Spis treści

    1.
  1. 2.
  2. 3.
  3. 4.
  4. 5.
  5. 6.
  6. 7.
  7. 8.
  8. 9.
  9. 10.

    Bruno JasieńskiBut w butonierceMiastoSyntezja

    1.

    1

    Noc zimna.

    Zła.

    Przejmująca. Czarniawa. Chłodnista.

    Nie widać ani źdźbła.

    5

    Deszcz leje, jak z cebra.

    Na rogu policjant-statysta

    Pod połę karabin podebrał,

    Otulił się ceratowym płaszczem

    Chodzi wolno, błyszczący, jak widmo,

    10

    Deszcz mu spływa z kaptura na oczy.

    Po twarzy go chlaszcze.

    Moczy.

    Bębni po ceracie woda.

    Raz… raz… pach-pach-pach… raz…

    15

    Woda…

    Eh, czas!!

    Psa wygonić szkoda!

    Bieda nadałaż!

    Bębni, bębni po ceracie woda.

    20

    Brzęczy cicho podwiązany pałasz.

    Deszcz… deszcz… deszcz… po butach chlupie…

    Chodzi wolny, zziębnięty, miarowy,

    Zatrzymując się przy każdym słupie

    Posterunkowy.

    25

    Z dalekiego czarnego zaułka

    Zawarczało — zadudniło — zajękło.

    Zabłysnęły dwa czerwone kółka.

    Wynurzyło się spóźnione auto.

    Pędzi, pędzi środkiem, jak burza.

    30

    Przeleciało z hukiem po kałużach,

    Obryzgało od butów do głowy,

    Zostawiło w nosie swąd niezdrowy

    I na wargach smak kwaśny, jak ocet.

    Jeszcze z dala się trąbką rozlega…

    35

    — Też diabeł dał to!

    — Będzie się włóczył po nocy!

    — Elegant!

    A tam znów dwóch.

    Wzięli się pod ręce.

    40

    Zachlapani po brzuch.

    Dobrze cięci.

    Idą prosto środkiem —

    Nie skręcą.

    Brzuchy naprzód wypięli, jak tanki.

    45

    Tylko patrzeć zrobią burdę.

    Na rogu dom.

    Jasno oświetlony.

    Różowe firanki.

    Ciepło. Przytulnie. —

    50

    Burdel.

    2.

    Na dole w dużej, oświetlonej sali

    Z pluszowych bordo mebli pokrowce zdjęte.

    Dwaj młodzieńcy, jeden starszy

    Czekali.

    55

    Wszystkie panienki zajęte.

    Siedzą mroczni. Milczą.

    Noc ciemna. Dżdżysta.

    Pali się elektryczny żyrandol.

    Na pianinie student jurysta

    60

    Gra powolnie, rozmarzająco

    Farandolle…

    I pada deszcz…

    Eh, życie!..

    3.

    Jak grywałem ja ci, Stasiu,

    65

    Griega, Mussorgskiego,

    Powiedziałaś ty mi, Stasiu,

    — Nie klej naiwnego. —

    Oj, Stasiu, Stasiu,

    Nie klej naiwnego.

    70

    Jak czytałem ja ci, Stasiu,

    Błoka z Tetmajerem,

    Powiedziałaś: — Kup mi lepiej

    Kapelusz z rajerem. —

    Oj, Stasiu, Stasiu,

    75

    Kapelusz z rajerem.

    Jak uczyłem ja cię, Stasiu,

    Składni, Geografii,

    Powiedziałaś: — Chciałbyś darmo.

    Każdy tak potrafi. —

    80

    Oj, Stasiu, Stasiu,

    Każdy tak potrafi…

    4.

    Za portierą,

    Po schodkach,

    Na górze

    85

    Zabiegały przyśpieszone kroki…

    Głosy… Głosy… Gwar… Rumot… Stąpania…

    Co?.. Policja?.. Obława?.. Rewident?..

    Niee. Nic, nic.

    Maleńki incydent…

    90

    Z pokojów wychylają się goście przygodni.

    Przysłuchują się…

    Skandal poczuli.

