w jakim ty się znajdujesz, powinieneś pamiętać o tym, że masz jednocześnie jak gdyby dwa oblicza. Między sahibami nie zapominaj nigdy, że jesteś sahibem; pomiędzy ludem hinduskim pomnij zawsze, że jesteś… — tu przerwał, uśmiechając się z zakłopotaniem.

1486

— Czym jestem? Muzułmaninem, Hindusem jainem[109] czy buddystą? Twardy to orzech do zgryzienia!

1487

— Bez wątpienia, jesteś niewierny i za to będziesz potępion. Tak mówi moja wiara… przynajmniej tak mi się zdaje. Ale ty jesteś zarazem dla mnie Przyjacielem całego świata, a ja kocham cię. Tak mówi mi serce. Z wierzeniami to tak jak z końmi. Człek mądry wie, że konie są dobre… że z każdego można wyciągnąć zysk; a co się mnie tyczy, to choć jestem prawowiernym sunitą[110] i nienawidzę Tyrasów, mogę mieć jednak to samo przekonanie o wszystkich religiach. Bo klacz katiwarska zabrana z piasków stron rodzinnych i przeniesiona do zachodniego Bengalu, ochwaci się niechybnie… a nawet ogier z Balkh (nie ma lepszych koni nad balkhijskie, szkoda, że trochę za ciężkie w łopatkach) wśród wielkich pustyń północnych nie może iść w zawody z wielbłądami-śnieżnikami, jakie widywałem. Przeto mówię sobie w sercu, że wiary są jak konie. Każda ma zalety we własnym kraju.

1488

— Ale mój lama mówi zgoła co innego.

1489

— Ech, ten stary marzyciel z Bhotiyal! Jestem w duchu trochę zły na to, że ty, Przyjaciel całego świata, upatrujesz tyle dobrego w człowieku, którego znasz tak mało.

1490

— To prawda, Hadżi, ale widzę, co w kim cenić; a do niego ciągnie mnie serce.

1491

— A jego do ciebie, jak słyszałem. Serca są jak konie; zbiegają się i rozbiegają na przekór wędzidłom i ostrodze. Krzyknij na Gula Sher-Khana, żeby silniej zawarł przegrodę tego gniadego ogiera. Nie potrzeba nam końskich brykań na każdym postoju, a tego myszatego i karego należy trochę zamknąć… A teraz posłuchaj. Czy dla pocieszenia swego serca musisz koniecznie zobaczyć się z tym lamą?

1492

— Jest to jeden z mych warunków — rzekł Kim. — Jeżeli nie będę go widywał i jeżeli mi go zabiorą, to pójdę sobie precz z tej madrissah w Nucklao… a gdy raz odejdę, kto potrafi mnie odszukać?

1493

— To prawda. Żadne źrebię nigdy nie było trzymane tak lekko na postronku jak ty! — pokiwał głową Mahbub.

1494

— Nie bój się — mówił Kim, jak gdyby mógł zniknąć za chwilę. — Lama mówił mi, że przyjdzie mnie odwiedzić w madrisssah

1495

— Żebrak z miską wobec tych młodych sa…

1496

— Wcale nie! — parsknął Kim. — Wielu z nich ma oczy zbłękitnione i paznokcie poczernione od krwi niskiego rodu. Synowie metheeranee… a szwagrowie kominiarzy.

1497

Reszty rodowodu nie ma co wymieniać; wszakoż Kim przedstawił tę kwestię jasno i bez uniesienia, żując przez cały czas łodygę trzciny cukrowej.

1498

— Przyjacielu całego świata — rzekł Mahbub, podając chłopcu fajkę do oczyszczenia — spotykałem wielu mężczyzn, kobiet, dzieci, chłopców, a niemało też i sahibów. Ale w życiu mym nie spotkałem takiego hultaja jak ty.

1499

— Co znowu? Przecież zawsze mówię ci prawdę…

1500

— Może dlatego, że na tym świecie niezbyt jest bezpiecznie ludziom uczciwym! — to rzekłszy, Mahbub Ali podniósł się z ziemi, wdział pas i ruszył ku koniom.

1501

— A może ci ją sprzedać?

1502

W brzmieniu tych słów było coś takiego, że Mahbub stanął i odwrócił się.

1503

— Cóż to za nowe psikusy?

1504

— Daj osiem ann, a powiem — rzekł Kim, szczerząc zęby. — Chodzi o twój spokój.

1505

— Ach, szatanie! — rzekł Mahbub, wręczając mu pieniądz.

1506

— Czy pamiętasz małą sprawkę złodziei… w nocy, tam w Umballi?

1507

— Ponieważ wiem, że czyhali na moje życie, więc jeszcze nie zdołałem zapomnieć. I cóż?

1508

— Czy pamiętasz Seraj Kaszmirski?

1509

— Natrę ci zaraz uszu, sahibie!

1510

— Nie potrzeba… Pathanie. Dość na tym, że drugi fakir, którego sahibowie zbili do utraty przytomności, był to ten sam człowiek, który przetrząsał twoją komorę w Lahorze. Widziałem jego twarz, gdy go niesiono do parowozu. Ten samiusieńki człowiek.

1511

— Czemuś mi tego wpierw nie powiedział?

1512

— Oho, on pójdzie do kozy i posiedzi cicho przez parę lat. Nie potrzeba mówić więcej, niż to jest konieczne w danej chwili. Zresztą wtedy nie potrzeba mi było pieniędzy na frykasy.

1513

Allach kerim! — zawołał Mahbub Ali. — Czy pewnego dnia nie przyszłaby ci fantazja sprzedać moją głowę za garstkę łakoci?


1514

Kim do śmierci nie zapomni tej przewlekłej, ociężałej jazdy z Umballi przez Kalkę i obok ogrodów pindżorskich aż do Simli. Nagły prąd na rzece Gugger zniósł im jednego z koni (oczywiście najcenniejszego!), a Kim omal nie utonął wśród niesionych wodą otoczaków. W dalszej drodze konie spłoszyły się na widok rządowego słonia, a ponieważ znalazły w bród paszy, więc zmitrężono półtora dnia na ich pochwycenie. Potem spotkali Sikandar-Khana jadącego z kilku szkapami nienadającymi się na sprzedaż — ostatkami swej stadniny; Mahbub, który w małym palcu lepszym był koniarzem niż Sikandar-Khan we wszystkich namiotach, musiał koniecznie kupić dwie najlichsze chabety, co pociągnęło za sobą osiem godzin uciążliwych targów i Bóg wie ile tytoniu. Ale wszystko to było istną rozkoszą; ta włóczęga gościńcem, wspinanie się, zjeżdżanie, okrążanie występów skalnych, piętrzących się coraz to wyżej; rumieniec świtu hen na wiecznych śniegach; świecznikowate kaktusy sterczące szeregami na głaźnych zboczach; odgłosy tysiąca strumieni; paplanina małp; majestatyczne deodary (cedry himalajskie) strzelające jedne ponad drugimi w warstwicach obwisłych gałęzi; rozległy widok na równiny staczające się hen w dal u ich podnóża; ustawiczne pojękiwanie trąbek tongi[111] i dzikie szamotanie się prowadzonych koni, gdy tonga wypadała z zakrętu; przystanki poświęcone modłom (Mahbub wypełniał sumiennie obrzędowe obmywania i nie szczędził gardła w modlitwie, gdy mu na to czas pozwalał); wieczorne pogawędki na popasach, gdy wielbłądy i bawoły żuły z przejęciem obrok, a ciemięgi-poganiacze zwierzali się z nowinek zasłyszanych po drodze. Wszystko to rozśpiewało i rozkołysało serce Kima.

1515

— Ale gdy się skończy ten śpiew i te pląsy — mawiał Mahbub Ali — wtedy przyjdzie sahib-pułkownik… a to będzie mniej miłe!

1516

— Jakiż czarowny kraj… przepięknym krajem jest Hind (Indie)… a kraj Pięciu Rzek (Pendżab) jest nade wszystko uroczy — mówił Kim półśpiewem. — Do niego powrócę, jeżeli pułkownik zechce przeciwko mnie choć palcem ruszyć… Gdy raz drapnę, któż mnie odnajdzie? Spojrzyj, Hadżi, czy tamto miasto, to Simla? Allach! Co za miasto!

1517

— Ojciec mego brata (a był on starcem, gdy studnia sahiba Mackersona była nowością w Peshawar) pamiętał te czasy, gdy stały tu zaledwie dwa domy.

1518

Poprowadził tabun poniżej głównego gościńca na dolny rynek simlański — w tę rojną królikarnię, co spiętrza się pod kątem 45° od doliny aż popod sam ratusz. Człek, co zna tutejsze przejścia i kryjówki, może drwić sobie z całego korpusu policyjnego letniej stolicy Indii; tak sprytnie tu połączono werandę z werandą, chodnik z chodnikiem, furtkę z furtką. Tu mieszkają ci, którzy zaspokajają potrzeby tego wesołego miasta: dżampanisowie (najemnicy), którzy w późną noc popychają riksze[112] pięknych dam i prowadzą szulerkę aż do świtu; korzennicy, olejarze, handlarze osobliwości, dostawcy drew, kapłani, rzezimieszki i tubylczy urzędnicy państwowi; tu gamratki plotkują o rzeczach, które uważa się za najgłębsze tajemnice przybocznej rady namiestnika Indii; tam też zbierają się wszyscy tajni ajenci z połowy państewek udzielnych. Również i Mahbub Ali tutaj właśnie, w domu mahometańskiego handlarza bydła, wynajął pokój, zaryglowany o wiele bezpieczniej niż jego komora w Lahorze. Było snadź tutaj i miejsce cudów, gdyż o zmierzchu wszedł tam pacholik-mahometanin, a w godzinę później wyszedł stamtąd młodzik-Euroazjata (farba dana przez dziewkę w Lucknow była istotnie w najlepszym gatunku!) w źle skrojonym ubraniu sklepowego pochodzenia.

1519

— Rozmawiałem z sahibem Creightonem — prawił Mahbub Ali — i ręka przyjaźni po raz wtóry odwróciła bicz plagi. Powiada, że zmarnowałeś zupełnie sześćdziesiąt dni na wagarach, więc już za późno byłoby posyłać cię do jakiej szkółki w górach.

1520

— Mówiłem, że wakacje należą do mnie. Nie potrzebuję chodzić dwa razy do szkoły. To był jeden z mych warunków.

1521

— Pułkownik nic jeszcze nie wie o umowie. Masz zamieszkać w domu sahiba Lurgana, aż przyjdzie pora, że będziesz musiał powrócić do Nucklao.

1522

— Wolałbym z tobą mieszkać, Mahbubie.

1523

— Nie umiesz ocenić zaszczytu. Sahib Lurgan sam ciebie zaprasza. Pójdziesz na górę, a później gościńcem aż na sam szczyt, a tam powinieneś zapomnieć na czas jakiś, że kiedykolwiek widywałeś się lub rozmawiałeś ze mną, Mahbubem Alim, co sprzedaje konie sahibowi Creightonowi, którego też nie znasz. Zapamiętaj sobie to zlecenie.

1524

Kim kiwnął głową.

1525

— Dobrze — ozwał się — ale któż to jest ów sahib Lurgan? Nie — (tu pochwycił przenikliwe spojrzenie Mahbuba) — naprawdę nigdy nie słyszałem jego nazwiska. Czy to może — (tu zniżył głos) — jeden z naszych?

1526

— Jak to z naszych, sahibie? — wywinął się Mahbub Ali tonem, jakim odzywał się do Europejczyków. — Ja jestem Pathan, ty zaś jesteś sahibem i synem sahiba. Sahib Lurgan ma sklep wśród sklepów europejskich; zna go cała Simla. Zapytaj tam… a jest to, Przyjacielu całego świata, człowiek, którego należy słuchać za najmniejszym skinieniem brwi. Gadają o nim, że się para czarnoksięstwem… ale tobie nic do tego. Tu zaczyna się wielka gra…

Rozdział IX

S'doaks był synem mądrego Yeltha —

Co rządził plemieńce-Kruki.

Niedźwiedź mu Itswoot był opiekunem.

Lekarskiej uczył go sztuki.

Uczeń był z każdym dniem pojętniejszy.

Rosła w nim śmiałość i buta:

Tańczył okropny taniec Kloo-Kwallie.

Radując misia-Itswoota.

Legenda oregońska.

1527

Kim z całej duszy przejął się nowym trybem życia. Chciał znowu przez czas pewien być sahibem. W tej myśli, zaledwie dotarł do szerokiej drogi poniżej ratusza, szukał kogoś, komu mógłby zaimponować. Pod słupem latarni siedziało dziecko hinduskie, lat może dziesięciu.

1528

— Gdzie jest dom pana Lurgana? — zapytał Kim.

1529

— Nie rozumiem po angielsku — brzmiała odpowiedź, więc Kim jął przemawiać językiem krajowym.

1530

— Pokażę ci — rzekło dziecko.

1531

Ruszyli razem w tajemniczy mrok, pełen gwarów dolatujących ze śródmieścia, od stóp zboczyska, oraz przepojony tchnieniem chłodnego wiatru nadbiegającego od Jakko, co koroną deodarów podpiera gwiazdy. Światełka domostw rozsypane na najróżniejszych poziomach tworzyły jak gdyby drugi firmament. Niektóre z nich były nieruchome na kształt gwiazd stałych, inne znajdowały się na rikszach beztroskich i szczerych Anglików jadących na kolację.

1532

— Tutaj! — rzekł przewodnik Kima i zatrzymał się na werandzie znajdującej się na jednym poziomie z główną ulicą. Nie zatrzymały ich żadne drzwi; stanęli dopiero wtedy, gdy znaleźli się przed roletą z ponawlekanych trzcinek, przez którą przebłyskiwało światło lampy.

1533

— On przyszedł — ozwał się chłopiec głosem niewiele co silniejszym od westchnienia, po czym zniknął. Kim zmiarkował od razu, że tego berbecia umyślnie postawiono na czatach, ażeby go tu przyprowadził; nie zbity jednak z tropu wszedł poza zasłonę. Za stołem siedział człowiek z czarną brodą i przysłoniwszy oczy zielonym daszkiem, raz wraz białymi krótkimi rękoma chwytał z tacy leżącej przed nim jakieś kulki świetlne, nizał je na lśniący sznurek jedwabny, a mruczał sobie przy tym wciąż pod nosem. Kim miał świadomość, że poza kręgiem światła cały pokój pełen był przedmiotów wydających taki zapach, jaki cechuje wszystkie świątynie na całym Wschodzie. Cuch piżma, tchnienie drzewa sandałowego i mdły zaduch olejku jaśminowego podrażniły mu otwarte nozdrza.

1534

— Oto jestem! — ozwał się na koniec Kim, używając języka krajowego: wszystkie te wonie sprawiły, iż zapomniał o swym sahibstwie.

1535

— Siedemdziesiąt dziewięć, osiemdziesiąt, osiemdziesiąt jeden… — liczył ów człowiek półgłosem, nawlekając perłę za perłą tak szybko, że Kim ledwo potrafił nadążyć wzrokiem za poruszeniami jego palców. Naraz zdjął zielony daszek i przez całe pół godziny wpatrywał się w Kima przenikliwie, a źrenice to mu się rozszerzały, to zwężały do wielkości koniuszka szpilki, jak gdyby naumyślnie. Koło bramy taksalskiej przebywał pewien fakir, który odznaczał się tą samą zdolnością i niemało zarabiał w ten sposób, zwłaszcza gdy rzucał uroki na zabobonne kobiety. Toteż Kim patrzył z zaciekawieniem. Jego przyjaciel wydrwigrosz umiał ponadto strzyc uszami jak kozioł, przeto Kim wielce się zmartwił, że ten nowy znajomek nie potrafi go w tym naśladować.

1536

— Nie bój się! — rzekł nagle pan Lurgan.

1537

— Czemuż bym się miał bać?

1538

— Zanocujesz tu dzisiaj i pozostaniesz u mnie, aż nadejdzie czas powrotu do Nucklao. Taki rozkaz.

1539

— Taki rozkaz — powtórzył Kim. — Ale gdzie mam spać?

1540

— Tu, w tym pokoju — to mówiąc, sahib Lurgan machnął ręką w stronę ścielącego się poza nim mroku.

1541

— Niechże i tak będzie! — odrzekł Kim z zimną krwią. — No i cóż?

1542

Ów skinął nań i wzniósł lampę nad głową. Gdy światło rozlało się wokoło nich, ze ściany wynurzyła się kolekcja masek tybetańskich, używanych w tańcu diabelskim; wisiały one na haftowanych diabłami chustach, co również służyły do owych piekielnych obrzędów. Były tam maski rogate, spoglądające złowrogo lub nacechowane głupkowatym przestrachem. W jednym kącie jakiś wiciędz japoński, strojny zbroją i pióropuszem, zamierzył się na Kima halabardą, a kilkanaście dzid, khandasów i kuttarów odlśniewało pochwiejnym blaskiem. Co jednak zajęło uwagę Kima więcej niż te wszystkie przedmioty (wszak maski do tańców diabelskich widywał już w muzeum lahorskim) — to przelotny widok potulnie patrzącego chłopca Hindusa, który rozstał się z nim w sionce, teraz zaś podwinąwszy nogi siedział pod stołem z perłami, a na rumianych wargach miał nieznaczny uśmiech.

1543

— Zdaje mi się, że sahib Lurgan chce mnie nastraszyć, a ja jestem pewny, że ten diabli pokurcz, co siedzi pod stołem, chciałby zobaczyć mnie w strachu… To miejsce — rzekł głośno — przypomina mi Dom Cudów. Gdzie tu łóżko dla mnie?

1544

Sahib Lurgan wskazał mu kołdrę krajowego wyrobu, leżącą w kącie koło okropnych masek, wziął z sobą lampę i zostawił pokój w ciemności.

1545

— Czy to był sahib Lurgan? — zagadnął Kim, skuliwszy się na ziemi. Nikt nie odpowiedział. Słyszał jednak oddech małego Hindusa; kierując się tym głosem przeczołgał się po podłodze i szturchnął kułakiem w ciemność, krzycząc:

1546

— Odpowiadaj, biesie! Czy to wolno okłamywać sahiba?

1547

Z ciemności (tak mu się przywidziało) doleciał go jakiś chichot. Nie mógł on pochodzić od jego towarzysza; gdyż ten dzieciak o wrażliwym ciałku zanosił się płaczem. Przeto Kim podniósł głos i krzyknął:

1548

— Sahibie Lurganie! Sahibie Lurganie! Czy i to rozkazano, by twój sługa nie rozmawiał ze mną?

1549

— Taki jest rozkaz.

1550

Głos ten wyszedł kędyś spoza niego, aż Kim się wzdrygnął.

1551

— Dobrze, dobrze! Ale pamiętaj — mruczał, odszukując kołdrę — że rano cię obiję. Nie lubię Hindusów.

1552

Niewesoła to była noc. Cały pokój pełen był dziwnych głosów i gędźby. Dwa razy ktoś zbudził Kima, wołając go po imieniu. Za drugim razem Kim puścił się w poszukiwania i skończyło się na tym, że rozbił sobie nos na jakiejś skrzynce, która mówiła nieomylnie ludzkim językiem, ale zgoła nieludzkim akcentem. Zdawało się, że kończyła się blaszaną trąbą i łączyła się drutami z mniejszą skrzynką na podłodze — tyle przynajmniej zdołał wyczuć po omacku. Z tej to trąbki wychodził głos jakiś, bardzo chrapliwy i bzykliwy. Kim roztarł sobie nos i wpadł w pasję, wyrażając w duchu swe myśli, jak zwykle, po hindusku.

1553

„To mogłoby być dobre dla dziada jarmarcznego, ale… ja jestem sahibem i synem sahiba, a ponadto, co znaczy jeszcze dwa razy więcej, jestem uczniem z Nucklao. Tak! — (tu jął myśleć po angielsku) — wychowankiem zakładu św. Ksawerego! A niechże diabli odejmą ślipia panu Lurganowi! To jakaś maszyneria jak w maszynie do szycia. O, to za wielka poufałość z jego strony… My lucknowiacy nie boimy się znowu byle czego… Nie! — A potem dla odmiany po hindusku — Ale cóż on na tym zyska? On jest sobie zwykłym kupcem… ja jestem w jego sklepie. Ale sahib Creighton wydał rozkaz, by to czynić. Ale jakże ja wytłukę rano tego Hindusa! Cóż to takiego?”

1554

Skrzynka opatrzona trąbą właśnie wyrzucała z siebie serię najwyszukańszych obelg, jakie zdarzyło się Kimowi kiedykolwiek słyszeć, i to głosem tak stanowczym, że chłopakowi zjeżyły się na chwilę krótkie włosy nad karkiem. Gdy owa nikczemna istota nabierała tchu, Kima uspokoiło znowu ciche turkotanie, przypominające maszynę do szycia.

1555

Chûp (cicho!) — krzyknął i znów posłyszał chichot, który rozstrzygnął jego postanowienia. — Chûp… bo ci łeb rozbiję!

1556

Skrzynka nie zwracała nań uwagi. Kim pochwycił za blaszaną trąbę i coś podniosło się z trzaskiem. Widocznie zerwał nakrywkę. Jeżeli w środku siedziało jakieś licho, to już czas z nim coś uczynić… Pociągnął nosem… taką woń wydają maszyny do szycia. Postanowił wypędzić tego szeitana. Zdjął kubrak i wepchnął go w paszczę skrzynki. Coś długiego i okrągłego zgięło się pod naciskiem, dało się słyszeć jakieś bzykanie i głos umilkł — jak to musi stać się z każdym głosem, jeżeli złożonym we troje kubrakiem przywalić walec woskowy oraz maszynerię kosztownego fonografu. Kim odtąd mógł już spać spokojnie do końca nocy.

1557

Rano po obudzeniu ujrzał sahiba Lurgana, który patrzył nań spod oka.

1558

— Och! — rzekł Kim, postanowiwszy sobie święcie, że ani na krok nie odstąpi od swego sahibstwa. — W nocy była tu jakaś skrzynka, która mi wymyślała, więc ją uciszyłem. Czy to pańska skrzynka?

1559

Sahib wyciągnął rękę.

1560

— Jak się masz O'Haro — odezwał się. — Tak, to była moja skrzynka. Trzymam u siebie taki towar, ponieważ mogę tym zrobić frajdę moim przyjaciołom, radżom. Ta skrzynka zepsuła się, ale nic wielkiego: warta była psie pieniądze. Tak jest, moi przyjaciele-królowie bardzo lubią zabawki… a ja też czasami…

1561

Kim przyjrzał mu się kącikami oczu. Był on o tyle sahibem, że nosił ubranie europejskie; ale akcent jego hinduszczyzny i brzmienie jego angielszczyzny świadczyły, że mógł być Bóg wie czym, tylko nie sahibem. Zanim jeszcze Kim otworzył usta, on już zdawał się rozumieć, co się roiło w głowie chłopaka, i nie zadawał sobie trudu, by się tłumaczyć, jak to miał we zwyczaju ojciec Wiktor lub nauczyciele z Lucknow. Co najprzyjemniejsze — odnosił się do Kima, jak gdyby ów był równym mu Azjatą.

1562

— Przykro mi, że nie będziesz mógł sprać dziś mego chłopca. On powiada, że cię sprzątnie ze świata nożem lub trucizną. Taki hycel zazdrosny! Postawiłem go więc do kąta i nie odezwę się do niego dziś ani słowem. On nawet mnie niedawno usiłował zabić. Musisz mi więc pomóc w przyrządzeniu śniadania. On zanadto się naczupurzył i nie można mu jeszcze teraz zaufać.

1563

Otóż rodowity sahib, przybyły z Anglii, opowiedziałby z ogromnym wzburzeniem tę całą przygodę; Sahib Lurgan natomiast zdał z niej sprawę tak po prostu, jak zwykł był wspominać Mahbub Ali o swych drobnych sprawkach na północy.

1564

Tylna weranda sklepu była wybudowana ponad stromym zboczem wzgórza; przeto patrzyło się tu z góry na kominy sąsiadów, jak to bywa pospolicie w Simli. Atoli więcej niż czysto perskie śniadanie, przyrządzone własnymi rękoma sahiba Lurgana, w zachwyt wprawiło Kima wnętrze sklepu. Muzeum lahorskie było większe, ale tu było więcej dziwów. Były sztylety skuteczne przeciw upiorom i modlitewne młynki tybetańskie; naszyjniki turkusowe i z nieszlifowanych bursztynów; naramienniki z zielonego akwamarynu, zwane bangri; dziwnie opakowane trociczki kadzielne w czarkach wysadzanych nieogładzonymi granatami; maski diabelskie widziane nocy ubiegłej i ściana cała obwieszona pawio-modrymi draperiami; złocone posążki Buddy i małe przenośne ołtarzyki czarno politurowane; samowary rosyjskie z turkusami na pokrywkach; jajowate zastawy chińskie w misternych ośmiokątnych kobiałeczkach trzcinowych, żółte krucyfiksy z kości słoniowej — z „wszędobylskiej Japonii”, jak się wyraził sahib Lurgan; zakurzone wałki dywanów, wydające zatęchłą woń i porzucane za zdrapanymi i nadbutwiałymi parawanami o geometrycznych deseniach; perskie dzbany do mycia rąk po jedzeniu; ciężkie miedziane kadzielnice, ni to perskie, ni chińskie, obwiedzione płaskorzeźbą, przedstawiające najprzeróżniejsze wciórnastki; poczerniałe pasy srebrnolite, które się tu walały jak niewyprawna skóra; szpilki do włosów wyrobione z kwarcytu, kości słoniowej lub akwamarynu; broń we wszelkich odmianach i rodzajach i tysiące innych jeszcze osobliwości spoczywało w pakach, tłamsiło się w stertach lub po prostu leżało w nieładzie po całym pokoju, tak iż jedyna wolna przestrzeń była dokoła kulawego stołu, za którym pracował sahib Lurgan.

1565

— To wszystko fatałaszki! — mówił gospodarz, idąc za spojrzeniem Kima. — Kupuję je, bo są ładne, a czasem je sprzedaję… jeżeli mi się podoba wygląd nabywcy. Moja robota leży na stole… przynajmniej jej cząstka.

1566

Tam w świetle poranka grały przeróżne blaski czerwone, niebieskie i zielone, tu i owdzie przetykane skażonym siwym blaskiem diamentu. Kim wytrzeszczył oczy.

1567

— O, te kamienie mają się zupełnie dobrze. Nie szkodzi im, gdy się je wystawia na słońce. Zresztą są tanie. Ale zgoła inaczej bywa z kamieniami chorymi. — Tu nałoży znów Kimowi jadła na talerz. — Nikt prócz mnie nie umie leczyć chorych pereł i przywracać błękitną barwę turkusom. Zgadzam się na opale… byle dureń umie leczyć opale… ale chorą perłę tylko ja umiem ożywić. Przypuśćmy, że miałbym umrzeć! Wtedy nie byłoby nikogo… Ach, nie! Ty nie znasz się na kamieniach. Zupełnie wystarczy, jeżeli kiedy dowiesz się coś niecoś o turkusie…

1568

Udał się na koniec werandy, by pod filtrem napełnić wodą ciężki, porowaty dzbanek gliniany.

1569

— Chce ci się pić?

1570

Kim kiwnął głową. Sahib Lurgan podszedłszy na piętnaście kroków położył rękę na kruży. W jednej chwili naczynie stało tuż przy łokciu Kima, napełnione wodą aż na pół cala od brzegu, a tylko mała zmarszczka na białym obrusie wskazywała, którędy się przesunęło.

1571

— U-ach! — ozwał się Kim w niezmiernym podziwie. — To sztuczki czarodziejskie!

1572

Uśmiech sahiba Lurgana świadczył, że komplement był dobrze przyjęty.

1573

— Odrzuć je.

1574

— Rozbije się.

1575

— Odrzuć, mówię.

1576

Kim odepchnął je na chybił trafił. Zleciało i roztrzaskało się na pięćdziesiąt odłamków, a woda jęła przeciekać przez tarcice w podłodze werandy.

1577

— Powiedziałem, że się rozbije.

1578

— Mniejsza o to. Przypatrz się temu… przypatrz się największemu odłamkowi.

1579

Ów leżał na podłodze, iskrząc się niby gwiazda od wody zawartej w jego zagłębieniu. Kim patrzył z uwagą. Sahib Lurgan złożył mu z lekka dłoń swą na karku, pogłaskał go kilkakrotnie i szepnął:

1580

— Patrz, kruża znów odżyje po kawałku. Najpierw wielki okruch złączy się z dwoma drugimi po prawej i lewej stronie… po prawej i lewej stronie. Patrz!

1581

Nawet gdyby szło teraz o życie, Kim nie potrafiłby odwrócić głowy. Lekkie dotknięcie trzymało go jakby w imadle, a krew tętniła w nim oszałamiająco i przyjemnie. Tam, gdzie leżały trzy okruchy, była już jedna skorupa, a ponad nią mglisty zarys całego naczynia. Mógł widzieć przezeń całą werandę, lecz z każdym uderzeniem tętna majak gęstniał i ciemniał. Przecież kruża — jakże wolno snuły się myśli! — kruża została strzaskana tuż przed jego oczyma… Nowa fala piekącego ognia przebiegła mu kark, gdy sahib Lurgan poruszył ręką.

1582

— Patrz! Oto dzban odzyskuje dawną postać! — ozwał się sahib Lurgan.

1583

Dotychczas Kim myślał po hindusku, lecz napadł go nagły dreszcz… i myśl jego, z wysiłkiem pływaka, co opadnięty przez żarłacze wyskakuje na wpół z wody, próbowała wydrzeć się z zalewającego ją mroku i znalazła wybawienie — w angielskiej tabliczce mnożenia!

1584

— Patrz! Oto odzyskuje kształt! — szepnął sahib Lurgan.

1585

Dzban był pogruchotany — tak! pogruchotany — (Kim wyraził to angielskim słowem smashed, nie myśląc dobierać odpowiedniego wyrazu z języka krajowego) — ależ pogruchotany! — na pięćdziesiąt kawałków… a dwa razy trzy było sześć, trzy razy trzy dziewięć, a cztery razy trzy dwanaście.

1586

Uchwycił się rozpaczliwie tego powtarzania i oto widmowy zarys dzbana rozwiał się jak mgła, skoro Kim przetarł oczy. Oto leżały potłuczone czerepy; oto rozchlapana woda wysychała w słońcu, przez szczeliny werandy widać było, niby pręgowaną, białą ścianę domu u podnóża… a trzy razy dwanaście wyniosło trzydzieści sześć!

1587

— Patrz! Czy odzyskuje kształt? — zapytał sahib Lurgan.

1588

— Ależ dzban jest naprawdę pogruchotany… pogruchotany! — ziewnął Kim, bo sahib Lurgan przez ostatnie pół minuty mruczał coś z cicha. Chłopak odwrócił głowę. — Popatrz! Dekho! Jest wszystko tak, jak było.

1589

— Jest tak, jak było — przemówił Lurgan, przypatrując się uważnie chłopakowi, który tymczasem rozcierał sobie kark. — Ale ty jesteś pierwszy, który to widzi.

1590

Obtarł szerokie czoło.

1591

— Czy to była też sztuka czarnoksięska? — zapytał podejrzliwie Kim. Szum ustał mu w żyłach; czuł się niezwykle rześki.

1592

— Nie, to nie było czarodziejstwo. Chciałem tylko zobaczyć, czy nie ma… skazy w pewnym kamieniu. Czasem bardzo piękne kamienie rozlecą się w kawałki, gdy weźmie je w rękę człowiek, co zna się na tym. Dlatego też trzeba być ostrożnym, zanim się je oprawi. Powiedz mi, czyś widział kształt tego naczynia?

1593

— Przez krótką chwilę. Zaczął wyrastać niby kwiat z ziemi.

1594

— A wtedy co robiłeś? To znaczy, coś myślał?

1595

— O! Wiedziałem, że naczynie było stłuczone i o tym to, zdaje się, myślałem… i ono było stłuczone.

1596

— Hm! Czy przedtem pokazywał ci ktoś taką samą sztuczkę?

1597

— Gdyby tak było — rzekł Kim — czy myślisz, że pozwoliłbym znów na to? Zrobiłbym fugas chrustas[113]!

1598

— A teraz się nie boisz, hę?

1599

— Nie!

1600

Sahib Lurgan przyjrzał mu się jeszcze uważniej.

1601

— Zapytam Mahbuba Alego… nie teraz, ale nieco później — zamruczał. — Jestem z ciebie zadowolony… tak!… i nie!… Jesteś pierwszy, któremu udało się wyjść cało. Chciałbym wiedzieć, czemu to przypisać… Ale masz rację. Nie powinieneś o tym wspominać… nawet mnie…

1602

Zawrócił w szary półmrok sklepu i usiadł za stołem, z lekka zacierając ręce. Spoza zwału dywanów wydobyło się ciche, ochrypłe szlochanie. Był to mały Hindus, posłusznie stojący twarzą ku ścianie; chude jego ramiona drgały gniewem.

1603

— Oho! To ci złośnik, jeszcze jaki złośnik! Ciekawym, czy jeszcze kiedy spróbuje mnie otruć śniadaniem i zmusi mnie do tego, bym je gotował powtórnie?

1604

Kubbee… u kubbee nahin! — zabrzmiała odpowiedź przerywana łkaniem.

1605

— I czy zechce zabić tego drugiego chłopca?

1606

Kubbee… kubbee nahin (Nigdy… nigdy. Nie!)

1607

— Cóż tobie się zdaje, że on zrobi? — zwrócił się nagle Lurgan do Kima.

1608

— Ech! Nie wiem. Może dajmy mu spokój. A czemuż on chciał cię otruć?

1609

— Ponieważ tak mnie kocha. Gdybyś ty, na ten przykład, kochał jaką osobę i zobaczyłbyś, że przyszedł ktoś obcy, a osoba, którą kochasz, woli jego niż ciebie… cóż byś wtedy uczynił?

1610

Kim zamyślił się. Lurgan z wolna powtórzył to zdanie w języku krajowym.

1611

— Nie otrułbym tej osoby — ozwał się Kim z namysłem — ale obiłbym owego chłopca… gdyby ów chłopiec kochał mojego człowieka. Wpierw jednak zapytałbym owego chłopca, czy to prawda.

1612

— Ach! Jemu się wydaje, że mnie każdy musi kochać.

1613

— Wobec tego mnie się wydaje, że on jest głupi.

1614

— Słyszysz? — ozwał się sahib Lurgan w stronę trzęsących się ramion. — Syn sahiba myśli, że jesteś głuptaskiem. Wyjdź no z kąta, a na przyszły raz, gdy cię serce zaboli, nie próbuj białego arszeniku w sposób tak widoczny. Zapewne bies Dasim był wówczas panem naszej biesiady! Mogło mnie to wpędzić w chorobę, moje dziecko, a wtedy obcy człowiek pilnowałby klejnotów. Chodź no.

1615

Berbeć, z oczami obrzękłymi od płaczu, wygramolił się spoza zwoju kobierca i rzucił się w uniesieniu do stóp sahiba Lurgana, okazując tak niepomierną skruchę, że aż to uderzyło Kima.

1616

— Będę się wpatrywał w plamy atramentowe… będę wiernie pilnował klejnotów! O, mój ojcze i moja matko, odpraw jego stąd precz!

1617

Tu, wierzgnąwszy w tył bosą nogą, wskazał na Kima.

1618

— Jeszcze nie… jeszcze nie zaraz… Niezadługo on sobie odejdzie. Lecz teraz jest on w szkole, w nowej madrissah, a ty masz być jego nauczycielem. Zagraj z nim w grę klejnotów. Ja będę liczył.

1619

Dzieciak zaraz obtarł łzy i smyrgnął w głąb sklepu, skąd powrócił z miedzianą tacą.

1620

— Nałóż mi! — ozwał się do sahiba Lurgana. — Niech wyjdą z twej ręki, bo on mógłby powiedzieć, że ja już przedtem je widziałem.

1621

— Spokojnie… spokojnie… — odparł gospodarz i z szuflady pod stołem wysypał na tacę garść brzęczących drobiazgów.

1622

— A teraz — mówił dzieciak wymachując starą gazetą — przypatruj im się, przybłędo, dopokąd ci się podoba. Przelicz je, a jeżeli potrzeba, to i przewracaj ręką. Mnie dość jednego spojrzenia! — i odwrócił się dumnie plecami.

1623

— Ale na czymże polega gra?

1624

— Skoro policzysz, poobracasz rękoma i będziesz pewny, żeś już wszystko zapamiętał, nakryję te cacka papierem, a ty musisz wyliczyć je wobec sahiba Lurgana. Ja zapiszę swoje.

1625

— Ooo! — ozwał się Kim, w którym zbudził się duch rywalizacji. Schylił się nad tacą; było tam tylko piętnaście kamyków.

1626

— To fraszka! — rzekł po chwili. Dzieciak nakrył gazetą migotliwe kamienie i jął gryzmolić w hinduskim zeszyciku.

1627

— Pod tym papierem jest pięć niebieskich kamieni… jeden duży, drugi mniejszy, a trzy drobne — wypalił Kim jednym tchem — Następnie cztery zielone kamienie, a jeden dziurkowany; nadto jeden żółty, przeźroczysty, a jeden podobny do cybucha. Są i dwa czerwone kamienie i… i… naliczyłem ich piętnaście, lecz dwa zapomniałem. Nie! Daj mi chwilę czasu. Jedno było z kości słoniowej, małe a żółtawe i… i… jeszcze chwila…

1628

— Jeden… dwa… — liczył Sahib Lurgan aż do dziesięciu. Kim potrząsnął głową.

1629

— Posłuchaj mego rachunku! — wmieszał się dzieciak, zanosząc się od śmiechu. — Najpierw dwa szafiry ze skazami: jeden ważył dwie ruttie, a drugi cztery, ile mogłem ocenić. Ten, co ma cztery ruttie, jest nadkruszony na krawędzi. Jest też jeden turkus turkiestański, gładki z czarnymi żyłkami, a dwa z napisami: jeden zawiera imię Boga ułożone złoconymi literami, drugiego zaś pękniętego w poprzek, bo wypadł ze starego pierścienia, nie mogłem odczytać. Oto mamy wszystkie pięć niebieskich kamieni. Są też cztery skażone szmaragdy, lecz jeden jest przewiercony w dwóch miejscach, a jeden jest trochę rżnięty…

1630

— A ważą? — odezwał się sahib Lurgan obojętnie.

1631

— Trzy… pięć… pięć… i cztery ruttie, jak mi się zdaje. Jest też kawałek zielonkawego bursztynu fajkowego i szlifowany topaz europejski. Jest i rubin z Barmy, bez skazy, wagi dwóch ruttii, a ponadto rubin badakszański ze skazą, ważący dwie ruttie. Jest też rzeźba z kości słoniowej, pochodząca z Chin, a przedstawiająca szczura wypijającego jaje; a na koniec… aha!… kulka kryształowa wielkości grochu, oprawiona w złotą blaszkę.

1632

Klasnął w ręce na zakończenie.

1633

— Oto twój mistrz! — rzekł sahib Lurgan, uśmiechając się.

1634

— Phhi! On znał nazwy kamieni — sarknął Kim, czerwieniąc się. — Spróbujmy jeszcze raz… ale z innymi przedmiotami, które obaj znamy dobrze.

1635

Napełnili więc znowu tacę najprzeróżniejszymi rupieciami i odpadkami zbieranymi w sklepie, a nawet po kuchni; za każdym razem dzieciak zwyciężał, aż Kim nie mógł wyjść z podziwu.

1636

— Zawiąż mi oczy… niech no tylko pomacam palcami, a nawet i wtedy zakasuję ciebie, choć będziesz miał oczy odsłonięte! — wyzywał go malec. Kim tupnął ze złości, gdy chłopczyna stwierdził słuszność swej chluby.

1637

— Gdyby to byli ludzie… lub konie — odezwał się — poszłoby mi lepiej. To granie szczypcami, nożami i nożyczkami jest rzeczą zbyt błahą.

1638

— Najpierw się naucz… potem będziesz uczył innych! — upomniał go sahib Lurgan. — Czy uznajesz go za swego mistrza?

1639

— Juści[114]. Lecz jak tej sztuki dokazać?

1640

— Powtarzając to wiele razy, póki się nie dojdzie do wprawy… Trud się opłaci.

1641

Mały Hindus, wielce spanoszony[115], poklepał Kima po plecach.

1642

— Nie rozpaczaj! — rzekł. — Ja cię tego nauczę.

1643

— A ja się przekonam, że cię dobrze nauczono — rzekł sahib Lurgan, posługując się wciąż językiem krajowym — bo oprócz mego chłopca… (wprawdzie to głupio z jego strony, że kupił tyle białego arszeniku, bo przecież dałbym mu sam, gdyby mnie poprosił)… a więc oprócz tego oto chłopaka nie spotkałem już od dawna nikogo, kto by był godniejszy nauki. A upłynie jeszcze dziesięć dni, zanim będziesz mógł powrócić do Lucknow, gdzie nie uczą niczego… co by miało dłuższą wartość. Zdaje mi się, że będziemy przyjaciółmi.

1644

Przez dziesięć dni dopuszczali się najgorszych wybryków, jak istne wariaty, lecz Kim zanadto był rozbawiony, by mógł nazbyt zdawać sobie sprawę z tego szaleństwa. Rano grywali w grę klejnotów — raz prawdziwymi kamieniami, to znowu stosami mieczów i sztyletów, kiedy indziej zaś fotografiami krajowców. Po południu obaj odbywali wartę w sklepie, siedząc jak trusie za zwałem kobierców lub za skrzynią i przyglądając się wielu osobliwym gościom pana Lurgana. Bywali tam drobni radżowie, których orszak pokaszliwał na werandzie; przybywali, by kupować różne cuda — takie jak fonografy i nakręcane zabawki. Przychodziły i panie poszukujące naszyjników, i mężczyźni, którzy, jak się zdawało Kimowi (lecz umysł jego może był zepsuty przedwczesnym doświadczeniem), poszukiwali kobiet. Przybywali też krajowcy z niezawisłych i lennych dworów królewskich; niby przywiodła ich tu naprawa pokruszonych naszyjników (strugi światła wylewały się na ladę) — istotnym jednak celem było pono[116] wydębienie forsy dla gniewnej maharani (królowej) lub młodych radżów. Zjawiali się też i babu[117] do których sahib Lurgan przemawiał surowo i poważnie, wszakoż pod koniec każdej pogwarki dawał im pieniądze srebrem lub w banknotach obiegowych. Od czasu do czasu zdarzały się dorywcze zebrania jakichś wystoperczonych krajowców w długich chałatach, którzy rozprawiali po angielsku i bengalsku o metafizyce, ku wielkiemu zbudowaniu pana Lurgana. Kwestie religijne zawsze go interesowały. Na schyłku dnia Kim i mały Hindus (którego imię zmieniało się zależnie od widzi mi się Lurgana) musieli zdawać szczegółowo sprawę ze wszystkiego, co widzieli i słyszeli, wypowiadać poglądy o charakterze każdego człowieka, ujawniającym się w twarzy, rozmowie i zachowaniu, oraz snuć przypuszczenia co do rzeczywistego celu jego przybycia. Po obiedzie słabostką sahiba Lurgana była zazwyczaj tak zwana maskarada; w tej zabawie uczestniczył z całym oddaniem, nie szczędząc rad i wskazówek. Umiał cudownie podmalowywać twarze: tu pacnął pędzlem, tam namazał krechę — i już twarz zmieniała się do niepoznaki. W sklepie było zatrzęsienie najprzeróżniejszych ubrań i zawojów, więc Kim stroił się rozmaicie: raz występował jako młody mahometanin z dobrej rodziny, jako olejarz — to znowu jako syn ziemianina z Oudh w kompletnym przyodziewku tubylczym. Sahib Lurgan jastrzębim okiem umiał odkryć nawet najdrobniejszą usterkę w wykonaniu. Spoczywając na starym tapczanie z drzewa tekkowego[118], wykładał chłopcom jednym ciągiem przez pół godziny, jak jaka kasta mówi, chodzi, kaszle, pluje, kicha; a ponieważ „jak” niewiele znaczy na tym świecie, dodawał przy każdej rzeczy też: „dlaczego”. W tej grze mały Hindus okazywał się niezdarą. Jego rozumek, cięty jak sopel lodowy, gdy szło o liczenie kamieni, niezdolny był do tego, by wnikać w cudzą duszę; natomiast w Kimie budził się istny diabeł, śpiewał z uciechy, gdy ustawicznie zmieniał odzież, odmieniając jednocześnie mowę i ruchy.

1645

Uniesiony zapałem, jednego wieczoru dobrowolnie pokazał sahibowi Lurganowi, jak uczniowie pewnej kasty fakirów, starzy jego znajomi lahorscy, wyłudzają jałmużnę przy drodze oraz jakim językiem przemawiałby w takich okolicznościach do Anglika, do pendżabskiego zagrodnika idącego na jarmark i do kobiety bez namitki[119]. Sahib Lurgan śmiał się do rozpuku i prosił Kima, by tak jak był — z podwiniętymi nogami, zapaprany popiołem i łypiąc oczyma — pozostał jeszcze przez pół godziny nieruchomo w drugim pokoju. Po upływie tego czasu wszedł do pokoju przysadzisty, opasły babu, którego łydy odziane w pończochy trzęsły się od sadła. Kim przywitał go gradem łobuzerskich docinków. Sahib Lurgan, co gniewało Kima, przypatrywał się babu, a nie grze.

1646

— Zdaje mi się — mówił babu ociężale, zapalając papierosa — jestem zda-ania, że jest to gra wyborna i wielce spra-awna. Gdybyś mi pan tego nie był opowiedział, sądziłbym, że… że… zwalasz mnie pan z nóg. Kiedyż to on mniej więcej może stać się dobrym topografem? Bo wtedy ugodzę go do służby[120].

1647

— Tego właśnie ma on się uczyć w Lucknow.

1648

— Tedy powiedz mu, żeby był dziarskim zuchem. Dobranoc, Lurganie.

1649

Babu wyszedł z domu chodem krowy utytłanej w błocie.

1650

Gdy potem wyliczali gości, którzy bawili tutaj w ciągu tego dnia, sahib Lurgan zapytał Kima, kto, zdaniem jego, był ów człowiek.

1651

— Bóg raczy wiedzieć! — rzekł Kim wesoło. Ten ton może by i oszukał Mahbuba Alego, ale nie taka to łatwa była sprawa z lekarzem chorych pereł.

1652

— Juści[121]. Bóg wie o tym; ale chciałbym wiedzieć, co ty o tym myślisz.