    Na korytarzu stoi łysy staruszek

    Bez spodni

    95

    I krzyczy.

    Dziewczyna rozczochrana, w koszuli,

    Wtuliła się w kąt za schody —

    Jęczy:

    — Nie mogę już…

    100

    — On mnie zamęczył… —

    Staruszek zaspany

    Mruga w świetle oczkami szklistymi od sadła

    I krzyczy wkółko:

    — Trzymajcie ją! Trzymacie!..

    105

    — Ona mnie okradła!… —

    — Co-o?.. Kto pana okradł? Gdzie pana okradli?!

    — Pijany! Wariat!…

    — U nas jeszcze nie było wypadku… —

    Ucichło. Ucichło.

    110

    W czarnej nocy gdzieś dzwonił telefon:

    — Halloo! Dziewiąty komisariat… —

    5.

    Deszcz mży. Zacina.

    Chłodny. Miarowy.

    Moknie na rogu

    115

    Posterunkowy.

    Naciągnął kaptur.

    Okrył się płaszczem.

    Deszcz go natrętny

    Po twarzy chlaszcze…

    120

    I gwiżdże wiatr…

    Z czarnego gardła ulicy,

    Z samego spektrum

    Z sykiem rozdarł ciemności

    Żółty reflektor.

    125

    Szeleści woda.

    Wicher powiał.

    Pędzi karetka pogotowia.

    Wymościła światłem drogę.

    Widno…

    130

    Pędzi cicho, bez szelestu.

    Węszy po ulicach,

    Jak widmo.

    Gdzie?.. Gdzie?.. Może tu?..

    Tuu — tuu — tuu…

    6.

    135

    Znowu ucichło.

    Deszcz lunął gęstszy.

    Zegar na wieży wybił trzy.

    W imię Ojca i Syna!!

    A to co!?..

    140

    Na skręcie ulic

    Lampy migocą.

    Lampy. Lampy. Lampy.

    Wysypały zza węgła łańcuchem.

    Białe. Oszalałe.

    145

    Biegną gdzieś, uciekają gdzieś, lecą parami

    Ulicami. Bulwarami.

    Nie zakręcą ani razu.

    Raz — dwa — trzy! Raz — dwa — trzy!

    Idzie mazur.

    150

    Para za parą! Para za parą!

    En avant!

    Eh, zimno!

    Przeleciały armią szybką, stulicą

    Nad zziębniętą ogłupiałą ulicą.

    155

    Zarzuciły łyse głowy

    Na bakier.

    Żegna się w trwodze posterunkowy

    I spóźniony fiakier.

    Popędziły dalej w tańcu

    160

    Wywijany, długi łańcuch,

    Ulicami.

    Zaułkami.

    Bulwarami.

    Zapędziły się na most nad rzekę.

    165

    W wodzie szarej i sinej

    Przeglądają łysiny.

    Lampy. Lampy. Lampy…

    Na moście stał jeden,

    Trzymał się rampy,

    170

    Wymiotował w czarną wodę żółte bluzgi.

    Blask mu oświetla żółty profil starczy…

    Pod mostem woda bulgoce.

    Przewala się. Jęczy.

    Wzdycha i warczy.

    175

    Woda.

    7.

    Na piaszczystym nadbrzeżu stłoczyły się lampy.

    Każda 300 świec.

    Zaroiły się lampy.

    Wiec.

    180

    Na brzegu mokną sieci zatknięte na wiosła.

    Tam, dalej nieco,

    Kilku ludzi. Z latarniami.

    Policjant.

    Pochyleni nad czymś czarnym, bezkształtnym.

    185

    Świecą.

    Co?…

    Woda przyniosła.

    Męty…

    Kobieta. Twarzy nie rozpoznać.

    190

    Zzieleniała. Cuchnąca. Tragiczna.

    Brzuch wydęty.

    Ciężarna. W dziewiątym miesiącu.

    Z ubrania fabryczna.

    Odwrócili głowy chłopi,

    195

    Rybacy.

    — Nowina!…

    — Mało to się kurw topi…

    8.

    Zimny deszcz.

    Sina rzeka.

    200

    Woda.

    Jęczy. Bulgoce. Narzeka.

    Zerwała śluzy.

    Wzdyma się. Przybrała groźna.

    Toczy z pluskiem czarne bańki.

    205

    Po brzegach, bokiem,

    Migają domy. Czarne. Pokrzywione.

    Gruzy.

    Szczerzą zęby ślepych okien.

    U Czarnej Mańki

    210

    Widno.

    Zalatuje harmonia. Wesoło.

    Deszcz ścieka…

    Eh, dola!…

    Płacze, beczy harmonia z daleka.

    215

    Przyśpiewuje.

    — Poszła dzjeucha do miasta.

    — Um-ta-ta. Um-ta-tà-ta-ta.

    — Powróciła brzuchata.

    — Um-ta. Um-ta. Um-ta-ta-tà.

    220

    — Oj ty wodo, wodo czarna,

    — Śmiertelne kochanie.

    — Oj przytulisz ty mnie, wodo,

    — Na ostatnie spanie!

    — Um-ta. Um-ta. Um-ta-ta-tà.

    225

    — Na ostatnie spanie…

    9.

    Deszcz tnie miarowy.

    W szyby wodą pluje.

    Chodzi, chodzi na rogu posterunkowy,

    Co się zatrzyma — nasłuchuje…

    230

    Nic.

    Okna zapuściły sztory.

    Tam, w hotelu,

    Światło całą noc się pali.

    Ktoś chory.

    235

    Po doktora posyłali.

    Przez okno widać czasem wysmukłą szatynkę.

    Ciemny, głuchy cały parter…

    Na trzecim piętrze światełko. —

    Starszy pan zwabił do siebie 7-ioletnią

    240

    dziewczynkę

    I gwałci ją na fotelu.

    Dziecko ma oczy szeroko rozwarte…

    Na rogu posterunkowy chodzi

    Tam i na powrót. Tam i na powrót.

    245

    I patrzy w czarne okna.

    Zza węgła podpatruje go złodziej.

    Deszcz pada.

    Mokną…

    Ciemno. Cicho. Czarno.

    250

    Nikt się nie ozwie, nie zbudzi.

    Pracuje, pracuje w nocy

    MIASTO — FABRYKA LUDZI.

    Przewracają się w łóżkach podlotki.

    Straszno. Zaparło dech.

    255

    Śni im się pierwszy, taki słodki,

    Taki bolesny grzech.

    Czernieją okna. Wszystko śpi.

    Szaaa!… Czyjeś kroki za bramą…

    Po burdelach, hotelach, po chambre garnie Tysiącem tłoków w rytmie krwi

    260

    Pracuje gigantyczne Dynamo.

    Na kilometry sienników rozparło się Miasto —

    Wielki, parzący się kurnik.

    Będzie miał jutro robotę

    Ze swoją armią krościastą

    265

    Dyżurny lekarz skórnik.

    Po poczekalniach, po lecznicach

    Przepastnych, jak lejki,

    Po ambulatoriach szpitali —

    Długie, pstre, nieskończone kolejki,

    270

    Jak wielka taśma słucka.

    Czarny robociarz i biały bankier

    Z bijącym sercem

    Czekali.

    — N-tak… Twardy szankier…

    275

    — Sprawa ludzka…

    10.

    A deszcz pada.

    Deszcz pada

    Drobniutki.

    Aksamitny.

    280

    Błękitny.

    Powietrzny.

    Nad rynsztokiem siadły w szereg smutki.

    Płaczą płacz swój odwieczny…

    Ulicami chodzi cisza, chodzi.

    285

    W czarne okna przez szyby zagląda.

    W czarne okna, zamknięte, jak groby.

    Wspina się na palców koniuszkach.

    Twarz do szyb zapotniałych przyciska

    I patrzy… —

    290

    Białe rozczochrane łóżko.

    Rozrzucone części garderoby.

    Pod łóżkiem nieodzownie zwykły sprzęt złowonny…

    Na spoconym czole prostytutki

    Spoczęły w ciszy tingl-tanglu

    295

    Palące usta Madonny.

    Zamknij
    Proszę czekać…