1653

Kim rzucił okiem w bok na swego towarzysza, którego spojrzenie zniewalało go niemal do powiedzenia prawdy.

1654

— Ja… ja myślę, że on mnie będzie potrzebował, gdy już wyjdę ze szkoły, ale — (tu przeszedł w ton poufały, gdy sahib Lurgan skinął głową potwierdzająco) — nie rozumiem, jak on może ubierać się rozmaicie i mówić wieloma językami.

1655

— Zrozumiesz później wiele rzeczy. Pisze on raporty pewnemu pułkownikowi. Ma wielkie poważanie tylko w Simli, a rzecz szczególna, że nie posiada nazwiska, tylko liczbę i literę… taki to u nas zwyczaj.

1656

— A czy też nałożono cenę na jego głowę… jak na Mah… na wszystkich innych?

1657

— Jeszcze nie; lecz gdyby pewien chłopiec, który teraz tu siedzi, powstał i poszedł (patrz, drzwi są otwarte!) do pewnego domu z czerwono malowaną werandą, za dawnym teatrem na Dolnym Bazarze, i szepnął tam przez okiennice: „Hurree Chunder Mookerjee przyniósł złe nowiny z zeszłego miesiąca”, to taki chłopiec otrzymałby zapewne kaletę pełną rupii.

1658

— Ile? — nie omieszkał zapytać Kim.

1659

— Pięćset… tysiąc… ile by zażądał.

1660

— Dobrze. A jak długo żyłby taki chłopiec po wyjawieniu tej nowiny? — i roześmiał się wesoło w samą brodę sahibowi Lurganowi.

1661

— No-o! Dobrze, że ci to przyszło na myśl. Gdyby był bardzo przebiegły, przeżyłby może dzień… ale nie przeżyłby nocy… Żadną miarą.

1662

— Jakąż więc płacę pobiera babu, jeżeli na tyle ceni się jego głowę?

1663

— Osiemdziesiąt… może sto… może sto pięćdziesiąt rupii; lecz płaca jest rzeczą najmniejszą w tym zawodzie. Co pewien czas Bóg zsyła na świat ludzi… i ty jesteś jednym z nich… którzy mają ochotę wyprawiać się z narażeniem życia hen w świat i zasięgać wieści… dziś, dajmy na to, o sprawach dalekich, jutro o jakiejś ukrytej górze, a dnia następnego o jakichś ludziach z sąsiedztwa, którzy zbroili coś niemądrego przeciwko państwu. Takich niespokojnych duchów jest bardzo mało, a jeszcze z tych niewielu, zaledwie dziesięciu się może na coś przydać. Do tych dziesięciu zaliczam, rzecz szczególna, tego babu… Jakże więc wielkie i upragnione musi być zajęcie, które bezczelnością napawa serce Bengalczyka!

1664

— A ino[122]. Ale mnie jeszcze długo na to czekać. Jestem jeszcze chłopcem i dopiero przez dwa miesiące uczyłem się pisać Angrezi (po angielsku). Nawet dotychczas czytać nie umiem porządnie w tym języku. Jeszcze przejdą lata, lata, długie lata, zanim stanę się choćby tym „omentrą”.

1665

— Bądź cierpliwy, Przyjacielu całego świata! — (Kim aż się wzdrygnął na to nazwanie.) — Chciałbym ci ja mieć te lata, na które tak się dąsasz. Wypróbowałem cię w kilku drobnych okolicznościach. Nie będzie ci to zapomniane, gdy będę zdawał raport sahibowi pułkownikowi.

1666

Naraz jął mówić po angielsku, śmiejąc się do głębi duszy:

1667

— Na Jowisza! O'Haro, zdaje mi się, że z ciebie będą ludzie; ale nie powinieneś zhardzieć ani też gadać za wiele. Masz wrócić do Lucknow, być grzecznym chłopakiem i myśleć tylko o książce, jak mawiają Anglicy, a na przyszłe wakacje, jeżeli będziesz miał ochotę, może jeszcze zawitasz do mnie.

1668

Kim opuścił głowę.

1669

— No, to znaczy, jeżeli będziesz miał ochotę. Wiem, gdzie chciałbyś się udać.


1670

W cztery dni później dla Kima i dla jego walizeczki urządzono siedzenie na tyłach tongi (dwukołowej bryczki) kalkańskiej. Jego towarzyszem był znany już, wielorybiej tuszy babu, który owinąwszy sobie łepetę frędzlistym szalem i podwinąwszy pod siebie mięsistą lewą nogę, odzianą w kraciastą pończochę, trząsł się i odchrząkiwał pod wpływem porannego przymrozku.

1671

„Jak to wytłumaczyć, że ten człowiek jest jednym z naszych?” — rozmyślał Kim, przyglądając się jego plecom, które trzęsły się jak galareta, gdy wóz podskakiwał na wybojach drogi; to rozważanie pobudziło go do wielce uciesznych rojeń. Sahib Lurgan dał mu pięć rupii (wspaniała suma!) oraz zapewnienie swego poparcia, jeżeli będzie pracował. Sahib Lurgan, zgoła inaczej niż Mahbub, mówił całkiem wyraźnie o nagrodzie za posłuszeństwo — więc Kim był zadowolony. Gdyby tylko mógł, jak babu, dostąpić tego zaszczytu, by mieć swą liczbę i literę… i cenę nałożoną na swą głowę! Kiedyś będzie on tym wszystkim albo nawet czymś więcej. Kiedyś będzie prawie tak wielki, jak sam Mahbub Ali! Myszkować będzie już nie na dachach domów, ale na połowie obszaru Indii; będzie śledził królów i ministrów, jak niegdyś śledził vakilów[123] lub dependentów adwokackich w Lahorze na rzecz Mahbuba Alego. Na razie miał przed sobą fakt bliższy, a niepozbawiony uroku, mianowicie, że niebawem znajdzie się znów w konwikcie św. Ksawerego. Tam będzie można okazać swą wyższość wobec nowych uczniów i posłuchać opowiadań o przygodach wakacyjnych. Marcinek, syn plantatora herbaty w Manipur, przechwalał się wprzódy, że pójdzie ze strzelbą na wojnę przeciwko opryszkom. Niech mu ta będzie! Ale to rzecz pewna, że Marcinek nie był rzucony wybuchem fajerwerków przez pół dziedzińca pałacu patialskiego, ani też nie…

1672

I Kim zaczął sobie opowiadać własne przygody z trzech miesięcy ostatnich. Gdyby mu wolno było, opowieścią swą wprawiłby w osłupienie cały zakład św. Ksawerego — nawet najstarszych chłopców, co już się golili. Ale opowiadać mu nie wolno! Trzeba trzymać język za zębami! Gdy przyjdzie czas po temu, wówczas, jak zapewniał go sahib Lurgan, nałożą cenę na jego głowę; więc gdyby teraz wygadał się po głupiemu, nie tylko nigdy nie nałożono by tej ceny, ale co gorsza, pułkownik Creighton puściłby go w trąbę… i Kim stałby się pastwą gniewu sahiba Lurgana i Mahbuba Alego — na niedługie dni życia, jakie by mu jeszcze pozostały.

1673

„W ten sposób dla jednej ryby utraciłbym Delhi!” — streścił swe poglądy przysłowiem. Wypadało mu teraz zapomnieć o wakacjach (w każdym razie pozostało mu jeszcze tyle dowcipu, by zmyślać niebywałe przygody) i, jak się wyraził sahib Lurgan, trzeba się było wziąć do pracy.

1674

Ze wszystkich chłopców śpieszących z powrotem do zakładu św. Ksawerego, od piaszczystych okolic Sukkur aż po palmowe gaje Galie, żaden nie czuł takiego upojenia i fantazji jak Kimball O'Hara, mknący do Umballi w podrygującej kałamaszce za plecami imć Hurree Chundera Mookerjee, którego nazwisko w księgach jednego z oddziałów Instytutu Badań Etnologicznych zapisane było jako R-17.

1675

A jeżeli było ponadto potrzeba jakiej podniety, to starczył za nią sam babu. Po sutym posiłku w Kalce rozgadał się tak, że mu się gęba nie zamykała. Pytał Kima: czy jedzie do szkoły? Tak? Wobec tego on, jako magister artium uniwersytetu w Kalkucie, wytłumaczy mu, jakie są korzyści nauki. Można zdobyć odznaczenie przez pilne wykuwanie łaciny i Wycieczki Wordswortha[124] (wszystko to było dla Kima tureckim kazaniem). Język francuski był też ważnym przedmiotem, a najlepiej można się było w nim wprawić w Chandernagore, o kilka mil od Kalkuty. Również daleko można było zajść (jak tego sam na sobie doświadczył) przez dokładne zgłębianie dramatów zatytułowanych Lear i Juliusz Cezar, których znajomości bardzo wymagali egzaminatorzy. Lear nie był tak przepełniony odnośnikami historycznymi jak Juliusz Cezar; książka ta kosztuje cztery anny, ale na Krzywym Bazarze można ją nabyć za dwie. Jeszcze ważniejszą od Wordswortha lub wybitnych autorów, jak Burke i Hare, była sztuka i umiejętność miernictwa. Chłopiec, który zdał egzamin w tej dziedzinie (do której, mówiąc nawiasem, nie było kluczów i streszczeń podręcznych), potrafi, idąc sobie — ot tak po prostu — uzbrojony jedynie w kompas, śródwagę i bystre oko, zdjąć obraz danej okolicy …a za ten obraz można dostać niemałą sumę w brzęczącej monecie srebrem, Ale ponieważ noszenie z sobą łańcuchów mierniczych bywa niekiedy rzeczą niedogodną, przeto chłopiec powinien znać dokładnie długość własnego kroku, tak iż nawet wtedy, gdy będzie pozbawiony (jak się wyrażał Hurree Chunder) „przygodnych środków pomocniczych”, może odmierzyć własnymi nogami potrzebną mu odległość. Ażeby nie zatracić rachunku, gdy szło o tysiące kroków, doświadczenie Hurree Chundera pouczyło go, iż nie ma nic przydatniejszego jak różaniec z osiemdziesięciu jeden albo stu ośmiu paciorków, albowiem „te liczby są podzielne i podpodzielne przez wiele mnożników i podmnożników”. Wśród hucznych, rwących potoków angielszczyzny Kim chwytał główne wytyczne tej gawędy — i bardzo go to zaciekawiało. Oto jawił mu się nowy kunszt, zdolny pomieścić się w ludzkiej głowie: zaś na widok wielkiego, rozległego świata, odsłaniającego się jego oczom, przychodzi mu na myśl, że im więcej ktoś umie, tym lepiej dla niego.

1676

Po półtoragodzinnym mówieniu babu nadmienił:

1677

— Spodziewam się, że kiedyś będę miał przyjemność znać się z tobą oficja-alnie. Ad interim[125] (niechże mi będzie darowane to wyrażenie) ofiaruję ci to pudełko z betelem, które jest przedmio-otem bardzo cennym i cztery lata temu kosztowało mnie dwie rupie.

1678

Było to tanie pudełko mosiężne w kształcie serca, z trzema przegrodami na wieczny orzech betelowy[126], cytrynki i liście pan; znajdowały się w nim jednak małe słoiczki z pigułkami leczniczymi.

1679

— To daję ci w nagrodę za odgrywanie roli owego świątka. Bo widzisz, jesteś jeszcze tak młody, iż ci się zdaje, że będziesz żył wiecznie, i nie troszczysz się o zdrowie. Oj, biedaż to zachorować podczas pracy! Sam lubię lekarstwa, a przydadzą się one też nieraz, by uleczyć jakiego chudzinę. Są tu dobre lekarstwa z apteki okręgowej… chinina i inne tym podobne. Daję ci je na pamiątkę. A teraz do widzyska. Mam tu po drodze załatwić pilny interes osobisty.

1680

Cichuteńko niby kot zesunął się na gościniec wiodący do Umballi, zawołał na przejeżdżającą ekkę i odjechał z turkotem. Kim, nie mogąc wymówić ani słowa, obracał w rękach mosiężne pudełko od betelu.


1681

Akta odnoszące się do nauki chłopca obchodzą mało kogo oprócz rodziców; Kim zaś, jak wiadomo, był sierotą. W księgach zakładu św. Ksawerego in partibus infidelium zapisano, że sprawozdanie z postępów Kima posyłano z końcem każdego okresu szkolnego na ręce pułkownika Creightona i ojca Wiktora, od których w zamian zawsze punktualnie przychodziły pieniądze na kształcenie chłopca. W tychże księgach były dalej wzmianki, że okazywał wielkie zdolności w matematyce, jako też w kreśleniu map, i że za wyróżnianie się w tych przedmiotach dostał nagrodę (Żywot pana Wawrzyńca, dwa tomy, oprawa w skórkę cielęcą, co wyniosło — dziesięć rupii, osiem ann); drugą nagrodą było to, że grał w palanta jako jeden z jedenastu przedstawicieli zakładu św. Ksawerego przeciwko allighurskiemu kolegium mahometańskiemu — miał wtedy czternaście lat i dziesięć miesięcy. Był też szczepiony powtórnie (z czego można wnosić, że w Lucknow znów wybuchła epidemia ospy) — mniej więcej w tym samym czasie. Ołówkowe notatki na rogu starego dziennika klasowego wspominają, że Kim był kilkakrotnie karany za „przestawanie z nieodpowiednimi osobistościami”, a raz podobno poniósł ciężką karę za „samowolne oddalenie się w towarzystwie ulicznego żebraka”. Było to wtedy, gdy chłopak wykradł się poza furtkę i chodząc wzdłuż brzegów Gomtee nalegał na lamę, by ów pozwolił mu powłóczyć się z sobą w czasie następnych wakacji… przez miesiąc… a choćby przez tydzień; lecz lama opierał się temu jak głaz, zapewniając go, że jeszcze nie nadeszła pora po temu. Powinnością Kima (mówił starzec, gdy razem zjadali placki) było zdobywanie wiedzy sahibów; co potem — to jeszcze się zobaczy. Wszakoż dłoń przyjaźni widocznie jakimś sposobem odwracała bizun klęski, bo coś w sześć tygodni potem Kim zdał z odznaczeniem egzamin z miernictwa elementarnego; miał wówczas lat piętnaście i osiem miesięcy. Od tej daty w aktach o nim głucho. Jego nazwiska nie spotyka się w spisie tych, którzy w owym roku wstąpili do niższego Indyjskiego Instytutu Pomiarów — zamiast tego znajdują się słowa: „przeniesiony na stanowisko”.

1682

W ciągu tych trzech lat niejednokrotnie do świątyni Tirthankerów w Benares przybywał skądsiś lama, nieco chudszy i kapkę żółciejszy (ile to możliwe), lecz zawsze jednako cichy i nieskażony na duchu. Czasem przybywał z południa… z południowego Tuticorinu, skąd odjeżdżają dziwne łodzie ogniste do Cejlonu, gdzie przebywają kapłani znający pali[127]; czasem znowu przybywał z dżdżystego, zielonego zachodu, z tych stron, gdzie przędzalnie bawełny wieńcem kominów otaczają Bombaj; to znowu z północy, gdzie przeszedł osiemset mil tam i z powrotem, aby pogwarzyć przez dzień cały z nadzorcą wizerunków w Domu Cudów. Za każdym razem wchodził do swej celi rżniętej w chłodnym marmurze (kapłani świątyni byli dobrzy dla starca), spłukiwał z siebie pył podróżny, odmawiał pacierze i wyjeżdżał do Lucknow trzecią klasą, bo już zupełnie się oswoił z koleją. Rzecz zastanawiająca (wyznawał jego przyjaciel-badacz arcykapłanowi), że ilekroć powrócił, na czas jakiś zaprzestawał się martwić zniknięciem rzeki i nie kreślił dziwnych obrazów przedstawiających koło życia, lecz wolał gwarzyć o piękności i mądrości jakiegoś tajemniczego cheli, którego żaden ze świątników nigdy nie widział na oczy. Tak, on — lama — chodził po całych Indiach śladami błogosławionych stóp. (Kustosz ma jeszcze po dziś dzień przedziwny opis jego wędrówek i rozmyślań.) W życiu nic mu już nie pozostawało, jak tylko odnaleźć Rzekę Strzały. Wszakoż we śnie miał objawienie, że nie może spodziewać się pomyślnych rezultatów, jeżeli ów poszukiwacz nie będzie miał przy sobie cheli, który byłby zdolen[128] wszystko ziścić szczęśliwie i zdobyć wielką wiedzę — jaką słynie siwy strażnik wizerunków. Dla przykładu (tu sięgał do tykwy z tabaką, a uprzejmi kapłani dżeińscy milkli natychmiast) głosił taką przypowieść:

1683

— Wiele, wiele lat temu, gdy Devadatta był królem Benaresu… niech wszyscy słuchają Dżataki[129]!… łowcy królewscy schwytali słonia; zanim zwierz zdołał wydostać się na wolność, zakuto go w bolesne dyby żelazne. Ze złością i wściekłością w sercu usiłował zrzucić te pęta, a biegając tam i sam po lasach, błagał inne słonie, swe pobratymy, ażeby je zerwali. Jeden po drugim dobierali się do kajdan potężnymi trąbami — żaden nie zmógł żelaza. W końcu wyrazili przekonanie, że obręczy nie skruszy żadna moc zwierzęca. Zasię w krzewinie leżało wśród stada jednodniowe, dopiero narodzone słoniątko, jeszcze mokre od wilgoci porodowej, któremu zdechła matka. Skowany[130] słoń zapomniawszy o własnej katuszy rzekł: „Jeżeli nie poratuję tego cysioka, to jeszcze roztarasimy takie chuchro swymi nożyskami”. Stanął więc nad maleństwem, czyniąc ze swych nóg zaporę przed włóczącym się nieuważnie stadem. Od którejsiś poczciwej słonichy wyżebrał mleka dla niebożęcia; słoniątko podchowało się, a skowany słoń był mu przewodnikiem i obrońcą. Otóż, niech wszyscy słuchają Dżataki! — słoń potrzebuje lat trzydziestu pięciu, by dojść do pełni sił; przez trzydzieści pięć pór deszczowych skowany stary słoń opiekował się młodszym, a przez ten czas obręcz coraz to bardziej wżerała mu się w ciało. Pewnego razu młody słoń dostrzegł wpół wrośnięte żelazo i zwracając się do starego, zagadnął: „Cóż to takiego?”. „To właśnie mnie boli” — odparł ów, który nim się opiekował. Wtedy tamten wysunął trąbę i w mgnieniu oka skruszył obręcz mówiąc: „Nadszedł czas oznaczony”. Tak więc poczciwy słoń, który czekał cierpliwie i spełniał uczynki miłosierdzia, został w czasie oznaczonym wybawion przez tego słonika, którego pielęgnował, zawróciwszy ze swej drogi… niech wszyscy słuchają Dżataki!… bo słoniem tym był Ananda, a słoniątkiem, które zerwało mu okowy, był nie kto inny, jak sam Pan nasz najmiłościwszy…

1684

Po czym potrząsał głową dobrotliwie i chrobocząc bez przerwy różańcem, wykazywał, jak owo słoniątko było wolne od grzechu pychy. Był tak pokorny, jak pewien chela, który widząc swego mistrza siedzącego w kurzu wedle Podwojów Wiedzy przeleciał przez wrzeciądze (mimo że były zaryglowane) i przycisnął mistrza do serca wobec pychą nadętych mieszczuchów. Sowitaż[131] będzie nagroda takiego mistrza i takiego cheli, gdy przyjdzie na nich czas wspólnego szukania wolności!

1685

Tak se[132] pogwarzał lama, przelatując wzdłuż i wszerz nad całymi Indiami, cichuśko jak nietoperz. Pewna swarliwa starucha mieszkająca poza Saharunpore, w dworku okolonym drzewami owocowymi, czciła go, jak to kobieta umie czcić proroka, ale pokój jego nie był wcale murowany. Lama tam siadywał w ogrodzeniu dziedzińca, gdzie z góry nań poglądały gruchające gołębie; ona zaś odrzucała z twarzy zbędną namitkę i bajdurzyła o duchach i biesach buluańskich, o nienarodzonych jeszcze wnuczętach i o wyszczekanym bachorze, który rozmawiał z nią kiejś[133] na popasie. Kiedyś zasię starzec powlókł się sam w bok od głównego traktu pod Umballą — do onej wioski, gdzie to kapłan chciał go odurzyć odwarem; łaskawe niebiosa, które czuwają nad lamami, doprowadziły go, gdy zadumany i niefrasobliwy szedł pośród łanów o zmierzchu, przed wrota ressaldara (rotmistrza). Tu, zdaje się, zaszło wielkie nieporozumienie, gdyż stary wiarus zapytał go, czemu Przyjaciel gwiazd nieledwie przed sześciu dniami przechodził tą drogą.

1686

— To niemożliwe! — rzekł lama. — On powrócił do swych rodaków.

1687

— Dyć[134] on tu siedział w tym kącie pięć dni temu i opowiedział mi kopę[135] zabawnych dykteryjek — obstawał przy swoim gospodarz. — Po prawdzie, to nad ranem znikł nagle jakoś bez śladu, nagadawszy się trzy po trzy z moją wnuczką. Rośnie chłopak jak na drożdżach, ale jest zawsze tym samym Przyjacielem gwiazd, który przyniósł mi niemylną wieść o wojnie. Czyżeście się rozeszli?

1688

— Tak… i nie… — odparł lama. — My… my… nie rozłączyliśmy się zupełnie, tylko jeszcze nie nadszedł czas, byśmy się razem mieli puszczać w drogę. On znajduje się w pewnej miejscowości, gdzie zdobywa wiedzę. Musimy jeszcze czekać.

1689

— Mniejsza z tym… ale gdyby to nie był ów chłopak, to czemużby on tak ustawicznie mówił o tobie?

1690

— A cóż on mówił? — zapytał lama gorączkowo.

1691

— A, same dobre słowa… ze sto tysięcy ich było: że jesteś jego matką i ojcem i tak dalej. Szkoda, że nie wstąpi w służbę Królowej. To ci chwat!

1692

Ta nowina zdumiała lamę, który wówczas jeszcze nie wiedział, jak święcie Kim dotrzymywał układu zawartego z Mahbubem Alim i zatwierdzonego siłą rzeczy przez pułkownika Creightona…

1693

— Młodego kuca nie odwodzi się od gry! — rzekł koniarz, gdy pułkownik wytykał mu, że ta wakacyjna włóczęga po Indiach nie prowadzi do niczego. — Jeżeli mu się nie pozwoli chadzać tam i sam wedle jego upodobania, to on złamie zakaz… a wtedy, kto go złapie? Sahibie-pułkowniku, chyba tylko raz na tysiąc lat trafi się koń tak wyborny do gry, jak ten nasz źrebak. A ludzi nam potrzeba!

Rozdział X

Za długoż ptak twój w klatce, miłościwy panie!

Toć bujawy krogulec, nie chowańczyk młody!

Nimeśmy go pojmali[136], hasał na swobodzie…

Wierę[137]! bych go posiadał[138] (jak tę rękawicę,

Co mu miasto[139] kaptura nakładam na głowę),

Puściłbych[140] go w przegony z sokołem. Tu w dworze

Ułożono go pięknie… zna wiatry i łowy…

Puść go w przestwór niebieski, który Bóg dlań stworzył,

I któż mu tam dorówna?…

Ze staroświeckiego widowiska.

1694

Sahib Lurgan nie miał zwyczaju mówić tak bez ogródek, ale jego pogląd na tę sprawę zgadzał się ze zdaniem Mahbuba Alego i koniec końców sprawa wzięła obrót pomyślny dla Kima. Umiał już lepiej się urządzać niż wtedy, gdy w przebraniu tubylczym opuszczał miasto Lucknow; jeżeli Mahbub znajdował się w miejscu, dokąd mógł go dojść list, chłopak pędził wprost do jego obozowiska i tu, pod przezornym okiem Pathana, dokonywał swej przemiany. Gdyby miernicza kasetka z farbami, której poprzednio na lekcjach używał do malowania map, umiała opowiedzieć o jego sprawkach wakacyjnych, kto wie, czy nie wypędzono by go ze szkoły. Razu pewnego w towarzystwie Mahbuba przyjechał z trzema wagonami koni aż do uroczego miasta Bombaju, a Mahbub omal że się nie rozpłynął z radości, gdy Kim poddał mu myśl, by nająć dhow[141] i kopnąć się za Ocean Indyjski celem zakupu koni arabskich znad zatoki, za które — (jak się dowiedział od jednego z pieczeniarzy kupca Abdul Rahmana) — lepiej płacono niż za konie kabulskie.

1695

Z owym wielkim kupcem Kim maczał rękę w jednej misie, gdy Mahbub wraz z kilkoma współwyznawcami zostali zaproszeni na wielką biesiadę hadżyjską (dla wiernych). Wracali morzem przez Karaczy; wówczas to Kim, siedząc koło przedniej luki wchodowej[142] na pobrzeżnym parowcu, po raz pierwszy w życiu zaznał choroby morskiej i miał niezbitą pewność, że go struto. Słynne puzderko z lekami, które miał od babu, okazało się bezużyteczne, chociaż Kim dobrze je zaopatrzył w Bombaju. Mahbub miał interesy w Quetcie; tutaj Kim, jak przyznawał Mahbub, zarobił sobie na utrzymanie (a może i nieco więcej), przepędziwszy w sposób osobliwy cztery dni na służbie za kuchcika w domu otyłego sierżanta policji, z którego szafy urzędowej wykradł w chwili odpowiedniej małą książkę w welin oprawną (na pozór „pisało” w niej jeno o sprzedaży bydła i wielbłądów) i przepisał ją całą przy świetle księżyca przez jedną ciepłą noc, leżąc za dobudówką domu. Potem włożył ów rejestr z powrotem na swoje miejsce i zgodnie z poleceniem Mahbuba uciekł ze służby, nie wziąwszy nawet zapłaty; o sześć mil dalej na drodze dogonił Mahbuba, mając w zanadrzu czysty odpis.

1696

— Ten żołnierz, to jeszcze niewielka ryba — wyjaśnił Mahbub Ali — ale z czasem złowimy i grubszą. On jedynie sprzedaje woły za podwójną cenę; jedną dla siebie, a drugą dla rządu, czego nie uważam za grzech.

1697

— Czemuż nie mogłem zabrać tej książczyny i dać z nią drapaka?

1698

— Ten człowiek byłby się zatrwożył i powiedziałby swemu zwierzchnikowi, a wtedy może byśmy utracili sporo nowych karabinów, które z Quetty docierają na północ. Gra jest tak wielka, że za jednym razem można tylko niewiele zobaczyć.

1699

— Oho! — rzekł Kim i zamilkł.

1700

Było to w czasie monsunowych[143] wakacji, właśnie podówczas, gdy Kim otrzymał nagrodę za postępy w matematyce. Święta Bożego Narodzenia (urwawszy z nich dziesięć dni na własną rozrywkę) spędził u sahiba Lurgana; tu najczęściej przesiadywał przed ogniem huczącym w kominie (gościniec wiodący do Dżakko był na cztery stopy przysypany śniegiem) i pomagał Lurganowi nawlekać perły — mały Hindus odjechał w sprawach ożenku. Lurgan kazał chłopcu uczyć się na pamięć całych rozdziałów Koranu aż w końcu Kim potrafił wypowiadać je z całą śpiewnością i z wszystkimi spadkami głosu prawdziwego mułły. Ponadto nauczył go nazw i własności wielu leków krajowych i wyjaśniał, jakie zaklęcia należy stosować przy ich podawaniu. Wieczorami zasię wypisywał mu na pergaminie znaki guślarskie: misterne pentagramy uwieńczone imionami biesów Murry i Awana, przyjaciela królów — powypisywanymi fantastycznie w narożnikach. Nade wszystko zaś dawał Kimowi rady, jak ma przestrzegać zdrowotności, jak leczyć się z ataków febry oraz jakie lekarstwa podręczne ma mieć przy sobie podczas podróży. Na tydzień przed odjazdem pułkownik Creighton sahib (nieładnie to było z jego strony) przysłał mu zapisaną kartę egzaminacyjną, gdzie była mowa tylko o prętach i łańcuchach mierniczych, kołach i kątach.

1701

W czasie następnych wakacji wyruszył znów z Mahbubem; po drodze o mało nie umarł z pragnienia, wlokąc się z wolna na wielbłądzie przez piaszczyste ugory aż do tajemniczego miasta Bikanir, gdzie studnie dosięgają głębokości 400 stóp, a bywają wokoło zasypane wielbłądzimi piszczelami. Zdaniem Kima była to wycieczka zgoła niezabawna, gdyż pułkownik, na przekór umowie, kazał mu rysować plan tego dzikiego, warownego miasta; ponieważ zaś od muzułmańskich koniuchów i fajczarzy nie można było wymagać, by ciągali łańcuchy miernicze dokoła stolicy niepodległego kraiku, więc Kim był zmuszony odmierzać wszelkie odległości za pomocą różańca. By wyznaczyć położenie jakiegoś miejsca, posługiwał się kompasem, gdy mu się nadarzyła sposobność — przeważnie o zmierzchu, gdy już nakarmiono wielbłądy — a przy pomocy małej kasetki mierniczej z sześciu guzikami farby i sześciu pędzlami wykonał coś, co miało niejakie podobieństwo do stolicy Jeysalmir. Mahbub tęgo się uśmiał i poradził mu, by jednocześnie sporządził raport pisemny. Kim wziął się do roboty na okładce ogromnej księgi rachunkowej, która leżała pod klapą ulubionego siodła Mahbubowego.

1702

— Powinno się tam zawierać wszystko, co widziałeś, z czym się zetknąłeś i o czym myślałeś. Pisz tak, jak gdyby sam Jang-i-Lat sahib we własnej osobie miał przyjść tu cichcem z olbrzymią armią i wydać wojnę.

1703

— Z jak wielką armią?

1704

— No, dajmy na to, z pół lakh[144] żołnierzy.

1705

— Czyste wariactwo! Przypomnij sobie, jak nieliczne i kiepskie są studnie w piaszczyskach. Nawet tysiąc ludzi nękanych pragnieniem nie doszłoby tutaj.

1706

— Zatem opisz to wszystko… a także i wszystkie wyłomy w murze… i skąd wyrębują drzewo na opał… tudzież jaki jest charakter i usposobienie króla. Pozostanę tu, aż sprzedam wszystkie konie. Wynajmę pokój koło bramy miejskiej, a ty będziesz moim rachmistrzem. Drzwi są opatrzone silnym zamkiem.

1707

Raport, wypisany bez omyłek wprawną kaligrafią świętoksawerską, oraz mapę upstrzoną na brązowo, żółto i karmazynowo, można było oglądać jeszcze przed kilku laty (niedbały urzędnik pobazgrał ją niezdarnymi znakami pochodzącymi od E-23 z II seistańskiego biura mierniczego), lecz litery kreślone ołówkiem są już dzisiaj chyba całkiem nieczytelne. W drugim dniu powrotnej podróży Kim, ślęcząc w świetle lampki oliwnej, przetłumaczył to wszystko Mahbubowi. Pathan powstał i pochylił się nad cętkowanymi trokami swych siodeł.

1708

— Wiedziałem, że praca twa będzie godna zaszczytnej szaty, więc zawczasu przysposobiłem odzież takową — ozwał się z uśmiechem. — Gdybym był emirem Afganistanu (a zobaczymy go kiedyś zapewne), zapchałbym ci gębę złotem.

1709

To mówiąc, z przesadną czołobitnością złożył wspomniany przyodziewek u stóp Kima. Był tam złotolity kołpak peshawarski sterczący stożkowato i olbrzymi zawój zakończony szeroką frędzlą ze złota. Była i wyszywana kamizela delhijska, którą się wdziewało na mlecznej białości koszulę, zapinaną z prawego boku, szeroką a powłóczystą; był i zielony kaftan z pętlicami jedwabnymi w różne wywijasy na piersiach; ażeby snadź niczego nie brakowało, na dokładkę były i trepy z rosyjskiej skóry, bosko woniejące, o zuchwale zadartych nosach.

1710

— Dobra to wróżba, ubierać się w nowe szatki w środę rano — rzekł Mahbub uroczyście. — Lecz nie należy zapominać, że na świecie są też źli ludzie. Naści[145]!

1711

I na domiar tego przepychu, który zapierał Kimowi dech w piersiach, obdarzył go automatycznym rewolwerem niklowanym, wykładanym perłową macicą (kal[146]. 4,50).

1712

— Myślałem zrazu o lżejszym kalibrze, lecz później zważyłem, że do tego nadają się kulki rządowe; te zaś można zawsze dostać… zwłaszcza z tamtej strony granicy. Wstań, niech no ci się przypatrzę! — poklepał Kima po ramieniu. — Obyś był niezmordowany, Pathanie! O, jakże będziesz kruszył serca! Ach, te oczy pod powiekami, tak strzelające boczkiem!

1713

Kim obrócił się w kółko, wspiął się na palcach, wyprostował i odruchowo sięgnął do wąsika, który mu się właśnie sypał. Następnie skłonił się do nóg Mahbubowi, aby dygocącymi dłońmi wyrazić mu swą wdzięczność, bo serce nazbyt miał wezbrane, by mógł przemówić. Mahbub uprzedził go, chwytając chłopaka w objęcia.

1714

— Mój synu — ozwał się — na cóż nam słów? Ale czy ta mała pukawka nie jest rozkoszna? Wszystkie sześć nabojów wyjdzie od jednego pociągnienia. Nosi się ten rewolwer na piersiach przy samym ciele; tam nie zardzewieje. Nie kładź go nigdy gdzie indziej, a da Bóg, zabijesz nim kiedyś człowieka.

1715

Hej-mej! — rzekł Kim żałośliwie. — Jeżeli sahib zabije kogoś, to go wsadzają do więzienia…

1716

— Prawdać to, ale krok za granicą ludziska stają się mądrzejsi. Schowaj go, ale wpierw winieneś go nabić. Cóż ci przyjdzie z nienabitej broni?

1717

— Gdy powrócę do madrissah, będę musiał go oddać. Tam nie pozwalają mieć rewolwerów. Czy mi go przechowasz?

1718

— Synku, mnie już kością w gardle stoi ta madrissah, gdzie człowiekowi zabierają najlepsze lata życia, aby go nauczyć tego, czego on zdoła się nauczyć tylko na włóczędze. Głupota sahibów jest bezdenna i niebotyczna. Ale pal ich sześć! Może twój raport pisemny wybawi cię z dalszej niedoli, a Bogu to wiadomo, że coraz więcej ludzi potrzeba nam do gry.

1719

Potem, sznurując usta wobec siekącej ich kurzawy piasku, szli przez słoną pustynię aż do Jodhpur, gdzie Mahbub i jego miły siostrzeniec Habib-Ullah mieli sporo spraw kupieckich; stąd zaś, przebrawszy się w odzienie europejskie, z którego już wyrastał, Kim odjechał markotnie drugą klasą do zakładu św. Ksawerego. W trzy tygodnie później pułkownik Creighton zaszedłszy do sklepu Lurgana, by oszacować tybetańskie sztylety do odpędzania upiorów, zastał Mahbuba Alego zbuntowanego już na dobre. Sahib Lurgan działał niby oddział posiłkowy w odwodzie.

1720

— Kucyk jest już ułożony… sprawny… okiełznany i nauczony chodu, sahibie. Odtąd już z każdym dniem będzie tracił swe zalety, jeżeli nie pozwoli mu się brykać. Rzuć mu cugle na kark i niech sobie pohasa — mówił koniarz. — On się nam przyda.

1721

— Ależ on taki młody, Mahbubie… ileż mu tam? Chyba co najwyżej szesnaście lat…

1722

— Miałem piętnaście, gdym zabił człeka i spłodził człowieka, sahibie.

1723

— O stary, niepoprawny pohańcze! — to mówiąc, Creighton zwrócił się do Lurgana. Czarna broda skinęła, przytakując mądrości szkarłatnej brody Afgańczyka.

1724

Ja dawno bym już go zaprzągł do roboty — rzekł Lurgan. — Im młodszy, tym lepszy. Dlatego to pilnowanie naprawdę cennych klejnotów powierzałem zawsze dziecku. Pan przysłał go do mnie na próbę. Wypróbowałem go na wszystkie sposoby! Jest to jedyny chłopiec, którego nie zdołałem zmusić, by widział to, co mu każę.

1725

— W krysztale… w kałamarzu? — zapytał Mahbub.

1726

— Nie. Pod dotknięciem mej dłoni, jakem to wam opowiadał. Nigdy mi się nie zdarzało wpierw nic podobnego. Znaczy to, że on ma dość sił, by wykonać wszystko, czego zapragnie, ale pan, panie pułkowniku, sądzi, że to gra w kręgielki. A od tego czasu upłynęły już trzy lata i nauczyłem go przez ten czas wielu rzeczy, pułkowniku Creightonie. Zdaje mi się, że pan go teraz marnuje.

1727

— Hm! Może macie rację. Ale jak wiecie, na razie nie mamy dla niego żadnych prac mierniczych…

1728

— Niech sobie pohasa… niech sobie pohasa! — przerwał Mahbub. — Któż wymaga od źrebięcia, by od razu dźwigało wielkie ciężary? Niech sobie pobiega z karawaną, jak nasze wielbłądzięta… ot tak, na los szczęścia. Wziąłbym go z sobą, ale…

1729

— Przydałby się on w pewnej drobnej sprawie… na południu… — przemówił Lurgan ze szczególną słodyczą w głosie, opuszczając ciężkie, sinawe powieki.

1730

— Sprawa ta jest w rękach E-23 — rzekł pospiesznie Creighton. — Jego nie powinno się tam posyłać. Zresztą on nie umie po turecku.

1731

— Niech mu pan jeno opisze wygląd i zapach listów, jakich mu potrzeba, a on nam je przyniesie — nalegał Lurgan.

1732

— Nie. To robota dla dorosłego — oświadczył Creighton.

1733

W grę tu wchodziła karkołomna sprawa niedozwolonej a wichrzycielskiej korespondencji pomiędzy osobistością uważającą się za najwyższą powagę w rzeczach religii mahometańskiej na całym świecie a jednym z młodych członków pewnej rodziny królewskiej, którego nieraz notowano w aktach z powodu porywania kobiet na terytorium angielskim. Arcykapłan muzułmański był pyszny i zuchwały nad miarę; natomiast młody książę tylko dąsał się, że ograniczono jego przywileje, nie powinien był wszakże prowadzić korespondencji, która go mogła kiedyś skompromitować. Jakoż istotnie jeden list wpadł w ręce niepowołane, ale tego, który go wytropił, znaleziono później nieżywego przy gościńcu, przebranego za kupca-Araba; tak donosił skrupulatnie E-23, podejmując w dalszym ciągu jego robotę. Te wypadki i kilka innych, których nie można było ogłaszać, sprawiły, że Mahbub i Creigton pokiwali głowami.

1734

— Niech sobie wyruszy w świat ze swym czerwonym lamą — rzekł koniarz z widocznym wysileniem. — On kocha tego starucha. Nauczy się przynajmniej mierzenia kroków za pomocą różańca.

1735

— Z tym staruchem jużem załatwił parę spraw… listownie — rzekł pułkownik Creighton, uśmiechając się sam do siebie. — Gdzież on się wybiera?

1736

— Będzie chodził tam i z powrotem po całym kraju, jak to czynił przez te trzy lata. Szuka jakiejś rzeki zbawienia. Klątwa boża niech spadnie na wszyst… — tu Mahbub zagryzł usta. — Ilekroć powróci z włóczęgi, modli się w świątyni Tirthankerów lub w Buddh Gaya. Potem idzie do madrissah, by odwiedzić chłopca, o czym zresztą wiadomo, gdyż chłopca karano za to kilkakrotnie. Jest to skończony wariat, ale człek spokojny. Spotykałem się z nim. Babu też miewał z nim do czynienia. Mieliśmy go na oku przez trzy lata. Czerwonych Lamów nie ma znów tak wielu w Indiach, by można było zgubić ich ślad.

1737

Babu bywają wielce dziwni — rzekł Lurgan zadumany. — Czy wiecie, czego się doprawdy zachciewa Hurree Babu? Chciałby zostać członkiem Królewskiego Towarzystwa za zbieranie notatek etnologicznych. Mówię panu, opowiedziałem mu o lamie wszystko, com wiedział od Mahbuba i chłopaka. Hurree Babu jedzie do Benares… zdaje mi się, że na własny koszt.

1738

Ja nie wiem nic o tym! — rzekł zwięźle Creighton. On to sam opłacał koszty podróży Hurreego, powodowany niezmiernym zaciekawieniem, kto zacz mógł być ów lama.

1739

— Zasię kilkakrotnie w ciągu tych lat kilku przyczepiał się do lamy, nagabując go o wyjaśnienia dotyczące lamaizmu, tańców diabelskich, zaklęć i czarów. Panno święta! Ja bym mógł o tym wszystkim dawno mu powiedzieć. Zdaje mi się, że Hurree Babu już jest nieco za stary do włóczęgi. Woli gromadzić wiadomości o zwyczajach i obrzędach. Tak, on chce być F. R. S[147].

1740

— Hurree ma o chłopcu dobre wyobrażenie… czy nie tak?

1741

— O, tak… bardzo dobre! Spędziliśmy parę miłych wieczorów w moim zaciszu… ale sądzę, że byłoby marnotrawstwem wypuszczać go z Hurreem na badania etnologiczne.

1742

— Nie na początek. Co o tym sądzisz, Mahbubie? Pozwól chłopcu pohasać z lamą przez sześć miesięcy. Potem zobaczymy. On tam nabierze doświadczenia.

1743

— On je już posiada, sahibie… Wodę, w której pływa, opanował jak ryba. W każdym razie dobrze będzie wypuścić go ze szkoły.

1744

— Więc doskonale! — rzekł Creighton na wpół do siebie. — Niech sobie idzie z lamą, a jeżeli Hurree Babu będzie miał ich na oku, to nawet i lepiej! On nie narazi chłopca na różne zgryzoty, jak to czynił Mahbub. Dziwne… to jego pragnienie, by zostać F. R. S. Zresztą przymiot to zgoła ludzki. On, ten Hurree, istotnie celuje najlepiej w poszukiwaniach etnologicznych.

1745

Za żadne skarby i odznaczenia pułkownik Creigthon nie dałby się odwieść od pracy w Indyjskim Instytucie Mierniczym, ale w głębi serca i on żywił pragnienie, by mógł kiedyś dopisać „F. R. S.” pod swoim nazwiskiem. Odznaczenia, na jakich się znał, można zdobyć dzięki zdolnościom lub poparciu ze strony przyjaciół, natomiast w jego największym przekonaniu, jedynie praca (tj. skrypty przedstawiające jej żywotność) mogła kogoś wprowadzić do Towarzystwa, do którego szturmował już od wielu lat monografiami o dziwacznych kultach i nieznanych obyczajach azjatyckich. Na dziesięciu ludzi zapewne dziewięciu, znudzonych do ostateczności, uciekłoby z soirée Towarzystwa Królewskiego; ale Creighton był tym dziesiątym, który czasami tęsknił w duszy do rojnych sal w niefrasobliwym Londynie, gdzie siwowłosi lub łysi jegomościowie, niemający zielonego pojęcia o wojsku, uwijali się wśród doświadczeń spektroskopicznych, maluchnych roślinek z zamarłych tundr, wśród maszyn elektrycznych do mierzenia szybkości i przyrządów do krajania lewego oka samiczki moskita na ułamki milimetrów. Według wszelkiej sprawiedliwości i słuszności winien był raczej apelować do Królewskiego Instytutu Geograficznego, lecz dorośli jak dzieci, wybierając zabawę, zdają się często na przypadek. Przeto Creigthon uśmiechnął się i nabrał lepszego wyobrażenia o Hurree Babu, którego ponosiły podobne pragnienia. Upuścił sztylet służący do zażegnywania biesów i spojrzał na Mahbuba.

1746

— Kiedyż to możemy wypuścić źrebię ze stajni? — ozwał się koniarz, czytając w jego spojrzeniu.

1747

— Hm! Jeżeli go wyciągnę rozkazem, to cóż on zrobi… jak ci się zdaje? Nigdy przedtem nie zajmowałem się kształceniem takiego chłopaka.

1748

— Przyjdzie do mnie — rzekł Mahbub bez namysłu. — Sahib Lurgan i ja przygotujemy go do drogi.

1749

— Niechajże tak będzie. Przez sześć miesięcy może sobie biegać, gdzie mu się podoba. Ale kto będzie ręczył za niego?

1750

Lurgan z lekka pochylił głowę.

1751

— On nie wygada się z niczym… jeżeli pan się tego właśnie boi, pułkowniku Creigthon.

1752

— Bądź co bądź, jest to zawsze tylko chłopak.

1753

— Ta-ak; ale po pierwsze on nie ma z czym się wygadać, a po wtóre wie, co by go za to spotkało. Zresztą on bardzo lubi Mahbuba, a i mnie po trosze.

1754

— Czy będzie pobierał jaką płacę? — zapytał przezorny koniarz.

1755

— Jedynie strawne na chleb i wodę. Dwadzieścia rupii miesięcznie.

1756

Jedyną korzyścią służby tajnej jest to, że nie ma w niej kłopotliwej kontroli wydatków. Wynagrodzenie jest co prawda śmiesznie chude, lecz funduszem zarządza kilku ludzi, którzy nie żądają pokwitowań ani nie przedstawiają uwierzytelnionych rachunków. Oczy Mahbuba błyszczały prawie sikhijską chciwością pieniędzy. Nawet niewrażliwa twarz Lurgana jęła się mienić. Rozmyślał o tych nadchodzących latach, kiedy Kim będzie zaprawiony i wciągnięty w Wielką Grę, która odbywa się ustawicznie, dniem i nocą, w całych Indiach. Przewidywał, że dzięki temu uczniowi spłyną nań zaszczyty i zaufanie ze strony kilku wybranych. Wszak to sahib Lurgan już przedtem dzikiego, bezczelnego i kłamliwego prostaczka z prowincji północnozachodniej ukrzesał na dzisiejszego E-23.

1757

Wszakoż radość tych nauczycieli była blada i mętna w porównaniu z radością Kima, gdy przełożony zakładu św. Ksawerego odwołał go na bok i oznajmił, że pułkownik Creighton wzywa go do siebie.

1758

— Domyślam się, O'Haro, że on wynalazł ci posadę geometry-asystenta w Wydziale Kanalizacji: zawdzięczasz to dobrym postępom w matematyce. Wygrałeś wielki los, boć masz zaledwie lat siedemnaście; ale chyba to rozumiesz, że nie staniesz się pukka[148], dopóki nie zdasz egzaminu powakacyjnego. Przeto nie powinieneś sądzić, że idziesz w świat dla zabawy albo że masz już zapewnioną karierę. Czeka cię jeszcze pracy niemało. Dopiero, gdy ci się uda zostać pukka, możesz, jak ci wiadomo, awansować na czterysta pięćdziesiąt rupii miesięcznie.

1759

W związku z tym zwierzchnik udzielił mu jeszcze wielu dobrych rad dotyczących sprawowania, obycia towarzyskiego i obyczajności; zaś koledzy, zwłaszcza starsi, których jeszcze nie powoływano na stanowiska, sarkali, jak to potrafią jeno dryblasy anglo-indyjskie, na protekcję i przekupstwo. Co więcej, młody Cazalet, którego ojciec był niższym urzędnikiem w Chunarze, napomykał tu i ówdzie półgębkiem, że pieczołowitość, jaką okazywał pułkownik Creighton Kimowi, płynęła wręcz z rodzicielskich pobudek; Kim, zamiast odeprzeć potwarz, nie raczył nawet ust otworzyć. Rozmyślał nad czekającym go nie lada kawałem, nad wczorajszym listem Mahbuba, bardzo porządnie napisanym po angielsku, a naznaczającym mu dziś po południu spotkanie w domu, którego sama już nazwa zjeżyłaby grozą wszystkie włosy na głowie przełożonego.

1760

Tego wieczora na stacji lucknowskiej, ponad wagą towarową, Kim mówił do Mahbuba:

1761

— Bałem się, czy na koniec nie zawali się dach nade mną i czy mnie nie wystrychną na dudka. Czy naprawdę już wszystko się skończyło, o mój ojcze?

1762

Mahbub strzyknął w palce, na znak, że wszystko na amen skończone, a oczy mu płonęły jak rozżarzone węgle.

1763

— Więc gdzież mój pistolet? Niechże już go sobie przywieszę.

1764

— Powoli, powoli! Przez pół roku możesz sobie pobiegać bez postronka u pęcin. Wyjednałem ci to u sahiba-pułkownika Creightona. No, i dwadzieścia rupii miesięcznie. Stary czerwony kapelusz wie, że przyjeżdżasz.

1765

— Zapłacę ci dastoorie (faktorne) z mej trzymiesięcznej pensji — rzekł Kim posępnie. — O tak, dwie runie miesięcznie. Ale wpierw musisz mnie uwolnić od tych łachów (skubnął się w cienkie płócienne porcięta i szarpnął kołnierzyk). — Przyniosłem z sobą wszystko, co potrzeba do drogi. Kufer odesłałem do sahiba Lurgana.

1766

— …który zasyła ci salaamy (ukłony)… sahibie.

1767

— Sahib Lurgan to człek wielce grzeczny. Lecz co ty porabiasz?

1768

— Jadę znów na północ, by uczestniczyć w wielkiej grze. I cóż by więcej? Czy jeszcze się wciąż napierasz, by iść za starym czerwonym kapeluchem?

1769

— Nie zapominaj, że on mnie zrobił, czym jestem… choć sam o tym nie wiedział. Rok rocznie posyłał pieniądze na moją naukę.

1770

— I ja bym to zrobił… gdyby ta myśl mi weszła w twardą łepetę! — burczał Mahbub. — Pódzi[149] no ze mną. Lampy już zapalono i na rynku nikt cię nie spostrzeże. Podrałujemy do domu Huneefy.

1771

Gdy tam szli, Mahbub udzielał mu takich samych przestróg, jakich Lemuelowi udzielała jego matka i, rzecz osobliwa, Mahbub wprost usiłował dowieść, jak Huneefa i jej podobne niewiasty niejednego króla przyprawiły o zgubę.

1772

— Przypominam sobie też — (podchwytywał złośliwie) — czyjeś słowa: „Ufaj wężowi bardziej niż kobiecie rozwiązłej, a kobiecie rozwiązłej więcej niż Pathanowi Mahbub Ali”. Otóż, pominąwszy Pathanów, do których i ja się zaliczam, słowa powyższe są w zupełności prawdziwe. Najprawdziwsze zaś bywają w wielkiej grze, ponieważ właśnie dzięki kobietom wszystkie zamysły spełzają na niczym, a nas samych potem ludziska o świcie znajdują z poderżniętym gardłem. Tak właśnie przydarzyło się jednemu… — i opowiedział całą rzecz, nie pomijając najjaskrawszych szczegółów.

1773

— Więc cóż…?

1774

Kim zatrzymał się przed obskurną klatką schodową, co wspinała się w parne pomrocze pokoju na piętrze, w tej połaci domu, która znajduje się za sklepem tytoniowym Azima Ullaha. Ci, którzy znają tę izbę, nazywają ją „klatką ptaszęcą” — tyle tu szeptów, poświstywań, świegotów.

1775

Izba, zawalona brudnymi poduszkami i niedopalonymi hookah, cuchnęła obrzydliwie zatęchłym tytoniem. W jednym kącie spoczywało ogromne, niezdarne babsko, odziane w zielonkawą gazę; jej brwi, nos, uszy, przeguby rąk, ramiona, kibić i kostki były obwieszone ciężkimi ozdobami krajowego wyrobu. Gdy się odwróciła, rozległ się chrzęst niby garnków miedzianych. Na balkonie za oknem miauczało zgłodniałe, chude kocisko. Kim oszołomiony stanął przy kotarze w drzwiach.

1776

— Czy to nowy towar, Mahbubie? — odezwała się Huneefa gnuśnie, ledwie racząc wysunąć z ust cybuch. — O Buktanoo! — (jak większość kobiet jej cechu, zaklinała się na dżinny[150] — o Buktanoo! Bardzo jest przystojny!

1777

— To przedgrywka do sprzedaży konia — tłumaczył Mahbub Kimowi; ten roześmiał się.

1778

— Takiej gadaniny nasłuchałem się od pierwszego tygodnia po urodzeniu — odparł, siadając w miejscu oświetlonym. — Do czego to prowadzi?

1779

— Do zabezpieczenia. Dziś zmienimy twą cerę. To sypianie pod dachem wybieliło cię jak migdał. Ale Huneefa zna farbę, która trzyma się dobrze; nie będzie to malowanie na parę dni. Ponadto uzbroimy cię przeciwko przygodom podróży. Taki to ode mnie otrzymasz podarunek, mój synu. Wyjmij wszystkie blachy, jakie masz na sobie, i złóż je tutaj. Zwijaj się prędzej, Huneefo!

1780

Kim wydobył kompas, mierniczą skrzynkę z farbami i świeżo napełnione pudełko z lekarstwami. Wszystko to towarzyszyło mu stale we wszystkich podróżach, a on, jak to chłopak, bardzo sobie cenił te sprzęty.

1781

Kobieta podniosła się z wolna i posuwała się, wyciągając ręce nieco przed siebie. Kim zmiarkował, że była ślepa.

1782

— Nie, nie — mruczała — Pathan mówi prawdę… moja farba nie schodzi w tydzień ani też w miesiąc, a ci, których zabezpieczę, mają niechybną uchronę.

1783

— Gdy się jest samemu gdzieś w obczyźnie, niedobrze jest nabawić się ni stąd ni zowąd jakichś wrzodów lub trądu — rzekł Mahbub. — Gdy żyłeś ze mną, mogłem wszystkiego dopilnować. Zresztą Pathan ma delikatną skórę. Rozbierz się do pasa i przypatrz się, jak wybielałeś.

1784

Huneefa właśnie wracała z pokoju w głębi, macając drogę.

1785

— Nie przejmuj się niczym, ona nie widzi — i wziął cynowy kubek z jej dłoni pokrytej pierścieniami.

1786

Farba okazała się niebieska i kleista. Kim, umoczywszy w niej płatek bawełny, spróbował jej na przegubie ręki; ale Huneefa dosłyszała to.

1787

— Nie, nie! — zawrzasła[151]. — Nie tak to się przystępuje do dzieła, ale z należytymi obrzędami. Malowanie nie jest tu rzeczą najważniejszą. Zabezpieczę cię zupełnie od przypadłości tej włóczęgi.

1788

— Czy to dżadu (czary)? — zapytał Kim, wzdrygnąwszy się nieco. Nie lubił patrzeć w białe, wzroku pozbawione źrenice. Mahbub, położywszy mu rękę na karku, zgiął go ku podłodze, tak iż nos chłopaka znalazł się na cal od desek.

1789

— Zachowaj się spokojnie. Nic ci się złego nie stanie, mój synu. Jestem twoją ofiarą.

1790

Nie mógł dostrzec, do czego wzięła się kobieta, ale przez kilka minut słyszał chrzęst jej ozdób. Zapałka rozkwieciła ciemności; wyróżnił dobrze mu znane parkotanie i mdły zapach ziarnek kadzidła. Potem izba napełniła się dymem… ciężkim, wonnym, odurzającym. Poprzez wzmagającą się senność słyszał imiona czartów: Zulbazana, syna Eblisa (Belzebuba), który przemieszkuje w bazarach i parach, powodując wszelkie nagłe, lubieżne szaleństwa spotykane na postojach przydrożnych; Dulhana, czającego się koło meczetów, który przebywa wśród pantofli wiernego pospólstwa[152], odwodząc ludzi nabożnych od modlitwy; a także imię Mazbuta, pana kłamstwa i lęku. Huneefa, to szepcząc chłopcu do ucha, to znów przemawiając jak gdyby z niezmiernej odległości, dotykała go obrzydliwie miękkimi palcami, lecz Mahbub nie wypuszczał jego karku ani na chwilę z silnego uchwytu. Na koniec Kim, wyrwawszy się z westchnieniem, runął bez zmysłów na ziemię.

1791

— Allach! Jakże on się opierał! Nigdy byśmy tego nie zdziałali inaczej, jak tylko ziołami. Przypuszczam, że to za sprawą jego białej krwi… — rzekł Mahbub zrzędnie. — Klepże dalej dawut (zaklęcia). Obdarz go zupełnym bezpieczeństwem.

1792

O, Słuchający! Ty, który słyszysz uszami, bądź obecny! Usłysz, o Słuchający! — jęczała Huneefa, zwracając zmartwiałe oczy w stronę zachodu. Ciemna izba napełniła się jękami i charczeniem.

1793

Z balkonu, od strony dworu, jakaś przysadzista postać wytknęła baniastą głowę i zakaszlała nerwowo.

1794

— Nie przeszkadzaj tej brzuchomównej czarownicy, przyjacielu! — dały się słyszeć angielskie słowa. — Wyobrażam sobie, że dla ciebie stanowi to wielką rozrywkę, ale żaden z oświeconych widzów nie da się tym zbić z tropu.

1795

— …Wszystko sprzysięgnę na ich zgubę! O proroku, miej wyrozumiałość dla niewiernych. Niech przez czas jakiś zostaną na uboczu! — twarz Huneeiy, zwrócona na północ, wykrzywiała się okropnie, a zdawało się, że spod pułapu odpowiadają jej jakowej głosy.

1796

Hurree Babu zagłębił się znów w notatniku opartym na parapecie okna, ale ręce mu się trzęsły. Huneefa, jak gdyby oszołomiona blekotem, siedziała w kucki przy bezwładnej głowie Kima, wijąc się na wszystkie strony, i wywoływała diabły — jednego za drugim, według starożytnej kolejności obrzędu, nakłaniając ich, by omijali wszelkie sprawy chłopaka.

1797

W jego ręku są klucze rzeczy Tajemnych! Nikt ich nie zna, prócz jego samego. On wie, co jest na lądzie i morzu!

1798

I znów posypały się nieziemskie, świszczące odpowiedzi.

1799

— Ja… ja się obawiam, czy te wszystkie zaczynki nie są aby szkodliwe? — ozwał się babu, przyglądając się muskułom na grdyce Huneefy, co drgały i targały się w skurczach, gdy baba przemawiała w przeróżnych modulacjach głosu. — Czy… czy nie zanosi się na to, że one mogą nam zabić chłopaka? W razie czego uchylam się od stawania za świadka w sądzie. Jakiegoż to domniemanego diabła wspomniała na końcu?

1800

— Babudżi — odrzekł Mahbub po hindusku. — Nie żywię szacunku dla biesów indyjskich, ale z synami Eblisa to zgoła inna sprawa: czy są dżumali (łaskawi), czy dzullali (groźni), nie lubię kafirów[153].

1801

— Więc sądzisz, że powinienem raczej się wynieść? — rzekł Hurree Babu, podnosząc się. — Są to, prawdę powiedziawszy, zjawiska zdematerializowane. Spencer mówi…

1802

Opętanie Huneefy, jak to bywa nieodbicie w takich razach, przeszło w paroksyzm wycia, a na wargi jej wybiegła piana. Wyczerpana i bezwładna spoczęła koło Kima; owe wariackie głosy ucichły.

1803

— Uff! Już się skończyła ta robota. Żeby to tylko chłopcu wyszło na dobre; a Huneefa to ćwik-baba w robieniu dawut. Pomóż mi ją przenieść, babu. Nie bój się!

1804

— Jakżebym mógł się obawiać rzeczy zgoła nieistniejących? — odparł Hurree Babu, umyślnie mówiąc po angielsku, by nabrać otuchy. — Byłożby to rzeczą okropną bać się guseł, które się bada z miną wyższości… zbierać przyczynki ludoznawcze dla Towarzystwa Królewskiego, a jednocześnie wierzyć szczerze we wszystkie moce ciemności.

1805

Mahbub parsknął śmiechem. Bywał ci on już przódziej[154] nieraz na włóczędze z Hurreem.

1806

— Dokończmyż tego malowania — rzekł. — Chłopak jest już zabezpieczony na dobre, jeżeli… jeżeli panowie przestworza mają uszy do słuchania. Sam jestem sufi (wolnomyślny), lecz kiedy można utrafić w słabą stronę kobiety, ogiera lub diabła, to czemuż napraszać się guza? Pokieruj no nim teraz, babu, i uważaj, żeby go ten stary czerwony kapelusz nie zaprowadził w jakieś miejsce, gdzie byśmy chłopaka nie mogli capnąć. Ja wracam do swych koni.

1807

All raight[155] — rzekł Hurree Babu. — Na razie mamy z niego ciekawe widowisko.


1808

ZabobonyOkoło trzeciego piania kogutów Kim ocknął się jakby z tysiącletniego snu. Huneefa chrapała ciężko w kącie, ale Mahbuba już nie było.

1809

— Przypuszczam, że kawaler się nie przestraszył — ozwał się ckliwy głos tuż za jego plecami. — Przyglądałem się całej brewerii, która była wielce ciekawa z etnologicznego punktu widzenia. Był to wyśmienity dawut.

1810

— Phu! — rzekł Kim, poznając Hurreego Babu, który uśmiechał się przychylnie.

1811

— Ponadto doznałem tego zaszczytu, żem ci przywiózł od Lurgana obecną twą odzież. Nie jest to mym zwyczajem zanosić oficjalnie takie stroje podwładnym, ale — parsknął śmiechem — ten wypadek ciebie się tyczący oznaczono w księgach jako wyjątkowy. Spodziewam się, że pan Lurgan zakarbuje sobie w pamięci mój postępek.

1812

Kim ziewnął i przeciągnął się. Tak mu było lubo wykręcać się znowu i obracać z boku na bok w swobodnych szatach.

1813

— Cóż to takiego? — zapytał, spoglądając z zaciekawieniem na ciężką wełnianą materię przesiąkniętą zapachami dalekiej północy.

1814

— Oho! To jest nie budzące podejrzeń ubranie, jakie winien nosić chela w służbie u lamaistycznego lamy. Najdokładniejsze we wszystkich szczegółach! — rzekł Hurree Babu, wytaczając się na balkon, by wypłukać sobie zęby nad miską. — Jestem zdania, że twój stary jegomość nie wyznaje akurat tej religii, lecz jedną z jej odmian. Uwagi na ten temat posłałem do Kwartalnika Azjatyckiego, ale je odrzucono. Otóż rzecz dziwna, że sam stary jegomość jest całkowicie pozbawiony religijności. Nie ma w nim nic osobliwego.

1815

— Czy go pan zna?

1816

Hurree Babu podniósł rękę na znak, że jest zajęty przepisowymi obrządkami, które towarzyszą czyszczeniu zębów i innym tego rodzaju czynnościom u szlachetnie urodzonych Bengalczyków. Potem zmówił po angielsku teistyczną modlitwę Aria-Samadżu[156] i zapchał sobie usta betelem i pan.

1817

— Oo, tak! Kilka razy nagabywałem go w Benares, a także i w Buddh Gaya o różne kwestie religijne i o kult szatanów. Jest to istny niedowiarek… coś jak ja.

1818

Huneefa ruszyła się we śnie. Hurree Babu poskoczył nerwowo ku miedzianej kadzielnicy, całej zakopconej i przyćmionej światłością poranku, umazał palec w warstwie sadzy i zrobił nim krychę na ukos twarzy.

1819

— Kto zmarł w tym domu? — ozwał się Kim językiem krajowym.

1820

— Nikt. Ale ta jędza mogłaby mnie urzec swym diabelnym okiem.

1821

— A więc, cóż teraz zamyślasz?

1822

— Wyprawię cię do Benares, jeżeli się tam wybierasz, i powiem ci, co winni znać wszyscy „nasi”.

1823

— Jadę tam. O której godzinie odjeżdża te-rain?

1824

Powstał na równe nogi, obejrzał całą izbę i żółtą jak wosk twarz Huneefy; promienie wschodzącego słońca słały się nieznacznie na podłodze.

1825

— Czy trzeba zapłacić tej wiedźmie?

1826

— Nie. Ona cię zaczarowała przeciwko wszelkim diaskom i wszelkim niebezpieczeństwom… w imieniu swoich czartów. Takie było życzenie Mahbuba.

1827

Po czym dodał po angielsku:

1828

— Zdaje mi się, że jest on bardzo zacofany, skoro ulega takim przesądom. Przecież to wszystko polega na brzuchomówstwie… gadaniu brzuchem… hę?

1829

Kim mimowolnie strzelił palcami, by zażegnać wszelkie licho (wiedział, że Mahbub nie życzył mu nic złego) — jakie mogło się zaplątać w zaklątki Huneefy. Hurree zaśmiał się ponownie; lecz gdy przechodził przez izbę, baczył pilnie, żeby nie przydeptać skulonego, krępego cienia Huneefy na podłodze. Jędze, gdy przyjdzie ich pora, mogą capnąć za pięty człowieka, który by się ważył to uczynić.

1830

— Teraz musisz słuchać uważnie! — rzekł babu, gdy wydostali się na świeże powietrze. — Do obrzędów, których byliśmy świadkami, należy między innymi dostarczenie skute-ecznego amuletu dla członków naszego wydziału. Poma-acaj się po szyi, a znajdziesz srebrny amulecik, ba-arrdzo tani. To jest nasz amulet. Rozumiesz?

1831

— O tak, hawa-dilli (podnosiciel serc) — rzekł Kim, obmacawszy szyję.

1832

— Huneefa wyrabia je po 2 rupie 12 ann wraz… z wszelkimi zażegnaniami. Są zupełnie pospolite, z tą różnicą, że są miejscami czarno-emaliowane, a w każdym znajduje się papier zapisany imionami miejscowych świątków i innymi bazgrotami. Widzisz, tak to się przedstawia Huneefa! Huneefa robi je ty-ylko dla nas, lecz w razie, gdyby tego nie uczyniła, to my, dostawszy je, wkładamy dla uniknięcia wątpliwości okruszek turkusu; daje nam je pan Lurgan. Nie ma innego źródła ich nabywania; ale to wszystko moim jest pomysłem. Oczywiście jest to rzecz zgoła nieofi-icjalna, ale wygodna dla podwładnych. Pułkownik Creighton nie wie o tym; on jest Europejczykiem. Turkus jest zawinięty w papier… Tak, tędy idzie się do dworca… Dajmy na to, że podróżujesz z lamą lub chociażby kiedyś i ze mną, czy z Mahbubem. Dajmy na to, że znajdziemy się w opałach. Jestem człekiem bojaźliwym… bardzo bojaźliwym… ale bywa-ałem w niemałych tarapatach więcej razy, niż mam włosów na głowie. Mó-ówisz tedy: „Jestem synem czaru”. I wszystko idzie jak z pła-atka.

1833

— Nie wszystko rozumiem. Ale niech ludzie tu nie słyszą, że mówimy po angielsku.

1834

— Zupełna ra-acja. Jestem tylko babu, co chce się wobec ciebie popisać znajomością angielszczyzny. Wszyscy my, babu, mówimy po angielsku dla popisu — odpowiedział Hurree, owijając się wdzięcznie szalem. — Jakem ci właśnie miał wyjaśnić, słowa „syn czarów” oznaczają, że pono jesteś członkiem Sat Bhai… związku siedmiu braci… jest to po hindusku i tantrycku[157]. Powszechnie mniemają, że ten związek już należy do przeszłości, ale ja napisałem rozprawy dowodzące jego istnienia po dziś dzień. Widzisz, że wszystko to jest moim pomysłem. Ba-ardzo dobrze. Sat Bhai ma wielu członków, a kto wie, czy zanim nie poderżną ci sprawnie gardła, właśnie im nie będziesz zawdzięczał życia. Bądź co bądź, może się to przydać. Co więcej, te półgłówki-krajowcy, o ile nie są zanadto rozdrażnieni, zawsze zastanawiają się długo, zanim odważą się zabić kogoś, kto powiada, że należy do jakiejś odrębnej organizacji. A widzisz? Gdy więc znajdziesz się w opałach, powiesz: „jestem synem czarów”, a może… ach… może… natrafisz na wiatr pomyślny. Ale to tylko w razach ostatecznych lub dla nawiązania stosunków z cudzoziemcem. Czy ci to wszystko jasne? Ba-arrdzo dobrze. Lecz, dajmy na to, że ja (lub ktoś z departamentu) przychodzę do ciebie ubrany zgoła odmiennie. Głowę daję, że nie poznałbyś mnie, chyba żeby mi się tak podobało. Kiedyś ci te-ego dowiodę. Przychodzę więc w stroju przekupnia ladakhijskiego… czy jakim innym… i mówię do ciebie: „Chcesz kupić drogie kamienie?”. Ty na to: „Czyż wyglądam na człowieka, co kupuje drogie kamienie?”. Wówczas ja rzekę: „Nawet człek ba-ardzo biedny może kupić turkus lub tarkeean”.

1835

— Toć przecie jest kichree… barszcz jarzynowy! — rzekł Kim.

1836

— Juści, że tak. Ty powiesz: „Niech no zobaczę ten tarkeean”. Jać na to: „Gotowała go kobieta i może to zaszkodzi twej kaście”. Ty zaś rzeczesz: „Mniejsza o kastę, gdy ktoś chce… skosztować tarkeean”. Zawahasz się na chwilę między słowami „chce” i „skosztować”. Na tym polega cała tajemnica. Mały przestanek między wyrazami.

1837

Kim powtórzył całe hasło.

1838

— Doskonale. Wtedy ja za nadarzoną sposobnością pokażę ci swój turkus; ty poznasz, ktom ja, i nastąpi wymiana spostrzeżeń, dokumentów itp. Tak też się sprawa przedstawia z każdym z nas. Mówimy raz o turkusach, to znowu o tarkeeanie, ale zawsze uwzględniając ten mały przestanek między wyrazami. To rzecz ba-ardzo wygodna. Najpierw więc „syn czarów”, gdy znajdziesz się w tarapatach. Może ci to pomóc… może i nie. Po wtóre to, com ci mówił o tarkeeanie, jeżeli chcesz załatwiać sprawę urzędo-ową z obcym człowiekiem. Na razie, ma się rozumieć, nie masz jeszcze żadnych spraw urzędo-owych. Jesteś… aha!… nadliczbowym, wziętym na próbę. Stanowisko całkiem wyjątkowe. Gdybyś był rodowitym Azjatą, mógłbyś już być użyty do odpowiedniej służby; ale ten półroczny urlop ma cię do cna… odangielszczyć, rozumiesz? Lama ciebie wyczekuje, bo doniosłem mu półurzędo-ownie, żeś już zdał wszystkie egzaminy i wkrótce otrzymasz posadę rządową. Oho! Jak widzisz, pobierasz pła-acę jako tymczasowy zastępca; przeto, jeżeli cię wezwą na pomoc „synom czaru”, pamiętaj spisywać się gracko. Muszę się z tobą teraz pożegnać, mój miły kolego, a spodziewam się, że… ach… zajdziesz ba-ardzo wysoko…

1839

Hurree Babu cofnął się parę kroków, wmieszał się w tłum u wejścia na dworzec lucknowski… i znikł. Kim odetchnął głęboko i obmacał się dokładnie. W zanadrzu posępnej żałobnej szaty wyczuł niklowany rewolwer, na szyi wisiał amulet; tykwa żebracza, różaniec i sztylet przeciwko upiorom (pan Lurgan o niczym nie zapomniał) — wszystko to było na podorędziu wraz z lekarstwami, pudełkami farb i kompasem; zasię w starej, wyszarzanej kalecie, wyszywanej w różne desenie kolcami jeżowca, spoczywała pensja całomiesięczna. I król nie mógł być bogatszy. U sklepikarza-Hindusa nakupił sobie słodyczy zawiniętych w liść i zajadał je z radosnym zachwytem, póki policjant nie kazał mu się wynosić na cztery wiatry.

Rozdział XI

Gdyby człek taki, co się nie wykształci

W swym fachu, chciał ci

Rzucać sztylety — i znów je poławiać,

Chwytać monety — i sztuki wyrabiać,

Wyrządzać krzywdę mężom — i znów ich uzdrawiać,

Narzucać urok wężom — i znów je przywabiać,

Ten się skaleczy sam własnym żelazem,

Węże nie pójdą za jego rozkazem,

Niezgrabność swoją da poznać naocznie:

Ludzkie języki nie puszczą mu płazem!…

Kuglarz z krwi-kości inaczej se pocznie:

Garść piachu, owoc trafem spadły z drzewa,

Kwiatek uwiędły albo laska cudza

Służy w potrzebie, do czynu zagrzewa,

Wiąże czar albo do śmiechu pobudza!

Ale człek taki, co itd. Op. 15.

1840

Nagle przyszło łatwe do zrozumienia opamiętanie. „Oto jestem sam… samiutki… — rozmyślał. — W całych Indiach nie ma człowieka tak osamotnionego, jak ja! Jeżeli dziś kitę odwalę, to kto zaniesie o tym wieść… i komu? Jeżeli będę żyw, a Pan Bóg łaskaw dla mnie, to na głowę moją nałożą cenę, bom ci jest synem czaru… ja, Kim”.

1841

Zdarza się to bardzo niewielu ludziom białym, a za to wielu Azjatom, że zapadają w pewien stan oszołomienia przez ustawiczne powtarzanie własnego nazwiska, przy czym umysł ich zapuszcza się w dociekania co do tzw. tożsamości osobistej. Gdy człek się posunie w latach, siła ta zazwyczaj zanika, lecz dopóki jeszcze trwa, zdolna jest owładnąć człowiekiem o każdej chwili.

1842

— Któż jest Kim… Kim… Kim?

1843

Przycupnął w kącie gwarnej, echem dzwonnej poczekalni, oderwany od wszelkich innych myśli; założył ręce na brzuchu, a źrenice mu się zrobiły maleńkie ni to koniuszki szpilek. Czuł, że w jednej chwili… może w pół sekundy… doszedłby do rozwiązania tej straszliwej zagadki; lecz jak to bywa, tutaj właśnie jego myśl niby raniony ptak runęła z tych wyżyn… Przetarłszy oczy, potrząsnął głową.

1844

Długowłosy bairagi (pokutnik) hinduski, który przed chwilą kupił bilet, stanął w tej chwili przed Kimem i jął się weń wpatrywać uważnie.

1845

— Jam także ją utracił — ozwał się posępnie. — Jest to jedna z bram ku drodze zbawienia, lecz była mi ona zamknięta przez wiele lat.

1846

— O czymże mowa? — rzekł Kim stropiony.

1847

— Oto w duchu zastanawiałeś się, czym jest twa dusza. Napadło cię to nagle. Ja się na tym znam. Któż by się znał, jak nie ja? Gdzież to dążysz?

1848

— Do Kashi (Benares).

1849

— Tam nie ma bogów. Zbadałem ich naturę. Ja wybieram się po raz piąty do Prayag (Allahabad)… szukając drogi oświecenia. Jakiejże ty jesteś wiary?

1850

— Jestem również poszukiwaczem — rzekł Kim, używając jednego z ulubionych wyrażeń lamy. — Chociaż… — (zapomniał na chwilę o swym północnym stroju) — chociaż jedynie Allach wie, czego szukam.

1851

Stary bairagi wysunął spod pachy dziadowskie szczudło i usiadł na skrawku rudawej skóry lamparciej. Kim powstał, bo oznajmiono nadejście pociągu idącego w stronę Benares.

1852

— Idź z ufnością, braciszku — ozwał się świątobliwiec. — Długać to droga do stóp Jedynego, ale tam wędrujemy wszyscy.

1853

Po tych słowach Kim nie odczuwał już takiej pustki, a zanim ujechał dwadzieścia mil, już swych sąsiadów w natłoczonym przedziale ubawił całą serią najprzedziwniejszych bajań o zdolnościach czarnoksięskich swoich i swego mistrza.

1854

Benares wydało mu się miastem niezwykle brudnym, choć miło mu było się przekonać, jak tu szanowano jego odzienie. Przynajmniej trzecia część ludności tutejszej modli się do tej lub owej gromadki spośród kilkumilionowej rzeszy bożków, przeto czczą tu wszelkich ludzi świętych. Do świątyni Tirthankerów leżącej prawie o milę za miastem, koło Samath, zaprowadził Kima spotkany przypadkowo dzierżawca pendżabski, Kamboh spod Dżullundur, który od dawna nadaremnie modlił się kolejno do wszystkich bogów ojczystych, by wyleczyli mu nieletniego synka, aż wreszcie, próbując ostatniej deski ratunku, udał się do Benares.

1855

— Czy pochodzisz z północy? — zagadnął wieśniak, przebijając się przez ciżbę ludzi na manowcach wąskich, cuchnących uliczek i prąc w nich całą siłą swego ciała, niby jego ulubiony byk w rodzinnej zagrodzie.

1856

— A jakże! Znam Pendżab. Matka moja była Pahareen (góralka), ale ojciec pochodził z Amritzar koło Dżandiali — odrzekł Kim, naoliwiając sobie już zawczasu sprawny język do wędrówki.

1857

— Dżandiala… Dżullundur? Oho! Więc jesteśmy poniekąd sąsiadami. — pokiwał tkliwie głową nad kwilącym dzieckiem na ręku. — Komuż to służysz?

1858

— Wielce świątobliwemu człowiekowi w świątyni Tirthankerów.

1859

— Wszyscyć oni są wielce świątobliwi i… wielce łakomi — ozwał się Dżat z goryczą. — Obszedłem wszystkie słupy i wydeptałem wszystkie świątynie, aż sobie poodparzałem stopy… a dziecko nie wydobrzało ani troszeczkę. A matka też choruje… Cichoj, cichojże, maluśki… Zmieniliśmy mu imię, gdy go napadła febra. Ubieraliśmy go w szatki dziewczęce. Niczegośmy nie omieszkali, chyba… mówiłem to jego matce, gdy mnie wyprawiała do Benares… chyba i ona powinna była jechać ze mną… mówiłem, że Sakhi Sarwar Sułtan najwięcej nam pomoże. Znamy jego łaskawość, natomiast te dolskie bóstwa są nam obce.

1860

Dziecko trzymane w objęciu jego olbrzymich, splecionych ramion obróciło się i spojrzało spod ociężałych powiek na Kima.

1861

— I wszystko to było bezskuteczne? — zapytał Kim z uprzejmym zainteresowaniem.

1862

— Wszystko bezskuteczne… wszystko bezskuteczne! — odrzekło dziecko wargami spękanymi od gorączki.

1863

— Przynajmniej bogowie dali mu roztropność — rzekł ojciec z dumą. — Pomyśleć sobie, że on słuchał nas tak rozsądnie! Tam oto jest twoja świątynia. Otóż jestem człowiekiem ubogim… wielu kapłanów brało mnie w obroty… ale syn jest zawsze synem, więc jeżeli ofiara złożona twemu mistrzowi może uleczyć mi dziecię… Już doprawdy sam nie wiem, co począć…

1864

Kim zamyślił się na chwilę, oszołomiony dumą. Trzy lata temu wyzyskałby natychmiast taką sytuację, a potem poszedłby w swoją drogę, nie zaprzątając sobie już niczym głowy; ale teraz sama cześć, jaką okazywał mu Dżat, świadczyła, że brano go już za mężczyznę. Zresztą sam już kilkakrotnie miewał febrę, więc na pierwszy rzut oka poznał wielkie wycieńczenie z głodu.

1865

— Przywołaj go tu, a ja mu dam kwit na najlepszy mój zaprząg, byle wyleczył mi dziecko.

1866

Kim zatrzymał się przed rzeźbionymi wrotami świątyni. Biało ubrany bankier oswalski z Adżmiru, który dopiero co zmył z siebie grzechy lichwiarstwa, zapytał go, czego tu szuka.

1867

— Jestem chelą lamy Teshoo, świątka z Bhotiyal… który tu mieszka. Kazał mi tu przybyć. Powiedz mu, że czekam.

1868

— Nie zapominaj o dziecku! — jęczał mu poprzez ramię natrętny Dżat, a potem jął się wydzierać po pendżabsku: — O święty… o uczniu świętego… o bóstwo nad wszystkimi światami… spójrzcie na boleść siedzącą u wrót!

1869

Ten krzyk słyszy się tak często w Benares, że przechodnie nawet nie odwracali głów. Oswal, pojednany z bliźnimi, poniósł zlecenie kędyś w mrok przed siebie. Płynęły chwile za chwilami, gnuśnie, bez liczby, bez końca, jak to bywa na Wschodzie; albowiem lama spał, a nikt z kapłanów nie ważył się go budzić. Gdy pobrzęk jego różańca przerwał znów ciszę wnętrznego[158] dziedzińca, gdzie stoją spokojne wizerunki Arhatów, jeden z nowicjuszów szepnął:

1870

— Twój chela przybył.

1871

Starzec wypadł co rychlej na dwór, nie dokończywszy nawet pacierza. Zaledwie jego wyniosła postać ukazała się w sieni, na spotkanie wybiegł Dżat i wznosząc dziecko zawołał:

1872

— Spójrz na niego, mężu święty; a jeśli bogi tego chcą, on będzie żył… będzie żył!

1873

Pogmerał w kalecie i wyciągnął drobny srebrny pieniążek.

1874

— Cóż to takiego? — zapytał lama, patrząc na Kima; rzecz godna uwagi, że mówił językiem Urdu o wiele czyściej niż ongi[159], pod Zam-Zammah. Ale ojciec nie zezwolił na prywatne pogawędki.

1875

— Nic innego, tylko febra — rzekł Kim. — Dziecko jest źle odżywiane.

1876

— Ono zapada w chorobę z byle powodu, a nie ma tu jego matki.

1877

— Jeżeli pozwolisz, mogę go uleczyć, o święty.

1878

— Co? Zrobili cię lekarzem? Zaczekaj no! — rzekł lama, siadając obok Dżata na najniższym stopniu świątyni; tymczasem Kim, rozglądając się ukradkiem, otworzył nieznacznie puzdereczko betelu. W szkole roił sobie, że powróci do lamy jako sahib… że będzie się droczył ze staruszkiem, zanim da mu się poznać… ot takie fanaberie dziecinne! Ale więcej intrygi było w tym namarszczeniu brwi i tym niesamowitym przerzucaniu słoiczków z lekarstwami, którą to czynność od czasu do czasu przerywały chwile zadumy lub mamrotania zaklęć. Miał tam Kim chininę w tabletkach i ciemnobrunatne kostki bulionu — zapewne wołowego, ale jego to nie obchodziło. Maleństwo nie chciało jeść, ale chciwie jęło wysysać jedną z tabliczek mówiąc, że mu to przypomina smak soli.

1879

— Weź więc sześć takich — rzekł Kim, wręczając je dzierżawcy. — Wysławiaj bogów i ugotuj w mleku trzy takie pastylki, a trzy w wodzie. Gdy wypije mleko, daj mu to — (było to pół dawki chininy) — i owiń go ciepło. Gdy się obudzi, daj mu trzy drugie rozpuszczone w wodzie i drugą połówkę tej białej pigułki. A tymczasem masz tu jeszcze inne brązowe lekarstwo, niech je sobie liże, wracając do domu.

1880

— Bogowie! Co za mądrość! — rzekł Kamboh, chwytając to wszystko.

1881

Było to wszystko, co Kim zdołał sobie przypomnieć z własnej kuracji podczas ataku jesiennej malarii… jeżeli pominąć całą tę paplaninę, dodaną na przyczynek, celem oczarowania lamy.

1882

— A teraz odejdź! Przyjdź znowu jutro rano.

1883

— Ależ zapłata… zapłata… — ozwał się Dżat, odwracając rozrosłe bary. — Dyć[160] mój syn, to mój syn. Teraz, gdy on wyzdrowieje, jakoż wrócę do jego matki i powiem, że po drodze doznałem wspomożenia, a w zamian nie dałem memu dobroczyńcy nawet misy zsiadłego mleka?

1884

— Wszyscy ci Dżatowie są jednacy! — rzekł Kim z pobłażliwą wyrozumiałością. — Stał raz Dżat na swym śmietniku, a obok przejeżdżały słonie królewskie. „Hej, poganiaczu! — zawołał — za ile mi sprzedasz te osły?”.

1885

Dżat wybuchnął hucznym śmiechem, który jednak stłumił niebawem, i jął tłumaczyć się przed lamą.

1886

— Tak to istotnie mawiają w moich stronach rodzinnych… ot takie prześmiewki. Tacyśmy to wszyscy, Dżatowie. Jutro przyjdę z dzieckiem, a błogosławieństwo bóstw domowych… które są dobrymi bożętami… niech spłynie na nas obu… No, chłopysiu, nabierzemy znów zdróweczka i krzepy! Nie wypluwaj tego, moje książątko! Królu mego serca, nie wypluwaj tego, a do rana wyrośniemy na silnych ludzi, zapaśników, władców buławy.

1887

Oddalił się, bełkocząc coś i nucąc sobie pod nosem. Lama zwrócił się do Kima, a ze zwężonych jego oczu wyjrzała cała dusza, stara i miłująca.

1888

— Uzdrowienie chorego jest zdobywaniem zasługi, lecz wprzód należy pozyskać wiedzę. Mądrześ postąpił, Przyjacielu całego świata.

1889

— Stałem się mądry dzięki tobie, o święty — rzekł Kim. Zapomniał o odegranej przed chwilą komedii, zapomniał o szkole św. Ksawerego, zapomniał o swej białej krwi; zapomniał nawet o Wielkiej Grze i schylił się na sposób mahometański, by uścisnąć stopy swego mistrza, obsypane pyłem świątyni Dżeinów. — Tobie zawdzięczam swą naukę. Przez trzy lata jadłem twój chleb. Czas mój się dopełnił. Wypuszczono mnie ze szkół. Przybywam do ciebie.

1890

— W tym dla mnie nagroda. Wejdźże, wejdź! I dobrze ci się powodzi? — Weszli na dziedziniec w głębi, gdzie wdzierał się złocisty blask słońca staczającego się ku zachodowi. — Stań no, niechże ci się przypatrzę! No, no! — Przyjrzał mu się badawczym okiem. — To już nie dziecko, lecz mężczyzna, dojrzały w mądrości, biegły w sztuce lekarskiej. Dobrzem uczynił… dobrzem uczynił w ową noc czarną, kiedy cię oddałem ludziom zbrojnym. Czy pamiętasz pierwsze nasze spotkanie pod Zam-Zammach?

1891

— A ino[161]! — rzekł Kim. — Czy pamiętasz, jak wyskoczyłem z powozu, pierwszego dnia, gdym przybył do…

1892

— Do wrót wiedzy? No chyba! A ten dzień, kiedyśmy razem jedli placki nad rzeką koło Nucklao? Oho! Wiele razy chodziłeś dla mnie po prośbie, ale w ów dzień ja żebrałem dla ciebie.

1893

— Nie bez kozery! — podchwycił Kim. — Byłem wówczas uczniem w podwojach nauki i ubrany za sahiba. Nie zapominaj, o święty — mówił dalej żartobliwie — że jestem jeszcze sahibem… z twojej łaski…

1894

— Prawda! I to jeszcze sahibem bardzo poważanym; chodź no, chelo, do mojej celi.

1895

— Skądże ty wiesz o tym?

1896

Lama uśmiechnął się.

1897

— Najpierw z listów dobrotliwego księdza, któregośmy spotkali w obozie zbrojnych ludzi; ale ów odjechał do swej ojczyzny, a ja posyłałem pieniądze jego bratu…

1898

(Pułkownik Creighton, na którego ojciec Wiktor, odjeżdżając z Maverickami do kraju, przelał swe pełnomocnictwa, nie był wcale bratem kapelana).

1899

— …ale listy sahibów nie są mi nazbyt zrozumiałe; trzeba mi je tłumaczyć. Wybieram drogę pewniejszą. Wielekroć, gdym ze swych poszukiwań powracał do świątyni, która zawsze mi była gniazdem, przybywał tu człek szukający oświecenia… rodem z Leli… mówił o sobie, że był przody wyznawcą religii hinduskiej, ale sprzykrzyły mu się te oto wszystkie bóstwa.

1900

Lama wskazał ręką Arhaty.

1901

— Człek dobrej tuszy? — zapytał Kim, a oczy mu się zaiskrzyły.

1902

— O, bardzo otyły!… Ale wkrótce zmiarkowałem, że umysł jego był zaprzątnięty bezużytecznymi fraszkami… dowiadywał się o diabły, gusła, o sposoby i obrzędy picia herbaty w naszych klasztorach oraz o procedurę przyjmowania nowicjuszów. Człek niewyczerpany w pytaniach; ale on był twoim przyjacielem, chelo. Opowiadał mi, że miałeś pozyskać wielkie zaszczyty jako pisarz. Ja zaś widzę, że jesteś lekarzem.

1903

— Tak, jestem… pisarzem, dopóki jestem sahibem, ale z tym wszystkim teraz kwita, skoro występuję jako twój uczeń. Jużem przebył lata przepisane dla sahibów.

1904

— Więc jakby nowicjat? — zapytał lama, kiwając głową. — Czy cię już zwolniono ze szkół? Nie chciałbym mieć w tobie niedouka.

1905

— Jestem już wolny jak ptak. Gdy nadejdzie czas po temu, obejmę posadę rządową jako pisarz…

1906

— Nie jako wojownik. To dobrze.

1907

— Lecz wpierw powałęsam się… z tobą. Dlategom tu przybył. Kto teraz żebrze dla ciebie? — przebiegł prędko na inny temat, niby czując kruchość lodu pod stopami.

1908

— Bardzo często sam żebrzę; lecz, jak ci wiadomo, jestem tu rzadkim gościem, co najwyżej przybywałem tu, by zobaczyć się znów z mym uczniem. Z jednego krańca Indii na drugi podróżowałem pieszo i te-rainem. Jakaż to wielka i czarowna kraina! Lecz gdy tu wstąpię, to mi się zdaje, żem jest we własnym Bhotiyalu.

1909

Rozejrzał się z zadowoleniem po schludnej celce. Za siedzisko miał niską sofę, na której usadowił się, podwinąwszy nogi pod siebie na wzór Bodhisata budzącego się z zadumy; przed nim stał czarny stół z drzewa tekkowego, wysoki nieledwie na dwadzieścia cali, a zastawiony miedzianymi filiżankami. W kącie widniał maluchny ołtarzyk, również z niezdarnie dłutowanej tekki, na którym wznosił się miedziany, lecz złocony posąg siedzącego Buddy, przed tym zaś stała lampa, kadzielnica i kilka miedzianych doniczek z kwiatami.

1910

— Strażnik wizerunków w Domu Cudów pozyskał zasługę w roku ubiegłym, ofiarując mi to wszystko — wyjaśnił lama, idąc za spojrzeniem Kima. — Gdy się jest daleko od kraju rodzinnego, takie przedmioty budzą wspomnienia; a winniśmy czcić Pana, że wskazał drogę. Patrz no! — i wskazał na dziwacznie usypany kopiec farbowanego ryżu, uwieńczony fantastycznym wywijasem metalowym. — Gdy byłem przeorem w swoich stronach… zanim nie doszedłem do lepszego zrozumienia rzeczy… składałem co dzień taką ofiarę. Jest to ofiarowanie wszechświata Panu. Tak to my w Bhotiyalu ofiarujemy codziennie cały świat Najwyższemu Prawu. A czynię to nawet obecnie, choć wiem, że Najdoskonalszy jest niedosiężny, zarówno niedolą, jak i pochlebstwem.

1911

Zażył tabaki z tykwy.

1912

— Pięknie to zrobiłeś, o święty — mruczał Kim, bardzo szczęśliwy, choć nieco znużony, opadając z lubością na poduszki.

1913

— A oprócz tego — terkotał staruszek — rysuję sobie wyobrażenie Koła żywota. Obraz bywa gotów w ciągu trzech dni. Byłem nim właśnie zajęty… a może tylko na chwilę zamknąłem oczy… gdy mi przyniesiono wieść o twym przybyciu. Dobrze, że cię tu mam; pokażę ci moje malowidła… nie dla przechwałki, ale żebyś się z nich uczył. Sahibowie nie posiedli jeszcze całej mądrości świata.

1914

Wydobył spod stołu arkusz dziwnie woniejącego żółtego papieru chińskiego, pędzelki i tafelkę tuszu indyjskiego. W przedziwnie czystych, surowych zarysach nakreślił wielkie koło o sześciu szprychach, którego piasta mieściła złączoną postać wieprza, węża i gołębia (ciemnota, gniew i pożądliwość), a w przegrodach były uwydatnione wszystkie kręgi piekła i nieba oraz wszelkie koleje życia ludzkiego. Powiadają, że sam Bodhisat pierwszy wyrysował je ziarnkami ryżu na piasku, by przedstawić swym uczniom podstawę wszechrzeczy. W ciągu wielu wieków skrystalizowało się w przecudaczny symbol, zatłoczony setkami figurek, których każda kreska ma odrębne znaczenie. Niewielu ludzi potrafi wytłumaczyć alegorię malowidła; w całym świecie nie ma i dwudziestu takich, którzy umieją rysować to wszystko pewną ręką, nie mając wzoru przed oczyma; a takich, którzy by potrafili i wyrysować, i wyjaśnić, jest zaledwie trzech.

1915

— Uczyłem się nieco rysunków — rzekł Kim. — Lecz to jest cud nad cudy.

1916

— Rysowałem takie rzeczy całymi latami — rzekł lama. — Był czas, że potrafiłem to narysować pomiędzy jednym a drugim zapaleniem lampy. Nauczę cię tej sztuki… po należytym przygotowaniu… i ukażę ci znaczenie koła.

1917

— A więc wyruszamy w drogę?

1918

— W drogę i na poszukiwania. Czekałem tylko na ciebie. W stu widzeniach sennych… zwłaszcza w jednym, w noc następną po owym dniu, kiedy za tobą zamknęły się po raz pierwszy podwoje wiedzy… miałem objawienie, że bez ciebie nigdy nie znajdę rzeki. Raz po raz, jak ci wiadomo, odrzucałem od siebie tę myśl, bojąc się złudzenia. Dlatego to nie chciałem wziąć cię z sobą owego dnia, gdyśmy razem jedli placki w Lucknow. Nie chciałem cię brać, póki nie nadejdzie pora odpowiednia i pomyślna. Chodziłem od gór do morza, od morza do gór, lecz nadaremnie. Wtedy wspomniałem sobie Dżatakę.

1919

Opowiedział Kimowi przypowieść o słoniu w kajdanach, tak jak ją często opowiadał kapłanom dżeińskim.

1920

— Nie potrzeba dalszych dowodzeń — zakończył ufnie. — Byłeś mi zesłany do pomocy. Gdy mi odjęto tę pomoc, poszukiwania moje spełzły na niczym. Przeto wyruszymy znów razem, a na pewno wyprawa nie będzie bezowocna.

1921

— Dokądże się udamy?

1922

— Na cóż o tym myśleć, Przyjacielu całego świata? Mówię ci, poszukiwania nasze nie będą bezowocne. Gdy czas nadejdzie, rzeka wytryśnie z ziemi przed nami. Zdobyłem sobie zasługę, gdym cię posłał w podwoje wiedzy, i dałem ci ten klejnot, jakim jest mądrość. Dopiero co widziałem, że powróciłeś jako naśladowca lekarza Sakyamuniego[162], tego, który posiada wiele ołtarzy w Bhotiyal. To wystarcza. Jesteśmy razem i wszystko jest, jak było… Przyjacielu całego świata… Przyjacielu gwiazd… mój chelo!

1923

Potem jęli gawędzić o sprawach świeckich; jednakowoż, rzecz osobliwa, lama ani razu nie zapytał o szczegóły życia w zakładzie św. Ksawerego ani nie zaciekawił się, nawet w najmniejszym stopniu, zwyczajami i obyczajami sahibów. Dusza jego cała nurzała się jeno w przeszłości, a pamięć wskrzeszała każdy krok ich pierwszej wspólnej podróży, tak pełnej cudów i dziwów; staruszek zacierał ręce i chichotał, aż wreszcie z lubością zapadł w nagły sen, właściwy jego wiekowi.

1924

Kim, przyglądając się ostatnim promieniom słońca, co rozedrgane pyłem schodziły z podwórza, bawił się różańcem i sztyletem do odpędzania upiorów. Wrzawa Benaresu, najstarszego z miast ziemskich, co dniem i nocą czuwa przed obliczem bogów, uderzała zewsząd o mury, niby huk zwałów morskich wokoło kamiennego mola. Od czasu do czasu jakiś kapłan dżeiński, niosąc bożkom drobną ofiarę, szedł przez podwórze i zamiatał drogę dokoła siebie, by przypadkiem nie odebrać życia jakiej istocie żyjącej. Zamigotała lampa i ozwał się pogłos pacierzy. Kim patrzył i patrzył, jak gwiazdy jedna po drugiej jawiły się w cichej kleistej pomroczy — aż w końcu usnął u podnóża ołtarza. Tej nocy śniło mu się wszystko już po hindostańsku, bez przymieszki choćby jednego angielskiego słowa…

1925

— O święty, a jakże będzie z tym dzieckiem, któremu daliśmy lekarstwo? — ozwał się Kim około godziny trzeciej z rana, gdy lama, obudziwszy się też ze snu, chciał natychmiast wyruszyć w pielgrzymkę. — Dżat będzie tu o świcie.

1926

Starość, Dzieciństwo— Dobrześ mi odpowiedział. W pośpiechu omal nie dopuściłem się przewiny. — Usiadł na poduszkach i powrócił do różańca. — Juści, ludzie starzy są jak dzieci! — rzekł z przejęciem. — Zachciewa im się szybki z okna… ciewy[163], już trzeba im to dać zaraz, bo będą się ciskać ze złości i beczeć! Niejednokrotnie, gdym odbywał podróż, miałem ochotę tupać nogami, gdy mi drogę zagrodziła maża[164] zaprzężona w woły lub tylko tuman kurzu. Nie tak to bywało niegdyś… gdym był w pełni sił męskich. Bądź co bądź, to rzecz zdrożna.

1927

— Ależ tyś naprawdę stary, o święty!

1928

— Stało się. Świat podlega odwiecznej Przyczynie i któż, stary czy młody, chory czy zdrowy, świadomy czy niewiedzący, może wpłynąć na działanie tej Przyczyny? Czy zatrzyma się koło, jeżeli kręci nim dziecko… lub człek pijany? Chelo, ten świat jest wielki i straszny!

1929

— Mnie wydaje się on dobry! — ziewnął Kim. — Czy masz co do jedzenia? Akurat od wczoraj nic nie miałem w ustach.

1930

— Zapomniałem o twoich potrzebach. Tam oto jest dobra herbata bhotiyalska i zimny ryż.

1931

— Niedaleko zajdziemy o takiej strawie!

1932

Kim czuł iście europejski apetyt na mięso, którego tknąć nie wolno w świątyni dżeińskiej. Jednakowoż zamiast puścić się od razu z miską po prośbie, nabił sobie żołądek porcją zimnego ryżu. Z białym dniem nadciągnął dzierżawca, bardzo ożywiony, bełkocząc z radości.

1933

— W nocy gorączka spadła i wystąpiły poty — krzyczał. — Pomacajcie… jaką ma skórę gładką i świeżą! Bardzo mu smakowały słone tabletki i chciwie pił mleko.

1934

Ściągnął zasłonę z twarzy dziecka, a ono uśmiechnęło się sennie do Kima. U wrót świątyni zebrała się gromadka kapłanów dżeińskich i milcząc, nie mniej bacznie przyglądała się wszystkiemu. Wiedzieli (a Kim wiedział, że wiedzieli), jak to stary lama powitał swego ucznia. Jako ludzie uprzejmi, nie narzucali się w ciągu nocy swą obecnością, słowami lub wyrazem twarzy; Kim odwdzięczył się im za to o wschodzie słońca.

1935

— Podziękuj, bracie, bogom dżeińskim — przemówił, nie wiedząc, jak się nazywały te bożki. — Gorączka istotnie przeminęła.

1936

— Spójrzcie no! Patrzcie! — mówił rozpromieniony lama, stojąc pośród tych, co gościli go przez trzy lata. — Czy był kiedy taki chela? On idzie w ślady naszego Pana-uzdrowiciela.

1937

Otóż Dżeinowie oficjalnie uznają wszystkie bóstwa wiary hinduskiej, jako też Lingam i Węża. Ubierają się krojem bramińskim i skłonni są do wszelkich uroszczeń kastowego prawa hinduskiego. Ponieważ lamę znali i miłowali, ponieważ był człekiem sędziwym, ponieważ szukał drogi, ponieważ był ich gościem i ponieważ całymi nocami gawędził poufale z arcykapłanem (był to najwolnomyślniejszy z metafizyków, jacy kiedykolwiek bawili się w przesubtelnione dociekania), więc rozległ się szmer zgody.

1938

— Pamiętaj — mówił Kim, schylając się nad dziecięciem — że to nieszczęście może jeszcze powrócić.

1939

— Nie wróci, jeżeli wypowiesz odpowiednie zaklęcie — rzekł ojciec.

1940

— Ale niebawem odejdziemy stąd precz.

1941

— Istotnie — rzekł lama do wszystkich Dżeinów. — Idziemy teraz razem na poszukiwania, o których wam często opowiadałem. Czekałem, aż mój chela dorośnie. Przypatrzcie mu się! Idziemy na północ. Nigdy już nie obaczę tego miejsca mego odpoczynku, o ludzie dobrej woli.

1942

— Ależ ja nie jestem żebrakiem — mówił wieśniak, podnosząc się na nogi i trzymając dziecko w objęciach.

1943

— Ucisz się! Nie naprzykrzaj się świętemu — krzyknął jeden z kapłanów.

1944

— Odejdź — szepnął Kim. — Czekaj nas pod wielkim mostem kolejowym, a na wszystkie bogi naszego Pendżabu, przynieś nam dużo jadła… karri[165], włoszczyzny, ciastek smażonych na tłuszczu i słodyczy. Przede wszystkim słodyczy. No, chybaj[166]!

1945

Bardzo do twarzy było Kimowi z tą bladością głodową, gdy stał, wysoki a szczupły, odziany w przydługie suknie posępnej barwy, trzymając jedną rękę na różańcu, a drugą jakby do błogosławieństwa… co było żywcem przejęte od lamy. Anglik, widząc go, powiedziałby, że przypomina młodego świętego z witrażu… gdy tymczasem był to jeno podrastający młodzian osłabiony czczością żołądka.

1946

Długie i ceremonialne było pożegnanie; trzy razy już się kończyło i trzykrotnie zaczynało na nowo. Ów „poszukiwacz”, który zaprosił był lamę z dalekiego Tybetu do tego schroniska — srebrnolicy, łysy asceta — nie uczestniczył w tej ceremonii, ale jak zawsze dumał samotnie wśród wizerunków. Inni okazali się nadzwyczaj uprzejmi, wciskając staruszkowi drobne upominki — pudełko z betelem, piękny nowy piórnik żelazny, tajstrę z żywnością itp. — przestrzegając go przed niebezpieczeństwami świata i wróżąc pomyślny kres poszukiwaniom. Tymczasem Kim, bardziej opuszczony niż zazwyczaj, siedział w kucki na schodach i klął sam do siebie językiem zakładu św. Ksawerego.

1947

— No, przecież to ino[167] moja wina! — zawnioskował. — U Mahbuba jadałem chleb Mahbuba lub sahiba Lurgana. W zakładzie św. Ksawerego dziennie trzy razy żreć dawali. Tutaj trzeba samemu porządnie dbać o siebie; zresztą jeszczem się dobrze nie zaprawił. O, jakżebym teraz sfrygał talerz wołowiny!… Czy to już koniec, o święty?

1948

Lama podniósłszy obie dłonie, wygłaszał półśpiewem końcowe błogosławieństwo okraszane chińszczyzną.

1949

— Muszę się oprzeć na twym ramieniu — rzekł, gdy zawarły się wrzeciądze świątyni. — Zdaje się, żeśmy nieco zesłabli.

1950

Nie łacno to dźwigać na sobie całymi milami wśród rojnych ulic ciężar człowieka wysokiego na sześć stóp; przeto Kim, objuczony tobołkami i paczkami podróżnymi, odetchnął z radością, gdy dowlekli się w cień mostu kolejowego.

1951

— Tu będziemy jedli — rzekł rezolutnie, gdy ukazał się Kamboh, błękitno ubrany i uśmiechnięty, trzymając w jednej ręce kosz, a w drugiej dziecko.

1952

— Pódźcież ino[168], o święci ludkowie! — wołał już z odległości pięćdziesięciu jardów; siedzieli bowiem przy wydmie pod pierwszym przęsłem mostu, z dala od spojrzeń wygłodniałych kapłanów. — Jest tu ryż i dobry bigos, ciastka świeżuteńkie i zaprawione tęgo woniejącym hing[169], zsiadłe mleko i cukier. Królu mych włości — (tu zwrócił się do synka) — pokażmy tym ludziom świętym, że my, Dżatowie z Dżullundur, umiemy odpłacić się za przysługę… Słyszałem, że Dżeinowie nie wezmą do ust żadnej strawy, której nie ugotują własnoręcznie, lecz, po prawdzie — to mówiąc, spozierał jako człek grzeczny hen, na szeroką rzekę — gdzie nikt nie widzi, tam furda wszelkie kasty!

1953

— My zaś — rzekł Kim, odwracając się plecami i nakładając lamie kopiasto blaszany talerzyk — jesteśmy ponad wszelkimi kastami.

1954

Jęli w milczeniu opychać się dobrym jadłem. Dopiero oblizawszy resztkę lepkiej słodyczy z małego palca, Kim zauważył, że Kamboh był również objuczony do drogi.

1955

— Jeżeli nasze drogi idą razem — prosto z mostu oświadczył Dżat — pójdę z wami. Nieczęsto spotyka się cudotwórcę, a dziecię moje jest jeszcze słabe. Ale ze mnie nie fujara! — Tu podniósł w górę lathi, czyli pięciostopową palicę bambusową, okutą kółkami z gładkiego żelaza, i śmignął nią w powietrzu. — Nazywają Dżatów haraburdami, ale to nazwa niezgodna z prawdą. Chyba że nam kto wejdzie w drogę… to stajemy się podobni do naszych buhajków!

1956

— I owszem — rzekł Kim. — Tęgi kij tęgim jest argumentem.

1957

Lama poglądał spokojnie w stronę przeciwną prądowi, kędy[170] w długiej, zatartej perspektywie snuły się nieustannie smugi dymu z ognisk krematoriów na przystaniach nadrzecznych. Od czasu do czasu, wbrew wszelkim zarządzeniom władz miejskich, na pełnym nurcie kołysały się, wartko płynąc, szczątki na pół zwęglonego trupa.

1958

— Gdyby nie ty — ozwał się Kamboh, przytulając dziecko do włochatej piersi — i ja może bym dzisiaj tam popłynął… wraz z tym maleństwem.. Kapłani powiadają, że Benares jest miejscem świętym, nikt w to nie wątpi, i że należy pragnąć, by tu człeka śmierć zaskoczyła. Lecz ja nie znam ich bogów, zaś oni sami domagają się pieniędzy; a gdy ktoś złoży im ofiarę, golone łby utyskują, że ofiara będzie bezskuteczna, jeżeli się im nie da drugiej. Kąp się tu! Kąp się tam! Syp ofiary, pij, skrapiaj się i rozrzucaj kwiaty… zawsze zapłacić musisz kapłanom. Nie! Nie masz to jak w Pendżabie, a w nim zasię najlepsza jest ziemia dżulundarska!

1959

— Mówiłem wielekroć… w świątyni, jak mi się zdaje… że w razie potrzeby rzeka wytryśnie spod naszych stóp. Pójdziemy przeto na północ! — rzekł lama, powstając. — Przypominam sobie uroczą miejscowość, obsadzoną wokoło drzewami owocowymi, gdzie można przechadzać się i rozmyślać… i powietrze tam jest chłodniejsze. Chłód ten ciągnie od gór i śniegów górskich.

1960

— Jak się zowie ta miejscowość? — rzekł Kim.

1961

— Skądże mogę to wiedzieć? Czy ty nie… Nie, prawda, to było zaraz potem, jak ciebie zabrało to wojsko, co wyrosło spod ziemi. Przepędzałem tam czas na rozmyślaniach w izbie naprzeciw gołębnika… o ile mi nie przeszkadzała ta wieczna gadulska…

1962

— Aha! Kobieta z Kulu. Było to koło Saharunpore — zaśmiał się Kim.

1963

— Jakie zamiary ma twój mistrz? Czy idzie piechotą, pokutując za dawne grzechy? — zapytał Dżat ostrożnie. — Dyć[171] to kawał drogi do Delhi.

1964

— Nie! — odparł Kim. — Wyżebrzę tikkut na te-rain.

1965

W Indiach nie bywa w zwyczaju przyznawać się do posiadania pieniędzy.

1966

— Więc w imię bogów, pojedźmyż wozem ognistym. Mój syn najlepiej się poczuje w objęciach matki. Rząd obłożył nas wielu podatkami, ale dał nam jedną rzecz dobrą: te-rain, który łączy przyjaciół i jednoczy ludzi zaniepokojonych. Cudowny wynalazek ten te-rain.

1967

W parę godzin później wpakowali się do pociągu i przespali całą skwarną porę dnia. Kamboh zasypywał Kima tysiącznymi zapytaniami dotyczącymi życia i działalności lamy i otrzymał parę przedziwnych odpowiedzi. Kim czuł radość, że się tu znajduje, że przygląda się krajobrazowi równiny północno-zachodniej i może gwarzyć ze zmieniającą się wciąż gawiedzią towarzyszów podróży. Jeszcze po dziś dzień kupno biletów i ich kasowanie stanowi ciężką mordęgę dla wieśniaków indyjskich. Nie mogą pojąć, czemu to tak bywa, że oni zapłacili za czarodziejskie skrawki papieru, a jacyś tam cudzoziemcy mają odcinać znaczną część tego czaru. Wskutek tego pomiędzy podróżnymi a euroazjatyckimi kontrolerami powstają długie i zajadłe swary. Kim uczestniczył w nich kilkakrotnie, służąc rozsądną radą, to jest dbając o to, by zawikłać jeszcze więcej całą sprawę, a następnie popisać się swą mądrością wobec lamy i zdumionego Kamboha. Atoli koło Somny losy zesłały mu coś, co mu dało wiele do myślenia. Gdy już pociąg ruszył, do przedziału wtłoczył się niepozorny, chudy człowieczek — jakiś Mahratta[172], ile Kim miarkował z kokardy obcisłego turbanu. Na twarzy widać było szramę, muślinowe ubranie zwierzchnie było szpetnie podarte, a jedną nogę miał obandażowaną. Opowiedział towarzyszom jazdy, że przewrócił się z wasągiem[173] i o mało się nie zabił. Celem jego podróży było Delhi, gdzie mieszkał jego syn.

1968

Kim bacznie przyglądał się przybyszowi. Gdyby ów istotnie, jak opowiadał, toczył się był po ziemi, na jego skórze byłoby znać odciski żwiru. Tymczasem wszystkie jego okaleczenia wydawały się wprost ranami ciętymi, a sam tylko upadek z wasąga nie wprawiłby nikogo w tak niebywałe przerażenie. Gdy drżącymi palcami zawiązywał poszarpany chałat pod szyją, odsłonił amulet z rodzaju tych, które zowią podnosicielami serc. Otóż amulety takie są wprawdzie czymś pospolitym, ale zazwyczaj nie bywają nawleczone na tęgo skręcony drut miedziany, a jeszcze mniej amuletów miewa czarną emalię na srebrze. Prócz Kamboha i lamy nie było ponadto żywej duszy w przedziale, który, jako starego typu, miał na szczęście obie ściany przez całą szerokość wagonu. Kim udał, że się skrobie w pierś, i przy sposobności podniósł własny amulet. Na ten widok Mahratta poprawił swój amulet na piersi, a twarz mu się zmieniła do niepoznaki.

1969

— Tak — mówił dalej do Kamboha — jechałem na łeb na szyję, a że woźnica był ciemięga, więc uwadził[174] kołem o przykopkę i nie dość, że mnie potłukł, ale ponadto wywalił całą misę tarkeeanu. Nie byłem dziś „synem czaru” (szczęśliwym człowiekiem).

1970

— O, to wielka strata! — ozwał się Kamboh, nie okazując wielkiego zainteresowania; przejścia benarskie zrodziły w nim podejrzliwość.

1971

— Kto go gotował? — zapytał Kim.

1972

— Pewna kobieta — odrzekł Mahratta, podnosząc oczy.

1973

— Dyć każda baba umie gotować tarkeean — zauważył Kamboh. — O ile mi wiadomo, jest to dobra potrawa.

1974

— O tak, to dobra potrawa! — potwierdził Mahratta.

1975

— I tania — rzekł Kim. — Lecz jakże z kastą?

1976

— Ach, mniejsza o kastę, gdy człek chce… zakosztować tarkeean — odpowiedział Mahratta, zachowując przepisany spadek głosowy. — W czyjej jesteś służbie?

1977

— W służbie tego świątobliwego — i Kim wskazał palcem na błogo drzemiącego lamę, który od razu się przecknął na swojskie mu słowo.

1978

— Ach, on był mi z niebios zesłany ku pomocy. Nazywają go Przyjacielem całego świata, a zowią go także Przyjacielem gwiazd. Obecnie, gdy już dorósł, został lekarzem. Wielka jest jego mądrość.

1979

— …i „synem czaru” — dopowiedział Kim półgłosem, gdy Kamboh nabijał czym prędzej fajkę, by Mahratta nie zwrócił się do niego z prośbą o jałmużnę.

1980

— A tamten któż to taki? — zapytał Mahratta, rzucając w bok niespokojne spojrzenie.

1981

— Człek pewien, któremu ja… któremuśmy wyleczyli dziecko, za co jest nam bardzo zobowiązany… Siądź koło okna, człecze z Dżullundur. Mam ci tu chorego.

1982

— Ph! Nie pragnę bynajmniej wdawać się z pierwszym lepszym powsinogą. Nie mam długich uszu ani nie jestem babą, by podsłuchiwać sekrety — żachnął się Dżat, powlókłszy się ociężale w najdalszy kąt przedziału.

1983

— Więc z ciebie jest kawał znachora? Oj, bo mnie to potłukło od siedmiu boleści! — darł się Mahratta, podchwytując przerwany wątek rozmowy.

1984

— Ten człowiek jest cały pokiereszowany i potłuczony. Chcę go leczyć — wywinął się Kim. — Przecie nikt nie wtrącał się do mnie, gdym leczył twe dziecko.

1985

— Alem ci dostał burę! — rzekł Kamboh skruszony. — Jesteś cudotwórcą… wiem o tym.

1986

— Pokaż mi rany! — to mówiąc, Kim schylił się nad karkiem Mahratty, a serce w nim niemal zamierało, bo była to wielka gra wraz z odwetem. — No, a teraz, brachu, opowiedz migiem wszystko, a ja tu nad tobą będę mruczał zaklęcia.

1987

— Przybywam z południa, gdzie jest teren mej pracy. Jednego z naszych zabito koło gościńca. Słyszałeś? — Kim potrząsnął głową; w istocie nie słyszał nic o poprzedniku E-23 zabitym na południu, w ubiorze kupca arabskiego. — Znalazłszy pewien list, na którego poszukiwanie mnie tam wyprawiono, dałem drapaka. Wydostałem się z miasta i uciekłem do Mhow. Tak byłem pewny, że nikt o mnie nie wie, iż nie odmieniłem wyglądu. Gdym przybył do Mhow, pewna kobieta wniosła przeciwko mnie skargę, że w mieście, które opuściłem, ukradłem klejnoty. Wtedy zmiarkowałem, że panował tu wrogi dla mnie nastrój. Uciekłem nocą z Mhow przekupiwszy policję, której poprzednio dano łapówkę, by bez pytania wydała mnie w ręce mych nieprzyjaciół z południa. Potem przez tydzień kryłem się jako pokutnik w świątyni, w starym mieście Chitor, ale nie mogłem się pozbyć listu, który był dowodem obciążającym. Zagrzebałem go przeto w Chitor pod Kamieniem Królowej, w miejscu, o którym wiedzą wszyscy nasi.

1988

Kim nie wiedział, ale za nic w świecie nie chciał przerywać wątku opowiadania.

1989

— Zważ no, że Chitor znajduje się jeszcze całkiem w posiadłościach królów; albowiem Kotah, po stronie wschodniej, znajduje się poza obrębem panowania królowej, a jeszcze bardziej na wschód leży Dżejpur i Gwalior. Ani tu, ani tam nie lubią szpiegów, a nie ma tam sprawiedliwości. Szczuto mnie niczym zmokłego szakala, alem się wydarł im w Bandakui, gdzie, jak słyszałem, oskarżono mnie, że w mieście, z którego uciekłem, popełniłem zabójstwo… zamordowałem rzekomo chłopaka. Czekały tam na mnie i zwłoki, i świadkowie.

1990

— Ale czyż rząd nie mógł cię osłonić?

1991

— My, gracze, wyjęci jesteśmy spod wszelkiej opieki. Jak kto z nas kipnie, to kipnie. Wymażą z książki nasze nazwisko… i kwita. W Bandakui, gdzie mieszka jeden z naszych, postanowiłem zatrzeć węch po sobie przez zmianę wyglądu… i zrobiłem ze siebie Mahrattę. Potem przybyłem do Agra i chciałem powrócić do Chitor, by odszukać list; tak dalece byłem pewny, żem się im wymknął. Przeto nie wysłałem do nikogo tar (telegramu) z wiadomością, gdzie spoczywa ów list. Pragnąłem wziąć na siebie niepodzielnie całą zasługę.

1992

Kim kiwnął głową. Rozumiał dobrze to uczucie.

1993

— Lecz w Agrze, gdym włóczył się po ulicach, jakiś człek krzyknął, żem mu coś winien, a nadszedłszy z wielu świadkami jął raz po raz pozywać mnie przed sąd. O, ci południowcy, to nie w ciemię bici ludzie! Rozpoznał we mnie swego ajenta z plantacji bawełny. Oby za to zgorzał w piekle!

1994

— A byłżeś nim?

1995

— Ech, jesteś kiep! Byłem człowiekiem, którego oni szukali z powodu owego listu! Wpadłem do rzeźni, a stamtąd do domu Żyda; Żydzisko bał się burdy, więc wypchnął mnie z domu drugim wyjściem. Przybyłem pieszo do gościńca somnańskiego, miałem pieniądze tylko na tikkut do Delhi; tam zaś, gdy leżałem w rowie trzęsiony febrycznym dreszczem, naraz z krzaków wyskoczył jakiś człowiek, otłukł mnie, poranił, a potem przeszukał od stóp do głów. Stało się to tuż koło ter-rain… że głos mógł zalecieć…

1996

— Czemuż on cię nie zabił na miejscu?

1997

— Nie tacy oni głupi! Jeżeli w Delhi dostanę się w ręce sprawiedliwości, to na podstawie dowodami popartej skargi o zabójstwo wydadzą mnie państwu, które sobie tego życzy. Odeślą mnie z powrotem pod strażą, a potem… zginę powolną śmiercią dla postrachu reszty naszych. Nie dla mnie południowa kraina. Biegam wciąż w kółeczko… niby kozioł jednooki. Od dwu dni nie miałem ni kęsa w gębie Jestem oszelmowany — (tu wskazał brudny opatrunek na nodze) — więc poznają mnie w Delhi od razu.

1998

— Przynajmniej w te-rain jesteś bezpieczny.

1999

— Przepędź roczek w wielkiej grze, a zobaczymy, czy powiesz to samo. W Delhi będą już rozesłane o mnie wieści telegraficzne, opisujące każdy mój strzęp i każdą chadrę. Dwudziestu… a w razie potrzeby i stu ludzi… poświadczy, że widzieli, jak zabiłem tego chłopca. A ty tu siedzisz po próżnicy!

2000

Kim, znając doskonale tutejsze sposoby walki, nie wątpił, że w tym wypadku wszystko było dokładnie obmyślane… nie wyłączając trupa… Mahratta co pewien czas strzykał palcami z bólu. Kamboh ze swego kąta patrzył posępnie; lama zajęty był pacierzami, a Kim, obmacując niby to po lekarsku szyję towarzysza, mruczał zaklęcia i obmyślał plan działania.

2001

— Czy masz jakie czary, by odmienić mą postać!? Inaczej zginę. Pięć… dziesięć minut sam na sam… i gdybym nie był tak przynaglony koniecznością… może bym…

2002

— Czy on już wyleczony, cudotwórco? — ozwał się Kamboh z zazdrością. — Już dość długo go czarujesz!

2003

— Nie, na jego rany nie ma, jak widzę, lekarstwa, jak tylko żeby trzy dni pobył w stroju bairagi.

2004

Jest to zwykła pokuta, jaką często tłustym kupcom naznaczają kierownicy duchowni.

2005

— Klecha to zawsze drugiego chce zrobić klechą! — zabrzmiała złośliwa uwaga… Kamboh, jak to się trafia zazwyczaj u zabobonnych prostaków, nie umiał trzymać języka za zębami, gdy szło o wyszydzenie zwierzchności duchownej.

2006

— Więc, czy twój syn będzie klechą? Już mu czas, by zażył znów chininy.

2007

— Każdy z nas, Dżatów, jest naprawdę bawołem! — ozwał się Kamboh spokorniawszy na nowo.

2008

Kim roztarł szczyptę goryczy na ufnych usteczkach dziecięcia.

2009

— Nie prosiłem cię o nic — rzekł poważnie do ojca — oprócz jadła. Czyż mi tego żałujesz? Chcę uleczyć drugiego człowieka. Czy dasz mi urlop… książę?

2010

Olbrzymie łapska chłopa podniosły się błagalnie.

2011

— Nie… nie… Nie szydź tak ze mnie.

2012

— Mam wolę uleczyć tego chorego. Winieneś pomóc mi w tym, byś pozyskał zasługę. Jakiej barwy jest popiół w twej fajce? Białej. O, to dobra wróżba. Czy masz wśród zapasów żywności nieco surowej kurkumy[175]?

2013

— Ja… ja…

2014

— Rozewrzyj tłumok!

2015

Był to, jak się często spotyka, istny kramik towarów mieszanych: znajdowały się tam kawałki sukna, szarlatańskie leki, tanie cacka jarmarczne, zawiniątko z razową, pośledniejszej uprawy mąką krajową, pokrętki nizinnego tytoniu, jaskrawe cybuchy i paczka włoszczyzny do karri, a wszystko to owinięte kocem. Kim, z miną czarodzieja znającego się na rzeczy, przetrząsnął całą tę zawartość, mrucząc zaklęcia mahometańskie.

2016

— Tej mądrości nauczyłem się od sahibów — szepnął do lamy; a jeżeli miało się na myśli jego ćwiczenia u Lurgana, to mówił prawdę. — Tego człowieka czeka wielkie nieszczęście, jak mu objawiły gwiazdy, i to… to go niepokoi. Czy mam je zażegnać?

2017

— Przyjacielu gwiazd, we wszystkim postępowałeś dobrze. Niech się stanie, jak ci się podoba. Czy to nowe uleczenie?

2018

— Prędko! Spiesz się! — westchnął Mahratta. — Pociąg może się zatrzymać.

2019

— Uleczenie z mroków śmierci — rzekł Kim, mieszając mąkę Kamboha z roztartym węglem drzewnym i tytoniem w glinianej nasadzie fajki. E-23, nie mówiąc już ni słowa, ściągnął turban i rozpuścił długie krucze włosy.

2020

— Toć to moje jedzenie… kapłanie!… — burczał Dżat.

2021

— Bawół w świątyni! Toś ty ważył się dotychczas mnie podpatrywać! — ozwał się Kim. — Muszę odbywać tajne obrzędy wobec głupców, ale zważaj no na swe oczy! Czy nie zachodzą już bielmem? Uratowałem ci bachora, a ty mi za to… o bezwstydny!

2022

Chłop bał się teraz patrzeć przed siebie, bo Kim uniósł się nie na żarty:

2023

— Czy mam cię przekląć, czy też…! — i porwawszy pokrowiec tłumoka zarzucił go na schyloną głowę Kamboha. — Spróbuj no choćby w myśli mnie podpatrywać, a… a… nawet ja nie będę mógł cię ocalić. Sza! Milcz jak pień!

2024

— Jestem ślepy… niemy. O, nie chciej mnie przeklinać! Cho… chodź, dziecino; zabawimy się w chowankę. Jeżeli mnie kochasz, mój mały, nie wyzieraj spod tego nakrycia.

2025

— Nabieram otuchy — ozwał się E-23. — Jakiż masz plan?

2026

— Zaraz go wykonam — odparł Kim, zrywając z niego cienką koszulę. E-23 zawahał się, czując, jak wszyscy ludzie z północo-zachodu, niechęć do obnażania swego ciała.

2027

— Czymże jest kasta wobec poderżnięcia gardła? — mówił Kim, zdzierając mu koszulę do pasa. — Przede wszystkim musimy z ciebie zrobić żółtego Saddhu. Zerwij to, zerwij to co żywo i nasuń włosy na oczy, a ja tymczasem posypię cię popiołem. A teraz znak kastowy na czole… — wyciągnął zza pazuchy skrzynkę z farbami i kawałek karminowego tuszu.

2028

— Czy jesteś dopiero początkującym? — odezwał się E-23, z wysiłkiem naprawdę broniący swego życia, skoro już wyzbył się wszystkich osłon swego ciała i stał ino w gatkach, gdy tymczasem Kim napacykował mu dostojny znak kastowy na popiołem wysmarowanych brwiach.

2029

— Dopiero od dwóch dni przystąpiłem do gry, brachu — odparł Kim. — Rozetrzyj jeszcze bardziej popiół na piersi.

2030

— Czy spotkałeś… lekarza chorych pereł? — rozwiązał długi, ciasno okręcony zawój i czym prędzej owinął nim sobie lędźwie, to wyżej, to niżej, według skomplikowanych sposobów noszenia przepaski przez Saddhu[176].

2031

— Ha! Więc poznałeś jego dotknięcie? Był on czas jakiś mym nauczycielem. Musimy ci obnażyć nogi. Popiół leczy rany. Posmaruj się nim jeszcze.

2032

— Byłem niegdyś jego chlubą, ale tyś lepszy ode mnie. Bogowie są na nas łaskawi! Daj mi to.

2033

Było to pudełko z pigułkami opium, znajdujące się wśród przeróżnych rupieci w tobołku Dżata. E-23 przełknął ich całą garść.

2034

— Dobre to na głód, bojaźń i przeziębienie… no, i oczy stają się od tego czerwone — wyjaśnił. — Teraz będę mógł śmiało prowadzić grę. Brak nam tylko obcęgów Saddhu. Co zrobić ze starymi szmatami?

2035

Kim zwinął je w mały węzełek i wepchnął pomiędzy obwisłe fałdy swego chałatu. Żółtą ochrą wysmarował Mahratcie nogi i piersi, tworząc wielkie plamy na tle mąki, popiołu i kurkumy.

2036

— Krew na tych szmatach wystarczy, by cię powieszono, bracie.

2037

— Być może; ale nie ma potrzeby wyrzucać je za okno… Już koniec! — Głos mu dźwięczał dziecinną uciechą z tej zabawy. — Obróć no się i patrz, Dżacie!

2038

— Bogi mają nas w swej opiece! — ozwał się zakapturzony Kamboh, wynurzając się niby bawół z oczeretów. — Ale… gdzież się podział Mahratta? Coś ty uczynił?

2039

Kim odbył dobrą szkołę u sahiba Lurgana, a E-23. dzięki swemu zawodowi, był niezłym aktorem. Zamiast drżącego, bojaźliwego przekupnia rozpierał się w kącie nagusieńki, wysmarowany popiołem, pręgowany ochrą Saddhu o zmierzwionych włosach; jego opuchnięte oczy (opium szybko skutkuje, gdy się jest na czczo) płonęły zuchwałością i zwierzęcą pożądliwością; nogi skulił pod siebie, na szyi miał brunatny różaniec Kima, a na plecach kawałek wyszarganej chusty cycowej, wyszywanej w kwiatki. Dziecko schowało głowę w ramionach osłupiałego ojca.

2040

— W górę głowa, książątko! Podróżujemy z czarodziejami, ale oni nie zrobią ci nic złego. Oj, nie becz!… Na cóż to leczyć dziecko jednego dnia, by nazajutrz zabijać je przestrachem?

2041

— Dziecko będzie szczęśliwe przez całe życie. Widziało wielkie uleczenie. Gdy byłem dzieckiem, wyrabiałem z gliny konie i ludzi.

2042

— Ja też je lepiłem. Sir Banâs przychodzi w nocy i ożywia je na zapiecku! — zapiszczało dziecko.

2043

— A przecież nie bałeś się niczego, hę, książątko?

2044

— Przestraszyłem się, bo tato się przestraszył. Czułem, jak mu drżały ramiona.

2045

— O pisklątko! — ozwał się Kim, tak iż nawet zawstydzony Dżat się roześmiał. — Uleczyłem tego biedaka kupca. Musi on teraz zapomnieć o swych zyskach i rachunkach i siedzieć przez trzy noce koło drogi, aby przemóc złośliwość swych wrogów. Gwiazdy są mu przeciwne.

2046

— Im mniej lichwiarzy, tym lepiej, moim zdaniem; lecz czy on Saddhu czy nie Saddhu, musi mi zapłacić za moją chustę, co ją ma na plecach.

2047

— Tak? Ależ tak niósłbyś na plecach swoje dziecko niespełna dwa dni temu… by je rzucić do krematorium. I jeszcze pozostała jedna sprawa. Dokonałem tego czaru w twej obecności, bo była sprawa nie cierpiąca zwłoki. Odmieniłem mu postać i duszę. Wszakoż, mężu z Dżullundur, jeżelibyś kiedykolwiek czy to pośród starszyzny siedzącej w cieniu drzewa gminnego, czy we własnej chacie, czy wobec kapłana błogosławiącego twej trzodzie wspomniał o tym, co tu widziałeś, tedy pomór nawiedzi twe bawoły i pożar twą strzechę, szczury rozmnożą się na twym sąsieku[177], a przekleństwo naszych bogów spadnie na twe niwy, iż będą jałowe przed twymi stopy i za twym lemieszem.

2048

Był to wyimek ze starożytnej klątwy, którą Kim jeszcze w latach bezgrzesznych podchwycił z ust fakira spod Taksalskiej Bramy; klątwa ta nie straciła nic a nic przez powtórzenie.

2049

— Zaprzestań, o święty! Na miłość boską, zaprzestań! — krzyczał Dżat. — Nie przeklinaj mego dobytku! Nie widziałem niczego. Nie słyszałem niczego! Jestem twoją krową! — i próbował objąć bose stopy Kima, które stukały rytmicznie w podłogę wagonu.

2050

— Ale że danym ci było użyczyć mi pomocy… żeś dał szczyptę mąki, krzynkę opium i parę drobiazgów, którym uczyniłem zaszczyt, używając ich w swym dziele, przeto bogi wynagrodzą ci to błogosławieństwem… — i udzielił go w końcu, co chłopa bardzo skrzepiło na duchu. Tego nauczył się od sahiba Lurgana. Lama wytrzeszczał oczy przez okulary, jak ich nie wytrzeszczał poprzednio podczas ceremonii przebrania.

2051

— Przyjacielu gwiazd! — rzekł na koniec — zdobyłeś wielką wiedzę. Strzeż się, by się to nie stało zarodkiem pychy! Żaden człek mający prawo przed oczyma nie mówi skwapliwie o tym, co widział lub spotkał.

2052

— Nie… nie… doprawdy nie! — krzyczał dzierżawca, zalękniony, by mistrz nie zamierzał wpłynąć na ucznia. E-23, rozdziawiwszy gębę, raczył się opium, które jest strawą, tytoniem i lekarstwem zmęczonego Azjaty.

2053

Tak wśród milczenia, wywołanego grozą i wielkim nieporozumieniem, przyjechali do Delhi, w sam raz, gdy zapalano światła.

Rozdział XII

Tęskniłże kto za morzem —

za wielką roztoczą wód słonych?

Za wstrząsem, porywem i zgiełkiem

wód szumnych, wichrem zjeżonych?…

Za bezdnią, co burzy czekając,

nadyma się szara i śliska?…

Za martwą ciszą równika….

orkanem, co w szale się ciska?

Za morzem, w zjawiskach tak zmiennym —

i większym nad wszystkie zjawiska?

Za morzem, co duszy gra wtór?…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak, nie inaczej… tak — nie inaczej —

górale tęsknią do swych gór!…

2054

— Odzyskałem znów odwagę — przemówił E-23, korzystając z rwetesu na peronie. — Głód i strach odbierają ludziom przytomność; gdyby nie to, sam dawno bym pomyślał o podobnym wybiegu. Miałem rację. Oto idzie obława na mnie. Ocaliłeś mi życie.

2055

Przez tłum dokoła wagonów rozsypał się zastęp pendżabskich policjantów w żółtych spodniach; na czele oddziału szedł młody Anglik, zgrzany i spocony. Za nimi, niepostrzeżenie niby kot, szedł sobie z wolna niski a pękaty jegomość, wyglądający na wywiadowcę policyjnego.

2056

— Spójrz na młodego sahiba, który coś odczytuje z arkusza. Ma on w ręce mój rysopis — rzekł E-23. — Przechodzą od wagonu do wagonu jak rybacy łowiący niewodem[178] w stawie.

2057

Gdy ten pochód zbliżył się do ich przedziału, E-23 miarowym ruchem ręki liczył różaniec; Kim podrwiwał sobie z niego, że się tak odurzył opium, iż zgubił okrągłe kleszcze do węgli, które są odznaką Saddhu. Lama, zatopiony w rozmyślaniach, zapatrzył się przed siebie, a dzierżawca, rzucając ukradkiem spojrzenie, zbierał do kupy swe manatki.

2058

— Tu nie ma nikogo oprócz zgrai nabożnisiów! — ozwał się głośno Anglik i przeszedł dalej, budząc wokoło rozruch niezadowolenia; albowiem w całych Indiach krajowcy uważają policję krajową za czynnik przemocy.

2059

— Teraz cała trudność w tym — rzekł E-23 — by posłać depeszę donoszącą o miejscu, gdzie schowałem list, który mi kazano wytropić. W tym przebraniu nie mogę iść do urzędu telegraficznego.

2060

— Czy ci nie dość, żeś dzięki mnie ocalił głowę na karku?

2061

— Nie dość mi na tym, skoro jeszcze nie dokończyłem roboty. Czy lekarz pereł nigdy nie mawiał tak do ciebie? Idzie jeszcze jeden sahib! Och!

2062

Był to dość wysoki, bladawy nadkomisarz okręgu policji; miał szablę na rapciach, kask i błyszczące ostrogi, słowem wszystko jak trzeba — stąpał butnie i muskał czarne wąsy.

2063

— Ależ to osły z tych sahibów, co służą w policji! — rzekł Kim wesoło.

2064

E-23 zerknął nań spod powiek.

2065

— Klawo gadasz! — mruknął głosem zmienionym. — Idę się napić wody. Zajmij moje miejsce.

2066

Zatoczył się, wpadając niemal w ramiona Anglika, za co ów go zbeształ niedołężną urduszczyzną.

2067

Tum mut? Czyś pijany? Nie rozbijaj no się na wszystkie strony, mój przyjacielu, jak gdyby dworzec w Delhi należał do ciebie!

2068

E-23, nie drgnąwszy ani jednym muskułem twarzy, odpowiedział Anglikowi stekiem najplugawszych obelg, co, rzecz oczywista, rozweseliło Kima, bo mu przypomniało doboszyków i zamiataczy koszarowych w Umballi za okropnych dni początkowej nauki szkolnej.

2069

— Mój poczciwy głuptasku — wycedził Anglik przez zęby. — Nickle jao! Wracaj do wagonu!

2070

Żółty Saddhu, cofając się ulegle krok za krokiem i zniżając głos, wgramolił się z powrotem do wagonu, przeklinając nadkomisarza okręgu policji aż do najdalszych pokoleń klątwą (tu Kim o mało nie podskoczył)… klątwą Kamienia Królowej, napisem u stóp tego kamienia oraz całą gromadą bogów o zgoła nieznanych nazwiskach.

2071

— Nie wiem, co mówisz — zaperzył się Anglik — ale zaraz ci z głowy wybiję te jakieś tam zuchwalstwa. Wyłaź no stamtąd!

2072

E-23, udając, że nie rozumie, wyciągnął z powagą bilet; Anglik z gniewem wyrwał mu go z ręki.

2073

— Och zulam! Jakiż gwałt! — gderał Dżat z kąta. — I to jeszcze z powodu takiego głupstwa! — (Sam bowiem szczerze śmiał się z onych zuchwałych odezwań się Saddhu.) — Twoje czary niedobrze dziś działają, o święty!

2074

Saddhu poszedł za przedstawicielem policji, łasząc mu się i błagając. Pozostająca za nimi ciżba spieszących się podróżników, zajętych wyłącznie dzieciakami i tobołkami, nie zwracała uwagi na to zajście. Kim wymknął się za kamratem; błysło mu bowiem w pamięci, że tego gniewnego, głupowatego sahiba słyszał już był przed trzema laty w pobliżu Umballi, rozmawiającego głośno o różnych osobistościach z pewną sędziwą damą.

2075

— Dobrze się złożyło! — szepnął Saddhu, mocno poturbowany w nawołującym się, hałaśliwym, bezładnym tłoku ludzkim, gdzie perski chart plątał mu się między nogami, a klatka skwirczących przeraźliwie jastrzębi, niesiona przez radżputańskiego sokolnika, siedziała mu niemal na plecach. — Teraz on poszedł, by wysłać wiadomość o liście, który ukryłem. Opowiadano mi, że znajduje się w Peshawar. Mogłem był już się przekonać, że ma on w sobie coś z krokodyla… przebywa coraz to na innej mieliźnie. On mnie wybawił z obecnego kłopotu, ale tobie zawdzięczam życie.

2076

— Więc on też jest jednym z naszych? — tu Kim przemknął się pod pachą tłustego wielbłądnika mewarskiego i rozgromił gromadkę jazgotliwych kumoszek sikhijskich.

2077

— Nie kto inny, jeno sam naczelnik. Mamy obaj szczęście! Zdam mu raport o tym, czego dokazałeś. Jestem bezpieczny pod jego opieką.

2078

Przedarł się przez tłum oblegający wagony i przycupnął pod ławką koło urzędu telegraficznego.

2079

— Wracaj albo ci zajmą miejsce! Nie bój się, brachu, o robotę… ani o moje życie. Dałeś mi jeszcze czas, by odsapnąć, a sahib Strickland wyciągnął mnie na ląd. Może jeszcze kiedy popracujemy razem w grze. Do widzenia!

2080

Kim podrałował do wagonu; był dumny z siebie, oszołomiony, lecz nieco zbity z tropu tym, że nie miał klucza do otaczających go tajemnic.

2081

— Jestem dopiero frycem w tej grze, to rzecz pewna. Ja bym nie potrafił uciec w miejsce bezpieczne, tak jak uciekł Saddhu. On wiedział, że pod lampą było najciemniej. Mnie nie przyszłoby na myśl, by pod pozorem przekleństwa oznajmić nowiny… a jak się gracko znalazł sahib! Bądź co bądź, ocaliłem życie jednemu z… Gdzie jest Kamboh, o święty? — szepnął, zajmując miejsce w nowo zapełnionym przedziale.

2082

— Chwycił go strach — odparł lama z odcieniem lekkiej złośliwości. — Widział, jakeś w oka mgnieniu przemienił Mahrattę w Saddhu, chroniąc go od złego; to już go przeraziło. Potem zobaczył, jak Saddhu wpadł wprost w ręce polisa (policjanta)… wszystko za twą sprawą. Wtedy zabrał syna i uciekł; powiadał bowiem, że przemieniłeś spokojnego przekupnia w lżyciela[179] sahibów, on zaś obawiał się podobnego losu. Gdzie jest Saddhu?

2083

— W rękach polisa — rzekł Kim. — …a przecież wyratowałem dziecko Kamboha.

2084

Lama ofuknął go łagodnie:

2085

— Ach, chelo, widzisz, jak dałeś się złapać! Uleczyłeś dziecko Kamboha jedynie po to, by zdobyć sobie zasługę. Ale potem, przejęty pychą, rzucałeś czary na Mahrattę (jam ci się przyglądał), spoglądając co chwila w bok, by otumanić starego człowieka i biednego dzierżawcę, z czego wynikło nieszczęście i podejrzliwość.

2086

Kim opanował się wysiłkiem przechodzącym jego młodzieńcze usposobienie. Podobnie jak inni jego rówieśnicy nie lubił otrzymywać połajań lub niesłusznych wymówek, ale widział, że jest w potrzasku. Pociąg wytoczył się z Delhi w pomrocz nocną.

2087

— To prawda — mruknął. — Źlem zrobił, że cię obraziłem.

2088

— Nie dość na tym, chelo. Wysłałeś hen w świat pewne Dzieło, co niby kamień rzucony w staw zataczać będzie kręgi następstw… nie wiadomo dokąd idących.

2089

Ta niewiadomość[180] była zarówno dobrą dla próżności Kima, jak i dla spokoju umysłu lamy, jeżeli pomyślimy o tym, że niebawem w Simli doręczono komuś depeszę szyfrową donoszącą o przybyciu E-23 do Delhi i, co ważniejsza, o tym, gdzie znajduje się list, który polecono mu… przepisać. Nawiasowo można wspomnieć, że jeden z policjantów grzeszący nadmiarem gorliwości przyaresztował pod zarzutem zabójstwa popełnionego w którymś z państw południowych jakiegoś faktora bawełny z Adżmiru, który, oburzając się strasznie, tłumaczył się wobec pana Stricklanda na dworcu delhijskim, w tym samym czasie gdy E-23 zakazanymi drogami przekradał się w sam środek niedostępnego miasta Delhi. W dwie godziny później do nadąsanego ministra jednego z państewek południowych nadeszło kilka telegramów donoszących, że zaginął wszelki ślad nieco potłuczonego Mahratty; a kiedy beztroski pociąg zatrzymał się w Saharunpore, ostatnia zmarszczka fali, wywołanej kamieniem rzuconym z pomocą Kima, osiadła na stopniach meczetu w dalekim Roum… gdzie przerwała modlitwę jednemu z nabożnych ludzi.

2090

Za to lama odmawiał swoje modlitwy z całą wspaniałością koło rosą pokrytego żywopłotu bougainville'owego[181] w pobliżu peronu, radując się jasnym blaskiem słońca i obecnością ucznia.

2091

— Zostawimy te rzeczy za sobą — odezwał się, wskazując okuty miedzią parowóz i polśniewający tor kolejowy. — Tarmoszenie się na kolei (choć uważam ją za rzecz cudowną) zbiło mi kości na miazgę. Odtąd już zażywać będziemy świeżego powietrza.

2092

— Chodźmy do domu kobiety z Kulu.

2093

Kim objuczony tobołkami ruszył radośnie w drogę. Wczesnym rankiem droga wiodąca z Saharunpore jest czysta i pełna lubej woni. Chłopcu przyszły na myśl zgoła inne poranki w zakładzie św. Ksawerego, a to dopełniło miary jego i tak już w trójnasób wezbranego zadowolenia.

2094

— Skądże ci się wziął ten nowy pośpiech? Ludzie mądrzy nie biegają tędy owędy jak kurczaki w słońcu. Przebyliśmy już setki i setki kos, a jak dotychczas, byłem z tobą zaledwie przez chwilkę. Jakże możesz pobierać naukę, gdy cię będą potrącały rzesze przechodniów? Jakoż ja, ogarnięty przypływem gadulstwa, będę mógł rozmyślać o Drodze zbawienia?

2095

— Więc język jej nie przykrócił się z latami? — uśmiechnął się uczeń.

2096

— Niestety nie! I zawsze jednakowo żądna jest czarów. Pamiętam, jakem jej raz opowiadał o Kole Życia — lama jął gmerać w zanadrzu, szukając świeżo sporządzonego rysunku — dopytywała się jeno o strzygonie, które napastują dzieci. Ona powinna zdobyć zasługę przez zabawianie nas rozmową… za jakiś czas… przy jakiej ubocznej sposobności… powoli, powoli. Teraz powędrujemy noga za nogą, oczekując łańcucha zdarzeń. Poszukiwanie jest niezawodne.

2097

Przeto wędrowali zgoła leniwie pośród rozległych, okwieconych sadów — koło Aminadabu, Sahaigandży, Akroli, nad brodem położonej, i koło małej Fulesy — mając zawsze od strony północnej pasmo Sewalików, za nimi zaś pasmo śniegów. Po długim, błogim śnie pod gołym niebem przychodziła kolej na przepyszną, beztroskliwą przechadzkę przez budzące się sioło. Kim wyciągał w milczeniu miskę żebraczą, ale oczy jego, wbrew ustawom zakonu, błądziły od jednego krańca niebios na drugi. Potem powoli wracał po grząskim kurzu do swego mistrza, siedzącego pod osłoną drzewa mango lub w niklejszym cieniu białego sirisu doońskiego, gdzie jedli i pili, ile wlezie. W południe, po gawędzie i małej wędrówce, drzemali, a gdy powietrze ochłodło, witali znów świat snem pokrzepieni. Za nadejściem nocy zapuszczali się śmiało w nowe terytorium… do jakiejś pokaźniejszej wioski, którą na trzy godziny przedtem upatrzyli sobie pośrodku tej żyznej okolicy, stoczywszy wpierw długi spór na drodze.

2098

Tam opowiadali swoje dzieje — które, ile chodzi o Kima, były coraz to inne każdego wieczora — i byli podejmowani bądź przez wójta, bądź przez kapłana, według zwyczaju gościnnego Wschodu.

2099

Gdy cienie stawały się krótsze i lama silniej opierał się swym ciężarem na ramieniu Kima, wydobywano zawsze Koło Życia, rozprostowywano je na ziemi otartymi z kurzu kamieniami i objaśniano krąg za kręgiem za pomocą długiej słomki. Tu na wysokości siedzieli bogowie — a byli oni tylko zwidami zwidów. Tu było ich niebo i świat półbogów — jeźdźców walczących pomiędzy wzgórzami. Oto tam dalej widać było obumierania wyobrażone w postaciach zwierzęcych oraz dusze to wstępujące, to zstępujące po drabinie — którym przeto nie należy stawać na zawadzie. Dalej było piekło gorące i zimne oraz siedziby widm potępionych. Niechajże chela przyjrzy się, jakie to nieszczęścia wynikają z obżarstwa: oto wydęte brzuchy i płonące jelita! Jakoż chela pochyliwszy głowę i trzymając brunatny palec w pogotowiu, by iść w ślad mistrza, posłusznie oglądał rzecz całą; lecz gdy doszli do Koła Świata Ludzkiego, pełnego ruchu i korzyści, a znajdującego się tuż poniżej piekła, umysł chłopca uległ roztargnieniu. Albowiem po bokach gościńca toczyło się samo właśnie ono Koło, jedząc, pijąc, kupcząc, kojarząc się w stadła i kłócąc… całe kipiące życiem. Często lama objaśniał swój wykład żywymi obrazami, prosząc Kima (aż nazbyt pochopnego), ażeby przypatrzył się, jak to ciało przyjmuje tysiączne i tysiączne postacie, ponętne lub odrażające — według mniemania ludzi, ale w istocie zgoła pozbawione wartości; i jak głupi duch, niewolnik wieprza, gołębia i węża — pożądając orzechów betelu, nowego zaprzęgu wołów, kobiet lub łaski królewskiej — musi iść za ciałem przez wszystkie nieba i wszystkie piekła, aż przejdzie znów cały okręg. Czasami, gdy wielka, żółta karta leżała rozwinięta, jakaś kobieta lub jakiś człek biedny, przyglądający się temu obrządkowi (boć nie mogło to być nic innego), rzucali na jej rożek parę kwiatów lub garść kauri (muszelki używane jako zdawkowa moneta). Tym prostaczkom wystarczało, że spotkali świętą osobę, którą można było zjednać, by pamiętała o nich w swych modlitwach.

2100

— Leczże ich, jeżeli są chorzy — mówił lama, gdy w Kimie budziły się figlarskie nałogi. — Uzdrawiaj ich, jeżeli mają febrę, ale nigdy przenigdy nie odbywaj czarów. Pamiętaj, co się zdarzyło onemu Mahratcie.

2101

— Więc wszelki czyn jest złem? — odparł Kim, leżąc pod wielkim drzewem na rozwidleniu gościńca wiodącego do Doon i przyglądając się mrówkom biegającym mu po ręce.

2102

— Wstrzymywanie się od działania jest rzeczą chwalebną… chyba że mamy zdobywać zasługę.

2103

— W Podwojach Wiedzy uczono nas, że powstrzymywanie się od działania jest rzeczą niegodną sahiba: ja zaś jestem sahibem.

2104

— Przyjacielu całego świata! — tu lama spojrzał wprost na Kima — jestem człek stary… który, jak dzieci, lubi widowisko. Dla tych, którzy idą Drogą zbawienia, jest rzeczą obojętną, czy kto czarny, czy biały, czy z Hindu, czy z Bhotiyalu. Wszyscy posiadamy dusze łaknące wybawienia. Mniejsza o to, jakiej mądrości uczono cię wśród sahibów; gdy dojdziemy do mej rzeki, będziesz wyzwolon z wszelkiej ułudy… pospołu ze mną. Hej! Kości we mnie doznają bólu z powodu tej rzeki, jak cierpiały w pociągu; ale duch mój wyższy jest od moich kości, jest cierpliwy. Poszukiwanie jest niezawodne!

2105

— Otrzymałem odpowiedź. Czy wolno mi zadać pytanie?

2106

Lama nakłonił dostojną głowę.

2107

— Jadłem, jak ci wiadomo, twój chleb przez trzy lata.. Skądże to pochodziło, o święta osobo?…

2108

— W Bhotiyalu jest wiele tego, co ludzie poczytują za bogactwo — odpowiedział lama z zimną krwią. — W mych stronach ojczystych doznaję złudy dostojeństwa. Żądam zawsze, czego mi potrzeba; nie troszczę się o rachunki: to rzecz mego klasztoru. Hej! Wy czarne, wyniosłe siedliska klasztorne i wy zastępy braci zakonnych!

2109

I kreśląc palcem po piasku, jął opowiadać o wspaniałych i kosztownych obrzędach w głębi tumów obwarowanych lodowcami; o procesjach i tańcach diabelskich; o przemianach mnichów i mniszek w świnie; o świętych miastach na wysokości piętnastu tysięcy stóp w powietrzu; o zatargach pomiędzy klasztorami; o głosach wśród gór i owym tajemniczym mirażu, co pląsa po suchym śniegu. Mówił nawet o Lhassie i o Dalajlamie, którego widział i uczcił pokłonem.

2110

Każdy z długich, przepysznych dni tak spędzonych piętrzył się poza Kimem, niby zapora odgradzająca go coraz bardziej od rodzimego plemienia i rodzimej mowy. Chłopak zaczął ponownie myśleć i śnić w języku krajowym oraz bezwiednie naśladował ceremonialną regułę lamy dotyczącą jedzenia, picia itp. Dusza staruszka rwała się coraz to bardziej do klasztoru, jak oczy jego lgnęły do wieczystych śniegów. Swą rzeką zgoła się nie trapił. Wprawdzie od czasu do czasu przyglądał się długo, długo jakiejś krzewinie lub gałęzi, oczekując, jak mówił, czy ziemia nie pęknie i nie użyczy swego błogosławieństwa; lecz na ogół poprzestawał na tym, że jest ze swym uczniem i że jest mu lubo w tchnieniach łagodnego wiatru nadciągającego z Doon. Nie był to Cejlon, nie Buddh Gaya ani Bombaj, ani też jakieś trawą porosłe zwaliska, po których pono stąpał przed dwoma laty. Mówił o tych miejscowościach jako uczeń wolen próżności, jako poszukiwacz idący w pokorze, jako starzec mądry a umiarkowany, okraszający mądrość z głębokim znawstwem rzeczy. W ten sposób opowiadał szczegół za szczegółem ze wszystkich swych wędrówek odbytych wzdłuż i wszerz po całych Indiach — choć opowieści te nie wiązały się w składną całość i tylko bywały dorywczo wywołane tym lub owym zdarzeniem przydrożnym; toteż Kim, który kochał go odtąd bezinteresownie, jął go teraz kochać z wielu słusznych powodów. Radowali się tedy obaj górną szczęśliwością, wystrzegając się, jak tego wymagała reguła, niezbożnych słów i chuci zmysłowych, nie objadając się, nie spoczywając na wyniosłych łożach, nie nosząc szat zbytkownych. Żołądek głosił im swą porę, a ludziska znosili im jadło, jak się to zwykło mawiać. Byli panami wiosek: Aminadabu, Sahaigandży, Akroli, co jest u przewozu, i małej Fulesy, gdzie Kim udzielił błogosławieństwa omdlałej kobiecie.

2111

Ale w Indiach szybko wędrują nowiny, więc też niebawem poprzez łany zbożowe dotarł do nich siwobrody sługa, chudy i wyschnięty Orias, niosąc koszyk owoców oraz skrzynkę kabulskich winogron i złotych pomarańcz i prosząc ich, by obecnością swą zaszczycili jego panią, której w duszy markotno, że lama zapomniał o niej od tak dawna.

2112

— Teraz sobie przypominam — mówił lama, jak gdyby ta myśl dopiero po raz pierwszy zaświtała mu w głowie. — Jest to kobieta zacna, ale niepowściągliwie gadatliwa.

2113

Kim siedział na krawędzi krowiego koryta, opowiadając baje dzieciom kowala wiejskiego.

2114

— Ona będzie się ino dopraszała o drugiego syna dla swej córy. Nie zapomniałem o niej — odezwał się. — Niechajże zdobędzie sobie zasługę. Oznajmij, że przybędziemy.

2115

W przeciągu dwu dni przebyli jedenaście mil polami, a u celu podróży zostali przyjęci z wielką paradą; albowiem stara jejmość utrzymywała piękną tradycję gościnności i nagięła do niej też swego zięcia, który był zawojowany przez swe niewiasty i okupywał spokój pożyczkami u lichwiarza. Wiek wcale nie nadwątlił jej języka ni pamięci, toteż spoza dyskretnie zatarasowanego okna na piętrze — a głosu jej słuchał co najmniej tuzin służących — obsypała Kima komplementami, które słuchaczom europejskim zjeżyłyby włosy na głowie.

2116

— Ale ty jesteś wciąż tym samym bezwstydnym żebrakiem z parao! — krzyczała piskliwym głosem. — Nie zapomniałam cię, drapichruście! Umyjcie się i przekąście coś niecoś. Ojciec syna mej córki oddalił się z domu na pewien czas, więc my, biedne kobiety, siedzimy tu bezczynnie jak głuchonieme.

2117

By tego dowieść, łajała wciąż bez litości wszystkich domowników, póki nie przyniesiono jadła i napoju; zaś gdy nadszedł wieczór — wonny od dymów, ścielący się po polach barwą turkusową i szaro-miedzianą — przyszła jej ochota wydać rozkaz, by jej palankin ustawiono na niechlujnym podwórku, gdzie przy kopcących smolnych łuczywach gawędziła z gośćmi swymi do syta spoza niezbyt szczelnie zasuniętych kotar.

2118

— Gdyby mąż święty przybył sam, przyjęłabym go inaczej, ale z tym hultajem któż by się bawił w ceregiele?

2119

Maharanee — rzekł Kim, dobierając, jak zwykle, co najwspanialszego tytułu — czy to moja wina, że jakiś sahib… sahib z policji… nazwał Maharanee, której twarz…

2120

— Cyt! To było w podróży. Gdy pielgrzymujemy… znasz przysłowie.

2121

— …że nazwał Maharanee kruszycielką serc i rozdawczynią rozkoszy?

2122

— Że też to pamiętasz? Prawda. Tak on mówił. Było to w okresie rozkwitu mej piękności — zachichotała jak papuga zadowolona z otrzymanego kawałka cukru. — Teraz opowiedz mi o swoich przygodach… o ile to możliwe bez wstydu. Ileż to dziewcząt, ile mężatek zaglądało ci w oczy? Czy przybywacie z Benares? Byłabym tam poszła znów w tym roku, ale moja córka… mamy tylko dwóch synów. Fe! Takie są skutki mieszkania na tych nizinach! W Kulu mężczyźni są jak słonie. Lecz chciałam prosić męża świętego (odejdź na bok, hultaju!), by zażegnał wielce bolesne odęcie i kłucie, które w okresie dojrzewania mango nawiedziło pierworodnego syna mej córki. Dwa lata temu udzielił mi nader skutecznego zaklęcia.

2123

— O mężu święty! — rzekł Kim, podrwiwając sobie wesoło ze skruszonego oblicza lamy.

2124

— To prawda. Dałem jej coś na usunięcie parcia…

2125

— Na zęby… zęby… zęby… — obruszyła się stara jejmość.

2126

— Uzdrawiaj ich, gdy są chorzy — cytował Kim z upodobaniem — lecz żadną miarą nie odbywaj guseł. Pamiętaj, co się przytrafiło Mahratcie.

2127

— Było to przed dwiema porami deszczowymi, a ona dała mi się we znaki swym wiekuistym natręctwem — zajęczał lama, jak gdyby go oczekiwał sąd niesprawiedliwy. — Tak się zdarza… bacz na to, mój chelo… że nawet ci, którzy chcą postępować Drogą zbawienia, dają się z niej sprowadzić przez próżne niewiasty. Gdy dziecko było chore, gadała ze mną przez trzy dni bez przerwy.

2128

Arrè! A z kimże miałam gadać? Matka chłopaka na niczym się nie znała, a ojciec… noce bywały wtedy chłodne… mawiał: „Módl się do bogów” i chrapał, odwróciwszy się na drugi bok.

2129

— Dałem jej środek czarnoksięski. Cóż miał począć człek stary?

2130

— Powstrzymanie się od działania jest rzeczą chwalebną… chyba że się chce zdobyć „zasługę”.

2131

— Ach, chelo, jeżeli mnie porzucisz, będę sam, samiuteńki.

2132

— Bądź co bądź, z mlecznymi ząbkami poszło mu łatwo! — rzekła stara jejmość. — Lecz wszyscy kapłani są jednakowi.

2133

Kim zakaszlał poważnie. Choć był młody, jednak nie podobało mu się jej gadulstwo.

2134

— Narzucać się mędrcowi w chwili niestosownej jest to tyle, co ściągać na siebie nieszczęście.

2135

— Tam ponad stajniami jest gadatliwy mynah — (to odparowanie sztychu zostało poparte znamiennym stukiem palca wskazującego, przybranego w diamenty) — który przybiera nawet tony kapłana domowego. Może zapominam o czci należnej gościom, ale gdybyście widzieli mojego malca, jak składa obie piąstki na brzuszku, co podobny jest do na pół dojrzałej dyni, i jak woła: „Tu boli!”, to byście mi wybaczyli!… Jużem się na poły zdecydowała wziąć lekarstwo od tego hakima (lekarza). Sprzedaje tanio i pewno to na nim on tak się upasł jak byk samego Shiwy. Mój malec nie wzbrania się przyjąć lekarstwa, ale ja wahałam się dać je dziecku z powodu podejrzanej barwy flakoników.

2136

Lama, korzystając z tego monologu, zniknął w ciemności, udając się do przygotowanego dla siebie pokoju.

2137

— Widocznieś go uraziła! — rzekł Kim.

2138

— O, nie! On jest zmęczony, a ja zapomniałam o tym, ponieważ jestem babką. (Nikt nie umie tak dopatrzyć dziecka jak babka; matki są zdatne tylko do rodzenia.) Jutro, gdy zobaczy, jak urósł mój wnuk, pewno przepisze jakieś uroki. Wtedy też będzie mógł powiedzieć prawdę o skuteczności leków nowego hakima.

2139

— Któż to jest ów hakim, Maharanee?

2140

— Wędrowiec jak i ty, ale po za tym jest to wielce rozsądny Bengalczyk z Dakki… magister medycyny. Za pomocą małej pigułki, co działała jak sam bies rozpętany, wyleczył mnie z parcia w żołądku, jakie przytrafiało mi się po jedzeniu. Teraz on jeździ po świecie, sprzedając bardzo cenne mikstury. Ma nawet papiery, drukowane po angrezyjsku (angielsku), poświadczające, jak to on się przysłużył ułomnym mężczyznom i słabowitym kobietom. Bawił tu cztery dni, ale słysząc o waszym przybyciu (na całym świecie hakimowie i kapłani żyją z sobą jak wąż z tygrysem) podobno gdzieś się schował.

2141

Gdy po tej mówce nabierała tchu na nowo, stary sługa, siedzący nieporuszenie przy pochodni, mruknął:

2142

— Ten dom jest dalibóg istnym szałasem wszelkich wydrwigroszów i… kapłanów. Niechby już chłopak przestał jadać owoce mango… ale jakże tu kłócić się z babką?

2143

Po czym z uszanowaniem podniósł głos:

2144

— Sahiba, hakim urządził sobie drzemkę poobiednią. Można go zdybać w izbie za gołębnikiem.

2145

Kim zjeżył się jak węszący jamnik. Zaczepienie i upokorzenie Bengalczyka kształconego w Kalkucie, zwinnego olejkarza dakkańskiego, wydało mu się grą nie lada. Nie zanosiło się na to, by lama, a przygodnie i on sam, miał być usunięty w cień przez jakiegoś tam przybłędę. Znał on te pocieszne ogłoszenia w niezdarnej angielszczyźnie, znajdujące się na końcowych stronicach gazet krajowych. Uczniowie zakładu św, Ksawerego przynosili je nieraz po kryjomu, by natrząsać się z nich w gronie kolegów, albowiem wyrażenia wdzięcznego pacjenta wyliczającego swe dolegliwości bywają wielce naiwne, a nieraz i dwuznaczne. Orias, który był nie od tego[182], by podjudzić jednego pieczeniarza przeciwko drugiemu, pomknął w stronę gołębnika.

2146

— Tak! — ozwał się Kim trochę urągliwie. — Ich towarem jest odrobina zabarwionej wody i wielka doza bezczelności. Ich pastwą stają się podupadli królowie i opaśli Bengalczycy. Zarabiają na dzieciach… które się nie urodziły.

2147

Stara jejmość zachichotała.

2148

— Nie bądź no zazdrosny. Czary więcej się przydadzą, hę? Ja nigdy temu nie przeczyłam. Przypilnuj, by twój świątek zapisał mi rano dobry amulet.

2149

— Tylko ludzie nieoświeceni zaprzeczają… — wypłynął z głębi ciemności jakiś głos ciężki a gruby i jakaś postać usiadła opodal, podwinąwszy nogi pod siebie. — Tylko ludzie nieoświeceni odmawiają skuteczności czarom, tylko ludzie nieoświeceni odmawiają wartości lekarstwom.

2150

— Szczur znalazł kawałek imbiru i powiada: „Założę sklep korzenny! — odciął się Kim.

2151

Oto więc zaczęła się walka na ostre; stara jejmość cała w słuch się zamieniła.

2152

— Syn kapłana zna imiona trzech bogów i swojej piastunki, a powiada: „słuchaj mnie, bo inaczej przeklnę cię imionami trzech milionów wielkich potęg”. Niewątpliwie ten niewidzialny miał kilka strzał w swym kołczanie i mówił dalej: „jestem jedynie nauczycielem abecadła. Nauczyłem się całej mądrości sahibów”.

2153

— Sahibowie nigdy się nie starzeją. Gdy są dziadkami, tańczą i bawią się jak dzieci. To chwackie plemię! — zapiszczał głos w głębi palankinu.

2154

— Mam też i nasze lekarstwa skuteczne na rozpraszanie humorów w głowach ludzi krewkich i porywczych. Mam sina, doskonale przyrządzoną w czasie odpowiedniej przemiany księżyca; mam i żółte glinki… arplan z Chin, zdolne odmłodzić człowieka ku zdumieniu wszystkich domowników; mam szafran z Kaszmiru i najlepszy salep kabulski[183]. Wielu ludzi umierało… zanim…

2155

— O, temu wierzę w zupełności! — rzekł Kim.

2156

— …zanim poznano skuteczność mych lekarstw. Ja swoim pacjentom daję nie sam atrament, którym pisane są zaklęcia, lecz doraźne i niezawodne lekarstwa, które wnikają w ciało i zwalczają choróbsko.

2157

— Oj, czynią to sposobem bardzo gwałtownym! — westchnęła stara jejmość.

2158

Głos nieznajomego rozmówcy jął wywodzić rozwlekłą opowieść o niepowodzeniach i bankructwie, naszpikowaną mnóstwem podań zaniesionych do rządu.

2159

— Gdyby nie los, który mi we wszystkim psuje szyki, byłbym teraz na posadzie rządowej. Mam stopień naukowy otrzymany w wyższej szkole kalkuckiej, dokąd zapewne pójdzie kiedyś i infant[184] tego domu.

2160

— Jużci, że pójdzie. Jeżeli bękart naszego sąsiada może w ciągu lat kilku uzyskać F.A[185]. — (użyła terminu angielskiego, który często obijał się jej o uszy) — to chyba tym bardziej osiągną to dzieci mądre niczym człek poniektóry, co, jak mi wiadomo, otrzymywał nagrody w bogatej Kalkucie.

2161

— Nigdy mi się nie zdarzyło widzieć takiego dziecka! — ozwał się głos. — Urodzone w szczęśliwą godzinę i… gdyby nie te kolki w brzuchu, które, niestety, przeszedłszy w chorobę żółci mogą zmieść go ze świata jak gołąbka… może dożyć lat długich… godzien zazdrości.

2162

Hai mai! — ozwała się stara jejmość. — Dyć chwalenie dzieci przynosi złą wróżbę, inaczej mogłabym przysłuchiwać się tej gawędzie. Ale tyły domu są niestrzeżone, a właśnie wśród takiego nastroju ludzie knują sobie to i owo… Ponadto odjechał ojciec dziecięcia, a ja na stare lata muszę być czaukedar (dozorczynią). Wstawać, wstawać! Podnieście palankin! Niech no hakim i młody klecha dojdą z sobą do porozumienia, czy więcej przydadzą się gusła, czy lekarstwa. Hej, nicponie, podajcie gościom tytoniu a… ja obejdę całe gospodarstwo!

2163

Palankin potoczył się dalej, a za nim sunęły w rozsypce pochodnie i zgraja psów. Dwadzieścia wiosek znało sahibę… jej wady, jej ozór i jej hojną uczynność. Dwadzieścia wiosek oszwabiało ją według zwyczaju sięgającego niepamiętnych czasów, ale nikt za nic w świecie nie okradłby jej ani nie ograbił w obrębie jej posiadłości. Mimo to odbywała z wielką paradą tę urzędową inspekcję, której wrzawa dolatywała niemal do Mussoorie.

2164

Kim rozpogodził oblicze, jak to bywa, gdy augur spotyka się z augurem. Hakim, siedząc wciąż w kucki, podał mu po przyjacielsku swą hookah, a Kim zaciągnął się dymem przepysznego zioła. Wyjadacze domowi spodziewali się poważnej dyskusji zawodowej, a zapewne po trosze i bezpłatnej fatygi lekarskiej.

2165

— Rozprawiać o medycynie w obecności nieuków jest to samo, co uczyć pawia śpiewu! — rzekł hakim.

2166

— Prawdziwą uprzejmością — basował mu Kim — jest często brak uwagi.

2167

Były to, ma się rozumieć, formy towarzyskie mające na celu wywołanie wrażenia.

2168

— Hej! Mam ci ja wrzód na nodze… — zabeczał jeden z kuchcików. — Patrzcie ino!

2169

— Fora stąd! Wynocha! — ozwał się hakim. — Czy jest tu zwyczajem naprzykrzać się znamienitym gościom? Ciśniecie się jak bawoły.

2170

— Gdyby sahiba wiedziała… — zaczął Kim.

2171

— Ojej! Wynośmy się stąd! To nie dla nas kąsek… pani zagarnęła ich całkowicie. Gdy uleczą jej młodego szejtana (diabełka) z tych kolek w brzuchu, może nam chudzinom pozwolą…

2172

— Pani żywiła twą żonę, gdyś ty siedział w ciupie za rozbicie łba lichwiarzowi. Kto śmie wygadywać coś na nią? — ozwał się stary sługa, pokręcając groźnie siwego wąsa w świetle księżyca, co był właśnie na młodziku[186]. — Ja tu jestem odpowiedzialny za honor domu! Huzia! — i pognał przed sobą za wrota całą gromadę podwładnych.

2173

Hakim ledwo trochę otwierając, usta przemówił:

2174

— Jak się masz, panie O'Haro? Ogromnie się cieszę, że widzę się znów z tobą.

2175

Ręka Kima wpiła się w cybuch. Gdzieś na otwartej drodze może by się i nie zdumiał, ale tu, w tej zacisznej łasze, odległej od prądu życia, nie spodziewał się zastać Hurreego Babu; gniewało go i to, że się dał tak wziąć na kawał.

2176

— Aha! Mówiłem ci w Lucknow: res-surgam… zmartwychwstanę, a ty mnie nie poznasz. O ileś się zakładał… hę?

2177

Przeżuwał spokojnie parę ziarnek rzeżuchy, ale oddychał jakoś z trudnością.

2178

— Ale po coś ty tu przybył, Babudżi?

2179

— Ach! Ot-to pytanie, jak mówi Szekspir. Przybywam, by ci powinszować wspaniale uda-anej hecy w Delhi. Ooch! Mówię ci, że wszyscy szczycimy się tobą. Ładnie i zręcznie to zrobiłeś. Nasz wspólny znajomy jest z dawna moim przyjacielem. Bywał ci on nieraz w tęgich opałach, a teraz jeszcze więcej ich zak-kosztuje. On mi o tym opowiadał, ja zaś panu Lurganowi, który jest rad, że sprawiasz się tak gracko. Cały wydział cieszy się z tego.

2180

Po raz pierwszy w życiu Kim uniósł się szczerą dumą (mogła to być, bądź co bądź, śmiertelna pułapka) z powodu pochwały udzielonej przez wydział; była to wprost usidlająca pochwała ze strony kolegów, którzy mieli go za równego sobie w pracy. Nic w świecie równać się nie mogło z tą pochwałą… Ale chyba taki babu (tak wołał wschodni instynkt w duszy Kima) nie puszcza się w daleką podróż li tylko dla wyrażenia komplementów…

2181

— Opowiedzże, babu, co się z tobą działo! — rzekł nakazująco.

2182

— Oooch, to bagatela! Byłem po prostu w Simli, gdy nadeszła depesza o tym, co pono ukrył nasz wspólny przyjaciel; zaś stary Creighton…

2183

Spojrzał na Kima, chcąc się przekonać, jakie wrażenie wywrze na nim to zuchwalstwo.

2184

— Sahib pułkownik! — poprawił go uczeń zakładu św. Ksawerego.

2185

— A jakże! Dowiedział się, że jestem lozakiem, więc kazano mi iść do Chitor i odnaleźć ten pieski list. Nie lubię południa… za wiele tej jazdy koleją… ale udało mi się wydębić ładną sumkę na drogę. Ha, ha! w Delhi spotkałem naszego kmotra już w drodze powrotnej. Wypoczywa on sobie teraz spokojnie i mówi, że w ubiorze Saddhu jest mu do twarzy pod każdym względem. No, wtedy dopiero posłyszałem, jakeś ty się spisał sprawnie i szybko, pod naciskiem naglącej konieczności. Powiadam naszemu kmotrowi, że z ciebie spryciarz nie lada. Na Jowisza, to był świetny kawał! Przybywam, by ci o tym powiedzieć.

2186

— Hm!

2187

Żaby w przykopkach czyniły harmider co się zowie; księżyc już zniżał się ku zachodowi. Jakiś podochocony sługus wyszedł na dwór, by nacieszyć się nocą, i walił co sił w bęben. Następne zdanie Kim wypowiedział już po hindusku.

2188

— Jak ci się udało nas wytropić?

2189

— O to! To drobnostka! Od naszego wspólnego przyjaciela wiedziałem, że jedziesz do Saharunpore, więc się tam udałem. Taki czerwony lama nie jest osobistością niepozorną. Kupiłem sobie apteczkę podręczną, a jestem też po prawdzie niezłym lekarzem. Przez bród dostałem się do Akroli i dowiedziałem się o was wszystkiego, a zagadywałem to tu, to tam. Wszyscy ludzie prości wiedzą, co się z wami dzieje. Wiem, kiedy gościnna stara jejmość wysłała duli (lektykę). Mają tu wiele wspomnień o dawniejszych pobytach starego lamy. Wiem, że stare dziedziczki nie mogą wytrzymać bez lekarstw. Stałem się więc lekarzem i… słyszysz, co mówię? Ja sądzę, że to rzecz bardzo dobra. Słowo daję, panie O'Hara, ludzie tutejsi, wieśniacy, na pięćdziesiąt mil wokoło wiedzą o tobie i o lamie. Dlatego przybyłem. Czy uważasz?

2190

— Babudżi — rzekł Kim, patrząc w szeroką, nieco drwiącą twarz — jestem przecie sahibem.

2191

— Szanowny panie O'Haro…

2192

— I spodziewam się, że wezmę udział w wielkiej grze.

2193

— Na razie z ramienia wydziału jesteś moim podwładnym.

2194

— Więc na cóż było rzecz całą obwijać w bawełnę? Przecież nie po to przychodzi się z Simli i to w przebraniu, by powiedzieć komuś parę pochlebnych słówek. Nie jestem dzieckiem. Mów po hindusku i dojdźmy do samego jądra rzeczy. Przybyłeś tu… i na dziesięć twych słów ledwo jedno zawiera odrobinę prawdy. Po coś tu przybył? Odpowiedz bez wykrętów.

2195

— Ależ to rzecz tak bardzo krępująca w stosunku do Europejczyka, panie O'Hara. Gdy dojdziesz swych lat, będziesz się na tym rozumiał o wiele lepiej.

2196

— W każdym razie chcę wiedzieć — rzekł Kim, śmiejąc się. — Jeżeli chodzi o grę, może potrafię w tym dopomóc. Jakże mogę uczynić cokolwiek, jeżeli ty tylko cięgiem pleciesz w kółko androny!

2197

Hurree Babu sięgnął po fajkę i ciągnął dym, póki w niej nie zabulgotało.

2198

— Teraz będę mówił językiem krajowym. Siądź bliżej, panie O'Haro… Chodzi o rodowód białego ogiera.

2199

— Jeszcze? Przecież to już dawno skończone.

2200

— Wielka gra kończy się dla każdego dopiero ze śmiercią… nie wcześniej. Wysłuchaj mnie do końca, Trzy lata temu, gdy Mahbub Ali dał ci rodowód ogiera, pięciu królów czyniło przygotowania, by znienacka rozpocząć wojnę. Wskutek owego meldunku nasza armia napadła na nich, zanim jeszcze zdołali się przygotować. Pamiętam ową noc.

2201

Ale wojna nie doszła do skutku. Taki to zwyczaj rządu. Wojsko odwołano, ponieważ rząd uwierzył, że królowie stchórzyli, a zresztą wyżywienie wojska w wąwozach górskich kosztuje niemało. Radżowie Hilàs i Bunàr, obdarzeni bronią, podjęli się za wynagrodzeniem strzec wąwozów przeciwko wszelkim przybyszom z północy. Zapewnili nas zarówno o swej bojaźni, jak i przyjaźni.

2202

Parsknął śmiechem i znów jął[187] mówić po angielsku.

2203

— Oczywiście mówię to, panie O'Hara, nieurzędowo, zabroniono mi wszelkiego kryt-tykowania działalności zwierzchników. Teraz wracam do rzeczy… Podobało się to rządowi, który pragnął uniknąć wydatków, i zawarto układ, że za tyle a tyle rupii miesięcznie Hilàs i Bunàr mają po wycofaniu wojsk państwowych pilnować przełęczy górskich. W tym czasie (było to wkrótce po naszym pierwszym spotkaniu) ja, który trudniłem się sprzedażą herbaty w Leh, zostałem mianowany urzędnikiem rachunkowym w wojsku. Gdy wojska wycofano, ja pozostałem na miejscu, by opłacić kulisów, którzy budowali w górach nowe gościńce; to budowanie gościńców było jednym z punktów układu zawartego pomiędzy Bunàrem, Hilàsem i rządem.

2204

— No i cóż dalej?

2205

— Z przejściem lata, powiadam ci, nastały tam pieskie mrozy — mówił Hurree Babu poufale. — Bałem się, że te draby bunarskie za pieniądze gotowi mi są kiedy w nocy poderżnąć gardło. Moja drużyna przyboczna, złożona z tubylczych sipajów, śmiała mi się w oczy! Na Jowisza! Jestem człek bojaźliwy! Ale mniejsza o to. Wracam do toku opowiadania… Wielokrotnie posyłałem meldunki, że ci dwaj królowie są przekupieni przez państwo północne; potwierdzał to w zupełności Mahbub Ali, który był jeszcze dalej na północy. Na nic się to nie zdało. Odmroziłem sobie tylko stopy i straciłem jeden palec u nogi. Posłałem meldunek, że drogi, za które płaciłem tyle pieniędzy robotnikom, buduje się dla wygody cudzoziemców i wrogów…

2206

— Dla kogo?

2207

— Dla Rosjan. Kulisowie kpili sobie z tego całkiem otwarcie. Wtedy zawezwano mnie, bym ustnie opowiedział, co mi było wiadomo. Mahbub też pojechał na południe. Patrz, co z tego wynikło! Tego roku, po stopieniu śniegów — tu wzdrygnął się ponownie — przedostali się przez wąwozy dwaj cudzoziemcy niby to w zamiarze polowania na kozice. Mieli ze sobą strzelby, ale nieśli też łańcuchy miernicze, wodowagi i cyrkle.

2208

— Oho! Sprawa zaczyna się wyjaśniać.

2209

— Radżowie Hilàs i Bunàr przyjęli ich uprzejmie. Przybysze czynili wielkie obietnice; przemawiali imieniem pewnego Kaisara (cara), wręczając dary. Chodzili tam i sam dolinami i mówili: „W tym miejscu należałoby zbudować szaniec; tu można zbudować warownię. Tu można zatarasować drogę całej armii”… były to właśnie owe drogi, za które płaciłem miesięcznie tyle rupii. Rząd wie o tym, lecz nic nie działa. Trzej inni królowie, którym nie zapłacono za strzeżenie wąwozów, wysłali gońca, donosząc o wiarołomstwie radżów Bunàr i Hilàs. Gdy się stało całe to nieszczęście, zważ sam… gdy ci dwaj cudzoziemcy z wodowagami i cyrklami upewniają pięciu królów, że jakieś wielkie wojsko lada dzień przejdzie przez wąwozy (wszyscy górale są skończonymi durniami)… naraz ja, Hurree Babu, otrzymuję rozkaz: „Jedź na północ i zbadaj, czego chcą ci cudzoziemcy”. Ja wtedy rzekę do sahiba Creightona: „Toć to nie proces, byśmy mieli gromadzić dowody”.

2210

Uśmiechnął się drwiąco i powrócił znów do angielszczyzny:

2211

— „Na Jowisza”, mówię na to, „po kiego di-abła takie zachody? Czemu pan, na ten przykład, nie wyda rozkazu jakiemu śmiałkowi, by ich otruł? Niech pan się nie pogniewa za tę uwagę, lecz nazwę to wielkim niedbalstwem z pańskiej strony”. Ale pułkownik Creighton wyśmiał mnie tylko! Oj, ta wasza dia-ab-belna zarozumiałość angielska! Mniemacie, że nikt nie waży się przeciwko wam spiskować. Cóż za głupota!

2212

Kim ćmił fajkę pomaluśku, rozważając w swej bystrej głowie całą sprawę, ile ją zdołał zrozumieć.

2213

— Więc idziesz tropić cudzoziemców?

2214

— Nie; powitać ich. Przybywają do Simli, by stamtąd odesłać rogi i łby upolowanej zwierzyny, które mają oporządzić w Kalkucie. Są to… tylko myśliwi, a rząd zapewnił im specjalne udogodnienia. Oczywiście, my zawsze tak postępujemy; jest to chlubą dla nas, Anglików.

2215

— Więc czemuż się ich obawiać?

2216

— Na Jowisza, to nie są czarni. Z czarnymi, ma się rozumieć, poszłoby mi wszystko jak z płatka. To Rosjanie, ludzie zgoła pozbawieni skrupułów. Ja… ja nie mam ochoty wdawać się z nimi bez świadków.

2217

— Czy chcą cię zabić?

2218

— O, o to jeszcze najmniejsza. Jako wierny wyznawca filozofii Herberta Spencera, gotów jestem, sądzę, każdej chwili powitać śmierć, która, jak ci wiadomo, i tak jest mi przeznaczona. Ale… ale oni mogą mnie obić…

2219

— Za co?

2220

Hurree Babu trzasnął w podrażnieniu palcami.

2221

— Oczywiście, przystanę do ich obozu w charakterze nadliczbowego członka wyprawy… może jako tłumacz, może jako jakiś półgłówek lub głodomór, czy jeszcze co innego. A wtedy, przypuszczam, muszę wydostać ich tajemnice, co się zrobić da bez wielkiego trudu. Jest to dla mnie rzecz tak łatwa, jak udawanie pana doktora wobec starej jejmości. Tylko… tylko… widzisz, panie O'Hara, jestem na nieszczęście Azjatą, co w pewnych względach jest poważną ułomnością. A co więcej, jestem Bengalczykiem… człowiekiem lękliwym.

2222

— Bóg stworzył pospołu zająca i Bengalczyka; czegóż się mają wstydzić? — przytoczył Kim znane przysłowie.

2223

— Zdaje mi się, że był to proces ewolucji wywołany pierwotną koniecznością, lecz sam fakt istnieje nadal z całym swym cui bono[188]. Jestem, ach, okropnie bojaźliwy!… Pamiętam, jak raz chciano mi uciąć głowę na drodze do Lhassy (nie, ja nigdy nie dotarłem do Lhassy!). Usiadłem i krzyczałem, panie O'Hara, przeczuwając, że czekają mnie chińskie tortury. Nie przypuszczam, by ci dwaj panowie mieli mnie torturować, lecz w razie czego wolałbym towarzystwem Europejczyka zabezpieczyć się od możliwej przygody.

2224

Zakaszlał się i wypluł nasiona rzeżuchy.

2225

— Jest to zgoła nieurzędo-owa propozycja, na którą możesz odpowiedzieć: „Nie, babu”. Jeżeli nie masz jakich pilnych zamierzeń wraz ze swym staruszkiem… może będziesz mógł go nieco zabawić; może ja potrafię dogodzić jego fantazjom… chciałbym utrzymywać z tobą łączność służbową, póki nie odnajdę tych polujących kanciarzy. Mam do ciebie wielkie zaufanie, odkąd spotkałem się ze swym przyjacielem w Delhi. Gdy sprawa ostatecznie się wyświetli, włączę twoje nazwisko do raportu urzędowego. Będzie to dla ciebie wielką chlubą. Taki to jest istotny powód mego przybycia.

2226

— Hmm! Koniec opowiadania wydaje mi się prawdziwy, lecz co sądzić o części poprzedzającej?

2227

— O pięciu królach? O-o! W tym jest tyle samo prawdy; znacznie więcej, niżbyś przypuszczał — rzekł Hurree poważnie. — Pójdziesz… co? Udam się stąd wprost do Doon. Tam jest bardzo zielono i łąki jak malowanie. Mam iść do Mussoorie… do starego poczciwego Musscorie, jak mawiają panowie i damy. Stąd przez Rampur do Chini. Jest to jedyna droga, jaką oni mogą iść. Nie lubię czekać na zimnie, ale musimy na nich zaczekać. Chcę iść z nimi do Simli. Trzeba ci wiedzieć, że jeden z tych Rosjan jest Francuzem, a ja doskonale władam francuszczyzną. Mam przyjaciół w Chandernagore.

2228

On zapewne się cieszy, że zobaczy znów swe góry! — rzekł Kim w zamyśleniu. — Wszystkie prawie jego rozmowy w ciągu ostatnich dziesięciu dni obracają się dokoła tego tematu. Jeżeli pojedziemy razem…

2229

— Oo! Jeżeli twój lama woli, możemy być sobie w drodze zgoła nieznajomi; owszem, mogę iść o kilka mil przed wami. There is no hurry for Hurree[189]. Udał mi się europejski kalambur, cha cha cha!… Wy zaś nadejdziecie później. Czasu jest dość; oni, rzecz oczywista, będą tu spiskowali, mierzyli i rysowali mapy. Ja mogę iść jutro, a ty pojutrze, jeżeli masz ochotę. Hę? Możesz myśleć nad tym do rana. Na Jowisza, toć to już prawie świt.

2230

Ziewnął potężnie i nie wyrzekłszy ani grzecznego słówka na dobranoc powlókł się na swe legowisko. Kim natomiast spał bardzo mało, a przez głowę toczyły mu się myśli wyrażające się mową hindostańską:

2231

„Słusznie tę grę nazwano wielką! Byłem przez cztery dni kuchcikiem w Quetcie, czekając na żonę owego męża, któremu wykradłem książkę. I to było częścią wielkiej gry! Z południa, Bóg wie z jak daleka, przybył Mahratta, z narażeniem życia uczestnicząc w wielkiej grze. Teraz ja pójdę hen daleko na północ, biorąc udział w wielkiej grze. Doprawdy, ona się przesnuwa przez całe Indie niby czółenko tkackie. A ten udział i tę swoją radość — uśmiechnął się do otaczającej go ciemności — zawdzięczam temu oto lamie. Poniekąd też Mahbubowi Alemu… a także i pułkownikowi Creightonowi, ale przede wszystkim świętemu mężowi. Ma on rację… świat jest wielki i pełen dziwów… a ja jestem Kim… Kim… Kim… sam jeden… jednostka… wśród tego wszystkiego. Ale chciałbym zobaczyć tych cudzoziemców z libelami i łańcuchami mierniczymi…”

2232

— Jakież było zakończenie wczorajszej pogawędki wieczornej? — ozwał się lama, odprawiwszy modły.

2233

— Nadszedł jakiś wędrowny olejkarz… dybigarnek w domu sahiby. Pobiłem go dowodami i modlitwami, stwierdzając, że nasze czary są skuteczniejsze od jego farbowanych cieczy.

2234

— Och, te moje czary! Czy cnotliwa niewiasta domaga się nowych?

2235

— Bardzo stanowczo.

2236

— Więc trzeba je zapisać, bo inaczej ona mnie ogłuszy swym wrzaskiem.

2237

Jął domacywać się swego piórnika.

2238

— Na równinach — rzekł Kim — zawsze bywa ludzi za wiele. W górach, o ile zdołałem pojąć, jest ich mniej.

2239

— Ach, te góry… i śnieg na górach!… — to mówiąc, lama oddarł cienki skrawek papieru nadający się do umieszczenia w amulecie. — Ale co ty wiesz o górach?

2240

— Są one bardzo blisko — odrzekł Kim, pchnąwszy drzwi na oścież i zapatrzył się w długie, pełne ciszy pasmo Himalajów, gorejące pozłotą brzasku. — Nigdy nie wstąpiłem tam nogą, co najwyżej w przebraniu sahiba.

2241

Lama węszył uważnie, skąd wiatr nadciąga.

2242

— Jeżelibyśmy poszli na północ — mówił Kim, zwracając się z tym zapytaniem do wschodzącego rąbka słońca — to czyż nie uniknęlibyśmy skwaru w czasie południa, idąc chociażby wśród tych niższych wzgórków?… Czy czar już gotów, o mężu święty?

2243

— Napisałem imiona siedmiu bzdurnych diabłów… z których żaden naprawdę nie wart jest i ziarnka piasku. Tak to głupie baby zwodzą nas z Drogi zbawienia.

2244

Spoza gołębnika wytarabanił się Hurree Babu, ostentacyjnie według rytuału czyszcząc sobie zęby. Ten otyły mężczyzna, obdarzony tęgimi łydami, byczym karkiem i potężnym głosem, nie wyglądał wcale na „bojaźliwego człeka”. Kim prawie nieuchwytnym ruchem dał mu znak, że sprawa jest na dobrej drodze; przeto Hurree Babu, dokończywszy rannej toalety, podszedł do lamy i powitał go kwiecistym przemówieniem. Śniadanie, ma się rozumieć, zjedli oddzielnie; niebawem zaś stara jejmość, mniej więcej przysłonięta firankami okna, zagadnęła ich znów w żywotnej kwestii kolek w żołądku infanta, wywołanych niedojrzałymi owocami mango. Prawdę powiedziawszy, wiadomości lekarskie lamy oparte były jedynie na… sympatii. Wierzył, że łajno czarnego konia zmieszane z siarką i noszone w skórce wężowej było skutecznym środkiem przeciw cholerze; w każdym razie jednak symboliczność interesowała go więcej niż wiedza. Hurree Babu z czarującą uprzejmością odnosił się do tych poglądów, tak iż lama nazwał go grzecznym doktorem, na co Hurree Babu odparł, że jest sam po prostu zwykłym partaczem w dziedzinie mistyki, ale przynajmniej — za co Bogu niech będą dzięki — wie, że znalazł się wobec prawdziwego mistrza; wprawdzie ongi pobierał naukę we wspaniałych salach wykładowych w Kalkucie, u sahibów, którzy nie szczędzą na to grosza; lecz po raz pierwszy zaczął sobie uświadamiać, że poza ziemską mądrością była jeszcze inna mądrość — wzniosła i dalekosiężna nauka zdobyta rozmyślaniem.

2245

Kim przyglądał się z zazdrością. Oto ten Hurree Babu, którego znał dotychczas — ckliwy, rozwlekły, nerwowy ślamazara — zginął bez śladu; również przepadł gdzieś bezczelny olejkarz wczorajszy. Zamiast niego był tu człek wytworny, ugrzeczniony, uważny — rozsądny i światły wychowaniec surowej szkoły życia, chłonący mądrość płynącą z ust lamy. Stara jejmość zwierzyła się Kimowi, że te niebywałe wyżyny rozmowy są jej niedostępne. Lubiła czary suto zapisane atramentem, który można było spłukać wodą, przełknąć i kwita. Na cóż innego mogliby się jeszcze przydać bogowie? Lubiła mężczyzn i kobiety i umiała o nich gwarzyć: o książątkach, których ongi znała; o swej młodości i urodzie; o spustoszeniach wyrządzanych przez lamparty i wybrykach zakochanych Azjatów; o podatkach i ubezpieczeniach, obrzędach pogrzebowych. O swoim zięciu (o tym tylko napomykała, z czego łatwo było wysnuć dalszy wątek), o opiece nad młodzieżą i o zgorszeniu naszego wieku. Kim, tak przejęty życiem tego świata, jak ona rychłym tegoż opuszczeniem, chłonął wszystko uważnie, podwinąwszy nogi pod rąbek swej sukni; tymczasem lama kruszył jedną po drugiej teorię leczenia ciała wysuwaną przez Hurreego Babu.

2246

W południe Babu przytroczył do pleców skrzynkę z lekarstwami okutą mosiądzem, wziął w jedną rękę patentowane buciki skórzane, używane na ceremonialnych przyjęciach, w drugą zaś modro-biały[190] parasol i ruszył na północ w stronę Doon, gdzie, jak mówił, czekali go z utęsknieniem pomniejsi książęta tamtejszych okolic.

2247

— My, chelo, wyruszymy z nastaniem wieczornego chłodu — rzekł lama. — Ten lekarz, obeznany z medycyną i grzecznością, utrzymuje, że wśród tych niższych wzgórz mieszka ludność bogobojna, zacna i bardzo spragniona nauczyciela. Za czas niedługi, jak mówi hakim, wejdziemy w chłodne sfery powietrza, przesycone wonią sosen.

2248

— Idziecie w góry… i to przez Kulu? O trzykroć szczęśliwi — jęła się drzeć babina. — Gdyby nie to, że na kark mi spadła piecza nad gospodarstwem, wzięłabym palankin… ale to byłoby zuchwalstwem i mogłoby narazić moje imię. Oho! Znam tę drogę… znam każdą jej odległość. Wszędzie doznacie tam miłosierdzia… nie odmawiają go ludziom, którym dobrze patrzy z oczu. Wydam zlecenia, by zaopatrzono was w żywność. Czy może dać wam służącego, by wam wskazywał drogę? Nie?… To przynajmniej nagotuję wam dobrego jadła.

2249

— Jakaż to kobieta z tej sahiby! — ozwał się siwobrody Orias, gdy w izbie czeladnej rozlegała się wrzawa. — Nigdyć ona nie zahaczyła swego przyjaciela, ale też przez całe życie nie zahaczy tego, kto jej krzyw[191]. A jej frykasy… cmok! — i pogłaskał się po zapadłym brzuchu.

2250

Były tam ciasta, były słodycze, było zimne kurczę duszone z ryżem i śliwkami — co wystarczyło, by objuczyć Kima nikiej[192] muła.

2251

— Jestem stara i do niczego — rzekła jejmość. — Nikt mnie teraz nie kocha… i nikt nie szanuje… ale mało kto pójdzie ze mną w zawody, gdy chodzi o składanie czci bogom i wystawanie nad garnkami w kuchni. Przyjdźcie tu jeszcze kiedy, o ludzie dobrej woli. Przyjdźcież, mężu święty i ty uczniu. Pokój zawsze będzie dla was przygotowany, zawsze was spotka serdeczne przyjęcie… Uważaj, bo tam kobietki nazbyt lgną do twego cheli. Znam ci ja kobiety kuluańskie. Miej się na baczności, chelo, żeby ci staruszek nie uciekł, kiedy poczuje znów swoje góry… Hej! Nie wysyp no bokiem worka z ryżem!… Pobłogosław memu domowi, o mężu święty, i wybacz swej słudze jej przywary!

2252

Brzegiem namitki[193] otarła stare, sczerwienione oczy i załkała na całe gardło.

2253

— Kobiety są gadatliwe — ozwał się lama na koniec — ale to pochodzi jeno z ich słabości. Dałem jej czar. Ta kobieta jest przykuta do Koła żywota i całkowicie oddana pozorom doczesnym, lecz niemniej, chelo, jest ona cnotliwa, łaskawa i gościnna… z całej gorącości swego serca. Kto zaprzeczy, iż ona mogłaby osiągnąć zasługę!

2254

— Ja nie przeczę! — rzekł Kim, przewieszając sobie przez ramię obfite zapasy żywności. — W głębi ducha… gdzieś poza obrębem wzroku… starałem się wyobrazić sobie jej podobną istotę całkiem wyzwoloną z Koła… niepożądającą niczego, nierozkazującą… jak gdyby jaką mniszkę…

2255

— I cóż, diabliku? — roześmiał się lama prawie w głos.

2256

— Nie mogłem jej sobie taką wyobrazić.

2257

— Ja też. Ale ona ma jeszcze przed sobą wiele, wiele milionów żywotów. W każdym z nich zapewne zdobędzie sobie nieco mądrości.

2258

— A czy zapomni wtedy, jak przygotować na drogę potrawkę z szafranem?

2259

— Twój umysł lgnie do błahostek. Bądź co bądź, nie brak jej zręczności. Czuję się pokrzepiony na całym ciele. Gdy dojdziemy do przedgórzy, przybędzie mi jeszcze sił. Hakim miał słuszność, gdy mówił mi dziś rano, że dech ciągnący od śniegów zdmuchuje z człowieka dwadzieścia lat życia. Na czas pewien pójdziemy w góry… pomiędzy wierchy[194]… kędy huczą śnieżne roztopy i szumią drzewa… Hakim mówił, że w każdej chwili możemy wrócić na równiny, bo pójdziemy se[195] ino[196] brzeżkiem tych uroczych okolic. Hakim jest pełen mądrości, jednakowoż wcale nie masz w nim pychy. Wspomniałem mu… było to, gdyś ty rozmawiał z sahibą… wspomniałem mu o zawrotach głowy, jakie chwytają mnie w nocy, on zaś na to powiada, że pochodzi to z nadmiernego gorąca… i że wyleczy mnie tylko chłodniejsze powietrze. Po zastanowieniu mnie samemu dziwnym się wydawało, że nie pomyślałem o tak prostej kuracji.

2260

— Czy opowiadałeś mu o swych poszukiwaniach? — zapytał Kim z odcieniem zazdrości. Wolał wpływać na lamę własną jego mową a nie szalbierstwami Hurreego Babu.

2261

— A pewnie. Opowiadałem mu swój sen, a nadmieniłem też, jakim sposobem zdobyłem sobie zasługę, przyczyniając się do twego wykształcenia.

2262

— Nie mówiłeś, że jestem sahibem?

2263

— Po co? Mówiłem ci już wiele razy, że jesteśmy jedynie dwiema duszami szukającymi wybawienia. On powiedział… i ma w tym słuszność… iż rzeka zbawienia wytryśnie tak, jak mi się śniło… choć nawet pod mymi stopami, gdyby tak było potrzeba. Otóż widzisz, gdy znajdę Drogę, która wyzwoli mnie z Koła, czyż potrzebuję się kłopotać o znalezienie drogi wiodącej przez ugory ziemskie… co są jeno złudą? Byłoby to niedorzecznością. Mam sny powtarzające się noc po nocy; mam Dżatakę i mam ciebie, Przyjacielu całego świata. W tych horoskopach było napisane, że Czerwony Byk na zielonym polu (nie zapomniałem ci tego) doprowadzi cię do zaszczytów. Któż oprócz mnie przewidywał ziszczenie się tego proroctwa? Istotnie, ja byłem twym narzędziem. Ty w zamian, będąc moim narzędziem, winieneś wykryć moją rzekę. Poszukiwanie jest niezawodne.

2264

To mówiąc twarz swą, żółtą jak kość słoniowa, pogodną i pozbawioną trwogi, zwrócił w stronę wabiących go gór, a cień jego, idąc przodem, przebijał się gdzieś daleko przez kurzawę.

Rozdział XIII

Tęskniłże kto za morzem —

gdzie bezmiar nurtów szyderczy

Łomoce i miota okrętem,

aż bukszpryt[197] pod niebo hen sterczy?

Za ciągłą kurzawą targowisk —

za toni huczącym błękitem?…

Za raf zdradnymi paściami[198]

za żagli piorunnym skowytem?…

Za morzem niezmiennym w swych cudach —

i w cudach swych wciąż rozmaitym?…

Za morzem, co duszy gra wtór?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak… nie inaczej! — tak… nie inaczej

górale wżdy[199] tęsknią do swych gór!

2265

Kto idzie w góry, idzie do swej matki!

2266

Przebyli Sewaliki i Doon, co ma klimat prawie podzwrotnikowy; zostawili za sobą Mussoorie i szli prosto na północ wąskimi drogami górskimi. Z każdym dniem zapuszczał się coraz głębiej w bezładnie spiętrzone turnie, a Kim przekonał się, że lama z dniem każdym nabierał męskości i siły. Na wzgórkach Doonu wspierał się był na ramieniu chłopca, rad korzystając z postojów przydrożnych. Lecz pod wielką spadzistością wiodącą do Mussoorie zebrał się w sobie, niby stary łowca stający naprzeciwko dobrze znanej nory… i tam, gdzie powinien by upaść ze znużenia, podkasał długie szaty, pełną piersią zaczerpnął w dwójnasób kryształowego powietrza i poszedł raźnie, jak to umieją jedynie górale. Kim, urodzony i wychowany w nizinach, pocił się i dyszał pełen zdumienia.

2267

— Oto moja kraina — rzekł lama. — W porównaniu z Such-zen te okolice są równe niczym łan ryżowy.

2268

I jął wdzierać się na górę krokiem sążnistym, miarowym, aż mu furkotał z wiatrem płaszcz wokół lędźwi. Ale dopiero w czasie schodzenia w dół po urwisku, po przebyciu trzech tysięcy stóp w ciągu trzech godzin, zostawił daleko za sobą Kima, który od ciągłego prostowania się czuł niemały ból w krzyżach, a ponadto słomianym sznurowadłem trepów obtarł sobie wielki palec u nogi. Skroś przesiewnego półmroku wielkich borów deodarowych, pośród dębów opierzonych wystrzygankami[200] paproci, wśród brzóz, wiązożołdów, różodrzewów i sosen… aż na śliską, słońcem wypaloną trawę górskiej połoniny… i znów z powrotem w chłód leśny, póki dąb nie ustąpił miejsca bambusowi i palmom nizinnym — szedł i szedł, a raczej pędził niestrudzony lama…

2269

O zmierzchu, oglądając się na potężne szczyty, które pozostawili za sobą, i na ledwo dostrzegalną, cieniuchną linię drogi, którą tu przyszli, starzec z wrodzonym góralowi rozmachem układał plany nowych marszów na dzień następny albo też przystanąwszy na grzbiecie jakiej wyniosłej przełęczy wychodzącej na Spiti i Kulu wyciągał z utęsknieniem dłonie do wiecznych śniegów na widnokręgu. W godzinach świtu, gdy Kedarnath i Badrinath — króle[201] tej pustaci[202] — brały na się pierwsze promienie słońca, wówczas te śnieżyska gorzały jaskrawą czerwienią ponad bryłami zakrzepłego błękitu; przez cały dzień leżały w słonecznych odblaskach ni to roztopione srebro, zasię pod wieczór ubierały się znowu w drogocenne klejnoty. Zrazu łagodnie owiewały podróżnych, a dobrze to się spotkać z takim powiewem, gdy się człek wspina na jakowyś hruby[203] wierch; ale po kilku dniach, na wysokości dziewięciu lub dziesięciu tysięcy stóp, te wietrzyki zaczęły po trosze dawać się we znaki, przeto Kim łaskawie zgadzał się na to, by jakaś wioska góralska zaskarbiła sobie łaskę niebios, użyczając mu kosmatej guni[204] do przykrycia. Lama był z lekka zdziwiony, że ktoś mógł mieć coś przeciwko ostrym cięciom tych powichrów, co jemu zerwały z ramion brzemię starości.

2270

— To dopiero niższe górce, chelo. Zimno zacznie się dopiero wtedy, gdy wejdziemy w prawdziwe góry.

2271

— Powietrze i woda są tu dobre, ludziska bogobojne, ale jadło zgoła kiepskie — zrzędził Kim — a drałujemy jak wariaty… lub Anglicy. No, i nocą czuje się mróz w kościach.

2272

— Może tylko troszeczkę, tyle, żeby można było na słońcu rozgrzać stare kościska. Nie możemy zawsze rozkoszować się miękką pościelą i obfitą strawą.

2273

— Przynajmniej moglibyśmy trzymać się gościńca.

2274

Kima jako mieszkańca nizin nęciła tu przede wszystkim porządnie wydeptana drożyna, szeroka niespełna sześć stóp, wijąca się wężykowato wśród gór; ale lama, jako Tybetańczyk, nie mógł się powstrzymać od drapania się na przełaj przez krawędzie i cyple na usianych piargami[205] zboczach. Swemu kulejącemu uczniowi tłumaczył, że rodowity góral może snadnie[206] odgadnąć bieg górskiej przeprawy i choć dla cudzoziemca idącego na krótsze drogi będą zapewne przeszkodą nisko osiadłe chmury, to człek rozważny wcale nie będzie na nie zważał. W ten sposób po wielu godzinach marszu, który w krajach cywilizowanych uznano by za przepyszną wycieczkę turystyczną, siadali na groniku[207], by nieco odsapnąć, schodzili boczkiem po niejednej spadzistości i nurkując lasem dochodzili z ukosa (45°) znów do drogi. Wzdłuż ścieżyny, co ich wiodła, znajdowały się osady górskie — zwykłe lepianki z ziemi i błota, gdzieniegdzie koliby[208] z kłód z grubsza ociosanych toporem — to przyczepione niby jaskółcze gniazda do urwisk, to porozrzucane bezładnie po niewielkich płasienkach[209] w połowie oślizgłej krzesanicy[210], wysokiej na trzy tysiące stóp; to wtłoczone w zakątki skał, które wchłonęły i skupiały w sobie każdy przelotny wydmuch wiatru, to znowu przykucnięte na garbie górskim, który w zimie był niewątpliwie przysypany na dziesięć stóp śniegiem — snadź[211] pobudowali je na lato juhasy pasący trzodę. Mieszkańcy — śniadawi, brudni, w grube wełniaki ubrani ludziska o krótkich, bosych nogach i prawie eskimoskich twarzach — wybiegali tłumnie i oddawali im cześć. Niziniacy, uprzejmi i łagodni, widzieli w lamie człeka świętego wśród świętych. Natomiast górale czcili go z lękiem niby jakiegoś zausznika wszystkich diabłów. Wyznawali buddyzm, zatarty już niemal do niepoznaki, przeładowany kultem przyrody, fantastycznym jak krajobrazy tutejsze, kunsztownym jak spiętrzenia ich poletek; wszakoż wielką dla nich powagę miał wielki kapelusz, pobrzękujący różaniec i osobliwe wersety chińskie, a wielką czcią darzyli osobę noszącą ten kapelusz.

2275

— Widzieliśmy, jak przechodziłeś przez czarne piersi Euy — mówił któregoś wieczoru pewien Betah częstując ich serem, zsiadłym mlekiem i chlebem stwardniałym na kamień. — My nieczęsto zdobywamy się na to… chyba latem, gdy haw[212] zabłąkają się cielne krowy. Wśród tych głazów zrywa się nagły wichr, co i w najcichszy dzień strąci człeka w przepaść. Ale cóż sobie tacy ludzie robią z diabła Euy!

2276

Potem już Kim, choć go bolały wszystkie ścięgna, choć nogi miał poranione od rozpaczliwego kurczenia stóp na nierównościach żlebów, jął się radować tym codziennym marszem — jakby się radował uczeń zakładu św. Ksawerego, który odniósł zwycięstwo w ćwierćmilowym biegu, zdobywając sobie pochwały kolegów. Z kości wyparowało mu wraz z potem sadło ghi i łojek cukrowy; ostre powietrze, które wciągał był w siebie niemal z płaczem u wnijścia do okrutnych wąwozów, wzmocniło i rozwinęło mu klatkę piersiową, a wspinanie się na coraz to wyższe poziomy nadało twardość nowym mięśniom w łydkach i udach.

2277

Rozmyślali często o Kole życia — tym bardziej że jak mówił lama, byli tu wyzwoleni od jego widomych pokus. Gdyby nie szary orzeł i czasem dostrzeżony w dali niedźwiedź wyrywający na zboczu pniaki i korzenie, gdyby nie widok lamparta, którego o świcie raz zastali pożerającego kozicę w zacisznej dolinie, i gdyby nie świetnie upierzony ptak przelatujący od czasu do czasu, byliby tu sam na sam z wichrami i trawami, co świszczały pod tchnieniem wiatru. W kurnych szałasach, ponad których dachami przechodzili we dwójkę, schodząc z gór, kobiety były nieładne i brudne, miewały wielu mężów, a szyję im szpeciło wole. Mężczyźni, o ile nie gospodarowali, trudnili się drwalką — byli potulni i niezwykle prostoduszni.

2278

Atoli, iżby nie zabrakło im miłej pogawędki, niebo zsyłało im to wyprzedzającego ich, to doganiającego wytwornego lekarza z Dakki, który góralom za strawę płacił maściami pomocnymi na leczenie wola i radami, które godziły zwaśnionych mężczyzn i kobiety. Ponoć znał te góry tak dobrze, jak znał górskie narzecza, przeto udzielał lamie wyjaśnień o położeniu kraju między Ladakh i Tybetem. Mówił, że każdej chwili mogą wrócić na niziny. Na razie dla tych, którzy lubią góry, prawdziwą rozrywką może być przeprawa na drugą ich stronę. Wszystko to wyjawił nie jednym tchem, lecz w ciągu wielu spotkań na kamiennych klepiskach — gdy doktor załatwiwszy się z pacjentami palił fajkę, lama zażywał tabakę, a Kim przyglądał się krowinom żującym paszę na dachach szałasów lub bujał wzrokiem i duszą po głębokich toniach błękitu pomiędzy łańcuchami gór. Wiedli też rozmowy na uboczu, w mrocznych lasach, gdzie doktor zbierał zioła, a Kim, jako początkujący lekarz, musiał mu towarzyszyć.

2279

— Widzisz, panie O'Hara, nie wiem doprawdy, co u wszystkich diasków będzie ze mną, gdy odnajdę naszych kamratów-myśliwych; jeżeli jednak będziesz łaskaw znajdować się w takiej odległości, byś mógł widzieć mój parasol, który jest doskonałym punktem wytycznym dla pomiarów gruntowych, podniesie mnie to wielce na duchu.

2280

Kim spojrzał na knieję wierchów.

2281

— To nie mój kraj, hakimie. Łatwiej pono[213] znaleźć wesz w kudłach niedźwiedzia.

2282

— Oo! To już moja w tym głowa. There is no hurry for Hurree. Oni niedawno byli w Leh. Opowiadano, że zeszli z Karkorum wraz z rogami i łbami upolowanej zwierzyny i wszystkim, co mają. Boję się tylko, że z Leh odeślą na terytorium rosyjskie wszystkie swe listy i rzeczy mogące ich skompromitować. Oczywiście, pójdą jak najdalej na wschód… żeby pokazać, że nigdy nie byli w państewkach zachodnich. Ty nie znasz gór? — tu zaczął rysować gałązką po ziemi. — Patrz! Powinni tu przyjść przez Srinagar lub Abbotabad. To dla nich droga najkrótsza… wzdłuż rzek koło Bandżi i Astor. Ale narobili psoty na zachodzie; przeto teraz ma-aszerują i ma-aszerują na wschód — to mówiąc kreślił rowek od lewej ręki ku prawej — do Leh (o, jakże tam zimno!) i wzdłuż Indusu do Han-lé (znam tę drogę), a potem, jak widzisz, do doliny Bushahr i Chini. Przekonałem się o tym, stosując metodę rugowania i wypytując chłopów, których leczę tak znakomicie. Nasi przyjaciele zabawiali się przez długi czas wszędzie dokoła i robili duże wrażenie, więc wieści o nich rozchodzą się daleko. Zobaczysz, że ich zdybię gdzieś w dolinie Chini. Proszę cię, zważaj bacznie na mój parasol.

2283

Kołysał się ten parasol po dolinach i dokoła zboczy górskich, jak wiatrem szarpany dzwonek leśny, a wieczorami, w chwili stosownej, lama i Kim, który kierował się kompasem, spotykali hakima sprzedającego maści i proszki.

2284

— Przybyliśmy drogą taką a taką! — mówił lama, wskazując niedbale palcem na przebytą grań górską, a parasol rozpływał się w zachwytach.

2285

Jedną przełęcz śniegiem zasypaną przebyli w mroźną noc księżycową, a lama, lekko żartując sobie z Kima, wszedł po kolana w zaspę niby wielbłąd dwugarbny z rodzaju tych kudłatych, wychowanych w krainie śniegu, co to przybywały do Seraju Kaszmirskiego. Brnęli przez złoża wiotkiego śniegu i łupku przyprószonego śniegiem, gdzie wobec nadchodzącej zadymki szukali schronienia w obozowisku Tybetańczyków spędzających z gór swe chude owce, z których każda objuczona była workiem boraksu. Wydostali się na hale, jeszcze gdzieniegdzie usiane śniegiem, a potem lasem znów na pastwiska. Mimo że tyle odbywali marszów, Kedarnath i Badrinath były jak gdyby niewrażliwe na to zmniejszanie się przestrzeni; zawsze pozostawały co do joty takie same. Dopiero po wielu dniach podróży Kim, wspiąwszy się na niewielki gronik, na wysokości dziesięciu tysięcy stóp, mógł zauważyć, że ten czy ów garb albo wierzch zmienił się w zarysie — ot, zawsze o małą ociupinę.

2286

W końcu wkroczyli w nowy świat; w tym świecie — w dolinę ciągnącą się milami, gdzie piętrzyły się turniczki utworzone z samych odłamów i odruzgów wyżnich gór. Tu po całodziennym marszu zaszli nie dalej (tak im się widziało), jak zajdzie człek śpiący, któremu nogi obezwładniła zmora. Całymi godzinami wlekli się znojnie brzeżkiem jednego ze zboczy — i patrzcie no! — była to tylko najdalsza wypukłość w filarze wysterkającym z głównego trzonu górskiego! Jakiś upłaz, z dala przez nich widziany, okazał się, skoro doń dotarli, ogromnym płaskowyżem wdzierającym się daleko w dolinę. W trzy dni później przedstawiał się im jako ciemna zmarszczka ziemi majacząca na południu.

2287

— Tu mieszkają chyba bogowie! — odezwał się Kim, przytłoczony panującą tu ciszą oraz przerażającymi przelotami cieni chmur pierzchających po deszczu. — To miejsce nie dla ludzi!

2288

— Dawno, dawno temu — odrzekł lama jakby sam do siebie — pytano Pana naszego, czy świat jest wiecznotrwały. On, Najdoskonalszy, nie dał na to odpowiedzi… Gdy byłem na Cejlonie, jeden z mądrych dociekaczy potwierdził mi to na podstawie ksiąg objawienia, pisanych językiem pali[214]. Zapewne, odkąd znamy drogę do wyzwolenia, pytanie to uważać należy za jałowe, ale… patrz i poznaj, co to złudzenie, chelo! Oto są prawdziwe góry! Przypominają mi moje góry koło Such-zen. Nigdy nie było takich gór!

2289

Ponad nimi, wciąż jeszcze strasznie wysoko, piętrzyła się ziemia hen aż do śnieżnej granicy, gdzie od wschodu ku zachodowi na przestrzeni setek mil zatrzymywały się równo, niby nożem ucięte, ostatnie z zuchwałych brzóz. Jeszcze wyżej skalne wierchy, usadzone na granicach i cyplach, usiłowały przebić czołami białą osnowę mgieł. Zaś jeszcze nad nimi, niezmienne od świata początku, lecz mieniące się za każdym kaprysem słońca i chmur, spoczywały wieczne śniegi. Na ich obliczu widzieli plamy i cętki, gdzie harcowały burze i wędrowne zawieje.

2290

Poniżej zaś tego miejsca, gdzie stali, snuł się całymi milami modro-zielony szmat boru; pod borem widniała wioska, opadając siklawą[215] tarasowatych pól i urwistych pastwisk; a u stóp wioski, choć tam w tej chwili huczała dąsała się piorunna trzaskawica, rozpoznawali kopę wzniesioną na dwadzieścia do piętnastu tysięcy stóp ponad młaką[216], gdzie gromadzą się strumienie dające początek małej tu jeszcze rzece Sutludż.

2291

Lama, jak zwykle, prowadził Kima po perciach juhaskich i po bezdrożach, z dala od głównej drogi, kędy przed trzema dniami przeprawiał się Hurree Babu, ów „człek bojaźliwy”, wśród burzy tak strasznej, że na dziesięciu Anglików dziewięciu na pewno by się wyrzekło całej tej podróży. Hurree nie był zawołanym strzelcem — mienił się na twarzy już za samym pociągnięciem cyngla — był natomiast, jakby się sam wyraził o sobie, „ba-ardzo spra-awnym dojeżdżaczem”, przeto nie bez celu przepatrywał tanią lornetką ogromną dolinę. Zresztą i tak białość zszarganych płóciennych namiotów z daleka odbijała na tle zieleni. Hurree Babu, siedząc na klepisku w Ziglaur, widział wszystko, co chciał widzieć, na dwadzieścia mil w dal, licząc według lotu orła, i czterdzieści, licząc wzdłuż drogi: widział mianowicie dwa punkciki, które jednego dnia były tuż pod linią śniegów, a nazajutrz posunęły się o jakie sześć cali w dół po zboczu. Jego tłuste, odsłonięte nogi, raz wprawione w ruch, mogły przebyć zdumiewająco duży kawał drogi i to było powodem, że gdy Kim i lama, leżąc w podziurawionym szałasie w Ziglaur, czekali, aż przejdzie burza, pewien tłusty, zmoknięty, lecz zawsze uśmiechnięty Bengalczyk, posługując się w lada frazesach najwyszukańszą angielszczyzną, nadskakiwał dwom cudzoziemcom zlanym do suchej nitki i nieco zakatarzonym. Przybył on tu, snując przeróżne dzikie zamysły, tuż w tropy za trzaskawicą, która zdruzgotała sosnę naprzeciw ich obozu i przekonała w ten sposób kilkunastu kulisów, że dzień był niepomyślny dla dalszej podróży — ci zaś pod tym wrażeniem rzucili jak jeden mąż swe toboły i odmówili posłuszeństwa. Byli to poddani jednego z radżów górskich, który, wedle zwyczaju, wynajmował ich do służby w celach osobistego zysku; ku większemu zaś ich utrapieniu ci nieznani sahibowie grozili im już strzelbami. Większość z nich od dawna otrzaskała się z sahibami i bronią palną; byli to tropiciele i shikarrisowie (szczwacze, naganiacze) z północnych dolin, mający węch na kozicę i niedźwiedzia; jednakowoż nigdy w życiu nie obchodzono się z nimi w ten sposób co dzisiaj. Przeto schronili się na łono ostępu i mimo wszelkich nawoływań i złorzeczeń wzbraniali się wrócić do służby. Nie było więc potrzeby udawać wariata lub… gdyż babu już obmyślił inne sposoby, by zapewnić sobie dobre przyjęcie. Wykręcił mokre odzienie, wdział buciki z patentowanej skóry, rozpostarł biało-niebieski parasol i drobiąc kroki, przy czym serce biło mu aż po gruczoły na szyi, przedstawił się:

2292

— Jestem pełnomocnik jego królewskiej mości, radży z Rampur, czym wam mogę służyć, łaskawi panowie?

2293

Panowie byli oczarowani. Jeden był niewątpliwie Francuzem, drugi Moskalem, ale mówili po angielsku niewiele gorzej od babu. Prosili go o łaskawą pomoc. Mówili, że krajowcy znajdujący się w ich służbie pochorowali się w Leh, oni zaś sami szli tu co sił, bo zależało im na tym, by dowieźć łupy myśliwskie do Simli, zanim skóry zostaną pogryzione przez mole. Mieli z sobą generalny list polecający (babu zwyczajem wschodnim złożył przed nim salaam) do wszystkich władz rządowych. Czy spotkali po drodze jaką inną drużynę myśliwską? Nie. Działali na własną rękę. Mieli sporo zapasów. Jedynym ich życzeniem było ruszyć jak najprędzej w drogę.

2294

Wtedy babu zastąpił drogę góralowi przyczajonemu wśród drzew, a trzyminutowa pogadanka oraz garstka srebra (nie można być oszczędnym w służbie państwowej, wszakoż Hurreemu krwawiło się serce wobec tego marnotrawstwa) miały ten skutek, że jedenastu kulisów i trzech fagasów zjawiło się z powrotem. W razie czego babu mógł zawsze stawać za świadka w sprawie okrutnego z nimi postępowania.

2295

— Mój władca i król będzie bardzo zmartwiony, ale ci ludzie są to ty-ylko prostacy i nieoświecone ciemięgi. Jeżeli czcigodni panowie raczą puścić w niepamięć to nieszczęsne zajście, będę nader uszczęśliwiony. Deszcz niebawem ustanie i będziemy mogli iść dalej. Panowie polowali… hę? To ładne widowisko!

2296

Skakał zręcznie od jednej kilty do drugiej, udając, że poprawia każdy ze stożkowatych koszów. Anglik nie bywa zazwyczaj poufały z Azjatą, lecz nie uderzyłby nigdy po łapie uprzejmego babu, który przypadkowo przewrócił kiltę o wierzchołku nakrytym czerwoną ceratą; z drugiej strony nie zmuszałby żadnego babu do picia ani też nie zapraszałby go do jadła. Cudzoziemcy czynili właśnie to wszystko i wypytywali o wiele rzeczy — zwłaszcza o kobiety — na co Hurree dawał wesołe i niewymyślne odpowiedzi. Oni dali mu szklankę jakiegoś białego płynu, podobnego do jałowcówki, a potem jeszcze urządzili poprawiny, tak iż wkrótce cała jego powaga znikła bez śladu. Stał się skłonnym do coraz częstszych wynurzeń i posługując się stekiem plugawych wyrazów, opowiadał o pewnym rządzie, który narzucił mu wychowanie europejskie, a nie dbał o to, by go uposażyć europejską płacą. Plótł baje o uciemiężeniach i krzywdach, aż łzy mu pociekły po policzkach na wspomnienie biedy, jaką cierpiała ojczyzna. Potem jął się zataczać, śpiewając piosenki miłosne z Dolnego Bengalu, a w końcu runął na mokry pień drzewa. Nigdy jeszcze tak nieszczęśliwy wytwór rządów angielskich w Indiach nie wpadł gorszym sposobem w ręce obcych.

2297

— Oni wszyscy są jemu podobni — odezwał się jeden z myśliwych do drugiego po francusku. — Przekonasz się o tym, skoro wejdziemy do Indii właściwych. Chciałbym odwiedzić jego radżę, można by z nim porozmawiać do rzeczy. Możliwe, że słyszał o nas i pragnie zaznaczyć swą przychylność.

2298

— Nie mamy czasu. Musimy jak najrychlej dostać się do Simli — odparł jego towarzysz. — Ja ze swej strony wolałbym, żeby nasze raporty zostały odesłane z Hilàs, a nawet z Leh.

2299

— Poczta angielska jest lepsza i bezpieczniejsza. Przypomnij sobie, że zapewniono nam wszelkie udogodnienia… i… na miłość boską! …jeszcze nam je dają! Czy nie jest to niewiarogodna głupota?

2300

— To pycha… która poniesie karę, jak na to zasługuje.

2301

— Tak! Pozyskać współmieszkańca kontynentu do naszej gry, to także nie fraszka. Wprawdzie to ryzyko, ale ci ludzie… ba! To rzecz aż nadto łatwa.

2302

— Pycha… wszystko to tylko pycha, mój przyjacielu.

2303

„No, jakiż z tego pożytek, u licha, że Chandernagore jest tak blisko Kalkuty — mówił sobie w duszy Hurree leżący na przeciwległym mchu, chrapiąc otwartymi ustami — jeżeli nie mogę zrozumieć ich francuszczyzny! Rozmawiają tak osob-bliwie prędko! O wiele lepiej byłoby poderżnąć im te sobacze gardła!”

2304

Gdy znów przyszedł do siebie, dręczony silnym bólem głowy, był już skruszony i przejęty nagłą obawą, że w swym opilstwie mógł się z czymś wygadać. Zaręczał, że przywiązany jest do rządu angielskiego — jest to bowiem źródło wszelkiego dobrobytu i zaszczytów, a władca Rampuru jest tego samego zdania. Wówczas obaj mężczyźni jęli go wyśmiewać i przytaczać mu niedawne słowa, aż z wolna wśród błagalnych przymilań, obleśnych mizdrzeń i niesłychanie przebiegłych pozerkiwań, biedny babu, widząc bezskuteczność swych wykrętów, został zmuszony do wyznania… prawdy. Gdy w czas jakiś po tym sahib Lurgan słyszał tę opowieść, żałował, że nie mógł się znajdować na miejscu głupowatych, obojętnych kulisów, co zarzuciwszy na głowę słomiane rogoże i rozbryzgując nogami krople deszczowe oczekiwali pogody. Wszyscy sahibowie, jakich owi znali (byli to ludzie grubo odziani, którzy corocznie wracali wesoło w upatrzone jary), mieli służących, kucharzy i posyłkowych rekrutujących się nierzadko z górali. Ci zaś sahibowie (tak sobie pogwarzali tragarze) podróżowali bez orszaku. Byli więc zapewne ubodzy, a przy tym głuptasy… bo żaden sahib przy zdrowych zmysłach nie szedłby za radą Bengalczyka. Zasię ów Bengalczyk, nie wiadomo skąd przybyły, dał im, kulisom, dużo pieniędzy i był obeznany z ich gwarą. Biedacy, przyzwyczajeni do łatwo zrozumiałego znęcania się nad nimi ze strony ludzi o tej samej barwie skóry, wietrzyli w tym jakowąś pułapkę i postanawiali drapnąć przy lada sposobności.

2305

Niebawem, gdy odświeżone powietrze pełne oparów woniało lubymi zapachami gleby, babu stał się przewodnikiem w przeprawie przez stoki… krocząc z dumą przed kulisami, a w pokorze za cudzoziemcami. W głowie mu się snuło wiele najrozmaitszych myśli, a najbłahsza z nich zaciekawiłaby niewymownie jego towarzyszy. Był wszakoż miłym przewodnikiem, zawsze umiejącym sprytnie ukazać im piękność krajobrazów w posiadłościach swego króla pana. Zapełniał te góry wszelką zwierzyną, jaką radzi byliby upolować; były tu więc koziorożec i lamparty, i niedźwiedzie. Z niezbyt wielką ścisłością, czego mu za złe brać nie można, omawiał kwestie botaniczne i etnologiczne, a zapas znanych mu podań miejscowych (proszę pamiętać, że był od lat piętnastu zaufanym pełnomocnikiem państewka) był wprost niewyczerpany.

2306

— Oryginalny człek z tego draba! — ozwał się wyższy z dwóch cudzoziemców. — Mógłby być upiorem kuriera wiedeńskiego.

2307

— On wyobraża in petto[217] Indie w okresie przejściowym… ten potworny dziwoląg, powstały ze zrostu Zachodu ze Wschodem — odpowiedział Rosjanin. — My tylko jedni wiemy, jak postępować z ludźmi Wschodu.

2308

— On zatracił własną ojczyznę i nie znalazł drugiej. Ale rozwinęła się w nim ogromna nienawiść ku zdobywcom. Słuchaj no. Ostatniej nocy zwierzał mi się, że… itd.

2309

Hurree Babu pod swym pasiastym parasolem natężał pilnie słuch i mózgownicę, by nadążyć za szybko płynącą strugą francuszczyzny, a jednocześnie wlepiał obie źrenice w kiltę pełną map i dokumentów — była ona szczególnie duża i miała podwójne przykrycie z czerwonej ceraty. Kraść nie zamierzał niczego; pragnął jedynie wiedzieć, co warto ukraść i jak następnie czmychnąć, w razie gdyby mu się kradzież udała. Dziękował wszystkim bogom Hindostanu i Herbertowi Spencerowi, że pozostało jeszcze kilka cennych rzeczy godnych kradzieży.

2310

Na drugi dzień droga zaczęła piąć się stromo na trawiastą połoninę ponad lasem; tu właśnie o zachodzie słońca spotkali wiekowego lamę — oni wszakże nazwali go bonzą — siedzącego po turecku nad jakąś tajemniczą kartą, umocnioną kamieniami, którą objaśniał młokosowi, widocznie neoficie, niezwykle przystojnemu, choć i brudnemu zarazem. Naraz zobaczyli zbliżający się pasiasty parasol, więc Kim radził zatrzymać się na chwilę, aż przybysz podejdzie ku nim.

2311

— Ha! — ozwał się Hurree Babu obrotny niczym kot w butach. — To jakiś wybitny świątek miejscowy. Zapewne poddany mego króla i władcy.

2312

— Co on tam robi? To nader ciekawe!

2313

— Objaśnia święte ma-alowidło… całe wykonane własnoręcznie.

2314

Obaj mężczyźni, odkrywszy głowy, stanęli w strudze blasków zachodzącego słońca, ścielących się nisko po ozłoconej murawie. Posępni kulisowie, radzi zwłoce, zatrzymali się i zdjęli z ramion bagaże.

2315

— Patrz no! — rzekł Francuz. — Jest to jakby obrazek przedstawiający narodziny jakiejś religii… oto pierwszy mistrz i pierwszy uczeń. Czy to buddysta?

2316

— To jakaś z wypaczonych odmian buddyzmu — odrzekł drugi — W górach nie ma prawdziwych buddystów. Ale przyjrzyj się fałdom jego odzieży. Przyjrzyj się jego oczom… jakie bezczelne! Czemuż daje on nam odczuć, że jesteśmy narodem tak młodym? — to mówiąc, kopnął ze złością jakieś bujne zielsko. — Myśmy tu jeszcze nigdzie nie zostawili swych śladów. Nigdzie! To właśnie, rozumiesz, nie daje mi spokoju! — i spojrzał spode łba na łagodną twarz i posągowy spokój postaci.

2317

— Bądź cierpliwy! Wyciśniemy tu jeszcze wspólnie nasze ślady… my i wasz młody naród. Tymczasem narysuj no jego portret.

2318

Babu ruszył naprzód buńczucznie, a z tyłu nie można było dostrzec ani jego kornego przemówienia, ani znaku danego Kimowi.

2319

— O święty mężu, ci ludzie są sahibami. Jednego z nich wyleczyłem z biegunki za pomocą mych lekarstw, teraz zaś jadę do Simli, by mieć pieczę nad jego przyjściem do zdrowia. Oni pragną obejrzeć twój obraz…

2320

— Leczenie chorych dobrą zawdy[218] jest rzeczą. To zaś jest Koło żywota — odparł lama — które pokazywałem był ci w Ziglaur, gdy padały deszcze.

2321

— …i posłuchać twych objaśnień.

2322

Lamie oczy zabłysły radością w przewidywaniu nowych słuchaczy.

2323

— Objaśnienie Najdoskonalszej Drogi jest rzeczą zbawienną. Czy oni znają cokolwiek hindi (mowę hinduską), jak ów opiekun obrazów?

2324

— Zdaje się, że troszkę znają.

2325

Wtedy lama z prostotą dziecka, oddanego nowej zabawie, rzucił głowę w tył i z całego gardła podjął przedśpiew Nauczyciela boskości, poprzedzający rozpoczęcie właściwego nauczania. Cudzoziemcy oparli się na laskach turystycznych i zaczęli się przysłuchiwać. Kim przycupnąwszy w pokorze przyglądał się czerwonej poświetli słonecznej na ich twarzach oraz wydłużonym cieniom ich postaci, zacierającym się i niknącym. Mieli oni nagolenniki nieangielskiego fasonu, a ponadto jakieś cudaczne pasy i popręgi, które przypomniały mu, jak przez mgłę, ryciny w książce z księgozbioru świętoksawerskiego; zwała się Przygody młodego przyrodnika w Meksyku. Ba, wyglądali prawie jak przepyszny pan Sumichrast w owej opowieści, a zgoła nie zakrawali na ludzi „wyzutych ze wszelkich skrupułów”, jakich sobie utroił Hurree Babu. Kulisi, zakurzeni i oniemiali, zatrzymawszy się o jakie dwadzieścia do trzydziestu jardów opodal, zgarbili się w pokorze; zaś babu stanął obok z miną szczęśliwego władcy, a końce sznura, którym przewiązywał wytworne swe odzienie, łopotały na wietrze jak chorągiewka wytyczna.

2326

— To są ci ludzie — szepnął Hurree korzystając z tego, że obrzęd przeciągał się, a obaj biali wodzili wzrokiem za słomką posuwającą się od piekła do nieba i z powrotem. — Wszystkie ich książki są w wielkiej kilcie z czerwoną przykrywką… są tam książki, raporty i mapy… a widziałem też list królewski pisany albo przez radżę Bunàr, albo radżę Hilàs. Pilnują tego bardzo starannie. Nie odesłali nic ani z Hilàs, ani z Leh, to pewna.

2327

— Kto jest z nimi?

2328

— Tylko paru tych pańszczyźnianych kulisów. Służby nie mają. Są to takie sknery, że sami sobie gotują jadło…

2329

— Lecz jakaż mnie tu czeka robota?

2330

— Czekaj i miej oczy otwarte. Gdyby się nadarzyła mi jakaś sposobność, będziesz wiedział, gdzie masz szukać papierów.

2331

— Lepiej by to było oddać w ręce Mahbuba Alego niż w ręce Bengalczyka — rzekł Kim zgryźliwie.

2332

— Zawżdy łatwiej znaleźć sposób zdobycia kochanki niż przebijania muru głową.

2333

— Patrzcie, tutaj jest piekło przeznaczone dla skąpstwa i chciwości. Po jego bokach z jednej strony pożądliwość, z drugiej zaś przesycenie.

2334

Lama zapalał się do swego dzieła, a jeden z cudzoziemców szkicował jego postać w oświetleniu szybko zmierzchającego się dnia.

2335

— Dość już tego — ozwał się w końcu szorstko ów mężczyzna. — Nie rozumiem wcale jego mowy, ale chcę mieć ten obraz. On jest lepszym artystą ode mnie. Zapytaj, czy tego nie sprzeda.

2336

— On mówi: „Nie, sar” (panie) — odpowiedział babu. Istotnie, lama nie odstąpiłby swej karty napotkanemu przypadkowo pątnikowi, podobnie jak arcybiskup nie oddałby w zastaw świętych naczyń kościelnych. W całym Tybecie pełno tanich wizerunków Koła żywota; ale lama był artystą, a jednocześnie bogatym przeorem w swoich stronach rodzinnych.

2337

— Może za jakie trzy, cztery lub dziesięć dni, skoro się przekonam, że ten sahib jest dociekaczem i to pojętnym, mogę mu z własnej woli narysować drugi taki obraz. Ale ten był już używany do wtajemniczania nowicjusza. Powiedz mu to, hakimie.

2338

— On chce mieć obraz natychmiast… za pieniądze.

2339

Lama potrząsnął z wolna głową i zaczął zwijać arkusz z namalowanym Kołem życia. Moskal ze swej strony widział w nim jedynie niechlujnego dziadygę targującego się o zasmolony kawałek papieru, przeto wyjął garść rupii i półżartem szarpnął kartę; ponieważ lama zacisnął pięść silnie, karta rozdarła się na dwoje. Głuchy pomruk zgrozy rozległ się wśród kulisów… dyć wielu z nich pochodziło ze Spiti i jak na swój poziom oświaty byli dobrymi buddystami. Lama porwał się na tę zniewagę, a ręka mu spoczęła na ciężkim piórniku, który jest orężem kapłana. Babu wił się z przerażenia.

2340

— Teraz widzisz… teraz widzisz, czemu chciałem mieć świadków; to są ludzie wyzuci ze wszelkich skrupułów. O sar, sar! Nie wolno ci bić świętego człowieka!

2341

Chelo! On pokalał Pisane Słowo!

2342

Było za późno. Zanim Kim zdołał odepchnąć napastnika, już Moskal z całej siły uderzył staruszka w twarz. W tejże chwili Kim pochwycił brutala za grdykę i zaczął się staczać wraz z nim po pochyłości góry. Cios zadany lamie rozpętał w krwi chłopca wszystkie nieznane mu diabły irlandzkie, a nagły upadek wroga dokonał reszty. Lama padł na kolana, na wpół ogłuszony; kulisi, porwawszy bagaże pomknęli na szczyt góry tak chyżo, jak niziniacy biegają po równinie. Oto widzieli niesłychane świętokradztwo, więc wypadało im uciec daleko z tego miejsca, zanim bogowie i strzygonie górskie nie powezmą pomsty. Francuz, szukając nerwowo rewolweru skoczył ku lamie, snadź zamierzając zrobić go zakładnikiem za swego towarzysza, lecz grad ostrych kamieni (a górale rzucają nader celnie) zmusił go do odwrotu, zaś jeden z kulisów pochodzący z Ao-chung pociągnął za sobą lamę w szeregi pierzchających. Wszystko odbyło się tak prędko, jak szybko zapada zmrok w górach.

2343

— Oni nam zabrali wszystkie pakunki i całą broń palną! — wrzasnął Francuz, strzelając na oślep w szary półmrok.

2344

— Dobrze, sar! Dobrze! Tylko nie strzelaj! Ja idę z pomocą! — zawołał Hurree i zwaliwszy się ze zbocza runął całym ciałem na upojonego i zdumionego Kima, który właśnie rozbijał głowę nieprzytomnego wroga o jakiś okrągły głazik.

2345

— Zmykaj do kulisów — szepnął mu babu do ucha. — Oni mają toboły. Papiery są w kilcie o czerwonej pokrywie, ale przeszukaj ją całą dokładnie. Zabierz ich papiery, a zwłaszcza muraslę (orędzie królewskie). Ruszaj! Drugi człowiek nadchodzi!

2346

Kim drapnął na górę. Kula rewolwerowa łupnęła w skałę tuż obok niego, więc przypadł do ziemi niby kuropatwa.

2347

— Jeżeli pan będzie strzelał — krzyczał Hurree — oni tu zejdą i pobiją nas na druzgi[219]. Ja ocaliłem tego pana. To sprawa szczególnie niebezpieczna.

2348

„Na Jowisza! — myślał Kim z zawziętością po angielsku. — Znalazłem się w tęgich opałach, ale ja też potrafię się bronić!”

2349

Wymacał za pazuchą podarek Mahbuba i dość niepewnie (boć, nie licząc kilku strzałów ćwiczebnych na pustyni bikanerskiej, nie robił dotychczas użytku z rewolweru…) nacisnął cyngiel.

2350

— A co mówiłem, sar! — prawie zapłakiwał się babu. — Zejdź na dół i pomóż mi go ocucić. Powiadam panu, że znajdziemy się wszyscy na gałęzi.

2351

Strzały ucichły i rozległo się szurgotanie potykających się wciąż stóp. Kim, nie szczędząc przekleństw, pobiegł rączo w ciemności pod górę, jak kot — lub jak andrus.

2352

Krzywda, Zemsta— Czy cię nie zranili, chelo? — zawołał lama nań z góry.

2353

— Nie. A ty? — i dał nura w kępę karłowatej smreczyny.

2354

— Anim draśnięty. Chodźmy stąd. Udamy się z tymi ludźmi do Shamlegh, co leży pod śniegami.

2355

— Ale nie wcześniej, zanim stanie się zadość sprawiedliwości — krzyknął jakiś głos. — Zdobyłem strzelby sahibów… wszystkie cztery. Zejdźmy w dół.

2356

— On uderzył świętego męża… a myśmy to widzieli! Nasze bydło wychudnie i zjałowieje… nasze kobiety przestaną rodzić! Śniegi zwalą się na nas, gdy będziemy iść do domu… I to jeszcze na domiar wszystkich okrucieństw, jakicheśmy doznali!

2357

Kępka smreczyny napełniła się jazgotliwymi kulisami… ogarnięci byli strachem, a zgroza czyniła ich gotowymi na wszystko. Ten, który był z Ao-chung, zaciskał w garści niecierpliwie komorę wybuchową swej strzelby i zabierał się do zejścia w dół.

2358

— Poczekaj krzynę[220], mężu święty; oni nie mogli ujść daleko; zaczekaj, aż wrócę.

2359

— Wszak oto ta osoba doznała krzywdy… — rzekł lama, kładąc dłoń na swym czole.

2360

— Właśnie też o to chodzi — brzmiała odpowiedź.

2361

— Więc jeżeli ta osoba przebacza krzywdę, tedy wasze ręce są czyste. Co więcej, zdobędziecie sobie zasługę przez posłuszeństwo.

2362

— Poczekaj, a pójdziemy wszyscy razem do Shamlegh! — upierał się ów człowiek.

2363

Przez chwilę w sam raz tak długą, jakiej trzeba do nabicia strzelby, lama zawahał się, po czym zerwał się na równe nogi i położył palec na ramieniu górala.

2364

— Czy słyszałeś? Ja to mówię… ja, com był przeorem w Such-zen, mówię, że nie wolno zabijać nikogo. Czy masz ochotę odrodzić się w postaci szczura lub wężem na podstrzeszu… robakiem w żołądku najpodlejszego ze zwierząt? Czy życzysz sobie…

2365

Człowiek, co był rodem z Ao-chung, padł na kolana, bo głos lamy huczał jak tybetański gong do odpędzania diabłów.

2366

— Ojej! Ojej! — zaczęli ludzie ze Spiti. — Nie przeklinaj nas… nie przeklinaj tego człowieka. To był jeno objaw żarliwości nabożnej, o mężu święty!… Ciśnij tę strzelbę, durniu!

2367

— Gniew nad gniewy! Zło nad wszelkie zło! Nikogo nie wolno zabijać. Niech ci, którzy biją kapłany, chodzą w kajdanach własnych postępków. Sprawiedliwe i niezawodne jest Koło życia, co nie zbacza ani na włos! Ich czeka jeszcze wielokrotne odrodzenie… w katuszach.

2368

Głowa mu obwisła i wsparł się ciężko na ramieniu Kima.

2369

— O mało co nie dopuściłem się wielkiego grzechu, chelo — wyszeptał wśród śmiertelnej ciszy, co zaległa pod sosnami. — Doznawałem pokusy, by wysłać im kulę… a w Tybecie spotkałaby ich za to śmierć ciężka i powolna… Uderzył mnie w twarz… w ciało…

2370

Osunął się na ziemię, dysząc ciężko, a Kim słyszał, jak wysilone jego serce tłukło się głośno w piersiach, to znów ustawało.

2371

— Czy oni zatłukli go na śmierć? — ozwał się człek i rodem z Ao-chung, podczas gdy inni stanęli w oniemieniu. Kim śmiertelnie przerażony uklęknął nad ciałem lamy.

2372

— Nie! — krzyknął przejęty do głębi. — To tylko choroba! — tu przypomniał sobie, że był białym człowiekiem i że ma na podorędziu przybory podróżne innego białego człowieka. — Otwórzcie kilty! Sahibowie mają za pewne jakieś lekarstwo!

2373

— Oho! Jeżeli tak, to ja je znam! — przemówił, śmiejąc się, człowiek z Ao-chung. — Nie na to byłem przez pięć lat shikarrim sahiba Yanklinga, żebym nie miał znać tego lekarstwa. Ba, nawet go kosztowałem. Patrz!

2374

Wyciągnął z zanadrza butelkę taniej gorzałki — takiej, jaką w Leh sprzedają przybyszom — i zręcznie wlał jej kapkę lamie między zęby.

2375

— Tak czyniłem, gdy sahib Yankling zwichnął sobie nogę z tamtej strony Astoru. Aha! Ja już przejrzałem zawartość ich koszów… lecz podzielimy się tym, jak należy, dopiero w Shamlegh. Daj mu jeszcze trochę. To dobre lekarstwo. Pomacaj! Serce mu już teraz lepiej bije. Połóż go głową na dół i nacieraj mu z lekka pierś. Gdyby był czekał spokojnie, aż policzę się z sahibami, nigdy by się tak nie stało. Ale nuż sahibom przyjdzie ochota polować tu na nas? Wtedy nieźle byłoby puknąć do nich z własnej ich broni, hę?

2376

— Jednemu już zapłaciłem, jak mi się zdaje — ozwał się Kim przez zęby. — Kopnąłem go w pachwinę, gdyśmy się toczyli z góry. O gdybym go zabił!

2377

— Łatwo to być odważnym, gdy kto nie mieszka w Rampur — rzekł jeden, którego chatynka znajdowała się o mil parę od koślawego dworzyszcza radży. — Jeżeli osławimy się wśród sahibów, żaden nie zechce mieć w nas shikarrisów.

2378

— O, ale ci dwaj sahibowie nie są Angrezi (Anglikami)… nie są to tacy pogodni ludzie, jak sahib Fostum i sahib Yankling. To cudzoziemcy… bo nie umieją mówić po angrezyjsku jak inni sahibowie.

2379

W tej chwili lama zakaszlał i usiadł, po omacku szukając różańca.

2380

— Nie będzie tu nikt zabijał — mamrotał. — Sprawiedliwe jest Koło życia. Grzech nad grzechy…

2381

— Nie, święty mężu. Wszyscyśmy z tobą — ozwał się człowiek z Ao-chung, gładząc mu stopy lękliwie. — Nikogo nie zabijemy, chyba na twój rozkaz. Odpocznij sobie tymczasem. Założymy tu małe obozowisko, a potem, gdy wzejdzie księżyc, ruszymy do Shamlegh, które znajduje się poniżej śniegów.

2382

— Po uderzeniu — przemówił sentencjonalnie jeden ze Spityjczyków — najlepiej się przespać.

2383

— Czuję jakby jakiś zawrót w tyle głowy i dziwny ucisk w tym miejscu. Pozwól mi położyć głowę na twym łonie, chelo. Jestem człowiekiem starym, ale nie jestem wolny od wzruszeń i bólów… Winniśmy myśleć o przyczynie wszechrzeczy.

2384

— Daj mu derkę. Nie możemy palić ognia, żeby sahibowie nas nie spostrzegli.

2385

— Lepiej czmychnąć do Shamlegh. Nikt nie pójdzie za nami do Shamlegh.

2386

Mówił to ów gorączkowo usposobiony Rampurczyk.

2387

— Byłem shikarrim sahiba Fostuma i jestem shikarrem sahiba Yanklinga. Gdyby nie ta przeklęta beegar (pańszczyzna), byłbym teraz towarzyszył sahibowi Yanklingowi. Niechaj dwaj ludzie czuwają w dole, żeby sahibowie znów nie spłatali jakiej brewerii. Ja nie odstąpię od tego męża świętego.

2388

Usiedli w pewnej odległości od lamy; przez chwilę nadsłuchiwali, potem zaś puścili w kolej fajkę chłodnicową, której zbiornikiem był stary słoik od czernidła „Day and Martin”. Rozbłysk czerwonego węgielka drzewnego, w miarę jak fajka przechodziła z rąk do rąk, oświecał wąskie, zmrużone oczy, wystające jak u Chińczyków kości policzkowe oraz bawole podgardla, co barwą zlewały się z ciemnymi zmarszczkami wojłoku dokoła ramion. Wyglądali niby czarcięta z jakiejś zaklętej kopalni… jak wiecujące w górach karły-złośliwce. A gdy tak pogwarzali, szmery ściekających roztopów śniegowych cichły jedne po drugich, w miarę jak nocny przymrozek ścinał lodem i zatrzymywał w biegu rwące potoki.

2389

— Ciewy[221], jak on się nam postawił! — wyrażał swój podziw jeden ze Spityjczyków. — Przypominam sobie, jakeśmy poszli za Ladakh (a było to siedem kwartałów temu), spotkaliśmy starego koziorożca; sahib Dupont strzelał, celując mu pod łopatkę i chybił; całkiem ci on tak się nam dziś postawił jak tamten kozioł! Sahib Dupont był dobrym shikarri

2390

— Nie tak dobrym jak sahib Yankling — ozwał się człowiek z Ao-chung, łyknąwszy gorzałki i podawszy butelkę następnemu. — A teraz posłuchajcie mnie…. chyba że ktoś z was myśli, że mądrzejszy?

2391

Nikt nie przyjął wyzwania.

2392

— Gdy księżyc wzejdzie, wyruszymy do Shamlegh. Tam podzielimy pięknie tobołeczki między siebie. Ja poprzestanę na tej nowiuśkiej strzelbinie ze wszystkimi jej nabojami.

2393

— Czy niedźwiedzie napadają tylko na twoje gospodarstwo? — zagadnął go jeden z kamratów, ciągnąc dym z fajki.

2394

— Nie, ale gałki muszkatu są obecnie po sześć rupii za sztukę, a twoje kobiety mogą dostać płótno namiotowe i trochę przyborów kuchennych. Zrobimy to wszystko w Shamlegh przed świtem. Wtedy każdy pójdzie w swoją drogę, a pamiętajcie, żeśmy nigdy nie widzieli na oczy ani też nie służyli u tych sahibów, którzy, rzecz prosta, niechybnie rozgłoszą, żeśmy rozkradli ich bagaże.

2395

— Dobrze ci tak mówić, ale co powie na to nasz radża?

2396

— Któż ma mu donieść o tym? Ci sahibowie, którzy nie umieją mówić po naszemu, czy ten babu, który dawał nam pieniądze dla jakichciś tam celów osobistych? Czyżby on mógł sprowadzić na nas wojsko? Jakież pozostaną dowody naszej winy? To, czego nie potrzebujemy, możemy wyrzucić na śmietnik w Shamlegh, gdzie jeszcze nie postała stopa ludzka.

2397

— Kto przebywa tego lata w Shamlegh?

2398

W onej miejscowości było tylko kilka szałasów i zagroda dla bydła pasącego się po halach.

2399

— Kobieta z Shamlegh. Ona, jak wiadomo, nie lubi sahibów. Innych można zadowolić małymi podarkami i jeszcze każdemu z nas sporo się okroi.

2400

Poklepał pękate boki najbliższego kosza.

2401

— Ależ… ależ…

2402

— Powiedziałem, że to nie są prawdziwi sahibowie. Wszystkie skóry i łby zwierzyny zakupili na bazarze Leh. Poznałem to po śladach kul. Pokazywałem je wam w czasie ostatniego marszu.

2403

— Juści prawda. Wszystkie te skóry i łby były kupne. W niektórych nawet zalęgły się mole.

2404

Był to argument chytrze obmyślany, a człowiek z Ao-chung znał swych towarzyszy.

2405

— W najgorszym razie opowiem o tym sahibowi Yanltlingowi, który jest człowiekiem hecownym, to się uśmieje do rozpuku. Nie wyrządzamy żadnej krzywdy sahibom, których znamy. Ci zaś biją kapłanów. Nastraszyli nas, więc my w nogi! Kto tam wie, gdzieśmy pogubili pakunki? Czy myślicie, że sahib Yankling pozwoli, by policja nizinna rozbijała się wszędzie po górach i przeszkadzała mu w łowach? Ładny to kawał drogi z Simli do Chini, a jeszcze dalej z Chini do śmietnika w Shamlegh.

2406

— Niech i tak będzie, ale ja poniosę tę dużą kiltę… ten kosz z czerwoną pokrywą, który sahibowie pakowali własnoręcznie co rana.

2407

— Zatem to rzecz stwierdzona — rzekł sprytnie człowiek z Ao-chung — że żadną miarą nie mogą to być sahibowie. Słyszałże kto, żeby sahib Fostum czy sahib Yankling, choćby i mały sahib Peel, co zaczaja się po nocach, polując na dzikie ptactwo… kto, powiadam, słyszał, żeby który z tych sahibów przybywał w góry, nie mając przy sobie kucharza, tragarza i… i całej zgrai dobrze płatnych, rozrzutnych i dokuczliwych pachołków? Jak oni mogą nam zaszkodzić? No, i cóż w tej kilcie?

2408

— Nic… pełna jest ino pisanych słów… książek i papierów, na których pisali, i dziwnych przyrządów, jak gdyby do jakiegoś nabożeństwa.

2409

— Wszystkie się znajdą na śmietniku w Shamlegh.

2410

— A jakże! Ale cóż będzie, jeżeli w ten sposób obrazimy bóstwa sahibów? Nie lubię w ten sposób rzucać pisanego słowa. Zasię te ich bożki mosiężne, to już całkiem dla mnie niezrozumiałe. To nie powinno stawać się łupem prostych górali.

2411

— Ten starzec jeszcze śpi. Pst! Zapytamy jego chelę! — i człowiek z Ao-chung ożywił się, pyszniąc się, że rej wodził pomiędzy kamraty[222].

2412

— Mamy tu — szepnął — kiltę, której zawartości nie znamy.

2413

— Ale ja znam — rzekł Kim przezornie. Lama oddychał spokojnie przez sen, więc Kim już na chwilę przedtem rozmyślał o ostatnich słowach Hurreego, gdyż jako uczestnik wielkiej gry miał właśnie teraz obowiązek szanować jego wolę. — Jest to kilta o czerwonej pokrywie, pełna wielce osobliwych przedmiotów, których żaden głupiec nawet się tknąć nie powinien.

2414

— Mówiłem ci! Mówiłem ci — krzyknął ten, co niósł jej brzemię. — Czy myślisz, że ona mogłaby nas zdradzić?

2415

— Nie grozi wam to, jeżeli mnie ją oddacie. Wyciągnę z niej czary. Inaczej wyrządzi ona wiele szkody.

2416

— Kapłan zawsze bierze swą dziesięcinę! — burknął człowiek z Ao-chung, na którego widocznie wódka działała znieprawiająco.

2417

— Mnie to ani parzy, ani ziębi — odpowiedział Kim z iście hinduską przebiegłością — — Podzielcie to między siebie, a zobaczycie, co z tego wyniknie!

2418

— Ani mi się nie śni. Ja tylko żartowałem. Rozkazuj nam! Każdemu okroi się aż nadto zdobyczy. Rankiem każdy z nas pójdzie z Shamlegh, gdzie go oczy poniosą!

2419

Z dobrą godzinę tak pogwarzyli, układając sobie, to znów zmieniając różne drobne zamysły, a tymczasem Kim drżał z zimna i — z dumy. Zabawność całej sytuacji radowała jego na poły irlandzką, na poły wschodnią duszę. Oto wysłannicy potężnego mocarstwa północnego zapewne mający tyle znaczenia w swoim kraju, co u nas Mahbub lub pułkownik Creighton, zostali nagle ukarani i bezradni, a jeden z nich (był to osobisty sekret Kima) mógł być czas jakiś kaleką. Obiecywali królom złote góry — i oto w noc dzisiejszą leżą tam gdzieś w dole, nie mając mapy, żywności, namiotu, broni, a nawet przewodnika… oprócz Hurreego Babu. Zaś to niepowodzenie ich Wielkiej Gry (Kim zachodził w głowę, komu by oni mogli o tym meldować), ta paniczna ucieczka na łeb na szyję w pomrokę nocy — dokonały się nie dzięki podstępom Hurreego ani pomysłowości Kima, lecz ot tak sobie po prostu, pięknie i nieuchronnie, jak pojmanie fakirów, przyjaciół Mahbuba, przez służbistego młodego policjanta w Umballi.

2420

„Zostali tam… bez niczego… a na Jowisza, mrozik dziś siarczysty! Ja tu mam wszystkie ich pakunki. O, muszą się też oni wściekać! Żal mi Hurreego Babu”.

2421

Niepotrzebnie Kim się litował, bo choć w tej chwili Bengalczyk był wielce obolały na całym ciele, to jednak duszę rozpierała mu fantazja i buta. O jaką milę poniżej, na stoku góry, dwaj na wpół skostniali mężczyźni, z których jeden doznawał straszliwych cierpień, na przemian to obrzucali się wzajemnymi wyrzutami, to w sposób wielce uszczypliwy wymyślali Hurreemu, który prawie omdlewał ze strachu. Domagali się od niego, by im wyjaśnił, co mają czynić. Odpowiedział, że powinni niebu dziękować, iż wyszli cało; że kulisi, o ile na nich nie dybią, uciekli już nieodwołalnie; że radża, któremu on podlegał, znajdował się stąd o dziewięćdziesiąt mil i że nie tylko nie użyczyłby im pieniędzy i eskorty na drogę do Simli, ale nawet na pewno wtrąciłby ich do więzienia, gdyby posłyszał, że znieważyli kapłana. Rozwodził się nad tym przestępstwem i jego skutkami, póki nie nakazali mu, by zmienił przedmiot rozmowy. Przeto mówił, że jedynym ich ratunkiem będzie przemykanie się niepostrzeżenie od wioski do wioski, póki nie zajdą w okolice cywilizowane; po czym po raz setny, rozpływając się w łzach, zapytywał gwiazdy na niebie, czemu sahibowie „uderzyli człowieka świętego”.

2422

Gdyby Hurree zechciał postąpić tylko dziesięć kroków dalej, znalazłby się w nieprzebytych ciemnościach, gdzie już ci dwaj ludzie nie mogliby go dosięgnąć, a w najbliższej wiosce, gdzie rzadkością bywają wymowni lekarze, znalazłby dach nad głową i strawę. On jednak wolał znosić mróz, kurcze żołądka, obelgi, a czasem i szturchańce, dla towarzystwa swych czcigodnych dostojników. Przytulony do pnia drzewa wzdychał boleściwie.

2423

— A czy pomyślałeś o tym — mówił z zapalczywością ten, który nie poniósł okaleczeń — jakie to będziemy ze siebie robić widowisko, włócząc się po tych górach, wśród tych dzikusów?

2424

Hurree Babu myślał właśnie o tym niemal ustawicznie od kilku godzin, ale ta uwaga była skierowana nie do niego.

2425

— Nie możemy iść! Ja ledwo mogę chodzić — jęczała ofiara Kima.

2426

Sar, może ów święty przebaczy wspaniałomyślnie, bo inaczej…

2427

— Zapowiadam, że z całą przyjemnością wpakuję wszystkie kule mego rewolweru temu młodemu bonzie, skoro tylko go spotkamy! — brzmiała niechrześcijańska odpowiedź.

2428

— Rewolwery! Zemsta! Bonzowie! Tobie tylko to w głowie! — zaczęła się na nowo sprzeczka, aż Hurree przygiął się jeszcze niżej. — Czy nie zastanowisz się nad naszą stratą? Nasze pakunki! Pakunki! — (Hurree słyszał, jak ten, który to mówił, wprost ciskał się po trawie). — Wszystko, cośmy przenosili! Wszystko, czegośmy tak pilnowali! Ośmiomiesięczne zachody! Wiesz, co to znaczy? „Ma się rozumieć, tylko my wiemy, jak postępować z ludźmi Wschodu!…” Niechże cię!… Ładnieś się spisał!

2429

I tak sobie dogryzali w kilku językach, a Hurree tylko się uśmiechał. Kilty były w ręku Kima, a w kiltach spoczywały plony ośmiomiesięcznych zabiegów dyplomatycznych. Nie było sposobów, by porozumieć się z chłopcem, ale można było na nim polegać. Zresztą łatwo było tak zainscenizować przeprawę przez góry, że w Hilàs, w Bunàr i po wszystkich traktach górskich na czterysta mil wokoło mogła o tym przejść opowieść aż do następnego pokolenia. Ludzie, którzy nie umieją w garści utrzymać swych kulisów, nie cieszą się w górach poważaniem, a górale mają bardzo żywe poczucie humoru.

2430

„Nie mogło stać się lepiej — myślał sobie Hurree — choćbym nawet ja sam sprawą tą pokierował… a, na Jowisza, teraz przychodzi mi na myśl, że to właściwie ja tym wszystkim pokierowałem. Jakże byłem obrotny! Nawet gdym zbiegał z góry, myślałem, co należy czynić! Zniewaga lamy była przypadkiem, lecz ty-ylko ja potrafiłem ją wyzyskać… ach… bo to się też diabelnie udało! Pomyśleć sobie, jaki to wpływ mo-oralny na tych głuptasków! Nie mają ani jednego tra-aktatu… ani jednego papieru… w ogóle żadnych doku-umentów na piśmie… a ja służę im za tłumacza! Jakże się uśmiejemy obaj z pułkownikiem! Chciałbym mieć z sobą też te ich papiery; ale nie można jednocześnie zajmować dwóch miejsc w przestrzeni… to jest pewnik”.

Rozdział XIV

Powiada Kabir: „Mój bliźni uklęka

Przed bożyszczami z kamienia lub miedzi; —

Lecz w jego głosie brzmi takaż udręka,

Jaka w mym sercu brzmi — bez odpowiedzi.

Jego Bóg jest tym, w co losy go stroją,

Jego pacierz modlitwą jest świata… i moją.

Kabir

2431

Gdy księżyc już wzeszedł, ostrożni kulisowie ruszyli w drogę. Lama pokrzepiony snem i okowitą nie potrzebował już wspierać się ustawicznie na ramieniu Kima, szedł w milczeniu, krocząc raźnie, po męsku. Z dobrą godzinę szli po trawie zasypanej odruzgami łupku, obeszli wokoło występ jakiejś przeogromnej turni i wdarli się w nową, odmienną okolicę, gdzie zgoła już był zatarasowany wszelki widok na dolinę Chini. Ogromna hala pięła się wachlarzowato aż po same wieczne śniegi. U jej podnóża było może z pół akra równej powierzchni, na której znajdowało się małe zagnojone boisko oraz parę drewnianych chatek. Za tymi chatami (albowiem według zwyczaju góralskiego były przyczepione do samej krawędzi) grunt obrywał się prostopadle na dwa tysiące stóp — tworząc ów słynny śmietnik shamleghski, gdzie jeszcze nie postała stopa ludzka.

2432

Ludzie nie ruszyli się do podziału zdobyczy, póki nie postarali się o to, by umieścić lamę w najlepszej izbie, jaką tu można było znaleźć; Kim usiadłszy koło niego, zaczął nacierać mu nogi na sposób mahometański.

2433

— Przyślemy wam jadło i kiltę z czerwoną pokrywą mówił człowiek z Ao-chung. — O świcie nie będzie tu nikogo, kto by mógł w jakikolwiek sposób stawać za świadka. Jeżeli w kilcie jest coś niepotrzebnego… to patrz!

2434

Wskazał palcem za okno, które wychodziło na przestrzeń pełną miesięcznej poświaty odbijającej się od śniegów — i wyrzucił tam pustą butelkę od wódki.

2435

— Na próżno byś nadsłuchiwał, kiedy spadnie. Ta czeluść dosięga dna ziemi — rzekł i czmychnął z izby. Lama, uchwyciwszy się ręką za futrynę, wyjrzał przez okno w świat, a oczy mu się skrzyły jak żółte opale. Z bezdennej przepaści roztaczającej się przed nim wynurzały się białe wierchy, niby tęskniąc do miesięcznej światłości. Reszta była jak gdyby pomroczą śródgwiezdnej przestrzeni.

2436

— Oto — rzekł z wolna — są naprawdę moje góry. Tak powinno by się mieszkać, wysoko ponad światem, w oderwaniu od rozkoszy i w rozmyślaniu o sprawach bezgranicznych.

2437

— I owszem — mruknął Kim — jeżeli się tylko ma chelę, który by takiemu pustelnikowi zagotował herbatę, podkładał mu zwiniętą derkę pod głowę i wyganiał stąd cielne krowy.

2438

Gdzieś tam we wnęce ściany palił się kopcący kaganek, ale jasność pełni księżycowej przyćmiewała jego światło; Kim, pochylając się nad kobiałką z jadłem i filiżankami, poruszał się w tych plączących się z sobą blaskach niby jakaś wysoka mara.

2439

Zło, Przemoc, Zdrowie, Ciało— Oj! Teraz, gdy już krew we mnie ochłodła, w głowie mi jeszcze wciąż huczy i tętni, a zdaje mi się, jakby mi ktoś szyję skrępował powrozem.

2440

— Nic dziwnego. Był to cios silny. Bodaj ten, co to zrobił…

2441

— Gdyby nie moja popędliwość, nie stałoby się żadne nieszczęście.

2442

— Jakież nieszczęście? Przecież wybawiłeś sahibów od śmierci, na którą zasłużyli sto razy.

2443

— Niedobrze nauczyłeś się tego, com ci wyłożył, chelo — mówił lama, który ułożył się do spoczynku na złożonej derce, gdy tymczasem Kim czynił przygotowania do wieczerzy. — Uderzenie było jeno cieniem przeciw cieniowi. Zło zaś samo w sobie!… nogi mi bardzo osłabły w ciągu tych dni ostatnich!… spotkało się ze złem we mnie… z gniewem, zażartością i żądzą złego odwetu. To wszystko działało mi na krew, wywołało zaburzenie w żołądku i ogłuszyło moje uszy.

2444

Tu wziąwszy z rąk Kima filiżankę, jął pić uroczyście wrzątek cegiełkowej herbaty.

2445

— Gdybym nie okazał namiętności, niecny cios wyrządziłby tylko zło cielesne… obrzęk lub potłuczenie… co jest jeno ułudą. Ale mój umysł nie oderwał się od pożądliwości, które podżegały mnie wprost do tego, by pozwolić Spityjczykom na zabójstwo. Zwalczanie tej pożądliwości targało i dręczyło mą duszę gorzej niźli tysiąc uderzeń. Odzyskałem spokój dopiero wtedy, gdy jąłem powtarzać błogosławieństwa — (miał na myśli buddyjskie błogosławieństwa ewangeliczne). — Atoli zło, które zakorzeniło się we mnie w ową chwilę nierozwagi, działa aż po swój kres. Sprawiedliwe jest Koło życia, nie zbaczając ani na włosek! Zapamiętaj to sobie, chelo.

2446

— To, co mówisz, jest dla mnie zbyt górne — burknął Kim. — Jestem jeszcze dotąd wstrząśnięty do głębi. Cieszę się, żem okaleczył tego łotra.

2447

— Czułem to, śpiąc na twoich kolanach, tam w boru, na dole. Niepokoiło mnie w marach sennych… to zło w twej duszy przedostające się do mojej… Wszakoż z drugiej strony — to mówiąc, opuścił różaniec — pozyskałem zasługę, ocalając dwa życia… życia tych, którzy mnie skrzywdzili. Teraz muszę zagłębić się w Przyczynę Wszechrzeczy. Chyboce się łódź mojej duszy.

2448

— Śpij i nabierz sił. Tak będzie najmądrzej.

2449

— Będę rozmyślał; jest to rzecz potrzebniejsza, niż ci się zdaje.

2450

Mijały godzina za godziną i nastawał świt, przy którym bladła na wierchach księżycowa poświata, a to, co było jeno czarnym rąbkiem na zboczach dalekich gór, okazało się powabną zielenią lasu. Lama przez cały ten czas wpatrywał się nieruchomo w ścianę, a od czasu do czasu wzdychał. Za zatarasowanymi wrotami, gdzie wygnane krowy przychodziły dowiadywać się o dawną swą oborę, mieszkańcy Shamlegh i kulisi zajęci byli podziałem łupów i innymi sprawami pełnymi gwaru i życia. Rej wśród nieb wodził człowiek z Ao-chung, a gdy się dobrali do puszek z konserwami zdobytymi na sahibach i przekonali się, że to smaczna strawa, nic już nie mogło ich skłonić do zwrotu. Opakowania wrzucono do śmietnika shamleghskiego.

2451

Gdy Kim po źle przespanej nocy wymknął się na dwór, by w chłodzie poranku oczyścić sobie zęby, jakaś rumiana dziewoja w czepku wysadzanym turkusami odciągnęła go na stronę.

2452

— Inni już się rozeszli. Zostawili ci kiltę stosownie do obietnicy. Ja nienawidzę sahibów, lecz ty winieneś mi się za to odwdzięczyć, obdarzając mnie urokiem. Nie pragniemy, ażeby małe Shamlegh pozyskało złą sławę z powodu… wypadku. Jestem kobietą z Shamlegh.

2453

Spojrzała nań zuchwale, błyszczącym wzrokiem, zgoła nie przypominającym zwykłego ukradkowego spojrzenia góralek.

2454

— Jużci[223] że tak. Ale trzeba to uczynić w tajemnicy.

2455

Podniosła ciężką kiltę jak cacko i wrzuciła ją do własnej chaty.

2456

— Wyjdź i zatarasuj wrota! Nikomu nie wolno się zbliżyć, póki nie skończę.

2457

— Ale potem… będziemy mogli pogadać?

2458

Kim wywalił kiltę na podłogę… posypała się cała kaskada narzędzi mierniczych, książek, dzienników, listów, map i osobliwie woniejącej korespondencji z krajowcami. Na samym dnie znajdowała się haftowana sakiewka ukrywająca jakiś dokument opieczętowany, złocony i barwnie zdobiony, jaki zwykle posyłają sobie wzajemnie królowie. Kim aż dech w sobie wstrzymał z zachwytu i rozpatrzył się w sytuacji ze stanowiska sahiba.

2459

— Książek mi nie potrzeba. Zresztą to tylko logarytmy do pomiarów, jak sądzę.

2460

Odłożył je na bok.

2461

— Listów nie rozumiem, ale pułkownik Creighton je zrozumie. Trzeba je wszystkie schować. Mapy… oni malują mapy lepiej niż ja, ma się rozumieć. Wszystkie listy krajowców… oho!… zwłaszcza muraslę.

2462

Powąchał haftowaną sakiewkę.

2463

— To musi być od radży Hilàs lub radży Bunàr, więc Hurree Babu mówił prawdę. Na Jowisza! Ładny połów! O gdybyż Hurree Babu mógł wiedzieć!… Resztę muszę wyrzucić za okno.

2464

Obmacał przepyszny pryzmatyczny kompas i błyszczący wierzch teodolitu. Ale, koniec końców, sahibowi nie bardzo wypada kraść, a te przedmioty mogły być później niepożądanym dowodem. Wybrał starannie każdy skrawek rękopisu, każdą mapę i wszystkie listy krajowców. Zrobiła się z tego niezbyt twarda paczka czworokątna. Trzy zamknięte teki o okutych grzbietach i pięć wytartych notatników kieszonkowych odłożył na bok.

2465

— Listy i muraslę muszę nosić pod kabatem i za pasem, a te książki ręcznie zapisane muszę włożyć do tobołka z żywnością. Będzie to bardzo ciężkie… Nie, sądzę, że więcej już tu nic nie ma. Jeżeliby coś nawet było, to trzeba zrobić tak, jak kulisi, mianowicie rzucić to w przepaść i wszystko będzie w porządku. No idźże i ty teraz za innymi.

2466

Napakował kiltę wszystkim, czego zamierzał się pozbyć, i wywindował ją na parapet okienny. O tysiąc stóp poniżej spoczywała gnuśna, obła i podługowata ławica mgły, snadź[224] nietknięta jeszcze promieniami porannego słońca; jeszcze na tysiąc stóp pod nią wznosił się stuletni bór sosnowy. Skoro wir wiatru rozrzedził mgłę, Kim dostrzegł zielone wiechy sosen wyglądające ni to ścielisko mchu.

2467

— Nie! Zdaje mi się, że nikt nie pójdzie za tobą!

2468

Kosz, spadając w koziołkach, wysypał całą swą zawartość. Teodolit hrymnął w jakiś wystający cypel skalny i roztrzaskał się z hukiem jak bomba; książki, kałamarze, pudełka farb, cyrkle i linijki leciały przez czas jakiś niby rój pszczół, po czym znikły — i chociaż Kim, wychylając się z okna do połowy ciała, wytężał słuch, to jednak ani jeden odgłos nie doszedł go z otchłani.

2469

„Za pięćset… za tysiąc rupii nie kupiłby człek tego wszystkiego — myślał ze smutkiem. — Było to wielkie marnotrawstwo, ale poza tym mam całą resztę ich rupieci… wszystko, nad czym pracowali — przynajmniej tak mi się zdaje. A teraz, jak u licha mam zawiadomić Hurreego i co u licha mam robić? Na dobitkę mój staruszek się rozchorował. Muszę zawiązać listy w ceratę. To trzeba najpierw uczynić… inaczej przesiąkłyby potem… I jestem tu sam jak palec!”

2470

Związał je w zgrabny pakiecik, zaginając pod spód grubą, kleistą ceratę na rogach, bo włóczęgowskie życie uczyniło chłopaka tak skrupulatnym, niby starego myśliwca, gdy szło o przygotowania do wyprawy. Potem ze zdwojoną starannością upakował książki na dnie sakwy z żywnością.

2471

Kobieta zakołatała do drzwi.

2472

— Ależ tyś tu nie odprawiał czarów!… — rzekła, rozglądając się wokoło.

2473

— Nie ma potrzeby.

2474

Kim na śmierć zapomniał o konieczności małej pogadanki. Kobieta roześmiała się lekceważąco z jego zakłopotania.

2475

— Nie ma… dla ciebie. Możesz rzucać urok jednym skinieniem oka. Ale pomyśl, co będzie z nami biedakami, gdy od nas odejdziesz! Wszyscy dziś byli zanadto pijani, by mieli słuchać kobiety. Chyba nie jesteś pijany?

2476

— Jestem kapłanem.

2477

Kim już oprzytomniał, a ponieważ kobieta była wcale powabna, więc uznał, że najlepiej będzie podkreślić swe stanowisko.

2478

— Przestrzegałam ich, że sahibowie wpadną w gniew i rozpoczną śledztwo, a nawet poślą radży doniesienie. Jest też tam z nimi ów babu. Urzędnicy mają długie ozory.

2479

— Czy to całe twoje zmartwienie?

2480

W głowie Kima wylągł się już plan zupełnie sformułowany, więc chłopak uśmiechnął się po uwodzicielsku.

2481

— Niezupełnie — odpowiedziała kobieta, wyciągając krzepką, brązową dłoń pokrytą turkusami oprawnymi w srebro.

2482

— Mogę to zażegnać w mig — mówił żywo Kim. — Ów babu jest to ten sam hakim (zapewneś o nim słyszała?), który wędrował po górach koło Ziglaur. Znam go dobrze.

2483

— On wszystko wygada, byle wziąć nagrodę. Sahibowie nie potrafią odróżnić jednego górala od drugiego, ale babu mają oko na chłopców… no i na kobiety.

2484

— Zanieś mu wiadomość ode mnie.

2485

— Nie ma rzeczy, której bym nie zrobiła dla ciebie.

2486

Przyjął ten umizg spokojnie, jak powinni czynić mężczyźni w kraju, gdzie kobiety narzucają się z miłością; następnie wydarł kartkę z notesu i wziąwszy niewycieralny ołówek kopiowy jął gryzmolić, co następuje, niezdarnym Shikastem, jak zowią pismo, którym posługują się złośliwe andrusięta, bazgrając plugastwa po murach:

2487

Mam wszystko, co oni pisali: ich malowidła z tutejszych okolic i wiele listów, zwłaszcza muraslę. Powiedz, co czynić. Jestem w Shamlegh pod śniegami. Staruszek choruje”.

2488

— Doręcz mu to, a zamkniesz mu tym gębę. On nie mógł jeszcze zajść daleko.

2489

— Istotnie niedaleko. Znajdują się jeszcze w lesie za grzbietem góry. Nasze dzieci poszły ich śledzić o świcie i donosiły nam krzykiem o każdym ich poruszeniu.

2490

Kim zdumiał się; lecz hen z krańca połoniny przyleciał przeciągły, przenikliwy pisk podobny do głosu kani. Był to odzew, podjęty przez dziecko pasące trzodę, na hasło dane przez brata lub siostrę hen tam na zboczu, co panuje nad doliną Chini.

2491

— Moi mężowie też poszli tam zbierać drzewo.

2492

Wyciągnęła zza pazuchy garść orzechów włoskich, rozłupała równiuśko na połówki jeden z nich i zaczęła jeść. Kim udawał, że nie rozumie nic a nic.

2493

— Czy nie wiesz, co oznacza orzech, kapłanie? — rzekła nieśmiało i wręczyła mu dwie łupinki.

2494

— Dobry pomysł! — rzekł Kim i wetknął w ich środek kawałek papieru. — Czy masz trochę wosku, by zapieczętować ten list?

2495

Kobieta westchnęła, a Kim złagodniał.

2496

— Nie otrzymasz zapłaty, póki nie wyświadczysz mi przysługi. Zanieś ten orzech owemu babu i powiedz mu, że przysyła mu go syn czarów.

2497

— A ino! Prawda! Prawda! Czarodziej… który wygląda na sahiba.

2498

— Nie, syn czarów… i zapytaj go, czy będzie odpowiedź.

2499

— Lecz jeżeli on odpowie na to grubiaństwem? Ja… ja się boję.

2500

Kim roześmiał się.

2501

— E, daję głowę, że jest on zanadto głodny i zmęczony. Góry ochładzają frantów. Hej, moja… — już na końcu języka miał słowo „matko”, ale zmienił je na „siostro” — jesteś mądrą i sprytną kobietką!… W chwili obecnej pewno już wszystkie wioski wiedzą, co stało się z sahibami… hę?

2502

— Jużci[225]. O północy doszły wieści do Ziglaur, a jutro rano dojdą do Kotgarh. Wszystkie wsie przejęte są zarówno gniewem, jak i trwogą.

2503

— Zupełnie niepotrzebnie. Ogłoś po wioskach, by żywiły sahibów i pozwoliły im spokojnie iść dalej. Musimy ich po cichu wydalić z naszych dolin. Co innego kraść, co innego zabijać. Babu zrozumie, o co idzie, i nie będzie żadnych pokątnych donosów. Chybaj[226], co żywo. Muszę pilnować mego mistrza, skoro się obudzi.

2504

— Niechże ci będzie. A po tej przysłudze (…sam powiedziałeś…) przyjdzie zapłata. Jestem kobietą z Shamlegh i wasalką radżów, nie zaś ot taką sobie, co tylko rodzi bachory. Do ciebie należy Shamlegh i cały jego dobytek: kopyta, skóry, mleko, masło. Bierz lub nie bierz, jak ci się podoba.

2505

Odwróciła się rezolutnie i pobrzękując srebrnymi naszyjnikami tłukącymi o jej szerokie piersi, jęła iść pod górę ku porannym blaskom słońca połyskującym na wysokości tysiąca pięciuset stóp nad ich głowami. Kim, zalepiając woskiem ceratowe brzegi pakietów, rozmyślał… tym razem po hindusku:

2506

„Idźże tu, człeku, Drogą zbawienia lub za Wielką Grą, gdy ci się ustawicznie naprzykrzają kobiety! Na ten przykład, ta dziewucha w Akroli nad brodem; potem żona kuchty za gołębnikiem, już nie licząc innych… a teraz ta znowu! Można się było z tym zgodzić, póki byłem dzieckiem, ale obecnie jestem już mężczyzną, a one nie chcą uważać mnie za mężczyznę! Orzechów jej się zachciewa! Ciewy[227]! Ho, ho! To tyle, co migdały na równinach!”

2507

Wyszedł na wieś, by zbierać haracze — nie z miseczką żebraczą, jaka przystoi ludziom z gminu, ale z postawą iście książęcą.

2508

Ludność Shamleghu składa się tylko z trzech rodzin, w czym cztery kobiety i ośmiu czy dziewięciu mężczyzn. Wszyscy mieli pod dostatkiem blaszanek z konserwami i najróżnorodniejszych napitków, począwszy od chininy rozpuszczonej w amoniaku, a skończywszy na okowicie, albowiem otrzymali pełny udział w nocnej zdobyczy. Wytworne płótna namiotowe wyrabiane na kontynencie zostały już dawno pocięte i porozbierane, a walały się wszędzie jeszcze tylko patentowane rondle aluminiowe. Jednakowoż mieszkańcy uważali obecność lamy za doskonałą ochronę przeciwko wszelkim następstwom niedawnego wypadku, więc bez skrupułów przynosili Kimowi, co mięli najlepszego, nie wyłączając napoju czang — piwa jęczmiennego sprowadzanego z Ladakh. Potem poszli grzać się na słońcu i zwiesiwszy nogi nad bezdennymi przepaściami, siedzieli, gwarząc, śmiejąc się i ćmiąc fajki. O Indiach i ich rządzie wyrokowali jedynie na podstawie znajomości z podróżującymi sahibami, którzy ich lub ich przyjaciół najmowali za shikarrisów. Kim słyszał opowieści o sahibach już od dwudziestu lat leżących w grobie, jak nieraz spudłowali do kozła skalnego, do rosomaka lub żbika; każdy szczegół w tych opowieściach uwydatniał się wyraziście niby gałązki na wierzchołkach drzew widziane na tle błyskawicy. Dalej opowiadali mu o swoich małych dolegliwościach i, co najważniejsza, o dolegliwościach swego chudego, pewną nogą stąpającego bydełka; o wyprawach aż do Kotgarh, gdzie żyją cudzoziemcy misjonarze, a nawet do uroczej Simli, gdzie ulice są brukowane srebrem i każdy (uważacie!) może znaleźć służbę u sahibów, którzy jeżdżą w dwukolnych dryndulkach i sypią krociami pieniędzy.

2509

W końcu i sam lama, dotąd posępny i mrukliwy, przywlókłszy się ociężałym krokiem, przyłączył się do tej gawędy na przyzbie, a obecni dali mu poczesne miejsce w swoim gronie. Rozrzedzone powietrze orzeźwiło go, więc usadowił się pomiędzy starszyzną nad samą krawędzią otchłani, a skoro rozmowa umilkła, rzucał kamyki w bezdnię. O trzydzieści mil stąd, idąc za lotem orła, wznosiły się najbliższe grzbiety obramowane, podkreślone i pocętkowane we wszystkich wgłębieniach małymi łatkami szczeciatych[228] regli — każda z nich była ciemnym borem, do którego przebycia potrzeba było całodziennego marszu. Poza wioską cały widok ku południowi zasłaniała góra Shamlegh; wydawało się, jak gdyby siedzieli w gniazdku jaskółczym pod krokwiami dachu wszechświata.

2510

Od czasu do czasu lama wyciągał dłoń przed siebie i poszeptując z cicha, stłumionym głosem, wskazywał drogę do Spiti, a stąd ku północy poprzez Parunglę.

2511

— Z tamtej strony, gdzie góry zwarły się najgęściej, znajduje się De-czen[229] — (miał na myśli Han-lê) — wielki klasztor. Budował go s'Tag-stan-ras-czen i krąży tam o nim podanie.

2512

Zaraz potem je opowiedział: była to fantastyczna opowieść o czarach i cudach, której całe Shamlegh słuchało z rozdziawionymi gębami. Odwróciwszy się nieco na zachód śledził zielone kopy Kulu i poszukiwał Kailungu, położonego pod lodowcami.

2513

— Stamtąd przybyłem dawno już, dawno temu. Przyszedłem z Leh przez Baralaczy.

2514

— Tak, tak, znamy te strony — odrzekły obieżyświaty shamleghskie.

2515

— I spędziłem dwie noce u kapłanów z Kailung. Te góry są dla mnie prawdziwą radością! Są to mary błogosławione ponad inne mary! Tam to po raz pierwszy otworzyły mi się oczy na świat; tam dostąpiłem łaski oświecenia, tam też przepasałem biodra swoje do podróży za cel mającej poszukiwanie. Wyszedłem z gór… z wysokich gór i od silnych wichrów. O, sprawiedliweż jest Koło życia!

2516

Błogosławił wszystkiemu po kolei: tym wielkim lodowcom, tym nagim opokom, tym spiętrzonym zwałom głaznych[230] otoczaków i piargom łupkowym; bezwodnym wyżniom, ukrytym słonym jeziorom, wiekowym puszczom i urodzajnym dolinom, kędy[231] szumiały siklawy[232]; błogosławił jednemu po drugim, jak człek umierający błogosławi swym domownikom, a Kim dziwował się jego wzruszeniu.

2517

— Tak… tak! Nie ma takiej krainy świata jak nasze góry! — przytakiwali ludkowie shamleghscy i jęli się dziwić, jak to można mieszkać na straszliwych, skwarnych nizinach, gdzie chadza bydło wielgachne jak słonie, które by nie wydoliło orać na zboczach górskich; gdzie, jak słychiwali[233], przez jakie sto mil bez przerwy ciągnie się wioska za wioską: gdzie włóczą się szajki rzezimieszków, a co ujdzie rąk tych łotrów, staje się łupem policji…

2518

Tak zbiegł im spokojnie cały ranek; przed samym południem ze stromej połoniny zesunęła się wysłanka Kima, wcale nie zdyszana, jak gdyby dopiero co wyruszyła.

2519

— Posłałem parę słów do hakima — wyjaśnił Kim, gdy ona składała mu ukłon.

2520

Lama otworzył oczy szeroko.

2521

— Więc on przystał do tych bezbożników? Ach nie, przypominam sobie, że on leczył jednego z nich. Pozyskał sobie tym zasługę, choć ów człek uleczony źle później użył swej siły. Sprawiedliwe jest Koło! Czegóż tam chciałeś od hakima?

2522

— Bałem się, że odniosłeś poważniejsze potłuczenia i… i… wiedziałem, że to człek mądry… — to mówiąc, Kim wziął w rękę zalepione woskiem łupinki orzecha i na odwrotnej stronie swej zapiski odczytał następujące słowa pisane po angielsku:

2523

Otrzymałem dowód twej życzliwości. Na razie nie mogę rozstać się z obecnym towarzystwem, ale muszę odprowadzić ich do Simli, po czym spodziewam się spotkać znów z tobą. Rzecz to przykra towarzyszyć gniewnym jegomościom. Wracaj tą samą drogą, którą przybyłeś, a zdybiesz mnie. Wielce jestem zobowiązany za korespondencję spełniającą moje przewidywania”.

2524

— On powiada, o święty, że ucieknie od bezbożników i powróci do nas. Czyż więc nie zabawimy trochę w Shamlegh?

2525

Lama spojrzał długo i z miłością na swe góry, ale potrząsnął głową.

2526

— Nie podobna, mój chelo. Pragnę tego sercem całym, ale mi nie wolno. Wejrzałem w przyczynę wszechrzeczy…

2527

— Czemu? Jeżeli góry z każdym dniem wzmacniają cię na siłach?… Przypomnij sobie, jak czułeś się słabo i jak opadałeś z sił tam na nizinach, w Doon.

2528

— Nabrałem sił po to, by czynić zło i zapominać o swych celach. W górach stałem się hałaburdą i zawadiaką. — (Kim ledwo mógł się powstrzymać od uśmiechu.) — Sprawiedliwe i doskonałe jest Koło życia niezbaczające ani na włos. Gdy byłem w pełni sił męskich… wiele lat temu… wybrałem się w pielgrzymkę do Guru Ch'wan zarosłego topolami — (wskazał w stronę Bhotan) — gdzie chowają świętego rumaka…

2529

— Cichojcie, cichojcie! — przebiegł krzyk po całym Shamlegh, które jęło się kupić wokoło. — On mówi o Dżamli-nin-korze, rumaku, który w jeden dzień oblecieć może cały świat.

2530

— Mówię tylko do swojego cheli — rzekł lama z lekkim wyrzutem, a ludziska w mig zniknęli, jak niknie rankiem szron na południowym podstrzeszu. — W owych dniach nie szukałem prawdy, ale jeno gwaru uczoności. Wszystko to złuda! Piłem piwo i jadałem chleb z Guru Ch'wan. Nazajutrz ktoś się odezwał: „Pójdziemy walczyć z Sangor Gutokiem w dolinie, by rozstrzygnąć (zważ, jak żądza wiąże się z popędliwością!), który przeor ma sprawować rządy nad doliną i ciągnąć zyski z pacierzy, jakie tam oni drukują w Santor Gutoku. Poszedłem i biliśmy się cały dzień.

2531

— Ale czym, święty człowieku?

2532

— Naszymi długimi piórnikami, jak tego o mało co nie pokazałem niedawno… Powiadam ci, walczyliśmy pomiędzy topolami, zarówno przeorowie, jak i wszyscy mnisi, a jeden rozciął mi czoło aż do kości. Przypatrz się! — (odsłonił kapelusz i pokazał srebrzystą, pomarszczoną bliznę). — Sprawiedliwe i doskonałe jest Koło żywota! Wczoraj świerzbiała mnie ta blizna; po latach pięćdziesięciu uświadomiłem sobie na nowo, w jaki sposób mi ją zadano, i stanęła mi w oczach twarz tego, który mi ją zadał; przeżyłem znów chwilę omamienia. Nastąpiło to, coś widział… uderzenie i zaślepienie. Sprawiedliwe jest Koło! Cios bezbożnika spadł na mą bliznę. Wtedy w duszy doznałem wstrząśnienia; zaćmiło mi się w duszy, a łódź mej duszy zakołysała się na falach złudzenia. Dopiero gdym przybył do Shamlegh, mogłem się zastanowić nad przyczyną rzeczy i dociec biegu zakorzenionego chwastu zła. Walczyłem dziś z sobą przez całą noc…

2533

— Ależ, o święty mężu, tyś nie winien całemu nieszczęściu! Obym ja mógł być twą ofiarą!…

2534

Kim był szczerze strapiony smutkiem staruszka i mimo woli wymknęło mu się jedno z wyrażeń Mahbuba Alego.

2535

— O świcie — ciągnął dalej lama o wiele poważniej, a różaniec pobrzękiwał żwawo w przerwach między powoli wlokącymi się zdaniami — przyszło oświecenie. Tutaj to… Jestem człek stary… urodziłem się, wychowałem w górach… lecz nigdy już nie osiędę wśród mych gór. Trzy lata wędrowałem po Indiach, ale… czy proch ludzki może być silniejszy od Matki Ziemi? Moje lichotne ciało tęskniło tam z nizin do gór i do śniegów górskich. Mówiłem sobie, i to jest prawdą, że poszukiwania moje nie będą bezowocne. Przeto z domu Kuluanki skierowałem się w stronę gór, dawszy się namówić samemu sobie. Nie należy tu winić hakima. On, folgując mej tęsknocie, przepowiedział, że góry dodadzą mi sił. Dodały mi one sił, ale do złego, do zapomnienia o celu mych poszukiwań. Radowałem się życiem i żądzą życia. Pragnąłem wdzierać się na uciążliwe zbocza; chadzałem tędy i owędy, by je wynajdować. Mierzyłem się na siłę ciała z górami… co jest przewinieniem. Drwiłem z ciebie, gdy ci zabrakło tchu pod Dżamnotri. Żartowałem, gdy nie chciałeś przebywać śniegowisk pośród wąwozu.

2536

— Cóż w tym złego? Ja bałem się naprawdę. Rzecz zrozumiała. Nie jestem góralem. A za twą nową krzepkość jeno cię pokochałem.

2537

— Pamiętam, że nieraz — tu podparł smutno dłonią policzek — dobijałem się pochwał od ciebie i hakima li tylko z powodu siły mych nóg. Tak grzech szedł w ślad za grzechem, aż przepełniła się czara. Sprawiedliwe jest Koło życia! Całe Indie przez trzy lata darzyły mnie wszelkimi zaszczytami. Począwszy od Krynicy Mądrości w Domu Cudów a skończywszy na… — (tu uśmiechnął się) — na małym chłopaku, co bawił się pod wielką harmatą… wszyscy udogadniali mi drogę. Czemuż to?

2538

— Bośmy cię kochali. Ty ino[234] majaczysz z gorączki po tym uderzeniu. Ja sam jestem jeszcze słaby i wstrząśnięty do głębi.

2539

— Nie! Było to dlatego, że szedłem Drogą zbawienia… nastrojony, jak si-nen (cymbały), do celów zakonu. Wyłamałem się spod tego kierownictwa: melodia się urwała i nastąpiła kara. Wśród mych rodzinnych gór, na rubieży mej ojczystej ziemi, w samej krainie mej grzesznej tęsknoty, dostałem uderzenie kułakiem… tu! — to mówiąc dotknął się brwi. — Jak biją nowicjusza, gdy źle ustawia czarki, tak uderzono mnie, com był przeorem w Such-zen. Nie skarcono mnie, jak widzisz, słowem, ale czynnie, mój chelo.

2540

— Ależ sahibowie nie znali cię, o mężu święty!

2541

— Dobraliśmy się z sobą. Zaślepienie i żądza weszły w drogę zaślepieniu i żądzy, a z tego zrodził się gniew. Dla mnie, który nie jestem niczym lepszym od zbłąkanego jaka[235], uderzenie to było skazówką, że nie tu jest moje miejsce. Kto potrafi odczytać przyczynę jakiegoś uczynku, jest już w połowie drogi do wyzwolenia. „Wróć na swą ścieżkę”, mówił ten cios. „Góry nie są dla ciebie. Jeżeli obrałeś zbawienie, nie możesz wlec się w kajdanach ponęt życiowych”.

2542

— Bodajeśmy nigdy nie spotkali tego po trzykroć przeklętego Moskala!

2543

— Sam nasz Pan nie może cofnąć Koła wstecz. A za zasługę, jaką sobie zdobyłem, otrzymałem jeszcze inny znak. — Włożył rękę w zanadrze i wyciągnął stamtąd Koło życia. — Przypatrz się. Po rozmyślaniach zacząłem sobie z tego zdawać sprawę. Z rąk tego bezbożnika, który mi je podarł, zdołałem wyrwać w całości tylko skrawek ledwo szerokości mego paznokcia.

2544

— Widzę.

2545

— Taki więc skrawek życia pozostał jeszcze w mym ciele. Przez całe życie służyłem Kołu; teraz Koło mi się przysłużyło. Lecz za zasługę, jaką sobie zdobyłem, naprowadzając cię na Drogę zbawienia, będzie mi jeszcze przydany kawał żywota, póki nie znajdę swej Rzeki. Czy ci to jasne, chelo?

2546

Kim wlepił oczy w brutalnie zniekształconą kartę. Rozdarcie biegło ukośnie od lewej ręki ku prawej — od jedenastego przybytku, gdzie pożądliwość wydaje na świat dziecko (jak rysują Tybetańczycy) — poprzez światy ludzkie i zwierzęce aż do piątego przybytku — pustego przybytku zmysłów. Na takie rozumowanie nie było odpowiedzi.

2547

— Zanim nasz Pan dostąpił łaski oświecenia — mówił lama, zwijając z szacunkiem rysunek — doznawał pokus. Ja też doznawałem pokus, ale już to się skończyło. Strzała spadła na niziny… nie na góry. Cóż więc tu mamy do roboty?

2548

— Czy przynajmniej nie zaczekamy na hakima?

2549

— Ja wiem, jak długo jeszcze pożyję w tym ciele. Cóż tu poradzi hakim?

2550

— Ale jesteś jeszcze chory i wstrząśnięty tym, co zaszło. Nie możesz chodzić.

2551

— Jakże mogę być chory, jeżeli widzę już wybawienie?

2552

Podniósł się z wysiłkiem i chwiejnie.

2553

— W takim razie muszę zebrać żywność z wioski. O, uciążliwa to droga! — Kim czuł, że i jemu potrzeba wytchnienia.

2554

— To rzecz słuszna. Posilmy się i chodźmy. Strzała spadła na niziny… ale ja uległem tęsknocie. Spiesz się, chelo.

2555

Kim zwrócił się do kobiety w turkusowym czepku, która bawiła się niefrasobliwie staczaniem kamyków ze skały. Uśmiechnęła się doń bardzo uprzejmie.

2556

— Znalazłam go… tego babu… w zbożu niby zbłąkanego bawołu; parskał i kichał z zimna. Był tak głodny, że zapomniał o swej godności i prawił mi słodkie słówka. Sahibowie nie mają nic — to mówiąc, wyrzuciła przed siebie pustą dłoń. — Jeden jest bardzo chory. Czy to twoja sprawka?

2557

Kim skinął głową, a oczy mu się zaiskrzyły.

2558

— Mówiłam najpierw z Bengalczykiem… a potem z mieszkańcami sąsiedniej wioski. Sahibowie dostaną jadła, ile im będzie potrzeba… i ludziska nie będą od nich brać pieniędzy. Zdobycz już rozdzielono. Ten babu okłamuje wciąż sahibów w żywe oczy. Czemu ich on nie opuści?

2559

— Bo ma tak wielkie serce.

2560

— Jeszcze nie było Bengalczyka, który by miał serce większe od dziurawego orzecha. Ale mniejsza o to… A teraz pogadamy względem tych orzechów. Za przysługę winna być zapłata. Powiedziałam, że wieś należy do ciebie.

2561

— Jakaż to dla mnie strata! — zaczął Kim. — Dopiero układałem sobie w sercu urocze plany, że…

2562

Nie potrzeba przytaczać komplementów, dostosowanych do tego rodzaju okoliczności. Westchnął głęboko…

2563

— Ale mój mistrz porwany widzeniem…

2564

— Phh! Cóż stare oczy mogą widzieć, prócz pełnej misy?

2565

— …chce powracać z tej wsi znów na niziny.

2566

— Proś go, by pozostał.

2567

Kim potrząsnął głową.

2568

— Znam mego świątka i wiem, jak się gniewa, gdy mu się kto sprzeciwi — odparł przekonywająco. — Jego klątwa wstrząsa posady gór.

2569

— Szkoda, że go nie uchroniła od rozbicia sobie głowy! Słyszałam, że tyś to był owym tygrysem, co poharatał sahiba. Pozwól staruszkowi jeszcze trochę pomarzyć. Zostań!

2570

— Góralko! — rzekł Kim z powagą, która nie zdołała nadać surowości rysom jego młodej owalnej twarzy. — Te sprawy są dla ciebie nazbyt wzniosłe.

2571

— Bądźcież nam, bogi, miłościwe! Odkądże to mężczyźni i kobiety są czym innym jak kobietami i mężczyznami?

2572

— Kapłan jest kapłanem. On powiada, że pójdzie za godzinę. Ja jestem jego chelą, więc pójdę wraz z nim. Potrzeba nam żywności na drogę. On jest w każdej wiosce mile widzianym gościem, ale — tu zrobił grymas iście urwisowski — nie masz jadła jak tutaj. Daj mi trochę.

2573

— Cóż będzie, jeżeli ci nie dam? Jestem panią tej wsi.

2574

— Wtedy cię przeklnę… trochę… nie bardzo… ale tyle, że popamiętasz.

2575

Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

2576

— Jużeś mnie przeklął swą rzęsą obwisłą i zadartym podbródkiem. Phi, przekleństwa? Co mi się ta troszczyć o próżne słowa?… — i złożyła ręce na piersiach. — Ale nie chciałabym, żebyś odchodził ode mnie zagniewany, myśląc lada co o mnie… bo choć jam tu w Shamlegh ino zbieraczka krówskiego[236] nawozu i paszy, to jestem kobieta majętna.

2577

— Nic nie myślę — odrzekł Kim — co najwyżej martwię się, że odchodzimy, bo jestem zmęczony i potrzeba nam strawy. Oto sakwa.

2578

Kobieta porwała ją ze złością.

2579

— Byłam głupia — odezwała się. — Jakąż masz tam dzierlatkę na nizinach? Rumianą czy czarną? Ja kiedyś byłam urodziwa. Śmiejesz się ze mnie? Kiedyś, dawno, możesz wierzyć lub nie wierzyć, podobałam się bardzo pewnemu sahibowi. Kiedyś, już dawno, ubierałam się po europejsku… tam daleko, w domu misyjnym — wskazała w stronę Kotgarh. — Kiedyś, lat temu wiele, byłam Ker-listi (chrześcijanką) i mówiłam po angielsku… jak sami sahibowie. Tak, tak! Mój sahib mówił, że powróci i poślubi mnie… tak, poślubi mnie. Odjechał… pielęgnowałam ci go przódziej[237], gdy był chory… ale on już nigdy nie powrócił. Wtedy przekonałam się, że bogowie chrześcijan kłamią, i powróciłam do swych rodaków… Odtąd już nigdy ani nie spojrzałam na żadnego sahiba. (Nie śmiej się ze mnie. Uniesienie już przeszło, mały klecho). Twoja twarz, twój chód i twój sposób przemawiania przywiodły mi na myśl mojego sahiba, choć jesteś jeno włóczęgą-żebrakiem, któremu daję jałmużnę. Chcesz mnie przekląć? Ty nie możesz ani przeklinać, ani błogosławić! — Oparła ręce na biodrach i roześmiała się gorzko. — Twoje bogi są kłamstwem, twoje czyny są kłamstwem, twoje słowa są kłamstwem. Nie ma bogów pod żadnym niebem. Wiem o tym… Lecz przez czas jakiś wydawało mi się, że to powrócił mój sahib, a on był moim bóstwem. Tak, kiedyś grywałam na pianno w domu misyjnym w Kotgarh. Teraz daję jałmużnę kapłanom, co są heatthen[238].

2580

Zapieczętowawszy angielskim wyrazem swe przemówienie, jęła zawiązywać sakwę napełnioną po brzegi.

2581

— Czekam na ciebie, chelo — ozwał się lama oparty o węgar[239] dźwierzy[240].

2582

Kobieta powiodła oczyma po jego rosłej postaci.

2583

— Co? On chce iść! On nie ujdzie i mili! Dokądże to on chce tłuc swe stare kości?

2584

Na to Kim i tak już zafrasowany osłabieniem lamy i przewidując ciężar sakwy, stracił zupełnie panowanie nad sobą.

2585

— Cóż cię to obchodzi, złowieszcza niewiasto, gdzie on idzie?

2586

— Mnie nic… ale ciebie trochę, kapłanie o twarzy sahiba. Czy będziesz go dźwigał na plecach?

2587

— Idę na równiny. Nikt nie powinien udaremniać mi powrotu. Zmagałem się był z własną duszą, aż postradałem siły. Wiotkie to ciało już dogorywa, a do nizin stąd daleko.

2588

— Ciewy[241]! — rzekła po prostu i odeszła na bok, by Kim mógł uświadomić sobie całą beznadziejność swego położenia. — Przeklnij mnie. Może to doda mu sił. Odpraw gusła! Wzywaj swego wielkiego Boga! Dyć jesteś kapłanem! — odwróciła się i znikła.

2589

Lama przysiadł niby człek kulawy, wciąż trzymając się drzwi. Gdy starzec zaniemoże, trudno, by miał w ciągu jednej nocy, niby chłopak, przyjść do siebie. Słabość pochyliła go ku ziemi, lecz oczy, które wpił w Kima, miały wyraz ożywiony i błagalny.

2590

— Wszystko pójdzie jak z płatka — rzekł Kim. — To rozrzedzone powietrze tak cię osłabia! Za małą chwilkę wyruszymy! To choroba górska! Ja też nieco niedomagam na żołądek… — to mówiąc, uklęknął i pocieszał go najprostszymi słowami, jakie tylko nawinęły mu się na usta.

2591

Naraz zjawiła się kobieta, jeszcze bardziej harda niż przedtem.

2592

— Twoje bóstwa na nic się nie zdały, hę? Spróbujże moich. Ja to jestem kobietą z Shamlegh.

2593

Krzyknęła schrypłym głosem, na ten zew wyszli ze strągi[242] dwaj jej mężowie oraz trzech innych chłopów, niosąc dooli, domorosłą lektykę góralską, jakiej używają do przenoszenia chorych i do wizyt urzędowych.

2594

— Te bydlęta — nie była łaskawa nawet na nich spojrzeć — są na twe usługi, dopóki będziesz ich potrzebował.

2595

— Ale my nie pójdziemy na Simlę. Nie chcemy zadawać się z sahibami! — zawołał pierwszy z małżonków.

2596

— Oni nie uciekną jak tamci ani nie ukradną bagażu. Tych dwóch znam jako ludzi słabowitych. Stańcie przy tylnych drągach, Sono i Taree.

2597

Usłuchali w mig.

2598

— A teraz się schylcie i wsadźcie tego męża świętego do lektyki. Aż do waszego powrotu będę pilnowała wsi i waszych cnotliwych małżonek.

2599

— Kiedyż wrócimy?

2600

— Zapytaj kapłanów. Nie nudź mnie. Worek z jadłem połóżcie w nogach, żeby była lepsza równowaga.

2601

— O święty, twoje góry są uczynniejsze od naszych nizin! — zawołał Kim z ulgą, gdy lama wtoczył się do lektyki. — Toć to iście królewskie łoże… siedlisko zaszczytu i wygody. A zawdzięczamy to…

2602

— Złowieszczej niewieście! Tak mi potrzeba twych błogosławieństw, jak mi było potrzeba twych przekleństw. Stało się to na mój rozkaz, a nie za twym staraniem. Podnieście lektykę i… wio! Chodź no tutaj! Czy masz pieniądze?

2603

— Nie potrzebuję niczego — rzekł Kim z gniewem, zamiast okazać wdzięczność. — Już i tak jestem obarczony twymi dobrodziejstwami.

2604

Spojrzała nań z dziwnym uśmiechem i złożyła mu rękę na ramieniu.

2605

— Podziękujże mi przynajmniej. Jestem góralka i twarz mam nieładną, ale jak sam się wyrażasz, zdobyłam sobie zasługę. Czy mam ci pokazać, jak sahibowie okazują wdzięczność — i oczy jej zawzięte nabrały łagodniejszego wyrazu.

2606

— Jestem ino[243] wędrownym klechą — rzekł Kim, podnosząc oczy w odpowiedzi. — Tobie nie potrzeba ani moich błogosławieństw, ani klątw.

2607

— O nie… Lecz pozwól na chwilkę… możesz i tak dziesięcioma rączymi krokami dogonić dooligdybyś ty był sahibem, czyż trzeba by ci było pokazywać, co masz czynić?

2608

— A cóż by było, gdybym przecie się domyślił? — rzekł Kim i opasawszy ramieniem jej kibić, ucałował ją w policzek, dodając po angielsku:

2609

— Dziękuję ci bardzo, moja droga!

2610

Całusy są Azjatom zgoła nieznane i to zapewne było powodem, że kobieta cofnęła się, otwierając oczy szeroko i całą twarzą wyrażając przestrach.

2611

— Na przyszły raz — mówił Kim dalej — nie powinnaś tak ufać swym kapłanom pogańskim.

2612

Wyciągnął do niej rękę zwyczajem angielskim; ona uścisnęła ją odruchowo.

2613

— Do widzenia, moja droga.

2614

— Do widzenia i… i… — przypominała sobie wyrazy angielskie jedne po drugich — ty powrócisz znów do mnie? Do widzenia i… niech Bóg cię błogosławi.

2615

W pół godziny później, gdy skrzypiąca lektyka chybotała się i trzęsła na górskiej ścieżynie prowadzącej z Shamlegh na północo-wschód, Kim spostrzegł maleńką postać, co stała u wrót szałasu, wymachując białą płachtą.

2616

— Ona zdobyła zasługę większą niż inni — ozwał się lama. — Albowiem wyprawienie człowieka w drogę ku wyzwoleniu jest w połowie równe zasłudze, jaką by zyskała, gdyby sama odnalazła tę drogę.

2617

— Umm! — ozwał się Kim w zadumie, rozmyślając nad tym, co się stało. — Być może, że i ja zdobyłem zasługę… Przynajmniej nie obchodziła się ze mną jak z dzieckiem.

2618

Poprawił sobie suknię na piersi, gdzie spoczywała paka dokumentów i map, zapakował na nowo drogocenną sakwę z żywnością u stóp lamy, oparł się ręką o krawędź lektyki i przystosował się do powolnego chodu postękujących małżonków.

2619

— Oni też zdobywają sobie zasługę — ozwał się lama, gdy już przebyli trzy mile.

2620

— Nie dość na tym, bo zapłacę im srebrem — odrzekł Kim.

2621

Pieniądze te dała mu kobieta z Shamlegh, a chłopak wyrozumiał sobie, że rzeczą jedynie przyzwoitą będzie wypłacić je z powrotem jej mężom.

Rozdział XV

Cesarzowi samemu nie ustąpiłbym miejsca,

Królom z drogi nie zeszedłbym precz,

Przed Zwierzchnikiem Kościoła nie uchyliłbym czoła!

Ale teraz — to inna wszak rzecz!

Nie chcę walczyć przeciwko napowietrznym Potęgom —

Przejść mu dajcie, odźwierni gwardziści!

Most zwodzony niech spadnie: boć tu nami On władnie[244],

Ów marzyciel, co w prawdę sen iścił.

2622

Dwieście mil na północ od Chini, wśród sinych łupków Ladakhu, czatuje wesoły człek, sahib Yankling, wypatrując zawzięcie lunetą po górskich grzbietach, czy nie ujrzy choć śladu swego ulubionego tropiciela — człowieka z Ao-chung. Tymczasem ów zaprzaniec uzbrojony nowym karabinem systemu Mannlichera i dwustu nabojami chadza sobie kędyś daleko, polując, jako dostawca, na piżmowce… a sahib Yankling dowie się w następnym kwartale, jaki to był niegodziwiec.

2623

Dolinami Bushahr pospiesza pewien Bengalczyk, niegdyś otyły i zdrową mający cerę, dziś wychudły i wyniszczony niepogodą; dalekowzroczne orły himalajskie zbaczają z drogi na widok jego niezwykłego parasola zdobnego w pasy błękitne i białe. Niedawno zacny ten człowiek otrzymał wiele podziękowań od dwóch dostojnych cudzoziemców, których nie bez zręczności przeprowadził do tunelu Machobra, skąd wiedzie droga do wielkiej i wesołej stolicy Indii. Nie było to jego winą, że zmylony wilgotnymi mgłami, ominął stację telegraficzną i kolonię europejską w Kotgarh. Nie było też jego winą, ale winą bogów, o których rozprawiał tak zajmująco, że wprowadził obu swych towarzyszów w granice Nahanu, gdzie miejscowy radża wziął ich przez pomyłkę za zbiegów z wojska angielskiego. Hurree Babu zaczął tedy opowiadać, jak wielkimi i sławnymi osobistościami byli jego towarzysze w swym własnym kraju, aż nareszcie rozjaśnił lice ociężałego królika. Głosił też to każdemu, kto go zapytał — wielokrotnie — buńczucznie — na różne sposoby. Napraszał się jadła, starał się o wszelkie wygody, dowodził, że zręcznie niczym felczer potrafi wyleczyć ból w pachwinie… ból od uderzenia wywołany stoczeniem się w ciemności ze zbocza górskiego, zasypanego złomem… słowem, był nieoceniony w każdej rzeczy. Uzasadniona jego życzliwość sprawiła, że darzono go zaufaniem; wszak on, wraz z milionami uciemiężonych braci, nauczył się uważać Rosję za wielką wybawicielkę z Północy. Był zaś człowiekiem bojaźliwym. Przerażało go to, że nie potrafił uchronić swych znakomitych dostojników przed gniewem wzburzonego chłopstwa. Jemu samemu byłoby wszystko jedno, obić czy nie obić jakiegoś tam świątka, ale… Był pełen głębokiej wdzięczności i szczerej radości, że uczynił choć tę troszkę, która była w jego mocy, by ich odważne przedsięwzięcie uwieńczyć (pominąwszy utratę bagażu) pomyślnym skutkiem. O uderzeniach już zapomniał i zaprzeczał temu, jakoby miały go spotkać jakiekolwiek cięgi w ową nieszczęsną pierwszą noc pod sosnami. Nie domagał się ani zapłaty, ani wynagrodzenia służbowego, lecz — jeżeli poczytują go za godnego — czy nie byliby łaskawi napisać mu zaświadczenia? Mogłoby mu się to bardzo przydać później, jeżeliby po nich jeszcze inni (ich przyjaciele) przechodzili przez wąwozy. Prosił, by pamiętali o nim i na przyszłość, gdy dobiją się wysokich godności, gdyż „wnosił delikatnie”, że on sam, właśnie on — Mohendro Lal Dutt, magister sztuk wyzwolonych uniwersytetu w Kalkucie, „oddał państwu pewne przysługi”.

2624

No i dali mu zaświadczenie, w którym chwalili jego uprzejmość, usłużność i nieomylną zręczność w roli przewodnika. Włożył je do kalety i zaszlochał ze wzruszenia: wszak przeżyli razem tyle niebezpieczeństw! W samo południe poprowadził ich przez rojne podcienia simlańskie do Simlańskiego Banku Związkowego, gdzie chcieli uzyskać potwierdzenie swej tożsamości. Odtąd on już gdzieś znikł niby ranny obłok na Dżakko.

2625

Patrzcie no! Oto ubrany za wykwintnie, by miał się pocić, zanadto spiesząc się, by miał zachwalać lekarstwa w małej skrzynce o mosiężnych skuwkach, wstępuje na zbocze Shamleghu ten człek, sprawiedliwy w całej doskonałości. Przypatrzcie Się, jak pozbył się swego babuństwa i siadłszy na tapczanie, kurzy sobie fajkę, korzystając z poobiedniej pory, a tymczasem jakaś kobieta w czepcu wysadzanym turkusami wskazuje ręką na południowy wschód, hań za te gołe hale. Lektyka (tak ci powiada ta niewiasta) nie wędruje tak prędko, jak człek idący w pojedynkę, ale te ptaki, które on ściga, pewnikiem już są na nizinach. Święty mąż nie chciał tu dłużej popasać, choć Lispeth nalegała nań gorąco… Babu wzdycha ciężko, przepasuje znów swe potężne lędźwie i rusza w dalszą drogę. Nie myśli wcale podróżować po zapadnięciu zmierzchu; natomiast marsze, jakie odbywa w ciągu dnia (nie masz nikogo, kto by uwiecznił je w księdze), zdumiałyby ludzi, którzy drwią sobie z jego rasy. Uprzejmi wieśniacy, pamiętając dobrze dakkańskiego olejkarza sprzed dwóch miesięcy, udzielają mu schronienia przed złymi duchami leśnymi. Tam śni o bogach bengalskich, o uniwersyteckich podręcznikach naukowych, o Towarzystwie Królewskim, o Londynie i Anglii. Nazajutrz o świcie dyndający się biało-niebieski parasol idzie znów dalej.

2626

Na rubieży Doon, w sporej odległości od Mussoorie, a przed sobą mając równiny rozpościerające się w złotej poświetli[245] słonecznej, odpoczywa stara lektyka, w której (wiadomo o tym w całych górach) leży stary lama szukający rzeki zbawienia. Wioski biły się niemal z sobą o zaszczytne prawo noszenia tej lektyki, bo nie dość, że lama obdarzał ich błogosławieństwami, ale i uczeń płacił sowicie pieniędzmi — aż trzecią część tego, co płacą sahibowie. Dooli przebywała dwanaście mil dziennie, o czym świadczą zatłuszczone i wytarte końce jej drągów, i to drogami, którymi pójdzie mało który sahib. Szła ona przez wąwóz Nilang w czasie zadymki, gdy tuman śniegowy wciskał się w każdy fałd chałatu niewrażliwego lamy; szła pośrodku czarnych turnic Raiengu, gdzie spomiędzy chmur słyszeli świst kozicy; czepiała się i słaniała po oślizgłych łupkach; podtrzymywano ją silnie ramieniem i zaciśniętą szczęką, gdy okrążano okropne zakręty gościńca kutego w skale pod Bhagirati; bujała i skrzypiała w jednostajnym żółwim pochodzie podczas schodzenia w Dolinę Wód; przyspieszała biegu na oparnych gładzinach onej kotliny i znów szła w górę i w górę na samą grań, by natknąć się na huczące fujawice[246] nadlatujące od Kedarnathu; w godzinach południowych przysiadała w szarawym półmroku błogich lasów dębowych; szła niestrudzenie od wioski do wioski w mroźne przedświty, kiedy nawet ludziom nabożnym można było darować, że przeklinali niecierpliwych świątków, lub też przy blasku pochodni, gdy nawet człowiekowi nielękliwemu przywidzą się upiory… dooli szła i szła, aż oto przybyła na miejsce ostatniego postoju. Chudziny-górale, cali spoceni od łagodnego skwaru niższych Sewalików, skupiają i się dokoła kapłanów, czekając należnego im błogosławieństwa i zapłaty.

2627

— Zyskaliście zasługę — mówi lama. — Zasługę większą, niż możecie pojąć. I powrócicie do gór… — tu westchnął.

2628

— Jużci[247]. Aby ino[248] prędzej do tych wysokich gór!

2629

Tragarz rozciera sobie łopatki, żłopie wodę, znów ją wypluwa i przezuwa[249] słomiane łapcie. Kim (twarz ma zmęczoną i wychudłą) płaci tą odrobiną grosiwa, którą ma w kalecie, wytacza z lektyki sakwę z żywnością, chowa jakowyś pakiecik ceratowy (są w nim święte pisma) za pazuchę i pomaga lamie stanąć na nogi. Oczy starca odzyskały znów spokój i nie lęka się on już, by góry spadły i przygniotły go sobą, jak się obawiał w ową straszną noc, gdy zostali zatrzymani przez wezbraną rzekę…

2630

Górale podnoszą dooli i znikają między kępami zarośli.

2631

Lama wznosi rękę w stronę, kędy sterczy wyniosły mur Himalajów.

2632

— Nie pośród was, o przebłogie góry, upadła strzała naszego Pana! Nigdy już, nigdy nie będę oddychał waszym powietrzem!

2633

— Ależ w zdrowym powietrzu tutejszym staniesz się dziesięciokrotnie silniejszy — mówi Kim, bo do jego stęsknionej duszy przemawiają urodzajne, pogodne niziny. — Tak, tutaj lub gdzieś w tych okolicach upadła owa strzała. Będziemy iść pomału, może jedną kos dziennie, bo poszukiwanie jest niezawodne, natomiast wór bardzo mi cięży.

2634

— Tak, nasze poszukiwanie jest niezawodne. Pozbyłem się wielkiej pokusy.


2635

Odtąd już nigdy nie uszli więcej jak dwie mile dziennie, a Kim dźwigał na barkach cały ich ciężar — brzemię ciała staruszka, brzemię ważkiej sakwy naładowanej żywnością i zamkniętymi tekami, pakiet pism złożony na sercu, a wreszcie wszelkie trudy dotyczące zwykłych porządków dziennych. O świcie chodził po prośbie i rozściełał derki dla lamy oddanego rozmyślaniom; w czasie skwaru poobiedniego trzymał na swych kolanach jego utrudzoną głowę i odganiał muchy, póki nie zabolało go w przegubie; wieczorami znów żebrał i rozcierał lamie stopy, za co ów odwdzięczał mu się obietnicą rychłego wyzwolenia… dziś, jutro lub co najdalej pojutrze.

2636

— Nie było jeszcze nigdy takiego cheli. Powątpiewam niekiedy, czy Ananda wierniej niańczył naszego Pana. I tyżeś jest sahibem? Gdy byłem w pełni sił męskich… dawno temu… zapomniałem o tym. Teraz często ci się przypatruję i wciąż sobie przypominam, żeś ty jest sahibem. To rzecz dziwna.

2637

— Sam przecież mówiłeś, że nie uznajesz różnicy między czarnymi i białymi. Czemuż mi dokuczasz taką mową, o święty? Pozwól, że ci rozetrę drugą nogę. To mi sprawia przykrość. Ja nie jestem sahibem. Jestem twoim chelą i czuję, że głowa cięży mi na ramionach.

2638

— Jeszcze trochę cierpliwości! Obaj razem dostąpimy wyzwolenia. Wtedy na przeciwnym brzegu Rzeki będziemy, i ja, i ty, poglądać wstecz na nasze żywoty, jak w górach spoglądaliśmy na drogę przebytą w ciągu dnia. Może i ja kiedyś byłem sahibem.

2639

— Przysięgnę, że nie było nigdy sahiba, co by był tobie podobny.

2640

— Jestem przekonany, że opiekun wizerunków w Domu Cudów był w poprzednim życiu bardzo uczonym Opatem. Lecz nawet jego okulary nie dodają siły memu wzrokowi. Gdy patrzę dłużej, jakieś cienie spadają na moje oczy. Mniejsza z tym… znamy się już na psotach nędznego i głupiego cielska… które jest jeno cieniem zmieniającym się w inne cienie. Jestem jeszcze skrępowany złudą czasu i przestrzeni. Jak daleko zaszliśmy dziś naszym ciałem?

2641

— Z jakie pół kos.

2642

Trzy ćwierci mili — a i to było podróżą wielce uciążliwą.

2643

— Pół kos… Ha! Duchem przebyłem dziesięćkroć razy tysiąc tysięcy. O, jakżeśmy wszyscy oplątani, skrępowani i spowici tymi błahostkami! — spojrzał na chudą dłoń pokrytą sinymi żyłkami, która z taką trudnością odnajdowała paciorki różańca. — Chelo, czy nie pragniesz kiedy mnie opuścić?

2644

Kimowi przyszedł na myśl pakiet ceratowy oraz księgi spoczywające w sakwie. Jeżeliby tylko człek jakiś, należycie do tego upoważniony, mógł go uwolnić od tych szpargałów, byłoby mu już zgoła obojętne, jakby tam potoczyła się Wielka Gra. Był zmęczony i w głowie go paliło, a kaszel dobywający się aż z głębi brzucha dręczył go okropnie.

2645

— Nie — rzekł prawie surowo. — Nie jestem psem ani żmiją, by kąsać, gdy nauczono mnie kochania.

2646

— Jesteś dla mnie zanadto tkliwy.

2647

— Wcale nie. Jedną sprawę rozstrzygnąłem, nie zasięgając twej rady. Przez tę kobietę, która dała nam dziś rano koziego mleka, posłałem parę słów do kobiety z Kulu, donosząc, żeś trochę zasłabł i że przydałaby się lektyka. Sam siebie biczuję w duchu za to, żem tego nie uczynił wtedy, gdyśmy wchodzili do Doon. Pozostaniemy na tym miejscu, póki nie nadejdzie lektyka.

2648

— Rad jestem temu. Ta kobieta ma złote serce, jak sam powiadasz, ale gadulska… oj, kawał gaduły!

2649

— Nie będzie ci się naprzykrzała. Postarałem się i o to. O święty, serce mnie bardzo boli, żem tyle razy nie myślał o tobie! — Spazmatyczny kurcz chwycił go za gardło. — Chodziłem z tobą za daleko; nie zawsze zdobywałem ci dobre jedzenie; nie zważałem na upał; zagadywałem ludzi po drodze i zostawiałem cię samego… Ja też… ja… Hai mai! Ale ja cię kocham… i to już wszystko za późno… Byłem dzieckiem… O, czemuż nie byłem mężczyzną!

2650

Zmożony wysiłkiem, zmęczeniem i ciężarem nie na swoje lata, Kim runął, szlochając do stóp lamy.

2651

— Na co te płacze? — ozwał się lama łagodnie. — Przecież nigdy ani na włosek nie odstąpiłeś od drogi posłuszeństwa. Tyś o mnie nie dbał? Dziecino, toż ja żyłem twą siłą, jak stare drzewo żyje dzięki spojeniom nowego podmurowania. Od czasu zejścia z Shamlegh dzień po dniu kradłem ci twe siły. Dlatego to, a nie z winy jakiegoś twojego grzechu jesteś tak osłabiony. To jeno ciało… głupie, niedołężne ciało… przemawia teraz przez ciebie… a nie ufności pełna dusza. Nabierz otuchy. Poznaj przynajmniej moce czartowskie, z którymi walczysz; zrodzone są z ziemi… są dziećmi ułudy. Pójdziemy do niewiasty kuluańskiej. Ona pozyska zasługę przez to, że nas ugości, a szczególnie, że będzie mnie pielęgnować. Ty pohasasz sobie swobodnie, póki znów siły nie powrócą. Zapomniałem o głupim ciele; jeżeli to zasługuje na naganę, biorę ją na siebie… atoli zanadtośmy już blisko bram zbawienia, by sobie ważyć naganę. Mógłbym cię chwalić, ale czy to potrzebne? Maluczko… maluczko, a znajdziemy się tam, gdzie już nie ma potrzeb.

2652

Toteż hołubił i pocieszał Kima mądrymi przypowieściami i arcygłębokimi sentencjami dotyczącymi tego mało pojętnego stworzenia, jakim jest nasze ciało, które, będąc tylko marą, uporczywie udaje duszę, powodując zaćmienie Drogi i nieskończone rozmnażanie się niepożądanych biesów.

2653

— Hej! hej! Pogwarzmy sobie o kobiecie z Kulu. Czy przypuszczasz, że ona znów będzie prosić o jakieś czary dla swych wnuków? Gdym był silnym mężczyzną (a było to dawno), dokuczały mi fochy takie i owakie, więc udałem się do pewnego przeora… był to człek wielce świątobliwy i poszukiwacz prawdy, choć mi o tym nie było wiadomo. Usiądź i słuchaj, o dziecię mej duszy! Opowiedziałem mu swoje dzieje, a on na to: „Zakarbuj sobie to w pamięci, mój chelo! Na świecie jest wiele kłamstwa i niemało kłamców, ale z wyjątkiem wrażeń cielesnych nie ma gorszych kłamców jak nasze ciała”. Rozważając to, doznałem ukojenia, on zaś w dowód wielkiej łaski pozwolił mi pić herbatę w swej obecności. Pozwól mi teraz napić się herbaty, bo mam pragnienie.

2654

Kim, śmiejąc się przez łzy, ucałował stopy mistrza i zakrzątał się koło przyrządzenia herbaty.

2655

— Ty opierasz się na mnie swym ciałem, o święty, ale ja opieram się na tobie w innych sprawach. Czy wiesz o tym?

2656

— Może się domyśliłem — rzekł lama, mrugając oczami. — Musimy to zmienić.

2657

Przeto gdy wśród bójek, zwad i gorączkowego nastroju służby przejętej ważnością sprawy przytarabanił się… cóż by innego jak ulubiony palankin sahiby poprzedzany przez tegoż ochmistrza, starego, szpakowatego Oriasa?… i skoro na koniec dostali się w niestateczny stateczek wydłużonego białego dworu, w ustroniu za Saharunpore — lama rozważył już, co mu czynić wypada.

2658

Sahiba, powitawszy go, odezwała się wesoło z okna na pięterku:

2659

— I na cóż się zdadzą rady dane starcowi przez starą kobietę? Mówiłam ci… mówiłam ci, o święty, ażebyś pilnował swego cheli. Jakeś się z tego wywiązał? Wcale nie potrzebujesz mi odpowiadać! Ja już wiem. Biegał za kobietami. Przypatrz się jego oczom… jak mu wpadły i zaklęsły… a ta zdradliwa rysa od nosa w dół! Wylazło szydło z worka! Fe, fe! I to ma być kapłan!

2660

Kim, nazbyt zmęczony, by móc się uśmiechnąć, podniósł oczy i potrząsnął głową na znak zaprzeczenia.

2661

— Nie żartuj z niego — rzekł lama — Te czasy już minęły! Byliśmy zajęci ważniejszymi sprawami. W górach chwyciła mnie choroba duszy, jego zaś choroba ciała. Od owej chwili żyłem jego siłą… objadałem go…

2662

— Obaj jesteście dzieciaki… młody i stary… — parsknęła stara jejmość, ale dała już spokój nowym żartom. — Oby teraźniejsza gościna wróciła wam siły. Zatrzymajcie się na chwilę, a przyjdę do was pogawędzić o kochanych wysokich górach.

2663

W porze wieczornej (jej zięć już był powrócił, więc nie potrzebowała chodzić wokoło i doglądać gospodarstwa) doszła do samego sedna rzeczy i jęła się wywnętrzać półgłosem przed lamą. Obie stare głowy poczęły kiwać się poważnie ku sobie. Kim już przedtem powlókł